Emmy & Oliver - Robin Benway

Kup ebooka

31.50 zł
25.83 zł (28,30 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Oli­ver znik­nął po szko­le w piąt­ko­we po­po­łu­dnie, daw­no temu, kie­dy by­li­śmy w dru­giej kla­sie i drob­ne spra­wy wy­da­wa­ły się bar­dzo waż­ne, a rze­czy istot­ne - zbyt małe. Nie było ni­cze­go dziw­ne­go w tym, że tam­te­go po­po­łu­dnia wsiadł do auta taty, czer­wo­ne­go ka­brio­le­tu, któ­re­go pisk opon jesz­cze przez wie­le lat dźwię­czał mi w uszach.

By­li­śmy z Oli­ve­rem naj­lep­szy­mi przy­ja­ciół­mi - od na­szych na­ro­dzin aż do dnia, w któ­rym jego tata ode­brał go ze szko­ły i ni­g­dy nie od­wiózł do domu. Na­wet miesz­ka­li­śmy po są­siedz­ku. Okna na­szych po­koi wy­cho­dzi­ły na sie­bie.

Od dzie­się­ciu lat okno jego po­ko­ju jest pu­ste, ale cza­sem na­dal za­glą­dam przez nie i wi­dzę, że po­kój wy­glą­da tak samo, jak w dniu jego za­gi­nię­cia. Mau­re­en, mama Oli­ve­ra, ni­g­dy ni­cze­go w nim nie ru­szy­ła. W cią­gu tych dzie­się­ciu lat po­now­nie wy­szła za mąż i uro­dzi­ła dwie có­recz­ki, ale po­kój Oli­ve­ra nie zmie­nił się. Za­ku­rzo­ny i dzie­cin­ny był czymś w ro­dza­ju świą­ty­ni. Ro­zu­miem, dla­cze­go. Uprząt­nię­cie go ozna­cza­ło­by, że Oli­ver może ni­g­dy nie wró­cić.

Cza­sem wy­da­je mi się, że wszyst­kie te prze­są­dy: trzy­ma­nie kciu­ków, omi­ja­nie pęk­nięć na chod­ni­ku, świą­ty­nie ta­kie jak po­kój Oli­ve­ra bio­rą się z tego, że za bar­dzo cze­goś pra­gnie­my.

Oj­ciec Oli­ve­ra bar­dzo mą­drze wy­my­ślił so­bie to, jak go za­brać. Mie­li­śmy trzy­dnio­wy week­end i po­wi­nien był od­sta­wić Oli­ve­ra do szko­ły we wto­rek rano. Do dzie­sią­tej nie po­ja­wi­li się. Przed je­de­na­stą mama Oli­ve­ra sie­dzia­ła w ga­bi­ne­cie dy­rek­to­ra. Przed pięt­na­stą tego po­po­łu­dnia par­king szkol­ny i traw­nik przed do­mem Oli­ve­ra za­sta­wio­ne były ka­me­ra­mi re­por­ter­ski­mi. Wpa­try­wa­ły się w nas jak elek­tro­nicz­ne cy­klo­py, pró­bu­jąc do­wie­dzieć się, jak to zno­si­my i jak my, dzie­ci, ra­dzi­my so­bie, kie­dy nasz przy­ja­ciel za­gi­nął.

Caro pła­ka­ła, więc moja mama ka­za­ła, że­by­śmy usia­dły przy sto­le i zja­dły prze­ką­skę - cia­stecz­ka Oreo z po­dwój­ną ilo­ścią kre­mu. Zo­rien­to­wa­łam się, że jest na­praw­dę źle.

Wszy­scy są­dzi­li­śmy, że Oli­ver i jego tata wró­cą do domu tego wie­czo­ru. A po­tem, że na­stęp­ne­go dnia. A po­tem, że z pew­no­ścią przed week­en­dem. Ale nie wró­ci­li ni­g­dy. Oli­ver i jego tata znik­nę­li, od­pły­nę­li w ni­cość jak chmu­ry na nie­bie, choć ich było trud­niej zła­pać.

Mo­gli być do­słow­nie wszę­dzie. Ta myśl spra­wia­ła, że świat wy­da­wał się taki duży, taki roz­le­gły. Jak lu­dzie mogą tak po pro­stu zni­kać? Mama Oli­ve­ra, kie­dy była bar­dziej przy­tom­na, co zda­rza­ło się, kie­dy nie pła­ka­ła i nie bra­ła ma­łych bia­łych pi­gu­łek, przez któ­re wy­glą­da­ła na smut­ną, mó­wi­ła, że pój­dzie na ko­niec świa­ta, aby go od­na­leźć. Tyl­ko że wy­glą­da­ło na to, że to Oli­ver do­tarł na kra­niec świa­ta i spadł w ot­chłań ni­co­ści. Mia­łam sie­dem lat i tyl­ko ta­kie wy­ja­śnie­nie mia­ło dla mnie sens. Zie­mia była okrą­gła i krę­ci­ła się zbyt szyb­ko, a Oli­ver znik­nął, od­da­la­jąc się od nas na za­wsze ru­chem ob­ro­to­wym.

Za­nim Oli­ver zo­stał po­rwa­ny, mój tata zwykł mó­wić, że kie­dy jest się da­le­ko, ko­cha się moc­niej i gdy pod­bie­ga­łam, aby przy­wi­tać go po pra­cy, cmo­kał mnie w po­licz­ki. Po­tem prze­stał tak mó­wić (cho­ciaż jego uści­ski były moc­niej­sze niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej) i zro­zu­mia­łam, że to było kłam­stwo. Nie było w tym ani krzty praw­dy. Nie­obec­ność Oli­ve­ra roz­dar­ła nas, dzie­ląc są­siedz­two tak głę­bo­ką wy­rwą, że pra­wie do­szło do trzę­sie­nia zie­mi.

Trzę­sie­nie zie­mi by­ło­by lep­sze. Gdy­by na­de­szło, przy­naj­mniej ro­zu­mia­ła­bym, dla­cze­go drżę.

Są­sie­dzi zor­ga­ni­zo­wa­li eki­py po­szu­ki­waw­cze i, trzy­ma­jąc się za ręce, spraw­dza­li za­le­sio­ne te­re­ny za szko­łą. Ze­bra­li dat­ki, ku­pi­li kawę po­li­cjan­tom i ka­za­li Caro i mnie iść się po­ba­wić. Zmie­ni­ły się na­wet na­sze za­ba­wy. Już nie ba­wi­ły­śmy się w dom. Ba­wi­ły­śmy się w "Po­rwa­nie".

- Do­bra, będę mamą Oli­ve­ra, a ty Oli­ve­rem. A ty, Drew, jego tatą - Caro wy­da­wa­ła nam po­le­ce­nia, ale nie wie­dzie­li­śmy, co ma być po tym, jak Drew od­cią­gnął mnie na bok. Caro uda­wa­ła, że pła­cze, wy­po­wia­da­jąc przy tym sło­wa: "Moje dziec­ko!", bo to wła­śnie wy­krzy­ki­wa­ła Mau­re­en pierw­sze­go dnia, za­nim leki na uspo­ko­je­nie za­czę­ły dzia­łać. Ale my z Drew tak po pro­stu sta­li­śmy, trzy­ma­jąc się za ręce. Nie wie­dzie­li­śmy, jak za­koń­czyć za­ba­wę. Nikt nam nie po­wie­dział, jak to zro­bić. Zresz­tą i tak mama ka­za­ła nam prze­stać się w to ba­wić, bo mo­gło to przy­gnę­bić mamę Oli­ve­ra.

- Ale ona za­wsze jest przy­gnę­bio­na - stwier­dzi­łam, jed­nak ro­dzi­ce nic na to nie od­po­wie­dzie­li.

Cza­sem my­ślę, że gdy­by­śmy byli star­si, by­ło­by ła­twiej. Wie­le roz­mów prze­ry­wa­no, gdy wcho­dzi­łam do po­miesz­cze­nia, dla­te­go na­uczy­łam się skra­dać po scho­dach, aby pod­słu­chi­wać, o czym roz­ma­wia­ją do­ro­śli. Od­kry­łam, że sia­da­jąc na dzie­wią­tym stop­niu, mogę ob­ser­wo­wać kuch­nię i znaj­du­ją­cy się tuż za nią sa­lon, w któ­rym Mau­re­en spę­dzi­ła wie­le nocy, łka­jąc i za­ła­mu­jąc ręce. Moja mama obej­mo­wa­ła ją, ko­ły­sząc przy tym tak, jak ko­ły­sa­ła mnie, gdy bu­dzi­łam się zla­na po­tem, bo śnił mi się kosz­mar z Oli­ve­rem i jego met­ką od ko­szu­li. Na sto­le za­wsze sta­ły kie­lisz­ki z ciem­no­czer­wo­nym wi­nem, któ­re bar­dziej przy­po­mi­na­ło krew niż ca­ber­net. Pła­czą­ca Mau­re­en spra­wia­ła, że czu­łam się dziw­nie. Jak­by ktoś ob­dzie­rał mnie ze skó­ry. Nie za­wsze sły­sza­łam, co mó­wią, ale nie mia­ło to zna­cze­nia. I tak wie­dzia­łam. Mau­re­en była smut­na, po­nie­waż chcia­ła przy­tu­lić Oli­ve­ra tak, jak moja mama tu­li­ła ją.

- Ni­g­dy nie wy­ja­dę - pew­nej nocy Mau­re­en za­le­wa­ła się łza­mi, kie­dy ja sie­dzia­łam na scho­dach, wstrzy­mu­jąc od­dech, aby nikt mnie nie za­uwa­żył. - Ni­g­dy stąd nie wy­ja­dę. Ro­zu­miesz? Co bym zro­bi­ła, gdy­by Oli­ver wró­cił, a ni­ko­go by nie...? O, Boże, o Boże.

- Ro­zu­miem - wciąż za­pew­nia­ła ją mama. - Zo­sta­nie­my z tobą. Też nie wy­je­dzie­my.

I do­trzy­ma­ła tej obiet­ni­cy. Ni­g­dy nie wy­je­cha­li­śmy. Cały czas miesz­ka­li­śmy w tym sa­mym domu obok. Inni są­sie­dzi wy­pro­wa­dzi­li się, a w ich miej­sce przy­by­li nowi. Mia­łam wra­że­nie, że wszy­scy oni wie­dzie­li o Oli­ve­rze. Mimo woli stał się miej­sco­wym ce­le­bry­tą, sły­ną­cym z by­cia du­chem, wiecz­nym nie­obec­nym.

W mia­rę jak upły­wał czas, co­raz trud­niej było wy­obra­zić so­bie, jak mógł­by te­raz wy­glą­dać. Na­wet kie­dy po­li­cyj­ni spe­cja­li­ści po­sta­rzy­li jego twarz na zdję­ciu z dru­giej kla­sy. Wszy­scy oglą­da­li­śmy zmie­nia­ją­ce się przez lata ob­li­cze Oli­ve­ra. Urósł mu nos, oczy miał więk­sze, a czo­ło wyż­sze. Jego uśmiech nie był już tak wy­raź­ny, a dzie­cię­ce zęby prze­kształ­co­no w ta­kie jak u do­ro­słe­go. Ale jego oczy ni­g­dy się nie zmie­nia­ły. To było naj­dziw­niej­sze. Da­wa­ło na­dzie­ję.

By­li­śmy na miej­scu, roz­glą­da­li­śmy się i cze­ka­li­śmy na jego po­wrót, jak­by na­sza mi­łość była la­tar­nią, któ­rą mógł oświe­tlić so­bie dro­gę do domu, wy­czoł­gać się spod zie­mi i wejść drzwia­mi do swo­je­go domu. Z cią­gle wy­sta­ją­cą z ko­szu­li met­ką.

Cho­ciaż po ja­kimś cza­sie, kie­dy mi­ja­ły lata, zdję­cia cią­gle się zmie­nia­ły, a tro­py oka­zy­wa­ły się fał­szy­we, zro­zu­mie­li­śmy, że la­tar­nia już nie świe­ci dla nie­go, ale dla tych, któ­rzy zo­sta­li. Moż­na było na nią li­czyć, kie­dy w koń­cu po­ję­ło się, że strasz­ne rze­czy mogą się zda­rzyć, że czar­ne cha­rak­te­ry ist­nie­ją nie tyl­ko w książ­kach i że Oli­ver może ni­g­dy nie wró­cić do domu.

Aż któ­re­goś dnia wró­cił.

Rozdział drugi

Pa­mię­tam, że był to pią­tek, bo tego po­po­łu­dnia sur­fo­wa­łam. Za­wsze w piąt­ki wy­cho­dzi­łam, bo oby­dwo­je ro­dzi­ce pra­co­wa­li do póź­na, dzię­ki cze­mu ła­twiej było mi prze­my­cić de­skę sur­fin­go­wą do auta. Dzień był spo­koj­ny, nie­bo lek­ko za­snu­te chmu­ra­mi, a fale mia­ły może metr wy­so­ko­ści. Aku­rat spłu­ki­wa­łam się pod prysz­ni­cem przy pla­ży, gdy usły­sza­łam, że ktoś wy­krzy­ku­je moje imię.

- Emma! Emma! Gdzie ona jest? Jest tu?

Po­pa­trzy­łam na ko­niec alej­ki i zo­ba­czy­łam moją naj­lep­szą przy­ja­ciół­kę Ca­ro­li­ne bie­gną­cą w moją stro­nę.

Jej wło­sy były tak samo roz­czo­chra­ne jak moje, wy­sma­ga­ne mor­skim wia­trem i po kil­ku­go­dzin­nej ką­pie­li w sło­nej wo­dzie. Bie­gła boso, a w dło­ni dyn­da­ły jej buty. Wszy­scy obec­ni na pla­ży za­mar­li i pa­trzy­li, jak gna w dół. Usły­sza­łam, jak je­den z sur­fe­rów po­wie­dział: "Ko­leś, szyb­ka jest".

Wy­szłam spod stru­mie­nia wody. Ser­ce biło mi moc­no. Coś z ro­dzi­ca­mi? Wy­pa­dek? Gdzie był nasz ko­le­ga Drew? O, Boże. Cho­dzi o Drew. Coś się mu sta­ło!

- Em - po­wie­dzia­ła przy­ja­ciół­ka, a w jej oczach doj­rza­łam coś prze­ra­ża­ją­ce­go, dzi­kie­go, prze­stra­szo­ne­go i jed­no­cze­śnie peł­ne­go na­dziei.

Wcze­śniej ni­g­dy nie wi­dzia­łam jej w ta­kim sta­nie i pew­nie po­now­nie nie zo­ba­czę.

- Emma - po­wie­dzia­ła. - Zna­leź­li Oli­ve­ra.

Za­baw­ne. Wy­obra­żasz so­bie, że do­sta­jesz ja­kąś in­for­ma­cję i wy­my­ślasz so­bie, jak na nią za­re­agu­jesz. Zna­leź­li Oli­ve­ra. Mimo to, kie­dy w koń­cu sły­szysz te dwa sło­wa, o któ­rych ba­łaś się na­wet my­śleć ze stra­chu, że za­pe­szysz, że ni­g­dy tak na­praw­dę ich nie usły­szysz, to masz wra­że­nie, że są nie­re­al­ne.

- Emma! - Ca­ro­li­ne zła­pa­ła mnie za bar­ki i po­chy­li­ła się, aby spoj­rzeć mi w oczy. Jej uścisk był tak moc­ny, że przez pian­kę neo­pre­no­wą czu­łam jej pal­ce. - Zna­leź­li Oli­ve­ra. Nic mu nie jest.

- Ca­ro­li­ne - ode­zwa­łam się po­wo­li. - Spra­wiasz mi ból.

- O, prze­pra­szam! Prze­pra­szam! - pu­ści­ła mnie, ale na­dal sta­ła bli­sko. - Wpa­dłaś w szok? Nic ci nie jest? Po­trze­bu­jesz elek­tro­li­tów?

Po­krę­ci­łam gło­wą.

- Zna­leź­li go? Jak?

Ca­ro­li­ne się roz­pro­mie­ni­ła.

- Do­pie­ro co za­dzwo­ni­ła do mnie two­ja mama. Nie od­bie­ra­łaś te­le­fo­nu, więc wy­sła­ła mnie, abym cię po­szu­ka­ła. - Mama wie­dzia­ła, co robi. Ca­ro­li­ne zde­cy­do­wa­nie jest oso­bą, któ­rej moż­na po­wie­rzyć prze­ka­za­nie wia­do­mo­ści. Do­brej lub złej. Na­le­ża­ła do tych, co zry­wa­ją pla­ster jed­nym ru­chem.

- Jest w No­wym Jor­ku - kon­ty­nu­owa­ła. - Wra­ca do domu.

Ugię­ły się pode mną ko­la­na. Może jed­nak przy­da­ło­by mi się coś z elek­tro­li­ta­mi.

- Kto jest w No­wym Jor­ku?

- Oli­ver! Emma, na Boga. Skup się!

- Czy mogę...? Gdzie jest mój te­le­fon? Po­trze­bu­ję te­le­fo­nu!

Caro pod­ska­ki­wa­ła z nogi na nogę, kie­dy po­bie­głam do ręcz­ni­ka i wy­grze­ba­łam spod nie­go tor­bę, na któ­rej dnie zna­la­złam te­le­fon. Sie­dem nie­ode­bra­nych po­łą­czeń i trzy ese­me­sy od mamy. ZA­DZWOŃ DO DOMU. NA­TYCH­MIAST - brzmiał każ­dy z nich.

- Po­wie­dzia­łaś ma­mie, że je­stem tu? - spy­ta­łam Caro, wrzu­ca­jąc te­le­fon z po­wro­tem do tor­by i pró­bu­jąc zdjąć z sie­bie pian­kę tak szyb­ko, jak tyl­ko mo­głam, bez jed­no­cze­sne­go ścią­ga­nia ko­stiu­mu.

- Nie, oczy­wi­ście, że nie - po­wie­dzia­ła. - Chwyć się - po­le­ci­ła i po­da­ła mi ra­mię, abym zła­pa­ła rów­no­wa­gę, zsu­wa­jąc dol­ną część neo­pre­nu. - Po­wie­dzia­łam, że mo­żesz być w bi­blio­te­ce i dla­te­go masz wy­ci­szo­ny te­le­fon.

- Do­brze - moi ro­dzi­ce ni­g­dy nie po­chwa­li­li­by tego, że sur­fu­ję i dla­te­go ni­g­dy nie mogą o tym wie­dzieć. Ko­cham ich, ale gdy­by to za­le­ża­ło od nich, skon­stru­owa­li­by dla mnie kom­bi­ne­zon z fo­lii bą­bel­ko­wej i trzy­ma­li­by mnie pod klo­szem. Nie chcia­łam być ta­kim dzie­cia­kiem, któ­ry wy­my­kał się i ro­bił róż­ne rze­czy za ple­ca­mi ro­dzi­ców, ale tak bar­dzo ko­cha­łam sur­fing, że nie mo­głam z nie­go zre­zy­gno­wać. Dla­te­go okła­my­wa­łam ich - rzecz ja­sna nie było to naj­lep­szym roz­wią­za­niem pro­ble­mu, ale tyl­ko na tyle było mnie stać.

- Cho­ciaż mogą się za­sta­na­wiać, cze­mu masz mo­kre wło­sy - stwier­dzi­ła Caro, wy­ry­wa­jąc mnie z za­my­śle­nia.

- Wy­my­śli­my wy­tłu­ma­cze­nie w au­cie - po­wie­dzia­łam i w koń­cu na­rzu­ci­łam su­kien­kę na ko­stium ką­pie­lo­wy. Ca­ro­li­ne wzię­ła mój ręcz­nik i zła­pa­ła mnie za rękę. Ru­szy­ły­śmy pod górę do sa­mo­cho­du. Zda­wa­ło mi się, że sły­szę la­ta­ją­ce nad gło­wą od­rzu­tow­ce, ale kie­dy spoj­rza­łam w górę i zo­ba­czy­łam je­dy­nie kil­ka ni­sko za­wie­szo­nych chmur, uświa­do­mi­łam so­bie, że to szu­mi krew, któ­ra ude­rza­ła mi do gło­wy, a pul­su­jąc, spra­wia­ła, że szłam pro­sto i trzy­ma­łam się w so­bie.

- Zna­leź­li go - szep­nę­ła Caro i kie­dy ści­snę­ła moją dłoń, od­wza­jem­ni­łam gest, po­now­nie scho­dząc z chmur na zie­mię.

Szyb­ko wrzu­ci­łam de­skę do ba­gaż­ni­ka fur­go­net­ki Drew, a po­tem wsko­czy­łam na tyl­ne sie­dze­nie. Drew cze­kał, sie­dząc za kie­row­ni­cą i za­pa­mię­ta­le pi­sał do ko­goś ese­me­sy. Na po­licz­kach miał wy­pie­ki. Ubra­ny był w strój do gry w pił­kę noż­ną. Kie­dyś Drew był moim naj­lep­szym to­wa­rzy­szem do sur­fo­wa­nia, ale pił­ka za­czę­ła po­chła­niać co­raz wię­cej jego cza­su. Te­raz jest na naj­lep­szej dro­dze do zdo­by­cia sty­pen­dium w Ber­ke­ley, zu­peł­nie jak jego star­szy brat Kane.

- O, mój Boże - po­wie­dział, nie pod­no­sząc wzro­ku. - Mo­żesz w to uwie­rzyć?

- Nie cał­kiem - przy­zna­łam. - A ty?

- Nie - od­parł, wpraw­nie prze­su­wa­jąc kciu­kiem po ma­łej kla­wia­tu­rze. - Jak się wy­tłu­ma­czysz z mo­krych wło­sów przed mamą?

- Wy­myśl coś - po­pro­si­łam i zbyt póź­no spo­strze­głam, że sto­py mam całe w pia­sku, mule i żwir­ku. Cały ten brud roz­ma­zał się na dy­wa­ni­kach fur­go­net­ki Drew.

Drew uwiel­biał swój sa­mo­chód. Tak na­praw­dę nie była to fur­go­net­ka, lecz od­no­wio­ny bu­sik Volks­wa­gen Trans­por­ter z 1971 roku w ko­lo­rze po­mi­do­ro­wej czer­wie­ni. Lu­dzie ro­bi­li so­bie przy nim zdję­cia, taki był pięk­ny. A z tyłu miał dużo miej­sca na de­ski sur­fin­go­we. Auto na­le­ża­ło wcze­śniej do bra­ta Drew, ale kie­dy dwa lata temu Kane wy­jeż­dżał na stu­dia, po­da­ro­wał mu go. Jak­by wie­dział, że bę­dzie przy­da­wał się Drew do kon­spi­ra­cyj­nych wy­cie­czek.

- O, nie! - wy­krzyk­nę­łam, kie­dy zo­ba­czy­łam pia­sek. - Drew, prze­pra­szam. Po­win­nam...

- Nie przej­muj się! - za­pisz­cza­ła Caro. - To pia­sek, nie kwas. Jedź już, do­bra?

- Cze­kaj - wtrą­ci­łam. - Mój sa­mo­chód. Zo­stał w nim ple­cak z pod­ręcz­ni­ka­mi. Mam ju­tro spraw­dzian!

- Żar­tu­jesz so­bie? - Drew wy­co­fał, a siła przy­śpie­sze­nia wbi­ła mnie w sie­dze­nie. - Za­pnij­cie pasy - oznaj­mił. - Dziś nikt nie od­ra­bia żad­nych za­dań do­mo­wych.

Kie­dy w koń­cu wy­je­cha­li­śmy na dro­gę, Drew rzu­cił mi spoj­rze­nie we wstecz­nym lu­ster­ku.

- Em, tak se­rio. Je­steś pew­na, że nie do­zna­łaś szo­ku? Je­steś bla­da.

- Już pro­po­no­wa­łam jej elek­tro­li­ty - oznaj­mi­ła Ca­ro­li­ne.

- Nic mi nie jest - za­pew­ni­łam ich. Tyle że za­brzmia­ło to tro­chę skrze­kli­wie i każ­dy głu­pi o prze­cięt­nej wraż­li­wo­ści z pew­no­ścią zo­rien­to­wał­by się, że kła­ma­łam.

Caro prze­chy­li­ła się przez sie­dze­nie i chwy­ci­ła mój pas.

- Masz - po­wie­dzia­ła. - Drew pro­wa­dzi. To śro­dek ko­niecz­ny - Wpię­ła pas i ści­snę­ła mnie za ra­mię. - Czy to się dzie­je na­praw­dę?

Obie zna­ły­śmy Drew od przed­szko­la. Wła­ści­wie to po­ło­wa szko­ły zna­ła się od przed­szko­la. Miesz­ka­li­śmy na jed­nym z tych po­łu­dnio­wo­ka­li­for­nij­skich przed­mie­ści, peł­nym ró­żo­wych schlud­nych do­mów, z któ­rych mało kto chce się wy­pro­wa­dzać.

Za­nim za­przy­jaź­nisz się z Drew, mu­sisz o nim wie­dzieć jed­no: pro­wa­dzi, jak­by go­nił go sa­mo­chód pe­łen zde­mo­ra­li­zo­wa­nych nik­czem­nych klau­nów. W dru­giej kla­sie li­ceum cho­dzi­łam na kurs pra­wa jaz­dy ra­zem z nim, dla­te­go wiem, że za­wsze tak miał. Wiem też, że po pierw­szej lek­cji na dro­dze z Drew nasz in­struk­tor jaz­dy po­szedł po re­cep­tę na Xa­nax.

Ale do­pie­ro kie­dy ma zły hu­mor albo jest zde­ner­wo­wa­ny czy pod­eks­cy­to­wa­ny, to po­ka­zu­je, na co na­praw­dę go stać. W dniu, w któ­rym od­na­lazł się Oli­ver, Drew pro­wa­dził w naj­bar­dziej sza­lo­ny spo­sób, jaki zna­łam do tej pory. Kie­dy prze­je­chał na po­ma­rań­czo­wym świe­tle, Caro przy­trzy­my­wa­ła so­bie pas jed­ną ręką, a kie­dy wje­chał w dziu­rę, jęk­nę­ła.

- Drew, two­ja fur­go­net­ka nie zo­sta­ła skon­stru­owa­na, aby po­ko­ny­wać ba­rie­rę dźwię­ku!

- O, wy­lu­zuj, Ca­ro­li­ne - od­po­wie­dział. Zwró­cił się do niej peł­nym imie­niem tyl­ko po to, aby ją zi­ry­to­wać. Nikt nie mówi do niej Ca­ro­li­ne. To zbyt dużo sy­lab.

- Chcia­ła­bym zo­ba­czyć Oli­ve­ra, za­nim do­znam fa­tal­ne­go w skut­kach ura­zu krę­go­słu­pa - po­wie­dzia­łam, pró­bu­jąc jed­no­cze­śnie po­lu­zo­wać że­la­zny uścisk pa­sów.

- Jak my­śli­cie, na ile to praw­da? - spy­tał Drew.

Do­bre py­ta­nie. To nie pierw­szy raz, kie­dy Oli­ver zo­stał "od­na­le­zio­ny". Na po­cząt­ku ro­ko­wa­nia, na­dzie­je, wi­do­ki czy prze­wi­dy­wa­nia były obie­cu­ją­ce. W set­kach te­le­fo­nów, któ­re dzwo­ni­ły na in­fo­li­nię, twier­dzo­no, że w Oma­ha, Atlan­cie, Los An­ge­les, a na­wet w Pu­er­to Rico wi­dzia­no sied­mio­lat­ka o pia­sko­wych wło­sach i z pie­ga­mi na twa­rzy. Z bie­giem lat te­le­fo­nów było mniej, ale pra­wie każ­de­go roku po­ja­wiał się pro­myk na­dziei. Płon­ny, nie mniej jed­nak był i wy­star­czał, aby prze­żyć ko­lej­ny rok.

- Może na pew­no? - po­wie­dzia­łam. - Nie wiem - prze­rwa­łam, bo nie wie­dzia­łam, co po­wie­dzieć.

Wy­rę­czy­ła mnie Caro.

- Mama Emmy za­dzwo­ni­ła do mnie, bo Em nie od­bie­ra­ła te­le­fo­nu - wy­ja­śni­ła. - Mó­wi­ła coś o od­ci­sku pal­ca. Był na wy­ciecz­ce szkol­nej na po­ste­run­ku po­li­cji? Nie je­stem pew­na. W każ­dym ra­zie pa­so­wał do tego z akt spra­wy. Po­li­cja chcia­ła aresz­to­wać tatę Oli­ve­ra w domu, ale go nie za­sta­ła. Był za to Oli­ver.

- Nowy Jork? - spy­tał Drew. - Na­praw­dę?

- Ten Nowy Jork - pod­kre­śli­ła Caro. - Ale coś mi tu śmier­dzi. Na­dal nie zna­leź­li jego taty. Wy­glą­da na to, że na­wiał przed po­li­cją - Caro za­wsze lu­bi­ła po­li­cyj­ny żar­gon. Wy­da­je mi się, że nie prze­ga­pi­ła żad­ne­go od­cin­ka Pra­wo i po­rzą­dek: sek­cja spe­cjal­na.

- Nie­źle - wy­mam­ro­tał Drew. - Nowy Jork.

Nie mu­sia­łam pa­trzeć na Drew, aby wie­dzieć, co my­ślał. Chciał­by być gdzie­kol­wiek in­dziej niż w na­szym mie­ście. Pew­nie Nowy Jork brzmiał dla nie­go jak ma­rze­nie.

Ży­je­my w to­le­ran­cyj­nej spo­łecz­no­ści, do­pó­ki nie po­ja­wi się coś, co trze­ba to­le­ro­wać. Tak więc, kie­dy w ze­szłym roku Drew ujaw­nił się i oznaj­mił, że jest ge­jem, wy­wo­łał tym coś, co na­zwał "przy­cza­jo­ną bu­rzą". Oczy­wi­ście Caro i ja wie­dzia­ły­śmy już wcze­śniej. Ro­dzi­ce Drew za­re­ago­wa­li tro­chę... nie tak. Naj­pierw za­cho­wy­wa­li się wspie­ra­ją­co, pa­dło dużo zdań w sty­lu "ko­cha­my cię ta­kim, ja­kim je­steś", ale gdy Drew otwar­cie o tym mó­wił, at­mos­fe­ra w domu gęst­nia­ła. Mil­cze­nie prze­cią­ga­ło się, a sło­wa kur­czy­ły.

- Cza­sem pa­trzą na mnie - opo­wia­dał szep­tem któ­re­goś razu, gdy no­co­wa­li­śmy u Caro. - Ale nie wiem, czy po­do­ba im się to, co wi­dzą.

Ro­zu­mia­łam, dla­cze­go Drew z taką tę­sk­no­tą po­wie­dział "Nowy Jork".

- Tak więc Oli­ver leci do domu w tej chwi­li - cią­gnę­ła Caro. - Bę­dzie tu wie­czo­rem.

Wyj­rza­łam przez szy­bę, kie­dy Drew skrę­cił w pra­wo. Przez chwi­lę wszy­scy mil­cze­li­śmy. Na zdję­ciu z dru­giej kla­sy sto­imy usta­wie­ni we­dług wzro­stu w środ­ko­wym rzę­dzie. Caro na koń­cu, po­tem Drew i Oli­ver, a po­tem ja. Póź­niej Oli­ver znik­nął i zo­sta­li­śmy we trój­kę, zu­peł­nie za­gu­bie­ni w ob­li­czu tej stra­ty. A co gor­sza, jesz­cze wie­le mie­się­cy po za­gi­nię­ciu Oli­ve­ra, wszy­scy do­ro­śli byli wy­jąt­ko­wo mili: Ude­rzy­łaś ro­we­rem w moje auto? To tyl­ko drob­ne za­dra­pa­nie. Roz­bi­łeś szy­bę w moim oknie? Na­stęp­nym ra­zem bar­dziej uwa­żaj. To było nie­po­ko­ją­ce. Je­śli do­ro­śli po­bła­ża­ją dzie­ciom, to wia­do­mo, że spra­wy mają się na­praw­dę źle.

Drew gwał­tow­nie skrę­cił w lewo w na­szą uli­cę. Ma taki na­wyk, że pę­dzi do ostat­niej chwi­li, a po­tem bie­rze sze­ro­ki za­kręt w na­szą śle­pą ulicz­kę i gna pro­sto na pod­jazd przed moim do­mem. Mo­że­cie so­bie wy­obra­zić, jak eks­cy­tu­ją­ce było to do­zna­nie w źle wy­wa­żo­nym "ogó­ra­sie". Kie­dy moja mama po raz pierw­szy zo­ba­czy­ła gna­ją­ce­go w kie­run­ku na­sze­go domu Drew, za­py­ta­ła, czy on na pew­no wie, że uli­ca jest śle­pa.

Py­ta­nie było uza­sad­nio­ne.

Mu­szę jed­nak przy­znać, że Drew wie­dział, co robi i kil­ka chwil póź­niej, kie­dy zo­ba­czy­li­śmy wozy re­por­ter­skie i ka­me­ry, za­cią­gał ha­mu­lec ręcz­ny.

- Wi­taj­cie, sta­rzy przy­ja­cie­le - po­wie­dział prze­cią­gle na ich wi­dok. - Ile mi­nę­ło cza­su?

- Dwa lata - od­po­wie­dzia­łam, ga­piąc się przez szy­bę. Po tym jak dzie­sięć lat temu - w tam­to po­po­łu­dnie - Oli­ver nie po­ka­zał się w szko­le, ka­me­ry dzien­ni­kar­skie przez kil­ka mie­się­cy były ni­czym od­dzia­ły ha­ła­śli­wej ka­wa­le­rii. Z po­cząt­ku wszy­scy uwa­ża­li, że to świet­ne, bo przy­cią­ga­ły do tej spra­wy uwa­gę! Pew­nie ktoś zo­ba­czy Oli­ve­ra i we­zwie po­li­cję, a on wró­ci do domu w samą porę na im­pre­zę z oka­zji siód­mych uro­dzi­ny Drew. Caro, Drew i ja ry­so­wa­li­śmy por­tre­ty Oli­ve­ra i pró­bo­wa­li­śmy na­kło­nić pre­zen­te­rów do po­ka­zy­wa­nia ich, ale oni głów­nie ster­cze­li przed do­mem Oli­ve­ra i mó­wi­li rze­czy w sty­lu: to na­głe za­gi­nię­cie do głę­bi... [te­atral­na pau­za]... wstrzą­snę­ło lo­kal­ną spo­łecz­no­ścią.

Iro­nia po­le­ga na tym, że cho­ciaż znik­nię­cie Oli­ve­ra było w na­szym mie­ście ogrom­nym wy­da­rze­niem, to poza jego gra­ni­ca­mi nie bu­dzi­ło więk­szych emo­cji. Był ko­lej­nym ano­ni­mo­wym chłop­cem, któ­re­go nie­uży­wa­ją­cy prze­mo­cy tata, oby­wa­tel Sta­nów Zjed­no­czo­nych, po pro­stu za­brał. Ow­szem, było to okrop­ne, ale samo śledz­two w spra­wie za­gi­nię­cia Oli­ve­ra dla więk­szo­ści osób nie mia­ło spe­cjal­ne­go zna­cze­nia. Wte­dy po raz pierw­szy po­zna­łam, czym jest praw­dzi­wa fru­stra­cja, ten roz­dzie­ra­ją­cy ból, któ­ry czu­jesz, bo to, co dla cie­bie jest tak waż­ne, dla in­nych jest je­dy­nie pył­kiem ku­rzu na wie­trze.

Któ­re­goś po­po­łu­dnia, kie­dy spra­wa przy­ci­chła już nie­co w lo­kal­nej pra­sie, dzien­ni­ka­rze za­pra­gnę­li po­roz­ma­wiać ze mną. Ro­dzi­ce byli w domu i nie za­uwa­ży­li, że wy­mknę­łam się, aby spraw­dzić, czy Oli­ver nie cho­wa się na po­dwó­rzu za swo­im do­mem, kie­dy skie­ro­wa­no na mnie ka­me­ry. Na­wet dziś, kie­dy o tym my­ślę, robi mi się nie­do­brze.

- Co czu­jesz na myśl, że twój przy­ja­ciel może ni­g­dy nie wró­cić?

- Skar­bie, co nam opo­wiesz o Oli­ve­rze? Uwa­żasz, że bar­dziej chciał być z tatą niż z mamą?

- Czy Oli­ver coś ci po­wie­dział? Wie­dzia­łaś, że oj­ciec ma go za­brać?

Nie pa­mię­tam, w któ­rym mo­men­cie za­czę­łam pła­kać, ale kie­dy tata wy­biegł z domu, by­łam już w cał­ko­wi­tej hi­ste­rii. Wziął mnie na ręce i za­niósł do domu, a re­por­te­rom ka­zał się od­pie­przyć (co z całą pew­no­ścią nie tra­fi­ło do wie­czor­nych wia­do­mo­ści). Krót­ko po tym na­uczył mnie, Caro i Drew kil­ku pio­se­nek Be­atle­sów i po­wie­dział, że za każ­dym ra­zem, kie­dy zo­ba­czy­my ka­me­rzy­stów, po­win­ni­śmy je śpie­wać.

Wte­dy uwa­ża­łam, że gło­śne śpie­wa­nie było zwy­kłą za­ba­wą, do­pie­ro póź­niej zro­zu­mia­łam, jak pie­kiel­nie ge­nial­ny był mój tata. Aby nada­wać utwo­ry Be­atle­sów, trze­ba było mieć pra­wa au­tor­skie do ich tek­stów, co kosz­tu­je mi­lio­ny do­la­rów. Dla­te­go za­wsze, gdy śpie­wa­łam o żół­tej ło­dzi pod­wod­nej albo o Lucy na nie­bie1), te­le­wi­zja nie mo­gła wy­ko­rzy­stać tego ma­te­ria­łu.

1) Piosenka Beatlesów pod tytułem Lucy in the Sky with Dia­monds - przyp. tłum.

Już za­wsze tak po­stę­po­wa­li­śmy. Dzia­ła­ło ni­czym cza­ro­dziej­skie za­klę­cie.

- Któ­ra pio­sen­ka? - spy­tał Drew, od­pi­na­jąc pas naj­nor­mal­niej w świe­cie, jak­by przed chwi­lą nie kie­ro­wał au­tem ni­czym ra­kie­tą ko­smicz­ną. - Je­stem za Hel­lo, Go­od­bye. Pa­su­je?

Ani Caro, ani ja nie sprze­ci­wi­ły­śmy się, więc szyb­ko wy­sie­dli­śmy z sa­mo­cho­du i ru­szy­li­śmy w stro­nę domu, gdy pre­zen­te­rzy te­le­wi­zyj­ni bie­gli do nas. Nie­któ­rych z nich roz­po­zna­łam - nie do­sta­li awan­su i lep­szej po­sa­dy w San Fran­ci­sco, Ho­uston czy No­wym Jor­ku. Ga­pi­li się na na­szą spryt­ną trój­kę bez­li­to­śnie wy­śpie­wu­ją­cą chó­rem od­je­cha­ną pio­sen­kę.

- You say go­od­bye and I say hel­lo! - śpie­wa­li­śmy. Brak ta­len­tu nad­ra­bia­li­śmy en­tu­zja­zmem i szel­mow­ski­mi uśmie­cha­mi. - Hel­lo, hel­lo­oooo! I don't know why you say go­od­bye, I say hel­lo!

Za­nim do­szli­śmy do drzwi domu, gdzie cze­ka­ła już moja mama, do­pie­ro koń­czy­li­śmy pierw­szy re­fren.

- O, ko­cha­nie! - po­wie­dzia­ła z la­men­tem i wzię­ła mnie w ra­mio­na, a po chwi­li na­my­słu uści­snę­ła Caro i Drew. - Zna­leź­li go! Żyje!

Od lat nie wi­dzia­łam swo­ich ro­dzi­ców pła­czą­cych. Kie­dy upro­wa­dzo­no Oli­ve­ra, roz­ma­wia­li szep­tem i zda­rza­ły się im peł­ne na­pię­cia chwi­le ci­szy, ale ni­g­dy nie pła­ka­li. Chy­ba są­dzi­li, że mu­szą być dziel­ni i sil­ni, aby da­wać wspar­cie mnie i Mau­re­en, ma­mie Oli­ve­ra. A te­raz moja mama pła­ka­ła w mo­ich ra­mio­nach. Przy­tu­li­łam ją moc­no. Nie wie­dzia­łam, co po­wie­dzieć.

Drew le­piej od­naj­do­wał się w ta­kich sy­tu­acjach niż ja.

- Pani Tren­ton, pro­szę się nie mar­twić - ode­zwał się. - Oli­ver jest w No­wym Jor­ku. Jak prze­żył tam, to prze­ży­je wszę­dzie.

Mama ro­ze­śmia­ła się przez łzy i pu­ści­ła na­szą trój­kę.

- Drew - kar­cą­cym to­nem ode­zwa­ła się mama - to nie pora na żar­ty. - Ale na­dal się śmia­ła, a Drew pu­ścił do mnie oczko.

- Mamo - po­wie­dzia­łam. - To praw­da? Tym ra­zem to praw­da?

Mama ski­nę­ła gło­wą i zmię­tą chu­s­tecz­ką prze­tar­ła oczy.

- Przed go­dzi­ną dzwo­ni­ła Mau­re­en. Jest już w dro­dze na lot­ni­sko, aby go ode­brać. Po­wie­dzia­ła... - mama stłu­mi­ła szloch. - Po­wie­dzia­ła, że on ma po­nad metr osiem­dzie­siąt wzro­stu i ciem­ne wło­sy.

Je­dy­nie ski­nę­łam gło­wą. Wie­dzia­łam, co mama chce przez to po­wie­dzieć. Kie­dy Oli­ver znik­nął, był ni­skim chłop­cem, a we wło­sach miał ja­sne pa­sem­ka od wa­ka­cyj­nych za­baw w słoń­cu na przy­do­mo­wych po­dwór­kach.

- Co z jego tatą? Czy...?

- Nie wia­do­mo - po­wie­dzia­ła mama. - Wy­glą­da na to, że nie było go w domu i nie wró­cił tam do tej pory. Szu­ka­ją go cały czas. Je­stem pew­na, że znaj­dą.

Ja nie mia­łam tej pew­no­ści. Mama przez całe dzie­sięć lat mó­wi­ła, że jest prze­ko­na­na, że Oli­ver zo­sta­nie od­na­le­zio­ny.

- Tata jest w dro­dze z pra­cy, Em - znów prze­tar­ła oczy. - Je­ste­ście, dzie­ci, głod­ne?

- Tak - rów­no­cze­śnie po­wie­dzie­li Caro i Drew. Mama pro­wa­dzi fir­mę ca­te­rin­go­wą, więc w domu za­wsze jest coś do je­dze­nia. Moi przy­ja­cie­le ewi­dent­nie chcie­li na tym sko­rzy­stać.

- Wchodź­cie, wchodź­cie - po­wie­dzia­ła mama i skie­ro­wa­ła nas do kuch­ni. - Zo­sta­ły na­le­śni­ki.

- Na­le­śni­ki! - ci­cho, tyl­ko po­ru­sza­jąc war­ga­mi, po­wie­dzia­ła Caro i sze­ro­ko się do mnie uśmiech­nę­ła. Wlo­kłam się za nimi i dys­kret­nie ście­ra­łam pia­sek z mo­ich stóp, ko­rzy­sta­jąc, że mama była od­wró­co­na do mnie ty­łem.

Kil­ka lat temu mama prze­ro­bi­ła kuch­nię, któ­rej wy­strój przy­po­mi­na te­raz po­łą­cze­nie stu­dia z pro­gra­mu Mar­thy Ste­wart z salą ope­ra­cyj­ną. Peł­no tu błysz­czą­cych ga­dże­tów, któ­re cał­ko­wi­cie osza­ła­mia­ją tatę i mnie. Mimo to kuch­nia ma w so­bie coś przy­tul­ne­go i za­pra­sza­ją­ce­go. Lu­bię w niej prze­sia­dy­wać i mogę to ro­bić, do­pó­ki ni­cze­go nie ru­szam albo przez przy­pa­dek nie zo­sta­nę prze­ro­bio­na na prze­cier.

- My­ślisz, że tata Oli­ve­ra przy­je­dzie tu za nim? - opa­dłam na krze­sło obok Drew, któ­ry wy­glą­dał na tak samo zmar­twio­ne­go, jak ja się czu­łam. - To zna­czy, Oli­ver cały ten czas był z nim. To, że zo­sta­li te­raz roz­dzie­le­ni, musi być trud­ne.

- Jego tata? - ode­zwa­ła się Caro. - Se­rio jego ża­łu­jesz w tej sy­tu­acji?

- Nie, współ­czu­ję Oli­ve­ro­wi - wy­ja­śni­łam, ale współ­czu­łam każ­de­mu z nich i nie ro­zu­mia­łam dla­cze­go.

- Czy to na­le­śnik z Nu­tel­lą? - spy­tał Drew.

- Masz, mój ma Nu­tel­lę. Za­mień się - pod­mie­ni­łam ta­le­rze, za­nim Drew zdą­żył się ode­zwać. Caro po­wie­dzia­ła pod no­sem coś, co brzmia­ło po­dej­rza­nie po­dob­nie do "cho­dzą­ca do­broć", ale gdy na nią spoj­rza­łam, po­pa­trzy­ła nie­win­nie.

- Wie, że Mau­re­en po­now­nie wy­szła za mąż? - spy­ta­łam. - Albo o bliź­niacz­kach?

- O, ja. To bę­dzie nie­zły szok - stwier­dzi­ła Caro i wgry­zła się w prze­ką­skę.

- Mau­re­en z pew­no­ścią po­wie Oli­ve­ro­wi o Ric­ku, Mol­ly i No­rze - za­pew­ni­ła nas mama. - Ta­kich in­for­ma­cji nie moż­na ukry­wać.

- My­śli­cie, że w ogó­le nas pa­mię­ta? - za­py­tał Drew. - Mi­nę­ło dzie­sięć lat.

- Na­wet tak nie myśl - wark­nę­łam, za­nim po­my­śla­łam. Drew za­marł z wi­del­cem w po­wie­trzu i pa­trzył na mnie zdzi­wio­ny. Tak­że mama przy­glą­da­ła mi się z dru­gie­go koń­ca kuch­ni. W cią­gu wie­lu lat wie­le razy wi­dzia­łam to spoj­rze­nie, któ­re mó­wi­ło: "O, mój Boże. Czy moje dziec­ko do­zna­ło bólu, któ­re­go nie da się wy­le­czyć?". Wo­la­łam nie czuć zno­wu na so­bie ta­kie­go wzro­ku.

- Oczy­wi­ście, że nas pa­mię­ta - po­wie­dzia­łam. - Cze­mu miał­by za­po­mnieć? My pa­mię­ta­my o nim. Jak on mógł­by za­po­mnieć o nas?

Za­rów­no Caro, jak i Drew wpa­try­wa­li się we mnie ze zdzi­wie­niem, ale od­wró­ci­łam wzrok, pró­bu­jąc się uspo­ko­ić. La­ta­mi wy­obra­ża­łam so­bie, że Oli­ver wra­ca do domu. My­śla­łam, jak to bę­dzie i ni­g­dy w tych wy­obra­że­niach nie po­ja­wia­ły się na­le­śni­ki ani myśl, że mógł­by o nas za­po­mnieć. Skrzy­żo­wa­łam dwa pal­ce i de­li­kat­nie ude­rzy­łam dło­nią o drew­nia­ny blat ku­chen­ne­go sto­łu. To był mój i Oli­ve­ra taj­ny spo­sób na od­czy­nia­nie cza­rów. Wy­my­śli­li­śmy go dwa ty­go­dnie przed tym, jak znik­nął, i nie mia­łam za­mia­ru prze­stać go uży­wać.

- Na pew­no pa­mię­ta - po­wie­dzia­ła mama ła­god­nym to­nem, któ­ry spra­wiał, że mia­łam ocho­tę wrzesz­czeć. - Oli­ver wra­ca do domu. Jest bez­piecz­ny. To te­raz naj­waż­niej­sze.

Po­pa­trzy­łam na Caro, któ­ra spoj­rza­ła na mnie z uko­sa.

Na­gle mama sta­nę­ła jak wry­ta.

- Cze­mu masz mo­kre wło­sy? - spy­ta­ła.

Za­mar­li­śmy całą trój­ką, a Caro pra­wie za­dła­wi­ła się na­le­śni­kiem.

- Rzu­ci­li­śmy jej wy­zwa­nie, aby spró­bo­wa­ła swo­ich sił w dru­ży­nie pły­wac­kiej - bez za­jąk­nię­cia po­wie­dział Drew.

- Dla­te­go nie prze­czy­ta­łam two­ich wia­do­mo­ści - do­da­łam, a pod sto­łem trą­ci­łam Drew w kost­kę, wy­ra­ża­jąc w ten spo­sób ci­che po­dzię­ko­wa­nie. Ko­piąc mnie, dał mi sy­gnał "nie ma za co".

Mama ro­ze­śmia­ła się.

- Zwa­rio­wa­ne dzie­cia­ki - oznaj­mi­ła, a po­tem po­szła po ko­lej­ne por­cje je­dze­nia. - Wie­cie, że Emma nie pły­wa za do­brze.

Po­pa­trzy­li­śmy we trój­kę po so­bie. Ca­ro­li­ne po­chy­li­ła się w moją stro­nę i strzep­nę­ła mi z łok­cia reszt­ki pia­sku, ukry­wa­jąc w ten spo­sób moją ta­jem­ni­cę.

Wstęp

Ostat­ni raz Emma wi­dzia­ła się z Oli­ve­rem w czter­dzie­stym trze­cim dniu roku szkol­ne­go w dru­giej kla­sie.

Oli­ver miesz­ka w domu obok i jest jej przy­ja­cie­lem. Uro­dzi­li się w tym sa­mym szpi­ta­lu tego sa­me­go dnia - siód­me­go lip­ca, w nie­dzie­lę. Emma uwa­ża się za szczę­ścia­rę, że ma przy­ja­cie­la, któ­ry miesz­ka drzwi w drzwi i ob­cho­dzi uro­dzi­ny ra­zem z nią. Może od­wie­dzać go, kie­dy tyl­ko ze­chce, ale nie za­wsze, bo cza­sem w week­en­dy Oli­ver jeź­dzi do taty. Oli­ver mówi, że ro­bią faj­ne rze­czy. Cho­dzą na piz­zę, lody i róż­ne ta­kie. Cza­sem do kina. Emma my­śli, że kie­dy się ma roz­wie­dzio­nych ro­dzi­ców, to może wca­le nie jest tak źle. Nie jest, je­śli ozna­cza­ło­by to, że moż­na jeść wię­cej lo­dów, ale kie­dy w nocy jest ciem­no w po­ko­ju i w sza­fie sły­szy dziw­ne od­gło­sy, któ­re mogą, ale nie mu­szą wy­da­wać po­two­ry, cie­szy się, że mama i tata są ra­zem w swo­jej sy­pial­ni na koń­cu ko­ry­ta­rza.

W czter­dzie­ste trze­cie po­po­łu­dnie dru­giej kla­sy, kie­dy na­uczy­ciel stał od­wró­co­ny ple­ca­mi, jej przy­ja­ciół­ka Ca­ro­li­ne po­da­ła Oli­ve­ro­wi li­ścik. Emma ob­ser­wo­wa­ła, jak kar­tecz­ka mija ją i lą­du­je na biur­ku ich ko­le­gi Drew, któ­ry rzu­ca Caro po­ta­jem­ny uśmiech i po­da­je li­ścik Oli­ve­ro­wi. Emma pa­trzy na Ca­ro­li­ne, któ­ra uśmie­cha się sze­ro­ko. Mają sie­dem lat, a to pierw­szy z licz­nych li­ści­ków, któ­re Caro bę­dzie jesz­cze roz­sy­ła­ła na lek­cjach. Ale to jest pierw­szy i naj­bar­dziej wy­jąt­ko­wy li­ścik, jaki Caro kie­dy­kol­wiek w ży­ciu do ko­goś na­pi­sze.

Oli­ver sie­dzi te­raz przed Emmą. Po­chy­la gło­wę, kie­dy w sku­pie­niu robi za­da­nie z do­da­wa­nia w ze­szy­cie ćwi­czeń do ma­te­ma­ty­ki. Emma wi­dzi met­kę wy­sta­ją­cą z koł­nie­rzy­ka jego ko­szu­li i jesz­cze nie wie, że za­pa­mię­ta tę met­kę na lata. Że bę­dzie śni­ła o tym, jak pod­cho­dzi do przy­ja­cie­la i wsu­wa mu met­kę pod ko­szu­lę, za­nim prze­bu­dzi się z ręką unie­sio­ną w po­wie­trzu, a sen roz­pły­nie się w po­wie­trzu ni­czym ba­bie lato.

Wte­dy jed­nak Emma po pro­stu ze zło­ścią wpa­tru­je się w Caro, przy­glą­da­jąc się jed­no­cze­śnie, jak Oli­ver roz­wi­ja li­ścik i czy­ta go. Mogą być w nie­złych ta­ra­pa­tach za roz­sy­ła­nie li­ści­ków! Emma gniew­nie pa­trzy na Caro, któ­ra krzy­wi się i po­ka­zu­je jej ję­zyk. Ale Emma wie, że tak na­praw­dę przy­ja­ciół­ka się nie zło­ści. Kie­dy Caro na­praw­dę jest zła, to igno­ru­je cię. To o wie­le gor­sze.

Oli­ver pi­sze coś w li­ści­ku, i kie­dy na­uczy­ciel wy­ja­śnia, na czym po­le­ga po­ży­cza­nie z dzie­sią­tek, po­da­je go z po­wro­tem do Caro, Emma czu­je zaś, że skó­ra za­czy­na piec ją tak, jak wte­dy, gdy na pla­ży spa­li­ła się słoń­cem. Caro uśmie­cha się do niej sze­ro­ko, a Emma opusz­cza gło­wę i prze­ka­zu­je li­ścik.

Po szko­le Caro pod­bie­ga do Emmy i po­ka­zu­je jej li­ścik.

- Patrz! - wy­krzy­ku­je. Kar­tecz­ka była tyle razy skła­da­na i roz­kła­da­na, że wy­da­je się mięk­ka jak weł­na. Emma roz­pro­sto­wu­je ją. Jest tam na­pi­sa­ne: LU­BISZ EMMĘ? TAK CZY NIE? A sło­wo "tak" zo­sta­ło pod­kre­ślo­ne trze­ma kre­ska­mi.

Emma trzy­ma kart­kę i roz­glą­da się za Oli­ve­rem, ale ma­mu­sie i ta­tu­sio­wie cze­ka­ją, aby ich ode­brać i Oli­ver wła­śnie pod­bie­ga do swo­je­go taty. Jego tata jeź­dzi te­raz spor­to­wym sa­mo­cho­dem. Jest su­uupe­ranc­ki. Tak mówi Oli­ver.

- Oli­ver! - wrzesz­czy Emma. - Mu­szę cię o coś spy­tać!

Jest da­le­ko od niej, Emma bie­gnie w stro­nę od­lo­to­we­go auta.

- Oli­ver! - krzy­czy Emma - Oli­ver, za­cze­kaj!

Ale jest za póź­no. Oli­ver sie­dzi już w au­cie.

I zni­ka.