Królewski reportaż
Elżbieta, księżniczka Yorku, wnuczka króla Jerzego V, razem
ze swoim psem corgi albo welsh corgi w windsorskim parku.
"Daily Mail", luty 1934
Rano 7 lutego 1934 roku Lisa Sheridan przegląda prasę i dostaje ataku
furii. Nie tylko "Daily Mail", ale też "Daily Express", "Mirror",
"Evening Standard" i magazyn "House Beautiful" drukują całe strony pełne
zdjęć i porad dotyczących tego, jak należy zajmować się psami.
Ale to są jej własne zdjęcia!
Zostały u niej zamówione do książki Our Princesss and Their Dogs
Michaela Chance'a, którą księżniczki miały zadedykować "wszystkim
dzieciom, które kochają psy", i ten łajdak wydawca pozwolił sobie
udostępnić je prasie, nie mając do tego prawa. W ten sposób niszczy jej
wspomnienia spędzone w Piccadilly i w Royal Lodge, rezydencji Yorków w Windsorze. Tu księżniczki pozowały z labradorami Mimsy, Stiffy i Scrummy, z cocker spanielem o imieniu Ben, z golden retrieverem Judy,
ale przede wszystkim z Jane i Dookie, corgie o lisich pyszczkach i uszach wielkich jak skrzydła nietoperzy, które udało się sfotografować,
jak biegały wokół dziewczynek i zajadały się świeżymi smakołykami. Nie
zastanawiając się długo, zanim wyładuje się na wrednym wydawcy, Lisa
pisze do księcia i księżnej Yorku. Robi to po to, żeby dać upust swojej
frustracji, i nie spodziewa się odpowiedzi. Nikt nie wyobraża sobie, że
członkowie rodziny królewskiej mogliby rozmawiać z poddanymi, a co
dopiero z fotografką, nawet uznaną i ambitną.
Niespodziewanie kilka dni później Sheridan otrzymuje zaproszenie od
Yorków, a dwa tygodnie potem, uzbrojona w statywy, rolleiflexa i inne
niewygodne sprzęty, zjawia się na Piccadilly 145. Nie jest tam po raz
pierwszy, była tu już w 1927 roku, zaproszona przez przyjaciółkę Bobo
MacDonald - z tej wizyty zapamiętała, jak maleńka Lilibet, widząc ją,
natychmiast przerwała zabawę i, wspierając się o nogę fotela, wstała i pozdrowiła ją rączką w iście królewskim stylu.
Pośrednio to właśnie Lisa Sheridan sprawiła, że Anglicy poznali psy rasy
corgi, od 1933 roku ulubione psy Elżbiety, bo wtedy właśnie zakochała
się w szczeniaczku należącym do rodziny wicehrabiego Weymouth,
przyszłego markiza Bath, z którym bawiła się w Garden Park.
Zamęczany przez córkę, książę Yorku prosi właścicielkę hodowli, Thelmę
Gray, by wybrała dwa szczeniaczki corgi dla dziewczynek, i pojawia się u nich z Jane i Dookie (nazwanym tak, bo zachowuje się jak prawdziwy
arystokrata). Po kilku miesiącach corgi stają się najbardziej znaną rasą
psów w Wielkiej Brytanii i zaczątkiem wielkiej miłości, która trwać
będzie całe życie, a także wielkiej kariery pewnej wspaniałej "royal
photographer".
Pojawiwszy się u księstwa York, dzięki incydentowi związanemu z książką
Michaela Chance'a, Lisa Sheridan zrobiła o wiele więcej niż tylko
zdjęcia - diametralnie zmieniła ich wizerunek. Zabrała księżną i księcia
daleko od studia fotograficznego, dając początek prawdziwym reportażom.
Sheridan organizuje z rodziną pozornie spontaniczne kompozycje, które w rzeczywistości są bardzo wystudiowane, reżyseruje okruchy ich życia
rodzinnego, fotografuje dziewczynki podczas lekcji, zabawy drewnianymi
konikami i zabawkami rozrzuconymi po dywanie, robi zdjęcie Lilibet w parku, jak ta jedzie na swoim kucyku Peggy bez siodła (i bez nakrycia
głowy), a także kiedy zajmuje się ogrodem i, oczywiście, bawi się z psami. Czytelnicy widzą członków rodziny królewskiej z bliska, jakby to
była zwykła rodzina bez, jak do tej pory, arystokratycznego dystansu.
Ufność płynąca z tych obrazkowych opowieści podbija cały kraj.
Sukces nie jest przypadkiem
Swój status królowej reportażu Lisa Sheridan zawdzięcza spotkaniu z Jimmim Sheridanem i ich wspólnej intuicji dotyczącej nowych kampanii
reklamowych.
Urodzona w Londynie w 1893 roku Lisa spędza dzieciństwo w Petersburgu,
gdzie jej rodzina posiada tkalnie. Gdy w powietrzu czuć rewolucję,
opuszcza Rosję. W czasie podróży spotyka Jamesa (Jimmiego) Sheridana,
dawnego przyjaciela z dzieciństwa, który zostanie jej mężem i wspólnikiem na następne czterdzieści lat. Jimmi zaciąga się do wojska w Paryżu, ale kiedy z powodów zdrowotnych jego kariera wojskowa zostaje
przerwana, ci dwoje spotykają się ponownie, bez grosza przy duszy i bez
pracy. Na pchlim targu znajdują jeszcze działający aparat fotograficzny,
kupują go i zaczynają robić zdjęcia. Odkrywają, że oboje mają do tego
talent, Jimmi posiada nadzwyczajne zdolności techniczne, Lisa natomiast
umie tworzyć wspaniałe scenerie i ma dryg do posługiwania się światłem.
Przenoszą się do Londynu. W 1934 roku zlecenia na niewielkie kampanie
reklamowe sprawiają, że udaje im się otworzyć Studio Lisa w Welwyn
Garden, miasteczku leżącym w hrabstwie Hertfordshire. Sukces
zawdzięczają nowej formie reklamy, która wywołuje sensację, modzie na
bannery i manchette11 w gazetach. Lisa i Jimmi decydują się
nie zatrudniać zawodowych modeli, ale fotografują sąsiadów, znudzone,
wzorowe gospodynie domowe z torbami pełnymi zakupów, w ubraniach w krateczkę, mieszkające na przedmieściach rodziny z middle class, które
stały się ich znakiem firmowym.
To właśnie te nieformalne portrety sąsiadów otworzyły im drzwi rynku
wydawniczego i doprowadziły do tego, że Lisa dostała zlecenie
zilustrowania książki Michaela Chance'a.
Lisa będzie fotografować Yorków od chwili koronacji, wzywana na pomoc
przez nową królową, która będzie chciała pokazać poddanym, że ich
rodzina jest prawie "normalna".
Umarł król, niech żyje król
Nagle wszystko się zmienia.
- Zrozumiałam, że dzieje się coś poważnego po jednym zdaniu
wypowiedzianym w komunikacie radiowym: "Życie króla spokojnie zmierza ku
zakończeniu", i z telegramu, który nakazywał mi natychmiastowy powrót do
Windsoru. Książę i księżna byli w mieście i zostawili dla mnie
wiadomość: "Zrób wszystko, żeby się nie załamały, Crawfie, są takie
małe...".
Zatrzymałam Lilibet i Małgorzatę w Windsorze aż do czasu pogrzebu, a potem odwiozłam je do Londynu. Małgorzata była poruszona faktem, że
Allah od czasu do czasu wybuchała płaczem. Lilibet, niezwykle wrażliwa,
odczuwała wszystko głęboko i starała się robić wszystko, czego od niej
oczekiwano12.
Dnia 20 stycznia 1936 roku Jerzy V, król Wielkiej Brytanii, Irlandii,
brytyjskich terytoriów zamorskich i cesarz Indii, umiera w pałacu w Sandringham. Już chory, czując zbliżający się koniec, zwierzył się ze
swoich lęków jednemu z dworzan. "Proszę Boga, aby mój syn, Edward, nigdy
się nie ożenił i żeby nic nie stanęło pomiędzy tronem, Bertim i Lilibet".
Dwa dni później, w czarnym płaszczyku i z kapelusikiem na głowie,
ulubiona wnuczka składa hołd "dziadkowi Anglii" w Westminster Hall,
gdzie synowie pary królewskiej, David, Albert, Henry i George, trzymają
wartę przy katafalku ojca. Po powrocie do domu Lilibet zwierza się
Crawfie, że mimo tysięcy ludzi wokół nich, było cicho i spokojnie i że
najbardziej wzruszył ją wujek David. "Nie poruszył się, Crawfie, nie
mrugnął nawet okiem"13. Potem następują nieśmiałe pytania o to,
jak się zachować wobec wujka i czy po tym, co się stało, ona i Małgorzata mają prawo się bawić.
Wujek David, albo raczej Edward Albert Christian George Andrew Patrick
David, rozpuszczony syn, niesforny następca tronu, piękny blondyn,
nienaganny elegant i mistrz stylu, który odmawia wejścia w oficjalny
związek małżeński i wywołuje skandale obyczajowe z mężatkami w tle,
zostaje królem Edwardem VIII.
Jego obecną kochanką jest Wallis Simpson, która ukradła go przyjaciółce
Thelmie, żonie wicehrabiego Furness. Edward jest urzeczony osobowością
tej mieszczki, "amerykańskiej awanturnicy absolutnie pozbawionej uroku,
niezmordowanej karierowiczki, która z niezwykłą łatwością przechodzi z jednego łóżka do innego, byleby tylko należały do osób na
świeczniku"14 i która jest już po dwóch małżeństwach. W wieku
dwudziestu lat Wallis poślubiła Wina Spencera, lotnika, człowieka
gwałtownego i uzależnionego od alkoholu. Małżeństwo zakończyło się
rozwodem w 1927 roku. Drugim jej mężem był Ernest Aldrich Simpson,
dyrektor przedsiębiorstwa zajmującego się transportem morskim.
Już w 1935 roku Edward i Wallis są nierozłączni, lubią pokazywać się
razem podczas długich wakacyjnych podroży po Europie, uczestniczą w oficjalnych spotkaniach. W końcu brytyjska policja zaczyna im deptać po
piętach z powodu zachowań uważanych za skandaliczne i niebezpieczne dla
monarchii. Lecz kiedy funkcjonariusze ośmielają się przyprowadzić ją do
pałacu, Jerzy V i królowa Maria odmawiają udzielenia jej audiencji.
"Po mojej śmierci ten chłopak zmarnuje się w czasie krótszym niż
dwanaście miesięcy" - oświadczył król. Zanim jednak Edward "się
zmarnuje", minie tylko jedenaście miesięcy, a dokładnie trzysta
dwadzieścia sześć dni panowania. Edward VIII jest niecierpliwy, omija
procedury formalne, ignoruje oficjalne dokumenty, które spływają do jego
rezydencji, łamie zasady protokołu, obserwując proklamację swojego
wstąpienia na tron z okna w towarzystwie pani Simpson.
Jak zanotuje jego prywatny sekretarz, Alan Frederick Lascelles, zwany
Tommym, "powinność, godność i poświęcenie samego siebie nie mają dla
niego żadnego znaczenia"15. Reporterzy natomiast polują na
niego z entuzjazmem i zachwytem. Jako książę Walii i król, Edward jest
jedną z najczęściej fotografowanych osób. Wallis ze swej strony pozuje
na first lady, ściągając na siebie obiektywy i inaugurując epokę tych,
których po dziesięcioleciach nazywać się będzie na całym świecie z włoska "paparazzi".
Ten skandaliczny związek zajmuje całe strony zachodnich gazet, a kiedy 4
stycznia 1934 roku portret autorstwa Maryon Parham pojawia się na
okładce "Timesa" i Wallis zostaje wybrana kobietą roku, amerykańskie
tabloidy zaczynają widzieć ją w roli królowej.
Kilka miesięcy wcześniej Simpson się rozwiodła, a Edward VIII,
oficjalny zwierzchnik Kościoła anglikańskiego, zakazującego małżeństw
osób rozwiedzionych, jeżeli ich byli małżonkowie wciąż żyją, wyraził
chęć poślubienia jej.
Wystarczyła tylko iskra, by wzniecić pożar.
Premier Stanley Baldwin sprzeciwia się temu małżeństwu. Na spotkaniu w pałacu Buckingham wzburzony informuje króla, że jeżeli będzie trwał w swoim postanowieniu, cały rząd poda się do dymisji. Książę i księżna
Yorku, którzy nienawidzą Wallis, są na niego wściekli i niepokoją się o swoją przyszłość, ale większość poddanych nie ma pojęcia, że monarchia
przechodzi tak głęboki kryzys.
W angielskiej prasie zapada konspiracyjne milczenie. Przy aprobacie
rządu taktyką Fleet Street16 jest milczeć, negować, umniejszać
problem. Aż do wstrząsającej wiadomości z 3 grudnia, kiedy prasa zaczyna
szaleć i nagłaśniać detale romansu. Na pierwszych stronach głównych
dzienników pojawia się tytuł:
KRÓL I MINISTROWIE. POWAŻNY KRYZYS KONSTYTUCYJNY.
Postawiony wobec konsekwencji swojego haniebnego postępowania,
wykluczając zakończenie związku z Wallis, król podejmuje decyzję, która
zmieni bieg historii. Postanawia abdykować.
Bertie, przytłoczony lękiem, stawia silny, choć bezskuteczny opór. Teraz
jego kolej, by wstąpić na tron, czego tak bardzo się obawia. Wezwany
przez matkę, wybucha płaczem, fakt niezwykły w tych czasach i w tej
rodzinie, opowiada o swoim zagubieniu Louisowi "Dickiemu"
Mountbattenowi, prawnukowi królowej Wiktorii i świetnemu doradcy,
przyznając, że nigdy nie widział dokumentów wagi państwowej i że jest
całkowicie nieprzygotowany do roli monarchy. Przeraża go myśl, że będzie
zmuszony poddać ocenie tłumów swoje marne zdolności oratorskie i jąkanie. Wspominając te trudne chwile, historyk Andrew Roberts
stwierdza, że lęki Bertiego, przynajmniej po części, były
nieuzasadnione. "Kiedy nie jest pod presją, Albert jest w stanie
prowadzić prywatną rozmowę bez najmniejszego zająknięcia"17.
Trochę mało jak na przyszłego króla.
A Lilibet? Ona uwielbia wujka Davida, ich zabawy w pokoju dziecięcym i książki, które razem czytają, zwłaszcza Kubusia Puchatka. Z dziecięcą
niewinnością zauważa, że wszystko wokół niej się zmienia. Bezpieczna
otoczka Piccadilly pęka.
Ukłon
Jest już ciemno, kiedy Edward VIII w obecności braci Alberta, Henry'ego
i George'a, siedząc przy swoim mahoniowym biurku w rezydencji Fort
Belvedere, w parku windsorskim, podpisuje pierwsze dobrowolne zrzeczenie
się tronu od ponad tysiąca lat trwania monarchii brytyjskiej.
Nie ma wzruszenia ani nawet złości.
Wszystko wydaje się załatwiane w pośpiechu.
Gdyby mógł poczekać kilka tygodni, wygłosiłby przemówienie
bożonarodzeniowe i ogłosiłby abdykację. Lecz kiedy w piątkowy wieczór 11
grudnia 1936 roku dyrektor generalny BBC, John Reith, przerywa
transmisję, aby zapowiedzieć wystąpienie "Jego Królewskiej Wysokości,
księcia Edwarda" lud Wielkiej Brytanii, Irlandii i brytyjskich dominiów
zamorskich gromadzi się przed odbiornikami radiowymi. W kuchniach
gospodarstw wiejskich rolnicy odstawiają na stoły kufle piwa, w londyńskich restauracjach bankierzy z City przerywają posiłek,
gospodynie domowe z Norfolk porzucają swoje zajęcia, dzieci milkną. Dla
obywateli australijskich z Alice Springs jest wpół do ósmej, dla
studentów w Toronto siedemnasta, dla mieszkańców Vancouver to pora
obiadu, urzędnicy w Sydney słuchają radia w swoich biurach.
Siedem niekończących się minut.
Żadnego wahania.
Ani jednego słowa ponad to, co konieczne.
Teraz były król bierze oddech, przybiera poważniejszy ton i tłumaczy
światu motywy, które doprowadziły go do tej nieodwracalnej decyzji.
"Uwierzcie mi, gdy mówię do was, że uznałem za niemożliwe dźwiganie
wielkiego ciężaru odpowiedzialności bez pomocy i wsparcia kobiety, którą
kocham".
Tym zdaniem kończy swoje historyczne oświadczenie. Wallis, z zaciśniętymi ustami i wyrachowanym uśmiechem, siedzi tuż za nim.
Parlament głosuje His Majesty's Declaration of Abdication Act,
wszystkie parlamenty Commonwealth go ratyfikują. Albert, teraz już Jerzy
VI, nadaje bratu tytuł Jego Królewskiej Wysokości księcia Windsoru.
Lilibet śpi spokojnie w swoim pokoju na Piccadilly, nie jest już little
princess, ani nawet Elżbietą z Yorków, ale prawdopodobną następczynią
tronu Anglii i największego imperium na świecie. Jedynie narodziny brata
pozwoliłyby jej odzyskać upragnioną "anonimowość".
Następnego ranka, przez okno wychodzące na zielony skrawek Green Parku,
jej ulubione miejsce, gdzie świat wygląda magicznie, razem z Crawfie
przyglądają się korowodom ministrów, dygnitarzy, biskupów, arcybiskupów
i polityków, którzy składają wizyty ojcu. Mama leży, przeziębiona, w łóżku, i to Marion Crawford będzie musiała ogłosić wielką zmianę.
Zamieszkają w pałacu Buckingham.
Zaczyna padać. Lekka bryza rozwiewa po pokoju zapach deszczu. Elżbieta
czuje, jakby te krople bardzo powoli i delikatnie odbierały jej
dzieciństwo.
- Jak to? - pyta Lilibet ledwie słyszalnym głosem.
- Chcesz powiedzieć, że na zawsze? - Mała Małgorzata popłakuje.
Nie jest to koniec świata, ale to koniec ich świata.
Teraz deszcz tłucze o szyby okien.
Elżbieta schodzi przywitać się z ojcem - ten ściska ją, usztywniony w admiralskim mundurze. Guwernantka tłumaczy dziewczynkom, że kiedy ojciec
wróci po proklamacji, będą musiały pozdrawiać go w taki sam sposób, w jaki pozdrawiały dziadka.
- Będziemy musiały się pokłonić?
- Czy to znaczy, że potem ty też zostaniesz królową?
- Tak sądzę - odpowiada Elżbieta słabym głosikiem.
Małgorzata z perfidią właściwą dorosłym dodaje tylko lakoniczne:
- Biedaczka.
Kilka godzin później dziewczynki zostają odprowadzone do rodziców.
Elżbieta i Małgorzata kłaniają się przed królem i królową. Jest coś
nowego i ostatecznego w pudrowym zapachu pocałunku mamy i uścisku ojca,
kiedy oświadcza córkom, żeby się przygotowały, bo zaraz pojadą do
Windsoru, gdzie żaden, albo prawie żaden służący, nie będzie usługiwał
przy kolacji podczas ostatniego weekendu spędzonego tylko w gronie "We
Four".
Coś zmieniło się na zawsze, ale Lilibet jest jeszcze zbyt mała, żeby
zdawać sobie z tego sprawę. Specjalne dodatki do niedzielnych gazet
podają wyczerpujące informacje na temat nowej rodziny królewskiej,
ilustrowane zdjęciami Marcusa Adamsa i Lisy Sheridan, ale bardziej niż
na królu skupiają się na niej, na "naszej księżniczce Elżbiecie", jak ją
nazywają.
Własny pokój
Lilibet budzi się wcześnie. Podekscytowana nową przygodą, przygotowuje
konie, mimo że woli jeździć na Peggy. Z użyciem swojego tajnego kodu
żegna się ze starym pokojem. W oczekiwaniu na przeprowadzkę oporządza
zabawkowe konie, głaska je, poprawia im siodła i popręgi, przypina
etykietki. Dookie i Jane skaczą zaciekawione pomiędzy stosami starannie
poustawianych pudeł.
Od domów w stylu brownstone na Piccadilly do bramy pałacu Buckingham,
gdzie od wielu godzin gromadzą się londyńczycy, aby powitać
nadjeżdżającą rodzinę królewską, samochód jedzie ledwie kilka minut.
Dziewczynki doskonale znają wnętrza, na jakie mogą sobie pozwolić tylko
ci, którzy mają wielkie posiadłości. Labirynty salonów z ciężkimi
zasłonami, bogato zdobione klatki schodowe, pokryte gęstymi dywanami,
długie, mroczne korytarze. Mimo wszelkich ulepszeń, które wprowadziła
nowa królowa, i przemiany na salę szkolną pomieszczenia, w którym
przyjmowali ją dziadkowie, ze swoimi pięćdziesięcioma dwoma sypialniami,
dziewięćdziesięcioma dwoma gabinetami i siedemdziesięcioma ośmioma
łazienkami, pałac Buckingham pozostaje ponurym miejscem. Ma przestarzałą
instalację elektryczną, wilgotne pokoje, a w jej piwnicach jest pełno
szczurów. Kominki są niedostosowane do ogrzewania tak dużych
pomieszczeń. Wszystko wydaje się pozbawione oryginalnego koloru. W najbardziej ponurej siedzibie królewskiej, jaka istnieje w Europie,
którą Edward VIII nazywał "grobowcem", jest zimno. Zawsze jest zimno,
nawet latem.
Ten pałac, który został wybudowany w 1703 roku jako letnia rezydencja
Johna Sheffilda, księcia Buckingham i Normanby, dla Jerzego VI i jego
małżonki ma stać się "domem".
To Jerzy II zakupił go za sumę dwudziestu ośmiu tysięcy funtów,
nazywając go Buckingham Palace, i podarował swojej żonie Charlotte. Jego
syn, Jerzy IV, marząc o Londynie w stylu neoklasycystycznym, powierzył
jego rozbudowę słynnemu architektowi, Johnowi Nashowi, który po tym, jak
w 1830 roku wydał pół miliona funtów, niedługo po śmierci króla zostanie
zwolniony w trybie pilnym z powodu poważnego przekroczenia budżetu.
Następca Jerzego IV, Wilhelm IV, zupełnie się pałacem nie interesował, i dopiero osiemnastoletnia Wiktoria w 1837 roku przekształciła go w oficjalną rezydencję rodziny królewskiej. Nie ma tam łazienek ani
ogrzewania, a dym z kominków może okazać się niebezpieczny, ale dla
młodziutkiej królowej jest idealny na przyjęcia i bale. W 1845 roku
powierza ona architektowi Edwardowi Blore'owi budowę nowego skrzydła i słynnego balkonu, na którym może pojawiać się podczas ważnych wydarzeń
(do dzisiaj balkon jest sceną, z której ogłasza się narodziny, trumfy,
rocznice urodzin i ślubów).
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Bromolej - jedna ze szlachetnych technik fotograficznych, dzisiaj już
niestosowanych. [wróć]
Książę Jakub Franciszek Edward Stuart, ang. James Francis Edward
Stuart/Stewart. [wróć]
Kate Williams, Young Elizabeth. The Making of Our Queen, Weidenfeld
& Nicolson, London 2012. [wróć]
William Shawcross, Counting One's Blessings. The Selected Letters of
Queen Elizabeth the Queen Mother, Macmillan, London 2012. [wróć]
Lettera di Elizabeth a Beryl Poignand riportata in The Royal House of Windsor, reż. Richard Sanders, Channel Four, 2017. [wróć]
Z filmu H.R.H., The Princess Elizabeth at Marcus Adams studio, 22
stycznia 1931. [wróć]
Marion Crawford, The Little Princesses, Cassell & Co. Ltd., London
1950. [wróć]
Marion Crawford, The Little Princesses, op. cit. [wróć]
Ibidem. [wróć]
Olwen Hedley, Round and about Windsor and District, Oxley and Son,
Windsor 1949. [wróć]
Nagłówki (franc.). [wróć]
Marion Crawford, The Little Princesses, op. cit. [wróć]
Ibidem. [wróć]
Indro Montanelli, La stanza di Montanelli, "Corriere della Sera", 19
stycznia 2000. [wróć]
Anne Sebba, That Woman. The Life of Wallis Simpson, Duchess of
Windsor, Weidenfeld & Nicolson, London 2011. [wróć]
Przy Fleet Street znajdowały się siedziby największych wydawnictw
prasowych. [wróć]
Andrew Roberts, How the King found his voice, "The Telegraph", 6
stycznia 2011. [wróć]
Wiltshire, Anglia, marzec 2015
Chłopak ładuje na furgonetkę ostatnie meble, bezwartościowe, rozpadające
się śmieci, pozostawione na zmarnowanie w pokojach na parterze. Teraz
cottage potrzebuje tylko odświeżenia. Strukturę ma solidną. Tynk
nieuszkodzony. Co prawda ogród porośnięty jest plątaniną dzikich roślin,
gałęzie drzew zwisają tuż nad dachem, drewno okiennych ram jest spękane,
a kamienne murki pokruszone są jak kromki czerstwego chleba, ale
lokalizacja domu za żywopłotem chroniącym przed spojrzeniami
przechodniów jest bezcenna.
Panuje tu doskonała cisza.
A wschód słońca ma kolor miodu.
Pozostawszy sam, nowy właściciel tej sennej oazy, leżącej niewiele dalej
niż godzinę jazdy pociągiem od Londynu, schodzi do piwnicy. Drzwi są na
wpół przymknięte, dwie smugi światła przecinają półmrok. Z sufitu zwisa
naga żarówka, jakiś zakurzony statyw leży porzucony w kącie, pod jedną z belek zasnutych pajęczynami stoi drewniana skrzynka opatrzona wyblakłą
etykietką. Myśląc, że znów będzie musiał wołać faceta od furgonu, bez
specjalnej ekscytacji, jakiej można by się spodziewać, kiedy odkrywa się
skarb, zdejmuje pokrywę. Wewnątrz znajdują się dziesiątki ułożonych
pionowo kremowych kopert.
To tylko stare fotografie.
Niektóre wydają się zachowane w doskonałym stanie, inne mają pożółkłe
brzegi. Papierowa puszka Pandory cudownie ocalona przed wilgocią. W półcieniu wyciąga rękę i łapie kopertę datowaną na rok 1926. Trzymając
ją delikatnie, wyjmuje fotografię, na zdjęciu jest młoda kobieta o delikatnych rysach twarzy, jej szyję zdobi sznur pereł, który faliście
opada na ciemne ubranie. Jej usta są gotowe do uśmiechu, wydaje się,
jakby na niego patrzyła.
Na jej kolanach siedzi jasnowłosa dziewczyneczka w białej koronkowej
sukience. Ma nieco naburmuszoną buzię. Jest bosa. To, co sprawia, że
serce zaczyna mu szybciej bić, to podpis po drugiej stronie zdjęcia.
Princess Elizabeth and the Duchess of York, dec. 2 1926.
To dlatego twarz wydała mu się taka znajoma!
Ta tajemnicza kobieta to przyszła królowa matka, a blondynka może być
tylko tą dziewczynką.
Fotografia zachowała się nietknięta przez osiemdziesiąt dziewięć lat
wraz z setkami innych świadectw wyjątkowego i, wydawałoby się,
szczęśliwego dzieciństwa. Kto zostawił zdjęcia rodziny królewskiej w tej
kapsule czasu? Na dole, z prawej strony, widać podpis, choć atrament
jest już wyblakły. Marcus Adams.
Mężczyźnie wystarczy krótki przegląd stron internetowych, aby dowiedzieć
się nie tylko tego, że to nazwisko odpowiada nazwisku teścia dawnej
właścicielki domu, zmarłej Rosalind Thuillier, ale że Adams to znane
nazwisko sławnej dynastii fotografów dokumentujących od dziesięcioleci
życie rodziny królewskiej. Walton z British Archeological Association i współodkrywca techniki suchej płyty był ulubionym fotografem królowej
Wiktorii. Marcus, jego syn, pomiędzy rokiem 1926 a 1956 robił zdjęcia
całym zastępom maleńkich arystokratów, aż w końcu Gilbert, który
rozpoczynał jako asystent ojca, otrzymał przywilej oświetlenia opactwa
westminsterskiego na koronację Elżbiety II.
Jest coś nieodpartego w chęci posiadania czegoś, co należy do
królewskich rodów, ale co począć ze skarbem, o którego istnieniu jeszcze
kilka tygodni wcześniej nikt nie wiedział? Zamienić cottage w muzeum z dekoracjami w stylu vintage czy pozbyć się tych dynastycznych okruchów
jak najszybciej to możliwe?
Sprzedać! Sprzedać!
Kilka miesięcy później w domu aukcyjnym Dominica Wintera w Cirencester
nie ma ani jednego wolnego miejsca, a na sali panuje dziwna, cudowna
ekscytacja. Wierni Windsorom, wszystkożerni kolekcjonerzy, właściciele
galerii, ale i zwykli ciekawscy ludzie przybyli do Gloucestershire z każdego zakątka Wielkiej Brytanii, aby zdobyć choć jeden egzemplarz z pięciuset fotografii anonimowego sprzedawcy. To wręcz fantastyczna
okazja, Marcus Adams był fotografem płodnym, ale nie archiwistą
dokumentującym historię, raczej nieracjonalnym zbieraczem wspomnień, i te odbitki, jakże sugestywne, wykonane w technice bromoleju1,
jeszcze nigdy nie były publikowane. Wspomnienia rodzinne, upchane w kasetce, opowiadają o początku życia, które kilka lat po ich uchwyceniu
ewoluuje w zupełnie nieoczekiwaną historię.
Prawie połowa tego królewskiego skarbu dotyczy słodkiej dziewczynki z dołeczkami, upozowanej na kolanach surowej babki, Marii Teck;
nastolatki, a już władczyni wszystkiego, co jest w stanie objąć
wzrokiem; niewiele ponad dwudziestoletniej matki z pierworodnym Karolem
w ramionach.
Aukcja cieszy się ogromnym zainteresowaniem.
Najwyższą cenę uzyskuje portret Jerzego VI i królowej, stojących obok
dwóch księżniczek, zrobiony w 1939 roku, kilka tygodni przed
przystąpieniem Anglii do wojny. Pomiędzy 12 a 13 października 2015 roku
skarb zapomnianego fotografa rozproszył się na wszystkie strony świata.
Wszystkie odbitki zostają sprzedane, poza jedną, którą szczęśliwy
właściciel zachował dla siebie, datowaną na 2 grudnia 1926 roku i stanowiącą debiut Elżbiety przed obiektywem.
Prawie osiem miesięcy przed wykonaniem owego zdjęcia z 1926 roku
Dnia 20 kwietnia 1926 roku znad Tamizy wieje lodowaty wiatr. Mimo że
gazety zapowiadają to wydarzenie jako całkowicie pewne, przy Bruton
Street 17, w eleganckiej dzielnicy May-fair, nie koczują tabuny
fotografów. Kilka linijek tekstu w razie potrzeby wystarczy wiernym
poddanym zgromadzonym pod oknami. Tymczasem w pubie Coach and Horses na
rogu ulicy (nadal stoi tu wciśnięty pomiędzy białe, luksusowe budynki)
kufle piwa są gotowe do wzniesienia toastu.
W londyńskim chłodzie czuć także zbliżający się strajk, zapowiedziany na
3 maja przez związki górników walczące z potentatami węglowymi, którzy
grożą obniżką płac. Jednak co innego zaprząta myśli sir Williama
Joynsona-Hicksa, ministra spraw wewnętrznych w konserwatywnym rządzie
Stanleya Baldwina. To sprawa wagi państwowej.
Niedługo po północy, kiedy kierowca odwozi go do rezydencji Claude'a George'a Bowesa-Lyona, czternastego księcia Strathmore i Kinghorne,
słychać zaledwie echo strajków. Na pierwszym piętrze
dwudziestopięcioletnia Elżbieta Angela Małgorzata Bowes-Lyon, dziewiąta
córka hrabiego Strathmore, trudzi się już od dwudziestu czterech godzin,
by urodzić swoje pierworodne dziecko. Przy wyczerpanej księżnej Yorku
czuwa nie tylko trzech ginekologów i dwie położne, ale i dostojnicy
kościelni oraz dworzanie - aby można było poświadczyć narodziny
królewskiego potomka, konieczna jest obecność ministra spraw
wewnętrznych. Tradycja ta wywodzi się z 1688 roku, kiedy to
podejrzewano, że Jakub Stuart2, syn Jakuba II i Marii Beatrycze,
był "uzurpatorem", a prawdziwy syn tych dwojga zmarł przy urodzeniu i -
za sprawą sprytnej damy do towarzystwa - został zastąpiony przez innego
chłopca.
Sir William nie musiał długo czekać.
Ponieważ poród naturalny okazał się bardzo skomplikowany, chirurg Harry
Simpson zdecydował się wykonać cesarskie cięcie. Salę operacyjną
zaimprowizowano w domu, nie zważając na ryzyko związane z operacją,
która mogła uniemożliwić młodej mamie posiadanie kolejnego dziecka.
Potomkowie linii Yorków nie są przeznaczeni do dziedziczenia tronu, więc
postępuje się bez wahania. Dnia 21 kwietnia 1926 roku, kilka minut po
drugiej czterdzieści, sir Joynson-Hicks informuje premiera, że poród
został "instytucjonalnie" zakończony bez problemów i że on osobiście
sprawdził, czy nie nastąpiła podmiana dziecka. Noworodek płci żeńskiej,
waga urodzeniowa trzy tysiące sześćset gramów, pierwsza wnuczka Jerzego
V, ale przede wszystkim ukochana córka drobniutkiej, dowcipnej Elżbiety,
żony jąkającego się, irytującego księcia Alberta, zwanego Bertim.
Pałac Buckingham ogłasza narodziny Elżbiety krótkim komunikatem, który
pojawił się na czternastej stronie "Timesa". "O godzinie 2.40 dziś rano
księżna Yorku urodziła księżniczkę. Matka i córka czują się dobrze".
Tylko "Daily Mail" następnego dnia proroczo przypomniał, że "ta
dziewczynka, której osoba od wczoraj zdominowała wszystkie, albo prawie
wszystkie, rozmowy w królestwie, jest trzecią z kolei do tronu po
Edwardzie, księciu Walii" (a także do małżeństwa i posiadania dzieci) i po jego bracie Albercie.
Obudzeni o czwartej rano, pierwsi składają dziewczynce wizytę dziadkowie
ze strony ojca, król Jerzy V i królowa Maria. Królowa opisuje
księżniczkę jako "urocze maleństwo o pięknej karnacji i przecudnych
blond włoskach". Świeżo upieczony tatuś, szczęśliwy i pełen entuzjazmu,
tego samego dnia wyśle im bilecik:
"Mam nadzieję, że Ty i Tato jesteście szczęśliwi, że macie wnuczkę",
dodając coś w rodzaju obietnicy: (wiadomo, że królowie wolą męskich
spadkobierców) "mam nadzieję, że wkrótce będziecie mieli też
wnuka"3. Na pamiątkę tej zimnej nocy została tabliczka z napisem:
W TYM MIEJSCU NA BRUTON STREET POD NUMEREM 17 WZNOSIŁ SIĘ DOM HRABIEGO
STRATH-MORE I KINGHORNE, W KTÓRYM 21 KWIETNIA 1926 ROKU PRZYSZŁA NA
ŚWIAT ELŻBIETA ALEKSANDRA MARIA WINDSOR, PÓŹNIEJSZA JEJ WYSOKOŚĆ KRÓLOWA
ELŻBIETA II.
Na szczęście członkowie rodziny królewskiej mieli wspaniały zwyczaj
pisania do siebie listów i przesyłania ich z pokoju do pokoju. I nawet
jeśli po dziesiątkach lat liściki i diariusze ukazują więcej czułości
niż zamiłowania do soczystych ploteczek, są bardzo przydatne w odkrywaniu prawdy. O narzeczeństwie i małżeństwie Elżbiety Bowes-Lyon
można dowiedzieć się właśnie dzięki upublicznionej dopiero w 2012 roku
korespondencji4, w której dziewczyna - zdecydowana co do
swoich życiowych wyborów - wyznaje, że wcale nie ma ochoty poślubić
królewskiego syna. Gorzej, jest pełna wątpliwości, a nawet przerażona na
myśl o obciążeniach związanych z takim małżeństwem. Pisze o tym do
swojej byłej guwernantki, Beryl Poignand5. Albert natomiast
jest pod wrażeniem magnetycznych oczu gorącej Szkotki, uwodzi ją
miesiącami, ale jest zaledwie drugim synem Windsorów, może to zbyt mało
dla ambitnej szlachcianki, co do której kroniki piszą, że jest zakochana
w urzędniku dworu, Jamesie Stuarcie.
Windsorowie jednak zdecydowali inaczej. Królowa Maria pomaga nieśmiałemu
synowi. Przebiegle usuwa z dworu jego rywala, oferując mu prestiżowe
stanowisko w Stanach Zjednoczonych. Pierwsza propozycja małżeństwa,
złożona nie dość rozważnie w czasie wizyty w letniej rezydencji
Strathmore' ów w Glamis, spotyka się jednak z grzeczną odmową. Następna
też, lecz po miesiącach starań, pomiędzy listami i bilecikami, balami i festynami, stosunek Elżbiety do wrażliwego księcia Yorku powoli się
zmienia. Trzecie oświadczyny zostają przyjęte. Zaręczyny zostają
ogłoszone 15 stycznia 1923 roku. Od tej chwili przyszła małżonka księcia
zaczyna przyciągać zainteresowanie prasy, łasej na wszelkie smaczki.
Sama myśl, że musi się poddać publicznej ocenie, zawstydza ją. Elżbieta
uważa dziennikarzy i fotografów za prawdziwe nieszczęście i wierzy, że
prędzej czy później się znudzą i zostawią ją w spokoju.
Te nadzieje jednak okazują się płonne, choć to właśnie fotografowie będą
jej asem w rękawie. Kilka lat później księżna Yorku użyje ich na swoją -
i monarchii - korzyść.
Dnia 26 kwietnia 1923 roku Elżbieta i Albert pobierają się w opactwie
westminsterskim. Po krótkiej podróży poślubnej do Polesden Lacey w Surrey przeprowadzają się do spokojnego zakątka przy Bruton Street,
gdzie Elżbieta szybko staje się żoną spełniającą marzenia męża o życiu
rodzinnym możliwie jak najdalszym od dworskich intryg.
Wierna wiktoriańskiemu duchowi, księżna bez zmrużenia oka poddaje się
wszelkim wymogom protokołu dworskiego, wie, że nic albo prawie nic nie
można zrobić bez zgody teścia, do którego należy też prawo i przywilej
akceptacji imion zaproponowanych dla wnuczki. Imiona Elżbieta Maria
Aleksandra (w hołdzie dla matki, babki i prababki, które były małżonkami
albo królewskimi wdowami, ale nie królowymi) zostają zaakceptowane i 29
maja 1926 roku dziewczynka zostaje ochrzczona przez arcybiskupa Yorku
Cosmo Langa w kaplicy rodzinnej w pałacu Buckingham wodą z rzeki Jordan
z Ziemi Świętej.
I cały czas płacze.
Fetowana przez Brytyjczyków, w kilka miesięcy zajmuje okładki i pierwsze
strony gazet, stając się "najsławniejszą dziewczynką na świecie", także
dzięki fotografiom Marcusa Adamsa.
"Three Photographers"
Bertram Park uważał, że dzieci są zbyt skomplikowanymi obiektami, by
dało się je unieruchomić przed obiektywem. O wiele łatwiej zarobić,
fotografując gwiazdy teatru albo młode, zarozumiałe panienki, które
zbliżając się do pewnego wieku, potrzebują portretów, by móc je powiesić
w rodzinnych salonach. Gdy zwiększa się zapotrzebowanie na fotografię,
Park wyczuwa interes i ze swoją bardzo utalentowaną żoną, Yvonne
Gregory, oraz rozczochranym Marcusem Adamsem zakłada studio "Three
Photographers". Odtąd we trójkę będą pracować, drukując, retuszując i obsługując kamerę otworkową - choć tylko na Adamsie spoczywa
odpowiedzialność za uwiecznianie twarzy dzieci.
Jest jesień 1920 roku. Za kilka miesięcy Dover Street 43 stanie się
mekką dzieci arystokratów i zamożnych mieszczan, takich jak brzydactwo
Rosalind Hicks, jedyna córka pisarki Agathy Christie, czy Christopher
Robin Milne, smutne dziecko, które zainspirowało ojca, pisarza Alana
Aleksandra Milne'a, do stworzenia przygód Kubusia Puchatka. W portfolio,
które mogłoby posłużyć do Who's who dla przyszłych pokoleń brytyjskich
elit, nie może zabraknąć książąt Yorku, przynoszących krocie wydawcom
pism, przede wszystkim po narodzinach dziewczyneczki o złotych puklach,
która staje się jednym z najbardziej pożądanych tematów.
Już od początku, od 2 grudnia 1926 roku, samochód Yorków regularnie
podjeżdża na Dover Street, gdzie Adams przyjmuje ich w białym fartuchu
nałożonym na szarą marynarkę od dobrego krawca, z kwiatem wpiętym w klapę i ze starannie zawiązanym krawatem.
Po wymaganych przez etykietę ukłonach zaprasza do dużego jasnokremowego
pokoju, gdzie na wielkim stole leżą dziesiątki kukiełek i zabawek. Adams
zrobił już ołówkiem szkic młodziutkiej klientki i zbudował sobie aparat
fotograficzny domowym sposobem, który dzięki genialnemu wynalazkowi z gumy pozwala mu poruszać się po pokoju, nie strasząc przy tym
dziewczynki metalicznym dźwiękiem przesuwającej się płyty.
Adams robi zdjęcia przy miękkim świetle ukrytych lamp. Technika jego
pracy przyciąga uwagę modelki, która "pozuje" pod okiem rodziców
ukrytych za szklanym panelem, podczas gdy fotograf przyciąga jej uwagę
zabawnymi inscenizacjami. O jego kuglarskich zdolnościach może świadczyć
krótki film dostępny w sieci, na którym widać Elżbietę i Adamsa -
wyglądają razem jak wujek ze swoją ulubioną siostrzenicą6.
Aby uzyskać pięćdziesiąt dobrych zdjęć, robi ich co najmniej dwieście, a aby otrzymać zdjęcia w szczególnie miękkiej tonacji, do której dąży,
dodaje ręcznie kredowe tło lub poprawki ołówkiem na szklanych płytach,
co jest (jak na wymogi epoki) nader precyzyjnie dopracowaną
postprodukcją. W ciągu kilku dni dostarcza zdjęcia do pałacu. Wiele z nich pozostanie ledwie sentymentalnymi śladami w rodzinnych albumach,
inne zostaną opublikowane w gazetach, jeszcze inne pojawią się na
cynowych pudełkach na ciasteczka, niektóre będą widnieć na kartkach
pocztowych, znaczkach, kalendarzach, porcelanie i filiżankach do kawy. W wieku trzech lat Elżbieta bije popularnością na głowę Amerykankę Shirley
Temple, a "Times" poświęca jej pierwszą stronę.
Lilibet
Yorkowie trzymają się z dala od sztywnych konwenansów dworu. Udaje im
się uszczknąć dla siebie odrobinę prywatności, ale prywatność, której
tak pragną, nie trwa długo. Muszą odbyć urzędową podróż do dominiów:
Kanady, Afryki Południowej i Australii. Dnia 9 maja 1927 roku Albert
będzie musiał wygłosić przemówienie na otwarciu obrad parlamentu
australijskiego w Canberze.
Berti jest słabego zdrowia i się jąka. Pomysł, że będzie musiał
przemawiać, albo w ogóle pojawić się publicznie, wywołuje u niego
nieopisany lęk i powoduje załamanie nerwowe. Potrzebuje pomocy. Dzięki
naleganiom i życzliwości żony zwiększa liczbę wizyt na Harley Street w Kensington, gdzie czeka na niego australijski logopeda, Lionel Logue.
Był on znany w Londynie z tego, że leczył weteranów pierwszej wojny
światowej, którzy po traumie, osłabieni psychicznie, nie byli w stanie
prawidłowo się wysławiać.
Jest 6 stycznia 1927 roku. Elżbieta ma dziewięć miesięcy. Pierwsze
rozstanie z rodzicami jest wprost rozdzierające. Księstwo York wsiadają
na "Renown", krążownik przerobiony na luksusowy statek wycieczkowy,
zaniepokojeni tym, że muszą zostawić córkę z nianiami: Klarą Knight,
zwaną Allah, która zajmowała się księżną, i Margaret MacDonald, zwaną
Bobo, która będzie stała przy boku Elżbiety prawie przez siedemdziesiąt
lat. Ciesząca się zaufaniem dziewczynki Bobo mogła pozwolić sobie na
doradzanie księżniczce, co więcej, na krytykę, nawet wtedy gdy Elżbieta
była już królową.
Hojni i dobroduszni dziadkowie nie szczędzą uwagi wnuczce. Królową
(często w wieczorowej sukni i w tiarze na głowie!) wraz z mężem
przyjmują ją w pałacu Buckingham. Król, który w 1917 roku zdecydował, że
rodzina królewska będzie nosić nazwisko Windsor7 (niemieckie
pochodzenie dynastii Sachsen-Coburg-Gotha to nie było coś, co
wywoływałoby szczególne przywiązanie Anglików), uważa dzieci za
prawdziwe utrapienie. Jest przeciwnikiem rozwodów, koktajli, kobiet,
które palą tytoń i poświęca cały swój wolny czas kolekcji znaczków
pocztowych. Tylko przy Elżbiecie zatraca swój sztywny konserwatyzm i nigdy nie traci okazji, by rozpieszczać wnuczkę.
To prawdziwa osobliwość w pałacu, w którym trudno nawet o okruchy
radości.
Jerzy V nie jest kochającym rodzicem, jest tak samo oziębły w stosunku
synów, jak i względem jedynej córki. Wobec wszystkich stosuje zasadę
zastraszania ("Mój ojciec bał się swojej matki, ja bałem się swojego
ojca. Zrobię wszystko, żeby moje dzieci potwornie bały się mnie", takie
jest jego credo), wywierając presję szczególnie na pierworodnego
Edwarda. Wobec zaburzeń mowy drugiego syna Alberta, który urodził się
leworęczny i został zmuszony do pisania prawą ręką, zdanie "wyduś to z siebie" jest jednym z najmilszych. O piątym synu po prostu się nie mówi.
Dotknięty poważnymi atakami epilepsji i innymi problemami
neurologicznymi John przeżyje swoje krótkie życie w królewskiej
posiadłości w Sandringham pod opieką niani Charlotte "Lali" Bill. Umrze
jako nastolatek w 1919 roku, zapomniany przez dwór i państwo.
Tylko Elżbiecie udaje się skruszyć skorupę, pod którą chowa się król.
Dla niej dziadek godzi się na wszystko. Zanim podaruje jej kucyka Peggy,
sam, na czworakach, udaje konika i wozi dziewczynkę na grzbiecie po sali
tronowej w pałacu Buckingham, nawet w obecności arcybiskupa Canterbury.
Środa to dzień zdjęć.
Marcus Adams przybywa do pałacu Buckingham ze swoim rynsztunkiem, kłania
się i robi dziesiątki zdjęć Elżbiecie pozującej z czasopismem w dłoni i z zabawną, zaczesaną do góry grzywką, albo kiedy bawi się sznurem pereł
należących do babci. To właśnie te fotografie będą wysyłane w kopertach
koloru kości słoniowej Imperial Airways do portów, w których cumuje
"Renown", jedyny pośrednik pomiędzy dziewczynką a rodzicami. Para
królewska dzięki magicznym zdolnościom Adamsa przez dziewięć miesięcy
może śledzić postępy córki, pierwszy ząbek i Elżbietę przekazującą
pozdrowienia maleńką rączką, jedno z ulubionych zdjęć australijskich
gazet, które pierwsze opublikowały zdjęcia księżniczki, czyniąc ją
sławną także i tam.
Kilka tygodni później, po powrocie do Londynu, Yorkowie przeprowadzają
się na Piccadilly 145 do eleganckiego pałacyku z neoklasycznymi
kolumienkami, należącego do księcia Wellington. Dwadzieścia pięć
sypialni, trzy salony, biblioteka, dwie duże kuchnie, sala balowa, winda
i prywatny dostęp do Green Parku na wysokości Hyde Park Corner.
Żeby zobaczyć na żywo swoją księżniczkę, poddani muszą czekać do 27
czerwca 1927 roku. Wtedy to Elżbieta pojawia się po raz pierwszy na
rękach matki na balkonie pałacu Buckingham.
Umie już uśmiechać się do podwładnych i wymawiać swoje imię, nieco je
zniekształcając. Kiedy ktoś pyta:
- Jak masz na imię?
Odpowiada:
- Tillibet.
W ten sposób łatwe do wymówienia zdrobnienie "Lilibet" pozostanie z nią
na zawsze.
Dnia 21 sierpnia 1930 roku w wiejskiej posiadłości Strathmore' ów w Glamis rodzi się Małgorzata Róża - kwartet, który Bertie z dumą nazywa
"We Four" ("nasza czwórka"), jest w komplecie.
Dla Bertiego, który właściwie nie miał dzieciństwa, ta rodzinna sielanka
staje się prawdziwym schronieniem, jakiego pragnął od zawsze.
Być jak Crawfie
Wiedzę o dzieciństwie i okresie nastoletnim Lilibet zawdzięczamy długiej
na pięćset stron opowieści napisanej przez Marion Crawford, zwanej
Crawfie. Czułej i odważnej guwernantce, która przybyła z małego,
prezbiteriańskiego miasteczka w Szkocji i jako pierwsza zrozumiała, że
czytelnicy są głodni publicznego wizerunku Yorków. Po siedemnastu latach
w służbie u rodziny królewskiej wpadnie na pomysł, by podzielić się
swoimi doświadczeniami. Kiedy w 1950 roku książka pt. The Little
Princesses zostanie opublikowana, rozejdzie się jak świeże bułeczki,
zapewniając autorce znaczącą sumę siedemdziesięciu tysięcy tysięcy
funtów.
Od tej pory "być jak Crawfie" jest synonimem zdrady. Z drugiej strony
jednak poddani mogą po raz pierwszy zajrzeć do owianych tajemnicą komnat
dworu. To niewybaczalna zbrodnia według rodziny królewskiej, wściekłej,
że ktoś ośmielił się zawieść jej zaufanie, rozgłaszając detale z ich
prywatnego życia, przyzwyczajenia i systemów edukacyjnych, według
których uczą się dziewczynki.
Niewdzięczna guwernantka zostanie wygnana, wyjedzie do rodzinnej Szkocji
i rozpocznie karierę dziennikarską, prowadząc rubrykę "Crawfie's Column"
w piśmie "Woman's Own".
Napisany z dużym wyprzedzeniem artykuł z 16 czerwca 1955 roku,
poświęcony młodej królowej Elżbiecie na wyścigach w Ascot "w kanarkowożółtym kostiumie", ją zakończy. Z powodu strajku kolei wyścigi
w Ascot się nie odbędą, a reputacja starej dobrej Crawfie legnie w gruzach. Będzie to oznaczało koniec kariery Crawford, kobiety, która
pokonała drogę od szkockiej wioski aż do pałacu, gdzie uczyła przyszłą
królową podstaw historii. Zostawszy wdową w 1977 roku, będzie żyła jak
pustelnica i z okien swojego domu, wychodzących na drogę z Aberdeen do
Balmoral, będzie patrzeć na przejeżdżające tamtędy samochody, wiozące
rodzinę królewską na wakacje. Umrze w 1988 roku w wieku siedemdziesięciu
ośmiu lat. Żaden z członków rodziny królewskiej nie pojawi się na jej
pogrzebie. Mogła się wzbogacić, sprzedając pamiątki i przedmioty
związane z rodziną królewską, ale chyba żałowała, że zbudowała swoją
sławę na plotkach. Swoje niewinne relikwie postanowiła zostawić w spadku
koronie, teraz pozostają one w królewskich archiwach.
Marion Crawford, polecona przez zaufanych przyjaciół księżnej Yorku jako
"dziewczyna ze wsi, świetna nauczycielka do wszystkiego, z wyjątkiem
matematyki", obejmuje służbę jesienią 1933 roku, by wspomóc wierną
nianię, Klarę Knight, która widziała, jak dorasta mama Elżbiety. Zostaje
przyjęta na Piccadilly z wielką ulgą całej rodziny Yorków. Albert nigdy
nie zapomniał tego chłodu, w którym upłynęło całe jego dzieciństwo, ani
surowych guwernantek, które zajmowały się jego wychowaniem. Mimo iż
Jerzy V każe Crawford "uczyć dziewczynki pięknego pisania i choć
odrobiny historii", Yorkom nie zależy, by córki uczyły się według
ambitnego programu, bo to, czego oboje dla nich pragną, to - poza
dobrymi manierami przy stole, umiejętnością eleganckiej konwersacji i gimnastyką na świeżym powietrzu - szczęśliwe dzieciństwo.
Mimo pewnego marginesu wolności, jak wyjścia do Green Parku, gdzie bawią
się z innymi arystokratami w podobnym wieku, dni Elżbiety i Małgorzaty
upływają według tych samych schematów i harmonogramów. Pokój dziecięcy,
jak opisuje Crawford w swoim bestsellerze, "jest światem w miniaturze.
Państwem w państwie, gdzie szefem jest Nanny albo Niania Allah"8,
która wraz z Bobo MacDonald nadzoruje codzienne życie Lilibet. Ona sama
zajmuje się wpajaniem klasycznych zasad, jakie obowiązują córki
angielskich wyższych sfer. Należy do nich pierwsza poranna wizyta u rodziców (czasami Elżbieta ma pozwolenie na spotkanie z matką, kiedy ta
je śniadanie w łóżku, przywilej, którego dostępują jedynie zamężne
kobiety). Od wpół do dziesiątej do jedenastej pobiera lekcje arytmetyki,
historii i geografii, tańca i muzyki. Obiad je w pokoju dziecięcym,
potem odpoczywa przez półtorej godziny, spaceruje i bawi się na świeżym
powietrzu, aż do pory na herbatkę. O godzinie siedemnastej znów spotyka
się z rodzicami i je kolację, zanim zostanie wysłana do kąpieli, a potem
do łóżka.
Cieszący się prywatnością i odosobnieniem Yorkowie spędzają spokojne
wieczory przed kominkiem, czytając, rozmawiając i rozwiązując szarady,
na dowód tego, że to, co Albert kochał w żonie najbardziej (była córką
posiadacza ziemskiego, który w swoim drzewie genealogicznym miał i chłopów, i pasterzy), to przede wszystkim brak zamiłowania do
konwenansów i zdolność do wspólnego spędzania czasu możliwie jak
najdalej od sztywnej etykiety, według której żył przez lata.
Elżbieta i Małgorzata ubierane są jednakowo w sukienki ze szczypankami,
płaszczyki z welurowymi kołnierzykami, białe rajstopki i sznurowane,
lakierowane buciki. Gazety szaleją na punkcie maleńkich "sióstr York",
które mimo że są do siebie podobne, mają całkowicie różne osobowości i przyzwyczajenia - dotyczy to nawet sposobu jedzenia cukierków, jak to
opisuje Crawford na stronach swojej książki. "Małgorzata łapie je w rączkę i wpycha je sobie wszystkie do buzi, Lilibet układa je na stole w zależności od wielkości i zjada je elegancko po jednym, od najmniejszego
do największego"9.
Wszelkie odstępstwa od normy denerwują Lilibet, która od małego wykazuje
potrzebę kontrolowania wszystkiego. Jest jedno przyzwyczajenie, które
doskonale pokazuje nam jej osobowość: wieczorem nie zaśnie, dopóki nie
odprawi wszystkich swoich rytuałów. Karmi, poi i układa w doskonałym
rządku każdego ze swoich zabawkowych koni, składa ubrania w sposób wręcz
geometryczny, a buty ustawia zawsze w tym samym miejscu pod krzesłem -
co wygląda jak martwa natura.
Obsesja związana z porządkiem osiąga swoje apogeum, kiedy 16 marca 1932
roku Elżbieta otrzyma w prezencie na urodziny od Walijczyków "Little
House" (Y Bwthyn Bach po walijsku), miniaturowy domek zaprojektowany
przez architekta Edmunda Willmotta. Miał cztery pokoje z kominkiem,
doskonale działającą hydraulikę i elektryczność, dach kryty strzechą,
białe ściany i okna z błękitnego drewna. Uwieczniony na serii
fotografii, które obiegły świat, minidomek, dostatecznie duży, by
organizować tam herbatki z zakazem wstępu dla dorosłych, jest ozdobiony
biało-błękitnymi perkalowymi firankami, dywanami w kwiaty, ma radio,
urządzoną kuchnię, lodówkę, podgrzewacz do potraw i kredens z talerzami,
garnkami i szklankami, ma biblioteczkę, a w niej zbiór powieści Beatrix
Potter i telefon10. Ustawiony w Royal Lodge w parku Windsor,
Little House stanie się letnią odskocznią dla Lilibet, która spędzi tam
całe godziny, z pedantycznym wręcz oddaniem ćwicząc się w sztuce
sprzątania, cnocie, która w przyszłości bardzo jej się przyda.