Emi i Tajny Klub Superdziewczyn. Akcje w wakacje - Agnieszka Mielech

Kup ebooka

34.99 zł
26.84 zł (29,04 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ŚWIĘTA, PRÓŻNIA I ZAPROSZENIE DO ŻABIEGO ROGU

Tajny Klub Superdziewczyn był w kropce. Od czasu rozwiązania zagadki (i to międzynarodowej!) zniknięcia kostiumów teatralnych nie pojawiało się nic innego. A odkrywanie tajemnic to główny cel naszej paczki.

Flora narzekała już od powrotu z zimowiska.

- Niedobrze - biadoliła. - Nic się nie dzieje, a przecież życie nie znosi próżni.

Pierwszego dnia przerwy świątecznej przed Wielkanocą Faustyna, Flora, ja i Franek leniuchowaliśmy w moim pokoju. W końcu mieliśmy wolne! Franek przeciągnął się powoli i powiedział:

- Czas, abym wyjaśnił wam, co naprawdę oznacza próżnia.

Przewróciłam oczami. Znowu wykłady?

- Wiesz - zaczęłam niepewnie. - W sumie to chyba wiemy...

Franek przyjął to z entuzjazmem:

- Tak? To super! W Tajnym Klubie Superdziewczyn jest ktoś, kto interesuje się fizyką! Chętnie posłucham!

"No to pięknie! - pomyślałam. - A co, jeśli moja teoria próżni jest, powiedzmy, śmieszna? Nie lubię, kiedy się ze mnie żartuje".

Franek zauważył, że się waham, i dopingował mnie.

- Dalej! - namawiał. - Powiedz, co wiesz o próżni.

- Hmm. Myślę, że to... to... - jąkałam się. Wreszcie wypaliłam: - To po prostu miejsce, w którym niczego nie ma!

Franek zrobił wielkie oczy i wykrztusił:

- O! To bardzo ciekawa teoria. Powiedziałbym: rewolucyjna!

Już po chwili zaczął się jednak mądrzyć:

- Chodzi o to, że trudno znaleźć miejsce, w którym nie ma nic.

- Jasne - prychnęła Flora. - Jeśli, powiedzmy, miałam paczkę cukierków i je zjadłam, to co mam w torebce? To jakby próżnia, bo nic już tam nie ma!

Franek zadumał się i powiedział:

- W tej paczce zawsze coś będzie. Choćby gaz!

- Fe! Mówisz o gazach? - skrzywiła się Flora. - Ohyda!

- Chcę wam tylko wyjaśnić, że próżnia w takim... no, tradycyjnym rozumieniu, jest czymś zupełnie innym niż próżnia w fizyce. Próżnia w fizyce to stan o najniższej energii.

Teraz to my wytrzeszczyłyśmy oczy, chociaż wcale nie powinnyśmy się dziwić. Przecież tata Franka był światowej sławy profesorem fizyki.

Na widok naszych min Franek skapitulował:

- No dobra. Próżnia nie jest niczym konkretnym, to tylko teoria. Zapamiętajcie to, a w czwartej klasie zabłyśniecie!

- Wiesz, mamy teraz przerwę wielkanocną, więc raczej chcemy się rozerwać - oświadczyła Flo.

Faustyna była innego zdania:

- A ja myślę, że to całkiem ciekawe. Moja mama uważa, że do czwartej klasy trzeba się porządnie przygotować. To zupełnie inna para kaloszy niż nauka w niższych klasach.

Flora zrobiła zbolałą minę i zaproponowała:

- Pobawmy się. W cokolwiek. Mogą być nawet lalki. Wampirki. Kucyki! Zgadzam się na wszystko.

W tej chwili rozległo się pukanie do drzwi mojego pokoju i weszła mama.

- Kto chce kręcić babę? Felek właśnie przyniósł jajka!

Jakby na potwierdzenie do pokoju wpadł Felek. Trudno było nie rozpoznać jego rudych włosów i mordki kotki Fiolki, którą przyciskał do siebie.

- To ja! Co tam knujecie? Mama przysłała mnie ze świeżymi jajkami ze wsi. Nasza babcia przywiozła ich prawie sześćdziesiąt!

- Czyli kopę1 - zauważyła mama.

- Chyba kopę lat! - obruszył się Franek.

- Franku, kopa może być miarą. To pięć tuzinów - uprzejmie wyjaśniła mama. - A tuzin to dwanaście sztuk. Skoro mamy świeże jaja, to możemy piec wielkanocne baby.

- To ja już muszę lecieć! - wrzasnął Felek, wcisnął Fiolkę do koszyka i trzasnął drzwiami.

Flora zatkała uszy, a Fau przewróciła oczami. Te chłopaki! Po chwili byliśmy już w kuchni i rozpoczęliśmy przygotowania do pieczenia.

Do ciasta potrzebowaliśmy:

1 masła,

2 cukru,

3 jajek,

4 mąki.

Najpierw musieliśmy przesiać mąkę. Wsypywaliśmy ją na sitko i potrząsaliśmy nim energicznie. Fajna zabawa! Dzięki temu ciasto będzie bardziej pulchne. Mniam! Potem rozbijaliśmy jajka i oddzielaliśmy żółtka od białek, a to wcale nie takie łatwe! Żółtka musieliśmy utrzeć z masłem i cukrem, a białka ubić na sztywną pianę. Każdy chciał ubijać! Wreszcie łączyliśmy przesianą mąkę z masą maślaną i proszkiem do pieczenia. Na koniec dodaliśmy pianę z białek.

- Ciasto na babę gotowe. Dobrze się spisaliście - pochwaliła nas mama.

- U nas w domu baby są trochę brązowe - zauważyła Faustyna.

- Może po prostu się przypaliły? - zastanawiała się Flora.

Mama otworzyła szafkę, poszperała w niej i wyjęła kolorową puszkę:

- Słuszna uwaga - powiedziała. - Możemy do części ciasta dodać kakao.

Kiedy wypełniliśmy już formy do pieczenia na przemian masą kakaową i białą, baby powędrowały do piekarnika. Zostało nam trochę ciasta.

- Możecie upiec własne wielkanocne babki - zaproponowała mama.

- Tak! - zawołaliśmy chórem.

I znów zabraliśmy się do ubijania i przesiewania. Było przy tym mnóstwo śmiechu. Naszą zabawę przerwało nieoczekiwane przybycie pani Laury.

- Wielkanocne porządki mam już za sobą - wysapała. - A teraz zabieram Florę i Franka. Na prośbę profesora, który pracuje nad kolejnymi eksperymentami.

Franek podskoczył jak oparzony, krzycząc:

- Zapomniałem! Dzisiaj pracujemy nad żurawiem magnetycznym2!

Flora pobiegła za nim, pokrzykując:

- Sam jesteś ŻURAW! Uważaj, żebyś się nie zagubił w próżni!

Franek, jak zwykle niezrażony, odkrzyknął:

- Jeszcze się przekonasz, że fizyka jest ciekawa!

Pani Laura dorzuciła na pożegnanie:

- A! Byłabym zapomniała, jutro na naszej ulicy odbywa się świąteczny jarmark. Będzie malowanie jajek, tkanie na krosnach i degustacja wielkanocnych dań. Przyjedźcie koniecznie!

Aż podskoczyłam z radości:

Super! Jedziemy na jarmark! Będziemy malować wielkanocne jajka!

Zapowiadało się świetnie.

- Świąteczne porządki w domu same się nie zrobią - zastrzegła mama.

- Sama mówisz, że porządek nie zając i nie ucieknie! - odpowiedziałam.

Mama roześmiała się i obiecała, że w takim razie zajmiemy się sprzątaniem po powrocie z jarmarku. Pomyślałam wtedy o stosie klocków lego, które będę musiała poskładać. Niewesoło...

Następnego dnia mama wzięła wolne. To rzadko się zdarza. Nie dają im wiele wolnego w tym biznesie.

Już po dziesiątej byliśmy przed domem państwa Zwiędłych. Mama, tata, który wrócił w nocy z placu budowy nowych domów, no i ja. Wzdłuż ulicy ustawiono kolorowe stragany. Z trudem powstrzymałyśmy się z mamą przed rzuceniem się w wir świątecznych zakupów i ruszyliśmy do Zwiędłych.

- Może przynajmniej poczęstują nas kawą, musiałem się zerwać skoro świt - mruczał tata.

Pani Laura, Flora i jej tata przywitali nas w piżamach.

- Jakoś nie mam chęci na wczesne wstawanie w dni wolne od pracy - oświadczył pan Zwiędły i wyciągnął się wygodnie.

Tata, niepocieszony tym, że nie może usiąść we własnym fotelu, poprosił o kawę.

- Największą, jaką się da! - zastrzegł.

- Wiadro kawy! - poprawił go pan Zwiędły. - Ja też mam ogromną ochotę.

Za to ja miałam chęć na bieganie wśród straganów, ale czekała mnie niespodzianka.

- Jemy dzisiaj naleśniki z prawdziwym dżemem! - zawołała Flora i zaciągnęła mnie do kuchni, gdzie na stole piętrzyła się góra pachnących placków.

Rzuciłam się po talerz i po chwili obie zajadałyśmy, aż uszy nam się trzęsły.

- Są i wielkanocne naleśniki - oceniła mama, gdy weszła do kuchni z panią Laurą. - Trochę kalorii na święta to obowiązkowy punkt programu.

- Dżem kupiliśmy na jarmarku - broniła się mama Flory. - Naturalny dżem z prawdziwych owoców.

Na dowód wyciągnęła z szafki kilka słoiczków obwiązanych kolorowymi tasiemkami.

- Agrest z pomarańczą. Truskawki z wanilią. - Mama oglądała słoiczki i głośno czytała etykiety. - Same rarytasy!

- Ja też chciałabym na Wielkanoc naleśniki. Z truskawkami i wanilią! - zawołałam.

Mama pokręciła głową:

- Wielkanocne dania to żurek, biała kiełbasa i, rzecz jasna, jajka.

Nie przepadam ani za żurkiem, ani za kiełbasą, więc odparowałam:

- To ja będę jadła tylko jajka. A przecież to nie jest zdrowe.

Zaraz po spałaszowaniu naleśników wyruszyłyśmy na podbój wielkanocnych straganów. Na każdym z nich można było znaleźć coś ciekawego. Były drewniane ozdoby: zajączki i toczone jajka, urocze kurczaczki i gąski z delikatnych piórek. Były takie śliczne! Gdzie indziej odkryłyśmy konewki i doniczki z młodymi roślinami, ozdobione kolorowymi wstążkami, oraz pięknie haftowane stroje i ręcznie malowane naczynia.

Najwięcej jednak było jedzenia - chleby i bułki, mnóstwo ciast i ciasteczek, serów i wędlin. Odnalazłyśmy także stragan z dżemami, których próbowałam u państwa Zwiędłych. Zdecydowałyśmy się i na truskawkowy, i na agrestowy. Ileż przysmaków na święta! Wprawdzie tata oświadczył, że dla niego liczą się tylko żurek z białą kiełbasą i mazurki, ale ja mu nie wierzę.

- Tato, sam mówisz, że tradycje też się zmieniają - oznajmiłam. - Może teraz wielkanocnym przysmakiem jest dżem!

Poza oglądaniem straganów dużo czasu zajęło nam testowanie krosien, przy których pracowały panie w białych, haftowanych bluzkach i kolorowych, pasiastych spódnicach. Dzisiaj nikt nie nosi takich ubrań na co dzień. Banalne!

Mama szybko nam to wyjaśniła:

To tradycyjne stroje ludowe.

Potem utkała mały dywanik i postanowiła, że położy go w łazience. Ja barwiłam w łupinach cebuli jajka zawinięte w kolorowe szmatki. Wyszły mi najpiękniejsze kraszanki3, jakie dotąd zrobiłam.

Wreszcie mama dała znak do odwrotu, bo zbliżało się południe:

- Emi, ściągamy tatę. Pewnie razem z panem Zwiędłym oglądają sport w telewizji. Za kilka godzin przyjeżdża babcia Stanisława, a my nie przygotowaliśmy nawet koszyczka ze święconką!

Koszyczek ze święconką to ważny symbol świąt Wielkanocy. Trafiają do niego pokarmy, które święcimy w kościele w Wielką Sobotę, a potem dzielimy się nimi w trakcie wielkanocnego śniadania. Ja przygotowałam własny. Włożyłam do niego kromkę chleba, małą kiełbaskę (tyle mogę wytrzymać), kawałek baby i dżem w miseczce.

- Nie widziałam jeszcze dżemu w święconce, ale skoro to dla ciebie ważne - zgodziła się mama i pozwoliła mi dodać jeszcze drugi smak.

Włożyłam też baranka z cukru, całość przykryłam serwetką i mogliśmy ruszać do kościoła.

Potem tata pojechał na dworzec kolejowy, aby odebrać babcię.

Ciekawe, jakie dostanę prezenty od zajączka. Czekałam niecierpliwie, ale się opłaciło! Babcia przywiozła mi kolorowe pisanki, które zrobiły gospodynie na wsi, i pyszne słodycze. Mama nie była jednak zachwycona, bo na co dzień ograniczamy słodkości.

Święta minęły nam przyjemnie. Chodziliśmy na spacery. Tradycją stały się już spotkania u państwa Zwiędłych. Najbardziej cieszą się z nich rodzice, bo mają mniej przygotowań i sprzątania! W tym roku też byliśmy na obiedzie w domu Flo, tym razem w towarzystwie babci, profesora i Franka.

Tajny Klub Superdziewczyn też miał udane święta - nie uniknęłyśmy mokrego śmigusa-dyngusa4, który przygotował nam Franek.

Na koniec świąt czekała nas prawdziwa niespodzianka.

Babcia zaprosiła nas, to znaczy cały Tajny Klub Superdziewczyn, na wakacje na wieś! Latem przeprowadza się do domu nad rzeką. Będzie tam miała ogród z mnóstwem warzyw i owoców oraz letni domek.

- Teraz, kiedy już wiem, że Tajny Klub Superdziewczyn to poważna organizacja, muszę zaprosić was do Żabiego Rogu. Może znajdziecie tam kilka nierozwiązanych zagadek? - powiedziała tajemniczo.

Franek, który przysłuchiwał się naszej rozmowie, chrząknął znacząco.

- Chodzi o to, babciu, że Franek nie należy do naszego klubu - wyjaśniłam.

- No właśnie - przytaknęła Flora. - Przecież nie jest dziewczyną.

Babcia zaproponowała:

- Jeśli tylko pan profesor się zgodzi, Franek będzie mile widziany w Żabim Rogu.

- Hurra! - wrzasnął chłopiec. - Tata na pewno się zgodzi!

- Co będziemy robić w Żabim Rogu? - zapytała Faustyna.

Babcia nie zastanawiała się długo:

- Oprócz zagadek, mam w Żabim Rogu ogród i potrzebuję pomocników do wyrywania chwastów i zbierania owoców. Możecie pójść do lasu, a potem zbudować szałas nad rzeką. Zrobimy też ognisko.

Popatrzyliśmy po sobie. To był świetny plan! Jedziemy do miejsca, w którym możemy przeprowadzić tajną misję, a do tego czeka nas tyle atrakcji! Szykują się świetne wakacje!