Rozdział I
I
Ciemne, podbite czerwienią zachodu chmury gęstniały nad linią lasu.
Zmieniłam dosiad i przyłożyłam łydkę. Graf zrozumiał od razu, parsknął i puścił się galopem. Pochyliłam się lekko w siodle i pozwoliłam mu na
swobodny bieg. Pędziliśmy piaszczystą drogą wzdłuż pól.
Strumień powietrza rozwiewał mi włosy, chłodził twarz. Czułam pod sobą
grę potężnych mięśni, rytmiczny oddech. Graf był wspaniałym rumakiem,
hanowerczykiem, dostałam go w prezencie od mojego trenera po zakończeniu
kariery zawodniczej.
Graf mieszkał w klubie jeździeckim pod Warszawą. Opłacałam jego
utrzymanie lekcjami jazdy i układaniem koni. Kryty maneż klubu był
imponującą budowlą z drewna, z elegancką restauracją. Spotykali się tu
wszyscy, którzy chcieli coś znaczyć w tak zwanej warszawce. Po
wyłączeniu myślenia można było w tym towarzystwie nieźle się bawić. Ale
można też było wpaść w kłopoty - takie, które rodzą się z pychy i chciwości, matek chrzestnych ludzkich nieszczęść. Jeszcze tego dnia
miałam to odczuć na własnej skórze.
Zmierzch zapadał szybko. Graf galopem pokonał ostatni kawałek
piaszczystej drogi i zwolnił przed skrętem do lasu. Pokryty potem i kurzem prychał i rzucał głową, uradowany, że zbliżamy się do stajni,
gdzie czekała miarka owsa i pachnące siano. Wydłużyłam wodze i pozwoliłam mu na swobodny stęp. W takich chwilach, po wysiłku, myśli
wydawały się jasne i klarowne.
Od rana towarzyszyło mi przeczucie nadchodzącej zmiany, po raz pierwszy
od siedmiu lat. Dość samotnego życia, dość poświęcania się wychowaniu
siedemnastoletniej córki, dla której w żadnej dziedzinie nie byłam już
autorytetem - bezradna trzydziestoparolatka, nie potrafiąca nawiązać
stałego związku z nikim, poza swoim koniem.
- Mężczyzn się nie ujeżdża, mamo - mówiła moja Marysia, z westchnieniem
przewracając oczami, kiedy informowałam ją, że pan A, B, czy C nie
będzie nas więcej odwiedzać; nie ten chód, nie ta krew, i za słaby na
przeszkodach.
Koniec ze starymi lękami, od dziś zaczynam nowe życie. Przestanę malować
portrety na zamówienie, zacznę żyć jak wolna artystka. Znajdę
prawdziwego mężczyznę. Przeniosę się do starej chałupy na Mazury.
Z tymi postanowieniami ścisnęłam znów boki konia. Kłusem pokonaliśmy
ostatnie metry drogi przez las.
W półmroku zamajaczyła uchylona brama drewnianego ogrodzenia. Było pusto
i cicho, latarnie nad drzwiami trzech stajni słabo oświetlały
dziedziniec, w głębi ciemniał wielki dach maneżu. Na parkingu stały dwa
samochody, moja wysłużona toyota i terenowe bmw. Graf popchnął szeroką
piersią bramę, wyciągnął mi wodze z dłoni, opuścił łeb i wolno stąpając,
skierował się do stajni. Przez otwarte drzwi wydostawało się trochę
światła, poruszały się w nim cienie kilku osób.
Zeskoczyłam z siodła przed drzwiami stajni. Podkowy zastukały na
betonie, cicho zgrzytnęły odsuwane drzwi, Graf wszedł do boksu. Zdjęłam
siodło i uprząż, we wnętrzu dłoni poczułam grube wargi, delikatnie
wyjadające kostki cukru, wyszeptałam miłosne deklaracje do włochatego
ucha. Po kilku minutach u wyszczotkowanego, błyszczącego konia chrzęścił
w zębach owies. Koń odwrócił głowę i popatrzył na mnie dużymi myślącymi
oczami, które mówiły: zostań ze mną. Idąc z siodłem w stronę wyjścia,
już za nim tęskniłam.
Kiedy odkładałam siodło i uprząż w siodlarni przy drzwiach, dotarły do
mnie głosy kilku mężczyzn. Ich sylwetki rysowały się w świetle słabej
lampy, na końcu stajni. Głosy były gniewnie uniesione, potem trochę
ucichły, być może na mój widok. Kłócą się, pewnie jak zwykle o pieniądze
- pomyślałam.
Wyszłam ze stajni, wsiadłam do toyoty i po czwartej próbie odpaliłam
silnik. Co za głupi wynalazek, samochód - nie lepiej nam było w towarzystwie wspaniałych koni, przez tysiące lat? Nacisnęłam pedał gazu
i ruszyłam w stronę lasu. Wypadki następnych kilkunastu minut wymazały z mojej pamięci szok i amnezja. Kiedy przypomniałam je sobie dużo później,
nadal wydawały się złym snem.
Przesuwające się w świetle reflektorów drzewa niechętne ustępowały na
boki, powolna jazda przez ciemny las i przyjemne zmęczenie powodowały
senność. Ocknęłam się nagle z myślą, że o czymś zapomniałam. Nadepnęłam
na pedał hamulca i sięgnęłam dłonią w bok. Oczywiście nie było torebki!
Idiotka, zostawiłam ją na gwoździu, w boksie Grafa! Z dokumentami,
kartami bankowymi i telefonem. Musiałam być naprawdę rozkojarzona.
Wrzuciłam wsteczny i otrzeźwiona złością na siebie ruszyłam krętą drogą
między drzewami. Zahamowałam przed zamkniętą bramą. Światło w stajni
nadal paliło się, ale stróżówka obok bramy była ciemna. Stróż o tej
porze robił obchód terenu - miałam nadzieję, że nie z dwoma brytanami,
które uwielbiały mnie straszyć.
Przecisnęłam się między żerdziami bramy i ruszyłam w stronę stajni. Parę
koni zatupało niespokojnie i parsknęło na mój widok. Mruknęłam do nich
uspokajająco i podeszłam do boksu Grafa. Torebki nie było na gwoździu.
Koń odwrócił się od żłobu i przeżuwając siano, podszedł do drzwi.
Parsknął cicho, zadowolony, że wróciłam. Przysięgłabym, że z lekką
kpiną.
- Jesteś obrzydliwcem, wiesz? - szepnęłam, odsuwając drzwi boksu. Miałam
nadzieję, że nie podeptał torebki. - Posuń się, cielaku, jeśli chcesz
żyć! - Popchnęłam Grafa i z ulgą stwierdziłam, że torebka była cała.
Leżała pod drewnianą ścianą boksu, umazana w końskiej kupie. - Musiałeś
na nią narobić, złośliwy, wstrętny mule? - zapytałam, wycierając torebkę
słomą i całując zaciekawiony pysk.
Z końca stajni dobiegły rozdrażnione męskie głosy.
- Nie taka była umowa! - zawołał pierwszy. - Płać albo zdechnie!
- Powiedz mu, żeby się nie wpierdalał! - krzyknął drugi.
- Zejdź mi z drogi, debilu! - szczeknął pierwszy.
- Dobranoc, książę, nie gniewam się. Do zobaczenia pojutrze - szepnęłam
do Grafa, wychodząc z boksu.
Chciałam oddalić się niezauważona. Agresywne głosy kłócących się
mężczyzn odbijały się od murów, mówili teraz wszyscy naraz.
Wykorzystałam hałas i powoli zasunęłam zgrzytające drzwi boksu. Graf na
pożegnanie dotknął wargami mojej dłoni.
Huk, który rozległ się w następnej sekundzie, przerwał ciszę tak nagle i donośnie, że serce zatrzymało mi się na długą chwilę, wraz z oddechem.
Konie rzuciły się jak oszalałe. Graf stanął dęba, z rozdętymi chrapami i wytrzeszczonymi oczami.
Poczułam uderzenie pulsu w skroniach, nabrałam powietrza i odwróciłam
się w stronę sylwetek na końcu stajni. Jeden z mężczyzn pędził w moją
stronę. Biegł pochylony, zygzakiem. Za nim w światło lampy wszedł
wysoki, barczysty osobnik w czerwonej kurtce i uniósł dłoń z jakimś
przedmiotem. Przedmiot plunął ogniem, kolejny huk przetoczył się przez
stajnię, w słup obok głowy uderzyło coś z trzaskiem, odłamana drzazga
trafiła mnie w skroń. Nie byłam w stanie się ruszyć, choć mózg krzyczał:
zwiewaj, idiotko, na co czekasz?!
Film zwolnił, akcja trwała wieczność. Biegnący był o kilka metrów, miał
gęste blond włosy, zaklejone taśmą usta i związane z tyłu ręce. Patrzył
na mnie szeroko otwartymi, niebieskimi oczami, ze zdumieniem i przerażeniem. Barczysty w czerwonej kurtce podniósł znów dłoń, celował
spokojnie, jak na strzelnicy. Przymrużyłam oczy, żeby nie zobaczyć
trafiającej mnie kuli. W tym momencie na barczystego z pistoletem wpadł
z boku następny, w czarnej kurtce. Zwalili się obaj na betonową podłogę
zwarci we wściekłych zapasach.
Uciekający potknął się, upadł i zatrzymał przede mną. Niebieskie oczy
patrzyły błagalnie, próbował coś powiedzieć przez taśmę na ustach. Na
końcu stajni trzeci mężczyzna uniósł widły i z rozmachem dźgnął w plecy
czerwonej kurtki. Dźgnięty zawył nieludzkim głosem, puścił przeciwnika,
odwrócił się i wycelował pistolet. Nie zdążył strzelić, dźgnięty w brzuch, rozciągnął się na betonie, chrapiąc konwulsyjnie. Ogarnęły mnie
mdłości, silniejsze od strachu. Odwróciłam się i puściłam pędem do
wyjścia, z nadzieją, że mordujące się zbiry nie zwrócą na mnie uwagi.
- Stój! Stój! - wyprowadził mnie z błędu głośny wrzask.
W kilka sekund byłam przy drzwiach. Wybiegając ze stajni, rzuciłam za
siebie wzrokiem. Dwaj mężczyźni pędzili korytarzem między boksami.
- Stój! - ryknął znów jeden z nich.
Jego kompan podniósł rękę z pistoletem i błysnęło ogniem. Huknęło w chwili, kiedy skręcałam za drzwi. Usłyszałam uderzenie kuli w drewno.
Blisko, bardzo blisko.
Pognałam jak na skrzydłach wybrukowanym dziedzińcem do bramy. W głowie
zabłysło pytanie: ile razy będę odpalać silnik toyoty? Trzy, cztery,
pięć? Może ani razu, przecież kule są szybsze. Umysł zarejestrował dwie
kudłate sylwetki, które wypadły z ciemności za maneżem i zbliżały się
błyskawicznie. Piętnaście, dziesięć, pięć metrów do bramy. Brytany zaraz
skoczą i zwalą mnie z nóg.
Gdzie jest stróż, czemu ich nie przywoła? Rzuciłam się na brzuch, pod
najniższą żerdzią ogrodzenia. Kątem oka dostrzegłam wypadających ze
stajni mężczyzn. Wyszczerzone kły sięgnęły do moich ramion i nóg.
- Won! - wrzasnęłam ze wściekłością, kopiąc w stronę wielkich łbów.
O dziwo, poskutkowało, brytany odskoczyły na sekundę. Dość czasu, żeby
wciągnąć brzuch i przesunąć się pod żerdzią. Mężczyźni byli coraz
bliżej, wrzeszczeli i przeklinali. Brytany podkuliły ogony i zniknęły w ciemności. Dobre jesteście do ścigania bezbronnej kobiety, pomyślałam z bezsilną złością.
Zerwałam się i dopadłam do samochodu. Wystrzał z pistoletu zlał się z hukiem rozpadającej się przedniej szyby. Skuliłam się za kierownicą i modląc się o cud, przekręciłam kluczyk. Silnik zawarczał i zamilkł.
Przekręciłam drugi raz, trzeci. Nie oglądałam się, słyszałam krzyki,
rozległ się następny huk. Świsnęło blisko ucha, rozleciała się boczna
szyba.
Z boku zamajaczyła rozpędzona sylwetka, zobaczyłam uniesione widły. W tym samym momencie zaskoczył silnik i toyota ruszyła jak chart puszczony
z uwięzi. Widły uderzyły, zahaczyły o boczny słupek. Wdepnęłam gaz do
końca, zaklinowane widły szarpnęły napastnikiem. Przewrócił się, wywinął
kozła, przez ułamek sekundy zobaczyłam wykrzywioną wściekłością twarz.
Włączyłam reflektory i wjechałam do lasu, za szybko jak na moje
umiejętności. Z przerażeniem zobaczyłam w lusterku dwóch mężczyzn
biegnących do terenowego bmw. Za bramą stał stróż, z szalejącymi
brytanami. Sukinsyn był z nimi w zmowie!
Toyota ślizgała się w skrętach na piasku jak po lodzie, z trudem
mieściłam się między migającymi drzewami. W skroniach mi łomotało,
powietrze wpadające przez wybite okno dławiło, z trudem łapałam oddech.
Lusterko zabłysło dalekim światłem - wiedziałam, że jestem bez szans z terenowym wozem. Nie przebiegło mi przed oczami całe życie, nic z tych
rzeczy. Poczułam tylko żal i gniew.
- Niedoczekanie, bydlaki! - warknęłam.
Skręciłam znów z poślizgiem i lusterko zgasło na moment. Kilka sekund na
decyzję, od której zależało życie. Przed sobą zobaczyłam przesmyk między
brzozami. Zgasiłam światła, wyprostowałam kierownicę i nacisnęłam pedał
gazu. Auto przeskoczyło przez koleiny, wpadło między białe pnie.
Zgrzytnęła blacha, z trzaskiem odpadły oba lusterka. Zdążyłam oprzeć się
rękami na kierownicy. Zobaczyłam zbliżający się cień potężnej sosny.
Błysnęło oślepiająco i zapadła ciemność. I cisza. Nie było mnie,
nigdzie. Wspaniałe uczucie.
Gdybym nie straciła kontaktu ze światem, zobaczyłabym, że chwilę później
rozpędzone bmw minęło miejsce, w którym wjechałam do lasu, i popędziło
prosto przed siebie.
Kilka kilometrów dalej bmw wyjechało z poślizgiem z leśnej drogi na
szosę i zahamowało. Z wozu wyskoczył krępy mężczyzna po pięćdziesiątce,
z pistoletem w ręku. Rozejrzał się w obie strony i zaklął pod nosem.
Szosa była idealnie ciemna, ani śladu po uciekającej toyocie. Kierowcą
był człowiek o wyglądzie boksera, który częściej był nokautowany niż
nokautował. Przyciskiem opuścił boczną szybę.
- Spokojnie, szefie - rzucił przez spłaszczony nos, zapalając papierosa
- Ustalimy kto ona i... - przesunął dłonią po gardle.
- Taki jesteś cwany? A jeśli popędzi na policję? Wracamy posprzątać! -
warknął krępy. Wsiadł do samochodu i sięgnął po telefon. Wybrał numer,
poczekał na połączenie. - Tu Krüger. Mam problem, nie dogadaliśmy się,
musiałem wyczyścić Grubego. I jest wścibski nos do ucięcia, kobieta.
Zajmę się nią. A ty jedź, na co czekasz? - szczęknął do kierowcy. Ze
złością wyrwał mu papierosa z ust i wyrzucił przez okno. - Znajdź listę
właścicieli koni - powiedział do telefonu i wyłączył go. Oparł się o siedzenie i zamyślił z ponurą miną.
- Powiedz, Nokaut, dlaczego ludzie nie pozwolą włożyć sobie do głów
prostych prawd? Trzeba je wbijać pięścią. Albo widłami.
Bokser pokiwał okrągłą głową i odparł z filozoficznym spokojem:
- Wiem tyle, szefie, że nic nie wiem. Ludzie to ludzie, dopóki żyją.
Potem to już nie ludzie. Widziałem to, nieraz.
Auto zawróciło na szosie i wjechało w leśną drogę. Zakołysało się na
wybojach, światła reflektorów błysnęły na pniach brzóz i zanurzyły w ciemność lasu.
W konstancińskich ogrodach i nad brzegami Jeziorki mieszkają tajemnicze
stwory. Nie są to ponure strzygi ani wiesiołki, mają pogodne charaktery
i żyją w zgodzie z ludźmi, ale bywają psotne. Czasem wypędzą z zarośli
stado dzików, wprost na przechodnia. Nocami pohukują jak puszczyki,
mrożąc dzieciom krew w żyłach. Albo rzucają się w środku rzeczki z takim
hałasem, jakby ktoś wpadł w jej nurt. Dziadek twierdził, że przybyły z wędrującymi Cyganami, których tabory zatrzymywały się pod lasem na
obrzeżach Konstancina. Kiedy mój ojciec był mały, dziadek zabierał go
wieczorami do cygańskich obozowisk. Siadali przy ogniskach i słuchali
opowieści z egzotycznych krajów, a z ciemności na ojca patrzyły dziwne
oczy i poruszały się tajemnicze cienie. Cyganie odjechali i więcej nie
wrócili, ale stwory z ich opowieści upodobały sobie Konstancin. Chyba po
ojcu odziedziczyłam skłonność do patrzenia inaczej na świat, często
bowiem zdarzało mi się je widzieć oczami wyobraźni.
Dwa takie stwory wyłoniły się z mgły mojego niebytu. Machały rękami i zaglądały zielonymi ślepiami do oczu. Powoli przywracały mnie do życia.
Kiedy zobaczyły, że odzyskuję przytomność, zadowolone zakręciły się w takt Eine kleine Nachtmusik Mozarta w moim telefonie komórkowym, i zniknęły.
Ludzi sukcesu poznaje się po tym, że nie odbierają telefonów. U mnie
działał odruch artystki, która nieustannie szuka zleceń i pędzi na każde
wezwanie. Podniosłam głowę i otworzyłam oczy. Las dokoła był ciemny,
zniekształcony Amadeusz wiercił dziurę w obolałym mózgu.
Nie pamiętałam, co się wydarzyło. Przeczuwałam, że coś mi grozi, ale nie
wiedziałam co. Muszę zmienić dzwonek w telefonie, z szacunku dla
Mozarta. Powoli dotarło do mnie, że siedzę w ciemnym samochodzie, przed
grubym pniem sosny. Aha... wpadłam do lasu i rozbiłam się. Pięknie.
Zobaczyłam, że mój telefon gra i świeci dwa metry w bok od samochodu.
Nieźle musiałam walnąć w tę sosnę. Dotknęłam czoła i poczułam wilgoć na
dłoni. Miałam nadzieję, że to krew, a nie mózg. Rozbiegane myśli
dowodziły, że mogłam się mylić. Drzwi były otwarte, zrobiłam ruch w stronę telefonu i wylądowałam twarzą na miękkim mchu.
- Powoli, zostaw telefon. W tym stanie nie przyjmiesz zamówienia na
portret - skarciłam się półgłosem.
Mozart posłuchał mnie i zamilkł. Usiadłam na mchu i rozejrzałam się.
Przód toyoty był wbity w drzewo i krótszy o pół metra. Jakim cudem
wyjechałam z leśnej drogi, którą jeździłam setki razy? Z taką
szybkością. Nie pędziło się po tych wybojach, jeśli kierowca był
trzeźwym człowiekiem. Nie przesadzałam z alkoholem, a marihuanę paliłam
ostatni raz piętnaście lat temu. Poza tym, po konopiach jeździ się
wolno, bo świat przyśpiesza.
Podniosłam się z trudem na czworaka i w tej pozycji dotarłam do
telefonu. Natknęłam się na torebkę, obok leżały porozrzucane dokumenty i kosmetyki. Na ekranie wyświetlił się Rafał, mój brat. Nie nadawałam się
do rozmowy. Pozbierałam do torebki wszystko, co z niej wyleciało,
podniosłam się i od razu usiadłam. Kręciło mi się mocno w głowie.
Odczekałam kilka minut, potem znów spróbowałam wstać. Ostrożnie, krok po
kroku ruszyłam w stronę jaśniejącej w półmroku drogi. W obolałej głowie
pojawił się lęk, czułam, że grozi mi niebezpieczeństwo. Nie miałam
pojęcia, jakie.
Rozsunęłam gałęzie drzew i wyszłam na drogę. Znajdowałam się w połowie
trasy między stajnią a szosą. Jeździłam dziś konno? Może spadłam z Grafa
i półprzytomna wsiadłam za kierownicę? To niemożliwe, Graf nigdy by mnie
nie zrzucił.
Zza chmury wyszedł księżyc w pełni, srebrne światło wypełniło las. Było
cicho i pięknie. Prawie doskonale, gdyby nie pulsująca głowa. I podświadomy lęk. Oraz fakt, że musiałam dotrzeć pieszo do miasta, a nie
byłam w stanie przejść stu metrów. Może wrócić do stajni i poprosić
stróża, żeby zadzwonił po pomoc?
- Tylko nie stajnia! - błysnęło w głowie.
Czekałam chwilę na wyjaśnienie, ale nie nadeszło. No dobrze, nie pójdę
do stajni, zadzwonię po Rafała. Wyciągnęłam z torebki telefon. Między
drzewami mignęły światła zbliżającego się samochodu. Intuicja mówiła:
uciekaj! Wycofałam się szybko, zaczepiłam piętą o sterczący korzeń i upadłam na plecy. Zahuczało, las, niebo i księżyc zawirowały i zaczęły
odpływać.
Rozdział II
II
Księżyc powoli wrócił, pod powiekami zrobiło się jasno. Otworzyłam oczy.
Nad głową paliła się zimnym światłem neonowa lampa. Na jej tle rysowała
się zatroskana twarz Rafała oraz zaciekawione twarze moich przyjaciółek,
Neny i Sandry. Obok siedział gruby mężczyzna w białym kitlu i boleśnie
ściskał mnie za ramię.
- Au... - jęknęłam.
- Chwileczkę - mruknął grubas i z sykiem wypuścił powietrze. Zdziwiłam
się, że potrafi mówić i syczeć jednocześnie. Po chwili zrozumiałam, że
to aparat do badania ciśnienia. - Będzie pani żyła, długo i szczęśliwie
- oświadczył, odwijając z ramienia pas z materiału.
Nie pan pisze tę bajkę - pomyślałam, przenosząc wzrok z grubego lekarza
na brata i przyjaciółki.
Nieoceniony Rafał szukał mnie pół nocy, zawiadomił policję, obdzwonił
wszystkich znajomych. W końcu wybrał się do klubu jeździeckiego i o mało
nie wjechał na moje wystające z lasu nogi. Nena i Sandra zmusiły go,
żeby powiedział, do jakiego szpitala mnie wiezie. Współczucie? Na pewno.
Ale przede wszystkim ciekawość.
Brat był urodzonym wojownikiem i dobrym dziennikarzem śledczym. Zbyt
często pisał, co myślał, na skutek czego wciąż musiał zmieniać pracę.
Jego żona nie wytrzymała stresu, zażądała separacji i tak zamieszkał ze
mną w Konstancinie, w domu odziedziczonym pod dziadkach. Dzisiejszej
nocy porządnie wystraszyłam Rafała; przyjemnie jest się przekonać, że
bliskim zależy na nas.
Nena próbowała pod łagodnym uśmiechem ukryć podniecenie całą sytuacją.
Kochała stany ekscytacji. Pod warunkiem, że zagrożenie nie dotyczyło jej
samej ani nikogo z jej rodziny. Ludzie przerażali Nenę, dawno temu
zrezygnowała ze zrozumienia ich czynów i charakterów. W jej świecie
wszyscy byli cudowni i sympatyczni, bo tylko w ten sposób mogła poradzić
sobie z lękiem.
Poważna twarz Sandry wyrażała skupienie osoby, która wie więcej. Według
Sandry dramatyczne wypadki były wynikiem zaburzeń energii, osobistej lub
kosmicznej. Albo karmy. Sandra obserwowała mnie jak entomolog okaz
motyla. Domyśliłam się, że po powrocie do domu skontaktuje się ze swoim
koreańskim mistrzem Kim Sungiem, żeby odnaleźć metafizyczne korzenie
mojego wypadku.
Powoli wracałam do rzeczywistości i poczułam niepokój. Rafał położył
dłoń na moim ramieniu.
- Dobrze się czujesz?
Pokiwałam głową i przymknęłam oczy. Lekarz szeptem nalegał, żeby dać mi
spokój. Usłyszałam kroki. Rafał, Nena i Sandra ruszyli do wyjścia.
- Muszę zadzwonić do Patrycji - szepnęła Nena. - Dopytywała się o Ewę.
- Pozdrów ją ode mnie - powiedziałam cicho.
Zatrzymali się w drzwiach i wrócili do mnie.
- Powiedz, co się stało? - poprosił Rafał.
Gruby lekarz westchnął zniecierpliwiony.
- Nalegam, żeby odłożyć to na później.
Jeszcze bardziej potrzebowałam wyjaśnienia.
- Zjechałam z drogi i wpadłam na drzewo? - zapytałam.
- Policjanci ustalili, że pędziłaś osiemdziesiąt na godzinę, po polnej
drodze w lesie - powiedział Rafał. - Planujesz starty w rajdach?
- Nie wiem, braciszku, nie pamiętam. Niczego nie pamiętam.
To była niestety prawda. Pamiętałam tylko, że wróciłam z Grafem do
stajni. Nie miałam bladego pojęcia, dlaczego tak szybko jechałam.
- Pamięć rejestruje wszystko, Ewcia - oświadczyła Sandra. - Trzeba
poddać cię głębokiej hipnozie, żeby uruchomić twoją ektoplazmę. - Z zadowoleniem sięgnęła do torebki. - Ściągnę tu Kim Sunga.
Lekarz z trudem panował nad irytacją.
- Pani Ewa przeszła wstrząs mózgu i każde zakłócenie równowagi stanowi
zagrożenie. Doceniam hipnozę pana Kim Ir Sena, ale nie pozwolę na żadne
ryzyko. Proszę ją zostawić w spokoju.
Długimi ramionami zagarnął całą trójkę i popchnął brzuchem w stronę
drzwi.
- Zadzwoń, gdybyś czegoś potrzebowała - rzucił brat.
- Co z Grafem? - zapytałam.
- Nie martw się, twój ukochany stoi w stajni.
- A toyota?
Lekarz przymknął drzwi, z korytarza dobiegł głos Rafała:
- Mechanik powiedział, że zrobi z niej cinquecento. Będzie dobrze.
Kochany Rafał, wszystkim się zajął. Przymknęłam oczy i usłyszałam
oddalone głosy Sandry i Neny.
- Ewka ma blokadę pamięci... jak ludzie, którzy spotkali kosmitów -
powiedziała Sandra.
- No co ty! Przestań, Sandra! Naprawdę? Niesamowite! - Nena nadal była
podniecona.
Moje przyjaciółki będą miały o czym mówić przez kilka dni, a wraz z nimi
cały Konstancin, myślałam, leniwie zapadając w głęboki sen.
Znalazłam się znów w stajni, z Grafem. Musiałam uciekać, strach dławił
za gardło, uszy wypełniał huk wystrzałów. Światła migały w tylnym
lusterku, rozpadła się szyba toyoty. Reflektory wyłowiły zbliżający się
błyskawicznie pień sosny. Niski męski głos oświadczył:
- Trzeba uciąć wścibski nos!
I zapadła ciemność.
Rozdział III
III
Minęły dwa dni. Na wyraźne żądanie gruby lekarz wypuścił mnie ze
szpitala. Oświadczył, że powinnam zostać dwa tygodnie, poddać się
obserwacji i wykonać tomografię głowy. Miałam pozwolić na
napromieniowanie moich szarych komórek? Nie było mowy, nadal ich
potrzebowałam. Obiecałam, że będę unikać stresów i zadzwoniłam po
Rafała.
Łatwo powiedzieć: unikać. Wiedziałam, że zdarzyło się coś złego. I że
stres wymazał to z mojej pamięci. Czy byłam świadkiem czegoś, co mogło
mi teraz zagrażać? Może powinnam jednak poddać się hipnozie?
Wróciłam ze szpitala z Rafałem, jego starym volvo. Nasz dom wyłonił się
spomiędzy drzew jak bezpieczna przystań. Poczułam wzruszenie wędrowca,
który powraca z niebezpiecznej podróży. Trzy akacje, dwa kasztanowce,
stara lipa i wielkie sosny kołysały się na przywitanie. Nie dostrzegamy
urody miejsc, w których mieszkamy, zanim wydarzenia nie zakłócą naszego
spokoju.
Poczułam, że oczy mi wilgotnieją i ukradkiem wytarłam je dłonią. Rafał
spojrzał na mnie z uśmiechem zrozumienia, zabarwionym ironią. Od dziecka
rozumieliśmy się bez słów. Z domu wyszła Marysia, otworzyła drzwi
samochodu. Uściskała mnie i pocałowała w policzek. Oczekiwali ode mnie
roli ofiary wypadku i nie mogłam ich zawieść. Z bladym uśmiechem
pozwoliłam zaprowadzić się do saloniku, posadzić na kanapie i owinąć
nogi kocem.
Zasłony na oknach były zaciągnięte, panował przyjemny chłód. Na stoliku
parował dzbanek z imbirową herbatą, obok leżały książki, pilot do
telewizora i telefon. Nic tylko leżeć leniwie i pozwolić sobie
nadskakiwać. Zaczynałam doceniać mój stan. Oparłam głowę owiniętą
elastyczną opaską na poduszce. Marysia i Rafał krzątali się między
kuchnią i salonikiem. Ciekawa byłam, co powie moja córka,
siedemnastoletnie kobiety chętnie krytykują matki. Wyszła z kuchni,
postawiła na stoliku salaterkę z pokrojonymi owocami i spojrzała na mnie
uważnie.
- Wystraszyłaś nas porządnie. I nie mów mi więcej, że mam unikać
kłopotów... Nie po tej szarży przez las.
Rafał odwrócił się od odtwarzacza, do którego wkładał płyty.
- Twoja mama od piętnastu lat nie miała stłuczki.
Marysia potrząsnęła głową, rozsypując czarne włosy.
- Nobody is perfect... w tej rodzinie lubimy o tym zapominać. Pa, mamuś,
wyleguj się. Pędzę do szkoły.
- Odwiozę cię - zaproponował Rafał.
Marysia podniosła obronnym gestem ręce.
- Sorry wujek, jadę autobusem, jak normalni ludzie. Wrócę o zmroku,
pełnym zboczeńców i wampirów.
Wykrzywiła się do Rafała, puściła do mnie oko i kołysząc prowokacyjnie
biodrami, wyszła z saloniku. Po chwili trzasnęły drzwi wyjściowe. Rafał
podniósł pilota i uruchomił odtwarzacz.
- Ty stworzyłaś tego potwora - powiedział z westchnieniem.
Salonik wypełniły łagodne dźwięki symfonii Mozarta.
- Był jeszcze facet. To jego geny.
- Mhm - zgodził się brat. - No dobra, jesteś urządzona, pędzę do roboty.
Zaraz tu będą twoje przyjaciółki. W razie czego dzwoń, wrócę i przepędzę
je.
Pochylił się i ostrożnie pogłaskał mnie po głowie.
- Dzięki, braciszku. Nie wiem, co mnie napadło.
- Noc, adrenalina i fantazja. Mamy to we krwi. A propos, zbadali ci
krew... nie piłaś i nie ćpałaś. Chcieli wysłać cię na badania
psychiatryczne, ale przekonałem ich, że to beznadziejny przypadek.
Odpoczywaj, pa.
- Pa, kocham cię.
- Jasne - zgodził się Rafał. - Nie masz wyjścia.
Ruszył do drzwi, odwrócił się w progu.
- Ja ciebie też... nareszcie zrobiłaś coś szalonego.
Nie miałam siły zaprotestować. Po chwili usłyszałam odgłos kroków na
żwirze. Zostałam sama z myślami. I z niepokojem.
"Coś szalonego" odnosiło się do naszej młodości. Robiliśmy z Rafałem
szalone rzeczy, mieliśmy wielkie ideały i planowaliśmy naprawić świat. Z poczuciem wyższości gardziliśmy kłamstwem i chciwością. Rafałowi nie
przeszło, u mnie górę wziął rozsądek samotnej matki. Dlatego był
zachwycony moim wybrykiem za kółkiem.
Z Neną byłam zaprzyjaźniona już w liceum. W czasach, kiedy nie było
ważne, gdzie mieszkasz i czym jeżdżą rodzice. Nie trzeba było przynosić
do szkoły iPhona i iPada, ze zdjęciami z wakacji na tropikalnych
wyspach.
Byłyśmy wesołymi nastolatkami, jak większość rówieśników miałyśmy
problemy z rodzicami i ze szkolną dyscypliną. Unikałyśmy uczenia się dla
stopni i zakochiwania w tych samych chłopakach. Żeby nie popsuć
przyjaźni.
Potem obie spotkałyśmy mężczyzn, bez których nie można było wyobrazić
sobie dalszego życia. Mąż Neny stał się znanym adwokatem, jego
kancelaria obsługiwała wielkie interesy prywatyzacyjne. Nena weszła w świat dużych pieniędzy, poznała i zaprzyjaźniła się z żonami bogacących
się biznesmenów. Potem przekonała mnie, że warto poznać Sandrę i Patrycję. Im zagwarantowała, że nie poluję na cudzych mężów. I że
bogactwo nie wywołuje u mnie zawiści.
Sandra i Patrycja sprawiały wrażenie saren wypuszczonych nagle na wielką
przestrzeń lasów i prerii. Z doczepionymi skrzydłami, które pozwalały
przeskakiwać oceany. Wszystko je ciekawiło i bawiło, czuły się
bezpieczne i wolne. Nie straciły jeszcze kontaktu z rzeczywistością, jak
zdarza się ludziom z wielkimi majątkami. Ten proces już jednak się
zaczął i może budził ich lekki niepokój. Myślę, że byłam dla nich
łącznikiem, realną kobietą z realnego świata, o którym powoli
zapominały.
Nena, Sandra i Patrycja wjechały trzema terenowymi wozami do ogrodu i zatrzymały się przed autem Rafała. Znały niechęć mojego brata do ich
świata i innym razem pomachałyby mu tylko z daleka, ale teraz ciekawość
wzięła górę. Wyciągnęły z wozów pakunki ze słodyczami i szybko do niego
podeszły. Usłyszałam głosy przez uchylone okno, resztę potrafiłam sobie
wyobrazić.
Patrycja czuła się najważniejsza w każdej sytuacji, stosownie do
wielkości majątku swojego męża, Witusia. Wiedziała też, jakie wrażenie
robią na mężczyznach jej figura i duże, piękne oczy.
- Cześć, Rafałku. Nie będziemy przeszkadzać Ewci? - rzuciła, nachylając
się do otwartego okna.
- Ewa cierpi na częściową amnezję, lekarz zakazał rozmów o wypadku -
odparł Rafał, odwracając wzrok od głębokiego dekoltu Patrycji.
- Mówiłam! - zawołała Sandra.
- Pamięć wróci, ale zbyt szybkie przypomnienie może wywołać szok -
powiedział Rafał i uruchomił silnik.
- Absolutnie! - zgodziła się Nena. - Moja babcia miała Alzheimera. I kiedy nie mogła sobie przypomnieć swojego nazwiska...
Patrycja oderwała się od samochodu i pokręciła głową z westchnieniem.
- Co ty bredzisz?
Nena poczuła się dotknięta.
- No co? Alzheimer to też amnezja, tylko na zawsze, prawda?
- Bardzo logiczna definicja - zgodził się Rafał. - Cześć dziewczyny,
czas na mnie.
- Wszystkim się zajmiemy, jedź spokojnie - rzuciła Nena.
Sandra i Patrycja wymieniły znaczące spojrzenia. Nena była mistrzynią
wpadek i ofiarą kpin. Miała za to budzący szacunek dar znoszenia
porażek.
Rafał cofnął, ominął zaporę z terenowych samochodów i odjechał w stronę
bramy. Patrycja odprowadziła volvo wzrokiem.
- Jak on może jeździć tym gruchotem?
- Podobno dokłada się do szkoły Marysi - powiedziała Sandra.
Patrycja wykrzywiła lekko usta.
- Co ty wiesz. Rafał ciągle zadziera z kimś ważnym i nie śmierdzi
groszem. Jak myślisz, dlaczego żona go pogoniła? Swoją drogą, ciągle
jest sam, przystojniaczek - dodała niskim głosem i poprawiła na udach
obcisłą sukienkę. - Jakaś zaradna kobieta mogłaby się nim zająć.
- Przestań, Pati - rzuciła zaniepokojona Nena.
Patrycja roześmiała się niskim głosem i ruszyła w stronę domu, kołysząc
się na wysokich szpilkach, które grzęzły w żwirze.
- Mogliby wyłożyć kostką - rzuciła z irytacją.
- Po co ci te szpile? - nie zmarnowała okazji Sandra.
- No co ty? Wiesz, jakie jest polowanie na Witusia? Chcesz, żebym
wypadła z konkurencji? - powiedziała Patrycja, puszczając przy tym oko.
Wszystkie trzy roześmiały się zgodnie i weszły do domu.
- Śpisz? - zapytała Patrycja, pochylając się nade mną.
Wiedziałam, dlaczego nie przyjechała do szpitala. W jej świecie nie było
miejsca na wypadki ani cierpienia. Wszystko było doskonałe: młodość,
uroda i fortuna Witusia. Patrycja unieważniała problemy i trzymała się
od nich z daleka, na wszelki wypadek.
- Nie budźmy jej, posiedzimy na tarasie, zaczekamy sobie - poprosiła
Nena. - Może spróbujemy ciasteczek?
Ruszyły w stronę przeszklonych drzwi do ogrodu.
- Jesteśmy tu, żeby wesprzeć przyjaciółkę, a nie obżerać się - zauważyła
z naganą w głosie Sandra.
- Aha... no tak, masz rację. To ja zrobię herbaty - zgodziła się Nena.
Dalsze wykorzystywanie mojego stanu byłoby niestosowne. Otworzyłam oczy
i przeciągnęłam się.
- Cieszę się, że jesteście - powiedziałam słabym głosem.
Wszystkie trzy natychmiast znalazły się przy kanapie.
- Nic nie mów, odpoczywaj! - zawołała Nena.
Kolejno wycałowały mnie w policzki, z taką radością, że zrobiło mi się
ciepło na sercu. Potem zaczęły wypakowywać ogromną ilość ciastek i czekoladek.
- Jeść chyba ci wolno - powiedziała Patrycja.
- Od Buchmana... świeże i pyszne, musisz spróbować! - zachęcała Nena.
- Cukier wytwarza serotoninę... przy twoim stresie to po prostu konieczne!
- stwierdziła Sandra.
- Właśnie, co cię tak przestraszyło? - zapytała Nena.
Zapadła cisza. Sandra i Patrycja przewróciły oczami, a Nena złapała się
za usta. Przez uchylone drzwi tarasu zajrzał wyjątkowo kosmaty stwór.
Drapał się w kudłatą głowę i gapił z zachwytem. Nimfy z mulistej
Jeziorki, która płynęła przez Konstancin, nie były tak piękne jak moje
przyjaciółki. Wzięłam jedną czekoladkę.
- A wy? - zapytałam, udając, że nie usłyszałam pytania Neny.
- To wszystko dla ciebie - oświadczyła Sandra.
Włożyłam czekoladkę do ust. Przyglądały się, czekając na mój zachwyt.
Kobieta w stresie je za dużo, a zwłaszcza słodycze. I tyje. Sandra, Nena
i Patrycja nieustannie walczyły z łakomstwem, w imię doskonałych
sylwetek. Ja miałam złamać zakaz, w imię przyjaźni. Pogryzłam czekoladkę
i westchnęłam z pełnymi ustami:
- Rewelacja. Belgijskie?
- Z Brukseli - przytaknęła z zadowoleniem Patrycja. - Wituś zabrał mnie
przy okazji biznesów.
- Jedz, jedz... idę zaparzyć herbatę. - Uśmiechnięta Nena ruszyła do
kuchni.
Patrycja i Sandra usiadły w fotelach. Ich wzrok pałał hamowaną
ciekawością.
- Rozmawiałam z Kimem... pamiętasz, mój bioenergoterapeuta. Dobrze ci
zrobi uporządkowanie aury. Ściągnąć go? - zapytała Sandra.
- Co jej ma uporządkować? Sandra, błagam cię! - Racjonalna Patrycja
przewróciła oczami z ubolewaniem.
- Aura to niewidoczna energia, którą wydzielamy. Ulega zaburzeniom po
wypadku albo w stresie - upierała się Sandra.
- Może zmienić kolor na ciemny - podrzuciłam.
- Dokładnie - przyznała, zaskoczona moją kompetencją.
Patrycja wytrzeszczyła na mnie oczy.
- Myślałam, że tylko Sandra ma fioła.
Roześmiałyśmy się. Sandra patrzyła na nas z wyższością.
- Bawcie się, proszę bardzo. Kim twierdzi, że obie macie zaburzone aury.
- A skąd on to niby wie? - Patrycja wbiła w nią wzrok, ze zmarszczonymi
brwiami.
- Widzi... na wylot, wszystko - stwierdziła spokojnie Sandra.
- Twój żółty cudotwórca podglądał mnie? Niby kiedy? - Głos Patrycji się
zaostrzył.
Sandra rozkoszowała się przewagą. Włączyłam się do gry.
- Przyprowadziła Kima do klubu tenisowego - rzuciłam, zgadując.
- Skąd wiesz? - Sandra spojrzała na mnie zaskoczona.
- Czytam w twoich myślach.
Sandra traktowała takie sprawy poważnie.
- Zostaw to specjalistom, proszę cię.
- Zaraz, zaraz! - zaprotestowała Patrycja. - I ten twój bio-cośtam
Azjata pooglądał sobie nasze...
- Aury - podpowiedziałam.
- Bez mojej zgody? Schowałaś go może w szatni? Tak się nie robi, Sandra!
- Oburzenie Patrycji było szczere.
Nena weszła z dzbankiem herbaty i filiżankami na tacy. Domyśliła się, że
doszło do starcia.
- O czym mówicie? Co się dzieje?
Sandra nie zamierzała się poddać.
- Najrówniejszą aurę ma Nena. O sobie nie mówię, bo ja medytuję.
- Dlaczego właśnie Nena? - zaprotestowała Patrycja.
- Najmniejszy przerost ambicji - wyjaśniła Sandra. - Malutkie ego.
Nena zaniepokoiła się.
- Dlaczego malutkie? To dobrze czy źle?
- Sandra twierdzi, że nie masz marzeń - wyjaśniła Patrycja.
- No co ty? Mam dużo marzeń - zdziwiła się Nena i zwróciła się do mnie:
- Nie znalazłam cukru.
- Może miód? W kredensie, na górnej półce.
Nena pogodnie kiwnęła głową i wyszła. Nie obrażała się, nigdy i o nic.
Patrycja uznała, że temat został wyczerpany.
Poczułam nagle falę gorąca, chwyciłam się za czoło. Przed oczami
zamigotało, z ciemności wyłonił się spłoszony, stający dęba Graf.
Zobaczyłam błysk i ogłuszył mnie huk wystrzału. Przede mną padał
człowiek. Mignęły światła reflektorów między drzewami. Zasłoniłam twarz
rękami.
- Co ci jest? Ewa! - Patrycja i Sandra były przestraszone.
Powoli wróciłam do rzeczywistości.
- Chwilami dopada mnie ból głowy.
- Zrobię ci chiński masaż - zdecydowała Sandra i usiadła bliżej.
- Lepiej jej nie ruszaj - udała zaniepokojenie Patrycja. - Jeszcze coś
zmajstrujesz z tą aurą.
Sandra cofnęła ręce z urażoną miną. Kolejnemu starciu przyjaciółek
zapobiegło pojawienie się Neny ze słoikiem miodu. Zaczęła nalewać
herbatę do filiżanek. Widziałam, że pomimo pogodnej miny cierpi z ciekawości, i postanowiłam jej ulżyć.
- O co chcesz zapytać?
Nena odwróciła się z błyskiem w oczach.
- Przypomniałaś sobie już wszystko?
- Nena, please! - parsknęła Patrycja.
Zapadła cisza, przyjaciółki patrzyły na mnie z napięciem. Musiały coś
usłyszeć o wypadku, inaczej ich wizyta straciłaby sens.
- Nic, słowo daję, pustka w głowie. Tylko obrazy - westchnęłam z rezygnacją.
- Obrazy? To dobrze - stwierdziła Sandra - przeciętny człowiek pamięta
przede wszystkim obrazy.
- Jestem przeciętna. I nie wiem, co te obrazy znaczą.
- A co pamiętasz? - Oczy Neny świeciły się jak latarki.
- Spłoszone konie w stajni, huk, ucieczkę. Potem jazda przez las,
światła z tyłu i... - przerwałam.
- I? - zapytały równocześnie.
- Koniec.
Spojrzały po sobie rozczarowane. Patrycja uderzyła się dłonią w czoło i wykrzyknęła:
- Stajnia! Cholera, coś się stało w stajni!
- Właśnie! To znaczy, że nie w lesie! - zgodziła się Nena.
- Nie w lesie, Nena! Przecież słyszałaś, że w stajni! Boże! - Patrycja
przewróciła oczami.
- No mówię, że w stajni, co się wściekasz? - broniła się Nena.
- Musisz tam wrócić - oświadczyła uroczystym tonem Sandra.
Zapadła pełna napięcia cisza.
- Ewa ma odpoczywać, po co miałaby jechać do stajni? - zaniepokoiła się
Nena.
- Trauma minie, kiedy odtworzy się zdarzenia, które ją wywołały. Na
przykład chwilę przyjścia na świat. Byłam na takiej terapii,
odgrywałyśmy swój poród. Wiele się wówczas o sobie dowiedziałam -
powiedziała Sandra.
- Co na przykład? - zainteresowała się Patrycja.
- O przyczynach moich lęków. I o ukrytych powodach konfliktów z Karolem.
- Przestałaś się kłócić z Karolem? Od kiedy? - zapytała Nena.
- Tego nie powiedziałam. Ale domyślam się, skąd biorą się jego problemy.
- Bo przyduszono cię przy porodzie - stwierdziła bezlitośnie Patrycja. -
Karola też?
Sandra wiedziała, że nie wolno jej się dalej posunąć.
- Nic wam nie powiem, same spróbujcie.
Patrzyłam na nie poważnie, powstrzymując wesołość.
- Daj spokój, mama rodziła mnie trzydzieści sześć godzin - powiedziała
Nena.
- To widać - rzuciła Patrycja.
Roześmiały się, Nena też. Wymiany ciosów były celne, ale nie zabójcze.
Choć chwilami rosło napięcie, wiedziały, jak uniknąć kłótni. Dobrze się
znały i zbyt ceniły swoje towarzystwo, żeby wywołać prawdziwą wojnę.
Musiałam przyznać, że w świecie kobiet mogły być wzorem do naśladowania.
Sandra uznała, że dobra atmosfera pozwala poruszyć temat tabu:
- Ewa musi pojechać do stajni i przekonać się, czy nie wróci jej pamięć.
Wszystkie trzy spojrzały na mnie z nadzieją. Takie wydarzenie na długo
mogło wyrwać je z objęć jedynego wroga - nudy.
- Nie mam amnezji, mogę opowiedzieć całe życie - zaczęłam po chwili. -
Wymazało się tylko kilka minut, może nawet sekund. Nie wiem, czy chcę
się dowiedzieć, co kryją. Na pewno coś nieprzyjemnego.
- Dość tego. Kobieta o mało nie zginęła, a wy ją dręczycie! -
oświadczyła Patrycja
- Mogłabym tam pojechać, ale na pewno nie sama - powiedziałam ostrożnie.
- No jasne, nie zostawimy cię! - zadeklarowała natychmiast Sandra.
- Pojedziemy z tobą! - dołączyła Nena z entuzjazmem.
Patrycja westchnęła
- No dobrze. Wybierzemy się na pokaz ujeżdżania koni Maxa von Thorna.
- Ten Max Thorn robi przyjęcie w klubie? Dlaczego ja nic nie wiem? -
Nena była poruszona wiadomością.
Mina Patrycja świadczyła, że dla niej wielki świat to codzienność.
- Wprowadzę was. Max pokazuje konie, które kupił we Włoszech i w Stanach. Ujeżdżać będzie on sam i jego nowy trener, z Hiszpanii. Max z trudem go namówił na przyjazd do Polski.
- Domyślam się - zgodziła się Sandra. - Kto chciałby tu mieszkać?
- Trzydzieści osiem milionów ludzi - zauważyłam. - I my.
- Nie zaczynajcie - pogodziła nas Patrycja. Była gorącą patriotką,
ponieważ tu zdobył fortunę jej Wituś. - Przyjdziecie?
Sandra i Nena były podekscytowane wizją spotkania z Maxem von Thornem.
- No pewnie Pati, jesteś cudowna. Dzięki! - wykrzyknęła Nena. - Hubert
poznał już Thorna. Ale wiecie, jaki jest mój mąż... nie cierpi mieszać
życia prywatnego z biznesami. Podobno Max przyjaźni się z królową
duńską. Czy to możliwe?
- Możliwe - zgodziła się Patrycja tonem osoby wprowadzonej w tajniki
duńskiego dworu.
Sandra rzuciła na szalę ostatnią kartę, zaproszenie jej miało być
niełatwe.
- Nie wiem, czy Karol nie ma jakiś planów.
- A co, już wrócił? - zapytała Patrycja podejrzanie spokojnym tonem.
Na twarzy Sandry pojawił się popłoch.
- Nie mów... Karol znów zniknął? - zaciekawiła się Nena.
Patrycja i Nena patrzyły ze współczuciem na Sandrę, której twarz
wyrażała cierpienie i godność.
- Nie ma go od dwóch dni. Nie obchodzi mnie to, nic!
Nastała chwila ceremonialnej ciszy. Wiedziałam, że Sandra nie mówiła
prawdy, Karola nie było dłużej. Jeszcze dzień i Sandra zamknie się w domu, położy do łóżka i będzie grać rolę chorej.
- Nie martw się, wróci. Będzie cię błagał o wybaczenie! - pośpieszyła
na ratunek Nena.
- Jak zawsze - zgodziła się Patrycja. - Ty jesteś święta. Za taki numer
zabiłabym Witusia. To jak, pojedziesz do klubu, Ewcia?
Patrzyły na mnie w napięciu. Westchnęłam i rzuciłam z rezygnacją:
- Ale nie zostawicie mnie samej, ani sekundy. Nawet z Maxem Thornem.
- Możesz być spokojna - zadeklarowała Sandra.
- Ty jesteś singiel, kochana. - Patrycja pogroziła mi palcem.
- Dlaczego nie? Może znalazłaby w końcu swoją miłość - zaprotestowała
Nena.
Patrycja przewróciła oczami z westchnieniem.
- Mogłabyś delikatniej. Ewa walnęła się w głowę, a ty wyjeżdżasz z romansami.
Dopiła herbatę, odstawiła filiżankę i podniosła się.
- No, czas na mnie. Jesteśmy umówione.
Nena też wstała.
- Hubert zaraz wraca, muszę mu podać obiad.
Sandra podeszła do mnie.
- Pa, Ewa, do jutra!
Były poważnie przejęte czekającą je przygodą, konfrontacją mojej pamięci
z ponurą tajemnicą stajni. Wymieniłyśmy pocałunki i uśmiechy. Patrycja,
Nena i Sandra ruszyły do wyjścia. W drzwiach pomachały mi. Przez
uchylone okno nadal słyszałam ich głosy.
W ogrodzie sprzątali liście Sikorek i Tomaszek, obywatele Konstancina od
urodzenia. Obaj po pięćdziesiątce, pochodzili z rodzin zakwaterowanych
po wojnie w opuszczonych willach. Teraz ich egzystencja przypominała
stan nieważkości, bez obowiązków, pośpiechu i celów. Wykonywali
przypadkowe prace, po czym zapadali się pod ziemię, z zapasami taniego
wina i papierosów. Bytowanie poza nawiasem konstancińskiej społeczności
czyniło Sikorka i Tomaszka wolnymi ludźmi i sprzyjało filozoficznemu
dystansowi.
Sandra, Nena i Patrycja szły w stronę samochodów, nie zauważając
wpatrzonych w nie mężczyzn. W świecie moich przyjaciółek Sikorek i Tomaszek byli niewidzialni.
- To wszystko przez to, że Ewcia jest sama - powiedziała Sandra.
- No co ty, dlaczego? - zainteresowała się Nena.
- Nie wiesz, co się dzieje z kobietą pozbawioną seksu? - Sandra
narysowała kółko na czole. - Estrogen zaburza pracę kory mózgowej.
Kłopoty z koncentracją. I z pamięcią - zakończyła ze znaczącą miną.
- Daj spokój, to jakaś pokręcona teoria - skrzywiła się Patrycja. - Seks
to broń. Do użycia, kiedy trzeba zawalczyć. Ewa widocznie nie ma o co.
Sikorek i Tomaszek z wrażenia przestali grabić ogród. Gapili się na
mijające kobiety z otwartymi ustami.
- Wiem, co mówię - uparła się Sandra. - Ile to już lat?
- Siedem - powiedziała Nena. - Dzień dobry panom - rzuciła do obu
mężczyzn. W arystokratycznym otoczeniu Neny panowała żelazna zasada
uprzejmości wobec każdego człowieka.
- Uszanowanie paniom. - Zaskoczony Sikorek ukłonił się z szerokim
uśmiechem. Tomaszek nie był w stanie wykrztusić słowa.
Patrycja i Sandra zacisnęły usta i rzuciły Nenie karcące spojrzenia.
Brakowało tylko, żeby ci dwaj zaczęli je publicznie pozdrawiać.
Proletariackie pochodzenie Patrycji, po osiągnięciu majątkowego sukcesu,
doprowadziło do zerwania z korzeniami. Mieszczańscy przodkowie Sandry
nie lubili, a nawet bali się ludzi z tak zwanych nizin społecznych. Trzy
przyjaciółki zatrzymały się obok samochodów.
- Siedem lat bez faceta? - upewniła się Sandra.
- Oszalałabym - oświadczyła Patrycja.
Roześmiały się.
- Mam coś dla Ewy - powiedział Sandra. - Znajomy Karola, podróżnik,
obieżyświat. Właśnie wrócił z wyprawy dookoła świata.
Nena i Patrycja spojrzały na nią zaciekawione. Sandra położyła palec na
ustach, na znak, że nic więcej od niej nie wydostaną. Zadowolona z przewagi wsiadła do samochodu, uruchomiła silnik i wyjechała z ogrodu.
Patrycja i Nena ruszyły za nią. Porsche cayenne, range rover i mercedes
zakołysały się w bramie i przyśpieszyły na wykładanej kostką ulicy.
Sikorek i Tomaszek patrzyli na odjeżdżające samochody. Sikorek splunął
na ziemię.
- Pan Bóg nas chronił przed takimi.
- Pewnie - zgodził się Tomaszek, odprowadzając rozmarzonym wzrokiem
kobiety za kierownicami.
Sikorek trącił go energicznie, przywracając do porządku.
- No co? - oburzył się Tomaszek.
Sikorek bez słowa pokazał na grabie i stos liści do uprzątnięcia. Obaj
wrócili do pracy. Ich milczenie zabarwiała filozoficzna rezygnacja.
Rozdział IV
IV
Niedziela była piękna, wymarzony dzień na wyjazd do klubu jeździeckiego.
Ze względu na mój wypadek Rafał wyjątkowo zgodził mi się towarzyszyć.
Marysia, z ironicznym błyskiem w oczach, życzyła nam dobrej zabawy. A ja
czułam niepokój na myśl o tym, co mogę sobie przypomnieć.
Kryty maneż był podobno największą drewnianą budowlą w Europie. Wysoko
sklepioną kopułę dachu spinały całe sosny, wygięte w łuki jak w gotyckiej katedrze. Na galerii wzdłuż maneżu rozsiadło się
kilkudziesięciu gości, dobrze ubrane kobiety i mężczyźni w lekkich
marynarkach i rozpiętych koszulach. Z boku, za rozsuwaną ścianą ze
szkła, bielały stoliki eleganckiej restauracji; tak ustawione, by goście
również mogli podziwiać występy na maneżu. Tu rozsiedliśmy się my,
Patrycja, Sandra, Nena, Rafał i ja. Na głowie miałam przepaskę założoną
w szpitalu, częściowo ukrytą pod włosami.
Na maneż, na pięknym, wysokim koniu kłusem wjechał postawny mężczyzna
przed czterdziestką, Maximilian Thorn. Ubrany był w dobrze skrojony
strój jeździecki, podkreślający mocną sylwetkę. Toczek pasował do
regularnych rysów twarzy. W skupieniu kierował ruchami konia, który z gracją tańczył na długich, zgrabnych nogach. Zatrzymali się przed
galerią, Thorn ukłonił się, przeczekał oklaski i ruszył kłusem wzdłuż
ogrodzenia maneżu.
Nie spotkałam jeszcze Maxa Thorna, ale od paru miesięcy mówiło się o nim
w Konstancinie. Pochodził z rodziny pruskich baronów. Podobno cały
majątek zabrał im Goering, jeszcze przed wojną, w odwecie za ucieczkę
dziadka Maxa do Anglii. Thornowie odzyskali fortunę dzięki powojennym
odszkodowaniom. Ich zamek i ziemie zostały na Mazurach. Matka Maxa była
Polką i dlatego mówił po polsku, ale rzadko odwiedzał drugą ojczyznę.
Jako dziedzic dużego majątku budził zainteresowanie wśród naszych
biznesmanów i stał się obiektem towarzyskich polowań.
Po kilkunastu minutach dobrze wykonanych układów Max skończył pokaz i z uśmiechem ukłonił się bijącej brawo publiczności. Na maneż wjechał
ciemnowłosy Hiszpan, na karym koniu. Zajął pozycję wyjściową i złożył
ukłon w stronę widzów. Max lekko zeskoczył z wierzchowca, podał
stajennemu toczek, po czym wszedł do restauracji. Ściągając zamszowe
rękawiczki, podszedł do naszego stolika, pochylił się nad Patrycją i wymienił z nią pocałunki.
- Urządzę wybory miss amazonek, wystartujesz? - rzucił z uśmiechem. Jego
polski naznaczony był lekkim akcentem, z gardłowym "r" teutońskich
przodków.
- Ile płacisz? - zapytała rzeczowo Patrycja.
Max zignorował pytanie, dotknął palcem naszyjnika z pereł, tuż nad jej
dekoltem.
- To też jest piękne.
Pod wpływem dotyku pierś Patrycji uniosła się w lekko.
- Prezent od Witusia.
- Od kochanka nie nosiłabyś publicznie.
- Nie mam kochanka.
- Wiem, to byłbym ja - stwierdził z udaną powagą Max.
Nadęty, próżny bałwan, pomyślałam z irytacją. Patrycja wymierzyła Maxowi
klapsa w dłoń, która wciąż dotykała naszyjnika. Cofnął rękę z uśmiechem.
- Przedstawisz mnie?
- Baron Maximilian von Thorn - powiedziała Patrycja, niskim głosem
akcentując słowo 'baron'. Wskazała na Nenę. - Nena jest żoną hrabiego
Huberta Odrowąża, być może go znasz.
- Huberta? Oczywiście, jest wspólnikiem najlepszej kancelarii prawniczej
w Warszawie - powiedział Max, całując dłoń Neny.
Policzki Neny zabarwił lekki rumieniec.
- Jeździ pan jak... - nie znalazła słowa i rumieniec stał się jeszcze
wyraźniejszy. Zapadła chwila ciszy, spłoszony wzrok świadczył, że nie
wybrnie z potknięcia.
- Jak zawodowiec - podpowiedziałam.
Max zwrócił się w moją stronę, w jego oczach błysnęło zainteresowanie.
- Dziękuję za komplement z ust znawcy. Pani chyba trzyma konia w naszej
stajni, prawda?
Poczułam niepokój. Skąd u diabła, wie o mnie i Grafie? Max wskazał na
maneż, na którym zaczął pokaz ujeżdżania Hiszpan.
- Prawdziwy mistrz jest tam. Ja się wciąż uczę.
- Powiedziałeś w naszej stajni? - zapytała zaintrygowana Patrycja.
- Od miesiąca jestem udziałowcem klubu - wyjaśnił Max. - Pochylił się
nad moją dłonią - Może wybierzemy się kiedyś na przejażdżkę?
- Przejażdżkę? Uważaj Ewa, to pożeracz serc! - wykrzyknęła z udanym
lękiem Patrycja.
Wszyscy się roześmiali, a Max zwrócił wzrok na Sandrę. Można było
wyczuć, że jej uroda modelki robiła na nim wrażenie.
- Sandra jest żoną Karola Niewiadomskiego, znanego reżysera i producenta
reklam - przedstawiła Patrycja, akcentując tym razem "żoną".
- Witam. - Max przytrzymał dłoń Sandry - Jest tu szczęściarz, którego
pani wybrała?
Nena i Patrycja czekały w napięciu na odpowiedź. Na twarzy Sandry nie
drgnął ani jeden muskuł.
- Kręci film, w Argentynie - odparła spokojnie.
- Jakoś mnie to nie martwi - powiedział Max z uśmiechem. - Mam nadzieję,
że nie nudzą pani konie?
- To najciekawsze zwierzęta na świecie. Poza mężczyznami.
- Studiuje pani ten gatunek?
- Namiętnie - wyznała Sandra, mrużąc z uśmiechem zielone oczy o kocim
wykroju.
Patrycja zamachała rękami i zawołała z przestrachem:
- Niech ktoś ich odciągnie od siebie! - chwyciła Maxa za ramię i zmusiła, żeby odwrócił się do niej. - Jeśli chcesz uwieść Sandrę, ceną
jest drink dla nas wszystkich! - Odwróciła się do Rafała. - Max Thorn,
Rafał Konarski, brat Ewy. Dziennikarz śledczy. Uważaj, to niebezpieczny
człowiek!
Max uścisnął dłoń Rafała. Zaskoczył mnie jego naturalny uśmiech.
Zrozumiałam, że występ z moimi przyjaciółkami i ze mną był podszyty
kpiną. Max bawił się naszym kosztem. Zwyczajnie zareagował na Rafała,
który pracował w konkretnym zawodzie.
Miałam mieszane uczucia. Pan baron uważa nas za prostaków, porównuje w myślach z niemieckim lub angielskim towarzystwem. Jest zwykłym
pyszałkiem. I dlaczego tak dziwnie spojrzał na mnie, kiedy mowa była o stajni? Miał coś wspólnego z moimi koszmarami? Dużo bym dała, żeby
wiedzieć, co kryje się w głowie Maximiliana Thorna.
Zobaczyłam, że w naszym kierunku idzie Wituś, mąż Patrycji. Mocno
zbudowany, z czerwoną twarzą i wystawionym brzuchem, chodząca pewność
siebie. Skinieniem głowy odpowiadał na pozdrowienia od stolików. W rękach trzymał szklaneczkę whisky z lodem i grube, dymiące cygaro.
Wyraźnie nie obowiązywał go zakaz palenia w restauracji.
Za nim szła Wiktoria, siedemnastoletnia córka Patrycji. Była ładna i delikatna, ale miała znudzoną i rozdrażnioną minę. Wituś zatrzymał się
przy naszym stoliku i bez przywitania zawołał do Maxa:
- Thorn, zostaw nasze kobiety! Bo wywołamy trzecią wojnę!
Głowy gości zwróciły się w jego stronę. Wituś był znaną postacią i lubił
grać pierwszoplanową rolę. Patrycja roześmiała się. Max zwrócił się do
niej:
- Jak ty wytrzymujesz z tym gburem?
Jeden z mężczyzn siedzących przy barze zawołał:
- Z największym trudem!
Wszyscy dookoła się roześmiali. Wituś udał, że nie usłyszał, pokazał
Wiktorii wolny fotel, sam chwycił następny i usiadł na nim z rozmachem.
Wiktoria siadając, sięgnęła po stojący przed Patrycją kieliszek z winem.
Wituś wyjął kieliszek z jej dłoni i odstawił na blat. Wiktoria zacisnęła
usta i zapadła się głęboko w wiklinowy fotel. Wituś podniósł szklaneczkę
z whisky.
- Toast! Za wejście Maximiliana Thorna do naszego klubu!
Goście restauracji chwycili szklanki i kieliszki. Max był zakłopotany,
najwyraźniej nie przepadał za ostentacją Witusia.
- Dzięki, to będzie ogłoszone w poniedziałek... - zaczął, ale Wituś nie
pozwolił mu skończyć:
- Daj spokój, Max, twoja firma rano musi zgłosić to na giełdzie! Mów
lepiej, co tu robimy!
- Oglądamy występ mojego przyjaciela i trenera, Domingo Miguela Carrosa.
- Max pokazał na Hiszpana, który perfekcyjnie wykonywał kłus bokiem, po
przekątnej kwadratu.
- Tak, tak. - Wituś machnął dłonią z cygarem. - Opowiadaj o biznesie,
ludzie mają prawo usłyszeć. - Zatoczył ręką szerokie koło.
Rozległ się chór potwierdzających głosów. Max ukrył irytację.
- Zapraszam na frankfurcką giełdę - powiedział ze spokojnym uśmiechem.
- Uparciuch! - Wituś zrobił błazeńską minę. - Kupujemy tu cały tysiąc
hektarów! - krzyknął i machnął ręką ze szklaneczką, tak mocno, że whisky
rozlała się na kolana Wiktorii.
- Co robisz, do cholery?! - wrzasnęła Wiktoria, zrywając się, żeby
ratować sukienkę.
Zapadła chwila skonsternowanej ciszy, potem rozległ się wybuch śmiechu
Witusia.
- Cała Pati, jak boga kocham! - wykrzyknął i złapał dziewczynę za ramię.
Jej skóra pobielała pod jego grubymi palcami.
- Au! To boli... puszczaj! - zawołała Wiktoria, wyszarpując ramię z uchwytu. Odsunęła fotel i ruszyła w stronę wyjścia z restauracji, w oczach błyszczały jej łzy. Patrycja wstała, rzucając Witusiowi gniewne
spojrzenie. Chciała ruszyć za córką.
- Siadaj - powiedział Wituś cichym głosem.
Patrycja zawahała się i usiadła.
- Wyczyści się i wróci. Zdarza się, prawda? - rzucił lekkim tonem Wituś,
kierując to do wszystkich.
Od stolików odpowiedziały mu potakiwania i uśmiechy. Wituś podniósł znów
szklaneczkę z resztką whisky:
- Zdrowie mojego przyjaciela, barona Maxa von Thorna! Najlepszego
jeźdźca wśród biznesmenów i biznesmena wśród jeźdźców! W Niemczech -
dodał z uśmiechem i mrugnięciem oka.
Wszyscy spełnili toast. Zastanawiałam się, po co Wituś zmuszał córkę
Patrycji do brania udziału w takich wydarzeniach. I dlaczego Patrycja
zgadzała się na to. Jeśli to miała być towarzyska inicjacja Wiktorii, po
co ją upokarzał? Było coś dziwnego w ich relacji. Na twarzy Thorna
pojawił się wyraz niesmaku. Sandra nachyliła się do mnie i szepnęła:
- Daj sobie spokój z Maxem, to playboy. Mam dla ciebie coś ciekawszego.
Podróżnik, fotografik, obieżyświat. Dwa lata dookoła kuli ziemskiej.
Robi zdjęcia, dużo inwestuje. Stracisz głowę.
Udałam zaskoczenie, a Sandra uśmiechnęła się tajemniczo. Tymczasem Wituś
uniósł wysoko pustą szklaneczkę i zawołał w stronę baru:
- Czy w tej knajpie jest choć jeden przytomny kelner? Jeszcze chwila i namówię barona, żeby wycofał inwestycję!
Musiałam na chwilę odetchnąć od high life'u i Witusia. I przywitać
się z Grafem. Byłam pewna, że wyczuł moją bliskość. Wymknęłam się z restauracji na dziedziniec. Spojrzałam w stronę otwartych drzwi do
stajni. Czarny, nieruchomy prostokąt zrobił na mnie nieprzyjemne
wrażenie.
Pomimo ciepłego wieczoru poczułam chłód. Coś w mojej głowie buntowało
się przeciw wejściu do środka. Skarciłam się w myślach, z powodu zwidów
nie zrezygnuję z odwiedzenia Grafa.
Zdecydowanym krokiem pokonałam dziedziniec i weszłam do stajni. Panował
tu półmrok, rozświetlony smugami światła z okienek nad boksami.
Usłyszałam stuknięcia kopyt i parskanie, poczułam zapach koni,
najpiękniejszą woń na świecie.
Graf zarżał cicho i wysunął łeb z boksu, jego oczy lśniły w półmroku.
Podeszłam do boksu i odsunęłam drzwi. Objęłam go za szyję i przytuliłam.
Stał spokojnie, obwąchując moje ramiona. Lęk wyparował. Nagle usłyszałam
za sobą:
- To prawdziwa miłość.
Odwróciłam się z niemiłym uczuciem, że zakłócono moją intymność. W korytarzu przed boksem stał Max Thorn, przyglądał mi się z uśmiechem.
Opanowałam odruch niechęci i wykonałam gest prezentacji.
- Pan baron... pan Graf.
Max zbliżył się i pogłaskał łeb konia. Pokazał na przepaskę na moim
czole.
- To on cię zrzucił?
- Jest gentlemanem. I uosobieniem delikatności.
Koń rzucił łbem, odsuwając jego rękę. Max się uśmiechnął.
- Przepraszam, stary.
Graf kiwnął głową, przyjmując przeprosiny, ale kiedy Max zbliżył rękę,
znów rzucił głową. Byłam z niego dumna.
- Zapomniałem, że miałaś wypadek samochodowy - powiedział Max. - Szalona
jazda nocą. Coś cię przestraszyło?
- Nie pamiętam. Nic nie pamiętam.
- Patrycja powiedziała, masz częściową amnezję.
Thorn patrzył na mnie uważnie, czekał na odpowiedź. Nastał moment ciszy,
wypełnionej parskaniem i tupaniem koni. Chciałam wyjść z boksu, ale Max
stał w przejściu.
Poczułam się nieswojo. Czyżby wiedział coś o wydarzeniach tamtej nocy?
Robi tu biznes, kupił akcje klubu, może bierze udział w jakiś ciemnych
interesach. W jakim celu przyszedł za mną do stajni? Bał się, że coś
sobie przypomnę? I co wówczas, zamordowałby mnie? Nonsens, za dużo
świadków. Ale mógł przekazać wiadomość o mojej odzyskanej pamięci. Komu?
Patrzyliśmy sobie w oczy w milczeniu. Max czekał w napięciu, nie
potrafił albo nie próbował ukryć, jak ważna była moja odpowiedź.
Wybawiły mnie kroki na końcu stajni, po chwili doleciały do nas głosy
Wiktorii i Witusia. Max wsunął się do boksu, położył palec na ustach.
- Nie świruj, Wiki, bardzo cię proszę! - mówił podniesionym tonem Wituś.
- Co to za wychodzenie przy ludziach?
- Mam ochotę pojeździć. - W głosie Wiktorii czytelne było rozdrażnienie.
Rozległ się hałas rozsuwanych z trzaskiem drzwi. Spojrzałam ponad
ścianami boksów i zobaczyłam głowę Wiktorii, która chciała wejść do
swojego konia. Przebrana była w strój do jazdy. Za nią pojawił się
Wituś. Energicznym chwytem za ramię wyciągnął Wiktorię na środek stajni,
z trzaskiem zasunął drzwi i wrzasnął:
- Nie dziś! Nie po to przyjechaliśmy!
Spłoszone konie rzuciły się w boksach.
- Może ty nie! Ale ja mam w dupie twoje interesy!
- Jesz chleb dzięki moim interesom!
- Wypchaj się swoim chlebem! - krzyknęła Wiktoria. - Twoi kumple macają
mnie wzrokiem! Może chcesz, żebym z którymś poszła do hotelu? Proszę
bardzo, powiedz z którym! Może z tym Maxem? Jemu teraz liżesz dupę?
- Nie przeciągaj, bo... - w głosie Witusia zabrzmiała groźba.
- Bo co? - Wiktoria parsknęła złym śmiechem. - Grozisz mi?
Do stajni szybkim krokiem weszła Patrycja. Odnalazła wzrokiem Witusia i Wiktorię, podeszła do nich.
- Co się dzieje? O co znów się żrecie?
Wiktoria pokazała wyciągniętym palcem na Witusia.
- Każe mi siedzieć z tymi świntuchami! A ja chcę pojeździć!
- Dobrze wiem, o co chodzi, Wiki! O pana trenera... - wykrzywił się
szyderczo Wituś.
Patrycja zmierzyła córkę badawczym spojrzeniem.
- Wiki?
- Dlaczego nie mogę mieć trenera?
- Bo twoja kobyła kosztowała mnie dwieście tysięcy! Ile kurwa mam
jeszcze na te jazdy wydać? Na faceta, który rozbiera cię wzrokiem? A tobie się to podoba!
- Może powiesz, jak mam ułożyć konia bez trenera?
- Wiem, o co ci chodzi, nie jestem idiotą! Już on ułoży... ciebie, nie
konia.
- Zazdrosny palant! - parsknęła Wiktoria.
- Co ty powiedziałaś?
Wituś prawie stracił głos ze złości. Zrobił krok w stronę Wiktorii,
chwycił ją za rękę. Ona szarpnęła się, ale Wituś nie puszczał. Patrycja
ruszyła, żeby ich rozdzielić. Przez chwilę mocowali się w milczeniu,
wściekle sapiąc. Nie miałam ochoty dłużej oglądać tej sceny, ale nie
mogłam niezauważenie wydostać się ze stajni. Max spojrzał na mnie i rozłożył ręce.
Tymczasem Patrycji udało się rozdzielić Wiktorię i Witusia. Stanęła
między nimi z szeroko rozpostartymi ramionami.
- Uspokójcie się, do cholery! Jeszcze ktoś zobaczy!
Wiktoria cofnęła się, chwyciła oparte o ścianę widły. Wituś odskoczył
przestraszony.
- Odstaw to!
- Wiki! - krzyknęła Patrycja.
- No chodź! Chodź tu! - Wiktoria natarła widłami na Witusia.
- Kurwa mać, pożałujesz! - wrzasnął Wituś, po czym odwrócił się i rzucił
do ucieczki.
Wiktoria ruszyła za nim biegiem, z wyciągniętymi widłami. Prawie
dogoniła go przed drzwiami stajni. Przerażony Wituś spojrzał za siebie,
potknął się na progu, wypadł na dziedziniec i zrolował na wybrukowanym
podjeździe z okrzykiem bólu.
Wiktoria parsknęła śmiechem, rzuciła widły na podłogę stajni i z siłą,
którą daje złość, zatrzasnęła ciężkie drzwi. Odwróciła się do Patrycji,
jej śmiech stał się histeryczny, potem zamienił się w płacz. Patrycja
podeszła szybko do córki, objęła ją. Mówiła coś cicho, uspokajała i gładziła po włosach. Po chwili otworzyła drzwi stajni i wyprowadziła
przytuloną Wiktorię. Na zewnątrz nie było już Witusia.
Zapadła cisza. Widziałam wystające z boksów głowy koni i lśniące oczy.
Rozdęte chrapy węszyły z niepokojem. Stałam blisko Maxa, dotykałam go
biodrem, jakbym instynktownie szukała wsparcia. Poczułam falę gorąca i odsunęłam się.
- Ciekawe historie można tu usłyszeć - uśmiechnął się Max.
Byłam wdzięczna, że nie zauważył mojego zmieszania. Poklepałam głowę
Grafa i zrobiłam krok do wyjścia z boksu. Max odsunął się trochę, ale
zostawił mało miejsca. Utknęliśmy w drzwiach. Byłam gotowa kopnąć go
kolanem, żeby się uwolnić. Usłyszałam nagle głos Rafała:
- Ewa?
- Jestem! - wykrzyknęłam z ulgą i przepchnęłam się obok Maxa. W pośpiechu potknęłam się na progu boksu i prawie przewróciłam.
- Uważaj! - Rafał podbiegł i złapał mnie za ramię. Jednocześnie dojrzał
Maxa.
- Ewa pokazywała mi Grafa. Piękne zwierzę. - Max skinął nam głową i ruszył w stronę wyjścia ze stajni.
Rafał spojrzał na mnie pytająco. Patrzyłam na oddalającego się Maxa.
Czułam, że jestem blada, drżały mi usta.
- Co się dzieje?
- Wracajmy do domu, mam dość - odpowiedziałam.
- Ja też... od pierwszej minuty - zgodził się Rafał.
Zamknęłam drzwi do boksu. Pocałowałam i poklepałam czoło Grafa, potem
odwróciłam się w stronę drzwi stajni. Maxa już nie było.
Stare volvo Rafała kołysało się na piaszczystej drodze. Tej samej, z której wypadłam. Słońce zaszło za chmurami, pod drzewami robiło się
ciemno. Rafał pierwszy przerwał milczenie:
- Miło, że pochwalił Grafa, taki znawca koni.
Poczułam rozczarowanie. Mojego brata nie obchodziło, że groziło mi
niebezpieczeństwo
- Thorn mógł mi zrobić krzywdę, nie pomyślałeś?
Rafał skrzywił się.
- Przesadzasz. Sama mnie zaciągnęłaś na tę paradę snobów. Jeśli szukasz
romansu, nie rób ze mnie przyzwoitki.
Spojrzałam na niego wkurzona, ale po chwili musiałam parsknąć śmiechem.
- Nie szukam romansu, ale generalnie masz rację.
Auto zakołysało się na wybojach. Przed maską zamajaczyły połamane
krzaki. Mijaliśmy miejsce, w którym wyjechałam z drogi. Przed kim
uciekałam? Przed Maxem Thornem? Mój dobry nastrój znów się ulotnił.
Po kilku minutach jazdy dotarliśmy do wylotu leśnej drogi. Rafał
wyjechał na pustą szosę i przyśpieszył. Z prawej strony przesunęła się
tablica z napisem: WARSZAWA - 25 km. Ktoś, zapewne rozweselony mocnymi
trunkami członek klubu jeździeckiego, dopisał literę "K", tworząc napis:
WARSZAWKA.
Rafał uruchomił odtwarzacz, rozległa się łagodna melodia i magnetyczny
głos Cohena: - Susan takes you down to her place by the river...
Wyciągnęłam się wygodnie w fotelu i przymknęłam oczy. Gdzie mnie
zabierała ta historia? Jaką tajemnicę ukrywał Max? Podobał mi się,
musiałam przyznać. I bałam się go. Czy cierpiałam na syndrom samotności?
Albo jeszcze gorzej: fascynacji przestępcami? Weź się w garść, kobieto,
nie jesteś egzaltowaną idiotką - skarciłam się w myślach.
Rozdział V
V
W południe następnego dnia wracałam do Konstancina małym citroenem z napisem na drzwiach: Samochód zastępczy. Zatrzymałam się w długim
korku przed zwężeniem dwupasmowej drogi. Z zamyślenia wyrwał mnie głos
spikera z radia:
- Rząd Niemiec domaga się wyjaśnienia zaginięcia biznesmana, który od
pewnego czasu inwestował w Polsce, Hansa Dietricha Schonenbacha. Polska
policja zapewnia, że podjęła wszystkie niezbędne czynności w celu
ustalenia miejsca pobytu niemieckiego biznesmana.
Wiadomość zelektryzowała mnie. Niemiecki biznesmen tak ważny, że rząd
się o niego upomina? Czy był znajomym Thorna?
Samochód przede mną ruszył, odruchowo wrzuciłam bieg i nacisnęłam pedał
gazu. W wolne miejsce za mną wsunął się czarny wóz z przyciemnionymi
szybami. Przyśpieszyłam za kolumną samochodów, po stu metrach skręciłam
w boczną ulicę. Wóz z czarnymi szybami skręcił za mną.
Zaniepokoiło mnie to, ale po chwili wzruszyłam ramionami. W moim stanie
ducha wszystko wydawało się podejrzane, powinnam uważać, żeby nie wpaść
w manię prześladowczą.
Pół kilometra dalej zobaczyłam kilkanaście zatrzymanych samochodów.
Ulica była zwężona do jednego pasma przez roboty drogowe, pośrodku stał
range rover z kołami w wypełnionym wodą wykopie. Z boku grupka kierowców
radziła, jak wydostać wóz i uwolnić przejazd. Widocznie nie chcieli
wracać do zapchanej głównej ulicy. Wysiadłam z citroena, żeby ocenić
sytuację.
Zza mężczyzn wysunęła się Patrycja i pomachała do mnie ręką. Potem
sięgnęła do range rovera, wyciągnęła pakunki z zakupami, pilotem
zamknęła zamki i ruszyła szybkim krokiem w moją stronę. Zaskoczeni
mężczyźni zaprotestowali chórem, ale nie zrobiło to na niej wrażenia.
Podeszła i pocałowała mnie w oba policzki.
- Z nieba mi spadłaś, Ewciu! Jedźmy!
- Zostawisz tak wóz? - zapytałam, patrząc na rozzłoszczonych kierowców.
- No pewnie - odparła Patrycja. - Jedźmy do domu.
Powiedziawszy to, wyciągnęła w stronę kierowców dłoń, ze środkowym
palcem do góry. Rozległa się wrzawa oburzonych głosów, kilku mężczyzn
ruszyło w naszą stronę. Wsiadłam szybko za kierownicę i uruchomiłam
silnik. Patrycja wrzuciła na tylne siedzenia pakunki, usiadła na miejscu
pasażera. Była w świetnym nastroju.
- Jedź, na co czekasz?
Wrzuciłam wsteczny, zawróciłam i ruszyłam w stronę głównej ulicy. W lusterku zauważyłam, że czarny wóz z ciemnymi szybami też zawrócił i ruszył za nami. Poczułam dreszcz emocji. Nie wyglądało to na przypadek,
byłam śledzona! Patrycja wybrała numer w telefonie komórkowym.
- Panie Staszku, znajoma już mnie zabrała. Ma pan zapasowego pilota?
Niech pan weźmie tego grata i wrzuci do Wisły - przerwała na chwilę. -
No dobrze, jak pan chce. - Rzuciła komórkę na deskę rozdzielczą i powachlowała się dłonią - Jezu, muszę złapać oddech! Ale jazda!
- Nie boisz się, że zrobią coś z wozem?
Roześmiała się zadowolona.
- Niech tylko spróbują! Zrobiłam im fotki telefonem, kiedy zaczęli
pyskować. Dobrze wiedzą, kim jestem. Odwieziesz mnie, zrobię pyszną kawę
i napijemy się martini, okej?
Kiwnęłam głową. Patrycja opadła na oparcie fotela.
- Zjawiłaś się w samą porę.
W lusterku obserwowałam wóz z ciemnymi szybami, który trzymał się
kilkadziesiąt metrów z tyłu. Pomyślałam, że powiem o podejrzeniach
Patrycji, ale zapewne wysiadłaby i pobiegła do tamtego wozu z awanturą.
Ruszyłam ostro, żeby wskoczyć w wolne miejsce między samochodami, na
głównej ulicy.
- Uważaj! - krzyknęła Patrycja.
Zahamowałam centymetry od błotnika wozu przed nami.
- Jezu, kobieto... nic dziwnego, że miałaś wypadek - stwierdziła Patrycja,
oddychając z ulgą.
Przejechałam przez rondo w centrum Konstancina i wydostałam się z korka.
Skręciłam w ulicę, przy której stały najbardziej okazałe rezydencje. W lusterku zobaczyłam, że czarny wóz skręcił za nami. Pozwolę mu zbliżyć
się, zapamiętam numery rejestracyjne i poproszę Rafała, żeby sprawdził
drani. Mój brat miał zaprzyjaźnionych policjantów. Zwolniłam, ale czarny
wóz był czujny, utrzymał dystans.
Patrycja od kilku minut nie przestawała mówić:
- No i ten profesor powiedział, że tak dobre światło jak moja galeria ma
tylko Muzeum Narodowe. Wyobrażasz sobie? No, ale kto chodzi do
Narodowego? U mnie ludzie dostają wino i sushi. A tam co? Goło i wesoło!
Nic nie można kupić, najwyżej ukraść! - roześmiała się głośno ze swojego
żartu.
- Tak powiedział? - Nie spuszczałam wzroku z lusterka, z odbiciem
czarnej limuzyny.
- Ja tak mówię, głupia! Jemu nie wypada, w końcu profesor. Dostaje od
mnie pięć tysięcy miesięcznie, do ręki... to co ma mówić? Jestem ci
wdzięczna, że mi go poleciłaś! Cała warszawka już gada, że moja galeria
mu kustosza... samego profesora Byczkowskiego! On cię uczył malować? Może
i ja bym spróbowała? Po co płacić malarzom, jak ma się galerię? To nie
filozofia machać pędzlem. No powiedz sama?
Wiedziałam, że żartuje, ale nie bawiło mnie to. Też chciałabym mieć
własną galerię. I pieniądze na zakup obrazów. Muszę uważać, żeby nie
dopadła mnie zawiść.
- Profesor Byszewski, nie Byczkowski - powiedziałam. - Zapamiętaj, bo
jest czuły na swoim punkcie. Co wiesz o Maximilianie Thornie?
Patrycja spojrzała na mnie bystrym wzrokiem.
- Wpadł ci w oko? No przyznaj się. - Nie pozwoliła mi zaprzeczyć. -
Spoko, każda by się z nim puściła. Ale ja kocham Witusia... choć
nienawidzę bydlaka, bo robi, co chce. - Zmieniła ton na poważny. -
Lepiej uważaj na Thorna. Wituś mówi, że kręcą się przy nim ludzie z miasta.
- Którego miasta?
Przewróciła oczami z westchnieniem.
- Ty jesteś dziecko! Tak się mówi na gangsterów, nie wiesz? - Pokazała
na bramę przed ogromną willą. - Zatrzymaj, nie pamiętasz gdzie mieszkam?
Co z tobą?
Zahamowałam przed bramą. Tak gwałtownie, że Patrycja musiała oprzeć się
o deskę rozdzielczą. Upadł jej pod nogi telefon komórkowy. Pochyliła
się, szukając go pod siedzeniem. Było zbyt ciasno, więc otworzyła drzwi
i wysiadła, po czym znów pochyliła się pod fotel.
- Jezu... jak ludzie jeżdżą takimi pudełkami! - wystękała z wysiłku.
Rozległ się trzask materiału. Patrycja odwróciła się, żeby zobaczyć
pęknięcie spódniczki.
- No pękła mi... zobacz! Utyłam jak krowa! - Znalazła telefon pod fotelem,
potem zabrała z tylnego siedzenia torebkę i pakunki z zakupami. - Nie
zapraszam cię, Ukrainki sprzątają, jest kompletny burdel.
Nie przypomniałam jej o obietnicy kawy i martini. Chciałam zapolować na
numer rejestracyjny czarnego wozu. Nie potrafiłam nawet określić jego
marki.
- Ten czarny samochód, co to za marka? - zapytałam.
Patrycja rzuciła wzrokiem na wóz zaparkowany kilkadziesiąt metrów za
nami.
- Infinity. Stary model, sprzed dwóch lat. Podoba ci się? Obciach, daj
spokój... dla ruskich nuworyszy. - Spojrzała na mnie z niepokojem. - Z twoją głową na pewno jest okej?
- Wszystko gra - odparłam z uśmiechem.
- No to cool ! - wsunęła się do środka i pocałowała mnie w policzek. -
Dzięki za podwózkę, Ewcia! Zadbaj o siebie. Dobrze ci zrobi trochę
seksu, wiem, co mówię. Nie będziesz taka roztargniona... gangster nie
gangster. Wituś też zna różnych takich. Wiadomo, w biznesach to mus. Pa,
pa! Sandra i Nena zaraz będą w Papierni, wpadnij koniecznie. Zmienię tę
kieckę, wezmę bryczkę i przyjeżdżam. Nie gadajcie o niczym ważnym beze
mnie!
Z pakunkami i torebką w rękach nacisnęła łokciem domofon. Brama
otworzyła się, wyszedł ochroniarz i przejął pakunki. Poszli oboje w stronę willi. Z głębi ogrodu nadbiegły szczekające dwa psy, egzotycznych
ras. Patrycja schowała się za ochroniarza, żeby psy nie skoczyły na nią
z radości.
Wrzuciłam wsteczny, spojrzałam w lusterko. Czarny wóz zniknął, jakby
rozpłynął się w powietrzu. Ki diabeł?
Po kilku minutach wjechałam na teren Papierni, niewielkiego centrum
handlowego, przerobionego z XVIII-wiecznej manufaktury zwanej Królewską
Fabryką Papieru. Podobno król Stanisław August korzystał wyłącznie z papieru tu zrobionego, i na nim też wydrukowano Konstytucję 3 Maja.
Zaparkowałam citroena, zamknęłam drzwi pilotem i ruszyłam wybrukowaną
ścieżką. Przechodząc przez mostek nad kanałem płynącym wzdłuż budynku,
rozejrzałam się dyskretnie. Nigdzie nie było czarnego wozu. Infinity,
czyli nieskończoność - pretensjonalna nazwa, pomyślałam z niechęcią.
Zauważyłam, że przygląda mi się mocno zbudowany mężczyzna w skórzanej
kurtce, który wysiadł z terenowego audi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki