Major Pałkowski rozpoczyna śledztwo
Zgodnie z umową inżynier Wojciechowski zadzwonił do swojego przyjaciela, pułkownika Jareckiego, w kilka minut po rozpoczęciu pracy ministerstwa. Sam inżynier był zbyt zdenerwownay, aby jechać rano do fabryki. Przekazał jedynie telefonicznie wiadomość, że "z powodu ważnych spraw rodzinnych" nie zjawi się w dniu dzisiejszym.
Jednakże dopiero po dziesiątej mógł skomunikować się z pułkownikiem. Ale Zygmuntowi wypadła jakaś ważna konferencja, na którą udał się wprost z domu, nie wstępując nawet do swojego gabinetu.
- Elżbieta nie wróciła - powiedział Adam, kiedy w końcu Jarecki znalazł się z drugiej strony kabla.
- Masz jakieś wieści?
- Nie.
- Hm... - widocznie tym razem i oficer uznał sprawę za poważną.
- Co robić? - denerwował się inżynier.
- No cóż... Do milicji dałeś znać już wczoraj. Gdyby coś znaleźli, już by cię zawiadomili. Na podjęcie poszukiwań ciągle jeszcze za wcześnie. Skąd dzwonisz?
- Z domu.
- Dobrze! Nie wychodź. Postaram się w ciągu pół godziny skontaktować z tobą. Pomówię w tej sprawie z pewnymi ludźmi. Czekaj na mój telefon.
Pułkownik odłożył słuchawkę i zamyślił się. Bardzo chciał pomóc przyjacielowi. Ale jak? Znał pewną, stosunkowo prostą drogę. Zadawał sobie jednak pytanie, czy ma prawo z niej skorzystać? Przecież nie po to istnieje Ministerstwo Obrony Narodowej i podległe mu służby, aby obarczać je bojowym zadaniem odnajdywania niewiernych żon, uciekających od starszych mężów.
Zresztą pułkownik nie mógł uwierzyć, że Elżbieta rzuciła męża. Ich związek wydawał się być szczęśliwym i dlatego budził uzasadnione nadzieje na trwałość. Wprawdzie nikt, nawet najbliżsi nie mogą znać całej prawdy o jakimś małżeństwie, gdzie doskonale zachowane pozory wobec osób trzecich stwarzają idealny obraz, nieraz daleko odbiegający od prawdy, ale Jarecki tak często bywał w domu przyjaciela, tyle razy spotykał się i rozmawiał z Elżbietą, że i jemu trudno było uwierzyć, iż widok szczęśliwej, młodej mężatki był tylko złudzeniem.
Jeżeli Elżbieta kochała męża, a mimo ostatnich zdarzeń Jarecki w to nie wątpił, czemu od niego odeszła? Na dodatek w tak dziwny sposób? Może to jakiś szok, nagła utrata pamięci? A jeżeli ucieczka, to pytanie czy przed mężem, czy przed czymś innym? A może...
Pułkownik długo się wahał, w końcu jednak nakręcił znany sobie numer.
Gdy na drugim końcu drutu ktoś podniósł słuchawkę, Jarecki rzucił:
- Chciałbym rozmawiać z majorem Pałkowskim.
Za chwilę połączono go z pokojem majora.
- Dzwonię w dość dziwnej sprawie - zagaił pułkownik - chciałbym was nią zainteresować. Poziornie wygląda bardzo banalnie. Obawiam się jednak, że są to tylko pozory.
- Słucham was, pułkowniku.
- Otóż mój przyjaciel, Adam Wojciechowski, wrócił wczoraj do domu, jak zwykle z pracy około godziny czwartej po południu. W mieszkaniu nie zastał żony. Wszystko było w najlepszym porządku, nawet ziemniaki stały w rondlu na kuchni. Wyglądało na to, że niespodziewanie wyszła gdzieś na chwilkę. Do tej pory jednak nie wróciła.
- No cóż, dla waszego przyjaciela to smutne, ale takie wypadki zdarzają się codziennie. Czy zawiadomił milicję?
- Oczywiście. Mają wszcząć poszukiwania po upływie dwudziestu czterech godzin. Na razie sprawdzili w szpitalach, aresztach i nawet w kostnicy. Nigdzie jej nie ma.
- A więc prawdopodobnie nie wypadek, tylko babce znudził się mąż i poszukała kogoś innego.
- W pierwszej chwili ten sam powód przyszedł mi na myśl i nigdy nie zawracałbym wam głowy taką sprawą, ale obawiam się, że ta historia ma nieco inny aspekt. Znam to małżeństwo bardzo dobrze. Są po ślubie dopiero kilka miesięcy. Zawsze wydawało mi się, że to wyjątkowo dobrana, kochająca się para.
- Z boku mogło tak wyglądać, a rzeczywistość była krańcowo różna.
- Gdybym się nawet z wami zgodził, majorze, to muszę jednocześnie pamiętać, że inżynier Adam Wojciechowski jest znanym wynalazcą. Również w dziedzinie wojskowości. Obecnie pracuje nad nowym odkryciem, do którego przywiązujemy ogromne znaczenie. Krótko mówiąc, coś w rodzaju działa laserowego. Zależy nam, żeby ta praca, znajdująca się zresztą w stadium końcowym teoretycznych rozwiązań, została zakończona jak najprędzej. Takie zdarzenie w życiu osobistym wynalazcy może opóźnić czy nawet wstrzymać jego dzieło. Tylko z tych powodów zadzwoniłem do majora.
Po drugiej stronie drutów zapanowało milczenie. Pułkownik sądził, że połączenie zostało zerwane i miał zamiar o tym się upewnić, gdy Pałkowski powiedział:
- Przepraszam, pułkowniku, początkowo nie zwróciłem uwagi na nazwisko waszego przyjaciela. Oczywiście o Wojciechowskim słyszałem. Trochę zajmujemy się jego osobą. Naturalnie nie w sensie inwigilacji, lecz po prostu ochrony jego prac i doświadczeń przed niepowołanymi oczyma. Zajmę się tą sprawą i bardzo jestem wdzięczny za zwrócenie nam na nią uwagi. Z tym zniknięciem żony może być różnie. Pilnowaliśmy wynalazcę w jego miejscu pracy, a zapomnieliśmy o domu. Niedawne małżeństwo i nagłe zniknięcie żony... Ciekawe.
- Dziękuję wam, majorze - pułkownik chciał zakończyć rozmowę, ale Pałkowski szybko dorzucił:
- Wojciechowski jest w fabryce czy w domu?
- W domu.
- Za pół godziny będę u was i razem do niego pójdziemy. Muszę z nim porozmawiać.
Minęła godzina. Inżynier Wojciechowski przesiedział ją przy swoim biurku pilnując ebonitowej skrzyneczki. Ta odezwała się wreszcie.
- Poznajesz mnie? - spytał pułkownik. - Są jakieś wiadomości?
- W dalszym ciągu nic.
- Zaraz przyjadę do ciebie z majorem Pałkowskim. Proszę czekaj na nas.
Tym razem nie upłynęło i dwadzieścia minut, gdy rozległ się dzwonek u drzwi. Kiedy Wojciechowski otworzył, za progiem stało dwóch mężczyzn. Jednym z nich był pułkownik, drugim nie znany Adamowi cywil.
- Panowie nie znają się - Jarecki dopełnił formalności. - Inżynier Wojciechowski, major Pałkowski. Major jest z kontrwywiadu i zainteresował się twoją sprawą.
- Bardzo dziękuję. Jestem naprawdę niespokojny i zdenerwowany.
- Pan pułkownik - rzekł major - opowiedział mi o pańskim zmartwieniu. Pozwoli pan jednak, że zadam mu parę pytań?
- Proszę. Jestem na rozkazy pana majora.
Oficer uśmiechnął się. Był to mężczyzna w wieku około czterdziestu lat. Średniego wzrostu, szczupły i wysportowany. Szczególnej urody dodawały mu srebrne nitki przetykające jego ciemne włosy. Opalona twarz o cienkim, prostym nosie, lekko zacięte usta i oczy o zimnym, niebieskim blasku dopełniały sylwetki przystojnego mężczyzny.
- O rozkazach nie ma mowy. Po prostu parę informacji, abym mógł lepiej zorientować się w całej sprawie. Pułkownik wspominał mi, że jest pan inżynierem, pracuje w Fabryce Maszyn Precyzyjnych, a poza tym jest pan autorem wielu cennych wynalazków. Czy można wiedzieć, nad czym pan pracuje obecnie?
- Przecież mówiłem majorowi - wtrącił pułkownik - nad nowym typem lasera.
Major nadal pytająco spoglądał na Wojciechowskiego, nie zwracając pozornie uwagi na słowa wypowiedziane przez pułkownika.
- Jestem inżynierem elektrykiem. Studiowałem również fizykę - wyjaśnił gospodarz - to przesada o tych wielu cennych wynalazkach, ale parę rzeczy udało mi się zrobić. Obecnie pracuję nad pewnym, nowym typem lasera.
- Jak dawno?
- Od przeszło trzech lat. Oczywiście początkowo, jak to zwykle bywa z odkryciami, miałem tylko pewne mgliste projekty i hipotezy. Konkretnie cała rzecz zaczęła się precyzować mniej więcej półtora roku temu. W tej chwili najgorsze mam za sobą. Teoretycznie nowy wynalazek jest już całkowicie przygotowany. Wszystkie obliczenia potwierdziły moje założenia. Pozostaje jeszcze dokonanie ostatnich doświadczeń i przystąpienie do budowy prototypu - inżynier odpowiadał na te pytania, zdziwiony, że mogą one mieć jakikolwiek związek z zaginięciem żony.
Majora nadal jednak interesowała przede wszystkim ta dziedzina.
- Czy pański wynalazek ma jakieś znaczenie dla wojskowósci?
- Powiedziałbym, wyłącznie dla wojskowości. Dla obrony przeciwlotniczej, a nawet przeciwrakietowej.
- Kto wie o pańskich pracach?
- To jasne, że ministerstwo. Od razu, na początku, poinformowałem ministerstwo o moich koncepcjach i otrzymałem pomoc przy prowadzeniu badań. Dzisiaj tego rodzaju wynalazku nie można zrealizować w pojedynkę. Trzeba dysponować odpowiednimi laboratoriami. Do obliczeń niezbędne są maszyny elektronowe. Poza tym wtajemniczony został naczelny dyrektor fabryki i paru kolegów. Niektórzy pomagali mi, a fabryka wykonywała część oprzyrządowania do doświadczeń.
Czy ktoś ze wspomnianych ludzi orientuje się w całości, względnie zna podstawowe zasady pańskiego wynalazku?
- Nie przypuszczam. Naturalnie domyślają się albo nawet wiedzą, o co mi chodzi, ale od domysłów do konkretnego rozwiązania samego zagadnienia jeszcze bardzo daleka droga.
- Ą gdzie pan pracuje nad swoim wynalazkiem?
- W fabryce, w laboratoriach, oraz tutaj, przy tym biurku.
- Gdzie znajdują się dokumenty: wyliczenia, plany i tym podobne?
- Częściowo w fabryce, zdeponowane w kasie ogniotrwałej u naczelnego dyrektora. Część obliczeń mam u siebie. Zazwyczaj bywa tak, że pracuję w domu, a później, gdy pewien fragment zadania jest już rozwiązany, chowam go do sejfu fabrycznego.
- Czy obecnie ma pan te dokumenty w domu?
- Tak.
- Chciałbym je zobaczyć.
- Proszę. - Inżynier nachylił się nad biurkiem, ale nie otworzył żadnej z szuflad, tylko wsunął rękę pod spód i pociągnął za szeroką nóżkę. - Dała się łatwo wysunąć, ukazując schowaną wewnątrz szufladkę.
- To bardzo sprytne - zauważył major - doskonała skrytka. Nawet przy szczegółowej rewizji trudno wpaść na ten pomysł.
- Właśnie Elżbieta, moja żona - poprawił się Wojciechowski - sprowadziła stolarza i w ten sposób kazała mu przerobić moje biurko. Powstały dwie szufladki po obu stronach blatu. Elżbieta chorobliwie bała się, że jacyś szpiedzy mogą zawładnąć tymi papierami. Nieraz ją wyśmiewałem.
- Dlaczego?
- No bo to śmieszne. Wywiad wykradający mi plany? Takie rzeczy dzieją się w różnych powieściach, ale nie u nas.
- Tak pan uważa?
- Oczywiście, na całym święcie istnieje szpiegostwo. Jeden drugiego podpatruje. Ale te rzeczy dotyczą wojska, jego rozmieszczenia, sposobu prowadzenia mobilizacji, założeń strategicznych ewentualnej wojny, nie zaś jakiegoś wynalazku którego znaczenie wykaże dopiero praktyka. Zresztą skąd by ten "szpieg" dowiedział się, że pracuję nad nowym typem lasera i że może on mieć zastosowanie w wojskowości? Ale Ela miała po prostu jakiś uraz na ten temat. W ogóle nie chciała, żebym pracował w domu, tak jak gdybym, w fabryce nie miał innej roboty. Później zrobiła te schowki, bo - twierdziła - do szuflad biurka można dostać się przy pomocy agrafki. Dla świętego spokoju, jak to powiadają, zgodziłem się i trzymałem papiery w skrytce. A poza tym miała jeszcze drugiego "konika".
- Ciekawe...
- Wmawiała we mnie, że może grozić mi niebezpieczeństwo. Że ktoś mógłby dokonać na mnie zamachu. Mam pozwolenie na broń, ale nigdy jej przy sobie nie nosiłem. Wymogła na mnie, abym stale taszczył ze sobą to żelazo - to mówiąc inżynier wyjął z kieszeni i pokazał niewielki pistolet.
- Czy jednak próbowano dokonać jakiegoś zamachu na pana?
- Oczywiście że nie. Ale Ela nigdy nie dała sobie tego wytłumaczyć. Gdy wychodziliśmy, zawsze rozglądała się wokoło, obserwując czy ktoś nas nie śledzi. Zwłaszcza ostatnio bardzo się wzmogło to jej "hobby".
- Niech pan sprawdzi, inżynierze, czy dokumenty są w porządku?
Wojciechowski przeglądał wyjętą z szuflady teczkę.
- W porządku. Tak, jak je przedwczoraj zostawiłem.
- Jeszcze jedno pytanie: czy mając te plany i papiery w ręku ktoś mógłby wejść w posiadanie pańskiego odkrycia?
Inżynier chwilę się zastanowił.
- Niezupełnie. To tylko pewien fragment całości. Jednakże na podstawie tej części dokumentów można zrozumieć istotę mojego wynalazku. A to przecież sprawa najważniejsza.
- Jeśli dobrze zrozumiałem, to dysponując tą teczką fachowiec lub grono fachowców mogłoby zrekonstruować całość pańskiego odkrycia?
- Jeżeli nawet nie zrekonstruować, to w każdym razie dojść do podobnych wyników, różniących się tylko szczegółami.
- No tak... Teraz, kiedy wyjaśniliśmy te sprawy, pozwoli pan, że zadam parę pytań dotyczących żony i pańskich spraw osobistych.
- Słucham. Ale z dotychczasowej rozmowy wysnuwam wniosek, że pan podejrzewa Elżbietę. To nonsens!
- Nie podejrzewam o nic pańskiej żony. Pragnę jedynie ustalić, czy zniknięcie pani Elżbiety może mieć związek z pańską pracą. Czy wynalazki przynoszą panu jakieś dochody?
- Tak i to dość poważne. Powiedziałbym, nawet, że w stosunku do innych kolegów jestem człowiekiem zamożnym. Opłaty za eksploatację, premie, opłaty licencyjne, to wszystko tworzy dość wysokie sumy, przy których moja pensja w fabryce jest jedynie dodatkiem.
Major dyskretnie rozejrzał się po mieszkaniu. Inżynier mówił prawdę. Samo urządzenie tych dwóch pokoi, meble, obrazy i dywany, musiało kosztować sporo pieniędzy.
- A teraz proszę o personalia żony.
- Elżbieta Wojciechowska, z domu Kaczmarek, urodzona w Grudziądzu, lat 27.
- Wykształcenie?
- Zdawała w Grudziądzu maturę. Później skończyła kursy księgowości.
- Czy pan zna rodzinę żony?
- Nie. Wiem, że jej rodzice nie żyją. Zmarli parę lat temu. Ela mówiła, że nie posiada żadnej dalszej rodziny. Zresztą te sprawy nie interesowały mnie specjalnie.
- A przyjaciele i znajomi?
- Poznałem parę osób, jej kolegów i koleżanek z pracy, lecz po wyjściu za mąż Elżbieta nie podtrzymywała tych kontaktów. Po prostu weszła w moje kółko towarzyskie.
- Czy pan długo znał żonę przed ślubem?
- Nie. Zaledwie koło miesiąca.
- W jaki sposób poznaliście się?
- To bardzo romantyczna historia. Wracałem kiedyś do domu dość późnym wieczorem. Około północy. Przechodząc przez park przy Pałacu Kultury usłysząłem wołanie o ratunek. Jacyś dwaj chuligani napastowali kobietę, Pobiegłem w tamtą stronę. Napastnicy przestraszyli się i uciekli. Odprowadziłem ich niedoszłą ofiarę do taksówki. To właśnie była Elżbieta. Tak się zaczęło.
- A dalej?
- Czy to takie ważne? Na drugi czy trzeci dzień Ela zatelefonowała do mnie i powiedziała, że chciałaby się ze mną spotkać i jeszcze raz podziękować "za ocalenie życia albo uchronienie przed czymś jeszcze gorszym".
- Odprowadzając ją do taksówki pan się oczywiście przedstawił i dał jej numer swojego telefonu?
- Nie pamiętam. Chyba tak, bo zadzwoniła.
- A dalej?
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.