Dokąd uciekał nastoletni Emilian?
Pewnie to niektórych zdziwi, ale do drzew, a konkretnie nad rzekę Świder. Miałem tam swoich kolegów czy koleżanki - płci wówczas nie rozróżniałem. Rozmawiałem z tymi drzewami i tak spędzałem czas. Przyjaźniliśmy się.
Przyjaźnił się Pan też z Romami.
Miałem osiem lat, gdy zamieszkaliśmy na Gocławku. To były czasy, kiedy Władysław Gomułka wydał rozporządzenie, że Cyganie nie mogą jeździć w taborach, muszą mieć stałe zameldowanie. Przy hucie szkła na Gocławku wybudowano dla nich osiedle domków. Prawda była jednak taka, że oni nadal mieszkali w wozach, a w tych domkach trzymali choćby kozy czy kury. Siła przyzwyczajenia całych pokoleń. Chodziłem do nich, a właściwie do swoich trzech kolegów - Koli, Dżordżika i Maszjo, dzięki którym poznałem ich kulturę. Chcieli mnie nawet wydać za swoją śliczną siostrę Katię, która miała wtedy czternaście lat i do tramwajowej pętli chodziła boso, by dopiero w tramwaju włożyć piękne czerwone szpilki. Nauczyli mnie śpiewać w ich języku, musiałem jednak przysiąc, że nigdy nie będę go nikomu tłumaczył. Język romski był wówczas swego rodzaju tabu. Szanowałem to. I właśnie z tego szacunku po latach, wraz z kolegą Krzysztofem Popowiczem, stworzyłem sztukę o Cyganach pod tytułem Truskawka, jedyną ich obronę w opowieści o linczu w Koninie.
Ciekawa historia wydarzyła się z Maszjo. Minęło niemal pięćdziesiąt lat od czasów moich gocławskich przyjaźni, gdy zjawiliśmy się z Januszem Józefowiczem i Buffo na festiwalu cygańskim w Gorzowie Wielkopolskim. Jest próba przed koncertem, śpiewam w amfiteatrze, a po drugiej stronie sceny siedzi łysy grubasek, który przyjechał z zespołem ze Szwecji. Przyglądamy się sobie przez dłuższy czas i w pewnym momencie krzyk: "Milek?!", "Maszjo?!". Tak... Tacy inni, a przecież wciąż tacy sami. To był on! Po prawie pięciu dekadach wielki uścisk, "niedźwiedź" ze starym przyjacielem. Wyobrażasz sobie coś tak niesamowitego?
Pozostając w klimacie, muszę zapytać o historię porwania pewnej Cyganki.
To było wiele lat później.
Śpię sobie w moim mieszkaniu na Belwederskiej, jest szósta rano, gdy budzi mnie pukanie do drzwi. Otwieram, a w progu widzę dwóch nieznajomych i Adama Andrasza, białego Cygana, założyciela Centrum Kultury Romów w Tarnowie. "Masz nóż sprężynowy?", pada pytanie, dość nietypowe jak na szóstą rano... "No mam. Gazowy, może być?", odpowiadam zdezorientowany. "To ubieraj się, jedziemy po żonę". Dokładnie te słowa usłyszałem, stojąc w półśnie na progu mojego mieszkania. Adam znalazł mi żonę w Limanowej. Miałem ją tylko wsadzić do swojego golfa i ukrywać się z nią przez dwadzieścia cztery godziny. Zasada była taka, że jak nie znajdą nas przez dobę, jest moja. Strasznie długo musiałem poić ich herbatą i alkoholem, aby dali się przekonać, że żona to towarzyszka życia, a nie niewolnik do porwania.
Już jako dziecko podejmował się Pan różnych zajęć. Podobno za pierwsze zarobione pieniądze kupił Pan bilet tramwajowy i jeździł po Warszawie.
Miałem wtedy jakieś osiem lat. Było ciężko, zajmowałem się sprzedażą butelek, makulatury, robiłem lalki z lipowego drewna. Od zawsze miałem zdolności manualne, tworzyłem laleczki gitarzystów na sprężynach i sprzedawałem pod budką z piwem. Robiłem je po nocach godzinami. Za zarobione pieniądze podróżowałem do Śródmieścia, a z wiekiem na Pragę. Oglądałem to moje miasto. Z tych wycieczek pamiętam dość mocno pozostałe po okupacji takie dziwne puste ściany z wypalonymi dziurami po oknach.
Osiem lat to dość wczesny wiek na interesy.
Nosiłem w sobie przekonanie, że dla bezpieczeństwa muszę mieć swoją kasę. I miałem.
Zatem szybko stał się Pan mężczyzną.
Chyba za szybko. Mając czternaście lat, musiałem już poważnie myśleć o tym, kim będę, a nie miałem autorytetu, który mógłbym o cokolwiek zapytać. Będąc dwunastolatkiem, oglądałem w telewizji program z Krakowa, to była Piwnica pod Baranami. W tym programie usłyszałem trzy pytania, które zrobiły na mnie wówczas ogromne wrażenie i prowadzą mnie od tamtej pory aż po dziś dzień, a mianowicie: "Skąd przychodzimy?", "Kim jesteśmy?" i "Dokąd idziemy?". Trzy drogowskazy. Wydaje mi się, że już wtedy określiłem samego siebie, że osiągnąłem jakiś wewnętrzny spokój. W tamtym czasie też przysięgliśmy sobie coś z moim ówczesnym przyjacielem Krzysiem. Obaj na Gocławku dzień w dzień widzieliśmy wódkę i jej PRL-owskie żniwo. Krzysiek dodatkowo zmagał się z problemem alkoholizmu w rodzinie. Wszyscy wtedy pili, i było to takie ruskie picie na umór. Siłą rzeczy patrzyliśmy na to i wcale nam się to nie podobało. Przy dużej brzozie w Olszynce Grochowskiej przysięgliśmy sobie, że przez dziesięć najbliższych lat nie wypijemy ani kropli alkoholu i że nigdy nas ta wóda nie wciągnie. Mieliśmy wtedy po piętnaście lat.
Udało się wytrwać w przysiędze?
Tak, dotrzymałem słowa. Co więcej, nie tknąłem alkoholu o rok dłużej, dopóki lekarz nie zalecił mi kuracji spirytusowej na problemy żołądkowe. Z tym zresztą wiąże się pewna historia. Mieszkałem wtedy na Korotyńskiego na Ochocie - historia tego mieszkania też jest ciekawa, związana z pożarem Teatru na Woli, ale o tym za chwilę. Wracając do spirytusu, dostałem zalecenie picia mieszanki ze spirytusu, miodu i soku z cytryny. Lekarz mi wytłumaczył, jak mam ją przyrządzać i jak pić, ale z braku doświadczenia popełniłem błąd i wypiłem wszystko z wdechem. Było to niesamowicie mocne. Latałem po mieszkaniu i myślałem sobie: umrę, jak nic tu umrę! Zatkało mnie, nie mogłem złapać tchu. Podbiegłem do okna, by nabrać powietrza, ale nadal się dusiłem. Na szczęście robiłem wtedy pranie, które polegało na tym, że do wanny wrzucałem wszystko, co miałem, razem z dwoma proszkami E. Hasło reklamowe tego produktu brzmiało: "E sam pierze" - i jakoś się tego trzymałem. Później następował program płukania, który właśnie w tamtym momencie odbywał się w mojej wannie. Nie myśląc długo, przerażony wskoczyłem do wanny z zimną wodą i skarpetkami. Ulga, wspaniale mnie to wychłodziło. Jak wdać, E nawet spirytus potrafił wyprać.
Zaciekawił mnie Pan tym pożarem teatru.
To będzie dłuższa historia.
Miałem taką książeczkę, nazywało się to "mieszkanie młodych" lub jakoś podobnie; wpłacałem na nią wszystkie oszczędności.
Któregoś dnia przyszedłem do pracy, do Teatru na Woli, a tam powitał mnie swąd i unoszący się w powietrzu dym. Wpadłem pędem na portiernię, portier zdążył wykrzyczeć "Palimy się!" - i zemdlał. Nie myśląc długo, wskoczyłem do garderoby. Mieliśmy wtedy grać sztukę Gdy rozum śpi, ale chwyciłem mundur z Pierwszego dnia wolności. Szybko go nałożyłem, żeby mieć lepszą osłonę, i pobiegłem na dół gasić pożar. Pamiętam jak dziś duże foyer i bileterki biegające po nim we wszystkie strony niczym kulki po stole bilardowym. Strażak, starszy człowiek, kręcił się w kółko, bo nie wiedział, gdzie jest hydrant, a dyrektorzy administracyjny i techniczny biegali pokurczeni, podskakując i krzycząc: "Pali się, pali się!". To nieprawdopodobne, jakie może być zachowanie ludzi w ekstremalnej sytuacji. Pamiętam, że krzyknąłem wtedy coś niecenzuralnego i na koniec dodałem: "Dawać wiadra!". Ustawiliśmy się w szpaler, by przyspieszyć akcję, ale to wszystko było całkowicie bez sensu, bo paliła się już cała widownia. Sam z mokrą szmatą w ustach, która miała chronić przed dymem, opróżniłem jedenaście gaśnic, próbując ratować, co się da. Ogień zbliżał się już do akumulatorowni i linowni, a to, jak się później okazało, groziło wybuchem i zawaleniem budynku. Przy kolejnej gaśnicy, nie mogąc złapać oddechu, niemalże połknąłem tę mokrą szmatę. Rozkojarzyło mnie to, zakręciłem się oszołomiony i poszedłem prosto w ogień. Uratował mnie wtedy maszynista Jurek, a potem posadził przy bufecie, na którym stało akurat trzy i pół litra zsiadłego mleka. Ono jest najlepszym środkiem na zatrucie dymem. Skąd się tam wtedy wzięło? Nie wiem, ale wypiłem wszystko duszkiem.
Co było później?
Zebrali się aktorzy, siedliśmy za kulisami. Mógłbym w tym momencie przytoczyć nazwiska kilku kolegów, którzy zachowali się wtedy, delikatnie mówiąc, niewłaściwie, ale spuśćmy na to zasłonę milczenia. A więc siedzimy - ja taki zaczadziały - a dyrektor Łomnicki przemawia: "Przeżyłem powstanie, obserwowałem młodych chłopców, ryzykantów, którzy mieli odwagę, hart ducha - recytuje piękny wstęp, po czym dodaje - i takim młodzieńcem jest Emilian, mój wychowanek". To było piękne, pełne wdzięczności i miłe. Poczułem się... uhonorowany. Jeden z kolegów chyba nie mógł się z tym pogodzić, bo następnego dnia, jak tylko mnie zobaczył, krzyknął: "Strażak, może coś jeszcze sobie podpalisz?". Zarobił prosto w ryj. Leciał długo.
Co wspólnego miał ten pożar z mieszkaniem?
Teatr był remontowany w zawrotnym tempie. Błyskawicznie stanęliśmy na nogi, tylko w powietrzu miesiącami utrzymywał się swąd spalenizny. Po jakimś czasie wezwał mnie dyrektor i oznajmił, że straż pożarna chciałaby mi wręczyć medal za odwagę. Nie bardzo wiedziałem, jak się do tego odnieść, i rzuciłem bez zastanowienia: "Niepotrzebny mi medal za odwagę, wolałbym mieć gdzie mieszkać". Dyrektor lekko się zdziwił, ale stanął na głowie, by mi pomóc. Zadzwonił do prezydenta Warszawy i poprosił, by zamiast wręczać medal, przyspieszył mi przydział mieszkania. Prezydent wciągnął mnie do swojej puli i dostałem kawalerkę na Korotyńskiego, w której później robiłem te ciekawe prania.
W jednym z wywiadów powiedział Pan kiedyś, że w dzieciństwie bywał Pan głodny. Był to głód fizyczny czy bardziej głód życia?
Głód w moim przypadku dotyczy przede wszystkim życia, cały czas mam apetyt na więcej, ale bywało i tak, że kiedy uciekałem z domu, długo nic nie jadłem. Najdłużej bez jedzenia spędziłem pięćdziesiąt dwie godziny - to sporo dla młodego człowieka. Nakarmili mnie wtedy bezdomni na drewnianym wówczas Dworcu Centralnym. Innego razu po ucieczce z domu zasnąłem na ławce pod pomnikiem Chopina w Łazienkach. Było ciepłe lato, środek nocy, wybudziłem się ze snu i spostrzegłem trzy psy biegnące w moją stronę, a za nimi jeszcze dozorcę. Jak kocham zwierzęta, tak te były w ataku i wyraźnie mi zagrażały. Zacząłem uciekać. Pod wpływem adrenaliny przeskoczyłem przez ogromną żelazną bramę przy Belwederze. Kilka dni później poszedłem zobaczyć, jakim cudem mi się to udało. Do tej pory nie wiem. Fizycznie wydaje się to niemożliwe, ale na skutek lęku wyzwoliła się we mnie niesamowita siła. Takie treningi polecałbym olimpijczykom.
Jako nastolatek pracował Pan na budowach. Co Pan tam robił?
Wujek Antek, brat mamy, załatwił mi pracę w Wildze; musiałem tam dojeżdżać rowerem. Miałem wtedy szesnaście lat i pracowałem na budowach jako pomocnik murarza. W czasach, kiedy nie znano jeszcze betoniarek, była to naprawdę ciężka praca fizyczna. Zatrudniałem się też przy zbiorach owoców, żeby zarobić na rower, płyty i na gitarę. Za pierwsze poważne pieniądze kupiłem sobie taki żółty przeceniony zestaw płyt mojego ukochanego Fryderyka Chopina, z jego podpisem. No i pierwszą gitarę! Zdzierałem łapy do krwi, ucząc się na niej grać. Mój tata nie był tak muzykalny i obszedł się z nią niewłaściwie, bo został mi po niej ino gryf. To bolesne wspomnienie.
Patrząc na Pana dzisiaj, można by powiedzieć: ten człowiek sunie jak czołg. A czy w dzieciństwie czegoś się Pan wstydził, było coś, co Pana krępowało?
Tak, byłem bardzo zakompleksionym dzieckiem. Zupełnym przeciwieństwem tego "czołgu". Czułem się gorszy, nieakceptowany, musiałem ciężko pracować nad sobą, nad siłą swojego charakteru. Jest to bardzo osobista rozmowa, więc chyba mogę się do tego przyznać...
Przeczytałem gdzieś, że mnisi i rycerze żyli w ascezie; że Władysław Jagiełło - swoją drogą, bardzo lubię tę postać - jeździł na Łysą Górę, by o chlebie i wodzie medytować, a przy tym się biczował. Spodobało mi się to do tego stopnia, że sam skonstruowałem sobie bicz z rzemieni, jakie mocowano w starych singerach - maszynach do szycia. Napisałem sobie kodeks: ile rzemieni należy się za konkretne przewinienia - kłamstwo, tchórzostwo, obżarstwo et cetera. Pięć za to, dziesięć za co innego - i tak aż do trzydziestu. Sam sobie dawałem baty na gołe plecy w mojej jaskini, to znaczy w pomieszczeniu na węgiel, tak jakby mi brakowało tych, które i tak dostawałem już od życia. Ten ból był jednak inny, bo nie mogłem przecież oszukiwać samego siebie. Był karą, z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że uczył i budował.
To nie było łatwe dzieciństwo.
Ono było bardzo trudne, chyba nawet za bardzo. Nie chcę się nad tym rozwodzić, ale przyznam, że był to najgorszy czas w moim życiu. Starałem się za wszelką cenę znajdować w nim pozytywy, ale generalnie to były łzy, cierpienie, niezrozumienie i samotność.
Czy można powiedzieć, że po tym burzliwym dzieciństwie odnalazł Pan spokój, stabilizację?
Ależ skąd! Ten sposób życia pozostaje na zawsze. I nie chodzi tu o jakieś ryzyko, lecz w pewnym sensie o ten wspomniany wcześniej głód. Trzeba działać, tworzyć, być w ruchu - tak właśnie funkcjonuję. Mam wiele pomysłów i choć czasy są teraz trudne, to żyć trzeba, a życie, w moim rozumieniu, to ciągły rozwój.
Z perspektywy czasu więcej Pan na swoim dzieciństwie stracił czy zyskał?
Zyskałem. Paradoksalnie poprzez trudne dzieciństwo stałem się o wiele silniejszym człowiekiem. Powiedzenie "Co cię nie zabije, to cię wzmocni" idealnie tu pasuje.