Emily Wilde. Kompendium zaginionych legend. Tom 3 - Heather Fawcett

Kup ebooka

49.00 zł
40.60 zł (40,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

29 grudnia 1910 - ciąg dalszy

Jeśli ist­nieje jakaś kwe­stia, co do któ­rej Wen­dell i ja ni­gdy się nie zgo­dzimy, to jest nią próba wypra­wie­nia kota do Faerie. Nawet jeśli rze­czony kot jest zwie­rzę­ciem faerie, i nawet jeśli odsy­łamy go z powro­tem do świata, z któ­rego przy­był, sam pro­ces oka­zał się bar­dzo fru­stru­jący. Wen­dell i ja zgu­bi­li­śmy Orgę już dwa razy w cza­sie podróży wzdłuż ska­li­stego grec­kiego wybrzeża, gdy kotka rzu­cała się w pogoń za myszami albo mewami, a teraz, gdy w końcu sta­nę­li­śmy przed drzwiami Wen­della, znów znik­nęła.

- To prze­klęte stwo­rze­nie trzeba by wziąć na smycz - rzu­ci­łam ze zło­ścią. Podej­rze­wa­łam jed­nak, że gdy­bym zbli­żyła się do Orgi z czym­kol­wiek przy­po­mi­na­ją­cym uprząż, skoń­czy­ła­bym z nią na gło­wie, co zapewne mia­łoby opła­kane skutki dla mojej twa­rzy.

Cień jak zwy­kle wier­nie mi towa­rzy­szył i pra­co­wi­cie węszył w won­nych przy­brzeż­nych tra­wach. On ni­gdy by mnie nie porzu­cił, w prze­ci­wień­stwie do Orgi, która tak czę­sto ucie­kała swo­jemu panu. Psy to praw­dziwi towa­rzy­sze, a nie fizyczny prze­jaw chwi­lo­wego kaprysu.

Wen­dell nic nie odpo­wie­dział. Na widok drzwi tylko cał­ko­wi­cie znie­ru­cho­miał, tak że do złu­dze­nia mógłby przy­po­mi­nać zło­coną ilu­stra­cję w książce, gdyby nie to, że słona bryza szar­pała jego płasz­czem i zło­tymi wło­sami opa­da­ją­cymi na oczy.

Dotknę­łam jego ramie­nia, a on otrzą­snął się ze stu­poru.

- Em, ona jest kotem - powie­dział z uśmie­chem. - Rów­nie dobrze mogła­byś ocze­ki­wać, że Cień zlek­ce­waży twoją wolę, jak zakła­dać, że Orga się jej pod­po­rząd­kuje. Nie zapo­mi­naj o jej natu­rze.

- Zło­śli­wej, nie­god­nej zaufa­nia natu­rze.

Oczy­wi­ście, jakby na prze­kór nam obojgu, Orga zja­wiła się po chwili. Jej złote oczy błysz­czały, a czarne futro dziw­nie falo­wało, jak dym uwię­ziony w szkle o kocim kształ­cie. Sie­dzący przy moich sto­pach Cień rzu­cił jej znu­żone spoj­rze­nie, a potem wyko­nał swój zwy­cza­jowy gest przy­jaźni, deli­kat­nie trą­ca­jąc ją nosem. W odpo­wie­dzi ona wygięła plecy w łuk i zasy­czała.

- Lepiej daj sobie spo­kój, kocha­nie - pora­dzi­łam mu, ale bie­dak tylko na mnie spoj­rzał pustym wzro­kiem. W jego świe­cie wszy­scy albo się nim zachwy­cali, albo trzy­mali z daleka, onie­śmie­leni jego posturą. Za każ­dym razem, gdy Orga na niego syczała, on naj­wy­raź­niej zakła­dał, że to nie­po­ro­zu­mie­nie. Zwa­żyw­szy na czę­sto­tli­wość tych incy­den­tów nale­ża­łoby to uznać za mało praw­do­po­dobne, ale według Cie­nia to, że ktoś go może nie lubić, było nie do pomy­śle­nia.

Wen­dell wró­cił do gapie­nia się na drzwi. Jak przy­pusz­czam, roz­ko­szo­wał się tą chwilą. Zasta­na­wia­łam się nawet, czy wygłosi jakieś prze­mó­wie­nie; w końcu spę­dził ponad dekadę na szu­ka­niu tego miej­sca, a teraz miał je przed sobą, ukryte w zbo­czu wzgó­rza jak świą­teczny pre­zent ozdo­biony kokardą.

Postu­ka­łam stopą w kamień, cał­kiem zado­wo­lona z sie­bie. Cóż, odna­le­zie­nie drzwi zajęło mi jedy­nie kilka mie­sięcy, prawda? O tym, że Wen­dell szuka drzwi do swo­jego kró­le­stwa, dowie­dzia­łam się w listo­pa­dzie zeszłego roku, kiedy prze­by­wa­li­śmy w Ljo­sland, a na poważ­nie zaję­łam się tą sprawą w marcu, nie­długo po naszym powro­cie do Cam­bridge. I teraz - po kilku zwro­tach akcji w Austrii - byli­śmy tutaj.

Roz­wa­ży­łam kilka żar­tów na ten temat, ale w końcu uzna­łam, że nie byłoby to zbyt wiel­ko­duszne z mojej strony, więc po pro­stu stwier­dzi­łam:

- Two­rzą parę z tymi w St. Liesl.

Rze­czy­wi­ście, drzwi przed nami były nie­mal iden­tyczne jak tamte pod wzglę­dem kształtu i stylu, a ozdo­bione malo­wi­dłem w postaci jasnych kamieni i roślin­no­ści wysu­szo­nej przez słońce ide­al­nie wta­piały się w grecki kra­jo­braz. Mały spła­che­tek posłon­ków rosną­cych po ich lewej stro­nie się­gał do obrazka, tak że dwu­wy­mia­rowe kwiaty kiwały na wie­trze gło­wami w takim samym ryt­mie jak ich nama­calni bra­cia. Jesz­cze bar­dziej nie­praw­do­po­dob­nie w moich oczach śmier­tel­niczki wyglą­dała klamka, kwa­drat ze szkła z tur­ku­so­wym morzem w środku. Ten nexus jest naprawdę najbar­dziej oso­bliwą odmianą drzwi faerie, z jakimi zetknę­łam się w swo­jej karie­rze1.

Cho­ciaż spo­dzie­wa­łam się je tu zna­leźć, ni­gdy nie można mieć pew­no­ści co do drzwi faerie - więc oprócz satys­fak­cji czu­łam teraz rów­nież ulgę.

Odwró­ci­łam się i rozej­rza­łam, osła­nia­jąc oczy przed słoń­cem. Wola­łam nie zni­kać nagle z pola widze­nia obser­wa­to­rów, bo tak było po pro­stu łatwiej - Wen­dell i ja nie chcie­li­śmy, żeby jakieś grupy poszu­ki­waw­cze o dobrych inten­cjach podą­żyły za nami do Faerie. Za małym, wybla­kłym od soli gajem cypry­sów jasne prze­cinki lądu wbi­jały się w morze tak błę­kitne, że aż łza­wiły mi oczy. W oddali po łasze pia­sku poru­szały się dwie dwu­nożne plamki, i to wszystko. Naj­bliż­sza oko­lica była zupeł­nie pusta, nie licząc nas i wia­tru.

- W jaki spo­sób Cień i Orga za nami pójdą? - zapy­ta­łam, sta­ra­jąc się ukryć obawy.

- Och, zro­bią to cał­kiem łatwo - z roz­tar­gnie­niem odparł Wen­dell. Z nie­ty­po­wym dla sie­bie waha­niem wycią­gnął rękę i prze­krę­cił gałkę.

Ujął moją dłoń i razem prze­kro­czy­li­śmy próg. Nie potrze­bo­wa­łam jego pomocy, bo oby­wa­łam się bez niej, gdy kilka razy w życiu prze­cho­dzi­łam przez tego rodzaju nie­praw­do­po­dobne drzwi, wie­dzia­łam jed­nak, że powód gestu Wen­della jest inny. Jego dłoń lekko drżała, więc moc­niej splo­tłam nasze palce.

Dzięki Bogu, mała chatka, w któ­rej się zna­leź­li­śmy, była pusta. Jej wła­ści­ciel, zimowy faerie, napa­wał się teraz uro­kami swo­jej ulu­bio­nej pory roku, jak według Wen­della mieli w zwy­czaju przed­sta­wi­ciele tego ludku. Pod­łogę zamie­ciono, naczy­nia odsta­wiono na miej­sce i ogól­nie wnę­trze wyglą­dało bar­dzo schlud­nie, jakby sta­ran­nie je posprzą­tano przed dłuż­szą nie­obec­no­ścią. Omi­ja­łam wzro­kiem komi­nek i usta­wione nad nim maka­bryczne "dzieła sztuki".

Orga i Cień podą­żyli za nami, przy czym mój pupil dokład­nie obwą­chał drzwi, zanim przez nie wszedł, ale poza tym nic nie wska­zy­wało na to, żeby uznał je za inne niż te pro­wa­dzące do mojego gabi­netu w Cam­bridge. Wen­dell pozwo­lił, żeby się za nami zamknęły, a ja spoj­rza­łam na rząd sze­ściu kla­mek po ich wewnętrz­nej stro­nie.

Chcia­łam go o nie zapy­tać, a wła­ści­wie dokład­niej je zba­dać, ponie­waż dwie z nich sta­no­wiły dla mnie cał­ko­witą zagadkę i pra­gnę­łam wie­dzieć, dokąd pro­wa­dzą. Wie­dzia­łam jed­nak, że to nie jest odpo­wiedni moment. Palce Wen­della prze­su­nęły się obok gałki otwie­ra­ją­cej wej­ście z powro­tem na Pelo­po­nez - która znaj­do­wała się teraz na samej górze - i obok tej pro­wa­dzącej do austriac­kich Alp. Pod nią tkwił w dziurce duży klucz, który wyglą­dał jak zro­biony z kości.

Wen­dell prze­krę­cił go - a ja wyobra­zi­łam sobie, jak w zbo­czu alpej­skiej góry poja­wiają się małe drzwiczki - po czym wyjął z zamka i poło­żył na stole. Na chwilę zatrzy­mał dłoń przy gałce ozdo­bio­nej kwia­to­wym wzo­rem i wró­cił do tej omsza­łej, która z jakie­goś powodu znaj­do­wała się teraz pośrodku, pod­czas gdy w paź­dzier­niku, kiedy Ariadne i ja prze­cho­dzi­ły­śmy przez dom zimo­wego faerie, była na samym dole. Wen­dell pchnął drzwi.

Moje oczy pora­ziły świa­tło poranka i feeria kolo­rów. Głów­nie zie­leni, ale rów­nież żółci skal­nych poro­stów, fio­letu dzwon­ków rosną­cych w dużych sku­pi­skach na skraju lasu, złota pro­mieni sło­necz­nych i inten­syw­nego lazuru nieba. Drzwi wycho­dziły na małą polanę, za którą ściana drzew gięła konary jak w ukło­nie powi­tal­nym. Powie­trze było wil­gotne od nie­daw­nego desz­czu, cięż­kie od zapa­chu świe­żej roślin­no­ści. Takie, jak je zapa­mię­ta­łam.

Wen­dell ści­snął moją dłoń i zatrzy­mał mnie w miej­scu, śle­dząc wzro­kiem Orgę, która ostroż­nie, z czuj­nie posta­wio­nymi uszami, wyszła na otwartą prze­strzeń. Po chwili jed­nak usia­dła spo­koj­nie i zaczęła sku­bać źdźbło trawy.

- Pomy­śla­łem, że maco­cha mogłaby kazać pil­no­wać tych drzwi - powie­dział Wen­dell. - Jeśli prze­żyła.

- Albo je zapie­czę­to­wać - doda­łam. - Ale raczej nie mogła wie­dzieć, w jaki spo­sób Ariadne i ja ucie­kły­śmy, chyba że któ­raś z pospo­li­tych wró­żek nas zauwa­żyła i jej o tym donio­sła.

Wen­dell poki­wał głową, ale wciąż stał nie­zde­cy­do­wany na progu. Wyglą­dał blado i dziw­nie młodo w pół­mroku domu zimo­wego faerie. W tym momen­cie przy­po­mi­nał mi ner­wowe dziecko, które stoi za kuli­sami i waha się, czy wkro­czyć na scenę.

Wyszłam na świa­tło sło­neczne, co sta­no­wiło miłą odmianę po zimo­wym chło­dzie panu­ją­cym w domu wróżki. Prze­szedł mnie lekki dreszcz, choć nie wie­dzia­łam, czy ze stra­chu czy z pod­eks­cy­to­wa­nia. Przez chwilę zasta­na­wia­łam się, czy strach przed kró­le­stwem Wen­della, zaszcze­piony przez wiele mrocz­nych i nie­przy­jem­nych histo­rii, które prze­czy­ta­łam w swo­jej karie­rze zawo­do­wej - nie wspo­mi­na­jąc o moich wła­snych doświad­cze­niach zmie­nio­nych w pół­w­spo­mnie­nia z aurą kosz­ma­rów - kie­dy­kol­wiek w pełni mnie opu­ści.

Żar­to­bli­wie pocią­gnę­łam go za rękę. Wen­dell na mnie spoj­rzał, wciąż blady, ale wyraz mojej twa­rzy chyba go uspo­koił, bo wyszedł ze mną za drzwi.

Zro­bił kilka kro­ków, potem nagle przy­kuc­nął i ukrył twarz w dło­niach. Orga usa­do­wiła się u jego stóp i czuj­nie zer­kała w stronę lasu. Cień obda­rzył ją spoj­rze­niem, które można by okre­ślić jako pełne apro­baty.

Ruszy­łam na szczyt wzgó­rza, żeby dać mu chwilę spo­koju, a jed­no­cze­śnie rozej­rzeć się w poszu­ki­wa­niu kło­po­tów. Wznie­sie­nie nie było dosta­tecz­nie wyso­kie, by zapew­nić widok na cały las, ale dostrze­głam w oddali zna­jomy blask jeziora, nad któ­rym deszcz padał srebr­nymi smu­gami. Gdy opar­łam się o jeden ze zwie­trza­łych gła­zów wień­czą­cych grań, usły­sza­łam wrzask prze­stra­chu i dostrze­głam małą stopę zni­ka­jącą pod kamie­niem, jakby wcze­śniej ktoś wygrze­wał nogi w słońcu.

Cóż, pospo­lite fae wie­działy, że tu jeste­śmy. Nie dało się tego unik­nąć.

Ruszy­łam z powro­tem w dół stoku. Spo­dzie­wa­łam się, że zoba­czę Wen­della podzi­wia­ją­cego dzwo­neczki i las, a może nawet upiorną rzecz rosnącą na zacie­nio­nym skraju polany, jedną z tych, od któ­rych wzięło się okre­śle­nie: "Miej­sce, Gdzie Drzewa Mają Oczy". Ale nie, on już zdą­żył otrzeć łzy i teraz opie­rał brodę na dłoni i patrzył na mnie z enig­ma­tycz­nym wyra­zem twa­rzy, któ­rego jesz­cze nie nauczy­łam się odczy­ty­wać, o ile kie­dy­kol­wiek mi się to uda. Wróż­ko­wym spoj­rze­niem, jak je nazy­wam.

- Co? - rzu­ci­łam.

Wen­dell wstał i otrze­pał płaszcz z rosy.

- Masz tę minę.

Jego słowa odzwier­cie­dlały mój tok myśle­nia, a to spra­wiło, że łyp­nę­łam na niego gniew­nie.

- Jaką?

- Tę, którą przy­bie­rasz za każ­dym razem, kiedy mnie w czymś prze­chy­trzysz - wyja­śnił.

- Cóż... - zaczę­łam, ale potem wzru­szy­łam ramio­nami i umil­kłam. Oba­wiam się, że moja wiel­ko­dusz­ność była na wyczer­pa­niu. - A nie prze­chy­trzy­łam?

Wen­dell wybuch­nął czy­stym, pogod­nym śmie­chem i nim zro­zu­mia­łam, co się dzieje, porwał mnie na ręce i zakrę­cił, aż wokół mnie zawi­ro­wały zie­leń i cień lasu.

- Moja uko­chana Emily - szep­nął mi do ucha.

- Tak, tak, już dobrze - zby­łam go, ale się nie odsu­nę­łam. Zado­wo­le­nie z sie­bie powró­ciło razem z uczu­ciem cie­płej satys­fak­cji. Miło było go widzieć tak szczę­śli­wego.

Rap­tem za nami otwo­rzyły się drzwi i polanę wypeł­nił hałas. Pierwsi z łopo­tem skrzy­deł wypa­dli na nią straż­nicy z Raz­kar­de­nem na czele. Gdy zna­leźli się w szma­rag­do­wym świe­tle, zrzu­cili z sie­bie czar i z bia­łych sów zmie­nili się w naj­bar­dziej kosz­marne stwo­rze­nia, jakie można sobie wyobra­zić - na­dal sowy, przy­naj­mniej z grub­sza, ale żyla­ste, o wystrzę­pio­nych pió­rach i oczach mlecz­nych od zaćmy. Zamiast stóp z ich tułowi wyra­stało sześć pają­ko­wa­tych koń­czyn.

Raz­kar­den usiadł na ramie­niu Wen­della - albo raczej na ramio­nach, bo jego nogi nie zmie­ści­łyby się na jed­nym - i z zaska­ku­jącą deli­kat­no­ścią umo­ścił na nich ohydne koń­czyny, a ja szybko odsu­nę­łam się od nich obu. Wen­dell, jak zwy­kle nie­zra­żony, pogła­skał stwora faerie po dzio­bie i cicho do niego prze­mó­wił. Raz­kar­den wzbił się w powie­trze i usiadł na drze­wie razem ze swo­imi towa­rzy­szami.

Następne poja­wiły się trolle, zde­cy­do­wa­nie naj­mniej nie­po­ko­jące z naszej armii pospo­li­tych fae, z narzę­dziami pobrzę­ku­ją­cymi w ple­ca­kach. Na widok kró­le­stwa Wen­della zaczęły wesoło pokrzy­ki­wać. Jeden pod­szedł do pnia drzewa i zaczął w niego ude­rzać, jakby spraw­dzał, czy nadaje się na mate­riał budow­lany. Inne traj­ko­tały coś nad sto­sem kamieni.

Na szczę­ście nadrzewne fauny nie zaba­wiły długo na pola­nie, tylko szybko skryły się w leśnych ostę­pach, a za nimi podą­żyły ich zdzi­czałe ogary. Na świe­cie jest mnó­stwo paskud­nych istot faerie, ale nie potra­fię wyobra­zić sobie żad­nych, które pod tym wzglę­dem prze­wyż­sza­łyby fauny z ich poskrę­ca­nymi, gru­zło­wa­tymi rogami i bul­wia­stymi rysami twa­rzy.

Jako ostat­nie kasz­ta­nową rzeką wylały się przez drzwi fuchsz­werge, z pod­nie­ce­niem wyma­chu­jące lisimi ogo­nami. Kilka tuzi­nów zgło­siło się na ochot­nika, żeby nam towa­rzy­szyć; dokładna liczba jest trudna do usta­le­nia, jako że te bestie rzadko pozo­stają w bez­ru­chu.

- Naresz­cie! - wykrzyk­nął Dzwo­ne­czek, wysu­wa­jąc się na czoło stada. - Teraz roz­pocz­nie się wyprawa! I będzie o wiele bar­dziej eks­cy­tu­jąca niż poprzed­nia, bo tym razem jest tylko jeden śmier­tel­nik. - Usa­do­wił się u moich stóp i zaczął myć twarz. Prze­ry­wał ablu­cje tylko po to, by war­czeć na każ­dego, kto za bar­dzo się do nas zbli­żył. Odróż­nie­nie od sie­bie lisich faerie jest trudne, ale Dzwo­neczka łatwo roz­po­znać po tym, że zawsze chwali się swoją rolą w mojej ostat­niej przy­go­dzie.

Wen­dell prze­niósł wzrok na drzewa, a powagę na jego twa­rzy zastą­piła weso­łość.

- Odzy­skamy nasze kró­le­stwo, Em? - zapy­tał.

Prze­szedł mnie dreszcz. Wypo­wie­dział te słowa w języku fae i choć już wcze­śniej sły­sza­łam, jak go używa, teraz było coś nie­po­ko­ją­cego w tym, że porzu­cił mowę śmier­tel­ni­ków jak płaszcz nie­od­po­wiedni do nowej pory roku. Moja ręka odru­chowo powę­dro­wała do Cie­nia, a on lekko trą­cił ją łbem, co od razu mnie uspo­ko­iło.

- Przy­naj­mniej możemy się do tego zabrać - odpo­wie­dzia­łam w tym samym języku.

U stóp wzgó­rza zna­leź­li­śmy ścieżkę, którą Ariadne i ja podą­ża­ły­śmy w paź­dzier­niku. Spo­dzie­wa­łam się, że od tam­tego czasu znik­nęła - dla­czego ścieżki wró­żek mia­łyby zacho­wy­wać się mniej krnąbr­nie od ich drzwi? - ale ona była na swoim miej­scu, choć wyda­wało się, że teraz skręca bar­dziej na pół­noc.

Nie­pew­nie spoj­rza­łam w prawo.

- Tędy?

Wen­dell podą­żył za moim spoj­rze­niem.

- Nie sądzę. Stara trasa zaj­mie zbyt wiele czasu. Do zamku jest dość daleko, a wolał­bym nie zwle­kać.

I poma­sze­ro­wał pro­sto w gęstwinę splą­ta­nych zaro­śli, wyko­nu­jąc ręką coś w rodzaju prze­pła­sza­ją­cego gestu. I wtedy...

Pod jego sto­pami uka­zała się ścieżka. Gdy nią ruszył, kilka kro­ków przed nim drzewa, trawy i kamie­nie po pro­stu zaczęły roz­stę­po­wać się na boki jak fale odpływu.

- Wen­dellu - powie­dzia­łam cicho.

On już się odwra­cał, żeby spraw­dzić, co się ze mną dzieje, a tym­cza­sem ja patrzy­łam, czy stwo­rzona przez niego dróżka nie zamknie się za nim, lecz tak się nie stało, a przy­naj­mniej nie tak szybko; brzegi ścieżki lekko się zacie­rały, zie­leń wpeł­zała z powro­tem na ubitą zie­mię.

Wen­dell ujął moje dło­nie. Jego spoj­rze­nie pro­mie­nio­wało cie­płem i nie­małą dozą zło­śli­wo­ści.

- Co prawda nie mamy zbyt wiele czasu na zwie­dza­nie, ale pozwól, że pokażę ci parę rze­czy. Chcia­ła­byś?

Oczy­wi­ście dro­czył się ze mną; znał odpo­wiedź rów­nie dobrze jak ja. Czy­ha­jące na nas nie­bez­pie­czeń­stwa, lęk, który czu­łam w związku z przyj­ściem tutaj, żeby pozo­stać u jego boku - wszystko to nagle ustą­piło miej­sca cze­muś zna­jo­memu, co spra­wiło, że moje serce zadrżało z pod­nie­ce­nia.

Cie­ka­wo­ści naukowca.

- W takim razie pro­wadź - powie­dzia­łam, bio­rąc go pod ramię, które mi zaofe­ro­wał.

Ścieżka roz­sze­rzyła się, żeby pomie­ścić nas oboje. Cień dotrzy­my­wał mi kroku, pod­czas gdy Orga wymy­kała się do lasu, poja­wiała się to przed nami, to za nami, od czasu do czasu z jakimś małym, wiją­cym się stwo­rze­niem w pyszczku. Cała reszta two­rzyła długi, kosz­marny pociąg. Nie widzia­łam straż­ni­ków, ale obo­jęt­ność Wen­della upew­niła mnie, że czają się w koro­nach drzew i obser­wują nas tak samo, jak pod­czas mojej pierw­szej wizyty w Faerie, choć tym razem ich zamiary były mniej mor­der­cze. Przy­naj­mniej taką mia­łam nadzieję. Dzwo­ne­czek trzy­mał się z tyłu, jak zwy­kle kiedy Wen­dell był bli­sko mnie. Sądzę, że boi się go tak samo jak Poe, choć wyraża to w bar­dziej nie­po­ko­jący spo­sób. Nie­raz sły­sza­łam, jak razem z kole­gami zasta­na­wiał się, ile krwi prze­leje Wen­dell, odzy­sku­jąc swoje kró­le­stwo, i czy zostaną jakieś jej resztki, któ­rymi fuchsz­werge będą mogli się cie­szyć, a jeśli tak, to jak ona będzie sma­ko­wać.

Wen­dell zatrzy­my­wał się co chwilę, żeby mi coś poka­zać; ma ogromną wie­dzę bota­niczną, jeśli cho­dzi o swoje kró­le­stwo, a ja mogę tylko zakła­dać, że się z nią uro­dził. Nie potra­fię sobie wyobra­zić, że mógł ją zdo­być w inny spo­sób. Kiedy wyję­łam notat­nik, uśmiech­nął się do mnie. Nasz pierw­szy dzień w Faerie zamie­rza­łam spę­dzić na obser­wa­cjach, a nie na gro­ma­dze­niu fak­tów, ale on był taki zado­wo­lony za każ­dym razem, gdy się­ga­łam po pióro, że w rezul­ta­cie zro­bi­łam bar­dzo dużo zapi­sków. W kon­cen­tra­cji tro­chę prze­szka­dzało mi gro­żące nam nie­bez­pie­czeń­stwo, ale mimo to mój entu­zjazm był auten­tyczny i zada­wa­łam wiele pytań, choć odpo­wie­dzi Wen­della nie zawsze były pomocne - a nie­rzadko wręcz non­sen­sowne. Poni­żej zamiesz­czę kilka wybra­nych spo­strze­żeń.

O geografii Miejsca, Gdzie Drzewa Mają Oczy

Kra­ina składa się głów­nie z lasów i wrzo­so­wisk, roz­pro­szo­nych obsza­rów bagien­nych i pasma gór­skiego, które ogra­ni­cza ją od wschodu. Góry te znane są jako Błę­kitne Iglice. Znaj­dują się tu trzy jeziora: naj­więk­sze - Muc­kle; Silver­lily, obok któ­rego wznosi się zamek; i Dolne na połu­dniu, mroczne miej­sce zasie­dlone przez jele­nie z gło­wami wiedźm, do któ­rego nie będziemy się zapusz­czać.

Prośba, żeby Wen­dell pomógł mi naszki­co­wać mapę kró­le­stwa, oka­zała się w dużej mie­rze bez­owocna, co wcale mnie nie zasko­czyło. Jest powszech­nie znaną prawdą, że zależ­no­ści prze­strzenne w Faerie są takie same jak we śnie; góra może we wto­rek znaj­do­wać się w jed­nym miej­scu, a środę spę­dzić w miej­scu, które uzna za bar­dziej przy­jemne. W cza­sie naszych roz­mów Wen­dell infor­mo­wał mnie, że jeziora i pasmo gór­skie są tutaj sta­łymi punk­tami, że Błę­kitne Iglice kie­dyś cał­ko­wi­cie ota­czały kró­le­stwo i są znane z tego, że cza­sami się wydłu­żają, a Dolne Jezioro bywa prze­korne i nie­kiedy zamie­nia się miej­scami z Silver­lily.

O ślimakach faerie

Po nie­przy­jem­nym spo­tka­niu z tymi zadzi­wia­ją­cymi miesz­kań­cami kró­le­stwa pod­czas mojej poprzed­niej wizyty wciąż czuję, jak ich sko­rupy pękają pod moimi dłońmi i kola­nami, i sły­szę ich ciche krzyki ago­nii - chcia­łam dowie­dzieć się o nich wię­cej. Wen­dell tylko wzdry­gnął się po moim pyta­niu i odra­dził robie­nie sobie z nich wro­gów. Podobno te stwo­rze­nia mają pry­mi­tywną inte­li­gen­cję i ponad wszystko cenią wła­sną god­ność, w związku z czym więk­szość życia poświę­cają na dąże­nie do odwetu. Cho­ciaż ich zemsta bywa nie­ry­chliwa, w końcu zawsze jej doko­nują.

O krwawych drzewach

Nie mam ochoty o nich pisać, ale jaka byłaby ze mnie badaczka Ludku, gdy­bym ucie­kała przed każ­dym okro­pień­stwem?

Nie. Nie mogę tego zro­bić.

Muszę to opi­sać. Boże, co za bała­gan w tym wpi­sie, ile klek­sów i prze­kre­śleń. Skończmy z tą kwe­stią jak naj­szyb­ciej.

Drzewa, od któ­rych pocho­dzi nazwa kró­le­stwa Wen­della, znane są jako uważne dęby, co jest typo­wym przy­kła­dem eufe­mi­zmu faerie. Rosną tu i ówdzie w całym lesie, ale naj­czę­ściej czają się w jego mrocz­nych ostę­pach, żeby, jak przy­pusz­czam, zaska­ki­wać nie­szczę­śni­ków i przy­pra­wiać ich o kosz­mary. Gdyby każde miało tylko jedną parę oczu, może ich widok dałoby się znieść, ale są ich setki, jeśli nie tysiące. Z każ­dego sze­lesz­czą­cego, wil­got­nego liścia łypie oko, zmru­żone z wście­kło­ści albo roz­sze­rzone z zasko­cze­nia, o cięż­kich powie­kach, lub prze­krwione, jakby w każ­dym była uwię­ziona jedyna w swoim rodzaju istota. Wszyst­kie poru­szają się i wpa­trują w każ­dego, kto obok nich prze­cho­dzi.

Natu­ral­nie Wen­dell pod­cho­dzi do tych potwor­no­ści z filo­zo­ficz­nego punktu widze­nia.

- Nie widzia­łaś gor­szych rze­czy w Faerie, Em? Zostaw je w spo­koju, a nie będziesz miała się czego oba­wiać. Nie dawaj im powodu, żeby się na cie­bie obra­ziły.

- Jak unik­nąć obra­że­nia się drzewa?

- Nie ubli­żaj im - zaczął odli­czać na pal­cach. - Nie usu­waj liści. Nie roz­dzie­raj ich, żeby spraw­dzić, czy w środku nie kryje się król wró­żek, który bar­dziej odpo­wia­dałby twoim gustom.

Na te rady nie raczy­łam odpo­wie­dzieć, tylko zapy­ta­łam:

- To wszystko?

Wen­dell zasta­na­wiał się przez chwilę.

- Patrz pod nogi w jesien­nych mie­sią­cach.

O Boże.

* * *

W miarę jak szli­śmy dalej, zauwa­ży­łam, że ścieżka wyty­czona przez Wen­della jest dużo przy­jem­niej­sza niż ta, którą kie­dyś podą­ża­ły­śmy z Ariadne. Teraz prze­mie­rza­li­śmy sło­neczne polany, łąki pełne dzwon­ków i otwarte na niebo poła­cie wrzo­so­wisk poro­śnię­tych borów­kami i usia­nych impo­nu­ją­cymi men­hi­rami. Na wierz­choł­kach drzew mie­niły się srebrne bombki - wiel­ko­ści glo­bu­sów i lek­kie jak powie­trze - które cza­sami wraz z wia­trem dry­fo­wały z jed­nej korony na drugą. Wen­dell poin­for­mo­wał mnie, że w rze­czy­wi­sto­ści są to kamie­nie faerie z zamknię­tymi w środku cza­rami słu­żą­cymi wygo­dzie podróż­nych. Ostrzegł mnie jed­nak przed ich roz­bi­ja­niem, ponie­waż nie­które zostały uszko­dzone przez bogle i dla­tego nie można było im ufać.

- Celowo trzy­masz mnie z dala od mrocz­nych czę­ści swo­jego kró­le­stwa? - zapy­ta­łam, gdy ścieżka dopro­wa­dziła nas do miej­sca, z któ­rego roz­ta­czał się widok na jezioro Muc­kle. - Byłam tu już wcze­śniej. Zdaję sobie sprawę, że to nie tylko ską­pane w słońcu łąki i nie­szko­dliwe obiekty arche­olo­giczne, więc nie musisz wycho­dzić z sie­bie jak ner­wowy zalot­nik.

Wen­dell roze­śmiał się zasko­czony, a ja zro­zu­mia­łam, że tra­fi­łam w dzie­siątkę.

- Czy można winić mnie za to, że chcia­łem tro­chę ci zaim­po­no­wać? Poza tym mroczne zagaj­niki są domem dla nie­przy­jem­nych bagien­nych bestii. Przy­pusz­czam, że by mi się pokło­niły, ale wolę nie ryzy­ko­wać. Będziemy mieli pod dostat­kiem nie­przy­jem­no­ści, kiedy dotrzemy do zamku.

Przez cały czas bez­tro­sko uży­wał swo­jej magii w spo­sób, jakiego wcze­śniej u niego nie widzia­łam. Zacho­wy­wał się jak ary­sto­krata rzu­ca­jący monety z powozu. Kładł dłoń na pniach drzew, żeby przy­śpie­szyć ich wzrost albo kwit­nie­nie. Wycza­ro­wy­wał kępy dzwon­ków na łąkach, któ­rym, według niego, bra­ko­wało kolo­rów. W pew­nym momen­cie prze­su­nął ska­li­ste wzgó­rze na bok, żeby­śmy nie musieli się po nim wspi­nać. Kiedy go obser­wo­wa­łam, w mojej gło­wie for­mo­wało się kilka teo­rii.

Po jakiejś godzi­nie zatrzy­ma­li­śmy się na odpo­czy­nek - oczy­wi­ście zgod­nie z jego suge­stią - nad stru­mie­niem pły­ną­cym przez sło­neczną polanę. Wen­dell zapu­kał w sto­jący głaz i po chwili wysko­czyła z niego para małych skrza­tów ze srebrną tacą pełną gorą­cych bułe­czek.

Poło­żyły ją na kamie­niu przy brzegu stru­mie­nia, ukło­niły się Wen­del­lowi i bez słowa czmych­nęły z powro­tem za men­hir.

Przez chwilę gapi­łam się na miej­sce, w któ­rym znik­nęły. W końcu przy­wo­ła­łam się do porządku. Natkniesz się tutaj na jesz­cze dziw­niej­sze istoty.

Usia­dłam obok Wen­della, który tym­cza­sem przy­wo­łał jeden ze srebr­nych kamieni faerie i roz­bił go o skałę. Odłamki zamie­niły się w błysz­czący ser­wis. Wen­dell nalał wody do fili­ża­nek i nimi zakrę­cił. Gdy podał mi jedną, była w niej gorąca her­bata, pach­nąca mio­dem i polnymi kwia­tami.

Wię­cej magii, pomy­śla­łam, robiąc w pamięci kolejną notatkę.

- Jak daleko do zamku? - Spró­bo­wa­łam her­baty; oczy­wi­ście oka­zała się pyszna, słodka i mocna. - Przej­dziemy przez kur­hany? - Wolał­bym nie. - Z roz­tar­gnie­niem prze­bie­rał dło­nią w wart­kim nur­cie i miał zado­wo­loną minę kota wygrze­wa­ją­cego się w słońcu. Odnio­słam wra­że­nie, że jego uroda stała się jesz­cze bar­dziej ete­ryczna, odkąd prze­szli­śmy przez drzwi. Jego włosy były jak ciemne złoto oświe­tlone bla­skiem ognia. A może tylko tak mi się zda­wało? - Więk­szość kur­ha­nów zaj­mują wio­ski, z któ­rych każda ma swo­jego pana lub panią.

Poki­wa­łam głową. Zgo­dzi­li­śmy się, że naj­le­piej będzie uni­kać zwra­ca­nia na sie­bie uwagi, żeby nie zaalar­mo­wać o naszej obec­no­ści władcy zamku albo szlach­ci­ców, któ­rzy mogliby wyko­rzy­stać tę infor­ma­cję.

- Mam nadzieję, że dotrzemy na miej­sce przed zmro­kiem - powie­dział Wen­dell, odry­wa­jąc kawa­łek bułeczki. - Musimy obejść jezioro Muc­kle i nie wąt­pię, że po dro­dze napo­tkamy różne nie­bez­pie­czeń­stwa. Poza tym...

Cze­ka­łam na dal­szy ciąg, ale on tylko wyko­nał ręką sze­roki gest, który ktoś, kto nie znał go tak dobrze jak ja, mógłby uznać za cza­ru­jąco tajem­ni­czy.

- Zoba­czymy - dokoń­czył enig­ma­tycz­nie.

Przez chwilę obser­wo­wa­łam go w mil­cze­niu. W końcu stwier­dzi­łam z nie­do­wie­rza­niem:

- Nie wiesz, gdzie jeste­śmy.

- Z grub­sza wiem. - Wyglą­dał na zdzi­wio­nego moim zwąt­pie­niem. - No dobrze, po co mia­łem zapusz­czać się tak daleko w głąb kraju?! Oczy­wi­ście nie ozna­cza to, że ni­gdy nie wycho­dzi­łem poza teren zamku, kiedy dora­sta­łem. Wielu ary­sto­kra­tów bar­dzo lubi Wiszące Baseny, gdzie rzeka Bri­ght­mist roz­lewa się w wąwo­zie i two­rzy sze­reg kry­sta­licz­nie czy­stych sta­wów, ide­al­nych do kąpieli. Jest też Dziki Las z jego bagnami, są tereny łowiec­kie zaka­zane dla wszyst­kich poza monar­chą i jego wybra­nymi towa­rzy­szami. Można tam zna­leźć nie­zwy­kle duże dziki i naj­rzad­sze gatunki jeleni, z poro­żem z czy­stego sre­bra...

Kon­ty­nu­ował swoją rap­so­dię o kąpie­li­skach i tere­nach łowiec­kich, a gdy w końcu umilkł, żeby zaczerp­nąć tchu, powie­dzia­łam, siląc się na spo­kojny ton:

- Wen­dellu, jeste­śmy tu po to, żeby pod­bić twoje kró­le­stwo. Co będzie trudne, jeśli nie znasz drogi do cho­ler­nego tronu. A teraz odpo­wiedz mi na pro­ste pyta­nie: czy się zgu­bi­li­śmy?

- Och, Em, za bar­dzo się mar­twisz - powie­dział czule. - Pamię­taj, że jeste­śmy w moim kró­le­stwie, a nie na jakimś zapo­mnia­nym przez Boga lodo­wym dwo­rze czy na gór­skim pust­ko­wiu. Nie, nie zgu­bi­li­śmy się, nie w tym sen­sie. Wiem, gdzie jest zamek. Jakie ma zna­cze­nie to, gdzie znaj­du­jemy się aku­rat w tej chwili?

Po tej iry­tu­jąco bez­sen­sow­nej uwa­dze znowu pod­szedł do sto­ją­cego głazu i w niego zastu­kał. Tym razem popro­sił o tro­chę dżemu do bułe­czek.

* * *

Niech nikt nie pomy­śli, że do jed­nego z naj­nie­bez­piecz­niej­szych kró­lestw Faerie w histo­rii Wen­dell i ja wkro­czy­li­śmy bez jakiej­kol­wiek stra­te­gii. Zapew­niam, że tak nie było.

- Powin­ni­śmy prze­ana­li­zo­wać swoje moż­li­wo­ści - ode­zwa­łam się pew­nej paź­dzier­ni­ko­wej nocy, gdy sie­dzie­li­śmy przy kominku w miesz­ka­niu Wen­della. Było to tydzień albo dwa po naszym powro­cie z Austrii.

Wen­dell pod­niósł wzrok znad książki, którą czy­tał - jakieś głu­pie roman­si­dło lub coś w tym rodzaju. On nie czyta zbyt wiele, a kiedy to robi, kie­ruje się wąt­pli­wym gustem.

- Hmm?

- To, z kim będziemy musieli się zmie­rzyć, kiedy wró­cimy do two­jego kró­le­stwa - wyja­śni­łam. - Jeśli twoja maco­cha nie żyje, kto mógł prze­jąć tron? Kto miałby odpo­wied­nią pozy­cję i wpływy, żeby zdo­być lojal­ność szlachty? Może przy­rodni brat two­jej maco­chy, lord Taran?

- Taran? - Wen­dell uniósł pod­bró­dek, zasta­na­wia­jąc się nad moimi sło­wami. - Ni­gdy nie wyda­wał mi się szcze­gól­nie żądny wła­dzy. Przy­pusz­czam jed­nak, że to moż­liwe. Jak już mówi­łem, Em, nie mia­łem z nim wiele wspól­nego, a on ze mną. Mój wuj jest stary i zawsze trak­to­wał mnie jak głu­pie dziecko, na które szkoda czasu i uwagi.

Poczu­łam lekką iry­ta­cję.

- Kto jesz­cze? Czy twój ojciec miał rodzeń­stwo?

- Och, brata albo dwóch. - Wen­dell zasta­na­wiał się przez chwilę. - Dwóch. Kazał ich stra­cić na długo przed moimi naro­dzi­nami.

- Dobry Boże. - Wie­dzia­łam, że dwór Wen­della to gniazdo żmij, ale teraz zaczę­łam podej­rze­wać, że wszyst­kie opo­wie­ści uka­zy­wały rze­czy­wi­stość nazbyt różowo.

- Kto jesz­cze? - nie ustę­po­wa­łam. - Kuzyni? Ulu­biony doradca? Przy­ja­ciele?

- Jedyną praw­dziwą przy­ja­ciółką mojego ojca była moja matka. - Wen­dell powę­dro­wał wzro­kiem w stronę ognia. - Zawsze tak mówił. We wszyst­kim się zga­dzali, poglądy i pre­fe­ren­cje mieli bar­dzo podobne. Ona była oíche sidhe, ale można by pomy­śleć, że on rów­nież pocho­dził z tej rasy. Przy­pusz­czam, że po czę­ści dla­tego oże­nił się z nią mimo tabu. Pod dachem mojego ojca wszystko musiało być ide­al­nie czy­ste. Moi rodzice razem szyli i tkali, łączyli swoje magie, żeby two­rzyć kró­lew­skie stroje, jakich ni­gdy wcze­śniej nie widziano... I nie tylko ubra­nia, ale rów­nież sieci myśliw­skie, w które łapała się naj­groź­niej­sza zwie­rzyna, albo pro­porce tak misterne i kolo­rowe, że podobno wro­go­wie ojca urze­czeni wpa­try­wali się w nie nawet w fer­wo­rze walki. - Wen­dell spo­glą­dał dłu­żej w pło­mie­nie. - Nie wiem, czy po śmierci mojej matki był z kimś rów­nie bli­sko. Może z moją naj­star­szą sio­strą. Ale ona też zgi­nęła.

Otrzą­snął się z zadumy i się­gnął po fili­żankę. Cho­ciaż póź­niej­sze wygna­nie spra­wiło mu ból, rzadko odno­si­łam wra­że­nie, żeby wymor­do­wa­nie rodziny przez wro­gów bar­dzo go poru­szyło, co zazwy­czaj przy­pi­sy­wa­łam jego elfic­kiej natu­rze. Dzięki temu jego reak­cja wyda­wała się mniej nie­po­ko­jąca, co nie zna­czy, że nor­malna. Na fun­da­men­tal­nym pozio­mie Ludek nie jest taki jak śmier­tel­nicy, ale cza­sami na­dal o tym zapo­mi­nam, jeśli cho­dzi o Wen­della. Przez dłuż­szą chwilę cze­ka­łam na dal­szy ciąg, lecz on mil­czał.

- Mówi­łeś, że twoja maco­cha miała dzieci - przy­po­mnia­łam w końcu. - I chciała ujrzeć je na tro­nie.

- Tak... póki się nie roz­my­śliła - powie­dział Wen­dell sucho. - Ich jedyna córka była jesz­cze dziec­kiem, gdy matka posta­no­wiła zamor­do­wać jej ojca i przy­rod­nie rodzeń­stwo. - Potarł czoło. - Deilah. Jest jesz­cze bar­dzo młoda, więc trudno sobie wyobra­zić, żeby szlachta trak­to­wała ją poważ­nie. Sam nie wiem. Nie wąt­pię jed­nak, że wielu chcia­łoby zasiąść na moim tro­nie. Nie­stety słabo się znam na poli­tyce.

Pokrę­ci­łam głową.

- Z pew­no­ścią twój ojciec zapew­nił ci jakąś edu­ka­cję poli­tyczną. I z pew­no­ścią, obser­wu­jąc go, dużo sam się nauczy­łeś.

- Em. - Wen­dell zamknął książkę, a jego twarz przy­brała bole­sny wyraz. - Mia­łem zale­d­wie dzie­więt­na­ście lat, gdy zosta­łem wypę­dzony. W tym wieku każdy z Ludku jest uwa­żany pra­wie za nie­mowlę, przy­naj­mniej jeśli cho­dzi o rozum. Ocze­kuje się od nas, że będziemy uczest­ni­czyć w bie­sia­dach i balach, a potem w jesz­cze więk­szej licz­bie bie­siad i balów, i spra­wiać drobne kło­poty naszym rodzi­com, to wszystko. - Wes­tchnął. - Być może lubi­łem zabawy bar­dziej niż prze­ciętny mło­dzie­niec. Ojciec miał jak naj­gor­szą opi­nię o moich talen­tach poli­tycz­nych. Poza tym od tronu dzie­liło mnie pię­cioro braci i sióstr, i nawet bio­rąc pod uwagę zami­ło­wa­nie mojego kró­le­stwa do zabójstw, nie­wielu sądziło, że zdo­łam się do niego choćby odro­binę zbli­żyć.

Dopiero po chwili dotarła do mnie waga tego, co powie­dział.

- Czyli nie masz naj­mniej­szego poję­cia, jak rzą­dzić kró­le­stwem.

- A czy kto­kol­wiek je ma? - Wziął mnie za rękę, a jego dys­kom­fort zmie­nił się w szcze­rość. - Razem będziemy się uczyć.

- O Boże - jęk­nę­łam.

Wen­dell zmie­rzył mnie wzro­kiem.

- Jest aż tak źle? Ty już wiesz o kró­le­stwach faerie wię­cej niż jaki­kol­wiek śmier­tel­nik.

- Opo­wie­ści - powie­dzia­łam sła­bym gło­sem, zabie­ra­jąc rękę. - Znam opo­wie­ści. Wen­dell rzu­cił mi dziwne spoj­rze­nie.

- A czy kie­dy­kol­wiek potrze­bo­wa­łaś cze­goś wię­cej? Czy nie wstrzą­snę­łaś kró­le­stwem do fun­da­men­tów, nie zna­la­złaś drzwi do odle­głej kra­iny, nie oba­li­łaś kró­lo­wej? Wystar­czy dać ci odpo­wiedni pod­ręcz­nik, a jesteś zdolna do wszyst­kiego.

Chyba nie muszę pisać, jak mało pocie­sza­jąca była dla mnie jego abso­lutna wiara we mnie. Zawsze wie­dzia­łam, że Wen­dell zmar­no­wał więk­szą część swo­jej mło­do­ści, ale zakła­da­łam, że cze­goś się nauczył o swoim dwo­rze, o spra­wo­wa­niu wła­dzy. Teraz zro­zu­mia­łam prawdę: o rzą­dze­niu nie wie­dział nic, lecz w przeded­niu obję­cia tronu nie uzna­wał tego faktu za istotny, jeśli w ogóle go dostrze­gał. Nic dziw­nego, że nie­któ­rzy dria­do­lo­dzy wszyst­kie faerie uwa­żają za sza­lone.

- Jestem uczoną - powie­dzia­łam. - Obser­wuję. Reje­struję. Nikt ni­gdy nie uzna mnie za kró­lową.

- Nie? - Wen­dell ponow­nie otwo­rzył książkę. - Głupcy. Przy­pusz­czam, że mógł­bym po pro­stu zasto­so­wać metody mojego ojca i wysłać Raz­kar­dena, żeby wydzio­bał oczy i wnętrz­no­ści moim wro­gom.

Nie potra­fi­łam stwier­dzić, czy żar­tuje, co ode­brało mi chęć do kon­ty­nu­owa­nia dys­ku­sji. I na tym mniej wię­cej skoń­czyła się nasza roz­mowa.

* * *

Nie prze­sta­łam jed­nak o tym wszyst­kim myśleć.

Myśla­łam, kiedy szli­śmy, a ciężka torba obi­jała się o moje plecy. Spa­ko­wa­łam do niej cztery książki - dwie z nich ukra­dłam z działu zbio­rów spe­cjal­nych biblio­teki dria­do­lo­gicz­nej w Cam­bridge2, z któ­rego to powodu gry­zie mnie sumie­nie, ale nie wiem, co innego mia­ła­bym zro­bić; nie można przej­mo­wać się biblio­tecz­nymi regu­la­mi­nami w świe­cie, w któ­rym czas pły­nie według wła­snej woli - a wszyst­kie doty­czą poli­tyki dwo­rów faerie, o któ­rych nie­wiele wia­domo. Choć przez długi czas zakła­dano, że tam­tejsi władcy rzą­dzą głów­nie dzięki sile, a szlachta jest bar­dziej bie­gła w cza­ro­wa­niu niż reszta dwor­skich wró­żek, ostat­nie bada­nia naukowe pod­wa­żyły prze­ko­na­nie, że monar­cho­wie faerie są nie­udolni, jeśli cho­dzi o stra­te­gię lub inne kon­wen­cjo­nalne umie­jęt­no­ści przy­wód­cze3. I rze­czy­wi­ście wstą­pie­nie na tron maco­chy Wen­della, pół­krwi oiche sidhe, sta­nowi kolejny dowód na popar­cie tej tezy.

Nie mówi­łam Wen­del­lowi o moim nowym pro­jek­cie, bo jest on na razie tylko na wpół ufor­mo­wa­nym pomy­słem, ale zaczę­łam robić notatki na temat przy­wódz­twa w świe­cie wró­żek. Jest rze­czą oczy­wi­stą, że żaden dria­do­log przede mną nie obser­wo­wał rzą­dów faerie z per­spek­tywy samego tronu, więc nikt nie zna­lazł się w lep­szej sytu­acji niż ja, żeby napi­sać książkę o elfic­kiej poli­tyce.

Samo roz­my­śla­nie o niej wywo­łuje u mnie dreszcz ocze­ki­wa­nia. Jeśli maco­cha Wen­della każe nas zabić, nim będę miała szansę wziąć udział w nauko­wej deba­cie, bar­dzo się roz­cza­ruję.

Idąc przez las, Wen­dell i ja sły­sze­li­śmy liczne szepty. Mia­łam wra­że­nie, że przy­gląda nam się wiele par oczu, ale żaden Ludek, ani dwor­ski, ani pospo­lity, nie odwa­żył się nas powi­tać.

- Gdy­by­śmy tylko mogli zdo­być jakieś wia­do­mo­ści - powie­dzia­łam.

Fru­stru­jąca prawda jest taka, że nie wiemy pra­wie nic o tym, co nas czeka. Roz­ma­wia­łam z Poem, który oka­zał się wyjąt­kowo dobrym źró­dłem plo­tek ze względu na liczbę odwie­dza­ją­cych go gości z róż­nych krain, ale on wie­dział tylko to, że kró­le­stwo Wen­della pogrą­żyło się w cha­osie po tym, jak otru­łam jego kró­lową. Zda­niem Poego Wędrowny Ludek woli uni­kać kró­lestw pogrą­żo­nych w zamę­cie.

Wen­dell się rozej­rzał.

- Dla­czego nie zapy­tasz jej?

- Kogo?

Wen­dell wpa­try­wał się w jedną z gałęzi.

- Nie musisz się cho­wać. Nie zamie­rzam cię skrzyw­dzić.

Z lasu nie nade­szła żadna odpo­wiedź. Nie widać było nawet śladu ruchu. Wen­dell sap­nął z iry­ta­cją i zdjął z gałęzi faerie, któ­rej wcze­śniej nie zauwa­ży­łam. W płasz­czu utka­nym z mchu, sku­lona, z kap­tu­rem nacią­gnię­tym na twarz, wyglą­dała jak wygię­cie konaru, nie­istotna odmiana we wzo­rze lasu.

Skrzatka zapisz­czała ze stra­chu i ponow­nie znie­ru­cho­miała. Nie mogła mieć wię­cej niż trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów wyso­ko­ści; jej che­ru­bin­kowa twarz była w poło­wie pokryta mchem, a oczy miała czarne, co jest powszechne u tego typu istot.

- Wasza Wyso­kość! - zawo­łała skrzatka cien­kim gło­si­kiem. - Nie zauwa­ży­łam cię, panie! Wybacz mi!

Gdy tylko Wen­dell posta­wił ją na ziemi, padła na twarz u jego stóp i zaczęła beł­ko­tać coś, czego nie mogłam zro­zu­mieć; kolejne prze­pro­siny, jak sądzę, tyle że wciąż mówiła o mchu, o jego utka­niu czy napra­wie­niu w pre­zen­cie. Trudno było zro­zu­mieć jej papla­ninę.

- Wstań, pro­szę - rzekł Wen­dell. - W tej chwili nie jestem niczyją wyso­ko­ścią, więc nie musisz... och, jakie to nużące.

Iry­ta­cja w jego gło­sie chyba podzia­łała na zroz­pa­czoną skrzatkę bar­dziej niż słowa. Faerie pod­nio­sła się z ziemi, na­dal roz­dy­go­tana.

- Nie zamie­rzamy cię skrzyw­dzić - zapew­ni­łam ją, ale ona tylko spoj­rzała na mnie żało­snym wzro­kiem. Ogar­nęła mnie litość.

Wen­dell przed nią ukuc­nął i roz­ka­zał:

- A teraz im szyb­ciej odpo­wiesz na moje pyta­nie, tym szyb­ciej wró­cisz do swo­jej kry­jówki z mchu. Co się stało z moim kró­le­stwem?

Skrzatka znów zaczęła paplać, łącząc swoją prze­mowę z wyszu­kaną gesty­ku­la­cją i zała­my­wa­niem rąk. Teraz rów­nież, mimo bie­głej zna­jo­mo­ści faie, nie­wiele rozu­mia­łam z tego, co mówiła. Posłu­gi­wała się dia­lek­tem, który miał wiele irlandz­kich nale­cia­ło­ści. Po chwili słu­cha­nia Wen­dell uniósł rękę i się wypro­sto­wał.

- Nic szcze­gól­nie uży­tecz­nego - powie­dział do mnie. - Malu­chy ostat­nio mocno ucier­piały z powodu Ludku szar­żu­ją­cego na swo­ich ruma­kach i dep­czą­cego ich nory. Toczono bitwy z uży­ciem magii, przez co skrzaty wpa­dły w panikę. Nie­które ucie­kły w góry, cał­ko­wi­cie porzu­ca­jąc swoje domo­stwa. - Wyglą­dał na auten­tycz­nie zmar­twio­nego. - Nie mają poję­cia, co się dzieje ani kto jest w to wszystko zamie­szany, wie­dzą tylko, że ich życie stało się bar­dzo nie­przy­jemne. Co za bała­gan! - Prze­cze­sał dło­nią włosy. - Zaczęło się od mojej maco­chy, od jej decy­zji, żeby powięk­szyć kró­le­stwo, pod­bi­ja­jąc sąsied­nie, co, jak się wydaje, nie zostało doce­nione przez ich miesz­kań­ców, któ­rzy teraz regu­lar­nie wysy­łają oddziały sztur­mowe, żeby nas nękać. Od czasu two­jej wizyty sytu­acja stała się jesz­cze bar­dziej nie­sta­bilna.

- Czy kró­lowa żyje? - zwró­ci­łam się do skrzatki.

Jesz­cze wię­cej gesty­ku­la­cji i nie­zro­zu­mia­łego dia­lektu. Tym razem nawet Wen­dell wyglą­dał na zdez­o­rien­to­wa­nego.

- Tak? - upew­nił się, po czym zwró­cił się do mnie: - Ona twier­dzi, że moja maco­cha ucie­kła. Cho­ciaż użyła na to dziw­nego słowa. Takiego, które opi­suje, w jaki spo­sób opa­dły liść roz­kłada się w gle­bie i staje się czę­ścią leśnego pod­szy­cia.

Spoj­rze­li­śmy na sie­bie, a ja zoba­czy­łam, że w jed­nym się zga­dzamy. Działo się coś nie­do­brego.

- Coś jesz­cze? - spy­ta­łam.

- Nie­da­leko jest pole bitwy, a ona się zaofe­ro­wała, że je nam pokaże. Może tam dowiemy się cze­goś wię­cej.

- W porządku - powie­dzia­łam.

Ruszy­li­śmy za skrzatką, która wyglą­dała jak zie­lona falka sunąca przed nami leśną ścieżką.

30 grudnia

Cóż! Mam wiele do opo­wie­dze­nia od czasu, gdy ostatni raz otwie­ra­łam ten dzien­nik, ale zupeł­nie nie wiem, co o tym wszyst­kim sądzić. Ale to dla mnie nic nowego, odkąd zwią­za­łam się z Wen­del­lem.

Polem bitwy oka­zała się połać wrzo­so­wisk przy bagnie, zapewne będą­cym odnogą jeziora Muc­kle. Gdzie­nie­gdzie uno­siły się nad nim małe świa­tełka, pozo­sta­ło­ści po magii uży­tej w cza­sie bitwy, które bar­dzo przy­po­mi­nały błędne ogniki4. Tra­fi­li­śmy tam rów­nież na kilka nie­wy­tłu­ma­czal­nych rze­czy, z któ­rych naj­waż­niej­szą były poro­śnięte blusz­czem schody pro­wa­dzące doni­kąd, oraz coś, co mogę opi­sać jedy­nie jako gigan­tycz­nego lisa, zamro­żo­nego w poło­wie pro­cesu trans­for­ma­cji w drzewo. Dąb został ide­al­nie roz­cięty na dwie czę­ści, z wąskim, rów­nym przej­ściem mię­dzy nimi, ale to nie­stety go nie zabiło. Od czasu do czasu spod ziemi dobie­gał dźwięk podobny do wycia. Ogól­nie rzecz bio­rąc, czu­łam ulgę, że nie byłam świad­kiem zaklęć rzu­ca­nych w fer­wo­rze walki.

Nie zoba­czy­li­śmy żad­nych ciał, ani mar­twych, ani ran­nych. Poru­szał się tylko wiatr, lekko muska­jący papro­cie rosnące na skraju lasu. Jest wiele teo­rii pró­bu­ją­cych wyja­śnić, co dzieje się z cia­łami Ludku po śmierci. Uczeni zaj­mu­jący się tą kwe­stią odkryli szczątki kilku gatun­ków pospo­li­tych fae - nie­które z nich znaj­dują się w Muzeum Dria­do­lo­gii i Etno­folk­loru w Cam­bridge - ale nie dwor­skich. Domi­nuje pogląd, że w przy­padku więk­szo­ści dwor­skich wró­żek docho­dzi do pew­nego rodzaju zani­ka­nia wraz z upły­wem czasu. Legendy nie dają jed­no­znacz­nej odpo­wie­dzi, a ja, praw­do­po­dob­nie z powo­dów wyni­ka­ją­cych z moich sła­bo­ści, wzdra­gam się przed zada­niem tego pyta­nia Wen­del­lowi.

- Naj­gor­sze walki toczyły się za tam­tym wznie­sie­niem - zawy­ro­ko­wał Wen­dell.

- Idź sam - powie­dzia­łam, patrząc na Cie­nia, który pił wodę z potoku. Przez ostat­nią godzinę wlókł się za nami, przez co musie­li­śmy zwol­nić tempo. - Ja z nim zostanę. Chyba przyda mu się odpo­czy­nek.

- Bie­dac­two. - Wen­dell potar­mo­sił uszy Cie­nia. - Kiedy odzy­skam tron, przy­dzielę mu całą armię sług. Przy­go­tują dla niego aksa­mitne lego­wi­ska w każ­dym pokoju, przy każ­dym będzie pło­nął ogień, a kości moich wro­gów będę dawał mu do zabawy.

- Zaczęło się dobrze, ale zakoń­cze­nie mi się nie podo­bało - stwier­dzi­łam.

Oczy­wi­ście Wen­dell tylko się zaśmiał i ruszył na wzgó­rze. Doświad­cza­łam aku­rat jed­nej z tych chwil egzy­sten­cjal­nej paniki, kiedy kwe­stio­nuję wszystko, co dopro­wa­dziło mnie do tego punktu, zanim, jak to mam w zwy­czaju, prze­pę­dzę to myślami o bar­dziej prak­tycz­nym cha­rak­te­rze. Jeśli pew­nego dnia zacznę wrzesz­czeć bez opa­mię­ta­nia i pobie­gnę do lasu, rwąc sobie włosy z głowy, to kto oprócz Wen­della będzie winny?

Się­gnę­łam po maść, któ­rej ostat­nio uży­wam na artre­tyzm Cie­nia, i wsma­ro­wa­łam ją w jego kostki. On z zado­wo­le­niem uło­żył się na boku i zamknął oczy, roz­ko­szu­jąc się cie­płem słońca, ale to mnie nie uspo­ko­iło. Jest już za stary na takie dłu­gie wędrówki i woli spę­dzać więk­szość dnia, drze­miąc przy ogniu.

- Wszystko w porządku, kocha­nie? - spy­ta­łam cicho, głasz­cząc go po szyi.

Cień zaszcze­kał basowo i ude­rzył ogo­nem o trawę.

Nasza mała armia nie dołą­czyła do mnie na pola­nie, tylko przy­cza­iła się w cie­niu lasu - nie jestem pewna, czy to było lep­sze dla moich ner­wów, ale przy­naj­mniej nie musia­łam na nich patrzeć. Oczy­wi­ście pomi­ja­jąc Pier­wiosnka, który wsko­czył mi na kolana i spoj­rzał na mnie wycze­ku­jąco. Ostroż­nie podra­pa­łam go za uszami, co było przy­jem­nym doświad­cze­niem dla niego, ale dla mnie nie­zbyt, zwa­żyw­szy na to, że lisi faerie zwy­kle nudzi się bez ostrze­że­nia i wtedy z war­cze­niem rzuca się na moje palce.

- Znam naj­lep­szą drogę do zamku - oświad­czył Pier­wio­snek, macha­jąc ogo­nem. - Byłoby szyb­ciej, gdy­by­śmy poszli moją drogą. - W takim razie powiedz to Jego Kró­lew­skiej Wyso­ko­ści. - Oczy­wi­ście wie­dzia­łam, że on tylko się prze­chwa­lał i ni­gdy by tego nie zro­bił. - Twoja sierść jest dziś cudow­nie lśniąca - pochwa­li­łam go, żeby unik­nąć kolej­nych narze­kań.

Faerie oczy­wi­ście zesko­czył na zie­mię i zaczął dum­nie para­do­wać przede mną w pro­mie­niach słońca.

Spę­dzi­łam miłe pół godziny, koń­cząc wpis w dzien­niku. Wła­śnie otwie­ra­łam ple­cak, żeby scho­wać notat­nik, gdy na polanę wkro­czył lord Taran.

- Tu jesteś - rzu­cił lek­ce­wa­żąco, jak­bym na chwilę opu­ściła popo­łu­dniową her­batkę.

Ze zdu­szo­nym okrzy­kiem pode­rwa­łam się na równe nogi, dzien­nik i pióro spa­dły na trawę. Taran zatrzy­mał się i popa­trzył na mnie chłod­nym, spo­koj­nym wzro­kiem. Ciemne ostrze jego masyw­nego mie­cza było wil­gotne, srebrną tunikę pokry­wały plamy, bladą twarz krwawe roz­bry­zgi. Naj­wy­raź­niej ode­grał zna­czącą rolę w bitwie sto­czo­nej w zagaj­niku. Mnie z kolei daleko było do spo­koju. Lord Taran nie dorów­ny­wał wzro­stem innym dwor­skim fae, zwy­kle sporo wyż­szym od śmier­tel­ni­ków, ale sam cię­żar jego obec­no­ści spra­wiał, że nie mogłam odwró­cić od niego wzroku, choć bar­dzo chcia­łam. Kiedy mru­ga­łam, widzia­łam spod powiek istotę z gałęzi, okrytą lśnią­cym mchem niczym podartą szatą. Ostat­nim razem przy­po­mi­nał mi Ukry­tego Króla, ale pod­czas gdy w oczach tam­tego widzia­łam nie­bo­tyczne lodowce i śnieżne pust­ko­wia, w źre­ni­cach Tarana napo­tka­łam tylko ciem­ność, nie­prze­nik­nioną jak w sercu pra­sta­rego lasu.

- Prze­pra­szam, milor­dzie - bąk­nę­łam, dyga­jąc pośpiesz­nie. - Nie spo­dzie­wa­łam się, że zaszczy­cisz mnie swoją...

- Nie­ważne - prze­rwał mi Taran, odgar­nia­jąc z czoła ciemne włosy. - Tym razem nasz drogi książę nie raczył pani towa­rzy­szyć? A może przy­szła tu pani, żeby pozbyć się kolej­nego kota? Cho­ciaż on miał tylko jed­nego.

Roz­ba­wie­nie w jego oczach wcale nie było przy­ja­zne. Wyczu­wa­łam fun­da­men­talne okru­cień­stwo w spo­so­bie, w jaki mi się przy­glą­dał, tem­pe­ro­wane przez coś, czego nie rozu­mia­łam. Nie wie­dzia­łam, jaka odpo­wiedź by go zado­wo­liła, więc posłu­cha­łam instynktu.

- Jeden kot mi wystar­czy, dzię­kuję. Tym razem przy­szłam po tron.

Gdy się uśmiech­nął, z ulgi zadrżały pode mną kolana.

- Naprawdę? A wła­ści­wie dla­czego nie? To kró­le­stwo było rzą­dzone przez miesz­kań­ców i gospo­sie. Kró­lowa śmier­tel­niczka bar­dziej nas nie poniży.

W ten spo­sób zna­la­złam się na solid­nym grun­cie. A w każ­dym razie na pew­niej­szym, bo kim­kol­wiek był ten osob­nik, oka­zał się rów­nie sno­bi­styczny jak więk­szość dwor­skich elfów.

- Dla­czego sam nie przej­miesz tronu, milor­dzie, skoro tak bar­dzo prze­szka­dza ci rodo­wód tych, któ­rzy poprzed­nio na nim zasia­dali? - spy­ta­łam, pozwa­la­jąc sobie na bez­czel­ność, bo wie­dzia­łam, że wiele dwor­skich faerie podzi­wia zuchwa­łość śmier­tel­ni­ków.

Taran prych­nął.

- Dla­tego, że cenię swój kark. Utrzy­ma­łem go w nie­na­ru­szo­nym sta­nie przez wiele stu­leci, a zatem o wiele dłu­żej niż ci, któ­rzy pra­gną wła­dzy w tej prze­klę­tej wil­czej jamie, czyli na naszym dwo­rze.

Jego słowa tak mnie zasko­czyły, że na chwilę umil­kłam.

- Mądrze z pań­skiej strony - stwier­dzi­łam w końcu.

Na jego twarz powró­cił wyraz zło­śli­wego roz­ba­wie­nia.

- Dzię­kuję. Nie potra­fię wyra­zić, jak bar­dzo cenię sobie opi­nie śmier­tel­ni­ków, zwłasz­cza mło­dych dziew­czyn, które przy­pad­kiem tra­fiają do groź­nych krain faerie.

- Nie musi pan być nie­uprzejmy - powie­dzia­łam z roz­draż­nie­niem. - A dla pań­skiej infor­ma­cji, mam trzy­dzie­ści jeden lat.

Czu­łam się teraz znacz­nie spo­koj­niej­sza, bo wyda­wało mi się mało praw­do­po­dobne, żeby Taran chciał mnie skrzyw­dzić. Nie z powodu zasad moral­nych, ale dla­tego, że naj­wy­raź­niej zapew­nia­łam mu roz­rywkę, i to powstrzy­mało jego rękę.

- Bywamy mądrzy, pro­fe­sor Wilde - oświad­czył. - Przy­naj­mniej nie­któ­rzy z nas. Gdzie jest książę Liath?

Nie wiem, jak udało mi się zacho­wać opa­no­wa­nie. Oczy­wi­ście wie­dzia­łam, że Wen­dell ma inne imię, ale ni­gdy nie chcia­łam go poznać. Chyba po czę­ści dla­tego, że wola­łam myśleć o nim jako o Wen­dellu. Od niego usły­sza­łam rów­nież, że Ludek rzadko używa nawet skró­co­nej formy swo­ich praw­dzi­wych imion, choć one nie mają magicz­nego zna­cze­nia5. Z męt­nych wyja­śnień Wen­della wywnio­sko­wa­łam, że jest to postrze­gane jako nie­grzeczne, podob­nie jak u śmier­tel­ni­ków poufałe zwra­ca­nie się do kogoś, kogo zbyt dobrze się nie zna. Faerie wolą okre­śle­nia: "wujku", "tka­czu", "pani" i tak dalej. Jest to fascy­nu­jący przy­kład ety­kiety faerie, bez wąt­pie­nia wyni­ka­jący z ich nie­chęci do zdra­dza­nia praw­dzi­wych imion. Przy­cho­dzą mi do głowy co naj­mniej cztery moż­liwe podej­ścia do tej kwe­stii, któ­rej mogła­bym poświę­cić arty­kuł naukowy.

- Gdy­bym wie­działa, gdzie on jest, już bym panu powie­działa - zapew­ni­łam po krót­kim waha­niu. - Nie prze­szko­dzi­łaby mi w tym chęć roz­mowy z potęż­nym elfem uma­za­nym krwią.

- Pojawi się, kiedy go pani zawoła - rzu­cił Taran nie­mal łagod­nym tonem.

Przyj­rza­łam mu się uważ­nie, choć nie wiem, czego wła­ści­wie się spo­dzie­wa­łam. Rów­nie dobrze mogła­bym pró­bo­wać przej­rzeć motywy boga.

Nabra­łam powie­trza i krzyk­nę­łam:

- Wen­dellu!

Przez chwilę czu­łam się głu­pio. Przez bar­dzo krótką chwilę, bo nim zdą­ży­łam ponow­nie zaczerp­nąć tchu, Wen­dell wyszedł z drzewa.

Chcia­ła­bym móc powie­dzieć, że już się do takich rze­czy przy­zwy­cza­iłam, ale w rze­czywistości musia­łam jak zwy­kle stłu­mić dzie­cinny okrzyk prze­stra­chu. Coś w spo­so­bie, w jaki Wen­dell nagle się poja­wia, jest głę­boko nie­po­ko­jące. Może gdyby zapo­wia­dał go kłąb dymu, drże­nie ziemi albo coś, co wska­zy­wa­łoby na dzia­ła­nie magii, nie byłoby tak źle, ale on po pro­stu wycho­dził z pni jak przez zwy­kłe drzwi.

Prze­niósł wzrok ze mnie na Tarana, oka­zu­jąc cał­ko­wity brak zasko­cze­nia, ale za to mnó­stwo wro­go­ści. W ręce trzy­mał miecz, który, jak przy­pusz­cza­łam, zdo­był na polu bitwy.

- Co robisz, wujku?

- Roz­ma­wiam, mój drogi - odparł lord Taran. - A na co to wygląda?

- Wygląda na to, że gro­zisz bro­nią mojej oblu­bie­nicy.

- Wen­dellu - ode­zwa­łam się nagle zanie­po­ko­jona, bo dostrze­głam, że jego twarz zaczyna przy­bie­rać dobrze mi znany wyraz zło­wro­giego spo­koju. Zde­cy­do­wa­nie uwa­ża­łam, że jeśli nie ma takiej potrzeby, lepiej nie robić sobie wroga z lorda Tarana ani z jego przy­ja­ciół, któ­rzy raczej nie byliby zado­wo­leni, gdyby Wen­dell wpadł w furię i ściął mu głowę.

Tym­cza­sem lord Taran leni­wie postu­kał mie­czem o zie­mię i zmie­rzył Wen­della wzro­kiem.

- Ależ jesteś draż­liwy! - stwier­dził. - Naj­wy­raź­niej tem­pe­ra­ment two­jej babki prze­sko­czył o jedno poko­le­nie. Twój ojciec go nie odzie­dzi­czył, choć pod koniec był krwio­żer­czy. A twoja matka była bar­dziej skłonna do wyła­do­wy­wa­nia swo­ich fru­stra­cji na rze­czach do pra­nia, jak więk­szość jej gatunku. Lecz ty wolisz mie­cze od mio­teł, prawda? Jakież to kon­wen­cjo­nalne.

- Wen­dellu, on mi pomógł - wtrą­ci­łam pośpiesz­nie. - Pomógł nam. Poka­zał mi drogę do zamku. Wąt­pię, czy zdo­łał­bym cię uzdro­wić, gdyby nie on.

Wen­dell rzu­cił mi zdzi­wione spoj­rze­nie, jakby nie rozu­miał, dla­czego to mia­łoby być istotne.

- Zro­bi­łem to, prawda? - pod­chwy­cił Taran. - Choć to był raczej pomysł Cal­luma niż mój. Ni­gdy nie lubił mojej sio­stry, z powodu wojen, które ona tak lubi wsz­czy­nać. Wolałby widzieć na tro­nie cie­bie, książę, pomimo two­jego mło­dego wieku. Uważa, że powrót do spo­sobu myśle­nia poprzed­niego władcy zapew­niłby kró­le­stwu więk­szą sta­bil­ność. - Roz­ło­żył ręce. - Wolę trzy­mać się z dala od poli­tyki, ale jako ktoś, kto zawsze cenił wła­sny kark, rozu­miem ten argu­ment, a poza tym zasad­ni­czo jestem skłonny dać Cal­lu­mowi wszystko, czego chce, nie­za­leż­nie od tego, czy widzę w tym sens. I pozo­staje jesz­cze drobna kwe­stia przy­sięgi zło­żo­nej two­jemu ojcu. - Skrzy­wił się wyraź­nie nie­szcze­rze. - Otóż stary król nie kochał swo­jego pier­wo­rod­nego, tylko two­jego naj­star­szego brata, który był pro­stacki i głupi, a poza tym cał­ko­wi­cie pozba­wiony zdol­no­ści magicz­nych. Dla­tego król kazał mi przy­siąc, że nie pozwolę wstą­pić na tron komuś, kto nie będzie sil­niej­szy od niego samego. Zapewne chciał, żebym zamor­do­wał jego pier­wo­rod­nego, bo wtedy suk­ce­sję prze­ję­łaby twoja naj­star­sza sio­stra. Bez wąt­pie­nia był zasko­czony, gdy sta­ną­łem z boku i pozwo­li­łem mojej sio­strze zabój­stwami uto­ro­wać sobie drogę do tronu. Ale prze­cież ja tylko dotrzy­ma­łem przy­sięgi, skoro ona na swój spo­sób udo­wod­niła, że jest sil­niej­sza od wła­snego męża, prawda?

Taran wes­tchnął, a ja znowu odnio­słam wra­że­nie, że dobrze się bawi, że za jego smut­nymi gestami i minami czai się okrutne roz­ba­wie­nie.

- I tak oto dotar­li­śmy do sedna sprawy, książę. Otóż nie mogę pozwo­lić ci odejść, dopóki nie udo­wod­nisz, że jesteś sil­niej­szy niż twój ojciec. Gdy­byś wró­cił do zamku i odzy­skał tron, zła­mał­bym przy­sięgę.

Wen­dell nie wyglą­dał na zasko­czo­nego tą dziwną prze­mową. Stał z lekko prze­chy­loną głową, pogrą­żony w myślach. W pew­nym momen­cie spoj­rzał na mnie wzro­kiem, któ­rego nie zro­zu­mia­łam. Teraz wiem, że nie patrzył na mnie, lecz na mój płaszcz.

- Powin­ni­śmy... - zaczę­łam. Sama nie wiem, co chcia­łam powie­dzieć. Mia­łam na myśli jakąś kon­kretną radę czy po pro­stu gra­łam na zwłokę, żeby zyskać czas na wymy­śle­nie, jak zara­dzić temu nowemu nie­bez­pie­czeń­stwu?

Nie miało to zna­cze­nia, bo lord Taran w jed­nej chwili prze­szedł od swo­bod­nego opie­ra­nia się na mie­czu do wymie­rze­nia go w pierś sio­strzeńca.

Wen­dell zaklął i usko­czył w bok. Nawet ja zaczę­łam się cofać, bo choć ostrze nie gro­ziło bez­po­śred­nio mnie, szyb­kość i gwał­tow­ność ruchów Tarana nie przy­po­mi­nały niczego, co do tej pory widzia­łam.

Wen­dell wylą­do­wał w zie­lo­nej gęstwi­nie paproci i znik­nął w nich jak w głę­bo­kim base­nie, a uła­mek sekundy póź­niej miecz ściął im głowy.

- Twój ojciec nie mógł mnie poko­nać. - Taran obró­cił się, prze­szu­ku­jąc wzro­kiem polanę. - Był naj­lep­szym szer­mie­rzem, z jakim kie­dy­kol­wiek wal­czy­łem, ale na koniec to zawsze ja trium­fo­wa­łem. Dla­tego po pro­stu choć raz mnie roz­brój, książę, a uznam sprawę za zała­twioną. Udo­wod­nisz, że jesteś sil­niej­szy niż twój ojciec.

- To nie­do­rzeczne! - zawo­ła­łam. Sto­jący u mojego boku Cień war­czał głu­cho, pod­czas gdy ja roz­glą­da­łam się za Wen­del­lem. - Z pew­no­ścią możemy wyne­go­cjo­wać jakieś wyj­ście z tej sytu­acji.

- Oba­wiam się, że nie. - Wen­dell wyszedł z drzewa po dru­giej stro­nie stru­mie­nia. Mie­rzył swo­jego wuja czuj­nym wzro­kiem, co mnie zanie­po­ko­iło, bo Wen­dell z mie­czem w dłoni to zwy­kle uoso­bie­nie pew­no­ści sie­bie. - Jeśli zła­mie przy­sięgę, jego życie będzie skoń­czone.

Lord Taran poki­wał głową.

- Jak już mówi­łem, cenię swój kark.

- Och, na litość... - zaczę­łam, ale głos mi się zała­mał, bo nie mogłam uwie­rzyć, że wszystko może się skoń­czyć tu i teraz. Z pew­no­ścią ist­niało jakieś inne wyj­ście...

Taran zaata­ko­wał, ale tym razem Wen­dell był gotowy. Gdy ich mie­cze się starły i słońce odbiło się od kling, polanę wypeł­niła ulewa srebr­nego, ośle­pia­ją­cego bla­sku. Przed oczami latały mi mroczki, ale zmu­si­łam się do patrze­nia, choć na nie­wiele się to zdało. Ci dwaj poru­szali się tak szybko, że w ogóle nie mogłam nadą­żyć za nimi wzro­kiem. Zupeł­nie jak­bym pró­bo­wała nakre­ślić mapę dia­men­to­wych roz­bły­sków świa­tła sło­necz­nego na falu­ją­cym morzu. Kiedy od sie­bie odsko­czyli, Wen­dell nagle zna­lazł się po dru­giej stro­nie potoku.

- Jesteś... - lord Taran umilkł. Nie wyglą­dał na zasko­czo­nego - nie byłam pewna, czy on w ogóle jest zdolny do jakich­kol­wiek emo­cji - ale w jego spoj­rze­niu poja­wiło się zain­te­re­so­wa­nie. - To jak ponowna walka z twoim ojcem.

- Jesz­cze nikt nie poko­nał mnie na mie­cze - powie­dział Wen­dell, jakby od nie­chce­nia.

- Mnie rów­nież. Przy­pusz­czam, że dla­tego twój dzia­dek, stary król, mia­no­wał mnie gene­ra­łem. A przed nim jego matka. Twój ojciec też pró­bo­wał, ale wtedy ja już skoń­czy­łem z wojo­wa­niem.

Nie mówił teraz ani zło­śli­wie, ani z roz­ba­wie­niem, tylko z ogrom­nym spo­ko­jem, a mnie wyda­wało się przez chwilę, że sły­szę eony pobrzmie­wa­jące w jego gło­sie. Wen­dell nie jest pewny, jak długo trwało pano­wa­nie jego ojca wedle ludz­kich miar, lecz to były wieki, nie lata. A lord Taran prze­żył wcze­śniej rządy co naj­mniej dwóch monar­chów.

- Wen­dellu... - spró­bo­wa­łam jesz­cze raz, ale w moim sercu zago­ścił strach.

I tym razem lord Taran nie pozwo­lił mi skoń­czyć. Prze­biegł na drugi brzeg potoku i ruszył na prze­ciw­nika, jesz­cze zanim ucichł plusk wody. Wen­dell paro­wał ciosy i robił uniki z wyjąt­kową gra­cją, ale prze­gry­wał potyczkę. W pew­nym momen­cie się potknął, a Taran natych­miast pró­bo­wał to wyko­rzy­stać, ale rap­tem Wen­dell prze­bił się przez jego gardę i ciął go w bok.

Taran zato­czył się do tyłu i roze­śmiał, przy­ci­ska­jąc dłoń do żeber. Kiedy ją stam­tąd zabrał, ręka była czer­wona.

- Rze­czy­wi­ście, nie­odrodny syn swo­jego ojca - sko­men­to­wał i po raz pierw­szy w jego gło­sie zabrzmiało cie­pło.

Wen­dell oddy­chał szybko, włosy miał w nie­ła­dzie. Już wcze­śniej widzia­łam go, jak wal­czy, ale jesz­cze ni­gdy nie wyglą­dał tak jak teraz. Na zewnątrz wciąż wyda­wał się sobą, ale jed­no­cze­śnie spra­wiał wra­że­nie, jakby zrzu­cił z sie­bie część ludz­kiej fasady. Szcze­rze mówiąc, było to dla mnie prze­ra­ża­jące. W pew­nym momen­cie zwie­rzęca część mojej natury stra­ciła zain­te­re­so­wa­nie tym, kto wygra, i po pro­stu chciała się zna­leźć jak naj­da­lej od tych nie­ziem­skich okrop­no­ści.

Lecz to jesz­cze nie był koniec. Wen­dell wyraź­nie potrze­bo­wał chwili odpo­czynku, ale lord Taran mu jej nie dał.

Zaata­ko­wał go z taką siłą, że ostrza omal się nie roz­trza­skały. Wen­dell z tru­dem odpa­ro­wał cios i wsko­czył do drzewa znaj­du­ją­cego się tuż za nim. Lord Taran uniósł miecz...

I prze­ciął pień.

Zro­bił to bły­ska­wicz­nie i jakby od nie­chce­nia. W jed­nej chwili drzewo było całe, w następ­nej zaczęło chy­lić się do przodu. Lord Taran odsu­nął się od niego nie­śpiesz­nie i powiódł wzro­kiem po zagaj­niku, a tym­cza­sem drzewo prze­wró­ciło się za nim z gło­śnym trza­skiem. Spo­mię­dzy gałęzi wysko­czyło kilka wró­żek wiel­ko­ści mojej dłoni, zawo­dząc i cią­gnąc za sobą torby z ubra­niami oraz coś, co wyglą­dało jak malut­kie bębny.

Po lewej stro­nie Tarana nagle wyrósł Wen­dell, zamach­nął się ostrzem i zepchnął prze­ciw­nika w stronę rzeczki. Stało się to wszystko w mgnie­niu oka, a ja odnio­słam straszne wra­że­nie, że cha­rak­ter walki nagle się zmie­nił, że lord Taran obu­dził coś w Wen­dellu - teraz tylko cze­kał na odpo­wied­nią chwilę, żeby to wyko­rzy­stać, i prze­dłu­żał poje­dy­nek dla samego poje­dynku. Moje przy­pusz­cze­nia oka­zały się słuszne chwilę póź­niej, gdy Taran przedarł się przez obronę Wen­della i choć jedy­nie zaha­czył klingą o brzeg jego płasz­cza, tym razem mój narze­czony naprawdę stra­cił rów­no­wagę i nagle miecz Tarana zawisł nad jego głową.

Krzyk­nę­łam. Ale nim broń zdą­żyła opaść, z zagłę­bie­nia w ziemi wysko­czyło coś czar­nego. Orga. Owi­nęła się wokół stóp Tarana, a on się zachwiał, tak że miecz nie­szko­dli­wie świ­snął tuż obok ramie­nia Wen­della.

- Co to ma zna­czyć? - wark­nął Taran. A potem, ku mojemu zdu­mie­niu, dodał czu­łym tonem: - Zdrada? Kar­mi­łem ją pod­czas two­jej nie­obec­no­ści, książę. Zawsze lubi­łem koty. Wygląda jed­nak na to, że twoja pupilka zmie­niła o mnie zda­nie.

- Orga lubi moich wro­gów jesz­cze mniej niż ja - wysa­pał Wen­dell. - Po tym wszyst­kim możesz się spo­dzie­wać, że resztę swo­ich dni spę­dzi na pla­no­wa­niu two­jej śmierci.

Lord Taran nie potrak­to­wał jego słów tak lekko, jak się spo­dzie­wa­łam. W rze­czy­wi­sto­ści wyglą­dał na zanie­po­ko­jo­nego. W końcu jed­nak pokrę­cił głową.

- Trudno - powie­dział i ich mie­cze znów skrzy­żo­wały się ze szczę­kiem.

Przez krótką chwilę myśla­łam, że Wen­dell odzy­skał siły, bo paro­wał ciosy z typową dla sie­bie zwin­no­ścią, ale rap­tem przez polanę prze­mknął srebrny błysk, a ja zda­łam sobie sprawę, że to jego miecz wiru­jący w pro­mie­niach słońca.

Wen­dell zato­czył się do tyłu. Na twa­rzy lorda Tarana przez krótką chwilę malo­wało się roz­cza­ro­wa­nie, ale szybko zastą­piło je coś pra­sta­rego i nie­od­gad­nio­nego, a on ponow­nie uniósł broń...

Puści­łam się przed sie­bie bie­giem, krzy­cząc Bóg wie co - chyba coś o przy­się­gach, bo przez cały poje­dy­nek usil­nie szu­ka­łam wyj­ścia z tej sytu­acji. Wpa­dłam na trzy lub cztery roz­wią­za­nia, z któ­rych naj­bar­dziej prze­ko­nu­jące miało zwią­zek z irlandzką opo­wie­ścią, w któ­rej pewien wiej­ski pie­karz, w zamian za to, że jego chleb zawsze będzie świeży, składa władcy faerie nie­roz­ważną przy­sięgę wier­no­ści6.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Nie­stety, mój arty­kuł na ten temat wysłany do "Bri­tish Jour­nal of Dry­ado­logy" na­dal jest pod­da­wany pro­ce­sowi śle­pej recen­zji. Wygląda na to, że inni uczeni nie są jesz­cze gotowi zaak­cep­to­wać ist­nie­nia drzwi faerie, które łączą wiele miejsc, i moż­liwe, że będę musiała zebrać dodat­kowe dowody, żeby odrzu­cić wąt­pli­wo­ści scep­ty­ków albo prze­ko­nać ich, by sami wyru­szyli do Austrii i zwe­ry­fi­ko­wali moje odkry­cia. [wróć]

2. The Irish Monarchs: Tales of Fay­erie Kings and Queens from the Pre-Chri­stian to the Modern Era, autor­stwa Johna Mur­phy'ego, 1772; oraz The Mir­ror King: A Spe­cu­la­tive Bio­gra­phy of Sco­tland's Oldest Faerie Lord, autor­stwa Douglasa Tre­le­avena, 1810. [wróć]

3. Weźmy jako przy­kład nie­dawny arty­kuł Anny Queiroz o dwóch kró­le­stwach faerie na Made­rze. Jedno z nich od dawna jest przed­sta­wiane w lokal­nym folk­lo­rze jako szara, nie­przy­jemna kra­ina rzą­dzona przez dra­pież­nego władcę, pod­czas gdy druga - przez króla i kró­lową, któ­rzy mię­dzy innymi regu­lar­nie orga­ni­zują try­bu­nały w celu roz­strzy­ga­nia spo­rów i regu­lar­nie pory­wają śmier­tel­nych muzy­ków, żeby pisali pro­pa­gan­dowe bal­lady o ich kró­le­stwie, dużo więk­szym i sły­ną­cym z naj­bar­dziej fan­ta­stycz­nych hula­nek zna­nych uczo­nym, co na ogół jest wyznacz­ni­kiem dobrze pro­spe­ru­ją­cej kra­iny faerie. [wróć]

4. Chyba naj­czę­ściej źle iden­ty­fi­ko­wany gatu­nek faerie. Nawet doświad­czeni dria­do­lo­dzy są znani z tego, że myl­nie biorą zja­wi­ska natu­ralne, świe­tliki lub inne formy aktyw­no­ści wró­żek za wispy. Te nocne, wędrowne faerie, zamiesz­ku­jące stare lasy na całym świe­cie, mają zale­d­wie pięć cen­ty­me­trów wzro­stu, z czego więk­szość przy­pada na skrzy­dełka, jak te u ciem, co spra­wia, że ich ciałka wydają się jesz­cze mniej­sze. Kie­dyś uwa­żano, że są to prze­jawy bio­lu­mi­ne­scen­cji, ale bada­nia tere­nowe prze­pro­wa­dzone przez Sofię Wagner w Bel­gii w latach 1822-24 wyka­zały, że w rze­czy­wi­sto­ści każdy wisp nosi szklaną lata­renkę\ \ z małym pło­mie­niem w środku, który według tej uczo­nej służy do komu­ni­ka­cji (teo­ria poparta przez Bren­dana O'Reagana, który w książce Fire­glass z 1906 r. pró­bo­wał roz­szy­fro­wać język tych magicz­nych lamp Aldisa). Wbrew powszech­nemu prze­ko­na­niu histo­rie o zbłą­ka­nych śmier­tel­ni­kach pro­wa­dzo­nych na manowce przez dry­fu­jące świa­tełka można przy­pi­sać boglom, a nie wispom, które są bar­dzo nie­śmiałe; gdy zauwa­żają, że są pod obser­wa­cją śmier­tel­nika, zwy­kle wyłą­czają lata­renki i zni­kają w naj­bliż­szej dziu­rze po sęku. [wróć]

5. Naj­słyn­niej­szą histo­rią, w któ­rej faerie zostaje poko­nana przez swoje wła­sne imię, jest oczy­wi­ście "Rum­pelsz­tyk", ale ist­nieje wiele innych, szcze­gól­nie "Old Ere­non­da­len" (Nor­we­gia) i "Lammy Boggs" (Wielka Bry­ta­nia). Ze względu na rzad­kie spo­tka­nia uczo­nych z dwor­skimi wróż­kami i nie­chęć tych ostat­nich do tak oso­bi­stych pytań nie­wiele\ \ wia­domo na temat rze­czy­wi­stej mocy imion i tego, czy ich zna­jo­mość byłaby rów­no­znaczna ze znie­wo­le­niem wła­ści­cieli. Nie­liczne pospo­lite wróżki zdra­dzały roz­mów­com tylko część imie­nia, cza­sem jego pierw­szą połowę, cza­sem drugą, albo, jak w przy­padku hen­kie Lewisa Har­tlanda, prze­zwi­sko z dzie­ciń­stwa Wat­tle. [wróć]

6. "The Lau­ghing Stove", którą można zna­leźć w Antho­logy of Irish Folk­lore from the Viking Era: A Cross-Cul­tu­ral Ana­ly­sis, J.P. Gil­lena, wyda­nie ósme z 1908 r. [wróć]