Emma - Jane Austen

Kup ebooka

49.90 zł
42.91 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział I

Zda­wać by się mo­gło, iż Em­mie Wo­odho­use - uro­dzi­wej, by­strej i za­moż­nej, z wy­god­nym do­mem oraz przy­jem­nym uspo­so­bie­niem - udało się zgro­ma­dzić nie­które z naj­bar­dziej szczo­drych bło­go­sła­wieństw ży­cia. Prze­żyła już wszakże dwa­dzie­ścia je­den lat bez więk­szych tra­ge­dii czy zmar­twień.

Była młod­szą z dwóch có­rek wy­bit­nie ko­cha­ją­cego i po­błaż­li­wego ojca, a dzięki za­mąż­pój­ściu swo­jej sio­stry od naj­wcze­śniej­szych lat stała się pa­nią jego do­mo­stwa. Matka Emmy zmarła tak dawno temu, iż po­zo­sta­wiła po so­bie je­dy­nie nie­wy­raźne wspo­mnie­nie piesz­czot. Miej­sce ro­dzi­cielki wy­peł­niła wspa­niała gu­wer­nantka, któ­rej tro­skli­wość do­rów­ny­wała nie­malże tej mat­czy­nej.

Panna Tay­lor już od szes­na­stu lat po­zo­sta­wała za­trud­niona przez ro­dzinę pana Wo­odho­use'a; przez ten czas stała się mniej gu­wer­nantką, a bar­dziej przy­ja­ciółką, wielce przy­wią­zaną do obu có­rek, jed­nak do Emmy w szcze­gól­no­ści. Mię­dzy nimi po­ja­wiła się iście sio­strzana za­ży­łość. Jesz­cze za­nim panna Tay­lor ustą­piła z ofi­cjal­nego sta­no­wi­ska gu­wer­nantki, ła­god­ność jej cha­rak­teru z tru­dem po­zwa­lała na na­rzu­ca­nie pod­opiecz­nym ogra­ni­czeń. Obec­nie cień ja­kiej­kol­wiek wła­dzy już od dawna był nie­obecny i obie damy żyły ra­zem ni­czym przy­ja­ciółki, bar­dzo so­bie na­wza­jem od­dane. Emma miała pełną swo­bodę w po­dej­mo­wa­niu de­cy­zji - osąd panny Tay­lor za­wsze wielce ce­niła, jed­nak dzia­łała głów­nie we­dług wła­snego.

Do­prawdy, naj­więk­szym nie­szczę­ściem w po­ło­że­niu Emmy był oj­ciec skłonny do wszel­kich ustępstw oraz uspo­so­bie­nie, które spra­wiało, iż miała o so­bie nieco zbyt do­bre mnie­ma­nie. Owe nie­do­god­no­ści nie­zmien­nie za­gra­żały wielu przy­jem­no­ściom. Jed­nakże za­gro­że­nie po­zo­sta­wało obec­nie tak nie­do­strze­galne, iż nie­do­god­no­ści te w żad­nym wy­padku nie mo­gły zo­stać uznane za praw­dziwe nie­szczę­ścia.

Nad­szedł i smu­tek - ła­godny wpraw­dzie - jed­nak nie w for­mie żad­nych głę­bo­kich zmar­twień. Panna Tay­lor wy­szła za mąż. To wła­śnie strata panny Tay­lor przy­nio­sła z po­czątku ogromną bo­leść. W dzień ślubu dro­giej przy­ja­ciółki Emma za­sia­dła przy­tło­czona my­ślą o dal­szej eg­zy­sten­cji. We­sele do­bie­gło końca, go­ście ro­ze­szli się, a Emma z oj­cem po­zo­stali, by wspól­nie spo­żyć po­si­łek - bez ja­kiej­kol­wiek trze­ciej osoby, go­to­wej roz­we­se­lić ich pod­czas dłu­żą­cego się wie­czoru. Póź­niej oj­ciec, swoim zwy­cza­jem, udał się na po­obied­nią drzemkę, a Emma mo­gła tylko usiąść i my­śleć o tym, co stra­ciła.

Ma­riaż ów pod każ­dym wzglę­dem wró­żył jej przy­ja­ciółce świe­tlaną przy­szłość. Pan We­ston mógł po­szczy­cić się uspo­so­bie­niem bez za­rzutu, do­god­nym ma­jąt­kiem, od­po­wied­nim wie­kiem. Emma miała też pewną sa­tys­fak­cję z my­śli, iż prze­cież sama, jako szczo­dra, bez­in­te­re­sowna przy­ja­ciółka, za­wsze sprzy­jała, a na­wet nada­wała od­po­wiedni kie­ru­nek temu związ­kowi. Jed­nak była to dla niej praca na­zna­czona cier­pie­niem. Brak panny Tay­lor bę­dzie prze­cież od­czu­wać w każ­dej go­dzi­nie każ­dego dnia. Przy­wo­łała w my­ślach jej do­broć - i nie­zmienne przez szes­na­ście lat przy­wią­za­nie - to, jak uczyła Emmę i ba­wiła się z nią, od­kąd ta skoń­czyła piąty rok ży­cia. Jak ro­biła wszystko, co było w jej mocy, by za­jąć czymś pod­opieczną lub ją roz­ba­wić, gdy zdro­wie do­pi­sy­wało; i jak opie­ko­wała się nią pod­czas roz­ma­itych dzie­cię­cych cho­rób. Bez wąt­pie­nia za­cią­gnięty zo­stał tu ogromny dług wdzięcz­no­ści. Jed­nakże to wła­śnie ostatni, sied­mio­letni okres wspól­nego po­ży­cia, na rów­nych pra­wach i bez żad­nych za­wi­ro­wań, okres, który na­stą­pił po za­mąż­pój­ściu Isa­belli - a wów­czas po­zo­stały tylko we dwie - był jesz­cze droż­szym, bar­dziej czu­łym wspo­mnie­niem. Panna Tay­lor była przy­ja­ciółką i to­wa­rzyszką, jaka zda­rza się do­prawdy rzadko: in­te­li­gentna, do­brze po­in­for­mo­wana, uży­teczna, ła­godna, za­zna­jo­miona z wszyst­kimi przy­zwy­cza­je­niami ro­dziny i za­in­te­re­so­wana wszyst­kimi jej spra­wami. Szcze­gól­nie zaś za­in­te­re­so­wana była Emmą, każ­dym jej upodo­ba­niem i każ­dym no­wym po­my­słem. To pan­nie Tay­lor Emma mo­gła zwie­rzyć się na­tych­miast z każ­dej my­śli, gdyż przy­ja­ciółka ży­wiła do niej tak duże przy­wią­za­nie, iż nie znaj­do­wała w pod­opiecz­nej żad­nych wad.

Jakże miała te­raz znieść tę zmianę? To prawda, iż jej przy­ja­ciółka prze­pro­wa­dzała się je­dy­nie milę drogi od jej do­mo­stwa. Jed­nakże Emma była świa­doma róż­nicy mię­dzy pa­nią We­ston miesz­ka­jącą za­le­d­wie milę da­lej a panną Tay­lor miesz­ka­jącą tu, w domu. Em­mie, z wszyst­kimi jej za­le­tami - przy­ro­dzo­nymi i wy­ni­ka­ją­cymi z wy­cho­wa­nia - gro­ziło te­raz nie­bez­pie­czeń­stwo wy­ni­ka­jące z du­cho­wego osa­mot­nie­nia. Szcze­rze ko­chała ojca, jed­nak nie był on od­po­wied­nim kom­pa­nem; nie po­tra­fił do­trzy­mać córce kroku w kon­wer­sa­cji, po­waż­nej czy też żar­to­bli­wej.

Nie­do­god­ność ta, spo­wo­do­wana róż­nicą wieku mię­dzy nimi (a pan Wo­odho­use wcale nie oże­nił się młodo) zwięk­szyła się jesz­cze przez na­turę i na­wyki ojca. Jako je­go­mość wła­ści­wie przez całe ży­cie sła­bo­wity, po­zba­wiony ak­tyw­no­ści umy­słu i ciała, stał się czło­wie­kiem o wiele star­szym pod in­nymi wzglę­dami niż wiek. I cho­ciaż był po­wszech­nie lu­biany za życz­liwe serce oraz sym­pa­tyczne uspo­so­bie­nie, nie mógł po­szczy­cić się wy­bit­nymi ta­len­tami.

Jej sio­stra na­to­miast, od czasu za­mąż­pój­ścia miesz­ka­jąca sto­sun­kowo nie­da­leko: w Lon­dy­nie, je­dy­nie szes­na­ście mil od domu, była jed­nak zde­cy­do­wa­nie poza co­dzien­nym za­się­giem Emmy. Wiele dłu­gich paź­dzier­ni­ko­wych i li­sto­pa­do­wych wie­czo­rów mu­siało zo­stać prze­mę­czo­nych w Hart­field, za­nim święta przy­nio­sły ze sobą ko­lejną wi­zytę Isa­belli, jej męża oraz ich dzieci - co wy­peł­niło dom na nowo, a Em­mie za­gwa­ran­to­wało przy­jemne to­wa­rzy­stwo.

W Hi­gh­bury, wiel­kiej i gę­sto za­lud­nio­nej wsi, aspi­ru­ją­cej nie­malże do miana mia­steczka, do któ­rej Hart­field - po­mimo wła­snych zie­lo­nych oraz wy­peł­nio­nych za­ro­ślami te­re­nów, a także na­zwy - for­mal­nie na­le­żało, Emma nie mo­gła zna­leźć ni­kogo rów­nego so­bie. Wo­odho­use'owie byli naj­bar­dziej sza­no­waną ro­dziną w ca­łej oko­licy i wszy­scy da­rzyli ich nie­zmien­nym po­dzi­wem. Emma, ow­szem, dzięki uprzej­mo­ści ojca wo­bec każ­dego, miała wielu zna­jo­mych, jed­nak żadne z nich nie mo­głoby za­stą­pić jej panny Tay­lor na­wet na po­łowę dnia. Była to przy­gnę­bia­jąca zmiana i Emma nie mo­gła uczy­nić nic poza wzdy­cha­niem i ma­rze­niem o rze­czach nie­moż­li­wych, do­póki nie obu­dził się jej oj­ciec - a wów­czas ra­do­sny na­strój stał się ko­niecz­no­ścią. Ojca na­le­żało bo­wiem nie­ustan­nie pod­no­sić na du­chu; był to męż­czy­zna ner­wowy, ze skłon­no­ściami do po­pa­da­nia w chan­drę. Przy­wią­zy­wał się do każ­dego, kogo le­piej po­znał i nie­na­wi­dził się z tą osobą roz­sta­wać. Wła­ści­wie nie­na­wi­dził zmian każ­dego ro­dzaju. Mał­żeń­stwo jako źró­dło zmian za­wsze było dla niego zda­rze­niem nie­do­god­nym. Nie pod­niósł się jesz­cze po ślu­bie star­szej córki i za­wsze mó­wił o niej ze współ­czu­ciem, cho­ciaż jej zwią­zek opie­rał się na wza­jem­nej z mę­żem czu­ło­ści. Na­to­miast te­raz zmu­szony zo­stał do po­że­gna­nia się rów­nież z panną Tay­lor. A po­nie­waż był męż­czy­zną nieco sa­mo­lub­nym i za­wsze za­kła­dał, iż inni mu­szą czuć to samo, co on, ży­wił szczere prze­ko­na­nie, iż ślub ten był dla panny Tay­lor rów­nie smut­nym zda­rze­niem, jak dla nich, i spę­dza­jąc całą resztę swego ży­cia w Hart­field, czu­łaby się o wiele szczę­śliw­sza. Emma uśmie­chała się i za­ba­wiała ojca naj­we­sel­szą roz­mową, na jaką było ją stać, aby tylko od­cią­gnąć go od tego typu my­śli. Jed­nak gdy nad­szedł czas na her­batę, nie mógł nie wy­rzec tych sa­mych słów, które wy­po­wie­dział już przy obie­dzie:

- Biedna panna Tay­lor! Chciał­bym, żeby znów była tu z nami. To do­prawdy nie­szczę­ście, że pan We­ston w ogóle o niej po­my­ślał.

- Nie mogę się z tobą zgo­dzić, tatku, wiesz, że nie mogę. Pan We­ston jest ta­kim po­god­nym, sym­pa­tycz­nym, god­nym po­dziwu męż­czy­zną. Za­słu­guje prze­cież na do­brą żonę. Czy na­prawdę chciał­byś, żeby panna Tay­lor miesz­kała z nami już po wsze czasy i zno­siła moje ka­pry­śne na­stroje, kiedy może się cie­szyć swoim wła­snym do­mem?

- Swoim wła­snym do­mem! A jaki to po­ży­tek bę­dzie miała z tego wła­snego domu? Nasz jest trzy razy więk­szy. A ty, moja droga, ni­gdy nie mie­wasz ka­pry­śnych na­stro­jów.

- Ale po­myśl tylko, jak czę­sto mo­żemy ich od­wie­dzać, a oni nas! Bę­dziemy się nie­ustan­nie spo­ty­kać! Tylko to my mu­simy za­cząć. Ko­niecz­nie wy­bierzmy się wkrótce zło­żyć wi­zytę no­wo­żeń­com.

- Moja droga, jak ja mam prze­być taką drogę? Ran­dalls leży tak da­leko. Prze­cież nie przejdę na­wet po­łowy tej trasy.

- Nie, tatku, nikt nie my­ślał, że miał­byś iść. Wy­bie­rzemy się po­wo­zem.

- Po­wo­zem! Je­stem pe­wien, że Ja­mes nie bę­dzie chciał za­przę­gać koni na tak krótką wy­prawę. I gdzież te biedne ko­nie mia­łyby się po­dziać pod­czas na­szych od­wie­dzin?

- W stajni pana We­stona, tatku. Wiesz prze­cież, że już to usta­li­li­śmy, kiedy ostat­niego wie­czora roz­ma­wia­li­śmy z pa­nem We­sto­nem. A co do Ja­mesa, mo­żesz być pe­wien, że za­wsze chęt­nie wy­bie­rze się do Ran­dalls. Jego córka pra­cuje tam jako po­ko­jowa. Oba­wiam się je­dy­nie, że nie ze­chce nas za­brać gdzie­kol­wiek in­dziej. I to wszystko dzięki to­bie, tatku. Zna­la­złeś prze­cież dla Han­nah ta­kie do­bre miej­sce. Nikt na­wet nie po­my­ślał o Han­nah, do­póki ty o niej nie wspo­mnia­łeś. Ja­mes jest wo­bec cie­bie wielce zo­bo­wią­zany.

- Tak, bar­dzo rad je­stem, że o niej po­my­śla­łem. Szczę­śli­wie się zło­żyło, bo nie chciał­bym, żeby biedny Ja­mes czuł się lek­ce­wa­żony pod ja­kim­kol­wiek wzglę­dem. Je­stem pe­wien, że jego córka bę­dzie bar­dzo do­brą słu­żącą. To dziew­czyna z ma­nie­rami, a do tego ład­nie się wy­sła­wia. Mam o niej wręcz świetne zda­nie. Kiedy tylko się spo­ty­kamy, za­wsze mi się kła­nia i z ogładą pyta o sa­mo­po­czu­cie. A gdy za­pra­sza­łaś ją na ro­bótki, za­uwa­ży­łem to już, za­wsze prze­krę­cała klu­czyk w drzwiach w od­po­wied­nią stronę i ni­gdy w nie nie wa­liła. Tak, je­stem pe­wien, że bę­dzie bar­dzo do­brą słu­żącą. I ja­kie to po­cie­sze­nie dla bied­nej panny Tay­lor, mieć przy so­bie ko­goś, do kogo już przy­wy­kła. Kiedy tylko Ja­mes bę­dzie w od­wie­dzi­nach u córki, panna Tay­lor za­wsze coś o nas usły­szy. Ja­mes prze­każe jej wie­ści, jak się wszy­scy czu­jemy.

Emma nie szczę­dziła wy­sił­ków, by utrzy­mać ów na­pływ ra­do­śniej­szych my­śli; miała na­dzieję, iż za po­mocą tryk­traka oj­ciec po­zo­sta­nie zno­śnym to­wa­rzy­stwem, a ona sama nie zo­sta­nie za­ata­ko­wana przez żadne ża­ło­ści oprócz jej wła­snych. Stół do gry zo­stał już usta­wiony, jed­nak wi­zyta nie­spo­dzie­wa­nego go­ścia spra­wiła, iż stał się on zu­peł­nie nie­po­trzebny.

Pana Kni­gh­tleya, roz­waż­nego męż­czy­znę li­czą­cego so­bie trzy­dzie­ści osiem lat, łą­czyła z ro­dziną Wo­odho­use'ów szcze­gólna więź, nie tylko - jako star­szego brata męża Isa­belli. Miesz­kał około mili od Hi­gh­bury i był w Hart­field czę­stym go­ściem, za­wsze mile wi­dzia­nym, a pod­czas tej wi­zyty po­żą­da­nym jesz­cze bar­dziej, gdyż przy­był pro­sto od wspól­nych krew­nych z Lon­dynu. Po kilku dniach nie­obec­no­ści po­wró­cił w po­rze póź­nego obiadu i obec­nie wkro­czył do Hart­field, by po­in­for­mo­wać do­mow­ni­ków, iż na Brun­swick Squ­are wszystko było w naj­lep­szym po­rządku. Oko­licz­no­ści były jak naj­bar­dziej for­tunne i wi­zyta ta na ja­kiś czas do­dała panu Wo­odho­use'owi we­rwy. Ra­do­sne uspo­so­bie­nie pana Kni­gh­tleya za­wsze do­brze na niego dzia­łało. Po­nadto na bez­lik py­tań o "biedną Isa­bellę" oraz jej dzieci otrzy­mał wielce sa­tys­fak­cjo­nu­jące od­po­wie­dzi. Kiedy roz­mowa na ten te­mat do­bie­gła końca, pan Wo­odho­use oświad­czył z wdzięcz­no­ścią:

- To bar­dzo miło z pana strony, pa­nie Kni­gh­tley, że ze­chciał pan do nas zaj­rzeć o tak póź­nej po­rze. Za­pewne prze­chadzka była dość wstrzą­sa­jąca.

- Nic z tych rze­czy, pro­szę pana. Jest prze­piękna księ­ży­cowa noc, a do tego tak cie­pła, że będę zmu­szony od­su­nąć się od wa­szego wiel­kiego ognia.

- Ale z pew­no­ścią jest brudno i wil­gotno. Mam tylko na­dzieję, że się pan nie roz­cho­ruje.

- Brudno!? Pro­szę spoj­rzeć na moje buty, nie uświad­czy pan na­wet pyłku.

- Cóż! Mu­szę przy­znać, że to za­ska­ku­jące, ob­fi­cie u nas wcze­śniej pa­dało. Przez pół go­dziny, gdy je­dli­śmy śnia­da­nie, ulewa była ogromna. Na­prawdę chcia­łem, żeby prze­ło­żyli ten ślub.

- Ach, wła­śnie... Nie gra­tu­lo­wa­łem panu jesz­cze. A wie­dząc dość do­brze, jaki ro­dzaj szczę­ścia musi pan od­czu­wać, nie śpie­szy­łem z po­win­szo­wa­niami. Jed­nak mam na­dzieję, że wszystko od­było się bez za­kłó­ceń. Jakże się za­cho­wy­wa­li­ście? Kto pła­kał naj­moc­niej?

- Och! Biedna panna Tay­lor! Nie­we­soła to hi­sto­ria.

- Być może się zgo­dzi­cie, je­śli po­wiem: biedny pan i panna Wo­odho­use, lecz z pew­no­ścią nie po­wiem "biedna panna Tay­lor". Ży­wię do pana i Emmy wielki sza­cu­nek, jed­nak je­śli idzie o kwe­stie za­leż­no­ści lub nie­za­leż­no­ści od ko­goś... Cóż, zde­cy­do­wa­nie ła­twiej jest za­do­wo­lić jedną osobę niż dwie.

- Zwłasz­cza gdy jedna z tych osób jest tak ka­pry­śnym, spra­wia­ją­cym kło­poty stwo­rze­niem - stwier­dziła za­czep­nie Emma. - Wiem do­brze, że wła­śnie to ma pan na my­śli i wy­ra­ziłby pan tę opi­nię bez skrę­po­wa­nia, gdyby mo­jego ojca nie było w po­bliżu.

- Jest to prawda, moja droga, nie­stety - od­parł pan Wo­odho­use z wes­tchnie­niem. - Oba­wiam się, że je­stem cza­sami ka­pry­śny i mogę spra­wiać kło­poty.

- Ależ naj­droż­szy tatku! Jakże mo­głeś po­my­śleć, że ja lub pan Kni­gh­tley mie­li­śmy cie­bie na my­śli! Cóż za okropny po­mysł! O nie! Mó­wi­łam tylko i wy­łącz­nie o so­bie. Pan Kni­gh­tley lubi prze­cież wy­naj­dy­wać we mnie przy­wary. Oczy­wi­ście to wszystko tylko żarty... Żarty je­dy­nie. Za­wsze mó­wimy so­bie to, na co mamy ochotę.

Pan Kni­gh­tley, prawdę po­wie­dziaw­szy, był jedną z nie­wielu osób, które do­strze­gały w Em­mie Wo­odho­use przy­wary i je­dyną, która kie­dy­kol­wiek jej o nich wspo­mi­nała. I cho­ciaż słu­cha­nie o nich nie było dla Emmy szcze­gól­nie przy­jemne, wie­działa do­brze, że dla ojca bę­dzie to przy­jemne o wiele mniej. Nie chciała więc, by choćby po­dej­rze­wał, iż jego córka może nie być w oczach każ­dego ide­alna.

- Emma wie, że nie lu­bię jej schle­biać - po­wie­dział pan Kni­gh­tley. - Jed­nak ni­komu nie chcia­łem ni­czego za­rzu­cić. Panna Tay­lor przy­wy­kła do dba­nia o po­trzeby dwóch osób, te­raz na­to­miast może sku­pić się na jed­nej. Tak czy ina­czej jest to ko­rzyść.

- Cóż - od­rze­kła Emma, go­towa pu­ścić wy­mianę zdań w nie­pa­mięć. - Chciał pan do­wie­dzieć się cze­goś o we­selu, więc chęt­nie speł­nię tę prośbę, gdyż musi pan wie­dzieć, że wszy­scy za­cho­wy­wa­li­śmy się bez za­rzutu. Każdy przy­był na czas i w swoim naj­lep­szym odzie­niu. Żadna łza nie zo­stała uro­niona, trudno było też do­strzec choćby jedną po­nurą minę. O nie. Wszy­scy wie­dzie­li­śmy, że bę­dzie nas dzie­lić je­dy­nie pół mili i mie­li­śmy pew­ność co do co­dzien­nych spo­tkań.

- Naj­droż­sza Emma tak dziel­nie znosi wszel­kie trud­no­ści - stwier­dził jej oj­ciec. - Jed­nak wie pan, pa­nie Kni­gh­tley, ona ogrom­nie cierpi po stra­cie bied­nej panny Tay­lor. I je­stem pe­wien, że bę­dzie za nią tę­sk­nić bar­dziej, niż my­śli.

Emma, dziw­nie roz­darta mię­dzy łzami i uśmie­chem, od­wró­ciła głowę.

- To oczy­wi­ście nie­moż­liwe, aby Emma nie tę­sk­niła za taką to­wa­rzyszką - od­parł pan Kni­gh­tley. - Gdyby nie była do tego zdolna, nie ży­wi­li­by­śmy prze­cież do niej ani pan, ani ja, tak szcze­rego przy­wią­za­nia. Jed­nak na pewno zdaje so­bie sprawę, jak wielką ko­rzyść przy­niósł pan­nie Tay­lor ów ma­riaż. Wie też, ja­kim da­rem od losu dla osoby w wieku panny Tay­lor jest za­miesz­ka­nie w swoim wła­snym do­mo­stwie; jak ważna musi być dla niej świa­do­mość, iż jej ży­cie zo­stało za­bez­pie­czone, a jego po­ziom bę­dzie kom­for­towy. Je­stem więc prze­ko­nany, iż ra­dość Emmy jest więk­sza niż jej smu­tek. Każde z przy­ja­ciół panny Tay­lor za­pewne cie­szy się nie­zmier­nie z jej szczę­snego za­mąż­pój­ścia.

- Za­po­mnie­li­ście o jesz­cze jed­nym po­wo­dzie mo­jej ra­do­ści - do­dała Emma. - Także o du­żym zna­cze­niu. To prze­cież ja ze­swa­ta­łam tę dwójkę ze sobą. Już cztery lata temu po­sta­no­wi­łam so­bie, że do­pro­wa­dzę do ich za­ślu­bin, a sam fakt, że mi się udało, że udo­wod­ni­łam swoją ra­cję, jest dla mnie ogrom­nym po­cie­sze­niem. Wiele osób twier­dziło prze­cież, że pan We­ston ni­gdy się po­now­nie nie ożeni.

Pan Kni­gh­tley po­krę­cił głową na tę no­winę. Oj­ciec na­to­miast ode­zwał się z czu­ło­ścią:

- Ach! Moja droga, ży­czył­bym so­bie, że­byś już ni­kogo wię­cej nie swa­tała i nic wię­cej nie prze­po­wia­dała. Co­kol­wiek byś rze­kła, za­wsze się spraw­dzi. Za­kli­nam cię, nie swa­taj już wię­cej ni­kogo.

- Tatku, obie­cuję ci, że sama sie­bie z ni­kim nie ze­swa­tam. Ale co do in­nych osób, jest to wręcz moją po­win­no­ścią. To chyba naj­więk­sza na świe­cie ucie­cha! A po ta­kim suk­ce­sie... Sam ro­zu­miesz! Wszy­scy po­wta­rzali, że pan We­ston po­wtór­nie się nie ożeni. Nic z tego! Pan We­ston, który trwał we wdo­wień­stwie przez tyle czasu i wy­da­wał się do­sko­nale ra­dzić so­bie bez żony; pan We­ston, który co rusz zaj­mo­wał się swo­imi spra­wami w mia­steczku lub spo­ty­kał z przy­ja­ciółmi. Za­wsze uprzejmy, gdzie­kol­wiek by się udał, za­wsze we­soły... Prze­cież pan We­ston jed­nego wie­czora by nie spę­dził sa­mot­nie, gdyby nie miał na to ochoty. Nie, nic z tego! Pan We­ston z pew­no­ścią nie ożeni się po­now­nie. Nie­któ­rzy na­wet twier­dzili, że zło­żył obiet­nicę swo­jej le­żą­cej na łożu śmierci żo­nie. Inni po­wia­dali, że to syn i wuj nie po­zwa­lają mu na oże­nek. Ow­szem, czcza ga­da­nina uno­siła się nad te­ma­tem, ale ja nie da­łam wiary tym plot­kom. Cztery lata temu wraz z panną Tay­lor spo­tka­ły­śmy go na Broad­way Lane. Za­częło aku­rat mżyć, więc pod­biegł z wielką ga­lan­te­rią i po­ży­czył dla nas dwie pa­ra­solki od rol­nika Mit­chella. Wów­czas po­sta­no­wi­łam, że ich ze sobą po­łą­czę. Od tam­tej go­dziny opra­co­wy­wa­łam plan, a je­śli w tym przy­padku, drogi tatku, udało mi się od­nieść taki suk­ces, nie my­ślisz chyba, że zre­zy­gnuję z ko­ja­rze­nia in­nych par.

- Nie ro­zu­miem, co masz na my­śli, mó­wiąc o "suk­ce­sie" - stwier­dził pan Kni­gh­tley. - Suk­ces wy­maga za­an­ga­żo­wa­nia. Nie zmar­no­wa­łaś czasu ani fi­ne­zji, je­śli przez ostat­nie cztery lata pra­co­wa­łaś, by to mał­żeń­stwo do­szło do skutku. Bar­dzo sto­sowne za­ję­cie dla by­strej mło­dej damy! Ale je­śli, a przy­chy­lam się do tej wer­sji, twoje, jak to mó­wisz, sko­ja­rze­nie owej pary po­le­gało tylko na tym, że pew­nego bez­czyn­nego dnia po­wie­dzia­łaś sama do sie­bie: "Dla panny Tay­lor by­łoby do­brze, gdyby pan We­ston ją po­ślu­bił", a po­tem po­wta­rza­łaś to samo zda­nie dzień po dniu, czy mo­żemy mó­wić o suk­ce­sie? Gdzie w tym wszyst­kim twoja za­sługa? Z czego je­steś tak dumna? Udało ci się do­brze tra­fić i tylko tyle można ci przy­pi­sać w tej ma­te­rii.

- Więc pan za­pewne ni­gdy nie za­znał roz­ko­szy i triumfu wy­ni­ka­ją­cych z owego szczę­śli­wego trafu? Cóż, żal mi pana... Uwa­ża­łam pana za mą­drzej­szego. Pro­szę mi wie­rzyć, że szczę­śliwy traf to ni­gdy nie jest je­dy­nie traf. Do tego za­wsze po­trzeba ta­lentu. A je­śli cho­dzi o moje nie­szczę­sne sfor­mu­ło­wa­nie, "suk­ces", z czym się pan tak spiera, są­dzę, że mam do niego jed­nak pewne prawa. Na­kre­ślił pan zgrab­nie dwie sy­tu­acje, ale ja uwa­żam, że ist­nieje i trze­cia; coś po­mię­dzy cał­ko­wi­tym dzia­ła­niem a cał­ko­witą bier­no­ścią. Gdy­bym nie na­ma­wiała pana We­stona do tak czę­stych wi­zyt tu­taj, gdy­bym nie pod­szep­ty­wała drob­nych za­chęt i nie wy­cią­gała po­moc­nej dłoni w pew­nych sy­tu­acjach, do ni­czego mo­głoby nie dojść. My­ślę, że zna pan Hart­field wy­star­cza­jąco do­brze, aby to po­jąć.

- Pro­sto­duszny czło­wiek z ser­cem na dłoni jak pan We­ston i roz­sądna, spo­kojna ko­bieta w ty­pie panny Tay­lor bez pro­blemu mogą zo­stać po­zo­sta­wieni sami swoim spra­wom. In­ter­we­niu­jąc, za­pewne sama byś so­bie bar­dziej za­szko­dziła, niż im po­mo­gła.

- Emma ni­gdy nie my­śli o so­bie, je­śli może ko­muś po­móc - wtrą­cił pan Wo­odho­use, ro­zu­mie­jąc je­dy­nie część dys­ku­sji. - Jed­nak, moja droga, za­kli­nam cię, nie swa­taj już wię­cej ni­kogo. To bar­dzo nie­roz­sądne i osta­tecz­nie po­wo­duje przy­kry roz­łam w kręgu ro­dzin­nym.

- Jesz­cze tylko raz to zro­bię, tatku. Dla pana El­tona. Biedny pan El­ton! Tatku, prze­cież ty go tak lu­bisz. Mu­szę zna­leźć dla niego żonę. Żadna w Hi­gh­bury na niego nie za­słu­guje, a mieszka tu już prze­cież od roku. Do tego tak kom­for­towo wy­po­sa­żył dom, że aż żal, by miesz­kał w nim dłu­żej sa­mot­nie. A gdy dzi­siaj łą­czył dło­nie no­wo­żeń­ców, przy­szło mi na myśl, że za­pewne chciałby do­świad­czyć tego sa­mego! Mam o panu El­to­nie bar­dzo do­bre zda­nie i tylko w ten spo­sób mogę wy­świad­czyć mu przy­sługę.

- Tak, pan El­ton to w rze­czy sa­mej bar­dzo przy­stojny i przy­zwo­ity mło­dzie­niec, i ży­wię do niego wielki sza­cu­nek. Ale je­śli chcesz oka­zać mu za­in­te­re­so­wa­nie, moja droga, po­win­naś za­pro­sić go do nas na obiad. To bę­dzie dużo od­po­wied­niej­sza rzecz. Ośmielę się stwier­dzić, że pan Kni­gh­tley rów­nież chęt­nie się z nim zo­ba­czy.

- Z wielką chę­cią, pro­szę pana, o każ­dej po­rze - od­parł pan Kni­gh­tley ze śmie­chem. - I zga­dzam się z pa­nem w zu­peł­no­ści, że to bę­dzie dużo od­po­wied­niej­sza rzecz. Za­proś go na obiad, Emmo, ugość naj­lep­szą rybą i kur­cza­kiem, ale wy­bór żony zo­staw sa­memu za­in­te­re­so­wa­nemu. Uwierz, że męż­czy­zna dwu­dzie­sto­sze­ścio- czy też dwu­dzie­sto­sied­mio­letni po­trafi o sie­bie za­dbać.

Roz­dział II

Pan We­ston miesz­kał w Hi­gh­bury od uro­dze­nia, a po­cho­dził z ro­dziny po­wszech­nie sza­no­wa­nej, któ­rej ma­ją­tek oraz oby­cie to­wa­rzy­skie przez dwa lub trzy po­ko­le­nia wzro­sły zna­cząco. Otrzy­mał sta­ranne wy­kształ­ce­nie, jed­nakże - do­ro­biw­szy się swo­jej wła­snej skrom­nej sumki dość wcze­śnie - stał się nie­chętny nieco bar­dziej po­spo­li­tym za­ję­ciom, które nie prze­szka­dzały jego bra­ciom. Bę­dąc czło­wie­kiem ak­tyw­nym i to­wa­rzy­skim, o po­god­nym cha­rak­te­rze, wstą­pił do kształ­tu­ją­cych się wła­śnie służb mun­du­ro­wych hrab­stwa.

Ka­pi­tan We­ston był po­wszech­nie uwiel­biany. Kiedy więc ko­leje jego woj­sko­wego ży­cia spra­wiły, iż spo­tkał na swo­jej dro­dze pannę Chur­chill, córkę wy­śmie­ni­tej fa­mi­lii z York­shire, a owa panna Chur­chill się w nim za­ko­chała - ni­kogo taki ob­rót spraw nie za­sko­czył. Ni­kogo oprócz brata i bra­to­wej mło­dej damy, któ­rzy nie zdą­żyli jesz­cze po­znać pana We­stona, a sami byli ludźmi dum­nymi, o wy­so­kim mnie­ma­niu o so­bie, więc mał­żeń­stwo to wy­dało im się ob­raź­liwe.

Panna Chur­chill jed­nak, peł­no­let­nia i z wła­snym ma­jąt­kiem (choć ma­ją­tek ten w po­rów­na­niu z ro­dzin­nymi do­brami był do­syć skromny), nie dała się od­wieść od mał­żeń­stwa, które do­szło do skutku ku wiel­kiej zgro­zie pana i pani Chur­chill - a ci uznali za sto­sowne ze­rwa­nie z nią kon­tak­tów. Mał­żeń­stwo nie było jed­nakże zbyt udane i mał­żon­ko­wie nie­wiele za­znali w nim szczę­ścia. Pani We­ston po­winna być bar­dziej za­do­wo­lona: ko­niec koń­ców zy­skała męża, któ­rego czułe serce i ła­godny tem­pe­ra­ment spra­wiał, iż mał­żo­nek pra­gnął wy­na­gro­dzić jej wszel­kie nie­do­god­no­ści, które wy­nik­nęły z jej za­ko­cha­nia się w nim. Jed­nak choć pani We­ston miała w so­bie nieco ani­mu­szu, oka­zał się on nie­wy­star­cza­jący. Jej cha­rak­ter oka­zał się na tyle silny, że do­pięła swego po­mimo pro­te­stów brata; jed­nakże jed­no­cze­śnie był za słaby, by mo­gła po­wstrzy­mać się od nie­roz­sąd­nego żalu spo­wo­do­wa­nego nie­roz­sądną zło­ścią brata. Nie po­tra­fiła także za­nie­chać żalu nad utra­co­nymi wy­go­dami po­przed­niego do­mo­stwa. Żyli wy­staw­niej, niż po­zwa­lały im na to do­chody, jed­nak w po­rów­na­niu z En­scombe było to wła­ści­wie nic. Pani We­ston nie prze­stała ko­chać męża, jed­nak pra­gnęła być jed­no­cze­śnie żoną ka­pi­tana oraz panną Chur­chill z En­scombe.

Ka­pi­ta­nowi We­sto­nowi, któ­remu zda­niem wszyst­kich - a zwłasz­cza Chur­chil­lów - po­szczę­ściło się nie­zmier­nie przy ślu­bie, nie po­szczę­ściło się jed­nak zu­peł­nie w in­te­re­sach. Gdy po trzech la­tach wspól­nego po­ży­cia jego żona zmarła, był bied­niej­szy niż na po­czątku mał­żeń­stwa, a po­nadto miał dziecko na utrzy­ma­niu. Cię­żar za­pew­nie­nia bytu dziecku zo­stał jed­nak wkrótce zdjęty z jego ra­mion. Chło­piec, a uprzed­nio już w pew­nym stop­niu prze­wle­kła cho­roba jego matki, stał się pew­nego ro­dzaju ga­łązką oliwną mię­dzy zwa­śnio­nymi stro­nami. Pan i pani Chur­chill nie mieli ani wła­snych dzieci, ani in­nych krew­nych pod opieką, więc nie­długo po śmierci pani We­ston za­ofe­ro­wali, że zajmą się ma­łym Fran­kiem. Owdo­wiały oj­ciec mógł mieć pewne skru­puły co do tego po­my­słu, mógł się ocią­gać, jed­nak po dłuż­szym na­my­śle przy­stał na pro­po­zy­cję. Dziecko po­wie­rzono Chur­chil­lom i od­tąd miało żyć w do­statku, panu We­sto­nowi po­zo­stało zaś za­dbać o swoje wła­sne sa­mo­po­czu­cie oraz po­lep­sze­nie sy­tu­acji ma­te­rial­nej.

Po­sta­no­wił więc cał­ko­wi­cie zmie­nić swoje ży­cie. Od­szedł ze służb mun­du­ro­wych i za­jął się han­dlem. Jego bra­cia wy­ro­bili już so­bie w tym za­wo­dzie po­zy­cję w Lon­dy­nie, mógł więc wy­ko­rzy­stać owe ko­nek­sje na po­czątku dzia­łal­no­ści. Praca nie wy­ma­gała od niego za­an­ga­żo­wa­nia po­nad siły, na­dal miał też nie­wielki dom w Hi­gh­bury, gdzie spę­dzał więk­szość wol­nego czasu. Na­stępne osiem­na­ście czy dwa­dzie­ścia lat mi­nęło mu bez zmar­twień, głów­nie na pracy i spo­tka­niach to­wa­rzy­skich. Przez ten czas do­ro­bił się rów­nież nie­zgor­szych pie­nię­dzy, co po­zwo­liło mu na za­kup nie­wiel­kiej, są­sia­du­ją­cej z Hi­gh­bury nie­ru­cho­mo­ści, o któ­rej prawdę mó­wiąc, ma­rzył od za­wsze. Ma­ją­tek po­zwo­lił mu rów­nież na po­ślu­bie­nie ko­biety na­wet tak nie­za­moż­nej jak panna Tay­lor oraz spę­dze­nie reszty ży­cia w taki spo­sób, jaki dyk­to­wało mu jego przy­ja­zne, to­wa­rzy­skie uspo­so­bie­nie.

Już od ja­kie­goś czasu panna Tay­lor miała wpływ na plany pana We­stona. Jed­nak nie były to po­ryw­cze wpływy mło­dego serca na inne rów­nie młode - pan We­ston nie zmie­nił po­sta­no­wie­nia, iż ustat­kuje się do­piero, kiedy za­kupi Ran­dalls. Od dawna cze­kał na wy­sta­wie­nie po­sia­dło­ści na sprze­daż i spo­koj­nie, krok po kroku, re­ali­zo­wał swe za­miary, aż wszyst­kie się urze­czy­wist­niły. Po­mno­żył ma­ją­tek, ku­pił dom i zy­skał żonę. Za­czy­nał się wła­śnie nowy roz­dział w jego ży­ciu, z wi­do­kami na jesz­cze więk­sze szczę­ście niźli to, które do tej pory za­znał. Ni­gdy nie był czło­wie­kiem nie­szczę­śli­wym, sku­tecz­nie chro­niło go od tego uspo­so­bie­nie, na­wet w cza­sie trwa­nia pierw­szego mał­żeń­stwa. Jed­nak to drugi zwią­zek po­ka­zał mu, jak cu­dow­nym zja­wi­skiem może być ko­bieta praw­dzi­wie roz­ważna i sym­pa­tyczna. Mu­siał dojść też do owego przy­jem­nego wnio­sku, iż do­prawdy le­piej jest wy­brać, niż zo­stać wy­bra­nym, sa­memu stać się obiek­tem wdzięcz­no­ści, niż tę wdzięcz­ność ży­wić.

Do­ko­ny­wał wy­bo­rów tak, by w pełni sie­bie uszczę­śli­wić. Jego for­tuna na­le­żała tylko do niego. Je­śli zaś szło o Franka, nie zo­stał on je­dy­nie po ci­chu wy­cho­wany przez stryja. Jego ad­op­cja stała się fak­tem tak jaw­nym, iż po osią­gnię­ciu peł­no­let­no­ści młody czło­wiek zmie­nił na­zwi­sko na Chur­chill. Było więc nie­zwy­kle mało praw­do­po­dobne, iż w przy­szło­ści ze­chciałby od ojca ja­kiejś po­mocy. Oj­ciec zu­peł­nie się tego nie oba­wiał. Ciotka chłopca była ko­bietą ka­pry­śną i cał­ko­wi­cie pod­po­rząd­ko­wała so­bie męża. Jed­nakże w na­tu­rze pana We­stona nie le­żała skłon­ność do obaw, że ja­ki­kol­wiek ka­prys jest wy­star­cza­jąco silny, by wpły­nąć na osobę tak mu drogą, jak wie­rzył, drogą zu­peł­nie za­słu­że­nie. Wi­dy­wał syna co roku w Lon­dy­nie i był z niego na­prawdę dumny. Chęt­nie też chwa­lił się, iż wy­rósł on na męż­czy­znę peł­nego za­let, co spra­wiło, że rów­nież Hi­gh­bury w pew­nym sen­sie było z mło­dego czło­wieka dumne. Miesz­kańcy czuli, iż Frank wy­star­cza­jąco na­leży do ich spo­łecz­no­ści, by jego za­lety i wi­doki na przy­szłość stały się obiek­tem po­wszech­nej tro­ski.

Pan Frank Chur­chill był jedną z dum Hi­gh­bury i żywa chęć uj­rze­nia go z cza­sem wcale nie znik­nęła, cho­ciaż trudno było tu mó­wić o sen­ty­men­cie od­wza­jem­nio­nym - gdyż Frank Chur­chill ani razu w swoim ży­ciu nie za­szczy­cił tego miej­sca swoją obec­no­ścią. Per­spek­tywa zło­że­nia ojcu wi­zyty była czę­stym te­ma­tem dys­ku­sji, jed­nak ni­gdy nie zo­stała zre­ali­zo­wana.

Te­raz, po ślu­bie ojca, mó­wiło się, z jak naj­więk­szym za­tro­ska­niem, rzecz ja­sna, iż wi­zyta po­winna się od­być. Co do tego pa­no­wała pełna zgoda, nie­ważne, czy to pani Perry piła her­batę u pani i panny Ba­tes, czy też pani i panna Ba­tes skła­dały wi­zytę pani Perry. Nad­szedł czas, by pan Frank Chur­chill za­jął miej­sce w ich spo­łecz­no­ści, a na­dzieja na to przy­brała jesz­cze na sile, gdy oka­zało się, iż z oka­zji za­ślu­bin młody męż­czy­zna wy­sto­so­wał do swo­jej ma­co­chy list. Przez kilka dni żadna po­ranna wi­zyta w Hi­gh­bury nie od­była się bez wspo­mnie­nia o owej ele­ganc­kiej wia­do­mo­ści otrzy­ma­nej przez pa­nią We­ston.

- Spo­dzie­wam się, że do­tarła już do pań­stwa wieść o li­ście, który pan Frank Chur­chill na­pi­sał do pani We­ston? Jak udało mi się do­wie­dzieć, list był wy­jąt­kowo ele­gancki, pan Wo­odho­use mi o tym po­wie­dział. Pan Wo­odho­use wi­dział list na wła­sne oczy i stwier­dził, że na­prawdę był on naj­bar­dziej ele­gancki ze wszyst­kich, które do tej pory prze­czy­tał.

List, to prawda, zo­stał jak naj­bar­dziej do­ce­niony. Pani We­ston już wcze­śniej po­wzięła o pa­sier­bie wy­so­kie mnie­ma­nie, a pełna przy­ja­znej uwagi wia­do­mość była naj­sil­niej­szym do­wo­dem jego do­brych ma­nier. Była także przy­ję­tym z ra­do­ścią do­dat­kiem do wszel­kich ży­czeń po­myśl­no­ści, które no­wo­żeńcy zdą­żyli już otrzy­mać. Pani We­ston wie­działa, iż uśmiech­nęło się do niej szczę­ście, żyła też wy­star­cza­jąco długo, by mieć świa­do­mość, iż tak wła­śnie jest po­strze­gana w po­wszech­nej opi­nii. Ża­ło­wała je­dy­nie czę­ścio­wej roz­łąki z przy­ja­ciółką, która nie­prze­rwa­nie ży­wiła do niej go­rące uczu­cie i dla któ­rej owa roz­łąka mo­gła stać się prze­ży­ciem wy­soce nie­przy­jem­nym.

Wie­działa, że od czasu do czasu bra­kuje jej do­mow­ni­kom w Hart­field. Nie po­tra­fiła też nie od­czu­wać żalu na myśl, iż Emma - z tę­sk­noty za to­wa­rzyszką - czer­pie z cze­goś mniej­szą przy­jem­ność lub do­pada ją bar­dziej prze­można nuda. Jed­nak droga Emma nie była osobą o sła­bym cha­rak­te­rze; miała rów­nież po­zy­cję, o któ­rej wiele dziew­cząt mo­gło po­ma­rzyć, a tem­pe­ra­ment, ener­gia i de­ter­mi­na­cja mło­dej damy z pew­no­ścią były wielką za­letą, kiedy ży­cie zsy­łało drobne pro­blemy oraz nie­do­statki. Ko­lej­nym po­cie­sze­niem była nie­wielka od­le­głość mię­dzy Ran­dalls i Hart­field, która sprzy­jała na­wet sa­mot­nym prze­chadz­kom. Poza tym uspo­so­bie­nie pana We­stona oraz obecne oko­licz­no­ści da­wały pew­ność, iż na­wet zmiana pory roku nie bę­dzie żadną prze­szkodą we wspól­nym spę­dza­niu po­łowy wie­czo­rów w ty­go­dniu.

Jej sy­tu­acja dzie­liła się więc na od­czu­waną go­dzi­nami wdzięcz­ność wzglę­dem pana We­stona i chwi­lo­wych je­dy­nie na­pły­wach smutku, a jej za­do­wo­le­nie (wła­ści­wie wię­cej - jej po­godna ra­dość!) było tak wi­doczne i szczere, iż Emma, choć do­brze znała swego ojca, za­sko­czona była nie­kiedy jego nie­zmienną skłon­no­ścią do ża­ło­wa­nia "bied­nej panny Tay­lor". Zo­sta­wili ją prze­cież w Ran­dalls w wy­god­nych do­mo­wych wa­run­kach, a gdy wy­cho­dziła od nich pod ko­niec wie­czor­nej wi­zyty, w to­wa­rzy­stwie uj­mu­ją­cego męża, wsia­dała do cał­ko­wi­cie wła­snego po­wozu. Jed­nak po­że­gna­nia te ni­gdy nie obyły się bez ła­god­nych wes­tchnień pana Wo­odho­use'a, który oświad­czał:

- Ach, biedna panna Tay­lor! Jakże ona chcia­łaby tu z nami zo­stać.

Pan Wo­odho­use wpraw­dzie nie od­zy­skał panny Tay­lor, nie prze­stał rów­nież jej ża­ło­wać, jed­nak po kilku ty­go­dniach i na niego w końcu przy­szła pewna ulga. Skła­dane przez są­sia­dów gra­tu­la­cje uci­chły, nie kpiono już z niego wię­cej, ży­cząc szczę­ścia przy tak przy­krym wy­da­rze­niu. A tort we­selny, jego wiel­kie stra­pie­nie, zo­stał na­resz­cie zje­dzony. Żo­łą­dek pana Wo­odho­use'a nie to­le­ro­wał zbyt ob­fi­tych po­traw, a on sam nie był w sta­nie uwie­rzyć, że kto­kol­wiek może czuć w tej ma­te­rii ina­czej. To co było dla niego szko­dliwe, uzna­wał za szko­dliwe dla wszyst­kich. Do­ło­żył więc wszel­kich wy­sił­ków, by nie do­pu­ścić do po­wsta­nia tortu, a gdy te na­dzieje oka­zały się płonne, od­ra­dzał każ­demu jego spo­ży­wa­nie. Z wiel­kim utra­pie­niem oma­wiał ten te­mat z pa­nem Per­rym, ap­te­ka­rzem. Pan Perry był in­te­li­gent­nym je­go­mo­ściem o do­sko­na­łych ma­nie­rach, a jego liczne wi­zyty umi­lały panu Wo­odho­use'owi czas. Jako osoba z od­po­wied­nim wy­kształ­ce­niem mu­siał więc przy­znać (choć, zda­wa­łoby się, nieco wbrew so­bie), iż tort we­selny zde­cy­do­wa­nie może być dla wielu go­ści szko­dliwy, je­śli nie kosz­tuje się go z umia­rem. Uzbro­jony w fa­chową opi­nię, która po­twier­dzała jego wła­sną, pan Wo­odho­use miał na­dzieję, że od­wie­dzie od spo­ży­wa­nia tortu każ­dego, kto skła­dał no­wo­żeń­com wi­zytę. Jed­nak tort na­dal cie­szył się po­pu­lar­no­ścią, a życz­liwe serce pana Wo­odho­use'a po­zo­stało sko­ła­tane, do­póki nie znik­nął on cał­ko­wi­cie.

Oso­bliwa plotka roz­prze­strze­niła się w Hi­gh­bury - mia­no­wi­cie dzieci Per­rych miały być wi­dziane z ka­wał­kami tortu pani We­ston w dło­niach, jed­nak pan Wo­odho­use za nic nie chciał w to uwie­rzyć.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Prze­miła i nieco na­iwna Ka­ta­rzyna Mor­land zo­staje za­pro­szona przez za­przy­jaź­nione z jej ro­dziną bez­dzietne mał­żeń­stwo Al­le­nów jako to­wa­rzyszka po­bytu w Bath, mod­nym uzdro­wi­sku, do któ­rego przy­jeż­dżano po­ka­zać się, od­świe­żyć stare, na­wią­zać nowe znajo­ mo­ści i brać udział w ba­lach. Pod­czas jed­nego z nich dziew­czyna po­znaje przy­stoj­nego Hen­ryka Til­neya, a wkrótce też jego młod­szą sio­strę Ele­onorę. Ro­dzeń­stwo bu­dzi jej za­in­te­re­so­wa­nie i sym­pa­tię. Jed­no­cze­śnie pani Al­len spo­tyka dawną przy­ja­ciółkę, pa­nią Thorpe, która przy­je­chała tu ze swo­imi trzema cór­kami. Naj­star­sza, Iza­bela, szybko pod­bija serce Ka­ta­rzyny, czemu sprzyja bli­skie ko­le­żeń­stwo ich braci.

Bo­ha­terka pró­buje po­go­dzić sym­pa­tię obu krę­gów zna­jo­mych, ale jej dzia­ła­nia i uczu­cia na­tra­fiają na liczne prze­szkody i pro­wa­dzą do wielu nie­po­ro­zu­mień. W su­kurs przy­cho­dzi za­pro­sze­nie do opac­twa Nor­than­ger, gdzie za­fa­scy­no­wana po­wie­ściami go­tyc­kimi Ka­ta­rzyna ma na­dzieję od­kryć ja­kąś nie­zwy­kłą ta­jem­nicę...

.

Jest prawdą po­wszech­nie znaną, że sa­mot­nemu a bo­ga­temu męż­czyź­nie brak do szczę­ścia tylko żony.

Opo­wieść o co­dzien­nym ży­ciu an­giel­skiego zie­miań­stwa na prze­ ło­mie XVIII i XIX wieku. Nie­zbyt za­możni pań­stwo Ben­ne­to­wie mają nie lada kło­pot - na­de­szła pora, by wy­dać za mąż ich pięć do­ro­słych có­rek. Sęk w tym, że nie­ła­two jest zna­leźć na pro­win­cji od­po­wied­niego kan­dy­data. Po­ja­wia się jed­nak iskierka na­dziei, bo oto do po­ło­żo­nej w są­siedz­twie po­sia­dło­ści Ne­ther­field Park wpro­wa­dza się młody i bo­gaty ka­wa­ler. Wia­do­mość ta elek­tryzu­ je pa­nią Ben­net. Oka­zja do na­wią­za­nia sto­sun­ków to­wa­rzy­skich nada­rza się nie­ba­wem pod­czas pu­blicz­nego balu, na który nowy są­siad przy­bywa w to­wa­rzy­stwie dwóch sióstr, szwa­gra oraz swego przy­ja­ciela, jesz­cze bar­dziej ma­jęt­nego ka­wa­lera.

Czy pierw­sze wra­że­nie bywa my­lące, a bliż­sza zna­jo­mość po­trafi dia­me­tral­nie zmie­nić opi­nię o dru­giej oso­bie?

Siłą tej hi­sto­rii są zna­ko­mi­cie na­kre­ślone po­sta­cie, nie­zwy­kle trafne ob­ser­wa­cje na­tury ludz­kiej, hu­mor i - oczy­wi­ście - mi­łość.

.

XIX­wieczna pro­win­cjo­nalna An­glia jako tło mi­ło­ści, na­mięt­no­ści, błę­dów i suk­ce­sów.

Przy­na­leż­ność do jed­nej ro­dziny nie za­wsze ozna­cza ten sam sta­ tus ma­te­rialny. Fanny Price jest naj­star­szym dziec­kiem z licz­nego po­tom­stwa jed­nej z trzech sióstr, która przed laty naj­go­rzej wy­szła za mąż. Jej za­można sio­stra, lady Ber­tram, kie­ru­jąc się do­brym ser­ cem, za­biera dziew­czynkę do sie­bie, by za­dbać o jej wy­cho­wa­nie i edu­ka­cję. Ci­cha, spo­kojna i chętna do po­mocy Fanny nie od razu od­naj­dzie swoje miej­sce w Mans­field Park. Mimo do­brych chęci pań­stwa Ber­tram nie jest trak­to­wana na równi z Ju­lią i Ma­rią, jej cio­tecz­nymi sio­strami: same dziew­częta, ale przede wszyst­kim ich ciotka, sio­stra matki Fanny, trak­tują ją z góry, jako po­zo­sta­jącą na ła­sce bo­ga­tych krew­nych.

Je­dy­nym, który oka­zuje Fanny serce, jest młod­szy z dwóch sy­nów Ber­tra­mów, Ed­mund, przy­szły pa­stor. Jego szczera tro­ska o dziew­ czynkę w pierw­szym okre­sie jej po­bytu w no­wym miej­scu i po­moc w wy­sła­niu li­stu do uko­cha­nego brata zjed­nują mu jej mi­łość na za­wsze.

.

Bły­sko­tliwe po­łą­cze­nie por­tretu szlachty an­giel­skiej po­czątku XIX wieku oraz in­try­gu­ją­cego ro­mansu.

Per­swa­zje to naj­póź­niej­sza po­wieść Jane Au­sten. Wie­lo­krot­nie ekra­ ni­zo­wana, być może także dla­tego, że na tle po­przed­nich wy­róż­ nia się bar­dzo sub­tel­nym i wni­kli­wym ry­sun­kiem psy­cho­lo­gicz­nym bo­ha­te­rów.

Główna bo­ha­terka, Anna El­liot, ob­da­rzona ła­god­nym cha­rak­te­rem, chę­cią nie­sie­nia po­mocy in­nym i da­rem ob­ser­wa­cji, osiem lat temu po­zwo­liła so­bie "wy­per­swa­do­wać" mi­łość i ze­rwała za­rę­czyny z ka­ pi­ta­nem ma­ry­narki Fry­de­ry­kiem Wen­twor­them. Zra­niła sie­bie i zła­ mała serce mło­demu czło­wie­kowi. Jed­nak nie dała się na­mó­wić na inny zwią­zek, wciąż jest sa­motna, żyje "przy ro­dzi­nie", która nie jest dla niej zbyt przy­ja­zna.

Czy praw­dziwą wielką mi­łość można znisz­czyć na za­wsze? I czy czas zmie­nia lu­dzi?