Elwin 13. 400 lat po Upadku - Paweł Gołuch

Kup ebooka

44.90 zł
36.59 zł (36,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Tor­ni­ster

Wro­cław, dziel­nica Fa­bryczna

paź­dzier­nik 2023

Po­tężna horda mó­zgo­żer­nych zom­bie za­ata­ko­wała kry­jówkę oca­la­łej z apo­ka­lipsy grupy lu­dzi. Obrońcy od­pie­rali ataki nie­umar­łych na wszel­kie moż­liwe spo­soby, a mimo to liczba na­past­ni­ków wy­da­wała się nie­ustan­nie ro­snąć.

Da­niel za­czy­nał po­woli ża­ło­wać, że gro­ma­dzone z mo­zo­łem ma­te­riały prze­zna­czył na bu­dowę ka­ta­pulty, za­miast po­sta­wić przed obo­zem ba­ry­kadę z drutu kol­cza­stego i za­ostrzo­nych pali. Wpraw­dzie ta ma­china po­tra­fiła mio­tać wraki sa­mo­cho­dów, co po­zwa­lało sku­tecz­nie ra­zić moc­niej­szych prze­ciw­ni­ków, ale w przy­padku mo­rza nie­umar­łych po­ży­tek był z niej ra­czej nie­wielki.

Chło­piec bez­rad­nie pa­trzył, jak kru­szy się po­sta­wiony na­prędce mur z ce­gieł, ka­mieni i ka­wał­ków be­tonu. Czuł, że za chwilę wszystko się skoń­czy, a jego sta­ra­nia, by utrzy­mać przy ży­ciu sie­bie oraz kil­ku­na­stu prze­ra­żo­nych nie­do­bit­ków, osta­tecz­nie nie miały naj­mniej­szego sensu. Cztery dni - tylko tyle udało im się wy­trzy­mać.

Na­gle roz­legł się prze­raź­liwy ryk. Na ten dźwięk żywe trupy roz­pierz­chły się we wszyst­kie strony, a spoza zruj­no­wa­nej ka­mie­nicy na­prze­ciwko wy­ło­nił się naj­więk­szy zom­biak, ja­kiego Da­niel wi­dział od czasu, gdy cały świat sta­nął na gło­wie.

Zwa­żyw­szy na to, że nie­umarli byli wcze­śniej zwy­kłymi ludźmi, wy­da­wało się cał­ko­wi­cie nie­lo­gicz­nym po­ja­wie­nie się pię­cio­me­tro­wego zgni­laka, jak piesz­czo­tli­wie na­zy­wał zom­bie Da­niel. Twórcy gry naj­wy­raź­niej jed­nak nie przej­mo­wali się tak mało istot­nymi rze­czami jak lo­gika, sta­wia­jąc na pierw­szym miej­scu do­brą za­bawę. Nie­umarłe mon­strum, wy­wi­ja­jące gru­bym łań­cu­chem, na któ­rego końcu dyn­dała ko­twica okrę­towa, zmie­rzało w stronę obozu wła­śnie po to, by za­pew­nić jego obroń­com ogromną por­cję frajdy.

Prze­cią­gnął pal­cem po ekra­nie smart­fona, ła­du­jąc na ka­ta­pultę zde­ze­lo­wa­nego pick-upa. Może jej bu­dowa nie była aż tak złym po­my­słem, jak są­dził jesz­cze przed chwilą. Usta­wił siłę oraz kąt wy­rzutu, po czym zwol­nił me­cha­nizm, wy­sy­ła­jąc sta­rego do­dge'a w jego pierw­szą i za­ra­zem ostat­nią po­dróż lot­ni­czą. Wa­żący po­nad dwie tony po­jazd za­to­czył w po­wie­trzu łuk i ku ucie­sze oca­la­łych tra­fił obrzy­dliwe mon­strum.

Zgni­lak przy­jął po­tężny cios na klatę, mocno się za­chwiał, ale osta­tecz­nie zdo­łał utrzy­mać rów­no­wagę. Ryk­nął z obu­rze­niem i po­now­nie ru­szył do ataku. Czer­wony pa­sek po­nad jego głową in­for­mo­wał, że stra­cił wła­śnie nie­mal po­łowę swo­ich punk­tów ży­cia.

Ulicą Onu­frego Za­głoby, obok idą­cego chod­ni­kiem Da­niela, prze­je­chał sa­mo­chód. Chło­pak na mo­ment ode­rwał wzrok od ekranu, od­ru­chowo spoj­rzał na czer­wony po­jazd, po czym wró­cił do obrony wir­tu­al­nego obozu.

Ro­dzice ka­te­go­rycz­nie za­bra­niali mu ko­rzy­sta­nia z te­le­fonu w dro­dze ze szkoły i do niej, ale on sam nie wi­dział w tym nic złego. Ulice osie­dla świe­ciły o tej po­rze pust­kami, a chło­pak przez cały czas szedł grzecz­nie chod­ni­kiem.

Poza tym była to wła­ści­wie je­dyna oka­zja w ciągu dnia, aby w spo­koju za­grać w Zom­bie De­fense De­luxe, nową grę z ga­tunku "obrona obozu", osa­dzoną w opa­no­wa­nym przez cho­dzące trupy świe­cie przy­szło­ści. W szkole obo­wią­zy­wał za­kaz uży­wa­nia te­le­fo­nów pod groźbą na­gany, a w domu, kiedy tylko ro­dzice na­kry­wali go na ko­rzy­sta­niu ze smart­fona, za­raz do­wia­dy­wał się, że jest "uza­leż­niony od tego dzia­do­stwa". Po­tem za­czy­nały się wy­wody na te­mat eg­za­mi­nów ósmo­kla­si­sty oraz dro­go­cen­nych punk­tów na świa­dec­twie, bez któ­rych za­ła­pa­nie się do wy­bra­nej szkoły śred­niej było ab­so­lut­nie nie­moż­liwe. Za­miast grać w ogłu­pia­jące gierki, po­wi­nien przy­siąść do ksią­żek, a naj­le­piej wziąć udział w ja­kiejś olim­pia­dzie przed­mio­to­wej. Eh...

Skrę­cił w ulicę Ber­be­ry­sową, rów­no­cze­śnie ła­du­jąc na ka­ta­pultę za­rdze­wia­łego forda. Nie­umarły ol­brzym za­rzu­cił ko­twicę za mur i po­tęż­nymi łap­skami szarp­nął łań­cuch, wy­ry­wa­jąc spory frag­ment umoc­nie­nia. Kil­koro co od­waż­niej­szych zom­bie rzu­ciło się do po­wsta­łego w ten spo­sób wy­łomu. Na po­le­ce­nie Da­niela część obroń­ców sko­czyła do walki z in­tru­zami, a po­zo­stali pró­bo­wali w tym cza­sie za­ła­tać dziurę w mu­rze. Chło­pak na­prę­żył wy­rzut­nię, ce­lu­jąc w pa­skudny łeb po­twora.

Ką­tem oka za­uwa­żył nie­bie­ski tor­ni­ster...

Pa­lec drgnął mu nie­znacz­nie. Wy­strze­lony pod zbyt du­żym ką­tem sa­mo­chód prze­le­ciał po­nad gi­gan­tycz­nym zgni­la­kiem i roz­bił się o ka­mie­nicę, bu­rząc przy tym jej fron­tową ścianę.

To był tor­ni­ster Julki...

Wy­łą­czył apli­ka­cję. Nie chciał pa­trzeć, jak zom­bie nisz­czą to, co udało mu się zbu­do­wać przez ostat­nie dwa­dzie­ścia mi­nut. Trudno. Za­li­czył w tej grze już kilka po­ra­żek i pew­nie za­li­czy jesz­cze nie­jedną, za­nim opa­nuje me­cha­nikę roz­grywki w stop­niu po­zwa­la­ją­cym na osią­gnię­cie wyż­szego po­ziomu.

Scho­wał te­le­fon do kie­szeni spodni i spoj­rzał na le­żący obok kra­węż­nika przed­miot. Błę­kitny szkolny ple­cak z na­pra­so­wa­nym na głów­nej ko­mo­rze logo po­pu­lar­nej firmy spor­to­wej bez wąt­pie­nia na­le­żał do jego ko­le­żanki z klasy. Świad­czyły o tym nie tylko ko­lor i marka ple­caka, ale przede wszyst­kim do­cze­piony do uchwytu nie­wielki bre­lok w kształ­cie smoka.

Zie­lona, gu­mowa fi­gurka, bar­dziej śmieszna niż straszna, le­żała do po­łowy za­nu­rzona w płyt­kiej ka­łuży po­zo­sta­łej na jezdni po noc­nych opa­dach. Julka zdo­była ją w Kra­ko­wie pod­czas ostat­niej wy­cieczki kla­so­wej. Wrzu­ciła pię­cio­zło­tową mo­netę do jed­nego z tych au­to­ma­tów, które po ob­ró­ce­niu po­dłuż­nej gałki wy­plu­wały z sie­bie lo­sowo wy­braną pla­sti­kową kulkę z za­bawką w środku. Wpraw­dzie dziew­czyna chciała, by z ma­szyny wy­padł śnież­no­biały pe­gaz, ale z tego, co pa­mię­tał Da­niel, ucie­szyła się rów­nież ze smoka.

Pod­niósł ple­cak i ro­zej­rzał się wkoło w po­szu­ki­wa­niu ko­le­żanki, w za­sięgu jego wzroku nie było jed­nak ni­kogo. Przez chwilę stał nie­zde­cy­do­wany, co po­wi­nien zro­bić. Wresz­cie po­sta­no­wił od­nieść zgubę do domu jej wła­ści­cielki. Miesz­kali nie­da­leko od sie­bie, ale ni­gdy nie zda­rzyło się, aby wra­cali ra­zem. Ju­lia wy­bie­gała ze szkoły jako jedna z pierw­szych, a on miał za­wsze czas. Za­nim się prze­brał i na­ga­dał z ko­le­gami, ona była już w po­ło­wie drogi do domu.

Może i le­piej. Dzięki temu nikt nie prze­szka­dzał mu w gra­niu, a poza tym, gdyby ko­le­dzy zo­ba­czyli, że cho­dzą ra­zem, mo­gliby uznać ich za parę i za­cząć im z tego po­wodu głu­pio do­ga­dy­wać. Choć, mó­wiąc szcze­rze, Julka nie była wcale taka zła. Jesz­cze do nie­dawna dziew­czyny zu­peł­nie Da­niela nie in­te­re­so­wały, ale ostat­nio za­czął po­woli od­kry­wać, że ich obec­ność na świe­cie nie jest jed­nak cał­ko­wi­cie po­zba­wiona sensu. Mimo to na­wet wie­lo­go­dzinne ła­sko­ta­nie piór­kiem po bo­sych sto­pach nie zmu­si­łoby go do przy­zna­nia się, że pie­go­wata ko­le­żanka, nie­dbale wią­żąca rude włosy w ku­cyk zwy­kłą gumką re­cep­turką, no­sząca dwie różne skar­petki i nie­mal bez prze­rwy żu­jąca gumę ba­lo­nową o smaku cze­re­śni, odro­binę mu się po­do­bała.

Ma­sze­ro­wał ulicą Ber­be­ry­sową z błę­kit­nym ple­ca­kiem w dłoni, wy­obra­ża­jąc so­bie, jak od­daje zgubę ko­le­żance, a ona z wdzięcz­no­ści rzuca mu się na szyję i, kto wie, może na­wet składa na jego po­liczku szyb­kiego cze­re­śnio­wego bu­ziaka.

Skrę­cił w Kmi­cica. Gdyby ktoś te­raz wyj­rzał przez okno któ­re­goś z jed­no­ro­dzin­nych do­mów w po­bliżu i zer­k­nął na prze­cho­dzą­cego ósmo­kla­si­stę, zo­ba­czyłby na jego twa­rzy sze­roki, nieco głup­ko­waty, od­sła­nia­jący zęby uśmiech, su­ge­ru­jący, że chło­pak w dro­dze ze szkoły zgu­bił gdzieś swoją piątą klepkę. Na szczę­ście je­dy­nym, który go ob­ser­wo­wał, był stary, drze­miący w mi­ja­nym ogródku pies rasy mie­sza­nej. Wie­lo­ra­so­wiec przez chwilę za­sta­na­wiał się, czy nie ob­da­rzyć uśmiech­nię­tego prze­chod­nia choćby krót­kim wark­nię­ciem, ale osta­tecz­nie uznał, że nie warto za­wra­cać so­bie nim głowy, opu­ścił łeb i wró­cił do prze­rwa­nej drzemki.

Ju­lia miesz­kała w pię­tro­wym domu, któ­rego dwu­spa­dowy dach po­kryty był gra­fi­tową da­chówką. Bez­prze­wo­dowy dzwo­nek przy furtce nie wy­ka­zy­wał żad­nych oznak ży­cia, w związku z czym Da­niel wszedł na po­se­sję, wspiął się po trzech stop­niach na nie­wielki ga­nek i sta­nął przed drzwiami.

Z nie­zro­zu­mia­łych dla chłopca przy­czyn jego serce za­częło bić nieco szyb­ciej, więc zro­bił trzy głę­bo­kie wde­chy, by je cho­ciaż tro­chę uspo­koić. Przez chwilę ukła­dał w my­ślach słowa, któ­rymi chciał po­in­for­mo­wać ko­le­żankę o zna­le­zi­sku, a gdy był już go­towy, po­pra­wił trzy­many w ręce ple­cak i na­ci­snął umiesz­czony obok drzwi wej­ścio­wych przy­cisk dzwonka.

Po kil­ku­na­stu nie­zno­śnie dłu­gich se­kun­dach dał się sły­szeć zgrzyt zamka, a na­stęp­nie dę­bowe drzwi, ozdo­bione wą­skim, pio­no­wym lu­strem we­nec­kim, otwo­rzyły się na oścież. W progu sta­nęła mama Julki, trzy­ma­jąc na ręku jej pół­rocz­nego brata Kac­perka, ubru­dzo­nego na buzi bli­żej nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nym pro­duk­tem spo­żyw­czym.

- Dzień do­bry - przy­wi­tał się chło­pak, odro­binę za­wie­dziony tym, że drzwi otwo­rzyła mu star­sza, a nie młod­sza przed­sta­wi­cielka rodu Ma­jew­skich. Ele­ment za­sko­cze­nia wziął w łeb. Cze­re­śniowy bu­ziak nieco się od­da­lił.

- Dzień do­bry, Da­nielu. Coś się stało? - Są­siadka była wy­raź­nie zdzi­wiona tą nie­za­po­wie­dzianą wi­zytą.

- Nie, nic ta­kiego... - Chło­pak się zmie­szał. - Idąc ze szkoły, zna­la­złem na ulicy ple­cak Julki - wy­ja­śnił, uno­sząc zgubę - i po­my­śla­łem, że go od­niosę.

- Ale Ju­lii... jesz­cze nie ma - od­parła nie­pew­nie Ma­jew­ska.

Po tych sło­wach za­pa­dła dziwna, nie­po­ko­jąca ci­sza. Mały Kac­pe­rek po­ru­szył się nie­spo­koj­nie na rę­kach mamy, któ­rej twarz stę­żała, a oczy z se­kundy na se­kundę ro­biły się co­raz więk­sze. W tych oczach Da­niel zo­ba­czył strach.

Wtedy wła­śnie zro­zu­miał, że stało się coś złego.

Roz­dział 2

Po­sła­niec

Wro­cław

21 czerwca 2462

Trzy... Dwa... Je­den... Po­budka, śpiący kró­le­wi­czu - wy­szep­tał Szczota, wci­ska­jąc rów­no­cze­śnie okrą­gły przy­cisk i prze­kła­da­jąc nie­wielką waj­chę na po­zy­cję "OFF".

Czer­wona dioda umiesz­czona na przed­niej ścia­nie ko­mory hi­ber­na­cyj­nej za­częła ryt­micz­nie mru­gać, ale poza tym nic wię­cej się nie stało.

- Na pewno zro­bi­łeś wszystko, co trzeba? - za­py­tała znie­cier­pli­wiona Mira.

- Nie - od­parł po­iry­to­wany. - Za­po­mnia­łem wsa­dzić so­bie pa­lec do nosa i za­kla­skać uszami. - Spoj­rzał na nią kar­cą­cym wzro­kiem. - Mia­łaś się uczyć, a nie wy­mą­drzać. To chwilę po­trwa.

- Jak długo?

- Róż­nie. Może dzie­sięć, może pięt­na­ście mi­nut.

- Nie są­dzę, by­śmy tyle mieli. Za chwilę pew­nie zlezą się tu ja­kieś ro­bale. Ten ko­lo­rowy spa­do­chron wi­dać było z da­leka.

- Nic na to nie po­ra­dzę! - Szczota pod­niósł głos. - To nie jest mro­żone udko z ka­ra­lu­cha. De­hi­ber­na­cja to skom­pli­ko­wany pro­ces. Or­gany we­wnętrzne mu­szą zo­stać po­bu­dzone do pracy, mię­śnie od­po­wied­nio na­tle­nione i... jesz­cze coś tam. Może nie je­stem spe­cem w tej dzie­dzi­nie, ale wy­bu­dzi­łem już kilka osób i wiem, że jak wyj­miemy chło­paka za szybko, to mo­żemy mu zro­bić nie­złe kuku.

- Skąd w ogóle wiesz, że to chło­pak? - spy­tała, za­glą­da­jąc przez owalną, brudną szybkę do wnę­trza sar­ko­fagu. - Przez to okienko nie­wiele wi­dać.

- Tu­taj masz imię oraz wiek pa­cjenta. - Po­stu­kał pal­cem w pro­sto­kątną płytkę z wy­gra­we­ro­wa­nym na­pi­sem.

- El­win, trzy­na­ście - od­czy­tała na głos. - Trzy­na­sto­la­tek? Żar­tu­jesz so­bie? - Jej twarz wy­krzy­wiły za­wód i zdzi­wie­nie, jakby w pu­dełku z pre­zen­tem na osiem­na­ste uro­dziny od­na­la­zła fi­gurkę pla­sti­ko­wego ku­cyka. - Szkoda, że nie przed­szko­lak, bo wtedy mo­gli­by­śmy chwy­cić się za ręce i za­tań­czyć w kó­łeczku, we­soło pod­ska­ku­jąc.

Szczota zi­gno­ro­wał jej wy­buch. Znał Mirę nie od dziś. Wie­dział, że ni­gdy nie owija w ba­wełnę, tylko mówi, co my­śli. Bar­dzo ją za to ce­nił. Wpraw­dzie cza­sem tro­chę prze­sa­dzała, przez co mo­gła ucho­dzić za gru­biań­ską, ale to były tylko po­zory. Przy bliż­szym po­zna­niu oka­zy­wała się od­daną przy­ja­ciółką. Ni­komu nie ufał tak, jak wy­ga­da­nej ko­le­żance.

- Po prze­bu­dze­niu może wy­da­wać się tro­chę star­szy. - Usiadł na pod­ło­dze i ple­cami oparł się o ko­morę. - Hi­ber­na­cja spo­wal­nia pro­cesy sta­rze­nia do mi­ni­mum, ale nie za­trzy­muje ich zu­peł­nie. Nie mie­li­ście u sie­bie żad­nego śpio­cha?

- Ja­koś nikt nie chciał ry­zy­ko­wać.

- U nas było kilku. Za­czę­li­śmy ich bu­dzić mniej wię­cej w oko­li­cach Sa­turna.

Mira ro­zej­rzała się po wnę­trzu kap­suły. W okrą­głym po­miesz­cze­niu, oprócz ko­mory hi­ber­na­cyj­nej, usta­wio­nej po­ziomo na środku, nie było w za­sa­dzie nic cie­ka­wego. Z su­fitu zwi­sało kilka ka­bli, a na ścia­nach czer­niały ekrany mar­twych obec­nie kom­pu­te­rów. Wszyst­kie zbędne urzą­dze­nia au­to­ma­tycz­nie wy­łą­czyły się po lą­do­wa­niu, by nie­po­trzeb­nie nie ob­cią­żać swoją pracą aku­mu­la­to­rów mio­no­wych. Dzia­łał je­dy­nie sar­ko­fag i tro­chę apa­ra­tury dia­gno­stycz­nej.

Przez wą­ski otwór drzwiowy i trzy ma­lut­kie okna wpa­dało do środka świa­tło sło­neczne. W jego pro­mie­niach wi­dać było wi­ru­jące dro­biny ku­rzu.

Nie­wiel­kich roz­mia­rów prom ko­smiczny za­pro­jek­to­wano tak, by krą­żył wraz ze śpią­cymi ludźmi po or­bi­cie oko­ło­ziem­skiej i spadł na po­wierzch­nię pla­nety, kiedy ze­staw czuj­ni­ków po­in­for­muje kom­pu­ter po­kła­dowy o bez­piecz­nym dla or­ga­ni­zmów ży­wych po­zio­mie pro­mie­nio­wa­nia. Na­stęp­nie ba­dany był skład po­wie­trza, tem­pe­ra­tura oraz sze­reg in­nych pa­ra­me­trów. W przy­padku nie­stwier­dze­nia przez okres czter­dzie­stu ośmiu go­dzin czyn­ni­ków za­gra­ża­ją­cych ży­ciu i zdro­wiu pa­sa­że­rów uru­cha­miany był pro­ces au­to­ma­tycz­nej de­hi­ber­na­cji. Pro­sty mo­del, bez zbęd­nych wo­do­try­sków. Je­den z naj­tań­szych, a mimo to i tak nie­do­stępny dla zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści przed­sta­wi­cieli ga­tunku Homo sa­piens prze­ra­żo­nych zbli­ża­ją­cym się Upad­kiem. Ten kon­kretny eg­zem­plarz prze­zna­czony był dla jed­nej osoby. Co za mar­no­traw­stwo!

Mira po raz pierw­szy miała oka­zję brać udział w prze­bu­dza­niu. I to od razu ta­kiej szy­chy.

- My­ślisz, że to na­prawdę on? - spy­tała Szczotę, wska­zu­jąc głową sar­ko­fag.

- Ogrod­nik nie ma wąt­pli­wo­ści.

- Py­ta­łam, co ty o tym my­ślisz. Nie Ogrod­nik.

Młody męż­czy­zna przy­mknął oczy, mil­czał przez chwilę, a na­stęp­nie wziął głę­boki wdech i gło­śno wy­pu­ścił po­wie­trze, wy­dy­ma­jąc po­liczki.

- Miej­sce i data lą­do­wa­nia się zga­dzają - stwier­dził, nie otwie­ra­jąc oczu.

- Cią­gle wie­rzysz w tę całą prze­po­wied­nię? - W jej gło­sie sły­chać było lekką drwinę.

- Oczy­wi­ście! - Od­wró­cił twarz w jej stronę i spoj­rzał na nią zdzi­wiony. - A ty nie?

- Za­czy­nam troszkę wąt­pić - stwier­dziła gorzko. - Miał być po­tężny wo­jow­nik, który po­może nam od­bu­do­wać Zie­mię i po­ko­nać chu­der­la­ków, a do­sta­li­śmy ja­kie­goś dzie­ciaka o imie­niu ko­ja­rzą­cym się z ba­śnio­wym księ­ciem el­fów.

- Nie oce­niaj książki... - za­czął Szczota, lecz na­gle urwał, bo na ze­wnątrz roz­legł się ja­kiś ru­mor. - Sprawdź to! - rzu­cił do dziew­czyny, pod­ry­wa­jąc się na równe nogi. - Ja spró­buję po­go­nić tro­chę na­szego su­sełka.

Mira jed­nym sko­kiem do­pa­dła do drzwi kap­suły i wy­bie­gła na ze­wnątrz. Szczota kuc­nął przed ko­morą hi­ber­na­cyjną, wsa­dził palce w płyt­kie wgłę­bie­nie pod mru­ga­jącą diodą i po­cią­gnął do sie­bie me­ta­lową klapkę. Jego oczom uka­zał się nie­wielki do­ty­kowy ekran, na któ­rego środku wid­niał nie­bie­ski, po­dłużny pro­sto­kąt, po­ka­zu­jący po­stęp pro­cesu de­hi­ber­na­cji. W tej chwili pa­sek wy­peł­niony był mniej wię­cej w po­ło­wie. Do­kład­nie w pięć­dzie­się­ciu trzech pro­cen­tach, o czym in­for­mo­wała umiesz­czona obok pa­ska liczba.

Po kilku se­kun­dach wskaź­nik drgnął, a licz­nik urósł z pięć­dzie­się­ciu trzech do pięć­dzie­się­ciu czte­rech pro­cent.

Za wolno.

Szczota do­tknął sym­bolu koła zę­ba­tego w rogu ekranu. Pa­sek znik­nął, a na jego miej­sce wy­świe­tlone zo­stały usta­wie­nia pro­gramu wy­bu­dza­nia. Męż­czy­zna prze­su­nął pal­cem po ekra­nie, prze­glą­da­jąc do­stępne pa­ra­me­try. Od­na­lazł po­śród nich czas sty­mu­la­cji mię­śni i zmniej­szył go o po­łowę.

- To nad­ro­bimy póź­niej - mruk­nął sam do sie­bie.

De­li­kat­nie zwięk­szył dawkę tlenu do­star­cza­nego do or­ga­ni­zmu chłopca, a także wy­łą­czył kon­tro­lne po­miary ci­śnie­nia krwi oraz tętna. Wresz­cie do­tknął na­pisu "Ak­cep­tuj". Na ekra­nie po­now­nie po­ja­wił się pa­sek po­stępu, te­raz wy­peł­niony ko­lo­rem w osiem­dzie­się­ciu sze­ściu pro­cen­tach.

- Znacz­nie le­piej. - Uśmiech­nął się pod no­sem.

Mira wsa­dziła głowę do kap­suły, rę­kami opie­ra­jąc się o kra­wę­dzie otworu.

- Coś tu idzie - wy­dy­szała. - Nie wiem, co to, ale na pewno się zbliża. Jak tam nasz pan "po­ważna książka z dzie­cinną okładką"?

- Obu­dzi się za ja­kąś mi­nutę. Tylko bę­dzie mu trzeba po­móc dojść do auta.

- To pod­jadę bli­żej - rzu­ciła dziew­czyna, ode­pchnęła się od fra­mugi i znik­nęła.

Szczota na­dal ku­cał i bęb­niąc pal­cami po po­kry­wie sar­ko­fagu, upo­rczy­wie wpa­try­wał się w mały ekran, jakby chciał siłą woli zmu­sić apa­ra­turę de­hi­ber­na­cyjną do szyb­szej pracy. Se­kundy dłu­żyły się nie­mi­ło­sier­nie.

Na­resz­cie na ekra­nie mo­ni­tora wy­świe­tliła się wy­cze­ki­wana liczba sto. Czer­wona dioda za­pło­nęła cią­głym świa­tłem, a po­krywa ko­mory de­li­kat­nie od­sko­czyła. To­wa­rzy­szył temu sy­czący dźwięk, jak przy otwie­ra­niu sło­ika z ze­psu­tymi prze­two­rami do­mo­wymi.

Szczota szybko wstał, sta­nął obok ko­mory i po­cią­gnął wieko. Mimo upływu lat otwo­rzyło się bez pro­blemu. Męż­czy­zna na­chy­lił się nad głową chłopca, zdjął si­li­ko­nową ma­skę, za­kry­wa­jącą jego nos i usta i de­li­kat­nie po­kle­pał go dłońmi po po­licz­kach.

- Po­budka, młody, wsta­jemy - rzekł pół­gło­sem. - Sło­neczko już świeci, śnia­danko na stole.

Chło­pak po­woli pod­niósł po­wieki, za­mru­gał i po­wiódł do­koła brą­zo­wymi oczami. Uj­rzał nad sobą twarz z równo przy­cię­tym za­ro­stem i lekko gar­ba­tym, or­lim no­sem. Młody męż­czy­zna mógł mieć około dwu­dziestki. Jego głowa wy­go­lona była po bo­kach i je­dy­nie przez śro­dek czaszki biegł sze­roki na kilka cen­ty­me­trów pas krót­kich wło­sów po­sta­wio­nych na jeża. Przy­po­mi­nały one tro­chę szczotkę do szo­ro­wa­nia pod­łogi albo pa­sto­wa­nia bu­tów.

El­win za­mla­skał, chcąc cho­ciaż tro­chę za­ła­go­dzić wie­kową su­chość w ustach, z wy­sił­kiem prze­łknął ślinę i wy­raź­nie zdez­o­rien­to­wany ga­pił się przez chwilę na po­chy­lo­nego nad nim je­go­mo­ścia.

- Mi­chał? - spy­tał wresz­cie le­dwo sły­szal­nym, ła­mią­cym się gło­sem.

Szczota znie­ru­cho­miał. Wpa­try­wał się w El­wina, jakby nie ro­zu­mie­jąc, o co chło­pa­kowi cho­dzi.

- No pięk­nie! Nasz bo­ha­ter ma pi­żamę w żółte gro­chy! - Mira stała za ple­cami Szczoty i za­glą­dała do otwar­tej ko­mory. - Może pod nią ma jesz­cze pie­lu­chę?

Męż­czy­zna drgnął nie­znacz­nie, za­sko­czony na­głym okrzy­kiem ko­le­żanki.

- Daj spo­kój! - upo­mniał ją. - To spe­cjalny kom­bi­ne­zon. Tam gdzie są te twoje gro­chy, jesz­cze przed chwilą pod­pięta była cała apa­ra­tura. - Tu­taj wska­zał le­żące obok chłopca ka­ble, które sa­mo­czyn­nie od­pa­dły od ska­fan­dra po za­koń­cze­niu pro­cesu wy­bu­dza­nia. - W Kak­tu­sie damy mu ja­kieś nor­malne ubra­nie.

El­win zer­k­nął na dziew­czynę. Wy­glą­dała na kilka lat star­szą i nieco wyż­szą od niego, cho­ciaż z tej per­spek­tywy trudno było to jed­no­znacz­nie oce­nić. Miała śniadą cerę oraz duże oczy w kształ­cie mig­da­łów. Jej szczu­płe ciało okry­wały spodnie moro i ciem­no­zie­lona bluzka na ra­miącz­kach. Czarne jak wę­giel włosy, za­ple­cione w gruby fran­cu­ski war­kocz, spły­wa­jący do po­łowy ple­ców, przy­kry­wała nie­bie­ska czapka z dasz­kiem, na któ­rej żółtą ni­cią wy­ha­fto­wano sym­bol kró­lew­skiej ko­rony. Dziew­czyna przy­po­mi­nała chłopcu Larę Croft - pa­nią ar­che­olog, bo­ha­terkę słyn­nej se­rii gier kom­pu­te­ro­wych.

Na ze­wnątrz coś grzmot­nęło, jakby nad­cią­gała bu­rza.

- Za­bie­ramy go - za­rzą­dził Szczota.

Wło­żył dłoń pod głowę chłopca i po­mógł mu usiąść. Po­tem sta­nął za nim i wsu­nął obie ręce pod jego ra­miona. W tym cza­sie Mira chwy­ciła El­wina za nogi. Wy­jęli go z ko­mory i skie­ro­wali się w stronę drzwi. Na szczę­ście chło­pak nie był ciężki. Po la­tach spę­dzo­nych w ko­mo­rze jego tkanka tłusz­czowa zre­du­ko­wana zo­stała nie­mal do zera. Sto­pień na­wod­nie­nia or­ga­ni­zmu także po­zo­sta­wiał wiele do ży­cze­nia. Je­dyne, czego w tym cza­sie mu przy­było, to włosy, się­ga­jące obec­nie nieco po­ni­żej ra­mion, i pa­znok­cie, ja­kich nie po­wsty­dzi­łyby się gra­su­jące po­śród ruin ogromne sta­lo­pen­dry.

Prze­ci­snęli się przez wą­ski otwór i wy­szli na ze­wnątrz. El­win zmru­żył oczy, od­wy­kłe od moc­nego, sło­necz­nego świa­tła. Kilka me­trów da­lej stał dzi­waczny po­jazd z włą­czo­nym sil­ni­kiem. Wy­glą­dał jak skrzy­żo­wa­nie woj­sko­wego je­epa z osie­dlo­wym pla­cem za­baw. Sa­mo­chód nie po­sia­dał bocz­nych drzwi ani da­chu. Dwa przed­nie fo­tele i tylną ka­napę ota­czała klatka z me­ta­lo­wych rur wy­glą­da­jąca tak, jakby spa­wacz, który ją stwo­rzył, miał so­lid­nego zeza. Sil­nik je­dy­nie z góry okryty był ka­wał­kiem bla­chy. Za­mon­to­wana po­mię­dzy ru­rami przed­nia szyba pro­siła się o grun­towne my­cie. Wy­raź­nie wi­dać było na niej, do­kąd się­gały wy­cie­raczki.

Do­koła roz­po­ście­rało się zruj­no­wane mia­sto, dawno temu wy­płu­kane z ko­lo­rów przez kwa­śne, ra­dio­ak­tywne desz­cze. Z więk­szo­ści bu­dyn­ków po­zo­stały je­dy­nie przy­gnę­bia­jące szkie­lety. Żół­to­zie­lone, wszę­do­byl­skie pną­cza wła­ziły do pu­stych oczo­do­łów okien, opla­tały mury i po­wo­lutku kru­szyły to, czego nie zdą­żyły znisz­czyć trzę­sie­nia ziemi. Spę­kaną na­wierzch­nię dróg, w wielu miej­scach cał­ko­wi­cie nie­prze­jezd­nych ze względu na zbyt duże uszko­dze­nia lub za­le­ga­jący gruz, po­kry­wała gruba war­stwa pyłu.

Część kap­suły przy­kry­wał wie­lo­barwny spa­do­chron, dzięki któ­remu bez­piecz­nie opa­dła ona na zie­mię. Au­to­pi­lot ste­ru­jący li­nami spa­do­chronu wy­brał na miej­sce lą­do­wa­nia par­king przed bu­dyn­kiem wro­cław­skiej opery. W kilku miej­scach wciąż stały prze­rdze­wiałe wraki po­zo­sta­wio­nych tam sa­mo­cho­dów. Z pięk­nego nie­gdyś gma­chu po­zo­stały je­dy­nie szare, na wpół po­wa­lone ściany. Dach już dawno temu za­padł się do środka, grze­biąc pod gru­zami pełne prze­py­chu ope­rowe wnę­trza.

Po­now­nie coś grzmot­nęło. Tym ra­zem cał­kiem bli­sko.

Mira i Szczota za­trzy­mali się i z nie­po­ko­jem spoj­rzeli w stronę, z któ­rej do­biegł ha­łas. Kil­ka­dzie­siąt me­trów da­lej ze szczytu jed­nego z mu­rów spa­dło z głu­chym ło­sko­tem kilka ce­gieł. Po chwili zza za­krętu wy­to­czyła się ogromna kula złomu. Miała około trzech me­trów śred­nicy. Można było w niej do­strzec frag­menty sa­mo­cho­dów, siatkę ogro­dze­niową, ka­lo­ry­fer, a na­wet po­gnie­cioną wannę. Naj­bar­dziej jed­nak rzu­cał się w oczy ko­lo­rowy ba­ner re­kla­mowy lo­kal­nej piz­ze­rii, na któ­rym za­cho­wało się jesz­cze za­dzi­wia­jąco dużo farby.

Kula za­trzy­mała się. Ry­su­nek po­cię­tej na osiem trój­ką­tów pizzy wid­niał te­raz na sa­mym jej środku. El­win, zwi­sa­jąc bez­wład­nie na rę­kach swo­ich no­wych zna­jo­mych, z tru­dem od­wró­cił głowę i przyj­rzał się temu dziw­nemu zja­wi­sku spod przy­mru­żo­nych po­wiek.

- Za­mó­wi­li­ście pizzę? - spy­tał za­cie­ka­wiony, zu­peł­nie nie ro­zu­mie­jąc, co się dzieje.

Szczota i Mira spoj­rzeli na sie­bie z prze­ra­że­niem.

- Żuk zło­miarz! - krzyk­nęli rów­no­cze­śnie.

- Pro­wadź! - Szczota szyb­kim ru­chem prze­jął chło­paka od ko­le­żanki, która bar­dzo zgrab­nie wsko­czyła za kie­row­nicę po­jazdu.

Męż­czy­zna wrzu­cił El­wina na tylną ka­napę, po czym sam usa­do­wił się obok, aby ase­ku­ro­wać chłopca w cza­sie jazdy. Mira, za­miast ru­szyć, za­częła maj­stro­wać przy prze­łącz­ni­kach na środku de­ski roz­dziel­czej we­hi­kułu. Ta­jem­ni­cza kula złomu ru­szyła w ich kie­runku, z każdą chwilą na­bie­ra­jąc co­raz to więk­szej pręd­ko­ści.

- Co ty ro­bisz?! Jedź! - wrza­snął Szczota.

- Chwila, chcę so­bie włą­czyć ja­kąś mu­zykę - od­parła dziew­czyna, nie zwa­ża­jąc na zbli­ża­jące się nie­bez­pie­czeń­stwo. - Le­piej mi się wtedy pro­wa­dzi.

- Żar­tu­jesz so­bie? Nie mamy na to czasu!

- O! Już jest.

W tym mo­men­cie z dwóch okrą­głych gło­śni­ków umiesz­czo­nych na obu koń­cach de­ski roz­dziel­czej po­pły­nął gło­śny, me­lo­dyjny dźwięk gi­tary aku­stycz­nej. Za­do­wo­lona z sie­bie Mira zer­k­nęła przez ra­mię na pa­sa­że­rów zaj­mu­ją­cych tylną ka­napę sa­mo­chodu.

- Mniej niż zero - ob­wie­ściła, uśmie­cha­jąc się od ucha do ucha. - Uwiel­biam ten ka­wa­łek.

Na­stęp­nie wrzu­ciła wsteczny i do­dała gazu. Po­jazd od­sko­czył do tyłu w ostat­niej chwili. Roz­pę­dzona kula prze­to­czyła się przed pro­wi­zo­ryczną ma­ską we­hi­kułu i z im­pe­tem ude­rzyła w sto­jącą obok kap­sułę.

Do­piero te­raz El­win do­strzegł ogrom­nego żuka, który od­wró­cony głową w dół, bar­dzo spraw­nie pchał me­ta­lowy obiekt tyl­nymi od­nó­żami. Swym wy­glą­dem przy­po­mi­nał chło­pa­kowi czołg. Jego ciało okry­wały dwie grube, pół­okrą­głe płyty o gra­na­to­wym od­cie­niu, spod któ­rych wy­sta­wała spłasz­czona głowa z od­sta­ją­cymi na bok czuł­kami.

Na­głe ude­rze­nie w prze­szkodę wy­trą­ciło gi­gan­tycz­nego owada z rów­no­wagi, ale szybko się opa­mię­tał. Za­nim Mira zdą­żyła zmie­nić bieg i od­je­chać, wdra­pał się na kulę, zszedł z dru­giej strony i po ode­pchnię­ciu od ściany ko­smicz­nej sy­pialni ru­szył w po­ścig za sa­mo­cho­dem. Na krótką chwilę za­trzy­mały go ke­vla­rowe liny spa­do­chronu, które po­za­cze­piały się o frag­menty to­czo­nego złomu. Kiedy jed­nak na­parł z ca­łej siły na me­ta­lową piłkę, klamry na po­wierzchni kap­suły, do któ­rych do­cze­piono sznury, pę­kły i ko­lo­rowy ma­te­riał owi­nął jego dro­go­cenną kulę ni­czym gi­gan­tyczną lan­drynkę.

- Chyba spodo­bał mu się nasz sa­mo­chód - za­wo­łał Szczota, prze­krzy­ku­jąc mu­zykę. - Mu­simy go ja­koś zgu­bić. Kiedy zło­miarz upa­trzy so­bie ja­kieś że­la­stwo, to nie od­pu­ści, do­póki nie wgnie­cie go do tej swo­jej kulki. A uciec mu nie jest ła­two, bo po­trafi się na­prawdę nie­źle roz­pę­dzić. Mam pe­wien po­mysł. Jedź przez most Po­koju.

- To ten most z wielką dziurą na środku? - za­py­tała Mira.

- Ten, ale dziura na pra­wym pa­sie wcale nie jest taka duża. Ma naj­wy­żej kil­ka­na­ście me­trów. Ostatni frag­ment jezdni unosi się lekko do góry, a po dru­giej stro­nie droga mocno opada. Je­śli się wy­star­cza­jąco roz­pę­dzimy, to po­win­ni­śmy prze­sko­czyć.

- Pró­bo­wa­łeś?

- Nie, ale wi­dzia­łem taką ak­cję na ja­kimś sta­rym fil­mie. Po­szło gładko.

- No do­bra - zgo­dziła się Mira i skrę­ciła w prawo w ulicę Ka­zi­mie­rza Wiel­kiego. - Mam tylko na­dzieję, że to był film oparty na fak­tach.

Pły­nący z gło­śni­ków re­fren nie­śmier­tel­nego prze­boju grupy Lady Pank od­bi­jał się echem od mu­rów wro­cław­skich ka­mie­nic, kiedy sa­mo­chód pę­dził przez mia­sto w stronę rzeki. Dziew­czyna spraw­nie omi­jała prze­szkody, ani na chwilę nie zdej­mu­jąc nogi z gazu. Wielki, roz­pę­dzony cu­kie­rek to­czył się za nimi i cho­ciaż cza­sem o coś za­wa­dził, to ani my­ślał zwol­nić, i nie­ubła­ga­nie skra­cał dy­stans do ucie­ka­ją­cych lu­dzi.

Na placu Po­wstań­ców War­szawy Mira skrę­ciła w lewo.

- Ta mu­zyka chyba go na­pro­wa­dza - stwier­dził El­win, wi­dząc, jak żuk zło­miarz skręca w tę samą stronę.

- Wręcz prze­ciw­nie - od­po­wie­dział Szczota. - Ogrod­nik, nasz spe­cja­li­sta od flory i fauny, twier­dzi, że owady re­agują na tem­pe­ra­turę, za­pach i świa­tło. Gło­śna mu­zyka po­winna je ra­czej od­stra­szać i dez­orien­to­wać. Ale to jak na ra­zie tylko teo­ria.

Mi­jali wła­śnie ru­iny Mu­zeum Na­ro­do­wego. Mira zje­chała na prawy pas przez to­ro­wi­sko tram­wa­jowe, uwa­ża­jąc, by nie za­ha­czyć pod­wo­ziem o wy­sta­jące tu i ów­dzie po­nad po­ziom jezdni po­wy­gi­nane szyny. Most Po­koju był tuż przed nimi.

- Trzy­maj się pra­wej strony i wy­ci­śnij z tego skła­daka, ile tylko się uda - do­ra­dził Szczota, po czym prawą ręką chwy­cił za jedną z ru­rek, a lewą ob­jął El­wina i mocno do sie­bie przy­tu­lił. - A mó­wi­łem, że po­win­ni­śmy za­mon­to­wać w tym gra­cie pasy bez­pie­czeń­stwa - do­dał z prze­ką­sem.

Wpa­dli na most. Ko­ryto rzeki Odry było nie­mal cał­ko­wi­cie su­che. Je­dy­nie na sa­mym środku po­cił się ja­kiś brudny stru­myk, a wła­ści­wie za­le­gało tam pa­skudne, śmier­dzące błoto.

Mira wy­pro­sto­wała się w fo­telu kie­rowcy, mocno za­ci­snęła dło­nie na kie­row­nicy i wci­snęła pe­dał gazu do sa­mej pod­łogi.

- Je­steś pe­wien, że skocz­nia jest na pra­wym pa­sie? - za­py­tała.

- Tak - od­po­wie­dział Szczota - mam je­dy­nie drobne wąt­pli­wo­ści, czy aby na pewno ja­dąc od tej strony.

- Te­raz tro­chę ża­łuję - jęk­nął El­win, prze­ły­ka­jąc ślinę - że jed­nak nie mam tej pie­lu­chy.

Gi­ta­rzy­sta grupy Lady Pank wy­ko­ny­wał wła­śnie so­lową par­tię utworu, gdy sa­mo­chód wje­chał na unie­siony frag­ment jezdni i wzbił się w po­wie­trze. Do wy­so­kich dźwię­ków gi­tary elek­trycz­nej do­łą­czył mę­sko-żeń­ski chór, zło­żony z trojga osób, który zu­peł­nie nie­świa­do­mie za­czął na całe gar­dło wy­krzy­ki­wać pierw­szą li­terę al­fa­betu ła­ciń­skiego.

Cały lot trwał nie­całe dwie se­kundy i na szczę­ście za­koń­czył się uda­nym lą­do­wa­niem po dru­giej stro­nie prze­pa­ści. Po­jazd ude­rzył pod­wo­ziem w as­fal­tową na­wierzch­nię, aż po­sy­pały się iskry. Mira nie zdej­mo­wała nogi z gazu, po­nie­waż jezd­nia opa­dała tu­taj bar­dzo stromo w kie­runku dziury za ich ple­cami. Koła przez chwilę ob­ra­cały się w miej­scu z prze­raź­li­wym pi­skiem. Spod opon buch­nął dym i za­śmier­działo spa­loną gumą. Wresz­cie sa­mo­chód wy­strze­lił do przodu na po­ziomą część mo­stu. Dziew­czyna nie zdo­łała opa­no­wać kie­row­nicy, po­jazd za­krę­cił się jak bąk, aby osta­tecz­nie sta­nąć w miej­scu ty­łem do kie­runku jazdy.

Pa­sa­że­ro­wie spoj­rzeli przed sie­bie. Roz­pę­dzona kula złomu wto­czyła się wła­śnie na skocz­nię i tak jak przed mo­men­tem oni wy­fru­nęła w po­wie­trze ni­czym ar­matni po­cisk. Pa­trzyli na to z otwar­tymi ustami, ale już nie krzy­cząc. Zda­wało im się, że czas zwol­nił biegu, a mu­zyka roz­le­ga­jąca się z gło­śni­ków umil­kła. Ogromna, ko­lo­rowa lan­drynka za­ta­czała łuk po­nad bra­ku­ją­cym frag­men­tem mo­stu, a za­raz za nią le­ciał gra­na­towy żuk, który przed­nimi od­nó­żami młó­cił po­wie­trze, pró­bu­jąc da­lej pchać swoją uko­chaną ku­leczkę.

Pręd­kość, jaką jej nadał, wy­star­czyła, by do­le­ciała na drugi brzeg urwi­ska i grzmot­nęła w as­falt z taką siłą, że cały most nie­bez­piecz­nie za­drżał. Sam zło­miarz nie­stety nie miał tego szczę­ścia i ru­nął głową w dół wprost na spo­tka­nie su­chego ko­ryta Odry. Spa­da­jąc, wy­wi­nął w po­wie­trzu wi­do­wi­skowe salto, po czym z po­tęż­nym mla­śnię­ciem za­rył grzbie­tem w cuch­nące błoto, roz­chla­pu­jąc je na kil­ka­dzie­siąt me­trów wo­kół sie­bie. Roz­mię­kłe pod­łoże zła­go­dziło nieco upa­dek, a mocny pan­cerz żuka wy­trzy­mał ude­rze­nie i wy­glą­dało na to, że owa­dowi nic złego się nie stało. Mimo to jego przy­szłość nie wy­glą­dała zbyt ró­żowo, po­nie­waż, le­żąc na grzbie­cie, w ża­den spo­sób nie po­tra­fił po­now­nie sta­nąć na nogi. W tej chwili nie było to jed­nak jego naj­więk­szym zmar­twie­niem. Wła­śnie bo­wiem owi­nięta w spa­do­chron, wa­żąca kilka ton kula złomu za­częła sta­czać się po po­chy­łej jezdni w stronę prze­pa­ści i znaj­du­ją­cego się na jej dnie unie­ru­cho­mio­nego owada.

Mira, El­win i Szczota bez­rad­nie pa­trzyli na to, jak kula znika im z oczu za za­ło­mem drogi, a na­stęp­nie, cał­ko­wi­cie po­słuszna nie­ubła­ga­nej sile gra­wi­ta­cji, ru­sza na spo­tka­nie z mięk­kim pod­brzu­szem swo­jego wła­ści­ciela. I za­pewne zgnio­tłaby go na mia­zgę, gdyby nie fakt, że po­sia­dała spa­do­chron. Co prawda sza­lona wy­cieczka kra­jo­znaw­cza uli­cami Wro­cła­wia spra­wiła, że z ko­lo­ro­wego ma­te­riału po­zo­stały je­dy­nie strzępy, ale po­dróż prze­trwało kilka bar­dzo wy­trzy­ma­łych ke­vla­ro­wych lin, z któ­rych jedna za­cze­piła się o zbro­je­nie wy­sta­jące z żel­be­to­wej kon­struk­cji mo­stu.

Spa­da­jąca kula za­częła krę­cić się wo­kół wła­snej osi, uwal­nia­jąc tym sa­mym z owi­ja­ją­cego ją spa­do­chronu. Po chwili za­trzy­mała się gwał­tow­nie, po­tęż­nie szar­piąc za roz­wi­niętą na całą dłu­gość linę. Sznur wy­trzy­mał, cho­ciaż pę­kła spora część ke­vla­ro­wych włó­kien. Ogromne jojo pod­sko­czyło trzy razy, by osta­tecz­nie znie­ru­cho­mieć parę me­trów po­nad le­żą­cym w bło­cie żu­kiem. Po kilku se­kun­dach na­de­rwana lina, która miała już wy­raź­nie do­syć pod­trzy­my­wa­nia me­ta­lo­wego cię­żaru, ze­rwała się z trza­skiem, zrzu­ca­jąc kulę wprost w ob­ję­cia jej twórcy. Na szczę­ście siła upadku z nie­wiel­kiej wy­so­ko­ści nie była zbyt duża i żuk spraw­nie po­chwy­cił swój skarb trzema pa­rami od­nóży, a na­stęp­nie prze­chy­lił kulę na bok i wy­ko­rzy­stu­jąc cię­żar złomu, zdo­łał zmie­nić nie­ko­rzystną dla sie­bie po­zy­cję. Przez chwilę ta­plał się jesz­cze w grzą­skim bło­cie, aby wresz­cie wraz ze swym do­byt­kiem wy­do­stać się na nieco bar­dziej sta­bilne pod­łoże.

Za­nim trójka ucie­ki­nie­rów zdą­żyła ochło­nąć po tym bo­ga­tym w nowe do­świad­cze­nia wy­da­rze­niu, żuk zło­miarz to­czył już swoją kulę ko­ry­tem Odry, po­szu­ku­jąc in­nych obiek­tów do ko­lek­cji.

- A nie mó­wi­łem, że się uda? - za­py­tał za­do­wo­lony z sie­bie Szczota, uśmie­cha­jąc się sze­roko do współ­pa­sa­że­rów.

El­win i Mira spoj­rzeli na niego kwa­śno, lecz nie ode­zwali się ani sło­wem. Przez chwilę w po­wie­trzu wi­bro­wały jesz­cze ostat­nie słowa re­frenu pio­senki Mniej niż zero, by osta­tecz­nie zu­peł­nie zga­snąć. Za­pa­dła szu­miąca w uszach ci­sza, ale dziew­czyna nie za­mie­rzała uru­cha­miać ko­lej­nego utworu. Wrzu­ciła wsteczny bieg, za­wró­ciła po­jazd i ru­szyła na pół­noc ulicą Kar­dy­nała Wy­szyń­skiego.