Empuzjon - Olga Tokarczuk

Kup ebooka

42.90 zł
33.46 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
*

Woj­nicz zszedł na dół oko­ło dzie­sią­tej, był bo­wiem umó­wio­ny na ba­da­nia w kur­hau­sie.

W ca­łym domu z po­wo­du ma­łych okien, rzad­ko roz­miesz­czo­nych w ścia­nach, pa­no­wał pół­mrok - to ty­po­we dla gór­skiej ar­chi­tek­tu­ry. Sta­ły tu owal­ny stół przy­kry­ty wzo­rzy­stym gru­bym ob­ru­sem, ka­na­pa i kil­ka krze­seł, pod ścia­ną zaś pia­ni­no, o jego rzad­kim uży­wa­niu świad­czy­ły po­je­dyn­cze śla­dy pal­ców na po­ły­sku­ją­cej kla­pie i plik po­żół­kłych nut. Nie­du­ża pó­łecz­ka wi­szą­ca obok peł­na była ksią­żek o re­gio­nie, oko­licz­nych tra­sach nar­ciar­skich i za­byt­kach. W ogrom­nym prze­szklo­nym kre­den­sie bie­li­ła się pięk­na por­ce­la­no­wa za­sta­wa z ko­bal­to­wy­mi sen­ty­men­tal­ny­mi scen­ka­mi - pa­ste­rzy i owiec.

- Ge­mütlich - szep­nął do sie­bie Mie­czy­sław, za­do­wo­lo­ny, że przy­po­mniał so­bie pew­ne nie­miec­kie sło­wo, któ­re lu­bił szcze­gól­nie. Ta­kie­go sło­wa bra­ko­wa­ło w jego ję­zy­ku. Przy­tul­nie? Miło?

Po­wra­ca­ły doń też sło­wa dok­to­ra So­ko­łow­skie­go z cza­sów, kie­dy ten za­czął go le­czyć i zma­gać się z jego apa­tią - że ży­cie na­le­ży uczy­nić ape­tycz­nym. Tak, ape­tycz­ne, to lep­sze sło­wo niż "ge­mütlich", po­my­ślał Woj­nicz, od­no­si­ło się bo­wiem nie tyl­ko do prze­strze­ni, ale tak­że do wszyst­kie­go in­ne­go - do czy­je­goś gło­su, do spo­so­bu mó­wie­nia, sia­da­nia w fo­te­lu, wią­za­nia chust­ki pod szy­ją, do tego, jak uło­żo­ne są cia­stecz­ka na ta­le­rzy­ku. Prze­cią­gnął pal­cem po sto­le przy­kry­tym mięk­kim oliw­ko­wo­zie­lo­nym plu­szem i do­pie­ro po chwi­li z prze­stra­chem za­uwa­żył w fo­te­lu przy oknie szczu­płe­go męż­czy­znę o wy­ra­zi­stych pta­sich ry­sach, w dru­cia­nych oku­la­rach na wy­dat­nym no­sie. Spo­wi­ja­ła go chmu­ra pa­pie­ro­so­we­go dymu. Ręka Woj­ni­cza od­sko­czy­ła od plu­szu jak opa­rzo­na i znik­nę­ła w ob­ję­ciach dru­giej, za­kło­po­ta­na. Męż­czy­zna, rów­nie zmie­sza­ny tym od­kry­ciem jego sa­mot­no­ści, wstał i przed­sta­wił się dość ofi­cjal­nie, po nie­miec­ku, z dziw­nym ślą­skim ak­cen­tem:

- Wal­ter From­mer. Z Bre­slau.

Woj­nicz po­wo­li i wy­raź­nie wy­po­wie­dział swo­je imię i na­zwi­sko, pew­nie w na­dziei, że tam­ten od razu je za­pa­mię­ta. Roz­ma­wia­li przez chwi­lę i From­mer zdą­żył go po­in­for­mo­wać, że le­czy się w Gör­bers­dor­fie re­gu­lar­nie, jest tu­taj, z prze­rwa­mi, już trzy lata. Cza­sa­mi wra­cał na chwi­lę do Bre­slau, ale tam za­raz mu się po­gar­sza­ło.

- Wie pan, mia­sto Bre­slau leży nad wodą. Wio­sną nad bu­dyn­ka­mi wi­szą chma­ry ko­ma­rów, ma­łych, ale nie­zwy­kle ja­do­wi­tych, a lu­dzie cho­ru­ją na reu­ma­tyzm. La­tem nie spo­sób wy­sie­dzieć w ogro­dzie, dla­te­go urzęd­ni­cy pań­stwo­wi zo­sta­ją tam tyl­ko na krót­ki okres kil­ku lat, a po­tem wra­ca­ją do lep­szych miejsc. Bre­slau to mia­sto przej­ścio­we - w jego gło­sie po­ja­wił się smu­tek, jak­by mia­stu współ­czuł. - To przez tę wszech­obec­ną wodę, wkra­da się wszę­dzie... Źle to zno­szę... - Za­czął kasz­leć. - O, wi­dzi pan, na samą myśl o tym kasz­lę.

Woj­nicz umknął wzro­kiem w kie­run­ku okna, za któ­rym prze­cho­dzi­ło wła­śnie ja­kieś we­so­łe to­wa­rzy­stwo, co chwi­lę wy­bu­cha­ją­ce śmie­chem. Po­my­ślał, że ci lu­dzie śmie­ją się po pol­sku, choć nie bar­dzo po­tra­fił so­bie to wra­że­nie wy­tłu­ma­czyć. Z da­le­ka nie było sły­chać słów.

- Czy i pan szy­ku­je się do prze­pro­wadz­ki do kur­hau­su? - za­py­tał From­me­ra.

My­ślał, że to py­ta­nie wy­wo­ła na twa­rzy roz­mów­cy bo­daj lek­ki uśmiech, ale ten po­trak­to­wał je po­waż­nie.

- Boże ucho­waj - żach­nął się. - Tam jest za dużo lu­dzi. Nic stam­tąd nie wi­dać. Ni­cze­go się pan nie do­wie ani nie na­uczy. Ży­cie w tłu­mie jest gor­sze niż wię­zie­nie.

No cóż, Woj­nicz miał już chy­ba wy­ro­bio­ne zda­nie na te­mat Wal­te­ra From­me­ra - dzi­wak.

Obaj byli, zda­je się, rów­nie nie­śmia­li, bo przez chwi­lę sta­li na­prze­ciw­ko sie­bie w nie­zręcz­nym mil­cze­niu, je­den cze­kał, aż dru­gi wy­po­wie ja­kieś kon­wen­cjo­nal­ne zda­nie. Wy­ba­wił ich z tej pa­to­wej sy­tu­acji Wil­helm Opitz, go­spo­darz.

- Mam na­dzie­ję, że nie prze­szka­dzam w oży­wio­nej kon­wer­sa­cji - po­wie­dział i Woj­nicz za­sta­na­wiał się przez chwi­lę, czy Wil­helm drwi z nich, czy jest aż tak nie­uważ­ny. Lecz ten wziął go moc­nym chwy­tem pod ra­mię i po­pro­wa­dził w kie­run­ku wyj­ścia.

- Prze­pra­szam, ale mu­szę prze­ka­zać mło­de­go czło­wie­ka pod uważ­ne oko dok­to­ra Sem­per­we­ißa. Nasz gość przy­był tu w opła­ka­nym sta­nie.

From­mer bąk­nął coś nie­wy­raź­nie, wró­cił na swo­je miej­sce pod oknem i usiadł w ta­kiej sa­mej po­zy­cji jak wcze­śniej. Jak­by pra­co­wał tu­taj na eta­cie dy­mią­ce­go me­bla.

- Dok­tor From­mer jest tro­chę dziw­ny, ale to przy­zwo­ity czło­wiek. Jak wszy­scy w moim pen­sjo­na­cie - po­wie­dział Wil­helm tym swo­im co­raz mil­szym dla ucha Woj­ni­cza dia­lek­tem, gdy sta­nę­li na scho­dach przed do­mem. - Chło­pak za­pro­wa­dzi pana do dok­to­ra Sem­per­we­ißa. Niech pan na nie­go uwa­ża, nie lubi lu­dzi ze Wscho­du. W ogó­le ni­ko­go nie lubi. To wiel­ka stra­ta, że nie ma tu­taj ko­goś ta­kie­go jak dok­tor Breh­mer - do­dał z za­du­mą, gdy po chwi­li oby­dwaj sta­nę­li przy most­ku.

Woj­nicz był świad­kiem, jak mgła for­mo­wa­ła te­raz dziw­ne pa­sma i pły­nę­ła w górę ni­czym dym.

- A może zna pan dok­to­ra So­ko­łow­skie­go? - za­py­tał.

Twarz Wil­hel­ma roz­ja­śni­ła się i oży­wi­ła.

- To oczy­wi­ste, że go zna­łem jako dziec­ko. Przy­jaź­nił się z moim oj­cem, któ­ry u nie­go pra­co­wał. Wszy­scy tu­taj pra­cu­je­my przy kur­hau­sach. Jak mu się wie­dzie?

No cóż, tego do­kład­nie Woj­nicz nie wie­dział. Wie­dział tyl­ko, że pra­cu­je w kli­ni­ce war­szaw­skiej, że mie­wa wy­kła­dy we Lwo­wie. Oj­ciec za­bie­rał go na kon­sul­ta­cje, gdy So­ko­łow­ski ba­wił w tym mie­ście. I dzię­ki nie­mu tu się zna­lazł.

- Czy na­dal jest taki szczu­pły? - za­py­tał jesz­cze Wil­li.

Szczu­pły? Nie, nie szczu­pły. Pro­fe­sor So­ko­łow­ski jest przy­sa­dzi­stym i tę­gim męż­czy­zną. Woj­nicz jed­nak nie mu­siał od­po­wia­dać na to za­ska­ku­ją­ce py­ta­nie, bo ze smug mgły wy­ło­nił się wła­śnie Raj­mund, wczo­raj­szy woź­ni­ca, kil­ku­na­sto­let­ni wy­ro­stek, któ­re­go Wil­helm po­wi­tał w dość szcze­gól­ny spo­sób: lek­kim trzep­nię­ciem w gło­wę. Chło­piec przy­jął to jako cał­kiem na­tu­ral­ny, przy­ja­zny gest.

Szli te­raz we dwóch w dół stru­mie­nia w stro­nę cen­trum wsi, Raj­mund opo­wia­dał coś z za­pa­łem, ale mó­wił tak dziw­nym dia­lek­tem, że Woj­nicz nie­wie­le ro­zu­miał. Przy­glą­dał się z za­in­te­re­so­wa­niem pięk­nym do­mom sto­ją­cym wzdłuż dro­gi i ro­bot­ni­kom, któ­rzy na­pra­wia­li trak­cję elek­trycz­ną. Raj­mund za­py­tał, czy Mie­czy­sław wie, co to jest - elek­trycz­ność.

Po­tem ukło­ni­li się dwóm star­szym ko­bie­tom w sze­ro­kich spód­ni­cach, sie­dzą­cym na ław­ce przed jed­nym z do­mów.

- Frau We­ber i Frau Brecht - po­wie­dział Raj­mund z iro­nicz­nym uśmie­chem i to aku­rat Woj­nicz zro­zu­miał.

Po chwi­li chło­pak wska­zał z dumą sa­na­to­rium dok­to­ra Breh­me­ra, ten sam bu­dy­nek, któ­ry Woj­nicz wi­dział wczo­raj wie­czo­rem, te­raz jed­nak wy­da­wał mu się on jesz­cze po­tęż­niej­szy, zwłasz­cza że mgła pra­wie znik­nę­ła i gdzieś wy­so­ko poza do­li­ną świe­ci­ło hoj­nie wrze­śnio­we słoń­ce.

Raj­mund znik­nął, gdy tyl­ko pod­pro­wa­dził Woj­ni­cza pod wła­ści­we drzwi w sze­ro­kim ko­ry­ta­rzu. Te­raz prze­ję­ła Mie­czy­sła­wa pie­lę­gniar­ka, któ­rej oczy pod­kre­śla­ła czer­wo­na opu­chli­zna. Krót­ki uprzej­my uśmiech od­sło­nił na chwi­lę jej duże, za­żół­co­ne zęby, któ­re ko­lo­ry­stycz­nie współ­gra­ły z prze­tar­tą po­zło­tą ze­gar­ka na łań­cusz­ku przy­pię­tym do far­tu­cha. Nad kie­szon­ką mia­ła wy­ha­fto­wa­ne imię i na­zwi­sko: Sy­do­nia Pa­tek.

Woj­nicz mu­siał swo­je od­sie­dzieć w po­cze­kal­ni ga­bi­ne­tu dok­to­ra, któ­ry jesz­cze nie wró­cił z ob­cho­du. Pal­ce jego się­gnę­ły więc po wy­ło­żo­ne dla pa­cjen­tów cza­so­pi­sma ilu­stro­wa­ne, ale oczy nie zna­la­zły w nich uspo­ko­je­nia; nie mo­gły się sku­pić na szwa­ba­sze. Ku swo­je­mu za­sko­cze­niu Woj­nicz zna­lazł jed­nak ga­zet­kę po pol­sku i wzrok cu­dow­nie od razu zre­lak­so­wał się na wy­ra­zach oj­czy­ste­go ję­zy­ka:

Na Ślą­sku pru­skim o ćwierć mili od gra­ni­cy Czech, o 11 mil na po­łu­dnio­wy za­chód od Wro­cła­wia, w dłu­giej do­li­nie cią­gną­cej się ze wscho­du na za­chód po­mię­dzy Rie­sen­ge­bir­ge i Ad­ler­ge­bir­ge leży w po­wie­cie wal­den­bur­skim nad rzecz­ką Sztej­ną uro­cza wio­ska Gör­bers­dorf, słyn­na od lat kil­ku­dzie­się­ciu jako sta­cja kli­ma­tycz­na gór­ska dla cho­rych pier­sio­wych.

Po­ziom Gör­bers­dor­fu jest wznie­sio­ny na 570 me­trów nad po­wierzch­nią mo­rza, w pa­sie, któ­ry na­uka le­kar­ska na­zy­wa "wol­nym od su­chot". Ota­cza­ją­ce go góry do­się­ga­ją 900 me­trów. Osła­nia­ją one wieś i jej za­kła­dy lecz­ni­cze od wia­trów, któ­re do­cho­dzą tu osła­bio­ne; stąd pa­nu­je w Gör­bers­dor­fie ci­chość po­wie­trza jak rzad­ko w któ­rej do­li­nie.

Da­lej nie czy­tał, ale zło­żył bro­szur­kę na pół i wsu­nął ją do kie­sze­ni. Te­raz jego uwa­gę przy­cią­gnę­ła prze­szklo­na ga­blo­ta, gdzie sta­ło ludz­kie tor­so wy­ko­na­ne z drew­na - bez gło­wy, rąk i nóg, z otwar­tą klat­ką pier­sio­wą i brzu­chem, pre­zen­to­wa­ło na­rzą­dy we­wnętrz­ne po­ma­lo­wa­ne na róż­ne ko­lo­ry. Woj­nicz pod­szedł do drew­nia­ne­go ka­dłub­ka, żeby przyj­rzeć się płu­com. Były gład­kie i czy­ste, wy­po­le­ro­wa­ne, lśnią­ce od la­kie­ru. Przy­po­mi­na­ły mię­si­ste płat­ki mon­stru­al­ne­go kwia­tu albo grzy­by, któ­re po­ra­sta­ją korę drzew. Jak cu­dow­nie do­pa­so­wa­ły się do roz­mia­ru pier­si, jak po­go­dzi­ły swo­ją po­wietrz­ną na­tu­rę z klat­ką że­ber. Oglą­dał je uważ­nie, pró­bu­jąc zaj­rzeć pod spi­cza­sty ro­żek, gdzie do­cho­dzi­ły do in­nych, po­zwi­ja­nych na­rzą­dów w roz­ma­itych ko­lo­rach. Mimo wszyst­ko jed­nak był roz­cza­ro­wa­ny, spo­dzie­wał się może cze­goś no­we­go, cze­go jesz­cze nie wie­dział. Roz­wią­za­nia ta­jem­ni­cy. Dla­cze­go jest cho­ry. A dla­cze­go inni nie.

Gdy wró­cił na miej­sce, ogar­nął go zna­ny mu nie­po­kój, owo roz­draż­nie­nie, któ­re za­wsze skut­ku­je tą samą re­ak­cją or­ga­ni­zmu - po­ta­mi. Bę­dzie mu­siał się ro­ze­brać i wy­sta­wić swo­je cia­ło na wzrok ob­ce­go. I pa­ni­ka: jak ukry­je przed dok­to­rem swo­ją wsty­dli­wą przy­pa­dłość. Co trze­ba bę­dzie mó­wić, żeby nie po­ru­szyć tych wszyst­kich draż­li­wych dla sie­bie kwe­stii. Jak się wy­mknąć. Ćwi­czył to już tyle razy.

Gdy dok­tor wpadł do po­cze­kal­ni, na­wet na nie­go nie spoj­rzał - prze­mie­rzył ją szyb­kim kro­kiem, po­wie­wa­ły za nim tyl­ko poły bia­łe­go far­tu­cha. Dał ręką znak, by pa­cjent wstał. Mie­czy­sław pra­wie truch­tem ru­szył za dok­to­rem do du­że­go ga­bi­ne­tu z ogrom­nym oknem, peł­ne­go prze­szklo­nych ga­blot, roz­ma­itych me­dycz­nych urzą­dzeń i dziw­nych fo­te­li. Ja­koś nie za­sko­czy­ło Woj­ni­cza, że przy biur­ku dok­to­ra sta­ła opar­ta o nie strzel­ba - duża, wca­le nie my­śliw­ska, chy­ba ra­czej win­che­ster, z pięk­nie wy­po­le­ro­wa­ną kol­bą. Dok­tor, nie od­wra­ca­jąc się, ka­zał mu usiąść i w ten spo­sób Woj­nicz po­czuł się bez­piecz­nie ukry­ty za biur­kiem jak w oko­pie.

Po­dał dok­to­ro­wi list po­le­ca­ją­cy od pro­fe­so­ra So­ko­łow­skie­go, ale dok­tor tyl­ko rzu­cił nań okiem, wy­raź­nie bar­dziej za­in­te­re­so­wa­ny sie­dzą­cym przed nim cia­łem. Mło­dzie­niec po­czuł się nie­swo­jo, a przy­czy­ną był wzrok, ja­kim tam­ten na nie­go spo­glą­dał. Tak jak­by nie wi­dział Mie­czy­sła­wa Woj­ni­cza, pa­cjen­ta z da­le­kie­go Lwo­wa, ale wła­śnie samo cia­ło, coś przed­mio­to­we­go i me­cha­nicz­ne­go. Naj­pierw bez za­że­no­wa­nia od­cią­gnął dol­ną po­wie­kę Woj­ni­cza, przy­glą­da­jąc się z uwa­gą ko­lo­ro­wi błon ślu­zo­wych i gał­ce ocznej. Na­stęp­nie prze­su­nął wzro­kiem od bro­dy po skro­nie, wresz­cie ka­zał mu się ro­ze­brać do po­ło­wy, kry­tycz­nie po­pa­trzył na klat­kę pier­sio­wą, a pal­cem za­czął na­ci­skać sut­ki pa­cjen­ta.

- Nie­znacz­nie po­więk­szo­ne, po­dob­nie jak wę­zły chłon­ne - po­wie­dział. - Za­wsze tak pan ma?

- Od kil­ku lat - od­parł onie­śmie­lo­ny Woj­nicz.

Dok­tor chwy­cił go pod bro­dę i prze­cią­gnął pal­cem po dwu­dnio­wym nie­rów­nym i sła­biut­kim za­ro­ście. Ob­ma­cał skru­pu­lat­nie wę­zły chłon­ne, po­tem zaś jego śmia­łe pal­ce opu­ka­ły ple­cy, wy­do­by­wa­jąc stam­tąd głu­chy dźwięk, dud­nie­nie jak z pod­zie­mi. Ro­bił to bar­dzo sta­ran­nie, cen­ty­metr po cen­ty­me­trze, ni­czym sa­per szu­ka­ją­cy ukry­tej bom­by. Wszyst­ko to trwa­ło z pół go­dzi­ny, aż wresz­cie dok­tor wes­tchnął i ka­zał mu się ubrać. Do­pie­ro te­raz się­gnął po list. I ode­zwał się, spo­glą­da­jąc znad me­ta­lo­wych opra­wek swo­ich oku­la­rów:

- Phthi­sis. - Brzmia­ło to tak, jak­by za­gwiz­dał. - Tu­ber­cu­lo­sis, gruź­li­ca, a dziś mówi się mod­nie: Mor­bus Koch. To wszyst­ko pan wie, mło­dy czło­wie­ku, praw­da?

Woj­nicz do­piął gu­zi­ki ko­szu­li i po­ta­ku­ją­co po­ki­wał gło­wą.

- Nie­zbyt za­awan­so­wa­na, po­wiem szcze­rze. Ot, coś ma­łe­go, zia­ren­ko cze­goś. "Phthi­sis" zna­czy roz­pad, wie pan? - Wy­mó­wił to sło­wo, "Ze­rfall", z wy­raź­ną przy­jem­no­ścią, ak­cen­tu­jąc "r". - Lecz my tu­taj ra­dzi­my so­bie z roz­pa­dem.

- Tak, me­to­da dok­to­ra Breh­me­ra... - za­czął Woj­nicz, ale dok­tor znie­cier­pli­wio­ny wstał i po­ma­chał unie­sio­ną dło­nią.

- O tak. Breh­mer za­uwa­żył, że to jeż­dże­nie do Włoch z gruź­li­cą nie ma naj­mniej­sze­go sen­su. Tyl­ko gór­skie po­wie­trze le­czy na­praw­dę. Ta­kie jak tu­taj. Wi­dział pan? - Le­karz pod­szedł do okna i na krót­ką chwi­lę się za­my­ślił. - Je­ste­śmy tu­taj w ko­tle - mó­wiąc to, wy­ko­nał ko­li­ste, prze­sad­nie sze­ro­kie ru­chy rę­ka­mi, jak­by chciał do­bit­niej uświa­do­mić słu­cha­ją­ce­mu na­tu­rę tego fe­no­me­nu. - Pod nami znaj­du­je się wiel­kie pod­ziem­ne je­zio­ro, któ­re spra­wia, że jest tu­taj cie­plej niż gdzie in­dziej. To po­wie­trze jest bo­ga­te w tlen, ale nie ma wia­tru. Cho­ro­by płuc­ne i epi­de­mie ni­g­dy nie były zna­ne miej­sco­wej lud­no­ści, uwie­rzy pan? Nikt tu ni­g­dy nie cho­ro­wał na płu­ca. A do­dat­ko­wo wy­so­kość po­ło­że­nia po­zo­sta­je w gra­ni­cach nie­zbęd­nych dla le­cze­nia cho­rób płuc­nych, bo zno­wu nie przy­spie­sza zbyt­nio pra­cy ser­ca, jak to bywa w miej­sco­wo­ściach le­żą­cych po­wy­żej dzie­wię­ciu­set me­trów nad po­zio­mem mo­rza. Ro­śnie tu las jo­dło­wy, któ­ry na­sy­ca po­wie­trze ozo­nem, a ozon od­gry­wa klu­czo­wą rolę w od­na­wia­niu krwi i ca­łe­go or­ga­ni­zmu. Samo od­dy­cha­nie za­trzy­ma pro­ces roz­pa­du pana mło­dych płuc. Każ­dy od­dech jest lecz­ni­czy, niech pan to tak po­strze­ga. Niech pan so­bie wy­obra­zi, że z każ­dym od­de­chem wpły­wa w pana płu­ca czy­ste świa­tło. - Dok­tor pa­trzył na Mie­czy­sła­wa przez szkła oku­la­rów, któ­re po­więk­sza­ły jego ciem­ne oczy w nie­po­ko­ją­cy spo­sób. - A oprócz tego mamy tu jesz­cze inne atrak­cje. Pan musi się tyl­ko pod­po­rząd­ko­wać, pod­dać re­żi­mo­wi le­cze­nia. Niech się pan po­czu­je jak w woj­sku.

Pod­szedł do okna i po­ka­zał mu ru­chem gło­wy spa­ce­ru­ją­cych po par­ku pa­cjen­tów.

- To są pań­scy to­wa­rzy­sze bro­ni.

Woj­nicz na­gle zdał so­bie spra­wę, że nie po­lu­bi tego le­ka­rza. Przy­po­mniał mu się ła­god­ny, do­bry dok­tor So­ko­łow­ski.

- To jest dla mnie ja­sne, pa­nie dok­to­rze - od­po­wie­dział, ob­cią­ga­jąc man­kie­ty ko­szu­li. - Chciał­bym tyl­ko wie­dzieć, czy mam ja­kąś szan­sę.

- Oczy­wi­ście, że ma pan szan­sę. Ina­czej wca­le by pan tu­taj nie przy­je­chał, mło­dy czło­wie­ku. Nie od­wa­żył­by się pan tu przy­je­chać, nie czu­jąc, że ma pan szan­sę. Cho­ro­wał­by pan so­bie spo­koj­nie na Wscho­dzie. Tam jest pła­sko, praw­da?

Woj­nicz miał się te­raz do­wie­dzieć wie­lu cie­ka­wych rze­czy o ge­nial­nym dok­to­rze Breh­me­rze, któ­ry ku­pił wieś Gör­bers­dorf i całą oko­li­cę, łącz­nie po­nad sto hek­ta­rów la­sów i grun­tów, żeby za­ło­żyć to sa­na­to­rium. Breh­mer za­uwa­żył już daw­no, że wy­ni­ki sek­cji zwłok i ba­dań ży­wych pa­cjen­tów cho­rych na gruź­li­cę za­wsze po­ka­zy­wa­ły dys­pro­por­cję mię­dzy ser­cem a płu­ca­mi - płu­ca były u nich sto­sun­ko­wo duże, a ser­ce małe, o cien­kich, wiot­kich i sła­bych ścia­nach. Wcze­śniej nikt nie zwró­cił na tę za­leż­ność spe­cjal­nej uwa­gi i nikt nie wpadł na po­mysł, aby tę dys­pro­por­cję or­ga­nów klat­ki pier­sio­wej po­wią­zać z etio­lo­gią gruź­li­cy. A wy­da­wa­ło się oczy­wi­ste, że małe, sła­be ser­ce pro­wa­dzi do spo­wol­nie­nia krą­że­nia krwi, przez to zaś do chro­nicz­ne­go nie­do­krwie­nia płuc i na­błon­ka płuc­ne­go. Na­stęp­stwem tego była gruź­li­ca. Prócz tego Breh­mer stu­dio­wał geo­gra­ficz­ny roz­kład wy­stę­po­wa­nia cho­ro­by, a to utwier­dzi­ło go w prze­ko­na­niu co do wspo­mnia­nej etio­lo­gii. Z re­la­cji po­dróż­ni­ków wy­ni­ka­ło, że są miej­sca i ob­sza­ry, gdzie gruź­li­ca nie wy­stę­pu­je: wyż­sze góry we wszyst­kich stre­fach kli­ma­tycz­nych, Is­lan­dia, Wy­spy Owcze, ste­py Kir­gi­zji.

Z jed­nej stro­ny de­cy­do­wa­ły tu szcze­gól­ne ce­chy kli­ma­tu wy­so­ko­gór­skie­go. Niż­sze ci­śnie­nie at­mos­fe­rycz­ne spra­wia, że or­ga­nizm re­agu­je na nie zwięk­szo­ną ak­tyw­no­ścią ser­ca i przy­spie­szo­nym pul­sem, bo bro­ni się w ten spo­sób przed nie­do­tle­nie­niem - to pro­wa­dzi do przy­spie­sze­nia prze­mia­ny ma­te­rii i pod­wyż­sze­nia tem­pe­ra­tu­ry cia­ła. Po dru­gie, waż­ne były styl ży­cia i die­ta: dużo po­ży­wie­nia, szcze­gól­nie tłusz­czu, ku­mys z za­war­to­ścią al­ko­ho­lu, cięż­ka pra­ca fi­zycz­na.

Przy­spie­szo­ny puls i przy­spie­szo­na ak­cja ser­ca po­wo­du­ją przy­rost ob­ję­to­ści mię­śnia ser­co­we­go i two­rzy się sil­na mu­sku­la­tu­ra tego or­ga­nu; czę­sto u miesz­kań­ców wspo­mnia­nych re­gio­nów do­cho­dzi na­wet do hi­per­tro­fii ser­ca, a więc do zja­wi­ska od­wrot­ne­go niż u cho­rych na gruź­li­cę.

- Dro­gi mło­dzień­cze - za­koń­czył swój wy­kład dok­tor Sem­per­we­iß. - To jest cała na­sza re­cep­ta. W Eu­ro­pie Środ­ko­wej stre­fa wol­na od gruź­li­cy za­czy­na się na wy­so­ko­ści mniej wię­cej czte­ry­stu pięć­dzie­się­ciu me­trów. Do tego sta­ły nad­zór le­ka­rza, któ­ry re­gu­lu­je die­tę. Po­nad­to ruch na świe­żym po­wie­trzu. Le­czy nas sama na­tu­ra.

Dok­tor Sem­per­we­iß wy­cią­gnął kart­kę pa­pie­ru i w punk­tach wy­pi­sał za­le­ce­nia, ko­men­tu­jąc je gło­śno lek­ko już znu­dzo­nym gło­sem:

- Co naj­mniej sześć ty­go­dni, a naj­le­piej kil­ka mie­się­cy. Spa­ce­ry do­bra­ne in­dy­wi­du­al­nie dla pa­cjen­ta, ko­niecz­nie po tra­sach o róż­nym na­chy­le­niu, po dro­dze mu­szą być ław­ki w ma­łych od­le­gło­ściach, żeby się nie mę­czyć. Umiar­ko­wa­ne le­cze­nie zim­ną wodą. I to wła­śnie panu po­mo­że. W me­dy­ka­men­tach umiar. W ra­zie sil­nych od­ru­chów kasz­lu za­le­cam po­wstrzy­my­wa­nie kasz­lu w mia­rę moż­li­wo­ści, a gdy się nie da go po­wstrzy­mać, na­le­ży po­pi­jać drob­ny­mi ły­ka­mi zim­ną wodę lub wodę so­do­wą z go­rą­cym mle­kiem. Gdy­by do­szło do krwa­wie­nia z płuc, nie daj Boże, sto­su­je­my tu­taj wo­recz­ki z lo­dem na ser­ce i płu­ca oraz za­strzy­ki z mor­fi­ny. Przy sil­nych ata­kach, z dusz­no­ścią i osła­bie­niem, po­da­je­my naj­pierw moc­ny śro­dek po­bu­dza­ją­cy, na przy­kład szam­pan. Tak, niech się pan nie boi szam­pa­na i al­ko­ho­lu w ogó­le. Ale bez­względ­nie w nie­du­żych ilo­ściach. Pi­jań­stwo jest su­ro­wo za­bro­nio­ne! W przy­pad­ku go­rącz­ki naj­pierw robi się po­mia­ry co dwie go­dzi­ny, aby go­rącz­kę po­twier­dzić. Po­ce­nie noc­ne zwal­cza się sku­tecz­nie wie­czor­nym spo­ży­ciem mle­ka z dwie­ma, trze­ma ły­żecz­ka­mi ko­nia­ku lub na­lew­ki. Sio­stra Sy­do­nia Pa­tek wszyst­ko panu wy­ja­śni i po­ka­że.

Wy­gła­sza­jąc całą tę prze­mo­wę, za­pi­sy­wał za­le­ce­nia, Woj­nicz zaś po­dzi­wiał, że po­tra­fi ro­bić te dwie rze­czy jed­no­cze­śnie.

- Miesz­ka pan u Herr Opit­za, czy tak? Każ­de­go dnia bę­dzie pan przy­cho­dził do kur­hau­su na za­bie­gi i le­ża­ko­wa­nie, a kie­dy tyl­ko zwol­ni się miej­sce w sa­na­to­rium, dam panu znać, tu­taj wszyst­ko jest płyn­ne. Płyn­ne - pod­kre­ślił. - Na ra­zie pen­sjo­nat Herr Opit­za jest dla pań­skie­go zdro­wia tak samo do­bry jak my czy sa­na­to­rium dok­to­ra Röm­ple­ra, a co­dzien­ne krót­kie spa­ce­ry do­da­dzą panu ru­mień­ców.

Dok­tor wstał ener­gicz­nie i wrę­czył Woj­ni­czo­wi kart­kę z za­le­ce­nia­mi. I już po wszyst­kim, zo­stał przy­ję­ty.

Te­raz sie­dział w po­cze­kal­ni, aż brzyd­ka pie­lę­gniar­ka przy­go­tu­je mu dzien­ni­czek le­cze­nia i inne po­trzeb­ne do­ku­men­ty. Wy­cią­gnął z kie­sze­ni zło­żo­ny we czwo­ro świ­stek ulot­ki i do­koń­czył lek­tu­rę:

W ogó­le przy­znać na­le­ży, że pod wzglę­dem lecz­ni­czym do­tych­czas za naj­sku­tecz­niej­szą ku­ra­cję ucho­dzi po­byt w ta­kich miej­sco­wo­ściach, jak Me­ran w Ty­ro­lu, Gör­bers­dorf na Ślą­sku lub Da­vos w Szwaj­ca­rii, na wzór Gör­bers­dor­fu urzą­dzo­ny. Sa­na­to­rium dra Röm­ple­ra, za­ło­żo­ne w r. 1875, leży pra­wie bez­po­śred­nio u stóp gór i skła­da się z od­po­wied­niej ilo­ści bu­dyn­ków w po­sta­ci ele­ganc­kich wil­li. Wo­do­ciąg o dłu­go­ści 1140 me­trów spro­wa­dza z góry, u któ­rej stóp leży sa­na­to­rium, krysz­ta­ło­wo czy­stą, wprost z por­fi­ro­wych skał wy­try­ska­ją­cą gór­ską wodę źró­dla­ną do ele­ganc­ko urzą­dzo­nych ką­pie­lo­wych po­ko­jów bu­dyn­ku prysz­ni­co­we­go.

Na za­ję­ciach i roz­ryw­kach pa­cjen­tom nie zby­wa. Sama ku­ra­cja, obia­dy itd. dużą część dnia zaj­mu­ją, a naj­bliż­sze uro­cze oko­li­ce Gör­bers­dor­fu na­strę­cza­ją mnó­stwo wy­cie­czek. Ce­lem ku­ra­cji jest, żeby pa­cjent sam swo­ją cho­ro­bę zwal­czyć się sta­rał. Trze­ba go przez wzmoc­nie­nie or­ga­ni­zmu uczy­nić od­por­nym. W ten spo­sób roz­wój cho­ro­by z po­cząt­ku się za­trzy­ma, po­tem stop­nio­wo cier­pie­nie ustę­po­wać, a zdro­wie wra­cać za­cznie. Przez cią­głą gim­na­sty­kę za­ata­ko­wa­ne płu­ca uczą się pra­wi­dło­wo funk­cjo­no­wać, świe­że gór­skie po­wie­trze po­bu­dza czyn­no­ści ser­ca. Re­zul­ta­ty ku­ra­cji gör­bers­dor­fskiej do naj­po­myśl­niej­szych za­li­czyć moż­na. Pra­wie 75% pa­cjen­tów po­wra­ca do zdro­wia.

Cu­dow­nie by­ło­by wie­rzyć, że na­le­ży wła­śnie do tych sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu pro­cent.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu peł­nej wer­sji książ­ki