14 września 1910
14 września 1910
Stopa nie zmieściłaby się w teczce, więc owinęłam ją w płótno i wcisnęłam do starego chlebaka, który czasami biorę ze sobą na wyprawy. O dziwo - albo i nie, skoro należy do jakiegoś faerie - nie jest brudna
ani cuchnąca. Oczywiście od dawna zmumifikowana, więc przypadkowy
obserwator mógłby ją wziąć za stopę kozią - mało prawdopodobną ofiarę
wydobytą z grobowca starożytnego faraona. Nie wydziela nieprzyjemnego
zapachu; od czasu do czasu wyczuwam jedynie woń kwiatów polnych i ściętej trawy niesioną lekkim podmuchem, którego źródła nie potrafię
odnaleźć.
Spojrzałam na wypchany plecak i poczułam się idiotycznie. Wierzcie mi,
kiedy mówię, że wolałabym nie nosić ze sobą stopy po kampusie. Lecz
faerie, zmumifikowane czy nie, są znane z tego, że wymykają się
cichaczem, gdy przyjdzie im na to ochota, a ja mogę tylko przypuszczać,
że akurat ta część ciała ma szczególne zamiłowanie do włóczęgi. Będę
musiała trzymać ją przy sobie, dopóki jej przydatność się nie skończy.
Dobry Boże!
Ciche uderzenia dziadkowego zegara uświadomiły mi, że spóźnię się na
śniadanie z Wendellem. Wiem z doświadczenia, że jeśli nie zjawię się w umówionym miejscu, on sam przyniesie mi posiłek, i to w takiej ilości,
że cały wydział poczuje zapach jajek, a potem przez resztę dnia będę
musiała znosić uwagi profesora Thornthwaite'a na temat jego delikatnego
żołądka.
Poświęciłam jeszcze chwilę na upięcie włosów; za bardzo mi urosły przez
kilka ostatnich tygodni, kiedy nie mogłam myśleć o niczym innym niż
tylko o temacie moich badań. A kwestia drzwi Wendella pochłaniała mnie
bardziej niż inne zagadki naukowe, więc jak zwykle obsesyjnie się jej
poświęciłam. Fryzura nie była zresztą jedynym elementem mojego wyglądu,
który ostatnio zaniedbałam. Moja brązowa suknia jest wymięta i nie
jestem też całkiem przekonana, czy aby na pewno jest czysta. Znalazłam
ją na dnie szafy pośród innych części garderoby, również wątpliwej
świeżości.
- Chodź, kochanie - powiedziałam do Cienia.
Pies, ziewając, dźwignął się z legowiska przy grzejniku olejowym i rozprostował potężne łapy. Zatrzymałam się na chwilę w progu, żeby z satysfakcją rozejrzeć się po gabinecie. Kiedy ostatnio dostałam stały
etat wykładowczyni, odziedziczyłam dużo przestronniejszy pokój, troje
drzwi od Wendella (on naturalnie nie omieszkał poskarżyć się na te
dodatkowe sześć metrów dzielącej nas odległości). Do masy spadkowej
należał również stary zegar, grube adamaszkowe zasłony w oknie
wychodzącym na staw Knight College - obecnie pełen łabędzi - i okazałe
mahoniowe biurko z szufladami wyłożonymi czarnym aksamitem. Oczywiście
do wystroju dodałam regały na książki i drabinkę, żeby dosięgnąć
woluminów z najwyższych półek, a Wendell uparł się, żeby zagracić
pomieszczenie dwiema fotografiami z Hrafnsvik, których wcześniej nie
widziałam. Jedna przedstawiała mnie w ośnieżonym ogrodzie z Lilją i Margret, druga - wiejską scenę. Do tego wszystkiego doszedł wazon z suchymi kwiatami, które nigdy nie traciły zapachu, i świeżo oprawiony
obraz Cienia zamówiony przez Wendella na moje dwudzieste ósme urodziny.
No dobrze, nie mogę narzekać. Mój ulubieniec wygląda na nim bardzo
przyjaźnie.
Minęłam kilkoro studentów zagłębionych w fotelach w ogólnodostępnej sali
wydziału driadologii, mieszczącej się za biurami i szczycącej się
kominkiem - nierozpalonym w ten ciepły wrześniowy dzień - oraz rzędem
wysokich okien z półksiężycami z witrażowego szkła u góry, wychodzących
na wspaniałą gotycką Bibliotekę Medyczną, której bliskość stanowiła
źródło niezliczonych kąśliwych uwag na temat podatności driadologów na
dziwne obrażenia. W jednym rogu pomieszczenia stoi urna z brązu
wypełniona solą - kampusowe legendy głoszą, że wszystko zaczęło się jako
żart, ale wielu studentów o ziemistej cerze przychodziło tutaj po
pierwszym wykładzie o strzygach, żeby napychać sobie kieszenie
zawartością naczynia. Nie żeby było się czego bać, gdyż zwykle Ludek nie
zapuszcza się na wydział, by podsłuchiwać, co my, śmiertelnicy, o nich
mówimy. Z wyjątkiem Wendella. Po grubych dywanach należy chodzić
ostrożnie, jako że są nierówne z powodu wsuniętych pod nie monet.
Podobnie jak sól ten zwyczaj prawdopodobnie narodził się jako dowcipna
rozrywka, a nie poważny sposób na odstraszenie Ludku, z czasem jednak
zmienił się w rodzaj rytuału mającego zapewnić szczęście; studenci
wciskają półpensówki w deski podłogi przed egzaminem albo przed obroną
pracy. (Mniej przesądni młodzi naukowcy byli znani z tego, że zgarniali
te skromne łupy, żeby wydać je w pubach).
Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, Cień zaszczekał uszczęśliwiony - zwykle
jest bardzo cichy - i popędził na zalany słońcem trawnik, żeby tam
węszyć w poszukiwaniu ślimaków i innych jadalnych rzeczy.
Podążyłam za nim bardziej statecznym krokiem, rozkoszując się ciepłem
słońca na twarzy i trochę chłodnym wiatrem, który zapowiadał nadejście
jesieni. Tuż za głównym budynkiem wydziału wznosi się opleciona
bluszczem Biblioteka Driadologii, przed którą znajduje się rozległy
teren porośnięty cisami i wierzbami, znanymi w tej części Brytanii jako
drzewa uwielbiane przez faerie. Kilkoro studentów drzemało na trawie pod
największym z nich - ogromną wierzbą siwą, uważaną (obawiam się, że
mylnie) za dom pogrążonego we śnie skrzata, który pewnego dnia obudzi
się i napełni złotem kieszenie najbliższego śpiocha.
Ogarnęło mnie przyjemne wrażenie braterstwa, kiedy wchodziłam w cień
biblioteki. Już słyszę, jak Wendell drwi ze mnie za uczucie zażyłości z budynkiem, lecz ja się tym nie przejmuję. Nie ma zwyczaju czytać moich
osobistych dzienników, ale lubi się ze mną droczyć, wyśmiewając
kronikarski nawyk, którego nabrałam po tym, jak opuściliśmy Ljosland.
Najwyraźniej nie potrafię się go wyzbyć. Uważam, że pomaga mi
uporządkować myśli.
Skręcając za róg biblioteki, nadal się w nią wpatrywałam. Jak się
okazało, nierozsądnie, ponieważ z takim impetem zderzyłam się z człowiekiem idącym w przeciwnym kierunku, że omal nie upadłam.
- Przepraszam...
Mężczyzna zbył mnie, niegrzecznie machając dłonią. Trzymał w rękach
mnóstwo wstążek, które najwyraźniej ze sobą wiązał.
- Ma ich pani więcej? - zapytał. - Te nie wystarczą.
- Obawiam się, że nie - odpowiedziałam ostrożnie.
Mężczyzna był ubrany osobliwie jak na tę pogodę: w długi płaszcz obszyty
futrem i ogromne buty sięgające do kolan. Wokół szyi miał wielokrotnie
okręcony łańcuch ze wstążek, a jeszcze więcej wylewało mu się ich z kieszeni. Stanowiły wielce eklektyczny zbiór, różniły się zarówno
kolorami, jak i rozmiarami. Przez te barwne paski tkaniny i pokaźny
wzrost nieznajomy wyglądał jak słup majowy, któremu nadano ludzką
postać. Był w średnim wieku, miał brązowe włosy o jeden lub dwa odcienie
jaśniejsze od skóry, jakby wyblakłe od słońca, i zaniedbaną siwą brodę.
- Nie wystarczą do czego? - zapytałam.
Mężczyzna posłał mi zaskakująco gniewne spojrzenie. Było w nim coś
znajomego, choć miałam pewność, że nigdy wcześniej go nie spotkałam. Po
karku przebiegł mi dreszcz, jakby musnęły mnie zimne palce.
- Ta ścieżka jest odwieczna - powiedział dziwny osobnik. - Ale nie wolno
zasnąć... Ja popełniłem ten błąd. Skręć w lewo przy duchach z popiołem na
włosach, potem w lewo przy drzewie zimozielonym i idź dalej prosto przez
dolinę, gdzie umrze mój brat. Jeśli zgubisz drogę, stracisz tylko
siebie, ale jeśli zgubisz ścieżkę, stracisz wszystko, co miałeś, choć o tym nie wiedziałeś.
Wytrzeszczyłam oczy. Mężczyzna spojrzał na wstążki z taką miną, jakby
stracił już zainteresowanie moją osobą, i ruszył dalej przed siebie.
Oczywiście obejrzałam się, żeby zobaczyć, w którą stronę poszedł, i nie
byłam zbytnio zaskoczona, kiedy stwierdziłam, że zniknął.
- Hm... - mruknęłam. - Co o tym sądzisz, kochanie?
Cień wcześniej nie interesował się nieznajomym, a teraz łypał na sójkę,
która sfrunęła na trawnik po robaka. Wyrzuciłam z głowy to osobliwe
spotkanie i wkroczyłam na zielone tereny kampusu.
Ulubiona kawiarnia Wendella znajduje się na brzegu rzeki Cam przy moście
Pendleigh. Dzieli ją od naszego wydziału piętnaście minut spacerem i gdyby to ode mnie zależało, jadalibyśmy w miejscu dogodniej położonym,
lecz Wendell jest bardzo wymagający w kwestii śniadań, i twierdzi, że
Archimedes Café - przylegająca do wydziału matematyki - jest jedynym
znanym mu lokalem, w którym we właściwy sposób przyrządza się jajka w koszulce.
Jak zwykle Wendella łatwo było zauważyć. Jego złote włosy przyciągały
wzrok niczym latarnia morska i lśniły przeczesywane wiatrem. Siedział
przy naszym stoliku pod wiśnią, przyjąwszy niedbałą pozę z łokciem
opartym na blacie i czołem spoczywającym na dłoni. Pohamowałam uśmiech.
- Dzień dobry - rzuciłam wesołym tonem, nie zadając sobie trudu, żeby
ukryć zadowolenie w głosie. Wybrałam odpowiedni moment, bo niedawno
przyniesiono dania; bekon i jajka parowały, podobnie jak kawa w filiżance.
- Droga Emily - przywitał mnie Wendell, kiedy usiadłam, ale nie raczył
podnieść głowy, tylko uśmiechnął się do mnie z ukosa. - Wyglądasz,
jakbyś przyszła prosto z walki zapaśniczej z jedną z twoich książek.
Mogę spytać, kto wygrał?
Zignorowałam go i powiedziałam:
- Po drodze przydarzyło mi się coś dziwnego. - I opisałam mu spotkanie z tajemniczym mężczyzną z wstążkami.
- Może moja macocha w końcu postanowiła nasłać na mnie asasynów. - W jego głosie pobrzmiewała głównie pogarda, jakby wynajmowanie zabójców
wyszło już z mody.
Oczywiście nie kłopotałam się wyjaśnieniem, że nieznajomy nawet o nim
nie wspomniał, bo wiedziałam, że Wendell i tak puści moje słowa mimo
uszu. Ograniczyłam się jedynie do uwagi:
- Nie wydawał się groźny.
- Może był trucicielem. Większość trucicieli to dziwaczne, irytujące
osobniki z wielkim upodobaniem do mówienia zagadkami. Pewnie wszystko
przez to ślęczenie nad odczynnikami i wdychanie oparów. - Posępnym
wzrokiem zmierzył swoją kawę, wsypał do niej kolejną łyżeczkę cukru i wychylił napój jednym haustem.
Ja napełniłam talerz jajkami i kiełbaskami i postawiłam go pod stołem,
gdzie sprytnie usadowił się Cień. Potem niedbale przewiesiłam chlebak
przez oparcie krzesła. Wendell nadal nie zwracał uwagi na wielkiej mocy
artefakt faerie, który przyniosłam ze sobą na śniadanie. - Czujesz ten
zapach? - spytałam niewinnie, kiedy znowu wychwyciłam aromat kwiatów
polnych dochodzący z nieokreślonego kierunku.
- Zapach? - Wendell podrapał Cienia za uszami. - Testujesz jakieś
perfumy? Jeśli tak, obawiam się, że zamaskowała je twoja codzienna woń
atramentu i bibliotek.
- Nie miałam na myśli siebie - wyjaśniłam trochę za głośno.
- W takim razie co? Moje zmysły są całkiem stępione przez ten przeklęty
ból głowy.
- Nie sądzę, żeby to było powodem - stwierdziłam z rozbawieniem. Lekkim.
Naprawdę wyglądał jak śmierć. Zwykle zdrowa skóra miała teraz szarawe
zabarwienie, pod ciemnymi oczami widniały sińce. Wendell coś wymamrotał,
masując skronie i mierzwiąc złote loki opadające mu na czoło.
Powściągnęłam znajomy impuls, żeby je odgarnąć.
- Muszę wyznać, że nigdy nie rozumiałam tego corocznego rytuału wlewania
w siebie trucizny - powiedziałam. - Co w tym atrakcyjnego? Czy urodziny
nie powinny być radosną okazją?
- Sądzę, że śmiertelnicy chcą zapomnieć o nieuchronnie zbliżającej się
śmierci. Mnie po prostu trochę poniosło... Cholerny Byers i jego pijackie
zawody. Potem jeszcze przyniesiono tort... A może dwa? W każdym razie
nigdy więcej.
Uśmiechnęłam się. Mimo że Wendell ma w zwyczaju narzekać na zmęczenie,
obolałe stopy i miriady innych dolegliwości - na ogół gdy czekała go
ciężka praca - rzadko widuję go naprawdę cierpiącego, więc w pewnym
sensie poczułam satysfakcję.
- Mnie udało się uczcić swoje trzydzieste urodziny, a także trzydzieste
pierwsze w zeszłym miesiącu, bez upijania się do nieprzytomności. To
możliwe.
- Wyszłaś o dziewiątej. Reid, Thornthwaite i reszta świętowaliśmy twoje
urodziny dłużej niż ty sama. Po prostu twoje ekscesy należą do innej
kategorii, Em. - Coś, być może drgnięcie palca stopy faerie, musiało go
w końcu zaalarmować, bo zamglonym wzrokiem łypnął podejrzliwie na mój
chlebak. - Co tam masz? I co znaczy ten uśmieszek? Coś knujesz.
- Nie wiem, o co ci chodzi. - Zacisnęłam usta, żeby ukryć rzeczony
uśmieszek.
- Znowu dałaś się zaczarować? Mam zacząć przygotowania do następnego
ratunku?
Spiorunowałam go wzrokiem. Jeszcze nie uporałam się z żalem, że
wcześniej tego roku uratował mnie w Ljosland z dworu śnieżnego króla, i złożyłam sobie uroczystą przysięgę, że teraz ja go uratuję, kiedy znowu
wpadniemy w kłopoty z faerie. Tak, zdaję sobie sprawę, że to
nielogiczne, bo Wendell musiałby znaleźć się w bardzo nieprzyjemnej
sytuacji, czego najlepiej unikać, ale jestem zdeterminowana i już.
- Jutro wszystko ci wyjaśnię - obiecałam. - Na razie powiedzmy, że
dokonałam przełomu w swoich badaniach. Zamierzam przedstawić ich wyniki.
- Przedstawić wyniki? - Wendell zrobił rozbawioną minę. - Przed
audytorium złożonym z jednej osoby? Nie możesz obejść się bez
wymachiwania wskaźnikiem i plikiem wykresów?
- Audytorium złożonym z dwóch osób - sprostowałam. - Chyba muszę
zaprosić Ariadne, prawda?
- Byłaby zasmucona, gdybyś tego nie zrobiła.
Wbiłam nóż w masło i rozsmarowałam je na grzance zbyt energicznymi
ruchami. Ariadne to najstarsza córka mojego brata. Przyjechała do
Cambridge na letni semestr z ugruntowaną miłością do driadologii, co mój
brat oczywiście dołączył do długiej listy rzeczy, które ma mi za złe.
Zaledwie dziewiętnastoletnia, jest najbystrzejszą studentką, jaką
uczyłam, i imponuje umiejętnością stawiania na swoim, czy chodzi o pomoc
przy badaniach, dodatkowe zajęcia po wykładach, czy o dostęp do działu
biblioteki wydziałowej, w której przechowujemy rzadkie teksty, w tym
połowę zaczarowanych. Obawiam się, że bardziej chodzi o jej zwyczaj
przypominania mi, jak często pisze listy do ojca, niż o siłę perswazji.
Choćbym sobie powtarzała, że opinia Thomasa obchodzi mnie najmniej ze
wszystkiego - jest ode mnie o dwanaście lat starszy i stanowi moje
przeciwieństwo pod każdym względem - nie potrafię odpędzić od siebie
obrazu jego marsowej miny za każdym razem, kiedy bratanica wspomina o ich korespondencji, i ogólnie wolałabym nie dostarczać mu kolejnych
punktów do jego listy.
- Chodzi o moje drzwi? - Wyraz młodzieńczej nadziei ożywił ściągniętą
twarz Wendella.
- Oczywiście. Żałuję jedynie, że tyle czasu zabrało opracowanie
użytecznej teorii. Ale przedstawię ją jutro. Zostało mi jeszcze parę
szczegółów do sprecyzowania, a zresztą ty i tak masz dzisiaj dwa
wykłady.
- Lepiej mi nie przypominaj. - Wendell znowu wsparł czoło na dłoni. -
Kiedy przez nie przebrnę... jeśli przez nie przebrnę, idę do domu i będę
leżał zagrzebany w pościeli, aż to cholerne łupanie w głowie się
skończy.
Przesunęłam w jego stronę miskę owoców. Wyglądało na to, że niewiele
zjadł, co było do niego niepodobne. Wziął jedną pomarańczę, obrał ją, a potem wpatrywał się w nią przez chwilę, po czym ją odłożył.
- Proszę. - Podałam mu grzankę posmarowaną masłem.
Udało mu się wmusić ją w siebie, co chyba uspokoiło jego żołądek i pomogło uporać się z jajkami, które nałożyłam mu na talerz.
- Co ja bym bez ciebie zrobił, Em? - powiedział z westchnieniem.
- Pewnie nadal miotałbyś się po Niemczech w poszukiwaniu swoich drzwi.
Tymczasem ja spałabym spokojniej bez wiszącej mi nad głową propozycji
małżeństwa złożonej przez króla faerie.
- Przestałaby nad tobą wisieć, gdybyś ją przyjęła. - Wendell położył
rękę na mojej dłoni i przesunął kciukiem po kostkach. - Mam napisać esej
na ten temat? Mogę podać długą listę powodów, dla których powinnaś się
zgodzić.
- Wyobrażam sobie. - W górę mojego ramienia powędrował dreszcz. - A co
byłoby na pierwszym miejscu? Że będę przez wieczność mogła cieszyć się
czystymi podłogami, regałami bez odrobiny kurzu i wolnością od ciągłych
napomnień, żebym po sobie sprzątała?
- Och, nie. Na pierwszym miejscu byłoby to, że małżeństwo powstrzymałoby
cię przed zapuszczaniem się w dzicz w poszukiwaniu innych królów faerie,
których byłabyś gotowa poślubić bez sprawdzenia, czy nie są przypadkiem
z lodu.
Sięgnęłam po jego kawę - nie zamierzałam opróżnić filiżanki na jego
kolana, choć nie winiłabym swojej ręki, gdyby przypadkiem zadrżała - ale
on odsunął ją ruchem zbyt szybkim jak na mój ludzki refleks.
- To nie fair - poskarżyłam się, a on tylko się roześmiał.
Nabraliśmy zwyczaju żartowania z jego oświadczyn, choć jest oczywiste,
że Wendell traktuje je bardzo poważnie, o czym zapewniał więcej razy,
niż potrafię zliczyć. Jeśli chodzi o mnie, chciałabym patrzeć na tę całą
sprawę humorystycznie. Naprawdę nie mogłam spać z tego powodu. Mój
żołądek zaciska się w supeł, nawet kiedy piszę te słowa, a na ogół wolę
unikać zastanawiania się nad tym, żeby nie wpaść w panikę. Jak
przypuszczam, chodzi po części o to, że sama myśl o poślubieniu
kogokolwiek sprawia, że mam ochotę wycofać się do najbliższej biblioteki
i ukryć wśród regałów. Małżeństwo zawsze wydawało mi się bezsensowną
rzeczą, w najlepszym razie przeszkodą w pracy, w najgorszym bardzo dużą
przeszkodą w pracy i perspektywą całego życia zmarnowanego na nużące
obowiązki towarzyskie.
Jestem jednak świadoma, że powinnam odmówić Wendellowi już dawno temu,
bo mamienie go nadzieją jest okrutne. A nie chcę być dla niego okrutna.
Ta myśl przyprawia mnie o dziwne i nieprzyjemne doznanie, jakby coś
wyciskało powietrze z moich płuc. Prawda jest jednak taka, że trzeba być
skończoną idiotką, żeby poślubić kogoś z Ludku. Istnieje może garstka
legend, w których taki związek dobrze się kończy, a całe mnóstwo takich,
które kończą się szaleństwem bądź przedwczesną i bardzo nieprzyjemną
śmiercią.
Oczywiście jestem również świadoma, jakie to niedorzeczne, że oświadczył
mi się monarcha faerie.
- Daj mi chociaż jakąś wskazówkę - poprosił Wendell po kilku minutach,
podczas których byliśmy zajęci tylko jedzeniem.
- Nie, dopóki nie zaczniesz pracy nad tym esejem.
- Doceniam, że nie możesz przestać myśleć o naszym ślubie, ale miałem na
myśli ten twój przełom - wyjaśnił Wendell. - Zawęziłaś liczbę miejsc, w których mogą się znajdować moje drzwi?
- Aha. - Odłożyłam na talerz naleśnik. - Tak. Ale ponieważ moje badania
wskazują na wiele możliwych lokalizacji, ściślejsze byłoby stwierdzenie,
że trafiłam na jedno, które wydaje się szczególnie interesujące. Jak
dobrze znasz osiągnięcia Danielle de Grey?
- De Grey? Niezbyt dobrze. Trochę buntowniczka, zaginęła dekady temu po
wejściu do jakiegoś królestwa faerie. Jej badania chyba zostały
zdyskredytowane, prawda?
- Ona została zdyskredytowana. Aresztowano ją w czterech krajach, z czego najbardziej znana była sprawa kradzieży miecza faerie z posiadłości pewnego francuskiego księcia. Przy okazji zdjęła klątwę
rzuconą na jego ród, za co on nigdy jej nie podziękował. Zawsze
uważałam, że jej prace są wzorcowe. Szkoda, że już się ich nie cytuje.
Kiedyś, na studiach doktoranckich, chciałam to zrobić, ale promotor
zwrócił mi uwagę, że to nie byłoby roztropne.
- Nic dziwnego. Naukowcy to konserwatywne towarzystwo. Wygląda na to, że
z de Grey było zdecydowanie za dużo zabawy.
- Jej pomysły są innowacyjne. Była przekonana, że Ludek z różnych
regionów utrzymuje ze sobą kontakty znacznie bliższe, niż sądzą uczeni.
Wtedy nazywano to teorią szlaków handlowych. De Grey stworzyła również
system klasyfikacji, który nadal byłby użyteczny, gdyby zyskał
akceptację. Kiedy zniknęła, badała pewien gatunek faunów1.
Wendell się skrzywił.
- Nienawidzę faunów. Mieliśmy je w moim królestwie. To złośliwe małe
bestie, i to nie w interesujący sposób. Nie wiem, dlaczego driadolodzy
robią wokół nich tyle zamieszania. I co, do licha, mają one wspólnego z moimi drzwiami?
Nachyliłam się do przodu.
- W twoim królestwie występuje kilka gatunków faunów, prawda?
Wendell westchnął.
- Nie pytaj mnie o ich nazwy, błagam. Chcę mieć z tymi istotami jak
najmniej do czynienia.
Wyjęłam z kieszeni książkę. Naturalnie nie włożyłam niczego więcej do
chlebaka, na wypadek gdyby stopa postanowiła wyskoczyć, kiedy tylko
otworzę klapkę. Odszukałam zaznaczoną stronę i pokazałam mu rycinę.
- Czy on nie wygląda znajomo?
- Ona - z nieobecną miną poprawił mnie Wendell. Rysunek przedstawiał
niewyraźną włochatą istotę z kozimi nogami i kopytami. Wiele faunów
wybiera naprzemiennie chód dwunożny lub przypominający małpie skoki. Z głowy tej istoty wyrastały dwa majestatyczne rogi o ostrych czubkach. -
Tak. Żyją w górach na wschód od mojego dworu.
- De Grey nazwała je drzewnymi faunami nie dlatego, że mieszkają w lasach, ale dlatego, że ich rogi przypominają słoje. To cecha
charakterystyczna dla ich gatunku.
Zabrałam mu książkę, nim zdążył przeczytać podpis pod ilustracją.
Chciałam go zaskoczyć następnego dnia. Wendell chyba się tego domyślił,
bo rzucił z uśmiechem:
- Tylko tyle na razie dostanę, prawda? Opowieść o cieszącej się złą
sławą uczonej i wykład o pospolitych wróżkach? I to ty wciąż mi
zarzucasz, że mam przed tobą tajemnice.
- Jestem pewna, że osoba, która spędziła dziesięć lat na daremnych
poszukiwaniach zwykłych drzwi faerie, może poczekać jeszcze jeden dzień
bez narzekania. - Nie do końca udało mi się stłumić samozadowolenie. -
Podaj mi herbatę.
Wendell napełnił moją filiżankę, a ja zamarłam i wytrzeszczyłam oczy.
- O co chodzi? - zapytał, odstawiając dzbanek.
Wskazałam bez słowa. Płyn w moim naczyniu był ciemnogranatowy, a po jego
powierzchni pływały małe liście lilii wodnej z idealnymi białymi
kwiatami w środku. Przesuwały się po nim cienie, jakby przez osłaniającą
go koronę drzew wpadały tylko najcieńsze promienie słońca.
Wendell zaklął. Sięgnął po filiżankę, ale ja byłam szybsza.
- Czy one rozkwitają? - Na moich oczach otworzył się kolejny kwiat. Jego
płatki zdawały się falować, jakby poruszane wiatrem, choć tego dnia w Cambridge było bezwietrznie. Nie mogłam oderwać od nich oczu.
Dziwaczny napar pachniał bosko, jak herbata i jednocześnie inaczej,
gorzko i kwiatowo. Sięgnęłam po naczynie, żeby skosztować łyk, ale
Wendell nakrył je dłonią i przycisnął do stołu (ta jego irytująca
sztuczka z wykonywaniem ruchów, za którymi nie było w stanie nadążyć
ludzkie oko).
- Nie.
- Trucizna?
- Oczywiście, że nie. To tylko herbata. Zwykle podawana do śniadania na
moim dworze.
- Aha.
Ogólna zasada jest taka, że ludzie powinni unikać spożywania
czegokolwiek, co pochodzi z Faerie, zwłaszcza wina, gdyż po jego wypiciu
człowiek wydaje się nie mieć ludzkich zahamowań. Ten, kto się na nie
skusi, najczęściej tańczy tak długo, aż umrze albo faerie się nim
znudzą, co często oznacza to samo.
- Nie jestem teraz w nastroju do tańca - oświadczyłam. - Dziękuję, że
zepsułeś mi herbatę.
- Oczywiście nie zamierzałem. Ja nie... - Wendell zmarszczył brwi i pokręcił głową.
Wylałam herbatę na trawę, tę z dzbanka, bo moją filiżankę nadal trzymał
Wendell.
- Nigdy wcześniej nie widziałam, żebyś stracił kontrolę nad własną
magią. Myślałeś o domu?
- Nie bardziej niż zwykle. - Wendell wypił łyk herbaty, zamknął oczy i wzruszył ramionami. - Pewnie to jeden ze skutków kaca.
W zamyśleniu zmierzyłam go wzrokiem. Wendell przywołał kelnera i zamówił
świeży dzbanek herbaty. Nasza rozmowa zeszła na znajomy temat
wydziałowej polityki. On zwykle się nią nie interesuje, ale dzięki
umiejętności budzenia u innych zaufania stanowi doskonałe źródło plotek.
Obecnie wszyscy robimy zakłady, jaki będzie rezultat konfliktu między
profesorami Clive'em Erringtonem i Sarah Alami, który rozpoczął się od
postawienia tacy z herbatą w niewłaściwym miejscu w pokoju socjalnym, a przerodził się w oskarżenia o zawodowy sabotaż. Alami jest przekonana,
że Errington stłukł jej szklane lustro z uwięzionym światłem faerie, on
z kolei uważa, że rywalka śledziła go do Wiltshire, żeby zostawić
spleśniałe rogaliki dla skrzatów, które on badał i które jakoby bardzo
się obraziły (z tego powodu).
- Przepraszam.
Odwróciłam się i zobaczyłam młodą studentkę z niepewnym uśmiechem na
rumianej twarzy. - Przepraszam, że przeszkadzam, pani profesor.
Uczęszczam na pani wykłady z driadologii w erze nowożytnej.
- A, tak - bąknęłam, chociaż jej nie rozpoznałam. Na te zajęcia chodzi
ponad setka studentów.
- Pomyśli pani, że to głupie - dziewczyna mocniej przycisnęła książkę do
piersi (jak zauważyłam, była to moja encyklopedia wydana tego lata) -
ale chciałam powiedzieć, jaką jest pani dla mnie inspiracją.
Przyjechałam tutaj, żeby studiować architekturę... to znaczy, moi rodzice
chcieli, żebym ją studiowała. Ale dzięki pani postanowiłam wybrać jako
główny kierunek driadologię, tak jak zawsze tego pragnęłam.
- Cieszę się, że byłam dla pani inspiracją. Lecz ta profesja nie jest
ani łatwa, ani bezpieczna.
- Och, wiem - zapewniła studentka z rozpromienionymi oczami. - Ale ja...
Jej wzrok padł na Wendella, który odchylił krzesło do tyłu i uśmiechał
się do mnie, a ona najwyraźniej zapomniała, o czym mówiła. Z początku
pomyślałam, że rozproszył ją jego wygląd - nic niezwykłego nawet wśród
tych, którzy go znają. Myślę, że gdyby chodziło tylko o urodę, można by
się do niej przyzwyczaić, ale Wendell ma w sobie - nie potrafię znaleźć
lepszego słowa - barwność, której nie sposób zignorować. Jest trudna do
zdefiniowania i być może jest to cecha wszystkich monarchów faerie, nie
wiem. Jednak towarzyszy jej wyrazistość, która przyciąga uwagę.
Dopiero kiedy studentka wróciła spojrzeniem do mnie, zrozumiałam, o co
chodzi. Taki wyraz twarzy widywałam wcześniej u mieszkańców Hrafnsvik.
Poczułam, że moje usta się zaciskają.
Dziewczyna podziękowała mi jeszcze raz i odeszła pośpiesznie. Odwróciłam
się do Wendella, marszcząc brwi.
- Co znowu? - zapytał.
- Plotki o tobie chyba dotarły do Cambridge - stwierdziłam.
Wieśniacy z Hrafnsvik znali jego prawdziwą tożsamość. Nie dało się tego
uniknąć, ale nie martwiliśmy się tym zbytnio. Uznaliśmy, że w tak
odciętym od świata miejscu łatwo będzie utrzymać sekret.
Wendell z zamkniętymi oczami pomasował mostek nosa.
- Jak do tego doszło?
- Nie wiem. Ale to współczesny świat, Wendellu. Szef wydziału ma teraz
telefon w swoim gabinecie. Nie żeby wiedział, jak go używać...
Wendell sięgnął po herbatę, a ja uświadomiłam sobie, że źle
zinterpretowałam jego reakcję. Wcale nie był zaniepokojony, tylko
pochłonięty swoim kacem.
- No cóż.
- No cóż? - powtórzyłam. - Nie wiemy nawet, ilu ludzi usłyszało te
plotki ani ilu w nie uwierzyło. Lepiej potraktujmy sprawę poważnie. Od
tej pory będziesz musiał być ostrożniejszy, mówiąc delikatnie. Nie
zawsze się pilnujesz, a ja nie jestem jedyną spostrzegawczą osobą na tej
planecie. I mam nadzieję, że to ostatni dzbanek herbaty, który
przypadkowo zaczarowałeś.
- Wydział nie uwierzy - stwierdził. - Potrafisz to sobie wyobrazić?
Poczuliby się jak zwyczajni naiwniacy. Wiesz, że zrobiliby wszystko,
żeby tego uniknąć.
- Nie wiem. Masz wielu wrogów. Niektórzy skwapliwie skorzystaliby z okazji, żeby cię szkalować, a plotka, że prowadzisz tutaj jakąś okrutną
grę faerie, żebyśmy wszyscy się ośmieszyli, doskonale nadałaby się do
tego celu. Nie możemy stracić finansowania, Wendellu. Potrzebujemy go,
jeśli chcemy znaleźć twoje drzwi.
- To wszystko wcale nie pomaga na mój ból głowy. - Ujął moją dłoń. - Nie
przejmuj się, to tylko plotki. Można by sądzić, że tobie bardziej zależy
na znalezieniu tych drzwi niż mnie!
- Wątpię, czy to możliwe. - Kto jak nie Wendell wciąż mówi o tęsknocie
za domem. Zabrałam rękę. Wydawało mi się, że jest bardzo gorąca. -
Oczywiście, że obchodzą mnie twoje drzwi. To jedna z najbardziej
interesujących tajemnic, z jakimi zetknęłam się w swojej karierze, i zamierzam ją rozwikłać. Znasz mnie.
Wendell się uśmiechnął.
- O, tak.
Opuścił mnie niedługo potem, mówiąc, że zdrzemnie się godzinę przed
swoim pierwszym wykładem, co może złagodzi ból głowy. Ja zostałam przy
stoliku, żeby dokończyć herbatę i grzankę oraz popracować nad listem do
Lilji i Margret. Prowadzę z nimi regularną korespondencję, podobnie jak
z Aud i - rzadziej - z Thorą. Wyobraziłam sobie, jak Lilja otwiera mój
list przy kominku w małej chacie, którą dzieliła z Margret. Obie bez
wątpienia już szykowały się do zimy w Hrafnsvik.
Nadal wykazują duże zainteresowanie oświadczynami Wendella i za każdym
razem pytają, czy już się zdecydowałam. Odpowiedziałam im ogólnymi
uwagami o nierozważności małżeństwa z faerie, a potem zaczęłam ignorować
ich uporczywe pytania. Tęsknię za nimi i bardzo chciałabym znowu je
zobaczyć. Z Lilją zawsze wyjątkowo dobrze mi się rozmawiało.
Kiedy ruszyłam z powrotem do swojego gabinetu z Cieniem u boku, na
chwilę zapomniałam o troskach. Otaczało mnie coś w rodzaju mgiełki
zadowolenia, odkąd dostałam etat - szczyt mojej akademickiej kariery,
tym bardziej że Cambridge jest jedynym prawdziwym domem, jaki znałam.
Stare budynki wydają mi się teraz bardziej przyjazne, ścieżki pod moimi
stopami - wygodniejsze.
Kiedy tak szłam, myśląc o papierach leżących na biurku, które przydałoby
się przejrzeć, uświadomiłam sobie, co było tak znajomego w spojrzeniu
mężczyzny ze wstążkami. Takie samo widywałam wiele razy u starszych
profesorów, kiedy rzucałam im wyzwanie w kwestiach akademickich. Wyraz
rozczarowania charakterystyczny dla uczonych, i stąd zapewne moje
wrażenie. Przez krótką chwilę czułam się jak studentka, która zapomniała
przeczytać zadaną lekturę.
- Hm - mruknęłam, odtwarzając w pamięci tamto spotkanie i patrząc na nie
pod innym kątem. Nie potrafiłam jednak rozwikłać tej zagadki, więc
odłożyłam ją na później.
14 września, wieczór
14 września, wieczór
Cóż. Nie jestem pewna, od czego zacząć.
Upiorna scena z sali wykładowej wydaje się najbardziej oczywistym
momentem, ale moje myśli pierzchają przed nią niczym ryby przed cieniem
padającym na wodę. Jak Wendell mógł spać po czymś takim, przekracza moją
zdolność pojmowania, ale słyszę go chrapiącego spokojnie w sąsiednim
pokoju. To do niego podobne, żeby więcej uwagi poświęcać kacowi niż
morderczemu atakowi.
Kiedy wróciłam po śniadaniu do swojego gabinetu, Ariadne już na mnie
czekała. Po drodze wstąpiłam do Muzeum Driadologii i Etnofolkloru, żeby
pożyczyć sobie kilka szpilek z ekspozycji. Chciałam wbić je w cholerną
stopę, która zaczęła drgać co kilka sekund. Szpilki były z żelaza i miały główki ze starych pensówek, a zarówno metal, jak i ludzka waluta
są rzeczami znienawidzonymi przez Ludek i dlatego pomagają osłabić
pozostałości czarów w artefaktach. Lecz kuratorka, niejaka doktor
Hensley, posłała mi złowrogie spojrzenie i poinformowała, że tych
eksponatów jest bardzo mało. Nie jesteśmy przyjaciółkami. Doktor Hensley
bardzo się obraziła, kiedy ostatnio spytałam ją, czy mogę pożyczyć pewną
rzecz dla Cienia. Oświadczyła, że "muzeum nie służy jałowym rozrywkom
naukowców". Wtedy moja cierpliwość się wyczerpała, tak że po krótkiej
sprzeczce rozstałyśmy się w niezgodzie. Chyba powinnam się cieszyć, że
nie zostałam przepędzona ścierką do odkurzania.
- Dobrze się czujesz? - zapytała moja bratanica, kiedy wpadłam do
gabinetu, nie tryskając humorem.
Odpowiedziałam twierdząco, lecz ona i tak pobiegła po herbatę, choć za
nią wołałam, że niczego nie potrzebuję.
Ariadne jest bardzo podobna do mojego brata. Ma po nim okrągłą twarz i długi nos z piegami, a po matce orzechowe oczy i jasnobrązową karnację.
W przeciwieństwie jednak do swojego ojca, zdecydowanie małomównego, ma w sobie nadmiar męczącej energii. Nie byłoby to problemem, gdyby tak
często nie plątała mi się pod nogami, samozwańczo mianowawszy się moją
asystentką, której nigdy nie potrzebowałam ani nie chciałam.
- Czy naukowcy o twojej pozycji nie powinni mieć asystentów? - zapytała
kiedyś, patrząc na mnie ze szczerym podziwem.
W odpowiedzi zdołałam jedynie coś wybełkotać, a potem żałowałam, że tak
łatwo połechtać moje ego. Prawda jest taka, że nie zawsze przeszkadza mi
jej obecność.
- Znalazłaś mapy Spenglera? - zapytałam, kiedy wróciła.
Nie podziękowałam za herbatę, do której przyniosła talerz moich
ulubionych ciasteczek. Moja szorstkość nie zgasiła jednak jej
entuzjazmu. Ariadne pośpiesznie wyjęła z teczki skoroszyt z dwiema
starannie złożonymi płachtami pergaminu.
- Dziękuję - mruknęłam niechętnie. Nie spodziewałam się, że tak szybko
znajdzie mapy. - Były na którymś z piwnicznych regałów?
Bratanica pokręciła głową.
- Przeniesiono je do Biblioteki Historycznej, do działu kultur
germańskich. Musiałam porozmawiać z pół tuzinem bibliotekarzy, ale kiedy
wszystko rozgryzłam, odszukanie ich nie sprawiło większych trudności.
- Aha - bąknęłam.
W rzeczywistości byłam pod wrażeniem. Ariadne jest chyba najlepszą
studentką, jaką w życiu uczyłam, co tylko pogarsza sprawę. Gdyby okazała
się w oczywisty sposób mało zdolna, miałabym pretekst, żeby się jej
pozbyć.
- Chcesz je obejrzeć? - zapytała.
Z podniecenia aż podskakiwała jak dziecko, a mnie korciło, żeby nadepnąć
jej na stopy i ją unieruchomić.
- Połóż je tutaj.
Ariadne rozłożyła mapy na biurku i obciążyła ich brzegi kilkoma
kamieniami faerie. Przesunęłam dłońmi po starym pergaminie. To nie były
oryginały, tylko kopie narysowane przez Klausa Spenglera w latach
osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku. Te pierwotne, które zaginęły
albo trafiły w czeluści archiwum jakiegoś uniwersytetu, sporządziła
Danielle de Grey ponad pięćdziesiąt lat temu. Znaleziono je wśród jej
rzeczy po tym, jak zniknęła w roku tysiąc osiemset sześćdziesiątym
pierwszym.
Kiedy dotknęłam map, mój wzrok padł na miejsce po brakującym palcu lewej
dłoni, co zdarzało mi się aż nazbyt często. Wendell zaproponował, że
wyczaruje mi taki, że nie zauważę różnicy, ale odmówiłam. Nie jestem do
końca pewna dlaczego. Chyba doceniam puste miejsce jako przypomnienie -
i ostrzeżenie. On twierdzi, że to upiorna pamiątka po pobycie na dworze
Faerie, doświadczeniu, na które może się powołać niewielu naukowców. Ja
kategorycznie zaprzeczam, choć w duchu jestem gotowa przyznać mu rację.
Pierwsza mapa przedstawiała górzysty krajobraz z lotu ptaka. Jedyną
osadą na niej było małe St. Liesl usadowione na płaskowyżu otoczonym
szczytami. Druga mapa pokazywała z bliska tereny wokół wioski, z wieloma
szczegółami: ścieżkami, strumieniami, jeziorami i chyba ukształtowaniem
terenu - mój niemiecki trochę zardzewiał.
- Nadal nie mogę w to uwierzyć - przyznała Ariadne, a ja aż
podskoczyłam, bo nie zdawałam sobie sprawy, że nachyla się tuż przy
mnie. - Te mapy narysowała Danielle de Grey. De Grey!
Skrzywiłam usta. De Grey może nie cieszyła się poważaniem
driadologicznej elity, ale jej niezależność i tajemnicze zniknięcie
uczyniły z niej kogoś w rodzaju bohaterki dla młodszej generacji
uczonych2.
- Odkryjemy, co się z nią stało? - zapytała Ariadne ściszonym głosem.
- Z pewnością istnieje taka możliwość - odparłam wymijająco, składając
mapy.
- Kiedy wyruszamy?
- Jak tylko Wendell i ja wszystko zorganizujemy. Mam nadzieję, że przed
końcem miesiąca.
Cień cicho szczeknął. Siedział na progu i wpatrywał się w jakiś punkt na
korytarzu. W drzwi gabinetu Wendella. Przypomniałam sobie, jak przez
całe nasze śniadanie opierał się o jego nogi i nie poruszył się, nie
chciał nawet żebrać o ochłapy. W tym momencie kilka niejasnych myśli
połączyło się w mojej głowie jak punkciki gwiazd w konstelacjach i ułożyło w niepokojący wzór.
- Ariadne, o której wczoraj wyszłaś z pubu? - zapytałam.
Bratanica się skrzywiła.
- Obawiam się, że późno. Obudziłam się z bólem głowy, ale na szczęście
mam swój poranny rytuał, który zawsze stawia mnie do pionu, nieważne,
jak spędziłabym noc. Zaczynam od szybkiego biegu wokół Tenant's Green.
Potem robię ćwiczenia oddechowe...
- Byłaś z Wendellem przez cały wieczór? To znaczy z doktorem Bamblebym.
- Przez większą część. - Ariadne się zastanowiła. - Choć przy naszym
stole było dość tłoczno. W końcu usiadłam z jego magistrantami, żeby
zrobić miejsce dla profesorów.
- I znałaś tam wszystkich? Była tylko kadra i studenci czy jeszcze jacyś
ludzie spoza kampusu?
- Hmm. Nie jestem pewna. Głównie członkowie wydziału driadologii, paru
bibliotekarzy i profesorów historii sztuki, z którymi doktor Bambleby
się przyjaźni. Ale w miarę upływu czasu pojawiło się kilka osób, których
nie rozpoznałam.
- A doktor Bambleby ich znał?
Ariadne się roześmiała.
- Nie jestem pewna, czy pod koniec wieczoru poznawał choćby mnie.
Większość z nas była w takim stanie. Świetne przyjęcie urodzinowe.
Zabębniłam palcami o stół. Rozważałam wizytę w apartamencie Wendella,
ale właściwie po co? Żeby go sprawdzić? Króla Faerie?
Zanim podjęłam taką czy inną decyzję, z korytarza dobiegł odgłos kroków.
Bardzo stanowczych kroków, którym towarzyszył równie głośny, sapiący
oddech. Gdy Cień zawarczał, spodziewałam się, że za chwilę do mojego
gabinetu wpadnie z rykiem jakaś straszna bestia faerie, ale Ariadne
wyszeptała pośpiesznie:
- To szef. Szukał cię wcześniej... Jest strasznie zdenerwowany.
Chwilę później do mojego gabinetu wparował szef we własnej osobie.
Doktor Farris Rose pełnił funkcję dziekana wydziału od ponad dekady.
Przejął stanowisko po Letitii Barrister, która została porwana na
Hebrydach przez straszydła i wróciła kilka tygodni później jako niemal
dziewięćdziesięciolatka (miała lat czterdzieści osiem, kiedy zniknęła).
Rose jest korpulentny, w nieokreślonym wieku - cecha powszechna u driadologów - czyli ma lat pięćdziesiąt albo siedemdziesiąt parę i gęstą
aureolę białych włosów okalających łysy czubek głowy. Nawet w akademickiej społeczności uchodzi za ekscentryka. Z uporem maniaka nosi
ubrania na lewą stronę - choć to dobry sposób na uniknięcie
zainteresowania Ludku i udaremnienie jego czarów, uważany jest za pewną
niezręczność, kiedy staje się regułą - i wszywa tyle monet w materiał,
że zabawnie podzwania przy każdym gwałtownym ruchu. Ma całą sieć tatuaży
ochronnych od nadgarstków Bóg wie dokąd - nigdy nie widziałam ich w całości, a to, gdzie się kończą, jest przedmiotem spekulacji wśród
studentów i części wydziału. Jego dorobek naukowy jest bogaty i ceniony
- to on jest autorem teorii Sandstone3 - ale ma niewielu
przyjaciół i, jak głoszą plotki, został mianowany na stanowisko
dziekana, ponieważ nikt o równej mu pozycji nie miał na nie ochoty. Z drugiej strony nic w tym dziwnego - większość driadologów żyje jak koty,
czujnie obserwując siebie nawzajem nieprzyjaznym wzrokiem.
Od razu stało się jasne, że Rose rzeczywiście jest wzburzony, i to z mojego powodu. Najwyraźniej mój widok na chwilę pozbawił go mowy, tak że
tylko rzucił z hukiem na biurko dużą księgę, jednocześnie strącając na
podłogę tacę z herbatą. Ariadne krzyknęła i rzuciła się do zbierania
skorup.
- Co, do licha... - zaczęłam.
- Gdzie on jest? - Blada twarz Rose'a poczerwieniała. - Oboje jesteście
ze sobą za pan brat.
- Nie mam pojęcia - oświadczyłam lodowato, bo oczywiście mogło mu
chodzić tylko o jedną osobę. Zważywszy jednak na jego pozycję, dodałam
już spokojniej: - Ma wykład za godzinę, więc może pan złapać go
wcześniej...
- Mniejsza o to. - W tym momencie uświadomiłam sobie, że to, co z początku brałam za gniew, jest w rzeczywistości czymś w rodzaju
zasłużonego triumfu. - Może i lepiej. I tak będziemy musieli zwolnić was
osobno.
Znieruchomiałam. Przez chwilę jedynym dźwiękiem w gabinecie był brzęk
kawałków porcelany wrzucanych na tacę przez Ariadne.
- Słucham?
- Nie od razu - dodał Rose niechętnie. - Najpierw muszę zebrać dowody i przedstawić je radzie wydziału. Ale na jutro zwołam wszystkich na
nadzwyczajne posiedzenie. Nie mam wątpliwości, że zgodzą się z moimi
wnioskami.
Poczułam się jak schwytana przez potężny prąd, ciągnący mnie coraz dalej
od brzegu. Najgorsze było to, że w głowie miałam pustkę.
- Dostałam etat... Nie możecie...
- Jest pani aż tak głupia? - rzucił Rose z pogardą w głosie. - Z pewnością możemy panią zwolnić, jeśli istnieje dowód na postępowanie
niezgodne z etyką zawodową. A jak wspomniałem, mam dowód.
Skinieniem głowy wskazał na książkę, o której całkiem zapomniałam.
Otworzyłam ją drżącymi rękami. Był to zbiór pism Teoria i praktyka
driadologii, tom siedemnasty obejmujący rok tysiąc dziewięćset ósmy.
Zauważyłam, że Rose zaznaczył w nim dwa artykuły napisane przez
Wendella.
Jęknęłam w duchu.
- To o ekspedycji schwarzwaldzkiej.
- Nie - powiedział Rose. - Nie byłem w stanie bez żadnych wątpliwości
udowodnić, że jego obserwacje w tym wypadku są sfałszowane. Jak
większość skutecznych szarlatanów on również jest dobry w zacieraniu
śladów. Ale od czasu do czasu i on popełnia błędy. - Wskazał palcem na
spis treści i przeczytał: - "Dowody na hodowlę zwierząt przez skrzaty z walijskich wrzosowisk". Bambleby twierdzi w nim, że proste domowe faerie
są odpowiedzialne za odstraszanie wilków od stad owiec. Zapewne miotłami
i ścierkami? Rozmawiałem z farmerami, z którymi Bambleby rzekomo
przeprowadzał wywiady. Nie mieli żadnych kłopotów z rzeczonymi wilkami,
ponieważ wszystkie zostały wystrzelane dekady temu. A jeśli chodzi o artykuł o dużym skupisku kamieni faerie, które znalazł w Dolomitach i uznał za pole bitwy dworskich wróżek, to zapłacił miejscowym murarzom,
żeby umieścili tam kamienie, układając je według określonego wzorca.
Większość pytanych udzielała wymijających odpowiedzi, ale wśród
miejscowych krążą różne plotki, a mnie w końcu udało się jednego
nakłonić do rozmowy.
Z trzaskiem zamknęłam książkę. Zawsze uważałam Rose'a za onieśmielającą
postać, nawet w małych dawkach, a teraz zaniemówiłam, podczas gdy on
piorunował mnie wzrokiem. Kiedy się odezwałam, mój głos zabrzmiał słabo
w porównaniu z jego donośnym barytonem, jakby stworzonym do sal
wykładowych i podiów.
- Co to wszystko ma wspólnego ze mną? Moje nazwisko nie pojawia się w żadnym z tych artykułów. Nie sprawdzałam ich autentyczności, a pan jest
głupcem, jeśli myśli, że narażę swoją karierę tylko dlatego, że się z kimś przyjaźnię.
Rose uśmiechnął się krzywo.
- Przeanalizowałem wasz artykuł o Ludku z Ljosland, który oboje z wielkimi fanfarami zaprezentowaliście w tym roku w Paryżu. To same
bzdury.
Z oburzenia aż rozdziawiłam usta. Gniew był rzeczą dużo lepszą niż zimne
przerażenie, które wcześniej mnie ogarnęło.
- Bzdury? Jak pan śmie...
- Jak śmiem? Wasze twierdzenia są tak niedorzeczne, że nie mogę się
nadziwić, jak mogliście sądzić, że to wszystko ujdzie wam na sucho.
Odmieniec zachowujący się jak upiór? Ludek tak potężny, że potrafi
wezwać zorzę? To jakiś nonsens.
- Gdyby porozmawiał pan z mieszkańcami Hrafnsvik...
- Nie muszę z nikim rozmawiać. Wszystko pasuje do wzorca, który widzimy
u Bambleby'ego: szalone, irracjonalne tezy niepoparte solidnymi
badaniami.
- Będzie próbował mnie pan usunąć, bo uważa zachowanie Ludku za
irracjonalne? - Zmierzyłam go wzrokiem od stóp do głów, dziwiąc się, jak
mogłam kiedykolwiek szanować tego człowieka. - Chodzi o moją
encyklopedię, tak?
Jego twarz stwardniała.
- Nie podoba mi się to, co pani sugeruje, Emily.
Zaśmiałam się z niedowierzaniem.
- A mnie się nie podoba oskarżenie o niewłaściwe praktyki zawodowe.
Jego reakcja utwierdziła mnie w podejrzeniach. Słyszałam plotki, że
dziekan wydziału pracuje nad własną encyklopedią Ludku i że ten projekt
podobno pochłania większość jego czasu. Rose nie powiedział mi o tym ani
przed, ani po wydaniu mojej książki, ale właśnie wtedy nastąpiło wyraźne
oziębienie w naszych i tak już chłodnych relacjach.
- Nie chcę sugerować niczego niestosownego, więc powiem wprost:
nienawidzi mnie pan. Spędził pan lata nad własną encyklopedią, jak
zawsze obsesyjnie zwracając uwagę na drobne szczegóły, i był zbyt
zaślepiony i arogancki, by pomyśleć, że ktoś może pana wyprzedzić.
Zrujnowanie mojej reputacji przyniesie panu korzyść, prawda? Już dawno
zauważyłam, że choć my, naukowcy, kiwamy głowami nad amoralnością Ludku,
sami nie mamy podstaw, żeby szczycić się wyższością moralną.
- Dość tego. - Ton Rose'a był tak lodowaty, że aż drgnęłam. - Nie ma
pani pojęcia, o czym pani mówi. Zamiast wziąć się do solidnej pracy,
uciekła się pani do oszustwa, żeby przyśpieszyć swoją karierę, i poniesie pani za to konsekwencje.
Ruszył do wyjścia teatralnym krokiem, ale nie byłam w nastroju, żeby
ironicznie się uśmiechnąć. Zrobiło mi się niedobrze.
Rose zatrzymał się w progu.
- Dzisiaj ma wykład, prawda? Może się tam wybiorę.
Mdłości się nasiliły. Starsi pracownicy katedry okresowo wizytują
zajęcia, żeby potem wystawić całoroczną ocenę naszej pracy. Było jednak
oczywiste, że Rose ma coś innego na myśli. Wyobraziłam sobie, jak
Wendell zabawia swoich studentów niedorzecznymi tezami albo myli
podstawowe fakty, bo nie zadał sobie trudu otwarcia podręczników, które
wcześniej sam im polecił. Często zaniedbuje obowiązki wykładowcy na
rzecz dłuższej drzemki, tak więc wszystko mogłoby się zdarzyć.
Uśmiechając się lekko z powodu mojej reakcji, Rose wymaszerował z gabinetu. Jego śmieszna marynarka nałożona na lewą stronę zabrzęczała,
kiedy otarła się o framugę. Ariadne nadal klęczała na podłodze obok
rozbitej porcelany i pokruszonych herbatników. Była blada, kiedy przez
dłuższą chwilę patrzyłyśmy na siebie w milczeniu.
Wendella nie było w apartamencie, co oznaczało, że schronił się w innym
ze swoich ulubionych miejsc do drzemki: w cieniu wierzby po cichej
stronie Bridgewell Green albo na ławce ukrytej w topolowym zagajniku
przy rzece. Ariadne i ja rozdzieliłyśmy się, żeby sprawdzić obie te
kryjówki, lecz Wendell albo zmienił zdanie co do odpoczynku, albo
znalazł sobie jakąś nową przystań, bo nie trafiłyśmy na jego ślad. Przez
jakiś czas martwiłam się i wahałam, co robić, aż w końcu udałam się do
sali wykładowej.
Wendell już zaczął wykład, co oznaczało, że musiał zjawić się o czasie.
Poczułam chwilową ulgę, choć wiedziałam, że sama punktualność nie
wystarczy, żeby go uratować. Kiedy wśliznęłam się na miejsce niedaleko
wejścia, zauważyłam Rose'a w jednym z przednich rzędów sali wykładowej,
która miała kształt amfiteatru. Siedział rozparty w niedbałej pozie, z notesem i piórem na pulpicie. Wszystko w nim sugerowało złe intencje.
Podejrzewałam, że gdyby krawat Wendella był przekrzywiony, zostałoby to
odnotowane i wykorzystane jako dowód przeciwko nam.
A jeśli chodzi o Wendella? W ogóle nie zauważył niebezpieczeństwa, w którym się znalazł. Chodził w tę i z powrotem przed audytorium, nie
zwracając uwagi na Rose'a i jego notatki. Mówił chyba o pagórkach faerie
na Wyspach Normandzkich. Piszę "chyba", bo czynił liczne dygresje.
Obserwowałam go już wcześniej podczas zajęć ze studentami i oczywiście
na wielu konferencjach, stąd wiem, że na ogół przedkłada styl nad treść,
ale obecny wykład wydał mi się chaotyczny nawet jak na niego. Od czasu
do czasu zapisywał coś na tablicy, po czym rzucał kredą przez ramię.
- Przepraszam, panie profesorze - odezwała się jedna z młodych kobiet,
unosząc rękę.
Studentki z pierwszego rzędu najwyraźniej tworzyły jedną grupę, często
trącały się łokciami i chichotały cicho. Większość z nich oraz garstka
mężczyzn opierała brody na rękach i wpatrywała się w wykładowcę, a potem
coś szeptała do uszu koleżanek.
- Tak? - Wendell z ulgą potraktował tę przerwę i wykorzystał okazję,
żeby oprzeć się o pulpit i pomasować mostek nosa.
- Od jak dawna bada pan Ludek? - zapytała dziewczyna, zaledwie rok albo
dwa lata starsza od Ariadne. - Chodzi o to, że wygląda pan strasznie
młodo, profesorze.
Jej niedwuznaczny ton wywołał chichoty u kohorty z pierwszego rzędu i w kilku innych miejscach sali wykładowej. Wendell je zignorował albo - co
uznałam za bardziej prawdopodobne - był zbyt zaabsorbowany swoim
cierpieniem, żeby coś zauważyć. Oparty łokciem o pulpit, masował nos.
- Czasami wydaje mi się, że robię to całą wieczność - odpowiedział, co
wywołało salwę śmiechu na sali.
Rose z rozczarowaną miną odchylił się na oparcie krzesła.
Wendell wrócił do wykładu. Pominął wiedźmę z Guernsey, co było dziwne. Z łatwością mogłam domyślić się powodu, jako że jego wiedza o folklorze
Wysp Normandzkich jest szczątkowa... podobnie jak o folklorze większości
regionów poza jego ojczystą krainą. Niestety Rose również zauważył to
przeoczenie i zaatakował.
- Profesorze Bambleby - odezwał się donośnym głosem, którego używał na
swoich wykładach. - Kto pierwszy udokumentował istnienie wiedźmy z Guernsey?
- Eee. - Wendell lekko przekrzywił głowę na bok i leniwie powiódł
wzrokiem po audytorium, jakby miał odpowiedź na czubku języka.
W żaden sposób nie okazał, że dostrzegł moją obecność, ale nieomylnie
powędrował do mnie spojrzeniem, a ja wymówiłam bezgłośnie: Walter de
Montaigne.
- Walter de Montaigne, o ile pamięć mnie nie myli - rzekł.
Rose zacisnął usta i nabazgrał coś w notesie. Ja skinieniem głowy
wskazałam go Wendellowi, próbując mu uświadomić powagę sytuacji. Jak
było jednak do przewidzenia, Wendell zareagował jedynie pustym
spojrzeniem.
Podjął wykład, ale w tym momencie światło zamigotało.
- Przeklęta elektryczność - wymamrotał. - Po co zmarnowali fundusze na
zmianę systemu równie niezawodnego jak muszkiet, przekracza zdolność
mojego rozumienia. Cóż, wszystko w porządku, nadal mamy okna. Będziemy
kontynuować jak gobliny z Somerset, które pracują tylko w ciemne noce.
Przepraszam za brak mleka z miodem.
Więcej śmiechu. Zaczynałam myśleć, że może uda mu się nie pogorszyć
sytuacji. Oczywiście do chwili, kiedy zauważyłam światełka.
Nie elektryczne, które przed chwilą zgasły, tylko lśniące drobinki,
które wypływały spod tylnych drzwi. Wendell ich nie dostrzegł, ale
kilkoro studentów tak - i zaczęli między sobą szeptać. Cząsteczki były
tak jasne, że kiedy się na nie patrzyło, w polu widzenia pojawiały się
czarne plamy.
Odsunęłam krzesło do tyłu. Wydawało się, że wszystko zwolniło, jakby
czas utknął w kleistym syropie. Rose wstał chwilę po mnie, a z jego
twarzy zniknęła pogarda. Napotkał mój wzrok i przez chwilę łączyło nas
porozumienie bez słów. Potem otworzył usta i coś krzyknął.
Drzwi gwałtownie się otworzyły.
Do sali wlały się faerie, ciche jak tchnienie wiatru, cztery... nie -
pięć. Płynęły razem jak woda. Miały na sobie obszerne płaszcze z cienia,
tak że niemożliwe było śledzenie ich ruchów. Czasami wyglądały jak fale
ciemności, kiedy indziej opadały na czworaka i poruszały się jak wilki o długich pyskach i błyszczących zębach.
Wiedziałam - już się domyśliłam - że to szare sheerie, gatunek
gromadnych faerie występujący w Irlandii. W przeciwieństwie do swoich
pobratymców z bagien są niebezpiecznymi istotami, zwykle wynajmowanymi
jako zabójcy przez dworskie wróżki. Używają sunących przed nimi w powietrzu światełek, żeby oślepiać ofiary tuż przed atakiem.
Zaczęłam krzyczeć, żeby wszyscy zasłonili oczy, ale w sali zapanował
chaos. Wtedy Rose stanął na krześle i zagrzmiał swoim najbardziej
tubalnym głosem:
- Uciekajcie!
To przyniosło dużo lepszy skutek. Studenci wrzeszczeli. Połowa z nich
pobiegła do drzwi, reszta do wysokich okien wychodzących na ogród.
Prawdopodobnie to uratowało ich przed stratowaniem się nawzajem, jako że
zapewniło im dwie drogi ucieczki. Tak czy inaczej, potykali się i wpadali na biurka, a niektórzy wyskakiwali przez okna z takim impetem,
że wpadli do stawu dla kaczek.
- Wendellu! - krzyknęłam, bo oczywiście szare sheerie zjawiły się tutaj
po niego.
Myślę, że jedynym powodem, dla którego nie dopadły go od razu, było to,
że w czasie panicznej ucieczki dwoje studentów przewróciło go i w rezultacie wylądowało na nim. A sheerie są ślepe i tropią swoje ofiary
jak wilki - węchem.
Ponieważ główne przejście było zatarasowane, zeszłam na dół po biurkach,
intonując jedno ze Słów Mocy. Nie miałam pojęcia, czy zapewni mi ono nie
tylko zwykłą niewidzialność, ale również bezzapachowość, ale wyglądało
na to, że tak, ponieważ sheerie nie zwróciły na mnie najmniejszej uwagi.
Jeden wydał z siebie upiorne wycie, pół ludzkie, pół wilcze, a reszta
rozbiegła się po sali i atakowała uciekających. Węszyły przy podłodze, w powietrzu, po kątach. Polowały.
Wendell zepchnął z siebie studentów i wstał. Najbliższy sheerie odwrócił
się gwałtownie i nagle Wendella pochłonęła chmura światełek małych jak
muszki.
Ale ja już zerwałam z dziekana płaszcz - Rose wrzasnął jak dziecko, zbyt
zaskoczony, żeby mnie powstrzymać - i zarzuciłam go na głowę Wendella.
Było tak, jakbym zgasiła świecę. Jaśniejące drobinki zniknęły, gdy tylko
spadło na nie ciężkie, wysadzane monetami okrycie.
- Dziękuję, Em - rzekł Wendell, zrzucając z siebie płaszcz.
Nagle mnie złapał i uskoczył przed sherrie, który nas zaatakował. Zrobił
to tak szybko, że nic nie zobaczyłam. Zakręciło mi się w głowie.
- Słowo! - szepnął mi do ucha.
Opamiętałam się i znowu zaczęłam powtarzać zaklęcie.
Pół oddechu później uderzyłam plecami w tablicę, bo Wendell wypchnął
mnie poza pole walki. Poczułam mrowienie na skórze, jakby musnął mnie
duch.
- Ołówek! - ryknął do mnie Wendell, przeskakując przez biurko.
Sheerie, który go atakował, wpadł na nie i zatoczył się w stronę Rose'a,
a Wendell wydał z siebie następny wrzask.
- Rzuć mi ołówek!
- Oszalałeś? - krzyknęłam, choć jednocześnie wyjęłam z kieszeni płaszcza
ołówek i cisnęłam mu go w głowę.
Ołówek wydłużył się w locie i zabłysnął w półmroku, zmieniając się w miecz. Wtedy pożałowałam, że celowałam w głowę, ale Wendell złapał go z gracją doskonałego szermierza, którym oczywiście był.
Poruszał się tak, jakby znalazł się w swoim żywiole, a władanie mieczem
było dla niego rzeczą zupełnie naturalną, wrodzoną, jak latanie dla
ptaka.
Wbił ostrze w najbliższego sheerie i zanim ten upadł, Wendell okręcił
się i ciął następnego stojącego za nim. Przepołowił go jak nazbyt
dojrzały owoc. Kolejnych trzech położył z równą łatwością.
Do tej pory większość studentów uciekła, ale kilkoro zostało przy
drzwiach w głębi sali wykładowej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki