Emily Wilde. Encyklopedia wróżek i elfów - Heather Fawcett

Kup ebooka

44.00 zł
37.40 zł (33,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

20 października 1909

Hrafn­svik, Ljo­sland

Cień wcale nie jest ze mnie zado­wo­lony. Pod­czas gdy wiatr grze­cho­cze drzwiami, on z nie­ru­cho­mym ogo­nem leży przy kominku i łypie spod kudła­tej grzywki z oskar­ży­ciel­ską rezy­gna­cją typową dla psów. Zupeł­nie jakby mówił: "Ze wszyst­kich głu­pich przy­gód, w które mnie wcią­gnę­łaś, ta na pewno skoń­czy się dla nas śmier­cią". Oba­wiam się, że muszę przy­znać mu rację, choć ta świa­do­mość wcale nie stu­dzi mojego zapału do roz­po­czę­cia badań.

Zamie­rzam zdać tutaj uczciwą rela­cję z moich codzien­nych poczy­nań, słu­żą­cych opi­sa­niu tajem­ni­czego gatunku faerie zwa­nych Ukry­tymi. Ten dzien­nik ma dwa cele: wspo­móc moją pamięć, kiedy przyj­dzie czas na ofi­cjalną pre­zen­ta­cję wyni­ków badań tere­no­wych, i dostar­czyć mate­riał tym uczo­nym, któ­rzy przyjdą po mnie, jeśli zostanę schwy­tana przez Ludek. Verba volant, scripta manent. Podob­nie jak przy wcze­śniej­szych dzien­ni­kach będę zakła­dać, że czy­tel­nik posiadł pod­sta­wową wie­dzę w dzie­dzi­nie dria­do­lo­gii, ale na wszelki wypa­dek dołą­czę obja­śnie­nia pew­nych kwe­stii, które mogą nie być znane nowi­cju­szom.

Wcze­śniej nie mia­łam powodu, żeby odwie­dzić Ljo­sland, i skła­ma­ła­bym, mówiąc, że pierw­sze wra­że­nie tego ranka nie przy­ga­siło mojego entu­zja­zmu. Podróż z Lon­dynu zaj­muje pięć dni, a jedy­nym środ­kiem loko­mo­cji pozwa­la­ją­cym dotrzeć tak daleko na pół­noc jest kur­su­jący raz w tygo­dniu frach­to­wiec, który prze­wozi wielką róż­no­rod­ność towa­rów i dużo mniej­szą róż­no­rod­ność pasa­że­rów. Pły­nę­li­śmy sta­łym tem­pem, omi­ja­jąc góry lodowe, a ja spa­ce­ro­wa­łam po pokła­dzie, by trzy­mać na wodzy cho­robę mor­ską. Jako jedna z pierw­szych dostrze­głam ośnie­żone szczyty wyra­sta­jące z morza i nie­wielką wio­skę Hrafn­svik z domami o czer­wo­nych dachach, przy­cup­niętą u pod­nóża gór niczym Czer­wony Kap­tu­rek cho­wa­jący się przed wil­kiem.

Przy­bi­li­śmy ostroż­nie do pomo­stu, ale raz ude­rzy­li­śmy w niego mocno, bo szare fale były wzbu­rzone. Stary męż­czy­zna, non­sza­lancko trzy­ma­jący w zębach papie­rosa - to, że papie­ros na­dal pozo­sta­wał zapa­lony na tym wie­trze, było tak impo­nu­ją­cym wyczy­nem, że jesz­cze wiele godzin póź­niej pamię­ta­łam iskry jarzące się w sło­nej mgiełce - opu­ścił trap za pomocą kabe­stanu.

Oka­zało się, że tylko ja tutaj wysia­dam. Kapi­tan z łup­nię­ciem posta­wił mój kufer na oszro­nio­nym molo i posłał mi swój zwy­kły roz­ba­wiony uśmiech, jak­bym była żar­tem, który on nie cał­kiem rozu­miał. Wyglą­dało na to, że moi nie­liczni współ­pa­sa­że­ro­wie zmie­rzają do jedy­nego mia­sta na Ljo­sland - Loab?r, następ­nego portu, do któ­rego miał zawi­nąć sta­tek. Nie zamie­rza­łam odwie­dzać Loab?r, bo Ludku nie znaj­dzie się w mia­stach, tylko w odle­głych, zapo­mnia­nych zakąt­kach świata.

Zasko­czyło mnie, że z przy­stani widzę dom, który wyna­ję­łam. Far­mer, wła­ści­ciel ziemi, nie­jaki Kry­stjan Egil­son, opi­sał mi go w naszej kore­spon­den­cji: mały, kamienny, z dachem pokry­tym dar­nią w kolo­rze żywej zie­leni, usa­do­wiony tuż za wsią na zbo­czu góry przy lesie Karr?arskogur. W tej suro­wej kra­inie każdy szcze­gół - od sku­pi­ska kolo­ro­wych domów, poprzez roślin­ność wybrzeża, po lodowce na szczy­tach - był taki ostry i wyra­zi­sty, że chyba mogła­bym poli­czyć kruki w ich gór­skich gniaz­dach.

Mary­na­rze obcho­dzili Cie­nia sze­ro­kim łukiem, kiedy szli­śmy nabrze­żem. Stary dzi­karz jest ślepy na jedno oko i bra­kuje mu ener­gii na ćwi­cze­nia inne niż spo­kojny chód, nie mówiąc o rzu­ca­niu się do gar­deł źle wycho­wa­nych wil­ków mor­skich, ale jego wygląd potrafi zmy­lić. To potężne stwo­rze­nie, czarne jak smoła, o niedź­wie­dzich łapach i bar­dzo bia­łych zębach. Może postą­pi­ła­bym lepiej, zosta­wia­jąc go w Lon­dy­nie pod opieką mojego brata, ale nie znio­sła­bym roz­łąki, zwłasz­cza że Cień jest skłonny do ata­ków przy­gnę­bie­nia, kiedy mnie nie ma.

Udało mi się zawlec kufer do końca pomo­stu i dalej przez wio­skę. Po dro­dze widzia­łam nie­wiele osób. Więk­szość miesz­kań­ców zapewne była w polu albo na łodziach, ale ci nie­liczni gapili się na mnie w spo­sób, w jaki tylko wie­śniacy z krań­ców zna­nego świata potra­fią patrzeć na obcych. Nikt nie zaofe­ro­wał mi pomocy. Cień, drep­czący u mojego boku, spo­glą­dał na nich z umiar­ko­wa­nym zain­te­re­so­wa­niem, a oni dopiero wtedy odwra­cali wzrok.

Widy­wa­łam spo­łecz­no­ści dużo bar­dziej wiej­skie niż Hrafn­svik, ponie­waż w cza­sie swo­jej kariery zawo­do­wej dotar­łam do wielu wsi, dużych i małych, w całej Euro­pie i Rosji, na odlu­dzia piękne i szpetne. Jestem przy­zwy­cza­jona do skrom­nych kwa­ter i pro­stych ludzi - kie­dyś w Anda­lu­zji noco­wa­łam w szo­pie na sery - ale ni­gdy jesz­cze nie byłam tak daleko na pół­nocy. Wiatr sma­ko­wał śnie­giem, szar­pał moim sza­lem i płasz­czem. Wle­cze­nie kufra było cza­so­chłonne i męczące, ale ja chlu­bię się wytrwa­ło­ścią.

Wio­skę ota­czały głów­nie pola. Nie było tam schlud­nych sto­ków, do któ­rych byłam przy­zwy­cza­jona, lecz poroz­rzu­cane cha­otycz­nie wul­ka­niczne skały oble­czone w stroje z mchu. I jakby tego nie wystar­czało, żeby powo­do­wać dez­orien­ta­cję, morze wciąż posy­łało na brzeg fale mgły.

Gdy dotar­łam na skraj wsi, zna­la­złam małą ścieżkę pro­wa­dzącą do domu. Teren był tak stromy, że szlak skła­dał się z serii ostrych zakrę­tów. Sam domek stał w nie­wiel­kim zagłę­bie­niu gór­skiego zbo­cza, zale­d­wie dzie­sięć minut drogi od wio­ski, ale było to dzie­sięć minut wytę­żo­nego mar­szu pod górę. Zasa­pa­łam się, nim dotar­łam na miej­sce. Drzwi nie tylko były nie­za­mknięte na klucz, ale w ogóle nie miały zamka, a kiedy je pchnę­łam, zoba­czy­łam owcę.

Patrzyła na mnie przez chwilę, coś prze­żu­wa­jąc, po czym odda­liła się spa­cer­kiem do swo­ich towa­rzy­szy, kiedy uprzej­mie przy­trzy­ma­łam jej drzwi. Cień sap­nął, ale poza tym zacho­wał spo­kój. Pod­czas naszych wędró­wek po wiej­skich oko­li­cach Cam­bridge widy­wał mnó­stwo owiec i teraz patrzył na nie z dżen­tel­meń­ską obo­jęt­no­ścią sta­rze­ją­cego się psa.

Wyda­wało się, że w środku jest zim­niej niż na zewnątrz. Domek oka­zał się tak pro­sty, jak przy­pusz­cza­łam, ze ścia­nami z pokrze­pia­jąco solid­nego kamie­nia, prze­siąk­nięty wonią, jak sądzi­łam, nawozu, ale moż­liwe, że po pro­stu owiec. Zaku­rzony stół i krze­sła, mała kuchenka na tyłach, z ron­dlami wiszą­cymi na ścia­nie, bar­dzo zaku­rzona. Przy piecu na drewno stał pra­stary fotel pach­nący stę­chli­zną.

Drżąc z zimna mimo nie­daw­nego wle­cze­nia kufra po stoku, uświa­do­mi­łam sobie, że nie mam ani drewna, ani zapa­łek, żeby ogrzać to obskurne miej­sce, ale nawet gdy­bym je miała, chyba nie umia­ła­bym roz­pa­lić ognia. Ni­gdy wcze­śniej tego nie robi­łam. Nie­stety przy­pad­kiem spoj­rza­łam za okno i zoba­czy­łam, że zaczyna padać śnieg.

I wła­śnie wtedy, gdy patrzy­łam na zimne pale­ni­sko, głodna i zmar­z­nięta, zaczę­łam się zasta­na­wiać, czy tutaj umrę.

Żeby­ście nie uznali mnie za nowi­cjuszkę, jeśli cho­dzi o pracę w tere­nie, zapew­niam, że tak nie jest. Spę­dzi­łam wiele mie­sięcy w czę­ści Pro­wan­sji tak wiej­skiej, że jej miesz­kańcy ni­gdy nie widzieli apa­ratu foto­gra­ficz­nego. Bada­łam tam rzeczny gatu­nek Ludku, les lutins des rivi?res. Wcze­śniej był długi pobyt w lasach Ape­ni­nów z fate o jele­nich pyskach, a także pół roku w chor­wac­kiej dzi­czy w roli asy­stentki pro­fe­sora, który poświę­cił karierę ana­li­zie muzyki gór­skiego Ludku. Lecz wtedy za każ­dym razem wie­dzia­łam, co mnie czeka, a poza tym mia­łam do pomocy jed­nego lub dwóch stu­den­tów.

I nie było tam śniegu.

Ljo­sland jest naj­bar­dziej odizo­lo­waną skan­dy­naw­ską kra­iną, wyspą na burz­li­wych morzach z dala od nor­we­skich brze­gów, na pół­nocy się­ga­jącą koła pod­bie­gu­no­wego. Liczy­łam się z trud­no­ściami zwią­za­nymi z dotar­ciem do tak odle­głego miej­sca - z długą i nie­wy­godną podróżą - ale teraz zaczę­łam zda­wać sobie sprawę, że nie wzię­łam pod uwagę prze­ciw­no­ści, jakie mogę napo­tkać, kiedy będę chciała je opu­ścić, gdyby coś poszło źle, zwłasz­cza gdy morze zetnie pokrywa lodowa.

Puka­nie do drzwi pode­rwało mnie na nogi. Ale gość wszedł, nie cze­ka­jąc na moje zapro­sze­nie i tupiąc butami z miną wła­ści­ciela, który wraca do domu po dłu­gim dniu.

- Pro­fe­sor Wilde - powie­dział, wycią­ga­jąc rękę. Była to duża dłoń, bo przy­bysz był dużym męż­czy­zną, zarówno jeśli cho­dzi o wzrost, jak i sze­ro­kość ramion. Włosy miał czarne i potar­gane, twarz kwa­dra­tową, ze zła­ma­nym nosem, które to cechy łączyły się ze sobą w zaska­ku­jąco har­mo­nijny, choć cał­kiem nie­atrak­cyjny spo­sób. - Widzę, że przy­wio­zła pani psa. Piękne zwie­rzę.

- Pan Egil­son? - zapy­ta­łam uprzej­mie, ści­ska­jąc jego dłoń.

- A któżby inny? - burk­nął mój gospo­darz.

Nie mia­łam pew­no­ści, czy jego zacho­wa­nie jest tylko nie­przy­ja­zne, czy umiar­ko­wa­nie wro­gie.

Powin­nam tu wspo­mnieć, że zupeł­nie sobie nie radzę z roz­szy­fro­wy­wa­niem ludzi i że ten defi­cyt przy­spo­rzył mi w życiu wielu kło­po­tów. Bam­bleby dosko­nale by wie­dział, co sądzić o tym niedź­wie­dziu, i praw­do­po­dob­nie już by go roz­broił jakimś sto­sow­nym żar­tem.

Prze­klęty Bam­bleby, pomy­śla­łam. Sama nie mia­łam zbyt dużego poczu­cia humoru, a bar­dzo chcia­ła­bym móc się do niego uciec w takich sytu­acjach.

- Nie­złą podróż pani odbyła - rzu­cił Egil­son, badaw­czym spoj­rze­niem wpra­wia­jąc mnie w zakło­po­ta­nie. - Z samego Lon­dynu. Cho­ro­wała pani na morzu?

- Wła­ści­wie to z Cam­bridge. Sta­tek był cał­kiem...

- Założę się, że ludzie się na panią gapili, kiedy pani tu szła? "Co to za myszka idzie drogą?", zasta­na­wiali się. "Nie­moż­liwe, żeby ta eks­tra­wa­gancka uczona, o któ­rej sły­sze­li­śmy, przy­je­chała aż z Lon­dynu. Nie wygląda, jakby mogła prze­trwać taką podróż".

- Nie wiem, co o mnie myśleli. - Gło­wi­łam się, jak, u licha, skie­ro­wać roz­mowę na pil­niej­sze sprawy.

- Powie­dzieli mi.

- Rozu­miem.

- Po dro­dze tutaj wpa­dłem na sta­rego Sama i jego żonę Hilde. Wszy­scy jeste­śmy bar­dzo cie­kawi pani badań. Niech mi pani powie, jak zamie­rza pani łapać skrzaty? W siatkę na motyle?

Nawet ja się zorien­to­wa­łam, że to kpiące pyta­nie, więc odpo­wie­dzia­łam chłodno:

- Zapew­niam pana, że nie zamie­rzam łapać żad­nych waszych faerie. Moim celem jest po pro­stu pozna­nie ich. To pierw­sze tego rodzaju bada­nia w Ljo­sland. Oba­wiam się, że do nie­dawna reszta świata uwa­żała waszych Ukry­tych za nie­wiele wię­cej niż mit, w prze­ci­wień­stwie do róż­nych gatun­ków Ludku zamiesz­ku­ją­cych Wyspy Bry­tyj­skie i kon­ty­nent, w dzie­więć­dzie­się­ciu pro­cen­tach fak­tycz­nie udo­ku­men­to­wa­nych.

- Pew­nie lepiej, żeby tak zostało, dla wszyst­kich zain­te­re­so­wa­nych.

Nie­zbyt zachę­ca­jące stwier­dze­nie.

- Macie w Ljo­sland kilka gatun­ków faerie, a wiele z nich można zna­leźć w tej czę­ści gór Su?erfjoll. Muszę zba­dać opo­wie­ści o Ludku, od cho­chli­ków po dwor­skie wróżki.

- Nie wiem, co to zna­czy - stwier­dził Egil­son bez­na­mięt­nym tonem. - Ale lepiej, żeby ogra­ni­czyła pani swoje bada­nia do kra­sno­lud­ków. Nic dobrego nie przyj­dzie z pro­wo­ko­wa­nia innych, ani dla pani, ani dla nas.

Od razu zain­try­go­wały mnie jego słowa, choć oczy­wi­ście już sły­sza­łam alu­zje do prze­ra­ża­ją­cej natury dwor­skich wró­żek z Ljo­sland... To zna­czy tych, które przy­bie­rały nie­mal ludz­kie posta­cie. Ale w zada­wa­niu pytań prze­szko­dził mi podmuch wia­tru, który otwo­rzył drzwi i cisnął do domku wielki tuman śnie­go­wych płat­ków. Egil­son zamknął je ramie­niem.

- Pada śnieg - rzu­ci­łam nie­ty­pową dla sie­bie bez­sen­sowną uwagę.

Z przy­kro­ścią wyznaję, że widok bia­łych kłę­bów nawie­wa­nych do kominka ponow­nie wzbu­dził we mnie bez­silną roz­pacz.

- Cza­sami pada - odparł Egil­son z nutą czar­nego humoru, lep­szego od fał­szy­wej przy­ja­ciel­sko­ści, co nie zna­czy, że go doce­ni­łam. - Ale pro­szę się nie mar­twić. Zima jesz­cze nie nade­szła, to tylko chrząk­nię­cie. Te chmury wkrótce się roz­wieją.

- A kiedy nadej­dzie zima? - zapy­ta­łam posęp­nym tonem.

- Pozna pani, kiedy to się sta­nie. - Wkrótce mia­łam się przy­zwy­czaić do tego rodzaju wymi­ja­ją­cych odpo­wie­dzi, bo Kry­stjan jest wła­śnie takim czło­wie­kiem. - Jest pani za młoda na pro­fe­sorkę.

- W pew­nym sen­sie - przy­zna­łam, mając nadzieję, że ogól­ni­ko­wo­ścią znie­chęcę go do dal­szych pytań.

Tak naprawdę w wieku trzy­dzie­stu lat nie jestem za młoda na pro­fe­sorkę, a przy­naj­mniej nie na tyle młoda, żeby wpra­wiać kogoś w zdu­mie­nie. Choć osiem lat temu rze­czy­wi­ście byłam naj­młod­szą uczoną, jaką kie­dy­kol­wiek zatrud­niono w Cam­bridge.

Egil­son chrząk­nął z roz­ba­wie­niem.

- Muszę zająć się farmą. Mogę pani w czymś pomóc?

Spy­tał zdaw­kowo i naj­wy­raź­niej zamie­rzał wymknąć się z chaty, ale ja odpo­wie­dzia­łam szybko:

- Chęt­nie napi­ła­bym się her­baty. Gdzie jest drewno?

- W skrzynce na drewno - odparł Egil­son ze zdzi­wie­niem. - Obok pieca.

Odwró­ci­łam się i od razu zoba­czy­łam wspo­mnianą skrzynkę. Wcze­śniej wzię­łam ją za rodzaj pry­mi­tyw­nej szafy.

- W dre­wutni za domem jest go wię­cej - dodał gospo­darz.

- W dre­wutni - powtó­rzy­łam z ulgą. Moje fan­ta­zje o zamar­z­nię­ciu na śmierć były przed­wcze­sne.

Egil­son musiał zauwa­żyć, że wypo­wie­dzia­łam to słowo w taki spo­sób, jak­bym ni­gdy wcze­śniej go nie uży­wała, bo rzu­cił:

- Jest pani raczej doma­torką, co? Oba­wiam się, że w tej oko­licy mało jest takich ludzi. Każę Fin­nowi przy­nieść her­batę. To mój syn. I zanim pani spyta, zapałki są w pudełku na zapałki.

- Oczy­wi­ście - bąk­nę­łam, jak­bym już wcze­śniej je zauwa­żyła. Do dia­bła z dumą, ale nie potra­fi­łam się zmu­sić do kolej­nego pyta­nia po wcze­śniejszym upo­ko­rze­niu ze skrzynką na drewno. - Dzię­kuję, panie Egil­son.

On posłał mi twarde spoj­rze­nie, po czym wyjął z kie­szeni małe pudełko i poło­żył je na stole. Potem wyszedł w wirze lodo­wa­tego powie­trza.

20 października, wieczór

Po wyj­ściu Kry­stjana zary­glo­wa­łam drzwi deską opartą wcze­śniej o ścianę, zapewne prze­zna­czoną do tego wła­śnie celu, ale któ­rej dotąd nie zauwa­ży­łam, podob­nie jak prze­klę­tej skrzynki na drewno. Potem spę­dzi­łam dwa­dzie­ścia bez­pro­duk­tyw­nych minut na zma­ga­niach z drew­nem i zapał­kami, aż roz­le­gło się kolejne puka­nie do drzwi.

Otwo­rzy­łam je, modląc się, żeby względna uprzej­mość tego gościa wró­żyła dobrze spra­wie mojego prze­trwa­nia.

- Pro­fe­sor Wilde - ode­zwał się sto­jący w progu mło­dzie­niec z lekką nutą respektu w gło­sie, którą już wcze­śniej sły­sza­łam w licz­nych wsiach. Omal nie roz­to­pi­łam się z ulgi. Finn Kry­stjan­son był nie­mal lustrza­nym odbi­ciem ojca, choć szczu­plej­szy w pasie i z miłym wyra­zem twa­rzy.

Z zapa­łem potrzą­snął moją dło­nią i na pal­cach wszedł do chaty. Tro­chę się zdzi­wił na widok Cie­nia.

- Jaki ładny pies. - Mówił po angiel­sku z wyraź­niej­szym akcen­tem niż ojciec, ale płyn­nie. - Da wil­kom do myśle­nia.

- Mm - mruk­nę­łam.

Cień wyka­zy­wał nie­wiel­kie zain­te­re­so­wa­nie wil­kami, naj­wy­raź­niej zali­cza­jąc je do tej samej kate­go­rii co koty. Gdyby jakiś wilk rzu­cił mu wyzwa­nie, naj­pew­niej ziew­nąłby i dał mu klapsa łapą wielką jak talerz.

Finn bez zdzi­wie­nia zmie­rzył wzro­kiem zimny pie­cyk i sto­sik wypa­lo­nych zapa­łek, a ja podej­rze­wa­łam, że ojciec już go ostrzegł o moich umie­jęt­no­ściach. Okre­śle­nie "doma­torka" na­dal bolało.

Po chwili w piecu trza­skał ogień, a Finn posta­wił na nim czaj­nik z wodą. Nie prze­sta­wał mówić. Powie­dział mi o stru­mie­niu za domem, a ja zro­zu­mia­łam, że to moje jedyne źró­dło wody, bo chata nie miała insta­la­cji; o wygódce na zewnątrz; o skle­pie we wsi, gdzie mogłam uzu­peł­niać zapasy. Gospo­darz miał przy­no­sić mi śnia­da­nia, a kola­cje mogłam jeść w miej­sco­wej gospo­dzie. Byłam zdana na sie­bie tylko w kwe­stii obiadu, co mi odpo­wia­dało, jako że jestem przy­zwy­cza­jona do spę­dza­nia dni w tere­nie, kiedy pro­wa­dzę bada­nia. Wtedy zabie­ram ze sobą lekki posi­łek.

- Ojciec mówi, że pisze pani książkę - zagad­nął Finn, ukła­da­jąc polana przy piecu. - O naszych Ukry­tych.

- Nie tylko o Ukry­tych. Książka jest o wszyst­kich zna­nych gatun­kach Ludku. Od zara­nia tej dzie­dziny nauki dowie­dzie­li­śmy się o nich dużo, ale nikt jesz­cze nie pod­jął się zebra­nia tych infor­ma­cji w kom­pletną ency­klo­pe­dię1.

Finn posłał mi spoj­rze­nie jed­no­cze­śnie powąt­pie­wa­jące i pełne podziwu.

- Rany, wygląda, że to dużo pracy.

- Tak. - Dzie­więć lat, dokład­nie mówiąc. Pra­co­wa­łam nad ency­klo­pe­dią od dnia, gdy uzy­ska­łam sto­pień dok­tora. - Mam nadzieję skoń­czyć bada­nia tere­nowe do wio­sny. Roz­dział o waszych Ukry­tych jest ostatni. Mój wydawca nie może się docze­kać ręko­pisu.

Wyda­wało się, że wzmianka o wydawcy znowu zro­biła wra­że­nie na Fin­nie, ale czoło na­dal miał zmarsz­czone.

- Mamy dużo wła­snych histo­rii. Ale nie wiem, czy się pani przy­da­dzą.

- Opo­wie­ści są dla mnie bar­dzo przy­datne - zapew­ni­łam go. - Są wręcz fun­da­men­tem dria­do­lo­gii. Bez nich byli­by­śmy zagu­bieni jak astro­no­mo­wie odcięci od nieba.

- Ale one nie są praw­dziwe - powie­dział Finn z mar­sem na czole. - Nie mogą być. Wszy­scy opo­wia­da­cze upięk­szają. Powinna pani posłu­chać mojej babci. My chło­niemy każde jej słowo, ale gość z sąsied­niej wsi powie, że nie zna tej opo­wie­ści, choć to ta sama, którą jego amma opo­wiada przy swoim kominku.

- Takie waria­cje są powszechne. Nie­mniej, jeśli cho­dzi o Ludek, jest coś praw­dzi­wego w każ­dej histo­rii, nawet zmy­ślo­nej.

Mogła­bym mówić dalej - napi­sa­łam na ten temat kilka prac - ale nie wie­dzia­łam, jak powie­dzieć mu o moich stu­diach, żeby w jego uszach nie zabrzmiało to non­sen­sow­nie. Prawda jest taka, że jeśli cho­dzi o Ludek, opo­wie­ści są wszyst­kim. One są czę­ścią ich świata w spo­sób fun­da­men­talny, ze zro­zu­mie­niem któ­rego śmier­tel­nicy mają trud­no­ści. Opo­wieść może doty­czyć kon­kret­nego epi­zodu z prze­szło­ści, ale zasad­ni­czo jest rów­nież wzor­cem, który kształ­tuje zacho­wa­nia tych istot i prze­wi­duje przy­szłe wyda­rze­nia. Ludek nie ma sys­temu prawa i choć nie twier­dzę, że opo­wie­ści są dla niego pra­wami, sta­no­wią w ich świe­cie rzecz naj­bar­dziej zbli­żoną do jakiejś formy porządku2.

Dokoń­czy­łam więc po pro­stu:

- Moje bada­nia są głów­nie zlep­kiem ust­nych rela­cji i bez­po­śred­niego podej­ścia. Tro­pie­nia, obser­wa­cji w tere­nie, tego rodzaju rze­czy.

Mars na czole Finna się pogłę­bił.

- A pani... robiła to wcze­śniej? To zna­czy, spo­tkała ich pani? Ludek.

- Wiele razy. Powie­dzia­ła­bym, że wasi Ukryci nie byliby w sta­nie mnie zasko­czyć, ale ten talent jest powszechny dla Ludku, prawda? Zdol­ność zaska­ki­wa­nia.

Finn się uśmiech­nął. Pew­nie uznał, że sama jestem pod tym wzglę­dem podobna do faerie: dziwna cza­ro­dziejka, która rap­tem zja­wiła się w jego wio­sce mają­cej nie­wielką stycz­ność ze świa­tem zewnętrz­nym.

- Na to nie potra­fię odpo­wie­dzieć, bo znam tylko nasz Ludek. Tyle czło­wie­kowi wystar­czy, zawsze tak uwa­ża­łem. Aż nadto.

Jego głos nieco spo­sęp­niał. Takim tonem mówi się o trud­no­ściach jako o smut­nej praw­dzie życio­wej. Finn poło­żył na stole ciemny chleb, infor­mu­jąc mnie mimo­cho­dem, że boche­nek został upie­czony w ziemi dzięki cie­płu geo­ter­mal­nemu. Oprócz chleba przy­niósł ser i soloną rybę w ilo­ściach wystar­cza­ją­cych dla dwóch osób. Był cał­kiem wesoły i naj­wy­raź­niej zamie­rzał przy­łą­czyć się do skrom­nej uczty.

- Dzię­kuję - powie­dzia­łam.

Spoj­rze­li­śmy na sie­bie ze skrę­po­wa­niem. Czu­łam, że nale­żało powie­dzieć coś innego - może zapy­tać o jego życie czy obo­wiązki albo zażar­to­wać ze swo­jej bez­rad­no­ści - ale ni­gdy nie radzi­łam sobie z tego rodzaju miłymi poga­węd­kami, a życie uczo­nej nie daje mi wielu oka­zji do prak­tyki.

- Chcia­ła­bym podzię­ko­wać two­jej matce za chleb - ode­zwa­łam się w końcu.

Może jestem złym sędzią ludz­kich uczuć, ale mam wystar­cza­jąco dużo doświad­cze­nia w popeł­nia­niu gaf, by wie­dzieć, że to była naj­gor­sza rzecz, jaką mogłam powie­dzieć. Przy­stojna twarz Finna spo­chmur­niała.

- Ja go upie­kłem. Moja matka umarła ponad rok temu.

- Prze­pra­szam. - Uda­łam zasko­cze­nie, bo Egil­son zawarł tę infor­ma­cję w jed­nym ze swo­ich wcze­śniej­szych listów. Jak można zapo­mnieć o takiej rze­czy, idiotko. - Cóż, masz talent. Ojciec pew­nie jest dumny z two­ich umie­jęt­no­ści.

Nie­stety ta nie­zręczna uwaga spo­tkała się z kolej­nym gry­ma­sem na twa­rzy Finna, a ja domy­śli­łam się, że ojciec wcale nie jest dumny z talen­tów kuli­nar­nych syna, może nawet uważa je za poni­ża­jące dla męż­czy­zny. Na szczę­ście chło­pak wyda­wał się z gruntu życz­liwy, bo odpo­wie­dział, choć nieco ofi­cjal­nie:

- Mam nadzieję, że będzie pani sma­ko­wał. Gdyby pani jesz­cze cze­goś potrze­bo­wała, pro­szę wysłać wia­do­mość do dużego domu. Czy w pół do ósmej to odpo­wied­nia pora na śnia­da­nie?

- Tak. - Żało­wa­łam tej odmiany po wcze­śniej­szej swo­bod­nej roz­mo­wie. - Dzię­kuję.

- A to przy­szło dwa dni temu. - Finn wyjął z kie­szeni kopertę. - Co tydzień mamy dostawę poczty.

Sądząc po tonie, naj­wy­raź­niej uwa­żał to za powód do dumy, więc zmu­si­łam się do uśmie­chu i podzię­ko­wa­łam mu. Odwza­jem­nił uśmiech i wyszedł, mam­ro­cząc coś o kur­cza­kach.

Spoj­rza­łam na list i w lewym gór­nym rogu zoba­czy­łam ozdobne pismo: "Biuro dr. Wen­della Bam­bleby, Cam­bridge", a pośrodku: "Dr Emily Wilde, domo­stwo Kry­stjana Egil­sona, far­mera, wieś Hrafn­svik, Ljo­sland".

- Prze­klęty Bam­bleby - mruk­nę­łam.

Odło­ży­łam list, zbyt głodna, żeby się iry­to­wać. Zanim zabra­łam się do posiłku, przy­go­to­wa­łam jedze­nie dla Cie­nia, jak to było w naszym zwy­czaju. Wzię­łam barani stek z zewnętrz­nej piw­nicy - do któ­rej skie­ro­wał mnie Finn - i poło­ży­łam go na tale­rzu obok miski z wodą. Moje dro­gie zwie­rzę pożarło mięso bez narze­ka­nia, a ja usia­dłam przy trza­ska­ją­cym ogniu z her­batą, mocną i dymną, ale smaczną.

Czu­łam lekki żal, że tak kiep­sko odwdzię­czy­łam się Fin­nowi za jego uprzej­mość, ale nie żało­wa­łam braku jego towa­rzy­stwa. Wcale go nie ocze­ki­wa­łam.

Spoj­rza­łam za okno. Las zaczy­nał się tro­chę wyżej na zbo­czu i spra­wiał zło­wiesz­cze wra­że­nie ciem­nej fali, która zaraz runie na mnie z góry. Ljo­sland ma nie­wiele drzew, jako że jego śmier­telni miesz­kańcy w dużej mie­rze ogo­ło­cili tę sub­ark­tyczną kra­inę. Zacho­wało się jed­nak tro­chę lasów zamiesz­ka­nych - a przy­naj­mniej tak sądzono - przez Ukry­tych. Skła­dają się one głów­nie ze skrom­nych brzóz omszo­nych oraz nie­licz­nych jarzę­bin i wierzb. Nic nie wyra­sta na dużą wyso­kość w miej­scu tak zim­nym, więc drzewa, które widzia­łam, były oczy­wi­ście kar­ło­wate i wci­skały się pod osłonę gór­skiego zbo­cza. Ich wygląd hip­no­ty­zo­wał. Ludek jest tak wro­śnięty w swoje oto­cze­nie, jak głę­boko się­gają naj­dłuż­sze korze­nie3. Już nie mogłam się docze­kać spo­tka­nia z isto­tami, które to nie­go­ścinne miej­sce nazy­wały domem.

List Bam­bleby'ego leżał na stole i spra­wiał wra­że­niem, że ema­nuje nie­fra­so­bli­wym spo­ko­jem, więc dokoń­czy­łam chleb (dobry i sma­ku­jący dymem), ser (rów­nież dobry i rów­nież sma­ku­jący dymem), się­gnę­łam po kopertę i wsu­nę­łam pazno­kieć pod brzeg.

Moja droga Emily. Mam nadzieję, że wygod­nie urzą­dzi­łaś się w swo­jej śnież­nej twier­dzy i jesteś wesoła, kiedy ślę­czysz nad książ­kami i bru­dzisz się atra­men­to­wymi klek­sami, w każ­dym razie wesoła jak na cie­bie, moja przy­ja­ciółko. Choć wyje­cha­łaś zale­d­wie kilka dni temu, wyznam, że tęsk­nię za stu­ko­tem two­jej maszyny do pisa­nia dobie­ga­ją­cym z dru­giej strony kory­ta­rza, pod­czas gdy ty gar­bisz się nad nią przy zacią­gnię­tych zasło­nach niczym troll obmy­śla­jący pod mostem jakąś paskudną zemstę. Byłem tak przy­gnę­biony bez two­jego towa­rzy­stwa, że nama­lo­wa­łem mały por­tret (w załą­cze­niu).

Spoj­rza­łam na rysu­nek. Przed­sta­wiał on moją, jak uzna­łam, nie­zbyt wierną podo­bi­znę: sie­dzę w swoim gabi­ne­cie w Cam­bridge, z ciem­nymi wło­sami spię­tymi na czubku głowy, ale okrop­nie potar­ga­nymi (choć przy­znaję, że fak­tycz­nie tak wyglą­dają, mam bowiem nie­do­bry nawyk bawie­nia się wło­sami, kiedy pra­cuję), i z dia­bel­skim wyra­zem twa­rzy łypię na swoją maszynę do pisa­nia. Bam­bleby miał nawet czel­ność nary­so­wać mnie ładną: powięk­szył zbyt głę­boko osa­dzone oczy, a okrą­głej twa­rzy nadał wyraz sku­pie­nia i inte­li­gen­cji, które wyostrzyły mój zwy­czajny pro­fil. Bez wąt­pie­nia bra­ko­wało mu umie­jęt­no­ści, żeby stwo­rzyć obraz kobiety, którą uznałby za nie­atrak­cyjną, nawet gdyby wcze­śniej rze­czoną kobietę widział.

Ja z pew­no­ścią nie byłam roz­ba­wiona tą kary­ka­turą. Nie, nie byłam.

Bam­bleby roz­pi­sał się następ­nie o ostat­nim zebra­niu wydziału dria­do­lo­gii, na które zosta­ła­bym zapro­szona jako wykła­dow­czyni kon­trak­towa, a nie eta­towa. Dołą­czył wiele zabaw­nych obser­wa­cji na temat tego, jak pięk­nie świa­tło odbi­jało się od nowego tupe­ciku pro­fe­sora Thorn­th­wa­ite'a. Pytał też, czy zgo­dzi­ła­bym się z jego teo­rią, że mil­cze­nie pro­fe­sora Edding­tona na tego rodzaju zgro­ma­dze­niach suge­ruje mistrzo­stwo w drzem­kach z otwar­tymi oczami. W miarę czy­ta­nia przy­ła­pa­łam się na lek­kim uśmieszku. Trudno nie dać się roz­ba­wić Bam­bleby'emu. To jedna z rze­czy, któ­rych w nim naj­bar­dziej nie zno­szę. To i fakt, że on uważa sie­bie za mojego naj­droż­szego przy­ja­ciela, co można uznać za prawdę tylko w tym sen­sie, że jest moim jedy­nym przy­ja­cie­lem.

Jed­nym z powo­dów tego listu jest przy­po­mnie­nie Ci, moja droga, że mar­twię się o Twoje bez­pie­czeń­stwo. Nie mówię o nie­zwy­kłych gatun­kach zlo­do­wa­cia­łych faerie, które możesz spo­tkać, bo wiem, że pod tym wzglę­dem sobie pora­dzisz, ale o suro­wo­ści kli­matu. Choć muszę wyznać, że mia­łem rów­nież drugi powód - fascy­na­cję zna­le­zio­nymi przez Cie­bie legen­dami o Ukry­tych. Nale­gam, byś pisała mi o swo­ich zna­le­zi­skach... choć jeśli pewne moje plany się urze­czy­wist­nią, może się to oka­zać zbędne.

Zamar­łam. Dobry Boże! Chyba nie zamie­rzał do mnie tutaj dołą­czyć? Ale co innego mia­łaby ozna­czać taka uwaga?

Mój lęk tro­chę osłabł, kiedy odchy­li­łam się na opar­cie fotela i wyobra­zi­łam sobie, że Bam­bleby rze­czy­wi­ście zapusz­cza się w miej­sce takie jak Ljo­sland. Och, oczy­wi­ście pro­wa­dził wiele badań tere­no­wych - nie­dawno zor­ga­ni­zo­wał eks­pe­dy­cję na Kau­kaz, żeby spraw­dzić donie­sie­nia o tam­tej­szym minia­tu­ro­wym gatunku Ludku, ale jego metody pracy przy­po­mi­nają raczej dele­ga­cję. Bam­bleby zatrzy­muje się w pierw­szym miej­scu, które może ucho­dzić za hotel, i stam­tąd wydaje wska­zówki małej armii stu­den­tów podą­ża­ją­cych za nim wszę­dzie. Jest bar­dzo ceniony w Cam­bridge za to, że łaska­wie uznaje współ­au­tor­stwo magi­stran­tów w swo­ich publi­ka­cjach, ale ja wiem, co ci bie­dacy muszą zno­sić, więc byłoby czymś potwor­nym, gdyby tego nie robił.

Ja nie byłam w sta­nie prze­ko­nać choćby jed­nego z moich stu­den­tów, żeby towa­rzy­szył mi do Hrafn­svik, i szcze­rze wąt­pię, żeby Bam­bleby, mimo swo­jego uroku, miał wię­cej szczę­ścia. Tak więc on nie przy­je­dzie.

Reszta listu skła­dała się z zapew­nień, że napi­sze słowo wstępne do mojej książki. Poczu­łam się tro­chę nie­swojo - było to połą­cze­nie ulgi i urazy - bo choć nie chcę jego pomocy, zwłasz­cza po tym, jak wyprze­dził mnie z publi­ka­cją o odkry­ciu odmieńca gean­can­nah, nie mogę zaprze­czyć, że pro­po­zy­cja jest cenna. Wen­dell Bam­bleby jest jed­nym z naj­wy­bit­niej­szych dria­do­lo­gów w Cam­bridge, a to zna­czy, że jest jed­nym z naj­wy­bit­niej­szych dria­do­lo­gów na świe­cie. Roz­prawa, którą wspól­nie napi­sa­li­śmy, przy­stępna, ale wyczer­pu­jąca meta­ana­liza diety bał­tyc­kich wró­żek wod­nych, zapew­niła mi zapro­sze­nie na dwie kra­jowe kon­fe­ren­cje i stała się moją naj­czę­ściej cyto­waną pracą.

Wrzu­ci­łam papier do ognia, zde­cy­do­wana nie myśleć wię­cej o Bam­ble­bym aż do przy­by­cia następ­nego listu, co bez wąt­pie­nia nastąpi wkrótce, jeśli - według niego - nie odpo­wiem dosta­tecz­nie szybko.

Odwró­ci­łam się do Cie­nia zwi­nię­tego u moich stóp. Pies obser­wo­wał mnie poważ­nymi ciem­nymi śle­piami, zatro­skany o moje samo­po­czu­cie. Odkry­łam na jego łapie kolejne odmro­że­nie, więc się­gnę­łam po maść, którą kupi­łam spe­cjal­nie dla niego. Poświę­ci­łam rów­nież czas na roz­cze­sa­nie jego dłu­giego futra, aż z roz­ko­szy zamknął oczy.

Potem wyję­łam ręko­pis z kufra, odwi­nę­łam go ostroż­nie z opa­ko­wa­nia ochron­nego i poło­ży­łam na stole. Prze­kart­ko­wa­łam strony, cie­sząc się sze­le­stem zapi­sa­nego papieru, i upew­nia­jąc się, że wszystko jest w porządku.

Manu­skrypt jest ciężki, liczy teraz jakieś pięć­set stron bez załącz­ni­ków, a i one z pew­no­ścią będą obszerne. Ale na tych stro­ni­cach, niczym okazy przy­pięte szpil­kami i zamknięte za szkłem w muze­al­nej gablo­cie, są wszyst­kie gatunki faerie poznane przez czło­wieka: od zamiesz­ku­ją­cych mgłę bog­ba­nów z Orka­dów, po zło­dziej­skie gule znane jako l'hibou noir ze śród­ziem­no­mor­skiej kra­iny Mia­relle. Zostały uło­żone w porządku alfa­be­tycz­nym, opi­sane, uzu­peł­nione dostęp­nymi danymi i fone­tycz­nym prze­wod­ni­kiem wymowy.

Dotknę­łam stosu kar­tek, a następ­nie poło­ży­łam na nich przy­cisk do papieru - jeden z moich kamieni faerie, teraz oczy­wi­ście pozba­wiony magii4. Obok niego pod kątem pro­stym umie­ści­łam swoje ulu­bione pióro - z her­bem Cam­bridge, pre­zent od uni­wer­sy­tetu z oka­zji zatrud­nie­nia - oraz linijkę i kała­marz. Z satys­fak­cją przyj­rza­łam się temu tableau.

Teraz, kiedy świat spo­wija cał­ko­wita ciem­ność typowa dla wsi na głę­bo­kiej pro­win­cji, a moje powieki robią się cięż­kie, idę do łóżka.

21 października

Zwy­kle sypiam kiep­sko w obcych miej­scach, ale zasko­czy­łam samą sie­bie, śpiąc głę­boko aż do momentu, kiedy Finn zapu­kał o siód­mej trzy­dzie­ści.

Drżąc z zimna, wsta­łam z łóżka, które zaj­mo­wało nie­mal całą sypial­nię. Jedyny piec znaj­do­wał się w głów­nym pomiesz­cze­niu, a ogień pra­wie wygasł. Narzu­ci­łam szla­frok na koszulę nocną i poczła­pa­łam do drzwi z Cie­niem nastę­pu­ją­cym mi na pięty.

Finn powi­tał mnie w taki sam ofi­cjalny spo­sób, w jaki poprzed­niego dnia się poże­gnał. Posta­wił na stole tacę z chle­bem - jesz­cze cie­płym, mimo mar­szu w chło­dzie z głów­nego budynku farmy - a także miskę jakie­goś gala­re­to­wa­tego jogurtu i nie­po­ko­jąco duże jajo ugo­to­wane na twardo.

- Gęsie - wyja­śnił Finn. - Nie prze­gar­nęła pani żaru wczo­raj wie­czo­rem?

Wyzna­łam, że nie mam poję­cia, co to zna­czy, a on uprzej­mie poka­zał mi, jak ukła­dać drewno w piecu i roz­grze­by­wać węgle, żeby cie­pło uwal­niało się długo i rów­no­mier­nie i żeby rano łatwiej było na nowo roz­nie­cić ogień. Podzię­ko­wa­łam mu, być może z nad­mier­nym entu­zja­zmem, a on uśmiech­nął się cie­pło, jak na początku.

Zapy­tał o moje plany na ten dzień, a ja odpo­wie­dzia­łam, że zamie­rzam poznać oko­licę.

- Twój ojciec infor­mo­wał mnie w listach, że w Karr?arskogur można zna­leźć naj­róż­niej­sze skrzaty, a także wróżki gro­madne. Ze swo­ich badań nad nie­licz­nymi rela­cjami o waszym Ludku wiem, że dwor­skie wróżki są bar­dziej skłonne do podróży, gdy spad­nie śnieg, z czego wno­szę, że jesz­cze przez kilka dni spo­tka­nie ich będzie mało praw­do­po­dobne.

Finn zro­bił zdu­mioną minę.

- Czy mój ojciec fak­tycz­nie użył takich słów?

- Nie. "Skrzaty" i "gro­madne wróżki" to nazwy dwóch naj­więk­szych pod­ka­te­go­rii pospo­li­tych faerie, wymy­ślone przez naukow­ców. Wy, jak sądzę, o pospo­li­tych wróż­kach mówi­cie "kra­snale" albo "cho­chliki", o ile w ogóle sto­su­je­cie jakie­kol­wiek roz­róż­nie­nia. Jak wiesz, one zwy­kle są małe jak dzieci, albo jesz­cze mniej­sze. Skrzaty są samot­ni­kami i zazwy­czaj mie­szają się w ludz­kie sprawy: kra­dzieże, drobne zaklę­cia, bło­go­sła­wień­stwa. Faerie gro­madne wędrują więk­szymi gru­pami i prze­waż­nie zaj­mują się tylko sobą.

Finn wolno poki­wał głową.

- W takim razie przy­pusz­czam, że ma pani osobne słowo na "wyso­kie"?

- Tak, wszyst­kie przy­po­mi­na­jące czło­wieka istoty zali­czamy do kate­go­rii dwor­skich, a zatem Ludek dzieli się na dwie główne grupy: dwor­skie i pospo­lite wróżki. Jeśli cho­dzi o te pierw­sze, jest zbyt wiele podkate­go­rii, żeby je wymie­nić, a ja nie mam poję­cia, czy któ­reś z nich obej­mują stwo­rze­nia nazy­wane przez was wyso­kimi.

- Rzadko w ogóle je nazy­wamy - powie­dział Finn. - To przy­nosi pecha.

- Nie­rzad­kie prze­ko­na­nie. Podob­nie jak wśród Mal­tań­czy­ków, choć ich dwor­skie faerie są ponad­prze­cięt­nie dokucz­liwe, jako że mają nie­for­tunny zwy­czaj zakra­da­nia się nocą do domów, żeby poży­wić się orga­nami śpią­cych.

Finn nie oka­zał zasko­cze­nia tym ponu­rym szcze­gó­łem, co mnie zdzi­wiło i zain­try­go­wało. Mal­tań­ski Ludek jest wyjąt­kowo zło­śliwy. Pod tym wzglę­dem nie ma sobie rów­nych pośród faerie. Cie­kawa byłam, jakie istoty zamiesz­ki­wały tę nie­go­ścinną kra­inę.

- Pomy­śla­łem, że naj­pierw będzie pani chciała się tutaj urzą­dzić - rzu­cił Finn, z powąt­pie­wa­niem roz­glą­da­jąc się po cha­cie. - Dokoń­czyć roz­pa­ko­wy­wa­nie, zro­bić jakieś zapasy. Przy­wi­tać się z sąsia­dami. Zosta­nie tu pani przez jakiś czas.

Ta ostat­nia rzecz przy­pra­wiła mnie o dreszcz.

- Z aka­de­mic­kiej per­spek­tywy wcale nie tak długo - zapro­te­sto­wa­łam. - Mam już wyku­piony bilet powrotny, na frach­to­wiec odpły­wa­jący pierw­szego kwiet­nia. Będę bar­dzo zajęta. Nie­któ­rzy dria­do­lo­dzy spę­dzają całe lata w tere­nie. - Chcia­łam dać Fin­nowi do zro­zu­mie­nia, że zwy­kle zacho­wuję uprzejmy dystans wobec miej­sco­wych. - A jeśli cho­dzi o sąsia­dów, bez wąt­pie­nia spo­tkam ich dzi­siaj w gospo­dzie.

Na twa­rzy Finna roz­lał się sze­roki uśmiech.

- Tak. Po zbio­rach nie­któ­rzy rzadko stam­tąd wycho­dzą. Uprze­dzę Aud, że pani przyj­dzie. I Ulfara. To jej mąż, on się tam wszyst­kim zaj­muje. Jest cał­kiem miły, choć zimny jak ryba. Nie usły­szy pani od niego wiele słów.

Ten opis był dla mnie nie­złą reko­men­da­cją, choć nie powie­dzia­łam tego na głos.

- Domy­ślam się, że Aud to... go?i, tak? - Zawa­ha­łam się przy nie­zna­nym sło­wie, które wska­zy­wało, jak sądzi­łam, na kogoś w rodzaju wiej­skiej przy­wód­czyni.

Finn poki­wał głową.

- W dzi­siej­szych cza­sach to cere­mo­nialna funk­cja, ale lubimy pod­trzy­my­wać stare tra­dy­cje. Aud na pewno będzie mogła opo­wie­dzieć pani dużo histo­rii o Ukry­tych. I wiem, że jej spodo­bają się pani opo­wie­ści o Lon­dy­nie. Lubimy słu­chać o świe­cie.

- Zoba­czymy, co przy­nie­sie wie­czór. Moja wizyta może być jed­nak krótka. Zależ­nie od zmę­cze­nia po całym dniu zajęć.

Finn nie wyglą­dał na znie­chę­co­nego.

- Jeśli będzie pani zmę­czona, piwo Ulfara postawi panią na nogi. Nie­któ­rzy mówią, że trzeba je polu­bić, ale i tak roz­grzeje panią od środka i naoliwi język lepiej niż cokol­wiek innego na świe­cie.

Zmu­si­łam się do ską­pego uśmie­chu. Spo­dzie­wa­łam się, że Finn wyj­dzie, ale on stał i na mnie patrzył. Pozna­łam ten wyraz twa­rzy, bo widy­wa­łam go wcze­śniej. Była to mina czło­wieka, który bez powo­dze­nia pró­buje dopa­so­wać mnie do któ­rejś ze zna­nych sobie kate­go­rii kobiet.

- Skąd pani pocho­dzi, pani pro­fe­sor? - zapy­tał Finn z nutą daw­nej przy­ja­ciel­sko­ści.

Myślę, że on należy do typu ludzi, któ­rzy nie potra­fią długo utrzy­my­wać kogoś na dystans.

- Miesz­kam w Cam­bridge.

- Tak. Ale skąd jest pani rodzina?

Poha­mo­wa­łam wes­tchnie­nie.

- Dora­sta­łam w Lon­dy­nie. Mój brat na­dal tam mieszka.

- Aha. - Finn się roz­po­go­dził. - Jest pani sie­rotą?

- Nie.

Nie po raz pierw­szy ktoś tak o mnie myślał. Przy­pusz­czam, że ludzie czę­sto szu­kają spo­sobu, żeby mnie zro­zu­mieć, a smutne dzie­ciń­stwo i zanie­dby­wa­nie jest dobrym wyja­śnie­niem. W rze­czy­wi­sto­ści moi rodzice żyją i są cał­kiem zwy­czajni, choć nie jeste­śmy ze sobą bli­sko. Oni ni­gdy nie wie­dzieli, co o mnie myśleć. Kiedy czy­ta­łam książki z biblio­teki dziadka - musia­łam mieć wtedy jakieś osiem lat - i przy­cho­dzi­łam do nich z pew­nymi trud­nymi frag­men­tami, które udało mi się zapa­mię­tać, spo­dzie­wa­łam się, że matka i ojciec mi je wyja­śnią. Oni jed­nak patrzyli na mnie, jak­bym nagle stała się kimś obcym. Nie zna­łam dziadka - nie inte­re­so­wał się dziećmi ani niczym innym poza sto­wa­rzy­sze­niem folk­lo­ry­stów ama­to­rów. Kiedy jed­nak umarł, a my odzie­dzi­czy­li­śmy po nim dom, jego książki stały się moimi naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi. W histo­riach zamknię­tych mię­dzy okład­kami i w miria­dach gatun­ków Ludku prze­wi­ja­ją­cych się przez zapi­sane stro­nice było coś takiego, że każda tajem­nica doma­gała się roz­wią­za­nia. Przy­pusz­czam, że więk­szość dzieci w pew­nym momen­cie zako­chuje się w elfach i wróż­kach, ale w mojej fascy­na­cji ni­gdy nie cho­dziło o magię czy speł­nia­nie życzeń. Ludek, ze swo­imi wła­snymi regu­łami i zwy­cza­jami, był innym świa­tem, więc dla dziecka, które zawsze czuło się nie­przy­sto­so­wane do swo­jego, przy­cią­ga­nie tam­tego było nie­od­parte.

- Miesz­kam w Cam­bridge, odkąd skoń­czy­łam pięt­na­ście lat - powie­dzia­łam. - Wtedy zaczę­łam stu­dia. To jest dla mnie dom.

- Rozu­miem - mruk­nął Finn, choć widzia­łam, że wcale nie zro­zu­miał.

Kiedy wyszedł, roz­pa­ko­wa­łam resztę rze­czy, co, jak się spo­dzie­wa­łam, zajęło mi tylko chwilę. Przy­wio­złam prze­cież zale­d­wie cztery suk­nie i tro­chę ksią­żek. Wio­nął od nich zna­jomy zapach Biblio­teki Dria­do­lo­gii w Cam­bridge, a ja poczu­łam dreszcz tęsk­noty za tym zatę­chłym, sta­rym miej­scem, oazą ciszy i samot­no­ści, w któ­rej spę­dzi­łam wiele godzin.

Rozej­rza­łam się po małej cha­cie, która na­dal pach­niała owcami i była sie­dzibą wielu pają­ków snu­ją­cych paję­czyny, ale nie mia­łam cier­pli­wo­ści do prac domo­wych, tak więc nie­ba­wem zarzu­ci­łam pomysł wiel­kiego sprzą­ta­nia. Dom to tylko dach nad głową, a ten mógł dobrze mi słu­żyć w takim sta­nie, w jakim był.

Cień i ja dokoń­czy­li­śmy śnia­da­nie (dałam mu więk­szą część gęsiego jaja), napeł­ni­łam manierkę wodą ze stru­mie­nia i wło­ży­łam ją do ple­caka razem z resztą chleba, apa­ra­tem foto­gra­ficz­nym, miarką i note­sem.

Tak przy­go­to­wana do pracy w tere­nie, zaję­łam się pie­cem zgod­nie z instruk­cjami Finna. Pogrze­ba­czem zaczę­łam prze­gar­niać żar, ale w pew­nym momen­cie się zatrzy­ma­łam. Odsu­nę­łam nad­pa­lone polano, się­gnę­łam do środka i wyję­łam list Bam­bleby'ego. Zdmuch­nę­łam z niego popiół i prze­bie­głam wzro­kiem po ele­ganc­kiej kur­sy­wie. Papier był nie­tknięty.

Dorzu­ci­łam drewna do żaru, roz­nie­ci­łam pło­mie­nie i z powro­tem wrzu­ci­łam do nich list. Piec buch­nął dymem, jakby list był nie­przy­jemną prze­szkodą, która utkwiła mu w gar­dle.

- Do dia­bła - mruk­nę­łam, mru­żąc oczy na widok cięż­kiej pape­te­rii non­sza­lancko łypią­cej na mnie z pło­mieni. - Mam scho­wać tę prze­klętą rzecz pod poduszkę?

Tutaj powin­nam chyba wspo­mnieć, że mam dzie­więć­dzie­siąt pięć pro­cent pew­no­ści, iż Wen­dell Bam­bleby nie jest czło­wie­kiem.

Nie cho­dzi jedy­nie o zwy­kłą zawo­dową nie­chęć. Nie­praw­do­po­dobny list Bam­bleby'ego nie jest pierw­szym dowo­dem wska­zu­ją­cym na jego praw­dziwą naturę. Moje podej­rze­nia wzbu­dziło nasze pierw­sze spo­tka­nie przed kilku laty, kiedy zauwa­ży­łam, w jaki spo­sób Bam­bleby unika meta­lo­wych przed­mio­tów znaj­du­ją­cych się w pokoju, łącz­nie z uda­wa­niem pra­wo­ręcz­no­ści, by nie mieć kon­taktu ze ślub­nymi obrącz­kami (Ludek jest bez wyjątku lewo­ręczny). Nie mógł jed­nak przez cały czas trzy­mać się z dala od metalu, jako że tamta oka­zja obej­mo­wała kola­cję, co oczy­wi­ście ozna­czało obec­ność sztuć­ców, sosje­rek i tym podob­nych rze­czy. Bam­bleby jed­nak cał­kiem dobrze pano­wał nad dys­kom­for­tem, co świad­czyło o tym, że albo moje podej­rze­nia są nie­uza­sad­nione, albo on ma kró­lew­skie pocho­dze­nie, ponie­waż tylko tacy są w sta­nie doty­kać ludz­kich wyro­bów.

Żeby nie wyjść na nie­ufną, mogę zapew­nić, że te obser­wa­cje nie wystar­czyły, by mnie prze­ko­nać. Przy kolej­nych spo­tka­niach zwró­ci­łam uwagę na różne dro­bia­zgi, mię­dzy innymi na jego spo­sób mówie­nia. Bam­bleby podobno uro­dził się w County Leane i wycho­wał w Dubli­nie. I choć nie znam się na irlandz­kich akcen­tach, jestem eks­per­tem od języka Ludku. Ma on wpraw­dzie wiele dia­lek­tów, ale rów­nież pewne uni­wer­salne brzmie­nia i barwy, a ja sły­szę je cza­sami w gło­sie Bam­bleby'ego, gdy nie zacho­wuje ostroż­no­ści. Spę­dza­li­śmy dużo czasu w swoim towa­rzy­stwie.

Jeśli on jest faerie, praw­do­po­dob­nie żyje wśród nas na wygna­niu, a nie jest to los nie­spo­ty­kany wśród ary­sto­kra­cji irlandz­kich elfów. Ten gatu­nek nie wytrzy­muje zbyt długo bez mor­der­czego wujka albo żąd­nego wła­dzy regenta. Ist­nieje wiele opo­wie­ści o wygna­nych wróż­kach i elfach. Podobno ich moc cza­sami zostaje ogra­ni­czona poprzez zaklę­cie rzu­cone przez monar­chę, co by wyja­śniało, dla­czego Bam­bleby musiał pogo­dzić się z życiem wśród śmier­tel­ni­ków, w dodatku niskiego pocho­dze­nia. Jego wybór pro­fe­sji może być czę­ścią jakie­goś planu, któ­rego nie potra­fię odgad­nąć, albo wyni­kać z natury Bam­bleby'ego, który posta­wił sobie za cel zdo­by­cie zewnętrz­nego potwier­dze­nia wła­snej wie­dzy.

Moż­liwe też, że się mylę. Uczony zawsze musi być gotowy to przy­znać. Do reflek­sji zmu­sza mnie fakt, że żaden z moich kole­gów nie podziela moich podej­rzeń, nawet czci­godny Tre­harne, który od tak dawna pro­wa­dzi bada­nia w tere­nie, że lubi żar­to­wać, iż pospo­lite wróżki już się nie cho­wają, kiedy on nad­cho­dzi, bo nie widzą róż­nicy mię­dzy nim a sta­rym, zuży­tym meblem. Jeśli cho­dzi o te wszyst­kie opo­wie­ści o wygna­nych wróż­kach, to do tej pory nie zostały one potwier­dzone. Pro­wa­dzi to do dwóch wnio­sków: albo banici są wyjąt­kowo zręczni w kamu­flażu, albo te histo­rie są nie­praw­dziwe.

Wyję­łam list z kominka, na­dal nie­na­ru­szony, podar­łam go na strzępy i zagrze­ba­łam je w popiele. Potem usu­nę­łam Bam­bleby'ego z myśli, zebra­łam włosy w kok na czubku głowy (z któ­rego nie­mal natych­miast zaczęły się wymy­kać) i narzu­ci­łam na sie­bie płaszcz.

Widok na zewnątrz spra­wił, że się zatrzy­ma­łam. Przede mną gór­ski stok cią­gnął się w dół niczym dywan zie­leni, pod­kre­ślo­nej przez blask poranka bar­wiący chmury na różowo i złoto. Same góry były lekko ośnie­żone, choć na błę­kit­nym skle­pie­niu nie było już śladu zagro­że­nia. W oddali falo­wało morze, wielka bestia pokryta taflami kry lodo­wej.

Ruszy­łam lek­kim kro­kiem, pod­nie­siona na duchu. Ponie­waż zawsze lubi­łam pracę w tere­nie, poczu­łam zna­jomy przy­pływ eks­cy­ta­cji, gdy kon­tem­plo­wa­łam rze­czony teren: przede mną leżało nie­opi­sane tery­to­rium naukowe, a ja byłam jedy­nym odkrywcą w pro­mie­niu wielu mil. To wła­śnie w takich chwi­lach od nowa zako­chuję się w swo­jej pro­fe­sji.

Cień drep­tał u mojego boku w górę stoku, obwą­chu­jąc grzyby albo top­nie­jący śnieg. Owce łypały na mnie z cha­rak­te­ry­stycz­nym nie­po­ko­jem, ale pozba­wio­nym cie­ka­wo­ści. Na widok psa zapa­no­wało wśród nich lek­kie poru­sze­nie, lecz on minął je, bar­dziej zain­te­re­so­wany węsze­niem niż weł­nia­nymi gła­zami, które znał ze swo­ich rewi­rów wokół Cam­bridge, a owce szybko go zigno­ro­wały.

Wkrótce oto­czył mnie las. Nie wszyst­kie drzewa były kar­ło­wate, a miej­scami two­rzyły nawet gęstą, ciemną kopułę nad wąską ścieżką.

Więk­szość ranka spę­dzi­łam na bada­niu obrzeży, wcho­dząc w gęstwinę i wycho­dząc z niej. Zauwa­ży­łam kręgi grzy­bów, nie­zwy­kłe wzory utwo­rzone przez mchy, zagłę­bie­nia gruntu, w któ­rych kwiaty rosły gęsto, i miej­sca, gdzie zmie­niały się kolory, a drzewa wyda­wały się ciem­niej­sze i bar­dziej chro­po­wate, zupeł­nie jakby piły coś innego niż wodę. Z małej niecki oto­czo­nej nie­rów­nym tere­nem uno­siła się dziwna mgła. Gdy pode­szłam bli­żej, zoba­czy­łam, że to gorące źró­dło. Nad nim na skal­nej półce stało kilka drew­nia­nych figu­rek, część poro­śnię­tych mchem. Dostrze­głam rów­nież mały sto­sik cze­goś, co roz­po­zna­łam jako kar­melki, słono-słod­kie cukierki z Ljo­sland, które tak lubili nie­któ­rzy mary­na­rze.

Po zro­bie­niu zdjęć zanu­rzy­łam dłoń w źró­dełku. Było przy­jem­nie cie­płe. W mojej gło­wie zro­dziła się pokusa, bo nie kąpa­łam się porząd­nie, odkąd opu­ści­łam Cam­bridge, i sól podróży czu­łam na sobie niczym drugą skórę. Szybko jed­nak ode­pchnę­łam tę myśl; nie powin­nam hasać roze­brana w nie­zna­jo­mej oko­licy.

Nagle z lasu za mną dobiegł cichy dźwięk, rodzaj bęb­nie­nia, jakby z kona­rów kapała woda. Natych­miast sta­łam się czujna, ale nie oka­za­łam tego po sobie. Cień uniósł łeb znad źró­dełka i zaczął węszyć. Wie­dział, czego się od niego ocze­kuje. Usiadł i obser­wo­wał mnie.

Nie­któ­rzy ludzie myślą, że Ludek zapo­wiada się dzwon­kami albo pie­śnią, ale fak­tem jest, że ni­gdy ich nie sły­chać, jeśli nie chcą być usły­szani. Gdyby zbli­żało się do was jakieś zwie­rzę, praw­do­po­dob­nie dotarłby do waszych uszu sze­lest liści albo trza­ska­nie gałą­zek. Jeśli pod­cho­dzi do was faerie, może­cie nie usły­szeć nic albo jedy­nie naj­sub­tel­niej­sze waria­cje odgło­sów natury. Opa­no­wa­nie nie­zbęd­nych umie­jęt­no­ści obser­wa­cji wymaga lat szko­le­nia.

Pogoda na­dal była dobra. Uda­jąc znu­żoną wędrow­niczkę, która podzi­wia widoki, co nie wyma­gało ode mnie dużego wysiłku, powio­dłam wzro­kiem wzdłuż skraju lasu. Nie zdzi­wi­łam się, kiedy nie dostrze­głam śladu obser­wa­tora, nie licząc zasko­czo­nej, popi­sku­ją­cej wie­wiórki i pta­ków kre­ślą­cych na nie­bie runiczne znaki.

Nie wycho­dząc z roli, zzu­łam buty i zanu­rzy­łam stopy w cie­płej wodzie. Przez chwilę prze­glą­da­łam w myślach kata­log alpej­skich skrza­tów, zwłasz­cza tych, które miesz­kają w pobliżu źró­deł, oraz wzorce ich zacho­wań.

Się­gnę­łam do ple­caka, w któ­rym trzy­mam różne dro­bia­zgi zgro­ma­dzone przez lata. Tylko co teraz wybrać? Nie­które dary są dobrze przyj­mo­wane przez wróżki w wielu regio­nach, inne sta­no­wią obrazę. Wiem o fran­cu­skim dria­do­logu, który został dopro­wa­dzony do sza­leń­stwa przez obiekty swo­ich badań, kiedy dał im w pre­zen­cie boche­nek chleba, a ten szybko zaczął ple­śnieć (choć badacz o tym nie wie­dział). Ich zło­śli­wość wyni­ka­jąca z obrazy jest nie­mal rów­nie powszechna jak kapry­śność.

Zde­cy­do­wa­łam się na małe por­ce­la­nowe pudełko z wybo­rem turec­kich sma­ko­ły­ków. Gusty Ludku są bar­dzo różne, ale ja znam tylko jeden odno­to­wany przy­pa­dek, kiedy dar w postaci sło­dy­czy został źle przy­jęty. Umie­ści­łam pude­łeczko na półce skal­nej i doło­ży­łam do niego jeden z moich nie­licz­nych klej­no­tów - dia­ment z naszyj­nika, który odzie­dzi­czy­łam po babci. Takie pre­zenty rezer­wuję tylko na oka­zje szcze­gólne: nie­które pospo­lite faerie pożą­dają klej­no­tów, inne nie wie­dzą, co z nimi robić.

Zaczę­łam nucić pio­senkę.

Są nocą i są dniem,

Są wia­trem i są liściem.

Kładą śnieg na dachach i szron na pode­ście.

Zbie­rają ślady stóp i niosą je na ple­cach.

Jaki dar jest więk­szy niż ich przy­jaźń?

Jakie ostrze tnie głę­biej niż ich wro­gość?

Moje tłu­ma­cze­nie jest nie­po­radne; nie mam ucha do poezji. Śpie­wa­łam w języku, w któ­rym napi­sano pio­senkę, a który pro­za­iczni uczeni nazy­wają po pro­stu fae. Jest to roz­wle­kła, zawo­alo­wana mowa, tak że wypo­wie­dze­nie tego samego zda­nia trwa dwa razy dłu­żej niż po angiel­sku, z wie­loma sprzecz­nymi regu­łami, lecz nie ma w świe­cie śmier­tel­ni­ków pięk­niej­szego języka. Jakimś dziw­nym tra­fem - który budzi dużą kon­ster­na­cję wśród zwo­len­ni­ków Teo­rii Tysiąca Wysp5 - Ludek mówi takim samym języ­kiem w każ­dym kraju i regio­nie, który zamiesz­kuje, i choć akcenty oraz idiomy się róż­nią, dia­lekty ni­gdy nie są tak odmienne, by utrud­niały wza­jemne zro­zu­mie­nie.

Dwa razy zaśpie­wa­łam pio­senkę, któ­rej nauczy­łam się od pew­nego hob­go­blina z Somer­set, i pozwo­li­łam, by mój głos zlał się z wia­trem. Doko­na­łam sto­sow­nej pre­zen­ta­cji, więc wło­ży­łam buty i ode­szłam.

21 października, wieczór

Cień i ja zosta­wi­li­śmy Karr?arskogur za sobą i skie­ro­wa­li­śmy się w stronę gór nie­równą drogą wijącą się na pół­noc od wio­ski. Zapewne był to szlak uży­wany przez hodow­ców owiec, a ja podą­ża­łam nim aż do jego końca. Posta­no­wi­łam iść jesz­cze dalej, choć grunt miej­scami sta­wał się grzą­ski od top­nie­ją­cego śniegu. W końcu moja deter­mi­na­cja została nagro­dzona, kiedy wspię­łam się na wierz­cho­łek jed­nego z niż­szych wznie­sień.

Widok w dużej czę­ści zasła­niało następne, dużo wyż­sze pasmo, poszar­pane, wyra­sta­jące z zie­lo­nej ziemi i okryte lodową szatą. Ljo­sland jest labi­ryn­tem gór, fior­dów, lodow­ców i wszel­kiego rodzaju ostrych for­ma­cji wro­gich czło­wie­kowi. Mię­dzy szczy­tami teren opa­dał zapewne w stronę dolin, peł­nych roz­pa­dlin i zasła­nych gła­zami.

Zatrzy­ma­łam się na wierz­chołku, żeby przez chwilę napa­wać się swoim osią­gnię­ciem, a potem poczy­nić wpis w dzien­niku. Ludek nie trzyma się wyłącz­nie lasów, a ja wiem z kore­spon­den­cji z Kry­stja­nem, że wielu Ljo­sland­czy­ków uważa wul­ka­niczne skały zna­czące tutej­szy kra­jo­braz za drzwi do kró­le­stwa wró­żek i elfów. Zwró­ci­łam uwagę na naj­więk­szy głaz oraz inne, które wzbu­dziły moje zain­te­re­so­wa­nie z wielu powo­dów, na przy­kład wyszczer­bio­nych szczy­tów czy wiele mówią­cych śla­dów obec­no­ści pły­ną­cej wody lub grzy­bów.

Dzień się koń­czył. Byłam ubło­cona, zmar­z­nięta i bar­dzo szczę­śliwa. Wyty­czy­łam gra­nice, w któ­rych mia­łam pro­wa­dzić bada­nia, i nawią­za­łam kon­takt z co naj­mniej jedną pospo­litą wróżką. Oczy­wi­ście było moż­liwe, że skrzaty z Ljo­sland żywiły się wyłącz­nie solą mor­ską oraz liśćmi i widok klej­no­tów uwa­żały za rów­nie obraź­liwy jak żelaza, i że z całych sił nie­na­wi­dziły muzyki. Uzna­łam jed­nak, że to mało praw­do­po­dobne i, co wię­cej, że mają one wiele cech wspól­nych z Lud­kiem innych pół­noc­nych krain, na przy­kład Alver, gór­skiego regionu Nor­we­gii. Bam­bleby był w tej kwe­stii scep­tyczny. Cóż, zoba­czymy, które z nas ma rację.

Chęt­nie wymó­wi­ła­bym się od wizyty w gospo­dzie, ale wędrówka spra­wiła, że bar­dzo zgłod­nia­łam. Moje zado­wo­le­nie tro­chę przy­ga­sło, kiedy skie­ro­wa­łam kroki ku wio­sce.

Gospoda była dobrze usy­tu­owana w cen­trum wsi, choć ta ostat­nia kwe­stia wyda­wała się dys­ku­syjna, zwa­żyw­szy na bez­ładny cha­rak­ter Hrafn­svik: nie­upo­rząd­ko­wa­nego sku­pi­ska domów i szop. Na zewnątrz zebrała się grupka palą­cych męż­czyzn. Wśród nich zoba­czy­łam Kry­stjana i Finna.

- Voila! - ode­zwał się star­szy Egil­son, co wywo­łało śmiech jego towa­rzy­szy. - Dobry wie­czór, pro­fe­sor Wilde. Była pani dzi­siaj na polo­wa­niu? Gdzie siatka na motyle?

Jesz­cze wię­cej śmie­chu. Finn posłał ojcu posępne spoj­rze­nie. Do mnie się uśmiech­nął i skie­ro­wał do drzwi.

Wyda­wało się, że w gospo­dzie stło­czyła się cała wio­ska. Dzieci sza­lały po całej izbie, kar­cone bez prze­ko­na­nia, pod­czas gdy starsi zgro­ma­dzili się wokół ogrom­nego kominka. Było tu przy­tul­nie, jak we wszyst­kich tego rodzaju przy­byt­kach od Anglii po Rosję: pół­mrok i blask ognia, tłok i kuchenne zapa­chy, sufit pod­trzy­my­wany przez belki, które wyglą­dały na zro­bione z drewna wyrzu­co­nego na brzeg. W miej­scu nad barem, gdzie na kon­ty­nen­cie można zoba­czyć jele­nie rogi, wisiała ogromna szczęka wie­lo­ryba.

Finn zaczął obcho­dzić izbę i mnie przed­sta­wiać, co oka­zało się łatwym zada­niem, bo więk­szość obec­nych prze­rwała roz­mowy i odwró­ciła głowy w chwili, gdy weszłam. Nie­ocze­ki­wa­nie byłam wdzięczna za obec­ność Finna; nie­na­wi­dzę pod­cho­dze­nia do obcych, nawet jeśli nie ma mię­dzy nami bariery języ­ko­wej. Oczy­wi­ście przez ostatni rok nauczy­łam się tro­chę ljo­slandz­kiego, ale jedy­nie na tyle, na ile się dało bez pomocy rodzi­mego użyt­kow­nika języka.

- To Lilja Joha­nas­dot­tir - powie­dział Finn. - Nasza drwalka. Za domem ma alfur­rokk, drzwi do świata faerie. Widziano, jak wycho­dzą z nich kra­snale.

Dziew­czyna uśmiech­nęła się do mnie. Miała sze­ro­kie ramiona, okrą­głe, czer­wone policzki i kaskadę lnia­nych wło­sów. Była piękna.

- Miło panią poznać, pani pro­fe­sor.

Wymie­ni­ły­śmy uścisk dłoni. Jej ręce były duże, pokryte nie­zli­czo­nymi odci­skami. Zapy­ta­łam ją, gdzie mieszka, żebym mogła zba­dać to miej­sce. Drwalka wyglą­dała na zasko­czoną.

- Aud nie będzie miała nic prze­ciwko temu, tak myślę - ode­zwał się pośpiesz­nie Finn.

Zdzi­wi­łam się.

- Chyba nie ma powodu, żeby się sprze­ci­wiać? - zapy­tał.

- Wszystko w porządku, Fin­nie - zapew­niła go Lilja. - Chęt­nie powi­tam panią w moim domu, pani pro­fe­sor.

Rów­nie powścią­gli­wie zacho­wało się kil­koro innych miesz­kań­ców wsi, choć w każ­dym wypadku Finn, uśmiech­nięty i uprzejmy, łago­dził sytu­ację. Przy­szło mi na myśl, że miej­scowi nie w pełni rozu­mieją cel mojej wizyty, choć było jasne, że Kry­stjan nie ukry­wał szcze­gó­łów naszej kore­spon­den­cji.

W końcu dotar­li­śmy do sto­lika go?i. Aud Hal­las­dot­tir prze­rwała roz­mowę z dwiema kobie­tami o suro­wym wyglą­dzie i uśmiech­nęła się do mnie. Rap­tem zna­la­złam się w jej cia­snych obję­ciach. Po chwili Aud się odsu­nęła, na­dal trzy­ma­jąc dło­nie na moich ramio­nach, i oznaj­miła, że będę jadać u nich kola­cje o dogod­nej dla mnie porze. Zgo­dzi­łam się i doda­łam, że Finn wspo­mniał mi o jej wie­dzy na temat Ukry­tych. Z góry wyra­zi­łam wdzięcz­ność za wszel­kie infor­ma­cje, któ­rymi mogłaby się ze mną podzie­lić.

Uśmiech zamarł na twa­rzy Finna, a Aud zmru­żyła oczy. Była niską, tęgą kobietą z dwiema głę­bo­kimi zmarszcz­kami na czole - jedyną widoczną oznaką wieku. Mia­łam tylko chwilę, żeby się zasta­no­wić, gdzie popeł­ni­łam błąd, bo go?i ski­nęła głową i powie­działa:

- Oczy­wi­ście, pro­fe­sor Wilde. Pro­szę usiąść i pozwo­lić, żeby mój mąż panią obsłu­żył. Robi dosko­nałe grzane wino. Musi pani zabrać butelkę ze sobą do domu. Byłam w cha­cie Kry­stjana i wiem, jakie tam są prze­ciągi.

Uprzej­mie odpo­wie­dzia­łam, że jest bar­dzo miła, ale upar­łam się, że będę pła­cić za posiłki. Z zasady sta­ram się nie przyj­mo­wać tego rodzaju pre­zen­tów od miej­sco­wych, kiedy pro­wa­dzę bada­nia tere­nowe, ponie­waż wolę uni­kać stron­ni­czo­ści. Każda wio­ska ma swoje skan­dale zwią­zane z Lud­kiem, tajem­ni­cze ciąże i tym podobne histo­rie, a moim zada­niem jako uczo­nej jest nie cen­zu­ro­wa­nie, lecz decy­do­wa­nie na pod­sta­wie nauko­wej war­to­ści, które rela­cje włą­czyć do swo­ich prac. Oczy­wi­ście bez nazwisk.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Oczy­wi­ście ist­nieją dokładne kom­pen­dia obej­mu­jące poszcze­gólne regiony, na przy­kład: Prze­wod­nik po rosyj­skim folk­lo­rze Vla­di­mira Foleya albo Żela­zna droga: dzien­nik podróży kole­jo­wej przez inne kra­iny Win­der­mere Scott, ale jest to rela­cja z jej wojaży, z natury bar­dzo wybiór­cza (Scott osła­bia swoją wia­ry­god­ność, dołą­cza­jąc nie­do­rzeczne opisy spo­tkań z duchami). [wróć]

2. Eseje o meta­folk­lo­rze Esther May Hal­li­well zawie­rają prze­gląd tego, jak ewo­lu­ował nasz spo­sób myśle­nia w tej kwe­stii: od scep­ty­cy­zmu Oświe­ce­nia, kiedy to opo­wie­ści o wróż­kach były dla zro­zu­mie­nia Ludku uwa­żane za dru­go­rzędne - jeśli nie cał­ko­wi­cie nie­istotne - wobec empi­rycz­nych dowo­dów, po współ­cze­sne sta­no­wi­sko, że te histo­rie są ele­men­tarne dla faerie). [wróć]

3. Oczy­wi­ście odno­szę się tutaj do teo­rii Wil­sona Bly­the'a, powszech­nie akcep­to­wa­nej przez dria­do­lo­gów i czę­sto okre­śla­nej jako bly­thiań­ska szkoła myśli. Napi­sano na jej temat liczne prze­wod­niki, ale zasad­ni­czo Bly­the uważa Ludek za ele­ment świata natury, który zyskał świa­do­mość dzięki nie­zna­nym pro­ce­som. Według bly­thiań­skiej teo­rii są oni zwią­zani ze swoim śro­do­wi­skiem w taki spo­sób, że ludzie mogą mieć jedy­nie nadzieję, że go zro­zu­mieją. [wróć]

4. Kamie­nie faerie można zna­leźć w wielu regio­nach, naj­wię­cej jed­nak jest ich w Korn­wa­lii i na wyspie Man. Są nie­po­zorne z wyglądu i trudne do roz­po­zna­nia dla nie­wpraw­nego oka, a ich naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­styczną cechą jest ide­alna okrą­głość. Wydaje się, że pier­wot­nie gro­ma­dzono je jako uroki do póź­niej­szego użytku lub jako poda­runki. Prze­wod­nik po elfic­kich kamie­niach w Euro­pie Zachod­niej Danielle de Grey z 1850 roku jest uzna­nym źró­dłem. (Zdaję sobie sprawę, że wielu dzi­siej­szych dria­do­lo­gów pomija bada­nia de Grey ze względu na zwią­zane z nią liczne skan­dale, ale jaką­kol­wiek osobą by ona nie była, uwa­żam ją za skru­pu­latną uczoną). Kamień faerie z pęk­nię­ciem jest nie­groźny. Kamie­nia nie­tknię­tego nie powinno się doty­kać i należy zawia­do­mić o nim ICAD, Mię­dzy­na­ro­dową Radę Arka­no­lo­gów i Dria­do­lo­gów. [wróć]

5. Teo­ria ta zakłada, że każde kró­le­stwo wró­żek ist­nieje na oddziel­nej fizycz­nej płasz­czyź­nie. Faerie mogą przy rzad­kich oka­zjach podró­żo­wać z jed­nego kró­le­stwa do dru­giego, ale inni uczeni twier­dzą, że histo­rycz­nie mają one ze sobą nie­wiele wspól­nego. Ja sama uwa­żam tę hipo­tezę za non­sens, ale jest ona na­dal popu­larna wśród star­szego poko­le­nia dria­do­lo­gów, któ­rzy są sze­fami wydzia­łów i piszą pod­ręcz­niki gęsto nafa­sze­ro­wane odno­śni­kami, dla­tego praw­do­po­dob­nie będzie nam ona towa­rzy­szyć jesz­cze przez jakiś czas. [wróć]