Rozdział 2
Claire
Jakimś cudem udało mi się nie spowodować po drodze wypadku. Uwielbiałam prowadzić samochód, ale w takim dniu nawet to nie sprawiało mi przyjemności. Z ulgą wjechałam przez żeliwną bramę i zaparkowałam na dziedzińcu należącym do naszej kamienicy.
- Dojechaliśmy - szepnęłam i zgasiłam silnik.
- Cali i zdrowi - dokończył Johnny. Chciał mi dodać otuchy.
Kiwnęłam głową. Byłam zbyt wyczerpana, żeby wykrzesać z siebie więcej entuzjazmu. Wysiadłam z auta, a przyjaciel poszedł w moje ślady.
Skierowaliśmy się ku schodom, po drodze mijając niewielką fontannę, która zdobiła podwórze. Uwielbiałam to miejsce i tę dzielnicę. Nieruchomości w okolicy nie należały do najtańszych, ale Matt zarabiał na tyle dobrze, że mogliśmy sobie na to pozwolić. Przynajmniej dotychczas. Teraz bałam się o swoją przyszłość jak nigdy przedtem.
Próbowałam ułożyć w głowie plan dalszego działania, ale miałam wrażenie, że wszystkie szare komórki uciekły mi przez ucho. Zachodziłam w głowę, dlaczego Matt mnie okłamał i powiedział, że wychodzi na miasto z Johnnym. Czy to możliwe, żeby mnie zdradzał? Nie zauważyłabym czegoś wcześniej?
Nagle z zadumy wyrwał mnie głos Jonathana:
- Claire, patrz pod nogi, proszę. Zaraz się zabijesz.
Otrząsnęłam się i złapałam za barierkę. Brakowało mi jeszcze złamanej nogi.
Weszliśmy po schodkach prowadzących na zadaszoną galeryjkę, która w tym roku nadzwyczaj mocno porosła bluszczem. Po dotarciu na drugie piętro stanęliśmy przed drzwiami mojego mieszkania. Kiedy tylko przekroczyłam próg, poczułam się tak zmęczona, jakbym dopiero co wzięła udział w triathlonie. Jonathan wszedł za mną i od razu skierował się do kuchni, gdzie zniknął za drewnianą półką z winami.
Ze stęknięciem zdjęłam szpilki, a torebkę rzuciłam na komodę pod lustrem.
- Chodź, napijemy się! - krzyknął i usłyszałam, jak odkorkowuje trunek.
- Nalej mi do pełna, proszę! Pójdę się jeszcze odświeżyć - odpowiedziałam i ruszyłam korytarzem, przesuwając dłonią po wypukłej tapecie w roślinne motywy.
Położyliśmy ją z Mattem, jak tylko kupiliśmy ten apartament. Musiałam przyznać, że nie przepadałam za wystrojem kolonialnym, który wybrał mój mąż. Preferowałam bardziej nowoczesne wnętrza, ale nie zamierzałam narzekać, tym bardziej teraz. Pozwoliłabym mu udekorować każde pomieszczenie wedle własnego uznania, byleby tylko wrócił do domu. Do mnie.
Skręciłam w lewo i weszłam do głównej przestronnej łazienki. Cicho zamknęłam za sobą drzwi i oparłam się o nie czołem. Z całych sił starałam się ponownie nie rozkleić, ale wewnętrznie rozpadałam się na kawałki. Nie miałam pojęcia, jak sobie poradzę, jeśli mąż do mnie nie wróci. Nie umiałam bez niego żyć. Nie chciałam bez niego żyć.
Jedyne, z czego potrafiłam się cieszyć, to z obecności najlepszego przyjaciela. Gdybym została z tym sama, pewnie usiadłabym w kącie i po prostu pozwoliła losowi zdecydować za mnie. Na szczęście od zawsze moją siłą napędową był Jonathan. Razem byliśmy jak dobrze naoliwiona maszyna. Spędziliśmy ze sobą całe dzieciństwo. Moja mama przyjaźniła się z mamą Johnny'ego, później ta przyjaźń naturalnie przeszła na nas. To właśnie on poznał mnie z Mattem. Studiowali razem architekturę krajobrazu.
Mój mąż nigdy nie zrobił niczego, co mogłoby mnie zranić. Aż do tej pory. Miałam ochotę nakrzyczeć na Jonathana za to, że przez niego znalazłam się w takiej sytuacji. Gdyby wtedy na studiach nie zachwalał mi Matta, najprawdopodobniej nigdy bym się z nim nie umówiła. Za bardzo mnie onieśmielał. Wiedziałam, że to nielogiczne i głupie, bo nic, co się wydarzyło, nie było przecież winą Johnny'ego, ale odczułam potrzebę zrzucenia odpowiedzialności na czyjeś barki. Tyle że przez to poczułam się jeszcze gorzej. Poczułam się słaba.
Moim ciałem wstrząsnął kolejny dreszcz. Musiałam natychmiast przekierować swoją uwagę na coś innego, jeśli nie chciałam dopuścić do kolejnego ataku paniki. Podeszłam do umywalki i opłukałam twarz chłodną wodą. Spojrzałam w okrągłe lustro i nagle uświadomiłam sobie, dlaczego wyglądałam jak poturbowana przez życie.
Matt, do cholery... Gdzie ty jesteś?
Nie byłam w stanie się dzisiaj umalować. Moja oliwkowa skóra nabrała niezdrowego sinego koloru. Oczy nabiegły mi krwią. Cała byłam opuchnięta. Od razu można było poznać, że przepłakałam połowę poprzedniej nocy.
- Rusz się wreszcie - fuknęłam do siebie i wyszłam z łazienki.
Jonathan buszował w kuchni i przetrząsał szuflady w poszukiwaniu nie wiadomo czego. Gdy chrząknęłam, odwrócił się na pięcie i natychmiast wcisnął mi w ręce kieliszek.
- Pij. Otworzyłem twoje ulubione. - Puścił mi oczko i pociągnął mnie na skórzaną sofę.
Zapadłam się w kolorowych poduszkach i upiłam pierwszy łyk. W gardle poczułam przyjemne ciepłe łaskotanie.
- Dobra. Mam plan - poinformował i złapał mnie za stopy, układając je sobie na kolanach. Ucieszyłam się, że przynajmniej on wpadł na jakiś pomysł. Ja wyczerpałam już wszystkie możliwości. - Wydrukujemy plakaty ze zdjęciem Matta i rozwiesimy je w całej okolicy. Ty musisz zostać w domu i być cały czas pod telefonem, na wypadek gdyby Matt jednak wrócił. Ja pojeżdżę po dzielnicy i może uda mi się go znaleźć.
Wpatrywałam się w przyjaciela, starając się przetrawić jego słowa. Plakaty. Zaginiony. Poszukiwania. W tej sekundzie przed oczami ujrzałam bezwładne ciało męża. Leżał w rowie cały skąpany we własnej krwi. Wizja była tak realistyczna, że momentalnie zrobiło mi się słabo. Zgięłam się wpół i pozwoliłam lękowi przejąć kontrolę. Z gardła wyrwał się skrzekliwy szloch.
- No już, Claire, cichutko - powiedział Johnny i przyciągnął mnie do siebie.
Mocno złapałam go za poły marynarki, wczepiając się w nią paznokciami, zupełnie jakby była moją tratwą ratunkową.
- Co ja mam teraz zrobić? - zawyłam. - Przecież... Przecież nie mógł po prostu wy... wyparować.
- Spokojnie, siostra. Na pewno go znajdziemy.
Moim ciałem wzdrygały kolejne spazmy. Jonathan cierpliwie je znosił i coraz to mocniej mnie obejmował. Po kilkunastu minutach i wylaniu hektolitrów łez wreszcie się uspokoiłam. Zawstydzona swoim stanem chciałam się odsunąć, ale nie pozwolił mi na ucieczkę i uniósł mój podbródek.
- Weź coś na uspokojenie, a ja wszystkim się zajmę, okej? Jeśli Matt do jutra nie wróci, to pojedziemy na policję.
Kiwnęłam głową i wytarłam mokry nos.
- Boję się, Johnny... Tak potwornie się boję... - szepnęłam.
- Wiem. - Założył mi kosmyk włosów za ucho. - Ja też, ale na pewno wszystko dobrze się skończy. Nie możemy panikować.
Bardzo chciałam w to wierzyć. Musiałam w to wierzyć. Jonathan miał rację. Mój mąż był dorosłym, odpowiedzialnym mężczyzną. Nie porzuciłby mnie bez słowa wyjaśnienia.
- Podasz mi torebkę? Mam tam xanax - zapytałam i wskazałam w kierunku przedpokoju.
- Jasne.
Nie lubiłam brać tego leku, ale wiedziałam, że powinnam. Musiałam mieć w miarę jasny umysł - nie mogłam sobie pozwolić na bycie totalnie bezużyteczną.
Jonathan przyniósł mi torebkę i podał butelkę z wodą. Odnalazłam blister białych tabletek i zanim zdążyłam się rozmyślić, połknęłam jedną z nich. Dobrze, że wzięłam tylko łyk wina, bo benzodiazepiny i alkohol zwiastowały odlot, ale nie taki, którego bym sobie życzyła.
- Odpocznij. Przykryję cię, żebyś nie zmarzła.
Ściągnął koc z oparcia kanapy, a ja ułożyłam się wygodniej, opierając policzek na poduszce. Cały czas ściskałam w dłoni telefon w nadziei, że na wyświetlaczu ujrzę imię swojego męża.
Kiedy Johnny zaczął się oddalać, nagle coś sobie uświadomiłam i od razu uniosłam się na jednej ręce.
- Mógłbyś użyć do ogłoszenia tego zdjęcia? - Wskazałam na dużą fotografię w złotej ramce. - Matt wyszedł tu naprawdę dobrze - dodałam ciszej.
Uśmiechnął się i podszedł do konsoli, na której stał portret.
- To z waszej podróży poślubnej? Sama mu je zrobiłaś?
- Tak... - Łzy znowu napłynęły mi do oczu, więc mocno je zacisnęłam.
- Siostra - westchnął. - Proszę cię, nie załamuj się. Weź się prześpij. Leki powinny zaraz zacząć działać. Będę w gabinecie Matta, gdybyś mnie potrzebowała, okej? - dopytał.
Zauważyłam, że był zaniepokojony moim stanem, więc jedynie pokiwałam głową. Nie chciałam, żeby dosłyszał strapienie w moim głosie. Ścisnął mnie za rękę, a potem zniknął za drzwiami po lewej.
Kiedy zostałam sama, włączyłam w telefonie trening Jacobsona i zaczęłam wykonywać wszystkie polecenia. Napinałam i rozluźniałam mięśnie, wsłuchując się w spokojny głos dochodzący z głośnika. Przy pierwszych atakach paniki bardzo mi to pomagało. Miałam nadzieję, że poratuje i tym razem. Po piętnastu minutach zwyczajnie odpłynęłam.
* * *
Obudził mnie stukot dochodzący zza ściany. Nieprzytomnie uchyliłam powieki.
- Johnny? - zachrypiałam, ale odpowiedziała mi głucha cisza.
Gdzie on się podział? Ile w ogóle spałam? Która była godzina? Miałam za dużo pytań, a za mało odpowiedzi. Mimo to czułam, że mój umysł się rozjaśnił, bo macki lęku poluzowały chwyt. Rozprostowałam nogi i podniosłam się z kanapy. W ustach miałam pustynię - skutek uboczny leku. Chwiejnym krokiem ruszyłam do kuchni, żeby się czegoś napić. Zamykając lodówkę, dostrzegłam na niej karteczkę. Była przyczepiona magnesem, który kupiliśmy z Mattem podczas podróży poślubnej. Zakłuło mnie w piersi. Mąż zabrał mnie wtedy do Europy, zwiedzaliśmy Rzym. To była najbardziej romantyczna wycieczka w całym moim życiu.
Do cholery! Skup się, Claire!
Otrząsnęłam się i wróciłam wzrokiem do kartki. Była od Jonathana.
Siostra, ogarnąłem ogłoszenia. Nie chciałem Cię budzić. Wziąłem Twój samochód, więc nie stresuj się, jeśli nie znajdziesz kluczyków. Później Ci go odstawię. Pojeżdżę po okolicy i poszukam tego głupka. W razie potrzeby dzwoń.
Naprawdę nie wiedziałam, czym sobie zasłużyłam na tak oddanego przyjaciela, ale w myślach dziękowałam wszystkim bóstwom za jego zesłanie.
Nalałam sobie lemoniady i poszłam do gabinetu męża. Zwykle tam nie zaglądałam, ale uznałam, że warto przejrzeć jego rzeczy. Miałam nadzieję, że uda mi się znaleźć jakąkolwiek wskazówkę.
Kiedy otworzyłam dębowe drzwi, do moich nozdrzy wdarł się tytoniowy zapach perfum Matta - wciąż unosiły się w powietrzu. Znów zachciało mi się płakać, ale zdusiłam łzy. Odstawiłam szklankę na parapet i zaczęłam przetrząsać szuflady biurka. Papiery, projekty, rachunki, faktury - nic ciekawego. Nie zniechęciłam się jednak i usiadłam w obrotowym fotelu. Otworzyłam laptopa i wpisałam hasło - datę naszych zaręczyn. Stwierdziłam, że przejrzę kalendarz męża. Ekran powitał mnie zdjęciem z naszego ślubu, przy okazji wbijając kolejną szpilkę w serce. Matt mocno obejmował mnie w talii i miażdżył usta w pocałunku. Jego przydługie kręcone włosy muskały mój policzek. Dlaczego nie kazałam mu wtedy ściąć się krócej? Gula w gardle urosła, ale postanowiłam brnąć dalej. Nie wybaczyłabym sobie, gdybym przez własną nieudolność przegapiła jakiś istotny szczegół.
Na pulpicie komputera znajdowało się chyba z milion folderów.
Matko... Zanim to przejrzę, to minie półwiecze... Jak on się w ogóle w tym wszystkim odnajduje?
Błądziłam wzrokiem po ich nazwach. Wszystkie związane były z pracą. Nagle mój wzrok przykuł ten opatrzony moim imieniem. Poczułam mrowienie na całym ciele, ponieważ wydało mi się to dziwne i niepokojące. Błyskawicznie kliknęłam w plik. Moim oczom ukazał się pojedynczy dokument tekstowy napisany w Wordzie.
Powiedzieć, że miałam złe przeczucia, byłoby niedopowiedzeniem roku. Wiedziałam jednak, że powinnam go otworzyć. Z duszą na ramieniu zaczęłam czytać.
Cześć, Skarbie,
skoro to czytasz, to znaczy, że miałem nosa, twierdząc, że masz zmysł detektywa. Wiedziałem, że w końcu zaczniesz grzebać w moim gabinecie i dokopiesz się do tego listu. Mogłem napisać go na kartce, ale za bardzo drżały mi ręce... Bałem się, że nie będziesz mogła mnie rozczytać.
Ech... Pieprzę od rzeczy, prawda?
Ciężko mi to pisać, ale musisz w końcu poznać prawdę, myszko.
Claire, jesteś miłością mojego życia, o czym dobrze wiesz, bo mówiłem Ci to nie raz i nie dwa. Nie wiem, jak to się stało, że wybrałaś właśnie mnie, ale wiem, że to był istny cud. Powinienem był zrobić wszystko, żeby Cię zatrzymać, ale zamiast tego... Zjebałem, kochanie. Zjebałem po całości.
Jest mi wstyd. Cholernie wstyd... Powinienem być dla Ciebie wsparciem, a stałem się obciążeniem, czego nie mogłaś wiedzieć, bo od roku kłamałem Ci w żywe oczy.
Pamiętasz, jak mówiłem, że od czasu do czasu grywam partyjkę w pokera? Cóż... Wpadłem, kotku. Wpadłem i przepadłem. Uzależniłem się.
Nie mogłem się odegrać i za każdym razem przegrywałem coraz więcej. To było silniejsze ode mnie. Przegrałem wszystkie nasze oszczędności. Jak wejdziesz na subkonto w banku, to zrozumiesz. Kłamałem, mówiąc, że chciałem jeździć rowerem do pracy i dlatego sprzedałem swój samochód. Przegrałem go.
Nie będę się rozpisywał, bo to niczego nie zmieni, a tylko bardziej mnie znienawidzisz. Jeśli tak się stanie, zrozumiem. Sam na siebie nie mogę teraz patrzeć. Brzydzę się sobą.
Biłem się z myślami i uznałem, że najlepsze, co mogę dla Ciebie zrobić, to odejść.
Nie wiem, co by się stało, gdybym został. Co jeszcze bym wymyślił? Co przegrałbym w następnej kolejności? Samochód po Twojej mamie? Pierścionek zaręczynowy, który osobiście wsunąłem Ci na palec? Nie umiałbym Ci potem spojrzeć w oczy.
Powiedziałem Ci, że zgubiłem swoją obrączkę, pamiętasz? To było kolejne kłamstwo. Ją też przegrałem.
Zawsze mi ufałaś, Claire. I to był Twój błąd.
Nie mogę pozwolić, żebyś przeze mnie cierpiała. Będzie Ci lepiej beze mnie. Zasługujesz na więcej. Zasługujesz na wszystko.
Wiem, że potrzebujesz mieć w kimś oparcie. Po prostu taka już jesteś. Dobra, delikatna, wrażliwa i pomocna. Potrzebujesz u swojego boku kogoś silnego. Niestety, ja nie jestem już tym samym człowiekiem. Jestem wrakiem, Claire. Dlatego, błagam Cię, zapomnij o mnie. I przede wszystkim nie szukaj mnie. Uwierz mi, nie warto. Beze mnie będziesz bezpieczniejsza.
Mam nadzieję, że kiedyś zdołasz mi wybaczyć, kochanie.
Kocham Cię
Matt
Serce pękło mi na pół i zaczęło krwawić. Walczyłam o każdy oddech. Miałam wrażenie, że zaraz zadławię się powietrzem.
Nie... NIE, NIE, NIE!!!
Zalana łzami czytałam list ponownie, a potem jeszcze raz, ale wszystkie litery rozmywały mi się przed oczami. Nic z tego nie rozumiałam.
Zostawił mnie? Już do mnie nie wróci? Co to w ogóle znaczy, że bez niego będę bezpieczniejsza?
Złapałam się za głowę i wbiłam paznokcie głęboko w skórę. Pojawił się ból, ale nie tylko ten czysto fizyczny. Gorszy był psychiczny - niewidzialna ręka zadająca ciosy prosto w duszę. Poczułam się tak, jakby fantomowa dłoń Matta zacisnęła się na mojej szyi.
Wypadłam z gabinetu, zakrywając usta rąbkiem koszuli. W ostatniej chwili zawisłam nad muszlą i obficie zwymiotowałam. Gorycz podeszła mi do gardła, a żołądek zawiązał się w supeł.
Jak mógł mi to zrobić? Jak mógł tak kłamać?
Opadłam obok toalety i zaczęłam wyć niczym ranne zwierzę. Mój krzyk przeciął panującą w budynku ciszę.
Okazało się, że moje małżeństwo było budowane na podwalinach kłamstwa. Właśnie legło w gruzach całe moje życie, a od teraz miałam stąpać po jego ruinach.
Co z naszymi planami na przyszłość? Mieliśmy zacząć starać się o dziecko. Czy to nie miało dla niego żadnego znaczenia? Może on wcale mnie jednak nie kochał? Może hazard to kolejne kłamstwo, a tak naprawdę znalazł sobie kogoś innego?
Wiedziałam, że bez Matta u boku nie będę w stanie utrzymać mieszkania. W swoim biurze rachunkowym nie zarabiałam wystarczająco dużo. Bałam się również o mamę. Prywatny ośrodek, w którym przebywała, był potwornie drogi.
Myśli kłębiły mi się w głowie, a każda kolejna powodowała, że czułam się tak, jakby ktoś kopał mnie prosto w brzuch.
Nie mam pojęcia, jak długo siedziałam na zimnych płytkach, ale odniosłam wrażenie, że przez ten czas zdążyłam przejść przez wszystkie etapy żałoby. Potem zemdlałam.