Rozdział I
"Nie będę już pijać rumianku".
Te słowa wpisała Emilia Byrd Starr do swego dziennika w dniu, w którym
wróciła do domu, do Srebrnego Nowiu, ukończywszy Wyższą Szkołę w Shrewsbury. Za sobą miała lata szkolne, a przed sobą - nieśmiertelność.
Było to symbolem. Ciotka Elżbieta, pozwalając Emilce na zwykłą herbatę
(stale, nie w drodze wyjątkowej łaski!) uznała ją tym samym za dorosłą.
Niektóre osoby uważały Emilkę za dorosłą panienkę już od dłuższego
czasu, na przykład kuzyn Andrzej Murray i przyjaciel Perry Miller,
którzy kolejno oświadczyli się o jej rękę i jednocześnie niemal dostali
kosza. Dowiedziawszy się o tym, ciotka Elżbieta zrozumiała, że nie
miałoby celu dawanie Emilce rumianku. Ale mimo wszystko Emilka nie miała
nadziei, żeby kiedykolwiek wolno jej było nosić jedwabne pończochy.
Jedwabna halka "ujdzie" od biedy, gdyż jest ukryta, niewidzialna:
wprawdzie szeleści zalotnie... Ale jedwabne pończochy są stanowczo
niemoralne.
Tak więc Emilka (o której szeptali jej znajomi nieznajomym, iż "ona
pisze") została uznana za jedną z "pań na Srebrnym Nowiu", gdzie nic się
nie zmieniło od dnia jej przybycia, czyli od siedmiu lat; gdzie
płaskorzeźby na starym kredensie były zawsze te same, a dziwny cień,
rzucany na ścianę przez figurynkę etiopską, padał w tymże miejscu, w którym z najwyższą rozkoszą zauważyła go dziewczynka. Stary to był dom,
i dlatego cichy, mądry i nieco tajemniczy. A także nieco surowy, lecz
nie mniej miły. Większość mieszkańców Czarnowody i Shrewsbury sądziła,
że jest to nudne miejsce dla młodej dziewczyny, że nieopatrznie
postąpiła Emilka, odrzucając propozycję panny Royal w sprawie posady w czasopiśmie nowojorskim. Wzgardzić taką sposobnością zostania "kimś"!
Ale Emilka, która miała bardzo jasny pogląd na to, kim być zamierza, nie
uważała bynajmniej trybu życia w Srebrnym Nowiu za nudny, ani nie
rezygnowała ze wspinania się na upragnione szczyty dlatego tylko, że
pozostała w tym cichym zakątku.
Należała z woli Bożej do Starego a Szlachetnego Zakonu Poetów. Gdyby się
urodziła o tysiąc lat wcześniej, czarowałaby słuchaczy, siedząc pośrodku
gromadki zebranej przy ognisku i wpatrzonej w jej natchnioną twarz. W dzisiejszych czasach zmuszona była docierać do swego audytorium
pośrednio.
Ale tematy opowieści są zawsze te same bez względu na stulecie i na
okolicę. Narodziny, zgony, małżeństwa, skandale - oto są jedynie
naprawdę ciekawe zdarzenia na świecie. Tak więc z mocnym postanowieniem
w duszy przystąpiła Emilka do walki o sławę i fortunę... i o coś
jeszcze, o co było najtrudniej. Ale pisanie nie było dla Emilii Byrd
Starr środkiem do zdobycia walorów światowych ani wieńca laurowego. Było
to coś, co ona czynić musiała. Zjawisko... pomysł... wszystko to, co
było bardzo piękne lub wybitnie brzydkie... dręczyło ją, dopóki się nie
"wypisała". Z natury była obdarzona zmysłem humoru i poczuciem
dramatycznym: komizm i tragizm życia przemawiały do niej z równą mocą i domagały się wcielenia za pomocą pióra. Cały świat nieziszczonych a nieśmiertelnych marzeń, ukryty za kurtyną rzeczywistości, wzywał ją,
żądny upostaciowienia i interpretacji..., wzywał ją wielkim głosem,
któremu nie mogła i nie śmiała się oprzeć.
Pełna była młodzieńczej radości z samego faktu istnienia. Życie
pociągało ją, dawało jej znaki zachęcające i figlarne. Wiedziała, że
czeka ją ciężka walka. Wiedziała, że będzie ciągle obrażać uczucia
sąsiadów z Czarnowody, którzy chcieliby, żeby pisywała dla nich
nekrologi i pomawiali ją o "pozowanie"; wiedziała, że niejeden jej utwór
zostanie odrzucony, skrytykowany; wiedziała, że nadejdą dni niemocy,
podczas których nie będzie mogła pisać, kiedy daremne byłoby wszelkie
usiłowanie w tym kierunku; dni, podczas których niemoc ta doprowadzi ją
do takiego napięcia nerwów, że za przykładem Marii Bashkirtseff wyrzuci
za okno, wraz z gradem przekleństw, zegar ze swego pokoju. W te dni
wszystko, co przedsięweźmie, będzie miernotą i banalnością: w te dni
chwiać się będzie jej wiara w życie, w którym według niej jest tyleż
poezji co prozy; w te dni, echo owych "przypadkowych podszeptów" bogów,
w które wsłuchana była od dzieciństwa tak pilnie, to echo będzie ją
tylko drażnić swym żądaniem nieosiągalnej doskonałości i uroku, będącego
poza obrębem twórczych możliwości śmiertelnika.
Wiedziała, że ciotka Elżbieta toleruje, ale nie pochwala do dziś dnia
jej manii gryzmolenia. Podczas ostatnich dwóch lat pobytu w Wyższej
Szkole Emilka, ku zdumieniu ciotki Elżbiety, zarobiła sporo pieniędzy
swymi wierszami i nowelkami. Stąd owa tolerancja. Ale żaden z Murrayów,
żadna z Murayówien, nie czynili nigdy niczego podobnego. A przy tym był
fakt, którego zasadniczo nie lubiła panna Elżbieta Murray, fakt
wyróżniania się czymś spośród otoczenia. Ciotka Elżbieta niechętnie
patrzyła na ów odrębny świat Emilki, tak inny niż świat Srebrnego Nowiu
i Czarnowody, na to królestwo bezkresne i gwiazdami usiane, w którym
dziewczę zamykało się nagle, do którego nawet najbardziej stanowcza i najbardziej podejrzliwa z ciotek nie miała dostępu! Przypuszczam, że
gdyby oczy Emilki tak często nie spoglądały tęsknie i smutno na
otaczający świat, gdyby w nich było mniej utajonego marzenia, ciotka
Elżbieta odnosiłaby się życzliwiej do jej aspiracji. Nikt z was, nawet
samowystarczalni Murrayowie ze Srebrnego Nowiu, nie lubi stać za
drzwiami, które się przed nim nigdy nie otworzą.
Ci z was, którzy już towarzyszyli Emilce w jej zabawach w Srebrnym Nowiu
i studiach w Shrewsbury znają jej wygląd zewnętrzny. Tym, którzy witają
ją teraz jako osobę obcą postaram się zaprezentować jej sylwetkę jako
panienki w siedemnastej wiośnie życia. Szła wśród klombów, na których
złociły się chryzantemy, w ów jesienny dzień nad brzegiem morza. Było to
czarowne ustronie, ów ogród w Srebrnym Nowiu. Zaciszne, pełne bogatych,
ciepłych barw i cudnych, cienistych alejek. Unosiły się tu zapachy róż i goździków, roje pszczół, skarga wichru, dolatywały poszepty zatoki
Atlantyku; z sąsiedztwa dochodziły westchnienia świerków z gaiku
Wysokiego Jana. Emilka kochała każdy kwiatek, każdą piędź ziemi i każdy
dźwięk w tym ogrodzie, każde piękne, sędziwe drzewo, a zwłaszcza jej
umiłowane, zaprzyjaźnione z nią Trzy Księżniczki Lombardzkie, oraz
wielką sosnę pośrodku ogrodu, srebrzystą topolę i młodego świerczka w kąciku, kokietującego swawolne wietrzyki. Kochała również grupę białych
brzóz w gaiku Wysokiego Jana.
Emilka cieszyła się stale, że mieszka wśród tylu starych, prastarych
drzew, zasadzonych i wypielęgnowanych rękami ludzi dawno zmarłych,
przepojonych radością lub smutkiem, które kolejno przewijały się przez
te istnienia.
Smukła, dziewicza postać. Włosy jak czarny jedwab. Szare oczy,
podkrążone, pod którymi fioletowe cienie pogłębiały się, ilekroć Emilka
czuwała o niedozwolonej, całkiem nie Elżbietańskiej porze, pisząc
nowelkę, albo opracowując plan nowego utworu. Usta miała purpurowe, z Murrayowskimi dołeczkami w kącikach. Uszy były spiczaste. Przypominały
szekspirowskiego Puka. Może te uszy właśnie i te kąciki ust nasuwały
niektórym porównanie z kociakiem. Prześliczną miała linię szyi i podbródka. Uśmiech jej był przedziwnie ujmujący, powoli rozkwitający,
znienacka promieniejący radością istnienia. A nogi były "skandalicznie
ładne", jak je oceniła już dawno stara ciotka Nancy z Książego Stawu.
Policzki delikatnie zaróżowione, z łatwością stawały się szkarłatne.
Byle co wywoływało na tej twarzyczce krwawy rumieniec: powiew wiatru od
morza, nagłe odsłonięcie się przed jej wzrokiem błękitnych wzgórz na
horyzoncie, czerwone maki na polu lub białe żagle na zatoce w cudny,
wiosenny poranek, czy też przy srebrnych blaskach księżyca lub wreszcie
biały kwiatuszek w starym ogrodzie, albo cichy szept w gaiku Wysokiego
Jana.
Czy była ładna? Nie umiem powiedzieć. Nigdy nie wymieniano Emilki w szeregu piękności czarnowodzkich. Ale kto raz spojrzał na jej
twarzyczkę, ten nie zapomniał jej już nigdy. Nikt nie powiedziałby,
spotkawszy Emilkę po raz drugi: "Hm... dziwnie znajomą wydaje mi się
pani...". Całe zastępy ślicznych kobiet gasły przy niej. Żadna nie
przypominała jej indywidualności. Była żywa, pociągająca i czysta
zarazem, jak woda. Myśli niosły ją jak silny podmuch wiatru. Wzruszenie
wstrząsało nią jak burza krzewem różanym. Była jedną z tych żywotnych
istot, o których powiadamy, gdy umarły, że to chyba niemożliwe, aby one
żyć przestały. Na tle swego praktycznego, rozsądnego otoczenia rzucała
blask jak brylant. Wiele osób ją lubiło i równie dużo jej nie lubiło.
Ale nikt nie był w stosunku do niej obojętny.
Razu pewnego, kiedy Emilka była bardzo maleńka i mieszkała wraz ze swym
ojcem w starym domku w Borze Majowym, gdzie umarł Douglas Starr, wyszła
z domu, aby przyjrzeć się tęczy. Biegła przez wilgotne pola i pagórki,
pełna nadziei i wyczekiwania. Ale gdy tak biegła, zaczął padać deszcz, a cudna tęcza bladła... nikła... aż znikła... Emilka stała sama pośród
obcej doliny, niepewna, w którą stronę się zwrócić. Usta jej zadrżały,
oczy napełniły się łzami. Aż wtem podniosła główkę i uśmiechnęła się
pogodnie do opustoszałego nieba.
- Zjawią się inne tęcze - rzekła.
Emilka była stale w pogoni za tęczami.
Zmieniło się życie w Srebrnym Nowiu. Musiała się przystosować do tych
zmian. Nieodłączne od nich było pewne osamotnienie. Ilza Burnley,
nieodstępna towarzyszka siedmiu lat wiernej przyjaźni, wyjechała do
Szkoły Literatury i Deklamacji w Montrealu. Oba podlotki rozstały się
wśród łez, ślubując sobie wzajemnie dozgonną przyjaźń. Nie spotkają się
już nigdy w tych samych warunkach. Bo kiedy przyjaciele, najbliżsi
bodaj, rozłączą się na czas dłuższy, zawsze daje się odczuć przy
ponownym spotkaniem pewną obcość, pewne oddalenie. Jedno z dwojga uważa
stale, że to drugie nie jest takie samo. Jest to całkiem naturalne i nieuniknione. Człowiek zawsze posuwa się naprzód, lub się cofa, nie stoi
w miejscu. Ale któż z nas zdoła się oprzeć uczuciu przykrego
rozczarowania, stwierdzając, że nasz przyjaciel nie jest już i nie może
nigdy więcej stać się takim, jakim był kiedyś; któż z nas nie zmartwi
się, jeśli nawet ta zmiana jest postępem? Emilka przeczuwała to dziwną
intuicją, która zastępuje doświadczenie, czuła, że żegna na zawsze Ilzę
ze Srebrnego Nowiu i ze Shrewsbury.
Perry Miller, dawniejszy "najemnik" ze Srebrnego Nowiu, odznaczony
medalem Wyższej Szkoły w Shwresbury, odrzucony, lecz nie dający za
wygraną konkurent Emilki, przedmiot wiecznego gniewu Ilzy, wyjechał
również. Perry studiował teraz prawo w Charlottetown, gdzie jednocześnie
pracował w kancelarii adwokackiej. Dla Perry'ego nie istniały tęcze ani
mityczne kopalnie złota. Wiedział, czego chce i zmierzał do tego
wytrwale. Ludzie zaczynali wierzyć, że on cel osiągnie. Ponieważ nie
większa przestrzeń dzieliła kancelarię pana Abla od Sądu Najwyższego i Ministerium, niż ta, która dzieli ową kancelarię od chałupy ciotki
Tomaszowej i jej bosonogiego siostrzeńca.
Do typu poszukiwacza tęcz zbliżał się raczej Tadzio Kent. I on wyjeżdżał
niebawem do Szkoły Rysunków w Montrealu. I on wiedział, wiedział od
wielu lat, ile rozkoszy, uniesień, ile rozpaczy i trwogi pociąga za sobą
to dążenie do tęczy.
- Nawet jeżeli jej nigdy nie znajdziemy - rzekł do Emilki, gdy
przechadzali się o cudownym zmierzchu, w ogrodzie Srebrnego Nowiu pod
fioletowym niebem, w ostatni wieczór przed jego wyjazdem - jest coś w samym poszukiwaniu, co więcej jest bodaj warte, niż znalezienie.
- Ale znajdziemy ją - odrzekła Emilka, podnosząc oczy ku gwieździe
błyszczącej nad wierzchołkiem jednej z Trzech Księżniczek.
Użycie przez Tadzia liczby mnogiej "my" napełniło jej serce radosnym
przeczuciem. Emilka była zawsze bardzo uczciwa w stosunku do siebie
samej i nie zamykała oczu na fakt, że Tadzio Kent był jej bliższy niż
ktokolwiek na świecie. A ona, czy go obchodzi? Trochę? Bardzo? Czy
wcale?
Nie włożyła kapelusza, lecz wpięła we włosy kokardę z żółtego jedwabiu.
Długo rozmyślała nad wyborem sukni, aż w końcu zdecydowała się na
różową, jedwabną. Zdawało jej się, że wygląda bardzo ładnie, ale co za
różnica, skoro Tadzio tego nie zauważył? Był do niej tak przyzwyczajony,
że uważał to za rzecz normalną. Wywołało to u niej pewien bunt. Dean
Priest byłby już to spostrzegł i byłby jej z pewnością powiedział jakiś
miły, subtelny komplemencik.
- Nie wiem - odpowiedział Tadzio, spoglądając ponuro na topazookiego
kota Emilki, Pierwiosnka, kręcącego się jak bąk w pogoni za własnym
ogonem. - Nie wiem. Teraz, kiedy wyfruwam naprawdę w szeroki świat,
czuję się... głupio. Może nigdy nie zdołam zdziałać niczego, o czym
warto by było mówić. Pewne zdolności do rysunku... cóż to wielkiego?
Zwłaszcza dla człowieka, który budzi się nagle z biciem serca o trzeciej
w nocy...?
- O, znam to uczucie - przyznała Emilka. - Zeszłej nocy przeżuwałam
godzinami pomysł noweli i doszłam do rozpaczliwego wniosku, że nigdy nie
zdołam jej napisać... że nie warto się wysilać... że nigdy niczego nie
zdziałam. Poszłam więc do łóżka i oblałam poduszkę łzami. Obudziłam się
o trzeciej godzinie i nawet płakać już nie mogłam. Łzy wydawały mi się
równie daremne, jak śmiech, jak ambicja. Byłam istnym bankrutem w stosunku do nadziei i do wiary w przyszłość. Aż wreszcie wstałam o świcie i zaczęłam pisać nową opowieść. Nie należy dać się opanowywać tym
nocnym nastrojom.
- Na nieszczęście, co noc jest godzina trzecia - odrzekł Tadzio. - A o tej nieżyczliwej godzinie zawsze jestem przeświadczony, iż zbyt wiele
pragniemy wszyscy, że nie osiągniemy niczego. A dwóch rzeczy pragnę jak
szaleniec; jedną z nich jest oczywiście wydoskonalenie się w sztuce.
Chcę zostać wielkim artystą. Nie uważałem się nigdy za tchórza, Emilko,
ale teraz się boję. A jeżeli nie sprostam zadaniu? Będą mnie wyśmiewać.
Matka powie, że z góry o tym wiedziała. Ona z nienawiścią odnosi się do
mego wyjazdu, wiesz? Pojechać i nie dać rady...! Lepiej byłoby nie
jechać.
- Nie, to nie byłoby lepiej - zaprzeczyła Emilka gorąco, zachodząc w głowę w tejże chwili, jakiej drugiej rzeczy Tadzio pragnie "jak
szaleniec". - Nie powinieneś się bać... W owej nocnej rozmowie, którą
prowadził ze mną ojciec na tydzień, przed śmiercią, powiedział, żebym
się nie bała niczego w życiu. Czy to nie Emerson mówi: "Czyń zawsze to,
czego się boisz"?
- Założyłbym się, że Emerson powiedział to, gdy już przestał bać się
czegokolwiek, gdy już się uporał z wieloma trudnościami. Łatwo być
odważnym, gdy się już zdjęło uprząż.
- Wiesz, że ja wierzę w ciebie, Tadziu - rzekła Emilka łagodnie.
- Tak, wiem. Ty i pan Carpenter. Jedynie wy dwoje wierzycie we mnie.
Nawet Ilza jest zdania, że Perry ma większe szanse przywiezienia do domu
pieczonych gołąbków.
- Ale ty nie szukasz pieczonych gołąbków. Ty gonisz za złocistą tęczą.
- A jeżeli jej nie znajdę, jeśli cię rozczaruję... to będzie
najgorsze...
- Zwyciężysz, Tadziu. Spójrz na tę gwiazdę, która błyszczy w tej chwili
nad najmłodszą Księżniczką. Zawsze ją kochałam. Jest to moja najgoręcej
umiłowana gwiazda. Czy pamiętasz, jak przed laty, kiedy siedzieliśmy
wszyscy dokoła ogniska, a kuzyn Jimmy gotował ziemniaki dla świń, snułeś
cudne opowiadania o tej gwieździe i o żywocie, jaki tam na niej wiodłeś,
zanim przybyłeś na ziemię? Na tej gwieździe nie było godziny trzeciej w nocy.
- Jakimi szczęśliwymi, beztroskimi dzieciakami byliśmy wtedy - rzekł
Tadzio zmęczonym głosem dojrzałego mężczyzny, przygnębionego ciężarem
istnienia i wspominającego z rozkoszą pogodne lata dziecięce.
- Przyrzeknij mi - powiedziała Emilka - że kiedykolwiek ujrzysz tę
gwiazdę, będziesz pamiętać, iż wierzę w ciebie mocno!
- A ty czy mi przyrzekniesz, że ilekroć spojrzysz na tę gwiazdę,
pomyślisz o mnie? - spytał Tadzio. - Albo jeszcze inaczej: przyrzeknijmy
sobie nawzajem, że ilekroć spojrzymy na tę gwiazdę oboje, pomyślimy o sobie wzajemnie... zawsze. Gdziekolwiek będziemy do końca naszego życia.
- Przyrzekam - rzekła Emilka z bijącym sercem. Cudownie było patrzeć tak
Tadziowi prosto w oczy.
Romantyczny pakt. Co on oznaczał? Emilka nie wiedziała. Rozumiała tylko,
że Tadzio odjeżdża, że życie staje się nagle zimne i puste, że wiatr
znad zatoki, szemrzący wśród drzew w gaiku Wysokiego Jana szepcze coś
bardzo żałosnego, że lato odeszło, że nadeszła jesień. I że owa złota
kula, zakończenie tęczy, znajduje się gdzieś, het! na szczycie
niedostępnego, bardzo odległego wzgórza.
Dlaczego ona powiedziała to o gwieździe? Dlaczego zapach żywiczny,
zmierzch i odblask zachodzącego słońca doprowadzają ludzi do mówienia
głupstw?
Rozdział II
Srebrny Nów,18 listopada 19...
Dziś nadszedł numer grudniowy "Lasu i Ogrodu" z moim wierszem pod
tytułem Lecą liście z drzewa. Uważam to za rzecz godną wzmianki, gdyż
poświęcili memu utworowi oddzielną stronicę, a przy tym jest to pierwszy
mój wiersz ilustrowany. Po raz pierwszy spotyka mnie podobny zaszczyt.
Sam w sobie wiersz jest dość marny, jak mi się zdaje. Pan Carpenter
syknął tylko parę razy, gdy mu go czytałam i nie chciał go komentować.
Pan Carpenter nigdy "nie psuje pochwałami", ale umie zdruzgotać niemą
naganą. Ale mój poemat wyglądał tak uroczyście na tym poczesnym miejscu,
że powierzchowny czytelnik mógł go wziąć za utwór wartościowy. Niech
będzie błogosławiony ten zacny wydawca, któremu przyszło na myśl kazać
go zaopatrzyć w ilustracje. Podniósł mnie na duchu niemało.
Ale same ilustracje nie podobały mi się. Artysta nie odczuł moich
intencji. Tadzio stokroć lepiej wywiązałby się z tego zadania.
Tadzio uczy się świetnie w Szkole Rysunków. A nasza gwiazda świeci
stale. Ciekawa jestem, czy on doprawdy myśli o mnie codziennie, patrząc
na nią. A może nie widzi jej co wieczór? Może ją zaćmiewają elektryczne
latarnie Montrealu? Sądząc z listów, widuje często Ilzę. Jak im musi być
dobrze obojgu, że są razem i że każde z nich ma bratnią duszę w tym
wielkim, obcym mieście, wśród obcych ludzi.
26 listopada 19...
Dzisiaj było śliczne popołudnie listopadowe, ciepłe jak w lecie, a jednak opromienione urokiem jesieni. Siedziałam długo na cmentarzu, nad
jeziorem i czytałam. Ciotka Elżbieta uważa, że jest to najbardziej
ponure miejsce w okolicy, że dziwactwem jest tam czytać, a ciotka Laura
twierdzi, że we mnie jest pewien rys chorobliwy. Nie widzę w tym nic
chorobliwego. Jest to piękne ustronie, dokąd wiatr przynosi wszystkie
słodkie zapachy z pól poprzez Czarnowodę. Tak tam jest cicho i spokojnie
wśród tych starych grobów dokoła mnie! Mężczyźni i kobiety, należący do
mojej rodziny, spoczywają tam pod ziemią. Mężczyźni i kobiety, którzy w życiu zwyciężali, którzy doznawali porażek, a których zwycięstwa i porażki stopiły się obecnie w jedno. Tam nie czuję się nigdy bardzo
pełna zapału ani bardzo przygnębiona. Kocham te stare płyty przysypane
czerwonym piaskiem, a zwłaszcza tę poświęconą Marii Murray z napisem:
"Tu pozostanę", napisem, w którym mąż jej wyraził cały jad, jaki się w nim nagromadził za jej życia. Jego grób znajduje się na prawo. Pewna
jestem, że przebaczyli sobie wzajemnie od wielu lat. A może przychodzą
czasami nocą, kiedy księżyc nie świeci i śmieją się razem, patrząc na
ten napis? Napis zaciera się zresztą powoli, bo wyrastają na grobie
trawy i chwasty, które kuzyn Jimmy plewi, o ile tylko może nadążyć. Z czasem trawa pokryje zupełnie napis, tak że pozostanie tylko
zielonosrebrzystoczerwony kontur dawnej płyty grobowej.
30 grudnia 19...
Dzisiaj zdarzyło się coś miłego. Czuję się rozradowana. "Madison's"
przyjął moją nowelę: Błąd w akcie oskarżenia!!! Tak, to zasługuje na
kilka wykrzykników. Gdyby nie wzgląd na pana Carpentera, napisałabym to
kursywą. Kursywą! Nie, wypisałabym wszystkie te wyrazy wielkimi
literami. Do "Madison" bardzo trudno jest się dostać. Czyż ja tego nie
wiem! Czyż nie usiłowałam kilkakrotnie, a za każdym razem spotykałam się
z odpowiedzią: "żałujemy niewymownie...". Aż wreszcie otworzyły się
przede mną i te wrota. Dostać się do "Madison", to znaczy przebyć już
pewną część drogi ku wyżynom, ku szczytowi równemu Alpom. Drogi wydawca
był tak uprzejmy i dodał, że jest to śliczna opowieść.
Przemiły człowiek!
Przysłał mi czek na 50 dolarów. Będę mogła wkrótce zwrócić ciotce Ruth i wujowi Wallace'owi koszty mego pobytu w Shrewsbury. Ciotka Elżbieta
popatrzyła na czek podejrzliwie, jak zwykle, ale po raz pierwszy nie
wyraziła przypuszczenia, że bank zapewne nie wypłaci tej sumy ani nawet
nie wątpiła, czy jest pokrycie. Piękne oczy ciotki Laury świeciły dumą.
Jest ona z epoki wiktoriańskiej, toteż oczy jej błyszczą naprawdę.
Edwardowskie oczy rzucają iskry, ale nigdy nie błyszczą, nie rzucają
promieni. A ja lubię te rozpromienione oczy, zwłaszcza gdy przyczyną
jest mój sukces.
Kuzyn Jimmy mówi, że "Madison" równa się wszystkim innym czasopismom
jankeskim razem wziętym. Przynajmniej według niego.
Ciekawa jestem, czy Deanowi będzie się podobać Błąd w akcie
oskarżenia. I czy się do tego przyzna. On nigdy niczego nie chwali. To
znaczy niczego, co ja piszę. A ja tak pragnę wymóc na nim pochwałę.
Czuję, że jego uznanie jest jedynym, które się liczy naprawdę, oprócz
uznania pana Carpentera, które też jest wartościowe.
Dziwny jest ten Dean. Posiada tajemnicę odmładzania się. Jest po prostu
coraz młodszy. Przed kilku laty uważałam go za starszego pana. Teraz
wydaje mi się tylko panem w wieku dojrzałym. Jeżeli tak dalej pójdzie,
to niebawem wyda mi się młodzieńcem. Przypuszczam, że przyczyną jest
moje dojrzewanie. Zrównaliśmy się prawie. Ciotka Elżbieta w dalszym
ciągu nie lubi naszej zażyłości. Ciotka Elżbieta żywi antypatię do
każdego Priesta. A ja nie wiem, co bym robiła bez przyjaźni Deana. Jest
to dla mnie rdzeń życia.
15 stycznia 19...
Dzisiejszy dzień był burzliwy. Spędziłam bezsenną noc po czterech
zwrotach z Mss. Były to nowele, które wydawały mi się szczególnie dobre.
Zgodnie z przepowiednią panny Royal, czułam, że postąpiłam idiotycznie,
nie jadąc z nią do Nowego Jorku, nie korzystając ze sposobności. Och,
nie dziwię się, że dzieci zawsze płaczą, budząc się w nocy! Tak często
odczuwam wtedy potrzebę łez, ja także! Wszystko mi ciąży, a żaden obłok
nie jest przecięty srebrną linijką. Byłam smutna i podekscytowana przez
cały poranek i wypatrywałam listonosza, jako jedynej ucieczki od
beznadziejności. Gdy zbliża się godzina poczty, tyle jest w nas
wyczekiwania i niepewności! Co mi ona przyniesie? List od Tadzia...?
Tadzio pisuje najcudowniejsze listy. Miłą, cienką kopertę z czekiem
wewnątrz? Grubą kopertę ze zwrotem jakiegoś rękopisu? Jedne z przedziwnych bazgrot Ilzy? Nic podobnego. Otrzymałam list pełen irytacji
od kuzynki Beulah Grant z Gęsiego Stawu. Wydaje jej się, że umieściłam
ją w mej noweli: Głupcy, którą wydrukowało niedawno czasopismo nader
rozpowszechnione po wsiach i folwarkach. Napisała do mnie list z gorzkimi wyrzutami. List ten przyszedł dzisiaj. Sądzi, że "mogłam
oszczędzić starą przyjaciółkę, która zawsze dobrze mi życzyła". Nie jest
przyzwyczajona do "ośmieszania jej osoby w czasopismach" i wyprasza
sobie na przyszłość "podobnego używania jej osoby do ostrzenia mego
rzekomego dowcipu". Niektóre szczegóły w tym liście sprawiły mi
przykrość, inne wyprowadziły mnie z równowagi. Nigdy nie myślałam o niej
ani razu, nawet nie przyszła mi do głowy kuzynka Beulah podczas pisania
tej noweli. Charakter "ciotki Katarzyny" jest wysnuty z fantazji. A gdybym nawet myślała o kuzynce Beulah, z pewnością nie umieściłabym jej
w noweli. Jest zbyt głupia i banalna. Nie jest bynajmniej podobna do
ciotki Katarzyny, która, pochlebiam sobie, jest bardzo żywą, dowcipną,
pełną humoru starszą damą.
Ale kuzynka Beulah napisała również do ciotki Elżbiety, więc doszło znów
do sceny familijnej. Ciotka Elżbieta nie wierzy, że jestem bez winy,
oświadcza, że ciotka Katarzyna jest wiernym obrazem kuzynki Beulah,
prosi mnie więc uprzejmie (uprzejme prośby ciotki Elżbiety są rzeczą
okropną), abym w przyszłych moich utworach nie umieszczała karykatur
moich krewnych.
- Nie jest to - dodała ciotka Elżbieta w swój najwynioślejszy sposób -
coś, co mogłaby czynić Murrayówna: zarabiać pieniądze kosztem ułomności
swych przyjaciół.
I znów sprawdziła się jedna z przepowiedni panny Royal. Czyżby się nie
myliła pod żadnym względem? Jeżeli tak...
Ale najgorsze moje utrapienie pochodzi od kuzyna Jimmy'ego. Chichotał,
czytając Głupców.
- Mniejsza o starą Beulah, kurczątko - szepnął. - To jest pyszne.
Naturalnie, że ona posłużyła ci za wzór przy szkicowaniu postaci ciotki
Katarzyny. Poznałem, że to ona od początku stronicy, od razu! Poznałem
ją po nosie.
Na nieszczęście napisałam, że ciotka Katarzyna ma "długi, zakrzywiony
nos". A nie da się zaprzeczyć, że kuzynka Beulah ma nos długi i zakrzywiony! Takie zewnętrzne podobieństwo wystarcza ogółowi
czytelników. Na próżno dowodziłam z całą energią, że ani pomyślałam o kuzynce Beulah. Kuzyn Jimmy kiwał tylko głową i chichotał.
- Nie przyznawaj się do tego, rzecz jasna. Zatrzymaj to przy sobie.
Najsmutniejsze ze wszystkiego jest istotne podobieństwo ciotki Katarzyny
do kuzynki Beulah. A zatem nie udało mi się stworzyć postaci, jaką sobie
wyobraziłam. Niemniej czuję się znacznie lepiej, niż gdy zaczęłam pisać
te zwierzenia. Był we mnie bunt, i zawziętość, i zniechęcenie, słowem
byłam bardzo biedna. Oto jest główny pożytek dziennika; tak mi się
zdaje.
3 lutego 19...
Dziś jest wielki dzień. Przyjęto trzy moje utwory w trzech redakcjach. A jeden z wydawców poprosił o nadesłanie mu kilku nowel. Niemniej
nienawidzę tych próśb o nowele. O wiele większe ryzyko, niż przy
nadsyłaniu utworu z własnej, nieprzymuszonej woli. Bo gdy wydawca, który
prosił o nowelę, zwraca mi ją, jako "nienadającą się dla naszego pisma",
upokorzenie jest stokroć głębsze, cięższe. Gdy ja sama posyłam swoje
dzieło, jestem nieznaną, bezosobową autorką... a tu rzeczy mają się już
inaczej...
A przy tym spostrzegam, że nie umiem pisać "na zamówienie". Jest to
piekielnie trudne zadanie. Spróbuję jeszcze z czasem... Wydawca
"Młodzieży" prosił mnie o nowelę o określonej liczbie wierszy. Napisałam
ją. Odesłał mi rękopis, wykazując "niektóre usterki" i zalecając mi
poprawienie noweli, ażeby mógł ją zamieścić. Poprawiałam, obcinałam,
dodawałam, aż wreszcie nowela moja przypominała mój pierwotny pomysł li
tylko ilością wierszy, której przestrzegałam wciąż gorączkowo.
Zniecierpliwiona, wrzuciłam ją do pieca kuchennego. Od tej pory
postanowiłam, że będę pisywać tylko w miarę własnej wewnętrznej
potrzeby, a wydawcy... niech zostawią mnie w spokoju!
Dzisiaj mamy zamglony nów księżycowy.
16 lutego 19...
Moja nowela Ile wart był ten żart? ukazała się w dzisiejszym numerze
"Home". Ale na okładce należę do rubryki "itd". Natomiast w przedmowie
do noworocznego numeru "Panieńskich dni" zostałam wymieniona jako "znana
i popularna współpracowniczka". Kuzyn Jimmy czytał tę przedmowę ze
dwadzieścia razy, mrucząc za każdym razem: "Znana i popularna". Po czym
udał się do narożnego sklepu i kupił mi nową "księgę Jimmy'ego". Ilekroć
przebywam jakiś nowy etap drogi ku wyżynom, kuzyn Jimmy upamiętnia ten
moment, dając mi nową księgę Jimmy'ego. Nigdy nie kupuję sama zeszytu.
To dotknęłoby go osobiście. On spogląda zawsze na stosik ksiąg Jimmy'ego
na moim biurku ze czcią i lękiem nieledwie, i wierzy niezachwianie, że w tych zeszytach mieszczą się wszelkiego rodzaju arcydzieła literatury.
Zawsze daję Deanowi do czytania moje utwory. Nie mogę się pozbyć tego
zwyczaju, chociaż on mi je stale odnosi bez słowa krytyki lub, co
gorsza, z nieszczerymi pochwałami. Jest to już dziś istną manią moje
pragnienie dowiedzenia Deanowi, że umiem napisać coś "porządnego". Gdyby
to przyznał, odniosłabym triumf. Ale zanim on to przyzna, wszystko w proch się obróci. Bo on wie.
2 kwietnia 19...
Z nadejściem wiosny przyjeżdża od czasu do czasu do Shrewsbury pewien
młodzieniec, który nie jest konkurentem, mogącym się podobać rodowi
Murray'ów ani, co ważniejsza, Emilii Byrd Starr. Ciotka Elżbieta bardzo
krzywo patrzała, gdy szłam z nim na koncert. Czuwała jeszcze, gdy
wróciłam do domu.
- Jak widzisz, nie uciekłam z nim, ciotko Elżbieto - rzekłam. -
Przyrzekam ci, że tego w ogóle nie uczynię. Jeżeli kiedykolwiek wyjdę za
mąż za kogokolwiek, uprzedzę cię o tym, choć może wyjdę za mąż wbrew
twej woli.
Nie wiem, czy ciotka Elżbieta poszła do łóżka z lżejszym sercem, czy
nie. Matka moja uciekła (Bogu dzięki!), a ciotka Elżbieta należy do
niezachwianych wyznawczyń teorii dziedziczności.
15 kwietnia 19...
Dzisiaj wieczorem poszłam na wzgórze i przechadzałam się przy świetle
księżyca nad Domem Rozczarowanym. Dom Rozczarowany został wybudowany
przed trzydziestu siedmiu laty (niedokończony jest zresztą) dla młodej
żony, która nigdy w nim nie zamieszkała. Od tej pory stoi, surowy,
zrozpaczony, nawiedzany przez nieśmiałe, odosobnione widma zjawisk,
które powinny były tu zaistnieć, a nie zaistniały. Tak mi zawsze go żal!
Tak mi żal jego biednych i ślepych oczu, które nigdy nie przejrzały,
które nie mają nawet wspomnień. Żadne światełko domowe nie świeciło z nich nigdy, tylko raz jeden, bardzo dawno, blask ognia. A byłby to taki
miły domek, przytulony do lesistych pagórków, zasłonięty od wiatrów
gaikiem sosnowym. Ciepły, gościnny domek! A przy tym życzliwy, łagodny.
Nie taki, jak ten narożny dom, który buduje Tom Semple. Tamten jest
niepoczciwym domem. Kapryśny, o małych oczkach i spiczastych łokciach.
Dziwne, jak silną indywidualność może mieć dom, chociaż nigdy nie był
zamieszkany! Przed laty, kiedy Tadzio i ja byliśmy dziećmi, czepialiśmy
się palcami parapetu okiennego, wdrapywaliśmy się do wnętrza i rozpalaliśmy ogień na kominku. Siedzieliśmy tam, snując plany na
przyszłość. Zamierzaliśmy żyć razem w tym domku. Zapewne Tadzio
zapomniał o tych niedorzecznościach dziecinnych. Pisuje często, a listy
jego są pełne treści i ładne, takie Tadziowate. Opowiada mi wszystkie
drobne zdarzenia ze swego życia. Ale ostatnie listy są bardziej
bezosobowe, tak mi się przynajmniej wydaje. Mogłyby równie dobrze być
napisane do Ilzy, jak do mnie.
Biedny Domku Rozczarowany! Zapewne pozostaniesz rozczarowany po wsze
czasy.
Znów wiosna! Młode topole złocą się na drodze. Zatoka burzy się i pieni
za piaszczystymi wydmami.
Zima minęła nieprawdopodobnie szybko, mimo szeregu ponurych godzin
trzecich w nocy, mimo samotnych, zniechęcających zmierzchów. Dean wróci
niebawem z Florydy. Ale ani Tadzio, ani Ilza nie przyjadą tego lata. Z tego powodu spędziłam dwie bezsenne noce. Ilza jedzie nad morze do
jednej ze swych ciotek, do siostry swej matki, która dotychczas się nią
nie zajmowała. A Tadziowi poszczęściło się: dostał zamówienie na
ilustracje do pewnego wydawnictwa w Nowym Jorku i musi jechać na północ
po wzory z natury. Jest to ogromna wygrana w życiu Tadzia i byłabym z tego powodu szczerze zadowolona, gdyby nie fakt, że nie okazuje on
najmniejszego żalu z powodu naszych zmarnowanych wspólnych wakacji w Czarnowodzie. Najmniejszego!
Widocznie Czarnowoda i ten dawny tutejszy tryb życia są dla niego
pieśnią, która już przebrzmiała.
Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo liczyłam na spędzenie lata z Ilzą
i z Tadziem, ile sobie obiecywałam radości z tych letnich miesięcy. Ta
myśl podtrzymywała mnie przez całą zimę. Gdy sobie uprzytomnię, że ani
razu w ciągu lata nie usłyszę sygnału Tadzia, gwiżdżącego w umówiony
sposób w gaiku Wysokiego Jana, że ani razu nie schronimy się tam, aby
się nagadać do woli, że ani razu nie zamienimy błyskawicznych spojrzeń,
kiedy wśród gromady obcych ludzi zdarzy się coś co ma szczególne
znaczenie dla nas dwojga, gdy to sobie uprzytomnię, zdaje mi się, że
życie staje się bezbarwne, że jest ono stosem zgliszcz i gruzu.
Pani Kent spotkała mnie wczoraj na poczcie i przystanęła, żeby
porozmawiać, co czyni nader rzadko. Nienawidzi mnie po dawnemu.
- Słyszałaś chyba, że Tadzio nie przyjeżdża na lato?
- Tak - odrzekłam lakonicznie.
W oczach jej był wyraz dziwnego, bolesnego triumfu, gdy się odwracała
ode mnie: zrozumiałam. Jest nieszczęśliwa, bo Tadzio nie przyjedzie do
niej, ale cieszy się, że on nie przyjedzie do mnie. To dowodzi według
niej, że on nie dba o mnie.
Niestety, zdaje mi się, że ona ma słuszność. A jednak na wiosnę człowiek
nie może być beznadziejnie smutny.
Andrzej się zaręczył! Z panną, o której ciotka Addie wyraża się z najwyższym uznaniem. "Gdybym sama ją wybrała, nie byłabym bardziej
zadowolona, tak odpowiada mi wybór Andrzeja" - oświadczyła dzisiaj w rozmowie z ciotką Elżbietą. Ja też byłam obecna. Ciotka Elżbieta
umiarkowanie się cieszyła, a przynajmniej twierdziła, że się cieszy.
Ciotka Laura popłakała troszeczkę. Ciotka Laura zawsze płacze, gdy się
dowiaduje o narodzinach, zgonie lub małżeństwie. Była przy tym trochę
rozczarowana. Andrzej byłby takim "bezpiecznym" mężem dla mnie. Tak,
dynamitu nie ma w nim na pewno.
Rozdział III
Z początku nikt nie uważał choroby pana Carpentera za niebezpieczną. Miewał już nieraz ataki reumatyczne w ostatnich latach i leżał w łóżku po parę dni. A potem szedł do pracy ponownie, kulejąc, ponury i sarkastyczny, jak zawsze, z językiem tym mocniej wyostrzonym. Zdaniem pana Carpentera nauczanie w Czarnowodzie już nie było tym, czym było dawniej. Teraz, mówił, są tu same miernoty, same bezduszne zera.
- Wszystko, co mówię, przelatuje przez te głowy, jak przez sito - mówił.
Tadzio i Ilza, Perry i Emilka, ci uczniowie, którzy naprawdę korzystali
z jego wskazówek, skończyli szkołę. A może był pan Carpenter troszkę
zmęczony... w ogóle. Nie był bardzo stary, to znaczy nie miał bardzo
wielu lat życia za sobą, ale przepalił się przedwcześnie. Drobna,
nieśmiała, zwiędła kobieta, jego żona, umarła zeszłej jesieni, odeszła
niepostrzeżenie, równie cicho, jak żyła. Nigdy nie zdawała się odgrywać
wielkiej roli w domu pana Carpentera. Lecz po jej śmierci "pochylił się"
bardzo. Dało się to zauważyć bezpośrednio po pogrzebie. Dzieci w szkole
drżały przed zjadliwością jego języka i przed jego coraz to częściej
powtarzającymi się napadami złego humoru. Władze szkolne kiwały głową i wspominały o konieczności sprowadzenia innego nauczyciela z końcem
bieżącego roku.
Choroba pana Carpentera zaczęła się, jak dawniej, od ataku
reumatycznego. Potem okazało się, że serce niedomaga. Doktor Burnley,
który go odwiedził wbrew jego upartej odmowie zasięgnięcia porady
lekarskiej, przybrał minę poważną i przebąkiwał o "braku woli do życia".
Ciotka Luiza Drummond z Gęsiego Stawu przyjechała, aby go pielęgnować.
Pan Carpenter przyjął to z rezygnacją, niewróżącą nic dobrego, jakby nic
już go nie obchodziło.
- Bylebym miał spokój. Ona może krzątać się dokoła, a ja myślę o czym
innym. Dopóki jestem sam w pokoju, nie wiem o jej istnieniu. Obojętne
mi, co ona robi. Nie chcę się odżywiać i nie chcę mieć prześcielanego
łóżka. Nienawidzę jej włosów. Takie proste i błyszczące. Powiedz jej,
żeby na to znalazła jakąś radę. A dlaczego nos jej wygląda zawsze tak,
jak gdyby było wiecznie zimno?
Emilka przybiegała co wieczór i przesiadywała przy łóżku chorego. Była
jedyną osobą, którą chętnie widywał. Niedużo mówił, ale co parę minut
otwierał oczy i zamieniali uśmiechy porozumiewawcze, jak gdyby oboje
ubawili się jednocześnie jakimś świetnym dowcipem, którego finezję oni
tylko dwoje odczuwali. Ciotka Luiza nie wiedziała, co ma znaczyć ta
wymiana spojrzeń i ta mimika, toteż nie pochwalała jej. Była to poczciwa
istota, o macierzyńskim sercu, zamkniętym w jej staropanieńskiej piersi,
ale drażniły ją te niezrozumiałe, złośliwe uśmiechy jej pacjenta,
leżącego na śmiertelnym łożu. Uważała, że lepiej zrobiłby myśląc o zbawieniu swej duszy. Wszak nie był członkiem zboru kościelnego? Nie
pozwalał nawet na odwiedziny pastora. A Emilka Starr była stale gościem
mile widzianym, ilekroć przyszła. Ciotka Luiza powzięła pewne
podejrzenia w stosunku do owej Emilki Starr. Przecież ona pisuje!
Przecież jedną ze swych kuzynek skarykaturowała w noweli! Prawdopodobnie
szukała nowych wzorów przy śmiertelnym łożu starego poganina. To
tłumaczy jej interesowanie się losami chorego, niewątpliwie to! Ciotka
Luiza patrzyła ciekawie na tę zachłanną młodą dziewczynę. Miała
nadzieję, że ją, Luizę, ta mała oszczędzi w swej następnej nowelce.
Emilka przez długi czas nie chciała wierzyć, że jest to śmiertelne łoże
pana Carpentera. On nie może być aż tak chory! Nie cierpi, nie skarży
się. Wyzdrowieje, skoro tylko się ociepli. Powtarzała to sobie tak
często, aż w końcu w to uwierzyła. Nie mogła sobie wyobrazić życia w Czarnowodzie bez pana Carpentera.
Pewnego razu, w piękny wieczór majowy pan Carpenter czuł się znacznie
lepiej. Oczy jego błyszczały po dawnemu, głos dźwięczał mocno. Żartował
z biednej ciotki Luizy, która nie rozumiała nigdy jego żartów, ale
znosiła je z chrześcijańską cierpliwością. Chorzy powinni się śmiać.
Opowiedział Emilce zabawną anegdotkę i śmiali się oboje na cały głos.
Ciotka Luiza pokiwała głową. Wielu rzeczy nie wiedziała, biedaczka, ale
znała swój skromny zawód pielęgniarki z amatorstwa. Wiedziała, że takie
odmłodzenie, taki niespodziewany powrót sił jest złym znakiem. Emilka w swym niedoświadczeniu nie wiedziała o tym. Wróciła do domu rozradowana
tym polepszeniem zdrowia ukochanego nauczyciela. Niebawem będzie znów
czynny w szkole, będzie ciskał gromy na uczniów i uczennice, będzie się
snuł po drogach w zamyśleniu, czytając jakiegoś starego klasyka,
krytykował jej rękopisy ze zwykłym swym humorem. Emilka cieszyła się.
Pan Carpenter był przyjacielem, którego straty nie mogłaby przeboleć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki