Elita - Dominik W. Rettinger

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

I

Ciemne, pod­bite czer­wie­nią zachodu chmury gęst­niały nad linią lasu. Zmie­ni­łam dosiad i przy­ło­ży­łam łydkę. Graf zro­zu­miał od razu, par­sk­nął i puścił się galo­pem. Pochy­li­łam się lekko w sio­dle i pozwo­li­łam mu na swo­bodny bieg. Pędzi­li­śmy piasz­czy­stą drogą wzdłuż pól.

Stru­mień powie­trza roz­wie­wał mi włosy, chło­dził twarz. Czu­łam pod sobą grę potęż­nych mię­śni, ryt­miczny oddech. Graf był wspa­nia­łym ruma­kiem, hano­wer­czy­kiem, dosta­łam go w pre­zen­cie od mojego tre­nera po zakoń­cze­niu kariery zawod­ni­czej.

Graf miesz­kał w klu­bie jeź­dziec­kim pod War­szawą. Opła­ca­łam jego utrzy­ma­nie lek­cjami jazdy i ukła­da­niem koni. Kryty maneż klubu był impo­nu­jącą budowlą z drewna, z ele­gancką restau­ra­cją. Spo­ty­kali się tu wszy­scy, któ­rzy chcieli coś zna­czyć w tak zwa­nej war­szawce. Po wyłą­cze­niu myśle­nia można było w tym towa­rzy­stwie nie­źle się bawić. Ale można też było wpaść w kło­poty - takie, które rodzą się z pychy i chci­wo­ści, matek chrzest­nych ludz­kich nie­szczęść. Jesz­cze tego dnia mia­łam to odczuć na wła­snej skó­rze.

Zmierzch zapa­dał szybko. Graf galo­pem poko­nał ostatni kawa­łek piasz­czy­stej drogi i zwol­nił przed skrę­tem do lasu. Pokryty potem i kurzem pry­chał i rzu­cał głową, ura­do­wany, że zbli­żamy się do stajni, gdzie cze­kała miarka owsa i pach­nące siano. Wydłu­ży­łam wodze i pozwo­li­łam mu na swo­bodny stęp. W takich chwi­lach, po wysiłku, myśli wyda­wały się jasne i kla­rowne.

Od rana towa­rzy­szyło mi prze­czu­cie nad­cho­dzą­cej zmiany, po raz pierw­szy od sied­miu lat. Dość samot­nego życia, dość poświę­ca­nia się wycho­wa­niu sie­dem­na­sto­let­niej córki, dla któ­rej w żad­nej dzie­dzi­nie nie byłam już auto­ry­te­tem - bez­radna trzy­dzie­sto­pa­ro­latka, nie potra­fiąca nawią­zać sta­łego związku z nikim, poza swoim koniem.

- Męż­czyzn się nie ujeż­dża, mamo - mówiła moja Mary­sia, z wes­tchnie­niem prze­wra­ca­jąc oczami, kiedy infor­mo­wa­łam ją, że pan A, B, czy C nie będzie nas wię­cej odwie­dzać; nie ten chód, nie ta krew, i za słaby na prze­szko­dach.

Koniec ze sta­rymi lękami, od dziś zaczy­nam nowe życie. Prze­stanę malo­wać por­trety na zamó­wie­nie, zacznę żyć jak wolna artystka. Znajdę praw­dzi­wego męż­czy­znę. Prze­niosę się do sta­rej cha­łupy na Mazury.

Z tymi posta­no­wie­niami ści­snę­łam znów boki konia. Kłu­sem poko­na­li­śmy ostat­nie metry drogi przez las.

W pół­mroku zama­ja­czyła uchy­lona brama drew­nia­nego ogro­dze­nia. Było pusto i cicho, latar­nie nad drzwiami trzech stajni słabo oświe­tlały dzie­dzi­niec, w głębi ciem­niał wielki dach maneżu. Na par­kingu stały dwa samo­chody, moja wysłu­żona toyota i tere­nowe bmw. Graf popchnął sze­roką pier­sią bramę, wycią­gnął mi wodze z dłoni, opu­ścił łeb i wolno stą­pa­jąc, skie­ro­wał się do stajni. Przez otwarte drzwi wydo­sta­wało się tro­chę świa­tła, poru­szały się w nim cie­nie kilku osób.

Zesko­czy­łam z sio­dła przed drzwiami stajni. Pod­kowy zastu­kały na beto­nie, cicho zgrzyt­nęły odsu­wane drzwi, Graf wszedł do boksu. Zdję­łam sio­dło i uprząż, we wnę­trzu dłoni poczu­łam grube wargi, deli­kat­nie wyja­da­jące kostki cukru, wyszep­ta­łam miło­sne dekla­ra­cje do wło­cha­tego ucha. Po kilku minu­tach u wyszczot­ko­wa­nego, błysz­czą­cego konia chrzę­ścił w zębach owies. Koń odwró­cił głowę i popa­trzył na mnie dużymi myślą­cymi oczami, które mówiły: zostań ze mną. Idąc z sio­dłem w stronę wyj­ścia, już za nim tęsk­ni­łam.

Kiedy odkła­da­łam sio­dło i uprząż w sio­dlarni przy drzwiach, dotarły do mnie głosy kilku męż­czyzn. Ich syl­wetki ryso­wały się w świe­tle sła­bej lampy, na końcu stajni. Głosy były gniew­nie unie­sione, potem tro­chę uci­chły, być może na mój widok. Kłócą się, pew­nie jak zwy­kle o pie­nią­dze - pomy­śla­łam.

Wyszłam ze stajni, wsia­dłam do toyoty i po czwar­tej pró­bie odpa­li­łam sil­nik. Co za głupi wyna­la­zek, samo­chód - nie lepiej nam było w towa­rzy­stwie wspa­nia­łych koni, przez tysiące lat? Naci­snę­łam pedał gazu i ruszy­łam w stronę lasu. Wypadki następ­nych kil­ku­na­stu minut wyma­zały z mojej pamięci szok i amne­zja. Kiedy przy­po­mnia­łam je sobie dużo póź­niej, na­dal wyda­wały się złym snem.

Prze­su­wa­jące się w świe­tle reflek­to­rów drzewa nie­chętne ustę­po­wały na boki, powolna jazda przez ciemny las i przy­jemne zmę­cze­nie powo­do­wały sen­ność. Ock­nę­łam się nagle z myślą, że o czymś zapo­mnia­łam. Nadep­nę­łam na pedał hamulca i się­gnę­łam dło­nią w bok. Oczy­wi­ście nie było torebki! Idiotka, zosta­wi­łam ją na gwoź­dziu, w bok­sie Grafa! Z doku­men­tami, kar­tami ban­ko­wymi i tele­fo­nem. Musia­łam być naprawdę roz­ko­ja­rzona.

Wrzu­ci­łam wsteczny i otrzeź­wiona zło­ścią na sie­bie ruszy­łam krętą drogą mię­dzy drze­wami. Zaha­mo­wa­łam przed zamkniętą bramą. Świa­tło w stajni na­dal paliło się, ale stró­żówka obok bramy była ciemna. Stróż o tej porze robił obchód terenu - mia­łam nadzieję, że nie z dwoma bry­ta­nami, które uwiel­biały mnie stra­szyć.

Prze­ci­snę­łam się mię­dzy żer­dziami bramy i ruszy­łam w stronę stajni. Parę koni zatu­pało nie­spo­koj­nie i par­sk­nęło na mój widok. Mruk­nę­łam do nich uspo­ka­ja­jąco i pode­szłam do boksu Grafa. Torebki nie było na gwoź­dziu. Koń odwró­cił się od żłobu i prze­żu­wa­jąc siano, pod­szedł do drzwi. Par­sk­nął cicho, zado­wo­lony, że wró­ci­łam. Przy­się­gła­bym, że z lekką kpiną.

- Jesteś obrzy­dliw­cem, wiesz? - szep­nę­łam, odsu­wa­jąc drzwi boksu. Mia­łam nadzieję, że nie pode­ptał torebki. - Posuń się, cie­laku, jeśli chcesz żyć! - Popchnę­łam Grafa i z ulgą stwier­dzi­łam, że torebka była cała. Leżała pod drew­nianą ścianą boksu, uma­zana w koń­skiej kupie. - Musia­łeś na nią naro­bić, zło­śliwy, wstrętny mule? - zapy­ta­łam, wycie­ra­jąc torebkę słomą i cału­jąc zacie­ka­wiony pysk.

Z końca stajni dobie­gły roz­draż­nione męskie głosy.

- Nie taka była umowa! - zawo­łał pierw­szy. - Płać albo zdech­nie!

- Powiedz mu, żeby się nie wpier­da­lał! - krzyk­nął drugi.

- Zejdź mi z drogi, debilu! - szczek­nął pierw­szy.

- Dobra­noc, książę, nie gnie­wam się. Do zoba­cze­nia poju­trze - szep­nę­łam do Grafa, wycho­dząc z boksu.

Chcia­łam odda­lić się nie­zau­wa­żona. Agre­sywne głosy kłó­cą­cych się męż­czyzn odbi­jały się od murów, mówili teraz wszy­scy naraz. Wyko­rzy­sta­łam hałas i powoli zasu­nę­łam zgrzy­ta­jące drzwi boksu. Graf na poże­gna­nie dotknął war­gami mojej dłoni.

Huk, który roz­legł się w następ­nej sekun­dzie, prze­rwał ciszę tak nagle i dono­śnie, że serce zatrzy­mało mi się na długą chwilę, wraz z odde­chem. Konie rzu­ciły się jak osza­lałe. Graf sta­nął dęba, z roz­dę­tymi chra­pami i wytrzesz­czo­nymi oczami.

Poczu­łam ude­rze­nie pulsu w skro­niach, nabra­łam powie­trza i odwró­ci­łam się w stronę syl­we­tek na końcu stajni. Jeden z męż­czyzn pędził w moją stronę. Biegł pochy­lony, zyg­za­kiem. Za nim w świa­tło lampy wszedł wysoki, bar­czy­sty osob­nik w czer­wo­nej kurtce i uniósł dłoń z jakimś przed­mio­tem. Przed­miot plu­nął ogniem, kolejny huk prze­to­czył się przez staj­nię, w słup obok głowy ude­rzyło coś z trza­skiem, odła­mana drza­zga tra­fiła mnie w skroń. Nie byłam w sta­nie się ruszyć, choć mózg krzy­czał: zwie­waj, idiotko, na co cze­kasz?!

Film zwol­nił, akcja trwała wiecz­ność. Bie­gnący był o kilka metrów, miał gęste blond włosy, zakle­jone taśmą usta i zwią­zane z tyłu ręce. Patrzył na mnie sze­roko otwar­tymi, nie­bie­skimi oczami, ze zdu­mie­niem i prze­ra­że­niem. Bar­czy­sty w czer­wo­nej kurtce pod­niósł znów dłoń, celo­wał spo­koj­nie, jak na strzel­nicy. Przy­mru­ży­łam oczy, żeby nie zoba­czyć tra­fia­ją­cej mnie kuli. W tym momen­cie na bar­czy­stego z pisto­le­tem wpadł z boku następny, w czar­nej kurtce. Zwa­lili się obaj na beto­nową pod­łogę zwarci we wście­kłych zapa­sach.

Ucie­ka­jący potknął się, upadł i zatrzy­mał przede mną. Nie­bie­skie oczy patrzyły bła­gal­nie, pró­bo­wał coś powie­dzieć przez taśmę na ustach. Na końcu stajni trzeci męż­czy­zna uniósł widły i z roz­ma­chem dźgnął w plecy czer­wo­nej kurtki. Dźgnięty zawył nie­ludz­kim gło­sem, puścił prze­ciw­nika, odwró­cił się i wyce­lo­wał pisto­let. Nie zdą­żył strze­lić, dźgnięty w brzuch, roz­cią­gnął się na beto­nie, chra­piąc kon­wul­syj­nie. Ogar­nęły mnie mdło­ści, sil­niej­sze od stra­chu. Odwró­ci­łam się i puści­łam pędem do wyj­ścia, z nadzieją, że mor­du­jące się zbiry nie zwrócą na mnie uwagi.

- Stój! Stój! - wypro­wa­dził mnie z błędu gło­śny wrzask.

W kilka sekund byłam przy drzwiach. Wybie­ga­jąc ze stajni, rzu­ci­łam za sie­bie wzro­kiem. Dwaj męż­czyźni pędzili kory­ta­rzem mię­dzy bok­sami.

- Stój! - ryk­nął znów jeden z nich.

Jego kom­pan pod­niósł rękę z pisto­le­tem i bły­snęło ogniem. Huk­nęło w chwili, kiedy skrę­ca­łam za drzwi. Usły­sza­łam ude­rze­nie kuli w drewno. Bli­sko, bar­dzo bli­sko.

Pogna­łam jak na skrzy­dłach wybru­ko­wa­nym dzie­dziń­cem do bramy. W gło­wie zabły­sło pyta­nie: ile razy będę odpa­lać sil­nik toyoty? Trzy, cztery, pięć? Może ani razu, prze­cież kule są szyb­sze. Umysł zare­je­stro­wał dwie kudłate syl­wetki, które wypa­dły z ciem­no­ści za mane­żem i zbli­żały się bły­ska­wicz­nie. Pięt­na­ście, dzie­sięć, pięć metrów do bramy. Bry­tany zaraz sko­czą i zwalą mnie z nóg.

Gdzie jest stróż, czemu ich nie przy­woła? Rzu­ci­łam się na brzuch, pod naj­niż­szą żer­dzią ogro­dze­nia. Kątem oka dostrze­głam wypa­da­ją­cych ze stajni męż­czyzn. Wyszcze­rzone kły się­gnęły do moich ramion i nóg.

- Won! - wrza­snę­łam ze wście­kło­ścią, kopiąc w stronę wiel­kich łbów.

O dziwo, poskut­ko­wało, bry­tany odsko­czyły na sekundę. Dość czasu, żeby wcią­gnąć brzuch i prze­su­nąć się pod żer­dzią. Męż­czyźni byli coraz bli­żej, wrzesz­czeli i prze­kli­nali. Bry­tany pod­ku­liły ogony i znik­nęły w ciem­no­ści. Dobre jeste­ście do ści­ga­nia bez­bron­nej kobiety, pomy­śla­łam z bez­silną zło­ścią.

Zerwa­łam się i dopa­dłam do samo­chodu. Wystrzał z pisto­letu zlał się z hukiem roz­pa­da­ją­cej się przed­niej szyby. Sku­li­łam się za kie­row­nicą i modląc się o cud, prze­krę­ci­łam klu­czyk. Sil­nik zawar­czał i zamilkł. Prze­krę­ci­łam drugi raz, trzeci. Nie oglą­da­łam się, sły­sza­łam krzyki, roz­legł się następny huk. Świ­snęło bli­sko ucha, roz­le­ciała się boczna szyba.

Z boku zama­ja­czyła roz­pę­dzona syl­wetka, zoba­czy­łam unie­sione widły. W tym samym momen­cie zasko­czył sil­nik i toyota ruszyła jak chart pusz­czony z uwięzi. Widły ude­rzyły, zaha­czyły o boczny słu­pek. Wdep­nę­łam gaz do końca, zakli­no­wane widły szarp­nęły napast­ni­kiem. Prze­wró­cił się, wywi­nął kozła, przez uła­mek sekundy zoba­czy­łam wykrzy­wioną wście­kło­ścią twarz. Włą­czy­łam reflek­tory i wje­cha­łam do lasu, za szybko jak na moje umie­jęt­no­ści. Z prze­ra­że­niem zoba­czy­łam w lusterku dwóch męż­czyzn bie­gną­cych do tere­no­wego bmw. Za bramą stał stróż, z sza­le­ją­cymi bry­ta­nami. Sukin­syn był z nimi w zmo­wie!

Toyota śli­zgała się w skrę­tach na pia­sku jak po lodzie, z tru­dem mie­ści­łam się mię­dzy miga­ją­cymi drze­wami. W skro­niach mi łomo­tało, powie­trze wpa­da­jące przez wybite okno dła­wiło, z tru­dem łapa­łam oddech. Lusterko zabły­sło dale­kim świa­tłem - wie­dzia­łam, że jestem bez szans z tere­no­wym wozem. Nie prze­bie­gło mi przed oczami całe życie, nic z tych rze­czy. Poczu­łam tylko żal i gniew.

- Nie­do­cze­ka­nie, bydlaki! - wark­nę­łam.

Skrę­ci­łam znów z pośli­zgiem i lusterko zga­sło na moment. Kilka sekund na decy­zję, od któ­rej zale­żało życie. Przed sobą zoba­czy­łam prze­smyk mię­dzy brzo­zami. Zga­si­łam świa­tła, wypro­sto­wa­łam kie­row­nicę i naci­snę­łam pedał gazu. Auto prze­sko­czyło przez kole­iny, wpa­dło mię­dzy białe pnie. Zgrzyt­nęła bla­cha, z trza­skiem odpa­dły oba lusterka. Zdą­ży­łam oprzeć się rękami na kie­row­nicy. Zoba­czy­łam zbli­ża­jący się cień potęż­nej sosny. Bły­snęło ośle­pia­jąco i zapa­dła ciem­ność. I cisza. Nie było mnie, ni­gdzie. Wspa­niałe uczu­cie.

Gdy­bym nie stra­ciła kon­taktu ze świa­tem, zoba­czy­ła­bym, że chwilę póź­niej roz­pę­dzone bmw minęło miej­sce, w któ­rym wje­cha­łam do lasu, i popę­dziło pro­sto przed sie­bie.

Kilka kilo­me­trów dalej bmw wyje­chało z pośli­zgiem z leśnej drogi na szosę i zaha­mo­wało. Z wozu wysko­czył krępy męż­czy­zna po pięć­dzie­siątce, z pisto­le­tem w ręku. Rozej­rzał się w obie strony i zaklął pod nosem. Szosa była ide­al­nie ciemna, ani śladu po ucie­ka­ją­cej toy­ocie. Kie­rowcą był czło­wiek o wyglą­dzie bok­sera, który czę­ściej był nokau­to­wany niż nokau­to­wał. Przy­ci­skiem opu­ścił boczną szybę.

- Spo­koj­nie, sze­fie - rzu­cił przez spłasz­czony nos, zapa­la­jąc papie­rosa - Usta­limy kto ona i... - prze­su­nął dło­nią po gar­dle.

- Taki jesteś cwany? A jeśli popę­dzi na poli­cję? Wra­camy posprzą­tać! - wark­nął krępy. Wsiadł do samo­chodu i się­gnął po tele­fon. Wybrał numer, pocze­kał na połą­cze­nie. - Tu Krüger. Mam pro­blem, nie doga­da­li­śmy się, musia­łem wyczy­ścić Gru­bego. I jest wścib­ski nos do ucię­cia, kobieta. Zajmę się nią. A ty jedź, na co cze­kasz? - szczęk­nął do kie­rowcy. Ze zło­ścią wyrwał mu papie­rosa z ust i wyrzu­cił przez okno. - Znajdź listę wła­ści­cieli koni - powie­dział do tele­fonu i wyłą­czył go. Oparł się o sie­dze­nie i zamy­ślił z ponurą miną.

- Powiedz, Nokaut, dla­czego ludzie nie pozwolą wło­żyć sobie do głów pro­stych prawd? Trzeba je wbi­jać pię­ścią. Albo widłami.

Bok­ser poki­wał okrą­głą głową i odparł z filo­zo­ficz­nym spo­ko­jem:

- Wiem tyle, sze­fie, że nic nie wiem. Ludzie to ludzie, dopóki żyją. Potem to już nie ludzie. Widzia­łem to, nie­raz.

Auto zawró­ciło na szo­sie i wje­chało w leśną drogę. Zako­ły­sało się na wybo­jach, świa­tła reflek­to­rów bły­snęły na pniach brzóz i zanu­rzyły w ciem­ność lasu.

W kon­stan­ciń­skich ogro­dach i nad brze­gami Jeziorki miesz­kają tajem­ni­cze stwory. Nie są to ponure strzygi ani wie­siołki, mają pogodne cha­rak­tery i żyją w zgo­dzie z ludźmi, ale bywają psotne. Cza­sem wypę­dzą z zaro­śli stado dzi­ków, wprost na prze­chod­nia. Nocami pohu­kują jak pusz­czyki, mro­żąc dzie­ciom krew w żyłach. Albo rzu­cają się w środku rzeczki z takim hała­sem, jakby ktoś wpadł w jej nurt. Dzia­dek twier­dził, że przy­były z wędru­ją­cymi Cyga­nami, któ­rych tabory zatrzy­my­wały się pod lasem na obrze­żach Kon­stan­cina. Kiedy mój ojciec był mały, dzia­dek zabie­rał go wie­czo­rami do cygań­skich obo­zo­wisk. Sia­dali przy ogni­skach i słu­chali opo­wie­ści z egzo­tycz­nych kra­jów, a z ciem­no­ści na ojca patrzyły dziwne oczy i poru­szały się tajem­ni­cze cie­nie. Cyga­nie odje­chali i wię­cej nie wró­cili, ale stwory z ich opo­wie­ści upodo­bały sobie Kon­stan­cin. Chyba po ojcu odzie­dzi­czy­łam skłon­ność do patrze­nia ina­czej na świat, czę­sto bowiem zda­rzało mi się je widzieć oczami wyobraźni.

Dwa takie stwory wyło­niły się z mgły mojego nie­bytu. Machały rękami i zaglą­dały zie­lo­nymi śle­piami do oczu. Powoli przy­wra­cały mnie do życia. Kiedy zoba­czyły, że odzy­skuję przy­tom­ność, zado­wo­lone zakrę­ciły się w takt Eine kle­ine Nacht­mu­sik Mozarta w moim tele­fo­nie komór­ko­wym, i znik­nęły.

Ludzi suk­cesu poznaje się po tym, że nie odbie­rają tele­fo­nów. U mnie dzia­łał odruch artystki, która nie­ustan­nie szuka zle­ceń i pędzi na każde wezwa­nie. Pod­nio­słam głowę i otwo­rzy­łam oczy. Las dokoła był ciemny, znie­kształ­cony Ama­de­usz wier­cił dziurę w obo­la­łym mózgu.

Nie pamię­ta­łam, co się wyda­rzyło. Prze­czu­wa­łam, że coś mi grozi, ale nie wie­dzia­łam co. Muszę zmie­nić dzwo­nek w tele­fo­nie, z sza­cunku dla Mozarta. Powoli dotarło do mnie, że sie­dzę w ciem­nym samo­cho­dzie, przed gru­bym pniem sosny. Aha... wpa­dłam do lasu i roz­bi­łam się. Pięk­nie.

Zoba­czy­łam, że mój tele­fon gra i świeci dwa metry w bok od samo­chodu. Nie­źle musia­łam wal­nąć w tę sosnę. Dotknę­łam czoła i poczu­łam wil­goć na dłoni. Mia­łam nadzieję, że to krew, a nie mózg. Roz­bie­gane myśli dowo­dziły, że mogłam się mylić. Drzwi były otwarte, zro­bi­łam ruch w stronę tele­fonu i wylą­do­wa­łam twa­rzą na mięk­kim mchu.

- Powoli, zostaw tele­fon. W tym sta­nie nie przyj­miesz zamó­wie­nia na por­tret - skar­ci­łam się pół­gło­sem.

Mozart posłu­chał mnie i zamilkł. Usia­dłam na mchu i rozej­rza­łam się. Przód toyoty był wbity w drzewo i krót­szy o pół metra. Jakim cudem wyje­cha­łam z leśnej drogi, którą jeź­dzi­łam setki razy? Z taką szyb­ko­ścią. Nie pędziło się po tych wybo­jach, jeśli kie­rowca był trzeź­wym czło­wie­kiem. Nie prze­sa­dza­łam z alko­ho­lem, a mari­hu­anę pali­łam ostatni raz pięt­na­ście lat temu. Poza tym, po kono­piach jeź­dzi się wolno, bo świat przy­śpie­sza.

Pod­nio­słam się z tru­dem na czwo­raka i w tej pozy­cji dotar­łam do tele­fonu. Natknę­łam się na torebkę, obok leżały poroz­rzu­cane doku­menty i kosme­tyki. Na ekra­nie wyświe­tlił się Rafał, mój brat. Nie nada­wa­łam się do roz­mowy. Pozbie­ra­łam do torebki wszystko, co z niej wyle­ciało, pod­nio­słam się i od razu usia­dłam. Krę­ciło mi się mocno w gło­wie.

Odcze­ka­łam kilka minut, potem znów spró­bo­wa­łam wstać. Ostroż­nie, krok po kroku ruszy­łam w stronę jaśnie­ją­cej w pół­mroku drogi. W obo­la­łej gło­wie poja­wił się lęk, czu­łam, że grozi mi nie­bez­pie­czeń­stwo. Nie mia­łam poję­cia, jakie.

Roz­su­nę­łam gałę­zie drzew i wyszłam na drogę. Znaj­do­wa­łam się w poło­wie trasy mię­dzy staj­nią a szosą. Jeź­dzi­łam dziś konno? Może spa­dłam z Grafa i pół­przy­tomna wsia­dłam za kie­row­nicę? To nie­moż­liwe, Graf ni­gdy by mnie nie zrzu­cił.

Zza chmury wyszedł księ­życ w pełni, srebrne świa­tło wypeł­niło las. Było cicho i pięk­nie. Pra­wie dosko­nale, gdyby nie pul­su­jąca głowa. I pod­świa­domy lęk. Oraz fakt, że musia­łam dotrzeć pie­szo do mia­sta, a nie byłam w sta­nie przejść stu metrów. Może wró­cić do stajni i popro­sić stróża, żeby zadzwo­nił po pomoc?

- Tylko nie staj­nia! - bły­snęło w gło­wie.

Cze­ka­łam chwilę na wyja­śnie­nie, ale nie nade­szło. No dobrze, nie pójdę do stajni, zadzwo­nię po Rafała. Wycią­gnę­łam z torebki tele­fon. Mię­dzy drze­wami mignęły świa­tła zbli­ża­ją­cego się samo­chodu. Intu­icja mówiła: ucie­kaj! Wyco­fa­łam się szybko, zacze­pi­łam piętą o ster­czący korzeń i upa­dłam na plecy. Zahu­czało, las, niebo i księ­życ zawi­ro­wały i zaczęły odpły­wać.

Rozdział II

II

Księ­życ powoli wró­cił, pod powie­kami zro­biło się jasno. Otwo­rzy­łam oczy. Nad głową paliła się zim­nym świa­tłem neo­nowa lampa. Na jej tle ryso­wała się zatro­skana twarz Rafała oraz zacie­ka­wione twa­rze moich przy­ja­ció­łek, Neny i San­dry. Obok sie­dział gruby męż­czy­zna w bia­łym kitlu i bole­śnie ści­skał mnie za ramię.

- Au... - jęk­nę­łam.

- Chwi­leczkę - mruk­nął gru­bas i z sykiem wypu­ścił powie­trze. Zdzi­wi­łam się, że potrafi mówić i syczeć jed­no­cze­śnie. Po chwili zro­zu­mia­łam, że to apa­rat do bada­nia ciśnie­nia. - Będzie pani żyła, długo i szczę­śli­wie - oświad­czył, odwi­ja­jąc z ramie­nia pas z mate­riału.

Nie pan pisze tę bajkę - pomy­śla­łam, prze­no­sząc wzrok z gru­bego leka­rza na brata i przy­ja­ciółki.

Nie­oce­niony Rafał szu­kał mnie pół nocy, zawia­do­mił poli­cję, obdzwo­nił wszyst­kich zna­jo­mych. W końcu wybrał się do klubu jeź­dziec­kiego i o mało nie wje­chał na moje wysta­jące z lasu nogi. Nena i San­dra zmu­siły go, żeby powie­dział, do jakiego szpi­tala mnie wie­zie. Współ­czu­cie? Na pewno. Ale przede wszyst­kim cie­ka­wość.

Brat był uro­dzo­nym wojow­ni­kiem i dobrym dzien­ni­ka­rzem śled­czym. Zbyt czę­sto pisał, co myślał, na sku­tek czego wciąż musiał zmie­niać pracę. Jego żona nie wytrzy­mała stresu, zażą­dała sepa­ra­cji i tak zamiesz­kał ze mną w Kon­stan­ci­nie, w domu odzie­dzi­czo­nym pod dziad­kach. Dzi­siej­szej nocy porząd­nie wystra­szy­łam Rafała; przy­jem­nie jest się prze­ko­nać, że bli­skim zależy na nas.

Nena pró­bo­wała pod łagod­nym uśmie­chem ukryć pod­nie­ce­nie całą sytu­acją. Kochała stany eks­cy­ta­cji. Pod warun­kiem, że zagro­że­nie nie doty­czyło jej samej ani nikogo z jej rodziny. Ludzie prze­ra­żali Nenę, dawno temu zre­zy­gno­wała ze zro­zu­mie­nia ich czy­nów i cha­rak­te­rów. W jej świe­cie wszy­scy byli cudowni i sym­pa­tyczni, bo tylko w ten spo­sób mogła pora­dzić sobie z lękiem.

Poważna twarz San­dry wyra­żała sku­pie­nie osoby, która wie wię­cej. Według San­dry dra­ma­tyczne wypadki były wyni­kiem zabu­rzeń ener­gii, oso­bi­stej lub kosmicz­nej. Albo karmy. San­dra obser­wo­wała mnie jak ento­mo­log okaz motyla. Domy­śli­łam się, że po powro­cie do domu skon­tak­tuje się ze swoim kore­ań­skim mistrzem Kim Sun­giem, żeby odna­leźć meta­fi­zyczne korze­nie mojego wypadku.

Powoli wra­ca­łam do rze­czy­wi­sto­ści i poczu­łam nie­po­kój. Rafał poło­żył dłoń na moim ramie­niu.

- Dobrze się czu­jesz?

Poki­wa­łam głową i przy­mknę­łam oczy. Lekarz szep­tem nale­gał, żeby dać mi spo­kój. Usły­sza­łam kroki. Rafał, Nena i San­dra ruszyli do wyj­ścia.

- Muszę zadzwo­nić do Patry­cji - szep­nęła Nena. - Dopy­ty­wała się o Ewę.

- Pozdrów ją ode mnie - powie­dzia­łam cicho.

Zatrzy­mali się w drzwiach i wró­cili do mnie.

- Powiedz, co się stało? - popro­sił Rafał.

Gruby lekarz wes­tchnął znie­cier­pli­wiony.

- Nale­gam, żeby odło­żyć to na póź­niej.

Jesz­cze bar­dziej potrze­bo­wa­łam wyja­śnie­nia.

- Zje­cha­łam z drogi i wpa­dłam na drzewo? - zapy­ta­łam.

- Poli­cjanci usta­lili, że pędzi­łaś osiem­dzie­siąt na godzinę, po polnej dro­dze w lesie - powie­dział Rafał. - Pla­nu­jesz starty w raj­dach?

- Nie wiem, bra­ciszku, nie pamię­tam. Niczego nie pamię­tam.

To była nie­stety prawda. Pamię­ta­łam tylko, że wró­ci­łam z Gra­fem do stajni. Nie mia­łam bla­dego poję­cia, dla­czego tak szybko jecha­łam.

- Pamięć reje­struje wszystko, Ewcia - oświad­czyła San­dra. - Trzeba pod­dać cię głę­bo­kiej hip­no­zie, żeby uru­cho­mić twoją ekto­pla­zmę. - Z zado­wo­le­niem się­gnęła do torebki. - Ścią­gnę tu Kim Sunga.

Lekarz z tru­dem pano­wał nad iry­ta­cją.

- Pani Ewa prze­szła wstrząs mózgu i każde zakłó­ce­nie rów­no­wagi sta­nowi zagro­że­nie. Doce­niam hip­nozę pana Kim Ir Sena, ale nie pozwolę na żadne ryzyko. Pro­szę ją zosta­wić w spo­koju.

Dłu­gimi ramio­nami zagar­nął całą trójkę i popchnął brzu­chem w stronę drzwi.

- Zadzwoń, gdy­byś cze­goś potrze­bo­wała - rzu­cił brat.

- Co z Gra­fem? - zapy­ta­łam.

- Nie martw się, twój uko­chany stoi w stajni.

- A toyota?

Lekarz przy­mknął drzwi, z kory­ta­rza dobiegł głos Rafała:

- Mecha­nik powie­dział, że zrobi z niej cinqu­ecento. Będzie dobrze.

Kochany Rafał, wszyst­kim się zajął. Przy­mknę­łam oczy i usły­sza­łam odda­lone głosy San­dry i Neny.

- Ewka ma blo­kadę pamięci... jak ludzie, któ­rzy spo­tkali kosmi­tów - powie­działa San­dra.

- No co ty! Prze­stań, San­dra! Naprawdę? Nie­sa­mo­wite! - Nena na­dal była pod­nie­cona.

Moje przy­ja­ciółki będą miały o czym mówić przez kilka dni, a wraz z nimi cały Kon­stan­cin, myśla­łam, leni­wie zapa­da­jąc w głę­boki sen.

Zna­la­złam się znów w stajni, z Gra­fem. Musia­łam ucie­kać, strach dła­wił za gar­dło, uszy wypeł­niał huk wystrza­łów. Świa­tła migały w tyl­nym lusterku, roz­pa­dła się szyba toyoty. Reflek­tory wyło­wiły zbli­ża­jący się bły­ska­wicz­nie pień sosny. Niski męski głos oświad­czył:

- Trzeba uciąć wścib­ski nos!

I zapa­dła ciem­ność.

Rozdział III

III

Minęły dwa dni. Na wyraźne żąda­nie gruby lekarz wypu­ścił mnie ze szpi­tala. Oświad­czył, że powin­nam zostać dwa tygo­dnie, pod­dać się obser­wa­cji i wyko­nać tomo­gra­fię głowy. Mia­łam pozwo­lić na napro­mie­nio­wa­nie moich sza­rych komó­rek? Nie było mowy, na­dal ich potrze­bo­wa­łam. Obie­ca­łam, że będę uni­kać stre­sów i zadzwo­ni­łam po Rafała.

Łatwo powie­dzieć: uni­kać. Wie­dzia­łam, że zda­rzyło się coś złego. I że stres wyma­zał to z mojej pamięci. Czy byłam świad­kiem cze­goś, co mogło mi teraz zagra­żać? Może powin­nam jed­nak pod­dać się hip­no­zie?

Wró­ci­łam ze szpi­tala z Rafa­łem, jego sta­rym volvo. Nasz dom wyło­nił się spo­mię­dzy drzew jak bez­pieczna przy­stań. Poczu­łam wzru­sze­nie wędrowca, który powraca z nie­bez­piecz­nej podróży. Trzy aka­cje, dwa kasz­ta­nowce, stara lipa i wiel­kie sosny koły­sały się na przy­wi­ta­nie. Nie dostrze­gamy urody miejsc, w któ­rych miesz­kamy, zanim wyda­rze­nia nie zakłócą naszego spo­koju.

Poczu­łam, że oczy mi wil­got­nieją i ukrad­kiem wytar­łam je dło­nią. Rafał spoj­rzał na mnie z uśmie­chem zro­zu­mie­nia, zabar­wio­nym iro­nią. Od dziecka rozu­mie­li­śmy się bez słów. Z domu wyszła Mary­sia, otwo­rzyła drzwi samo­chodu. Uści­skała mnie i poca­ło­wała w poli­czek. Ocze­ki­wali ode mnie roli ofiary wypadku i nie mogłam ich zawieść. Z bla­dym uśmie­chem pozwo­li­łam zapro­wa­dzić się do salo­niku, posa­dzić na kana­pie i owi­nąć nogi kocem.

Zasłony na oknach były zacią­gnięte, pano­wał przy­jemny chłód. Na sto­liku paro­wał dzba­nek z imbi­rową her­batą, obok leżały książki, pilot do tele­wi­zora i tele­fon. Nic tylko leżeć leni­wie i pozwo­lić sobie nad­ska­ki­wać. Zaczy­na­łam doce­niać mój stan. Opar­łam głowę owi­niętą ela­styczną opa­ską na poduszce. Mary­sia i Rafał krzą­tali się mię­dzy kuch­nią i salo­ni­kiem. Cie­kawa byłam, co powie moja córka, sie­dem­na­sto­let­nie kobiety chęt­nie kry­ty­kują matki. Wyszła z kuchni, posta­wiła na sto­liku sala­terkę z pokro­jo­nymi owo­cami i spoj­rzała na mnie uważ­nie.

- Wystra­szy­łaś nas porząd­nie. I nie mów mi wię­cej, że mam uni­kać kło­po­tów... Nie po tej szarży przez las.

Rafał odwró­cił się od odtwa­rza­cza, do któ­rego wkła­dał płyty.

- Twoja mama od pięt­na­stu lat nie miała stłuczki.

Mary­sia potrzą­snęła głową, roz­sy­pu­jąc czarne włosy.

- Nobody is per­fect... w tej rodzi­nie lubimy o tym zapo­mi­nać. Pa, mamuś, wyle­guj się. Pędzę do szkoły.

- Odwiozę cię - zapro­po­no­wał Rafał.

Mary­sia pod­nio­sła obron­nym gestem ręce.

- Sorry wujek, jadę auto­bu­sem, jak nor­malni ludzie. Wrócę o zmroku, peł­nym zbo­czeń­ców i wam­pi­rów.

Wykrzy­wiła się do Rafała, puściła do mnie oko i koły­sząc pro­wo­ka­cyj­nie bio­drami, wyszła z salo­niku. Po chwili trza­snęły drzwi wyj­ściowe. Rafał pod­niósł pilota i uru­cho­mił odtwa­rzacz.

- Ty stwo­rzy­łaś tego potwora - powie­dział z wes­tchnie­niem.

Salo­nik wypeł­niły łagodne dźwięki sym­fo­nii Mozarta.

- Był jesz­cze facet. To jego geny.

- Mhm - zgo­dził się brat. - No dobra, jesteś urzą­dzona, pędzę do roboty. Zaraz tu będą twoje przy­ja­ciółki. W razie czego dzwoń, wrócę i prze­pę­dzę je.

Pochy­lił się i ostroż­nie pogła­skał mnie po gło­wie.

- Dzięki, bra­ciszku. Nie wiem, co mnie napa­dło.

- Noc, adre­na­lina i fan­ta­zja. Mamy to we krwi. A pro­pos, zba­dali ci krew... nie piłaś i nie ćpa­łaś. Chcieli wysłać cię na bada­nia psy­chia­tryczne, ale prze­ko­na­łem ich, że to bez­na­dziejny przy­pa­dek. Odpo­czy­waj, pa.

- Pa, kocham cię.

- Jasne - zgo­dził się Rafał. - Nie masz wyj­ścia.

Ruszył do drzwi, odwró­cił się w progu.

- Ja cie­bie też... naresz­cie zro­bi­łaś coś sza­lo­nego.

Nie mia­łam siły zapro­te­sto­wać. Po chwili usły­sza­łam odgłos kro­ków na żwi­rze. Zosta­łam sama z myślami. I z nie­po­ko­jem.

"Coś sza­lo­nego" odno­siło się do naszej mło­do­ści. Robi­li­śmy z Rafa­łem sza­lone rze­czy, mie­li­śmy wiel­kie ide­ały i pla­no­wa­li­śmy napra­wić świat. Z poczu­ciem wyż­szo­ści gar­dzi­li­śmy kłam­stwem i chci­wo­ścią. Rafa­łowi nie prze­szło, u mnie górę wziął roz­są­dek samot­nej matki. Dla­tego był zachwy­cony moim wybry­kiem za kół­kiem.

Z Neną byłam zaprzy­jaź­niona już w liceum. W cza­sach, kiedy nie było ważne, gdzie miesz­kasz i czym jeż­dżą rodzice. Nie trzeba było przy­no­sić do szkoły iPhona i iPada, ze zdję­ciami z waka­cji na tro­pi­kal­nych wyspach.

Były­śmy weso­łymi nasto­lat­kami, jak więk­szość rówie­śni­ków mia­ły­śmy pro­blemy z rodzi­cami i ze szkolną dys­cy­pliną. Uni­ka­ły­śmy ucze­nia się dla stopni i zako­chi­wa­nia w tych samych chło­pa­kach. Żeby nie popsuć przy­jaźni.

Potem obie spo­tka­ły­śmy męż­czyzn, bez któ­rych nie można było wyobra­zić sobie dal­szego życia. Mąż Neny stał się zna­nym adwo­ka­tem, jego kan­ce­la­ria obsłu­gi­wała wiel­kie inte­resy pry­wa­ty­za­cyjne. Nena weszła w świat dużych pie­nię­dzy, poznała i zaprzy­jaź­niła się z żonami boga­cą­cych się biz­nes­me­nów. Potem prze­ko­nała mnie, że warto poznać San­drę i Patry­cję. Im zagwa­ran­to­wała, że nie poluję na cudzych mężów. I że bogac­two nie wywo­łuje u mnie zawi­ści.

San­dra i Patry­cja spra­wiały wra­że­nie saren wypusz­czo­nych nagle na wielką prze­strzeń lasów i pre­rii. Z docze­pio­nymi skrzy­dłami, które pozwa­lały prze­ska­ki­wać oce­any. Wszystko je cie­ka­wiło i bawiło, czuły się bez­pieczne i wolne. Nie stra­ciły jesz­cze kon­taktu z rze­czy­wi­sto­ścią, jak zda­rza się ludziom z wiel­kimi mająt­kami. Ten pro­ces już jed­nak się zaczął i może budził ich lekki nie­po­kój. Myślę, że byłam dla nich łącz­ni­kiem, realną kobietą z real­nego świata, o któ­rym powoli zapo­mi­nały.

Nena, San­dra i Patry­cja wje­chały trzema tere­no­wymi wozami do ogrodu i zatrzy­mały się przed autem Rafała. Znały nie­chęć mojego brata do ich świata i innym razem poma­cha­łyby mu tylko z daleka, ale teraz cie­ka­wość wzięła górę. Wycią­gnęły z wozów pakunki ze sło­dy­czami i szybko do niego pode­szły. Usły­sza­łam głosy przez uchy­lone okno, resztę potra­fi­łam sobie wyobra­zić.

Patry­cja czuła się naj­waż­niej­sza w każ­dej sytu­acji, sto­sow­nie do wiel­ko­ści majątku swo­jego męża, Witu­sia. Wie­działa też, jakie wra­że­nie robią na męż­czy­znach jej figura i duże, piękne oczy.

- Cześć, Rafałku. Nie będziemy prze­szka­dzać Ewci? - rzu­ciła, nachy­la­jąc się do otwar­tego okna.

- Ewa cierpi na czę­ściową amne­zję, lekarz zaka­zał roz­mów o wypadku - odparł Rafał, odwra­ca­jąc wzrok od głę­bo­kiego dekoltu Patry­cji.

- Mówi­łam! - zawo­łała San­dra.

- Pamięć wróci, ale zbyt szyb­kie przy­po­mnie­nie może wywo­łać szok - powie­dział Rafał i uru­cho­mił sil­nik.

- Abso­lut­nie! - zgo­dziła się Nena. - Moja bab­cia miała Alzhe­imera. I kiedy nie mogła sobie przy­po­mnieć swo­jego nazwi­ska...

Patry­cja ode­rwała się od samo­chodu i pokrę­ciła głową z wes­tchnie­niem.

- Co ty bre­dzisz?

Nena poczuła się dotknięta.

- No co? Alzhe­imer to też amne­zja, tylko na zawsze, prawda?

- Bar­dzo logiczna defi­ni­cja - zgo­dził się Rafał. - Cześć dziew­czyny, czas na mnie.

- Wszyst­kim się zaj­miemy, jedź spo­koj­nie - rzu­ciła Nena.

San­dra i Patry­cja wymie­niły zna­czące spoj­rze­nia. Nena była mistrzy­nią wpa­dek i ofiarą kpin. Miała za to budzący sza­cu­nek dar zno­sze­nia pora­żek.

Rafał cof­nął, omi­nął zaporę z tere­no­wych samo­cho­dów i odje­chał w stronę bramy. Patry­cja odpro­wa­dziła volvo wzro­kiem.

- Jak on może jeź­dzić tym gru­cho­tem?

- Podobno dokłada się do szkoły Marysi - powie­działa San­dra.

Patry­cja wykrzy­wiła lekko usta.

- Co ty wiesz. Rafał cią­gle zadziera z kimś waż­nym i nie śmier­dzi gro­szem. Jak myślisz, dla­czego żona go pogo­niła? Swoją drogą, cią­gle jest sam, przy­stoj­nia­czek - dodała niskim gło­sem i popra­wiła na udach obci­słą sukienkę. - Jakaś zaradna kobieta mogłaby się nim zająć.

- Prze­stań, Pati - rzu­ciła zanie­po­ko­jona Nena.

Patry­cja roze­śmiała się niskim gło­sem i ruszyła w stronę domu, koły­sząc się na wyso­kich szpil­kach, które grzę­zły w żwi­rze.

- Mogliby wyło­żyć kostką - rzu­ciła z iry­ta­cją.

- Po co ci te szpile? - nie zmar­no­wała oka­zji San­dra.

- No co ty? Wiesz, jakie jest polo­wa­nie na Witu­sia? Chcesz, żebym wypa­dła z kon­ku­ren­cji? - powie­działa Patry­cja, pusz­cza­jąc przy tym oko.

Wszyst­kie trzy roze­śmiały się zgod­nie i weszły do domu.

- Śpisz? - zapy­tała Patry­cja, pochy­la­jąc się nade mną.

Wie­dzia­łam, dla­czego nie przy­je­chała do szpi­tala. W jej świe­cie nie było miej­sca na wypadki ani cier­pie­nia. Wszystko było dosko­nałe: mło­dość, uroda i for­tuna Witu­sia. Patry­cja unie­waż­niała pro­blemy i trzy­mała się od nich z daleka, na wszelki wypa­dek.

- Nie budźmy jej, posie­dzimy na tara­sie, zacze­kamy sobie - popro­siła Nena. - Może spró­bu­jemy cia­ste­czek?

Ruszyły w stronę prze­szklo­nych drzwi do ogrodu.

- Jeste­śmy tu, żeby wes­przeć przy­ja­ciółkę, a nie obże­rać się - zauwa­żyła z naganą w gło­sie San­dra.

- Aha... no tak, masz rację. To ja zro­bię her­baty - zgo­dziła się Nena.

Dal­sze wyko­rzy­sty­wa­nie mojego stanu byłoby nie­sto­sowne. Otwo­rzy­łam oczy i prze­cią­gnę­łam się.

- Cie­szę się, że jeste­ście - powie­dzia­łam sła­bym gło­sem.

Wszyst­kie trzy natych­miast zna­la­zły się przy kana­pie.

- Nic nie mów, odpo­czy­waj! - zawo­łała Nena.

Kolejno wyca­ło­wały mnie w policzki, z taką rado­ścią, że zro­biło mi się cie­pło na sercu. Potem zaczęły wypa­ko­wy­wać ogromną ilość cia­stek i cze­ko­la­dek.

- Jeść chyba ci wolno - powie­działa Patry­cja.

- Od Buch­mana... świeże i pyszne, musisz spró­bo­wać! - zachę­cała Nena.

- Cukier wytwa­rza sero­to­ninę... przy twoim stre­sie to po pro­stu konieczne! - stwier­dziła San­dra.

- Wła­śnie, co cię tak prze­stra­szyło? - zapy­tała Nena.

Zapa­dła cisza. San­dra i Patry­cja prze­wró­ciły oczami, a Nena zła­pała się za usta. Przez uchy­lone drzwi tarasu zaj­rzał wyjąt­kowo kosmaty stwór. Dra­pał się w kudłatą głowę i gapił z zachwy­tem. Nimfy z muli­stej Jeziorki, która pły­nęła przez Kon­stan­cin, nie były tak piękne jak moje przy­ja­ciółki. Wzię­łam jedną cze­ko­ladkę.

- A wy? - zapy­ta­łam, uda­jąc, że nie usły­sza­łam pyta­nia Neny.

- To wszystko dla cie­bie - oświad­czyła San­dra.

Wło­ży­łam cze­ko­ladkę do ust. Przy­glą­dały się, cze­ka­jąc na mój zachwyt. Kobieta w stre­sie je za dużo, a zwłasz­cza sło­dy­cze. I tyje. San­dra, Nena i Patry­cja nie­ustan­nie wal­czyły z łakom­stwem, w imię dosko­na­łych syl­we­tek. Ja mia­łam zła­mać zakaz, w imię przy­jaźni. Pogry­złam cze­ko­ladkę i wes­tchnę­łam z peł­nymi ustami:

- Rewe­la­cja. Bel­gij­skie?

- Z Bruk­seli - przy­tak­nęła z zado­wo­le­niem Patry­cja. - Wituś zabrał mnie przy oka­zji biz­ne­sów.

- Jedz, jedz... idę zapa­rzyć her­batę. - Uśmiech­nięta Nena ruszyła do kuchni.

Patry­cja i San­dra usia­dły w fote­lach. Ich wzrok pałał hamo­waną cie­ka­wo­ścią.

- Roz­ma­wia­łam z Kimem... pamię­tasz, mój bio­ener­go­te­ra­peuta. Dobrze ci zrobi upo­rząd­ko­wa­nie aury. Ścią­gnąć go? - zapy­tała San­dra.

- Co jej ma upo­rząd­ko­wać? San­dra, bła­gam cię! - Racjo­nalna Patry­cja prze­wró­ciła oczami z ubo­le­wa­niem.

- Aura to nie­wi­doczna ener­gia, którą wydzie­lamy. Ulega zabu­rze­niom po wypadku albo w stre­sie - upie­rała się San­dra.

- Może zmie­nić kolor na ciemny - pod­rzu­ci­łam.

- Dokład­nie - przy­znała, zasko­czona moją kom­pe­ten­cją.

Patry­cja wytrzesz­czyła na mnie oczy.

- Myśla­łam, że tylko San­dra ma fioła.

Roze­śmia­ły­śmy się. San­dra patrzyła na nas z wyż­szo­ścią.

- Baw­cie się, pro­szę bar­dzo. Kim twier­dzi, że obie macie zabu­rzone aury.

- A skąd on to niby wie? - Patry­cja wbiła w nią wzrok, ze zmarsz­czo­nymi brwiami.

- Widzi... na wylot, wszystko - stwier­dziła spo­koj­nie San­dra.

- Twój żółty cudo­twórca pod­glą­dał mnie? Niby kiedy? - Głos Patry­cji się zaostrzył.

San­dra roz­ko­szo­wała się prze­wagą. Włą­czy­łam się do gry.

- Przy­pro­wa­dziła Kima do klubu teni­so­wego - rzu­ci­łam, zga­du­jąc.

- Skąd wiesz? - San­dra spoj­rzała na mnie zasko­czona.

- Czy­tam w two­ich myślach.

San­dra trak­to­wała takie sprawy poważ­nie.

- Zostaw to spe­cja­li­stom, pro­szę cię.

- Zaraz, zaraz! - zapro­te­sto­wała Patry­cja. - I ten twój bio-coś­tam Azjata pooglą­dał sobie nasze...

- Aury - pod­po­wie­dzia­łam.

- Bez mojej zgody? Scho­wa­łaś go może w szatni? Tak się nie robi, San­dra! - Obu­rze­nie Patry­cji było szczere.

Nena weszła z dzban­kiem her­baty i fili­żan­kami na tacy. Domy­śliła się, że doszło do star­cia.

- O czym mówi­cie? Co się dzieje?

San­dra nie zamie­rzała się pod­dać.

- Naj­rów­niej­szą aurę ma Nena. O sobie nie mówię, bo ja medy­tuję.

- Dla­czego wła­śnie Nena? - zapro­te­sto­wała Patry­cja.

- Naj­mniej­szy prze­rost ambi­cji - wyja­śniła San­dra. - Malut­kie ego.

Nena zanie­po­ko­iła się.

- Dla­czego malut­kie? To dobrze czy źle?

- San­dra twier­dzi, że nie masz marzeń - wyja­śniła Patry­cja.

- No co ty? Mam dużo marzeń - zdzi­wiła się Nena i zwró­ciła się do mnie: - Nie zna­la­złam cukru.

- Może miód? W kre­den­sie, na gór­nej półce.

Nena pogod­nie kiw­nęła głową i wyszła. Nie obra­żała się, ni­gdy i o nic. Patry­cja uznała, że temat został wyczer­pany.

Poczu­łam nagle falę gorąca, chwy­ci­łam się za czoło. Przed oczami zami­go­tało, z ciem­no­ści wyło­nił się spło­szony, sta­jący dęba Graf. Zoba­czy­łam błysk i ogłu­szył mnie huk wystrzału. Przede mną padał czło­wiek. Mignęły świa­tła reflek­to­rów mię­dzy drze­wami. Zasło­ni­łam twarz rękami.

- Co ci jest? Ewa! - Patry­cja i San­dra były prze­stra­szone.

Powoli wró­ci­łam do rze­czy­wi­sto­ści.

- Chwi­lami dopada mnie ból głowy.

- Zro­bię ci chiń­ski masaż - zde­cy­do­wała San­dra i usia­dła bli­żej.

- Lepiej jej nie ruszaj - udała zanie­po­ko­je­nie Patry­cja. - Jesz­cze coś zmaj­stru­jesz z tą aurą.

San­dra cof­nęła ręce z ura­żoną miną. Kolej­nemu star­ciu przy­ja­ció­łek zapo­bie­gło poja­wie­nie się Neny ze sło­ikiem miodu. Zaczęła nale­wać her­batę do fili­ża­nek. Widzia­łam, że pomimo pogod­nej miny cierpi z cie­ka­wo­ści, i posta­no­wi­łam jej ulżyć.

- O co chcesz zapy­tać?

Nena odwró­ciła się z bły­skiem w oczach.

- Przy­po­mnia­łaś sobie już wszystko?

- Nena, ple­ase! - par­sk­nęła Patry­cja.

Zapa­dła cisza, przy­ja­ciółki patrzyły na mnie z napię­ciem. Musiały coś usły­szeć o wypadku, ina­czej ich wizyta stra­ci­łaby sens.

- Nic, słowo daję, pustka w gło­wie. Tylko obrazy - wes­tchnę­łam z rezy­gna­cją.

- Obrazy? To dobrze - stwier­dziła San­dra - prze­ciętny czło­wiek pamięta przede wszyst­kim obrazy.

- Jestem prze­ciętna. I nie wiem, co te obrazy zna­czą.

- A co pamię­tasz? - Oczy Neny świe­ciły się jak latarki.

- Spło­szone konie w stajni, huk, ucieczkę. Potem jazda przez las, świa­tła z tyłu i... - prze­rwa­łam.

- I? - zapy­tały rów­no­cze­śnie.

- Koniec.

Spoj­rzały po sobie roz­cza­ro­wane. Patry­cja ude­rzyła się dło­nią w czoło i wykrzyk­nęła:

- Staj­nia! Cho­lera, coś się stało w stajni!

- Wła­śnie! To zna­czy, że nie w lesie! - zgo­dziła się Nena.

- Nie w lesie, Nena! Prze­cież sły­sza­łaś, że w stajni! Boże! - Patry­cja prze­wró­ciła oczami.

- No mówię, że w stajni, co się wście­kasz? - bro­niła się Nena.

- Musisz tam wró­cić - oświad­czyła uro­czy­stym tonem San­dra.

Zapa­dła pełna napię­cia cisza.

- Ewa ma odpo­czy­wać, po co mia­łaby jechać do stajni? - zanie­po­ko­iła się Nena.

- Trauma minie, kiedy odtwo­rzy się zda­rze­nia, które ją wywo­łały. Na przy­kład chwilę przyj­ścia na świat. Byłam na takiej tera­pii, odgry­wa­ły­śmy swój poród. Wiele się wów­czas o sobie dowie­dzia­łam - powie­działa San­dra.

- Co na przy­kład? - zain­te­re­so­wała się Patry­cja.

- O przy­czy­nach moich lęków. I o ukry­tych powo­dach kon­flik­tów z Karo­lem.

- Prze­sta­łaś się kłó­cić z Karo­lem? Od kiedy? - zapy­tała Nena.

- Tego nie powie­dzia­łam. Ale domy­ślam się, skąd biorą się jego pro­blemy.

- Bo przy­du­szono cię przy poro­dzie - stwier­dziła bez­li­to­śnie Patry­cja. - Karola też?

San­dra wie­działa, że nie wolno jej się dalej posu­nąć.

- Nic wam nie powiem, same spró­buj­cie.

Patrzy­łam na nie poważ­nie, powstrzy­mu­jąc weso­łość.

- Daj spo­kój, mama rodziła mnie trzy­dzie­ści sześć godzin - powie­działa Nena.

- To widać - rzu­ciła Patry­cja.

Roze­śmiały się, Nena też. Wymiany cio­sów były celne, ale nie zabój­cze. Choć chwi­lami rosło napię­cie, wie­działy, jak unik­nąć kłótni. Dobrze się znały i zbyt ceniły swoje towa­rzy­stwo, żeby wywo­łać praw­dziwą wojnę. Musia­łam przy­znać, że w świe­cie kobiet mogły być wzo­rem do naśla­do­wa­nia. San­dra uznała, że dobra atmos­fera pozwala poru­szyć temat tabu:

- Ewa musi poje­chać do stajni i prze­ko­nać się, czy nie wróci jej pamięć.

Wszyst­kie trzy spoj­rzały na mnie z nadzieją. Takie wyda­rze­nie na długo mogło wyrwać je z objęć jedy­nego wroga - nudy.

- Nie mam amne­zji, mogę opo­wie­dzieć całe życie - zaczę­łam po chwili. - Wyma­zało się tylko kilka minut, może nawet sekund. Nie wiem, czy chcę się dowie­dzieć, co kryją. Na pewno coś nie­przy­jem­nego.

- Dość tego. Kobieta o mało nie zgi­nęła, a wy ją drę­czy­cie! - oświad­czyła Patry­cja

- Mogła­bym tam poje­chać, ale na pewno nie sama - powie­dzia­łam ostroż­nie.

- No jasne, nie zosta­wimy cię! - zade­kla­ro­wała natych­miast San­dra.

- Poje­dziemy z tobą! - dołą­czyła Nena z entu­zja­zmem.

Patry­cja wes­tchnęła

- No dobrze. Wybie­rzemy się na pokaz ujeż­dża­nia koni Maxa von Thorna.

- Ten Max Thorn robi przy­ję­cie w klu­bie? Dla­czego ja nic nie wiem? - Nena była poru­szona wia­do­mo­ścią.

Mina Patry­cja świad­czyła, że dla niej wielki świat to codzien­ność.

- Wpro­wa­dzę was. Max poka­zuje konie, które kupił we Wło­szech i w Sta­nach. Ujeż­dżać będzie on sam i jego nowy tre­ner, z Hisz­pa­nii. Max z tru­dem go namó­wił na przy­jazd do Pol­ski.

- Domy­ślam się - zgo­dziła się San­dra. - Kto chciałby tu miesz­kać?

- Trzy­dzie­ści osiem milio­nów ludzi - zauwa­ży­łam. - I my.

- Nie zaczy­naj­cie - pogo­dziła nas Patry­cja. Była gorącą patriotką, ponie­waż tu zdo­był for­tunę jej Wituś. - Przyj­dzie­cie?

San­dra i Nena były pod­eks­cy­to­wane wizją spo­tka­nia z Maxem von Thor­nem.

- No pew­nie Pati, jesteś cudowna. Dzięki! - wykrzyk­nęła Nena. - Hubert poznał już Thorna. Ale wie­cie, jaki jest mój mąż... nie cierpi mie­szać życia pry­wat­nego z biz­ne­sami. Podobno Max przy­jaźni się z kró­lową duń­ską. Czy to moż­liwe?

- Moż­liwe - zgo­dziła się Patry­cja tonem osoby wpro­wa­dzo­nej w taj­niki duń­skiego dworu.

San­dra rzu­ciła na szalę ostat­nią kartę, zapro­sze­nie jej miało być nie­ła­twe.

- Nie wiem, czy Karol nie ma jakiś pla­nów.

- A co, już wró­cił? - zapy­tała Patry­cja podej­rza­nie spo­koj­nym tonem.

Na twa­rzy San­dry poja­wił się popłoch.

- Nie mów... Karol znów znik­nął? - zacie­ka­wiła się Nena.

Patry­cja i Nena patrzyły ze współ­czu­ciem na San­drę, któ­rej twarz wyra­żała cier­pie­nie i god­ność.

- Nie ma go od dwóch dni. Nie obcho­dzi mnie to, nic!

Nastała chwila cere­mo­nial­nej ciszy. Wie­dzia­łam, że San­dra nie mówiła prawdy, Karola nie było dłu­żej. Jesz­cze dzień i San­dra zamknie się w domu, położy do łóżka i będzie grać rolę cho­rej.

- Nie martw się, wróci. Będzie cię bła­gał o wyba­cze­nie! - pośpie­szyła na ratu­nek Nena.

- Jak zawsze - zgo­dziła się Patry­cja. - Ty jesteś święta. Za taki numer zabi­ła­bym Witu­sia. To jak, poje­dziesz do klubu, Ewcia?

Patrzyły na mnie w napię­ciu. Wes­tchnę­łam i rzu­ci­łam z rezy­gna­cją:

- Ale nie zosta­wi­cie mnie samej, ani sekundy. Nawet z Maxem Thor­nem.

- Możesz być spo­kojna - zade­kla­ro­wała San­dra.

- Ty jesteś sin­giel, kochana. - Patry­cja pogro­ziła mi pal­cem.

- Dla­czego nie? Może zna­la­złaby w końcu swoją miłość - zapro­te­sto­wała Nena.

Patry­cja prze­wró­ciła oczami z wes­tchnie­niem.

- Mogła­byś deli­kat­niej. Ewa wal­nęła się w głowę, a ty wyjeż­dżasz z roman­sami.

Dopiła her­batę, odsta­wiła fili­żankę i pod­nio­sła się.

- No, czas na mnie. Jeste­śmy umó­wione.

Nena też wstała.

- Hubert zaraz wraca, muszę mu podać obiad.

San­dra pode­szła do mnie.

- Pa, Ewa, do jutra!

Były poważ­nie prze­jęte cze­ka­jącą je przy­godą, kon­fron­ta­cją mojej pamięci z ponurą tajem­nicą stajni. Wymie­ni­ły­śmy poca­łunki i uśmie­chy. Patry­cja, Nena i San­dra ruszyły do wyj­ścia. W drzwiach poma­chały mi. Przez uchy­lone okno na­dal sły­sza­łam ich głosy.

W ogro­dzie sprzą­tali liście Siko­rek i Toma­szek, oby­wa­tele Kon­stan­cina od uro­dze­nia. Obaj po pięć­dzie­siątce, pocho­dzili z rodzin zakwa­te­ro­wa­nych po woj­nie w opusz­czo­nych wil­lach. Teraz ich egzy­sten­cja przy­po­mi­nała stan nie­waż­ko­ści, bez obo­wiąz­ków, pośpie­chu i celów. Wyko­ny­wali przy­pad­kowe prace, po czym zapa­dali się pod zie­mię, z zapa­sami taniego wina i papie­ro­sów. Byto­wa­nie poza nawia­sem kon­stan­ciń­skiej spo­łecz­no­ści czy­niło Sikorka i Tomaszka wol­nymi ludźmi i sprzy­jało filo­zo­ficz­nemu dystan­sowi.

San­dra, Nena i Patry­cja szły w stronę samo­cho­dów, nie zauwa­ża­jąc wpa­trzo­nych w nie męż­czyzn. W świe­cie moich przy­ja­ció­łek Siko­rek i Toma­szek byli nie­wi­dzialni.

- To wszystko przez to, że Ewcia jest sama - powie­działa San­dra.

- No co ty, dla­czego? - zain­te­re­so­wała się Nena.

- Nie wiesz, co się dzieje z kobietą pozba­wioną seksu? - San­dra nary­so­wała kółko na czole. - Estro­gen zabu­rza pracę kory mózgo­wej. Kło­poty z kon­cen­tra­cją. I z pamię­cią - zakoń­czyła ze zna­czącą miną.

- Daj spo­kój, to jakaś pokrę­cona teo­ria - skrzy­wiła się Patry­cja. - Seks to broń. Do uży­cia, kiedy trzeba zawal­czyć. Ewa widocz­nie nie ma o co.

Siko­rek i Toma­szek z wra­że­nia prze­stali gra­bić ogród. Gapili się na mija­jące kobiety z otwar­tymi ustami.

- Wiem, co mówię - uparła się San­dra. - Ile to już lat?

- Sie­dem - powie­działa Nena. - Dzień dobry panom - rzu­ciła do obu męż­czyzn. W ary­sto­kra­tycz­nym oto­cze­niu Neny pano­wała żela­zna zasada uprzej­mo­ści wobec każ­dego czło­wieka.

- Usza­no­wa­nie paniom. - Zasko­czony Siko­rek ukło­nił się z sze­ro­kim uśmie­chem. Toma­szek nie był w sta­nie wykrztu­sić słowa.

Patry­cja i San­dra zaci­snęły usta i rzu­ciły Nenie kar­cące spoj­rze­nia. Bra­ko­wało tylko, żeby ci dwaj zaczęli je publicz­nie pozdra­wiać. Pro­le­ta­riac­kie pocho­dze­nie Patry­cji, po osią­gnię­ciu mająt­ko­wego suk­cesu, dopro­wa­dziło do zerwa­nia z korze­niami. Miesz­czań­scy przod­ko­wie San­dry nie lubili, a nawet bali się ludzi z tak zwa­nych nizin spo­łecz­nych. Trzy przy­ja­ciółki zatrzy­mały się obok samo­cho­dów.

- Sie­dem lat bez faceta? - upew­niła się San­dra.

- Osza­la­ła­bym - oświad­czyła Patry­cja.

Roze­śmiały się.

- Mam coś dla Ewy - powie­dział San­dra. - Zna­jomy Karola, podróż­nik, obie­ży­świat. Wła­śnie wró­cił z wyprawy dookoła świata.

Nena i Patry­cja spoj­rzały na nią zacie­ka­wione. San­dra poło­żyła palec na ustach, na znak, że nic wię­cej od niej nie wydo­staną. Zado­wo­lona z prze­wagi wsia­dła do samo­chodu, uru­cho­miła sil­nik i wyje­chała z ogrodu.

Patry­cja i Nena ruszyły za nią. Porsche cay­enne, range rover i mer­ce­des zako­ły­sały się w bra­mie i przy­śpie­szyły na wykła­da­nej kostką ulicy. Siko­rek i Toma­szek patrzyli na odjeż­dża­jące samo­chody. Siko­rek splu­nął na zie­mię.

- Pan Bóg nas chro­nił przed takimi.

- Pew­nie - zgo­dził się Toma­szek, odpro­wa­dza­jąc roz­ma­rzo­nym wzro­kiem kobiety za kie­row­ni­cami.

Siko­rek trą­cił go ener­gicz­nie, przy­wra­ca­jąc do porządku.

- No co? - obu­rzył się Toma­szek.

Siko­rek bez słowa poka­zał na gra­bie i stos liści do uprząt­nię­cia. Obaj wró­cili do pracy. Ich mil­cze­nie zabar­wiała filo­zo­ficzna rezy­gna­cja.

Rozdział IV

IV

Nie­dziela była piękna, wyma­rzony dzień na wyjazd do klubu jeź­dziec­kiego. Ze względu na mój wypa­dek Rafał wyjąt­kowo zgo­dził mi się towa­rzy­szyć. Mary­sia, z iro­nicz­nym bły­skiem w oczach, życzyła nam dobrej zabawy. A ja czu­łam nie­po­kój na myśl o tym, co mogę sobie przy­po­mnieć.

Kryty maneż był podobno naj­więk­szą drew­nianą budowlą w Euro­pie. Wysoko skle­pioną kopułę dachu spi­nały całe sosny, wygięte w łuki jak w gotyc­kiej kate­drze. Na gale­rii wzdłuż maneżu roz­sia­dło się kil­ku­dzie­się­ciu gości, dobrze ubrane kobiety i męż­czyźni w lek­kich mary­nar­kach i roz­pię­tych koszu­lach. Z boku, za roz­su­waną ścianą ze szkła, bie­lały sto­liki ele­ganc­kiej restau­ra­cji; tak usta­wione, by goście rów­nież mogli podzi­wiać występy na maneżu. Tu roz­sie­dli­śmy się my, Patry­cja, San­dra, Nena, Rafał i ja. Na gło­wie mia­łam prze­pa­skę zało­żoną w szpi­talu, czę­ściowo ukrytą pod wło­sami.

Na maneż, na pięk­nym, wyso­kim koniu kłu­sem wje­chał postawny męż­czy­zna przed czter­dziestką, Maxi­mi­lian Thorn. Ubrany był w dobrze skro­jony strój jeź­dziecki, pod­kre­śla­jący mocną syl­wetkę. Toczek paso­wał do regu­lar­nych rysów twa­rzy. W sku­pie­niu kie­ro­wał ruchami konia, który z gra­cją tań­czył na dłu­gich, zgrab­nych nogach. Zatrzy­mali się przed gale­rią, Thorn ukło­nił się, prze­cze­kał okla­ski i ruszył kłu­sem wzdłuż ogro­dze­nia maneżu.

Nie spo­tka­łam jesz­cze Maxa Thorna, ale od paru mie­sięcy mówiło się o nim w Kon­stan­ci­nie. Pocho­dził z rodziny pru­skich baro­nów. Podobno cały mają­tek zabrał im Goering, jesz­cze przed wojną, w odwe­cie za ucieczkę dziadka Maxa do Anglii. Thor­no­wie odzy­skali for­tunę dzięki powo­jen­nym odszko­do­wa­niom. Ich zamek i zie­mie zostały na Mazu­rach. Matka Maxa była Polką i dla­tego mówił po pol­sku, ale rzadko odwie­dzał drugą ojczy­znę. Jako dzie­dzic dużego majątku budził zain­te­re­so­wa­nie wśród naszych biz­nes­ma­nów i stał się obiek­tem towa­rzy­skich polo­wań.

Po kil­ku­na­stu minu­tach dobrze wyko­na­nych ukła­dów Max skoń­czył pokaz i z uśmie­chem ukło­nił się biją­cej brawo publicz­no­ści. Na maneż wje­chał ciem­no­włosy Hisz­pan, na karym koniu. Zajął pozy­cję wyj­ściową i zło­żył ukłon w stronę widzów. Max lekko zesko­czył z wierz­chowca, podał sta­jen­nemu toczek, po czym wszedł do restau­ra­cji. Ścią­ga­jąc zamszowe ręka­wiczki, pod­szedł do naszego sto­lika, pochy­lił się nad Patry­cją i wymie­nił z nią poca­łunki.

- Urzą­dzę wybory miss ama­zo­nek, wystar­tu­jesz? - rzu­cił z uśmie­chem. Jego pol­ski nazna­czony był lek­kim akcen­tem, z gar­dło­wym "r" teu­toń­skich przod­ków.

- Ile pła­cisz? - zapy­tała rze­czowo Patry­cja.

Max zigno­ro­wał pyta­nie, dotknął pal­cem naszyj­nika z pereł, tuż nad jej dekol­tem.

- To też jest piękne.

Pod wpły­wem dotyku pierś Patry­cji unio­sła się w lekko.

- Pre­zent od Witu­sia.

- Od kochanka nie nosi­ła­byś publicz­nie.

- Nie mam kochanka.

- Wiem, to był­bym ja - stwier­dził z udaną powagą Max.

Nadęty, próżny bał­wan, pomy­śla­łam z iry­ta­cją. Patry­cja wymie­rzyła Maxowi klapsa w dłoń, która wciąż doty­kała naszyj­nika. Cof­nął rękę z uśmie­chem.

- Przed­sta­wisz mnie?

- Baron Maxi­mi­lian von Thorn - powie­działa Patry­cja, niskim gło­sem akcen­tu­jąc słowo 'baron'. Wska­zała na Nenę. - Nena jest żoną hra­biego Huberta Odro­wąża, być może go znasz.

- Huberta? Oczy­wi­ście, jest wspól­ni­kiem naj­lep­szej kan­ce­la­rii praw­ni­czej w War­sza­wie - powie­dział Max, cału­jąc dłoń Neny.

Policzki Neny zabar­wił lekki rumie­niec.

- Jeź­dzi pan jak... - nie zna­la­zła słowa i rumie­niec stał się jesz­cze wyraź­niej­szy. Zapa­dła chwila ciszy, spło­szony wzrok świad­czył, że nie wybrnie z potknię­cia.

- Jak zawo­do­wiec - pod­po­wie­dzia­łam.

Max zwró­cił się w moją stronę, w jego oczach bły­snęło zain­te­re­so­wa­nie.

- Dzię­kuję za kom­ple­ment z ust znawcy. Pani chyba trzyma konia w naszej stajni, prawda?

Poczu­łam nie­po­kój. Skąd u dia­bła, wie o mnie i Gra­fie? Max wska­zał na maneż, na któ­rym zaczął pokaz ujeż­dża­nia Hisz­pan.

- Praw­dziwy mistrz jest tam. Ja się wciąż uczę.

- Powie­dzia­łeś w naszej stajni? - zapy­tała zain­try­go­wana Patry­cja.

- Od mie­siąca jestem udzia­łow­cem klubu - wyja­śnił Max. - Pochy­lił się nad moją dło­nią - Może wybie­rzemy się kie­dyś na prze­jażdżkę?

- Prze­jażdżkę? Uwa­żaj Ewa, to poże­racz serc! - wykrzyk­nęła z uda­nym lękiem Patry­cja.

Wszy­scy się roze­śmiali, a Max zwró­cił wzrok na San­drę. Można było wyczuć, że jej uroda modelki robiła na nim wra­że­nie.

- San­dra jest żoną Karola Nie­wia­dom­skiego, zna­nego reży­sera i pro­du­centa reklam - przed­sta­wiła Patry­cja, akcen­tu­jąc tym razem "żoną".

- Witam. - Max przy­trzy­mał dłoń San­dry - Jest tu szczę­ściarz, któ­rego pani wybrała?

Nena i Patry­cja cze­kały w napię­ciu na odpo­wiedź. Na twa­rzy San­dry nie drgnął ani jeden muskuł.

- Kręci film, w Argen­ty­nie - odparła spo­koj­nie.

- Jakoś mnie to nie mar­twi - powie­dział Max z uśmie­chem. - Mam nadzieję, że nie nudzą pani konie?

- To naj­cie­kaw­sze zwie­rzęta na świe­cie. Poza męż­czy­znami.

- Stu­diuje pani ten gatu­nek?

- Namięt­nie - wyznała San­dra, mru­żąc z uśmie­chem zie­lone oczy o kocim wykroju.

Patry­cja zama­chała rękami i zawo­łała z prze­stra­chem:

- Niech ktoś ich odcią­gnie od sie­bie! - chwy­ciła Maxa za ramię i zmu­siła, żeby odwró­cił się do niej. - Jeśli chcesz uwieść San­drę, ceną jest drink dla nas wszyst­kich! - Odwró­ciła się do Rafała. - Max Thorn, Rafał Konar­ski, brat Ewy. Dzien­ni­karz śled­czy. Uwa­żaj, to nie­bez­pieczny czło­wiek!

Max uści­snął dłoń Rafała. Zasko­czył mnie jego natu­ralny uśmiech. Zro­zu­mia­łam, że występ z moimi przy­ja­ciół­kami i ze mną był pod­szyty kpiną. Max bawił się naszym kosz­tem. Zwy­czaj­nie zare­ago­wał na Rafała, który pra­co­wał w kon­kret­nym zawo­dzie.

Mia­łam mie­szane uczu­cia. Pan baron uważa nas za pro­sta­ków, porów­nuje w myślach z nie­miec­kim lub angiel­skim towa­rzy­stwem. Jest zwy­kłym pyszał­kiem. I dla­czego tak dziw­nie spoj­rzał na mnie, kiedy mowa była o stajni? Miał coś wspól­nego z moimi kosz­ma­rami? Dużo bym dała, żeby wie­dzieć, co kryje się w gło­wie Maxi­mi­liana Thorna.

Zoba­czy­łam, że w naszym kie­runku idzie Wituś, mąż Patry­cji. Mocno zbu­do­wany, z czer­woną twa­rzą i wysta­wio­nym brzu­chem, cho­dząca pew­ność sie­bie. Ski­nie­niem głowy odpo­wia­dał na pozdro­wie­nia od sto­li­ków. W rękach trzy­mał szkla­neczkę whi­sky z lodem i grube, dymiące cygaro. Wyraź­nie nie obo­wią­zy­wał go zakaz pale­nia w restau­ra­cji.

Za nim szła Wik­to­ria, sie­dem­na­sto­let­nia córka Patry­cji. Była ładna i deli­katna, ale miała znu­dzoną i roz­draż­nioną minę. Wituś zatrzy­mał się przy naszym sto­liku i bez przy­wi­ta­nia zawo­łał do Maxa:

- Thorn, zostaw nasze kobiety! Bo wywo­łamy trze­cią wojnę!

Głowy gości zwró­ciły się w jego stronę. Wituś był znaną posta­cią i lubił grać pierw­szo­pla­nową rolę. Patry­cja roze­śmiała się. Max zwró­cił się do niej:

- Jak ty wytrzy­mu­jesz z tym gbu­rem?

Jeden z męż­czyzn sie­dzą­cych przy barze zawo­łał:

- Z naj­więk­szym tru­dem!

Wszy­scy dookoła się roze­śmiali. Wituś udał, że nie usły­szał, poka­zał Wik­to­rii wolny fotel, sam chwy­cił następny i usiadł na nim z roz­ma­chem. Wik­to­ria sia­da­jąc, się­gnęła po sto­jący przed Patry­cją kie­li­szek z winem. Wituś wyjął kie­li­szek z jej dłoni i odsta­wił na blat. Wik­to­ria zaci­snęła usta i zapa­dła się głę­boko w wikli­nowy fotel. Wituś pod­niósł szkla­neczkę z whi­sky.

- Toast! Za wej­ście Maxi­mi­liana Thorna do naszego klubu!

Goście restau­ra­cji chwy­cili szklanki i kie­liszki. Max był zakło­po­tany, naj­wy­raź­niej nie prze­pa­dał za osten­ta­cją Witu­sia.

- Dzięki, to będzie ogło­szone w ponie­dzia­łek... - zaczął, ale Wituś nie pozwo­lił mu skoń­czyć:

- Daj spo­kój, Max, twoja firma rano musi zgło­sić to na gieł­dzie! Mów lepiej, co tu robimy!

- Oglą­damy występ mojego przy­ja­ciela i tre­nera, Domingo Migu­ela Car­rosa. - Max poka­zał na Hisz­pana, który per­fek­cyj­nie wyko­ny­wał kłus bokiem, po prze­kąt­nej kwa­dratu.

- Tak, tak. - Wituś mach­nął dło­nią z cyga­rem. - Opo­wia­daj o biz­ne­sie, ludzie mają prawo usły­szeć. - Zato­czył ręką sze­ro­kie koło.

Roz­legł się chór potwier­dza­ją­cych gło­sów. Max ukrył iry­ta­cję.

- Zapra­szam na frank­furcką giełdę - powie­dział ze spo­koj­nym uśmie­chem.

- Upar­ciuch! - Wituś zro­bił bła­zeń­ską minę. - Kupu­jemy tu cały tysiąc hek­ta­rów! - krzyk­nął i mach­nął ręką ze szkla­neczką, tak mocno, że whi­sky roz­lała się na kolana Wik­to­rii.

- Co robisz, do cho­lery?! - wrza­snęła Wik­to­ria, zry­wa­jąc się, żeby rato­wać sukienkę.

Zapa­dła chwila skon­ster­no­wa­nej ciszy, potem roz­legł się wybuch śmie­chu Witu­sia.

- Cała Pati, jak boga kocham! - wykrzyk­nął i zła­pał dziew­czynę za ramię. Jej skóra pobie­lała pod jego gru­bymi pal­cami.

- Au! To boli... pusz­czaj! - zawo­łała Wik­to­ria, wyszar­pu­jąc ramię z uchwytu. Odsu­nęła fotel i ruszyła w stronę wyj­ścia z restau­ra­cji, w oczach błysz­czały jej łzy. Patry­cja wstała, rzu­ca­jąc Witu­siowi gniewne spoj­rze­nie. Chciała ruszyć za córką.

- Sia­daj - powie­dział Wituś cichym gło­sem.

Patry­cja zawa­hała się i usia­dła.

- Wyczy­ści się i wróci. Zda­rza się, prawda? - rzu­cił lek­kim tonem Wituś, kie­ru­jąc to do wszyst­kich.

Od sto­li­ków odpo­wie­działy mu pota­ki­wa­nia i uśmie­chy. Wituś pod­niósł znów szkla­neczkę z resztką whi­sky:

- Zdro­wie mojego przy­ja­ciela, barona Maxa von Thorna! Naj­lep­szego jeźdźca wśród biz­nes­me­nów i biz­nes­mena wśród jeźdź­ców! W Niem­czech - dodał z uśmie­chem i mru­gnię­ciem oka.

Wszy­scy speł­nili toast. Zasta­na­wia­łam się, po co Wituś zmu­szał córkę Patry­cji do bra­nia udziału w takich wyda­rze­niach. I dla­czego Patry­cja zga­dzała się na to. Jeśli to miała być towa­rzy­ska ini­cja­cja Wik­to­rii, po co ją upo­ka­rzał? Było coś dziw­nego w ich rela­cji. Na twa­rzy Thorna poja­wił się wyraz nie­smaku. San­dra nachy­liła się do mnie i szep­nęła:

- Daj sobie spo­kój z Maxem, to play­boy. Mam dla cie­bie coś cie­kaw­szego. Podróż­nik, foto­gra­fik, obie­ży­świat. Dwa lata dookoła kuli ziem­skiej. Robi zdję­cia, dużo inwe­stuje. Stra­cisz głowę.

Uda­łam zasko­cze­nie, a San­dra uśmiech­nęła się tajem­ni­czo. Tym­cza­sem Wituś uniósł wysoko pustą szkla­neczkę i zawo­łał w stronę baru:

- Czy w tej knaj­pie jest choć jeden przy­tomny kel­ner? Jesz­cze chwila i namó­wię barona, żeby wyco­fał inwe­sty­cję!

Musia­łam na chwilę ode­tchnąć od high life'u i Witu­sia. I przy­wi­tać się z Gra­fem. Byłam pewna, że wyczuł moją bli­skość. Wymknę­łam się z restau­ra­cji na dzie­dzi­niec. Spoj­rza­łam w stronę otwar­tych drzwi do stajni. Czarny, nie­ru­chomy pro­sto­kąt zro­bił na mnie nie­przy­jemne wra­że­nie.

Pomimo cie­płego wie­czoru poczu­łam chłód. Coś w mojej gło­wie bun­to­wało się prze­ciw wej­ściu do środka. Skar­ci­łam się w myślach, z powodu zwi­dów nie zre­zy­gnuję z odwie­dze­nia Grafa.

Zde­cy­do­wa­nym kro­kiem poko­na­łam dzie­dzi­niec i weszłam do stajni. Pano­wał tu pół­mrok, roz­świe­tlony smu­gami świa­tła z okie­nek nad bok­sami. Usły­sza­łam stuk­nię­cia kopyt i par­ska­nie, poczu­łam zapach koni, naj­pięk­niej­szą woń na świe­cie.

Graf zarżał cicho i wysu­nął łeb z boksu, jego oczy lśniły w pół­mroku. Pode­szłam do boksu i odsu­nę­łam drzwi. Obję­łam go za szyję i przy­tu­li­łam. Stał spo­koj­nie, obwą­chu­jąc moje ramiona. Lęk wypa­ro­wał. Nagle usły­sza­łam za sobą:

- To praw­dziwa miłość.

Odwró­ci­łam się z nie­mi­łym uczu­ciem, że zakłó­cono moją intym­ność. W kory­ta­rzu przed bok­sem stał Max Thorn, przy­glą­dał mi się z uśmie­chem. Opa­no­wa­łam odruch nie­chęci i wyko­na­łam gest pre­zen­ta­cji.

- Pan baron... pan Graf.

Max zbli­żył się i pogła­skał łeb konia. Poka­zał na prze­pa­skę na moim czole.

- To on cię zrzu­cił?

- Jest gen­tle­ma­nem. I uoso­bie­niem deli­kat­no­ści.

Koń rzu­cił łbem, odsu­wa­jąc jego rękę. Max się uśmiech­nął.

- Prze­pra­szam, stary.

Graf kiw­nął głową, przyj­mu­jąc prze­pro­siny, ale kiedy Max zbli­żył rękę, znów rzu­cił głową. Byłam z niego dumna.

- Zapo­mnia­łem, że mia­łaś wypa­dek samo­cho­dowy - powie­dział Max. - Sza­lona jazda nocą. Coś cię prze­stra­szyło?

- Nie pamię­tam. Nic nie pamię­tam.

- Patry­cja powie­działa, masz czę­ściową amne­zję.

Thorn patrzył na mnie uważ­nie, cze­kał na odpo­wiedź. Nastał moment ciszy, wypeł­nio­nej par­ska­niem i tupa­niem koni. Chcia­łam wyjść z boksu, ale Max stał w przej­ściu.

Poczu­łam się nie­swojo. Czyżby wie­dział coś o wyda­rze­niach tam­tej nocy? Robi tu biz­nes, kupił akcje klubu, może bie­rze udział w jakiś ciem­nych inte­re­sach. W jakim celu przy­szedł za mną do stajni? Bał się, że coś sobie przy­po­mnę? I co wów­czas, zamor­do­wałby mnie? Non­sens, za dużo świad­ków. Ale mógł prze­ka­zać wia­do­mość o mojej odzy­ska­nej pamięci. Komu?

Patrzy­li­śmy sobie w oczy w mil­cze­niu. Max cze­kał w napię­ciu, nie potra­fił albo nie pró­bo­wał ukryć, jak ważna była moja odpo­wiedź. Wyba­wiły mnie kroki na końcu stajni, po chwili dole­ciały do nas głosy Wik­to­rii i Witu­sia. Max wsu­nął się do boksu, poło­żył palec na ustach.

- Nie świ­ruj, Wiki, bar­dzo cię pro­szę! - mówił pod­nie­sio­nym tonem Wituś. - Co to za wycho­dze­nie przy ludziach?

- Mam ochotę pojeź­dzić. - W gło­sie Wik­to­rii czy­telne było roz­draż­nie­nie.

Roz­legł się hałas roz­su­wa­nych z trza­skiem drzwi. Spoj­rza­łam ponad ścia­nami bok­sów i zoba­czy­łam głowę Wik­to­rii, która chciała wejść do swo­jego konia. Prze­brana była w strój do jazdy. Za nią poja­wił się Wituś. Ener­gicz­nym chwy­tem za ramię wycią­gnął Wik­to­rię na śro­dek stajni, z trza­skiem zasu­nął drzwi i wrza­snął:

- Nie dziś! Nie po to przy­je­cha­li­śmy!

Spło­szone konie rzu­ciły się w bok­sach.

- Może ty nie! Ale ja mam w dupie twoje inte­resy!

- Jesz chleb dzięki moim inte­re­som!

- Wypchaj się swoim chle­bem! - krzyk­nęła Wik­to­ria. - Twoi kum­ple macają mnie wzro­kiem! Może chcesz, żebym z któ­rymś poszła do hotelu? Pro­szę bar­dzo, powiedz z któ­rym! Może z tym Maxem? Jemu teraz liżesz dupę?

- Nie prze­cią­gaj, bo... - w gło­sie Witu­sia zabrzmiała groźba.

- Bo co? - Wik­to­ria par­sk­nęła złym śmie­chem. - Gro­zisz mi?

Do stajni szyb­kim kro­kiem weszła Patry­cja. Odna­la­zła wzro­kiem Witu­sia i Wik­to­rię, pode­szła do nich.

- Co się dzieje? O co znów się żre­cie?

Wik­to­ria poka­zała wycią­gnię­tym pal­cem na Witu­sia.

- Każe mi sie­dzieć z tymi świn­tu­chami! A ja chcę pojeź­dzić!

- Dobrze wiem, o co cho­dzi, Wiki! O pana tre­nera... - wykrzy­wił się szy­der­czo Wituś.

Patry­cja zmie­rzyła córkę badaw­czym spoj­rze­niem.

- Wiki?

- Dla­czego nie mogę mieć tre­nera?

- Bo twoja kobyła kosz­to­wała mnie dwie­ście tysięcy! Ile kurwa mam jesz­cze na te jazdy wydać? Na faceta, który roz­biera cię wzro­kiem? A tobie się to podoba!

- Może powiesz, jak mam uło­żyć konia bez tre­nera?

- Wiem, o co ci cho­dzi, nie jestem idiotą! Już on ułoży... cie­bie, nie konia.

- Zazdro­sny palant! - par­sk­nęła Wik­to­ria.

- Co ty powie­dzia­łaś?

Wituś pra­wie stra­cił głos ze zło­ści. Zro­bił krok w stronę Wik­to­rii, chwy­cił ją za rękę. Ona szarp­nęła się, ale Wituś nie pusz­czał. Patry­cja ruszyła, żeby ich roz­dzie­lić. Przez chwilę moco­wali się w mil­cze­niu, wście­kle sapiąc. Nie mia­łam ochoty dłu­żej oglą­dać tej sceny, ale nie mogłam nie­zau­wa­że­nie wydo­stać się ze stajni. Max spoj­rzał na mnie i roz­ło­żył ręce.

Tym­cza­sem Patry­cji udało się roz­dzie­lić Wik­to­rię i Witu­sia. Sta­nęła mię­dzy nimi z sze­roko roz­po­star­tymi ramio­nami.

- Uspo­kój­cie się, do cho­lery! Jesz­cze ktoś zoba­czy!

Wik­to­ria cof­nęła się, chwy­ciła oparte o ścianę widły. Wituś odsko­czył prze­stra­szony.

- Odstaw to!

- Wiki! - krzyk­nęła Patry­cja.

- No chodź! Chodź tu! - Wik­to­ria natarła widłami na Witu­sia.

- Kurwa mać, poża­łu­jesz! - wrza­snął Wituś, po czym odwró­cił się i rzu­cił do ucieczki.

Wik­to­ria ruszyła za nim bie­giem, z wycią­gnię­tymi widłami. Pra­wie dogo­niła go przed drzwiami stajni. Prze­ra­żony Wituś spoj­rzał za sie­bie, potknął się na progu, wypadł na dzie­dzi­niec i zro­lo­wał na wybru­ko­wa­nym pod­jeź­dzie z okrzy­kiem bólu.

Wik­to­ria par­sk­nęła śmie­chem, rzu­ciła widły na pod­łogę stajni i z siłą, którą daje złość, zatrza­snęła cięż­kie drzwi. Odwró­ciła się do Patry­cji, jej śmiech stał się histe­ryczny, potem zamie­nił się w płacz. Patry­cja pode­szła szybko do córki, objęła ją. Mówiła coś cicho, uspo­ka­jała i gła­dziła po wło­sach. Po chwili otwo­rzyła drzwi stajni i wypro­wa­dziła przy­tu­loną Wik­to­rię. Na zewnątrz nie było już Witu­sia.

Zapa­dła cisza. Widzia­łam wysta­jące z bok­sów głowy koni i lśniące oczy. Roz­dęte chrapy węszyły z nie­po­ko­jem. Sta­łam bli­sko Maxa, doty­ka­łam go bio­drem, jak­bym instynk­tow­nie szu­kała wspar­cia. Poczu­łam falę gorąca i odsu­nę­łam się.

- Cie­kawe histo­rie można tu usły­szeć - uśmiech­nął się Max.

Byłam wdzięczna, że nie zauwa­żył mojego zmie­sza­nia. Pokle­pa­łam głowę Grafa i zro­bi­łam krok do wyj­ścia z boksu. Max odsu­nął się tro­chę, ale zosta­wił mało miej­sca. Utknę­li­śmy w drzwiach. Byłam gotowa kop­nąć go kola­nem, żeby się uwol­nić. Usły­sza­łam nagle głos Rafała:

- Ewa?

- Jestem! - wykrzyk­nę­łam z ulgą i prze­pchnę­łam się obok Maxa. W pośpie­chu potknę­łam się na progu boksu i pra­wie prze­wró­ci­łam.

- Uwa­żaj! - Rafał pod­biegł i zła­pał mnie za ramię. Jed­no­cze­śnie doj­rzał Maxa.

- Ewa poka­zy­wała mi Grafa. Piękne zwie­rzę. - Max ski­nął nam głową i ruszył w stronę wyj­ścia ze stajni.

Rafał spoj­rzał na mnie pyta­jąco. Patrzy­łam na odda­la­ją­cego się Maxa. Czu­łam, że jestem blada, drżały mi usta.

- Co się dzieje?

- Wra­cajmy do domu, mam dość - odpo­wie­dzia­łam.

- Ja też... od pierw­szej minuty - zgo­dził się Rafał.

Zamknę­łam drzwi do boksu. Poca­ło­wa­łam i pokle­pa­łam czoło Grafa, potem odwró­ci­łam się w stronę drzwi stajni. Maxa już nie było.

Stare volvo Rafała koły­sało się na piasz­czy­stej dro­dze. Tej samej, z któ­rej wypa­dłam. Słońce zaszło za chmu­rami, pod drze­wami robiło się ciemno. Rafał pierw­szy prze­rwał mil­cze­nie:

- Miło, że pochwa­lił Grafa, taki znawca koni.

Poczu­łam roz­cza­ro­wa­nie. Mojego brata nie obcho­dziło, że gro­ziło mi nie­bez­pie­czeń­stwo

- Thorn mógł mi zro­bić krzywdę, nie pomy­śla­łeś?

Rafał skrzy­wił się.

- Prze­sa­dzasz. Sama mnie zacią­gnę­łaś na tę paradę sno­bów. Jeśli szu­kasz romansu, nie rób ze mnie przy­zwo­itki.

Spoj­rza­łam na niego wku­rzona, ale po chwili musia­łam par­sk­nąć śmie­chem.

- Nie szu­kam romansu, ale gene­ral­nie masz rację.

Auto zako­ły­sało się na wybo­jach. Przed maską zama­ja­czyły poła­mane krzaki. Mija­li­śmy miej­sce, w któ­rym wyje­cha­łam z drogi. Przed kim ucie­ka­łam? Przed Maxem Thor­nem? Mój dobry nastrój znów się ulot­nił.

Po kilku minu­tach jazdy dotar­li­śmy do wylotu leśnej drogi. Rafał wyje­chał na pustą szosę i przy­śpie­szył. Z pra­wej strony prze­su­nęła się tablica z napi­sem: WAR­SZAWA - 25 km. Ktoś, zapewne roz­we­se­lony moc­nymi trun­kami czło­nek klubu jeź­dziec­kiego, dopi­sał literę "K", two­rząc napis: WAR­SZAWKA.

Rafał uru­cho­mił odtwa­rzacz, roz­le­gła się łagodna melo­dia i magne­tyczny głos Cohena: - Susan takes you down to her place by the river...

Wycią­gnę­łam się wygod­nie w fotelu i przy­mknę­łam oczy. Gdzie mnie zabie­rała ta histo­ria? Jaką tajem­nicę ukry­wał Max? Podo­bał mi się, musia­łam przy­znać. I bałam się go. Czy cier­pia­łam na syn­drom samot­no­ści? Albo jesz­cze gorzej: fascy­na­cji prze­stęp­cami? Weź się w garść, kobieto, nie jesteś egzal­to­waną idiotką - skar­ci­łam się w myślach.

Rozdział V

V

W połu­dnie następ­nego dnia wra­ca­łam do Kon­stan­cina małym citro­enem z napi­sem na drzwiach: Samo­chód zastęp­czy. Zatrzy­ma­łam się w dłu­gim korku przed zwę­że­niem dwu­pa­smo­wej drogi. Z zamy­śle­nia wyrwał mnie głos spi­kera z radia:

- Rząd Nie­miec domaga się wyja­śnie­nia zagi­nię­cia biz­nes­mana, który od pew­nego czasu inwe­sto­wał w Pol­sce, Hansa Die­tri­cha Scho­nen­ba­cha. Pol­ska poli­cja zapew­nia, że pod­jęła wszyst­kie nie­zbędne czyn­no­ści w celu usta­le­nia miej­sca pobytu nie­miec­kiego biz­nes­mana.

Wia­do­mość zelek­try­zo­wała mnie. Nie­miecki biz­nes­men tak ważny, że rząd się o niego upo­mina? Czy był zna­jo­mym Thorna?

Samo­chód przede mną ruszył, odru­chowo wrzu­ci­łam bieg i naci­snę­łam pedał gazu. W wolne miej­sce za mną wsu­nął się czarny wóz z przy­ciem­nio­nymi szy­bami. Przy­śpie­szy­łam za kolumną samo­cho­dów, po stu metrach skrę­ci­łam w boczną ulicę. Wóz z czar­nymi szy­bami skrę­cił za mną.

Zanie­po­ko­iło mnie to, ale po chwili wzru­szy­łam ramio­nami. W moim sta­nie ducha wszystko wyda­wało się podej­rzane, powin­nam uwa­żać, żeby nie wpaść w manię prze­śla­dow­czą.

Pół kilo­me­tra dalej zoba­czy­łam kil­ka­na­ście zatrzy­ma­nych samo­cho­dów. Ulica była zwę­żona do jed­nego pasma przez roboty dro­gowe, pośrodku stał range rover z kołami w wypeł­nio­nym wodą wyko­pie. Z boku grupka kie­row­ców radziła, jak wydo­stać wóz i uwol­nić prze­jazd. Widocz­nie nie chcieli wra­cać do zapcha­nej głów­nej ulicy. Wysia­dłam z citro­ena, żeby oce­nić sytu­ację.

Zza męż­czyzn wysu­nęła się Patry­cja i poma­chała do mnie ręką. Potem się­gnęła do range rovera, wycią­gnęła pakunki z zaku­pami, pilo­tem zamknęła zamki i ruszyła szyb­kim kro­kiem w moją stronę. Zasko­czeni męż­czyźni zapro­te­sto­wali chó­rem, ale nie zro­biło to na niej wra­że­nia. Pode­szła i poca­ło­wała mnie w oba policzki.

- Z nieba mi spa­dłaś, Ewciu! Jedźmy!

- Zosta­wisz tak wóz? - zapy­ta­łam, patrząc na roz­złosz­czo­nych kie­row­ców.

- No pew­nie - odparła Patry­cja. - Jedźmy do domu.

Powie­dziaw­szy to, wycią­gnęła w stronę kie­row­ców dłoń, ze środ­ko­wym pal­cem do góry. Roz­le­gła się wrzawa obu­rzo­nych gło­sów, kilku męż­czyzn ruszyło w naszą stronę. Wsia­dłam szybko za kie­row­nicę i uru­cho­mi­łam sil­nik. Patry­cja wrzu­ciła na tylne sie­dze­nia pakunki, usia­dła na miej­scu pasa­żera. Była w świet­nym nastroju.

- Jedź, na co cze­kasz?

Wrzu­ci­łam wsteczny, zawró­ci­łam i ruszy­łam w stronę głów­nej ulicy. W lusterku zauwa­ży­łam, że czarny wóz z ciem­nymi szy­bami też zawró­cił i ruszył za nami. Poczu­łam dreszcz emo­cji. Nie wyglą­dało to na przy­pa­dek, byłam śle­dzona! Patry­cja wybrała numer w tele­fo­nie komór­ko­wym.

- Panie Staszku, zna­joma już mnie zabrała. Ma pan zapa­so­wego pilota? Niech pan weź­mie tego grata i wrzuci do Wisły - prze­rwała na chwilę. - No dobrze, jak pan chce. - Rzu­ciła komórkę na deskę roz­dziel­czą i powa­chlo­wała się dło­nią - Jezu, muszę zła­pać oddech! Ale jazda!

- Nie boisz się, że zro­bią coś z wozem?

Roze­śmiała się zado­wo­lona.

- Niech tylko spró­bują! Zro­bi­łam im fotki tele­fo­nem, kiedy zaczęli pysko­wać. Dobrze wie­dzą, kim jestem. Odwie­ziesz mnie, zro­bię pyszną kawę i napi­jemy się mar­tini, okej?

Kiw­nę­łam głową. Patry­cja opa­dła na opar­cie fotela.

- Zja­wi­łaś się w samą porę.

W lusterku obser­wo­wa­łam wóz z ciem­nymi szy­bami, który trzy­mał się kil­ka­dzie­siąt metrów z tyłu. Pomy­śla­łam, że powiem o podej­rze­niach Patry­cji, ale zapewne wysia­dłaby i pobie­gła do tam­tego wozu z awan­turą. Ruszy­łam ostro, żeby wsko­czyć w wolne miej­sce mię­dzy samo­cho­dami, na głów­nej ulicy.

- Uwa­żaj! - krzyk­nęła Patry­cja.

Zaha­mo­wa­łam cen­ty­me­try od błot­nika wozu przed nami.

- Jezu, kobieto... nic dziw­nego, że mia­łaś wypa­dek - stwier­dziła Patry­cja, oddy­cha­jąc z ulgą.

Prze­je­cha­łam przez rondo w cen­trum Kon­stan­cina i wydo­sta­łam się z korka. Skrę­ci­łam w ulicę, przy któ­rej stały naj­bar­dziej oka­załe rezy­den­cje. W lusterku zoba­czy­łam, że czarny wóz skrę­cił za nami. Pozwolę mu zbli­żyć się, zapa­mię­tam numery reje­stra­cyjne i popro­szę Rafała, żeby spraw­dził drani. Mój brat miał zaprzy­jaź­nio­nych poli­cjan­tów. Zwol­ni­łam, ale czarny wóz był czujny, utrzy­mał dystans.

Patry­cja od kilku minut nie prze­sta­wała mówić:

- No i ten pro­fe­sor powie­dział, że tak dobre świa­tło jak moja gale­ria ma tylko Muzeum Naro­dowe. Wyobra­żasz sobie? No, ale kto cho­dzi do Naro­dowego? U mnie ludzie dostają wino i sushi. A tam co? Goło i wesoło! Nic nie można kupić, naj­wy­żej ukraść! - roze­śmiała się gło­śno ze swo­jego żartu.

- Tak powie­dział? - Nie spusz­cza­łam wzroku z lusterka, z odbi­ciem czar­nej limu­zyny.

- Ja tak mówię, głu­pia! Jemu nie wypada, w końcu pro­fe­sor. Dostaje od mnie pięć tysięcy mie­sięcz­nie, do ręki... to co ma mówić? Jestem ci wdzięczna, że mi go pole­ci­łaś! Cała war­szawka już gada, że moja gale­ria mu kusto­sza... samego pro­fe­sora Bycz­kow­skiego! On cię uczył malo­wać? Może i ja bym spró­bo­wała? Po co pła­cić mala­rzom, jak ma się gale­rię? To nie filo­zo­fia machać pędz­lem. No powiedz sama?

Wie­dzia­łam, że żar­tuje, ale nie bawiło mnie to. Też chcia­ła­bym mieć wła­sną gale­rię. I pie­nią­dze na zakup obra­zów. Muszę uwa­żać, żeby nie dopa­dła mnie zawiść.

- Pro­fe­sor Byszew­ski, nie Bycz­kow­ski - powie­dzia­łam. - Zapa­mię­taj, bo jest czuły na swoim punk­cie. Co wiesz o Maxi­mi­lia­nie Thor­nie?

Patry­cja spoj­rzała na mnie bystrym wzro­kiem.

- Wpadł ci w oko? No przy­znaj się. - Nie pozwo­liła mi zaprze­czyć. - Spoko, każda by się z nim puściła. Ale ja kocham Witu­sia... choć nie­na­wi­dzę bydlaka, bo robi, co chce. - Zmie­niła ton na poważny. - Lepiej uwa­żaj na Thorna. Wituś mówi, że kręcą się przy nim ludzie z mia­sta.

- Któ­rego mia­sta?

Prze­wró­ciła oczami z wes­tchnie­niem.

- Ty jesteś dziecko! Tak się mówi na gang­ste­rów, nie wiesz? - Poka­zała na bramę przed ogromną willą. - Zatrzy­maj, nie pamię­tasz gdzie miesz­kam? Co z tobą?

Zaha­mo­wa­łam przed bramą. Tak gwał­tow­nie, że Patry­cja musiała oprzeć się o deskę roz­dziel­czą. Upadł jej pod nogi tele­fon komór­kowy. Pochy­liła się, szu­ka­jąc go pod sie­dze­niem. Było zbyt cia­sno, więc otwo­rzyła drzwi i wysia­dła, po czym znów pochy­liła się pod fotel.

- Jezu... jak ludzie jeż­dżą takimi pudeł­kami! - wystę­kała z wysiłku.

Roz­legł się trzask mate­riału. Patry­cja odwró­ciła się, żeby zoba­czyć pęk­nię­cie spód­niczki.

- No pękła mi... zobacz! Uty­łam jak krowa! - Zna­la­zła tele­fon pod fote­lem, potem zabrała z tyl­nego sie­dze­nia torebkę i pakunki z zaku­pami. - Nie zapra­szam cię, Ukra­inki sprzą­tają, jest kom­pletny bur­del.

Nie przy­po­mnia­łam jej o obiet­nicy kawy i mar­tini. Chcia­łam zapo­lo­wać na numer reje­stra­cyjny czar­nego wozu. Nie potra­fi­łam nawet okre­ślić jego marki.

- Ten czarny samo­chód, co to za marka? - zapy­ta­łam.

Patry­cja rzu­ciła wzro­kiem na wóz zapar­ko­wany kil­ka­dzie­siąt metrów za nami.

- Infi­nity. Stary model, sprzed dwóch lat. Podoba ci się? Obciach, daj spo­kój... dla ruskich nuwo­ry­szy. - Spoj­rzała na mnie z nie­po­ko­jem. - Z twoją głową na pewno jest okej?

- Wszystko gra - odpar­łam z uśmie­chem.

- No to cool ! - wsu­nęła się do środka i poca­ło­wała mnie w poli­czek. - Dzięki za pod­wózkę, Ewcia! Zadbaj o sie­bie. Dobrze ci zrobi tro­chę seksu, wiem, co mówię. Nie będziesz taka roz­tar­gniona... gang­ster nie gang­ster. Wituś też zna róż­nych takich. Wia­domo, w biz­ne­sach to mus. Pa, pa! San­dra i Nena zaraz będą w Papierni, wpad­nij koniecz­nie. Zmie­nię tę kieckę, wezmę bryczkę i przy­jeż­dżam. Nie gadaj­cie o niczym waż­nym beze mnie!

Z pakun­kami i torebką w rękach naci­snęła łok­ciem domo­fon. Brama otwo­rzyła się, wyszedł ochro­niarz i prze­jął pakunki. Poszli oboje w stronę willi. Z głębi ogrodu nad­bie­gły szcze­ka­jące dwa psy, egzo­tycz­nych ras. Patry­cja scho­wała się za ochro­niarza, żeby psy nie sko­czyły na nią z rado­ści.

Wrzu­ci­łam wsteczny, spoj­rza­łam w lusterko. Czarny wóz znik­nął, jakby roz­pły­nął się w powie­trzu. Ki dia­beł?

Po kilku minu­tach wje­cha­łam na teren Papierni, nie­wiel­kiego cen­trum han­dlo­wego, prze­ro­bio­nego z XVIII-wiecz­nej manu­fak­tury zwa­nej Kró­lew­ską Fabryką Papieru. Podobno król Sta­ni­sław August korzy­stał wyłącz­nie z papieru tu zro­bio­nego, i na nim też wydru­ko­wano Kon­sty­tu­cję 3 Maja.

Zapar­ko­wa­łam citro­ena, zamknę­łam drzwi pilo­tem i ruszy­łam wybru­ko­waną ścieżką. Prze­cho­dząc przez mostek nad kana­łem pły­ną­cym wzdłuż budynku, rozej­rza­łam się dys­kret­nie. Ni­gdzie nie było czar­nego wozu. Infi­nity, czyli nie­skoń­czo­ność - pre­ten­sjo­nalna nazwa, pomy­śla­łam z nie­chę­cią.

Zauwa­ży­łam, że przy­gląda mi się mocno zbu­do­wany męż­czy­zna w skó­rza­nej kurtce, który wysiadł z tere­no­wego audi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki