Prolog
Zobaczyłam krew.
Chłód przenikał moje ciało.
Z każdą sekundą moje serce biło coraz szybciej.
Ktoś do mnie krzyczał, ale słowa docierały do mnie
jak przez bardzo gęstą mgłę. Słyszałam,
ale nie rozumiałam wyrazów.
Dotykał mnie.
Mówił do mnie.
A ja oddychałam. Jeszcze.
Żyłam. Jeszcze.
Chciałam coś powiedzieć, ale przyłożył mi palec do ust
i kazał milczeć.
W jego czekoladowych oczach widziałam tylko strach.
Włosy opadły mu na czoło, a ja bardzo chciałam je
odgarnąć, lecz nie mogłam podnieść ręki.
Moje dwudziestopięcioletnie życie przeleciało mi przed
oczami.
Rozbłysły światła.
A potem była już tylko ciemność.
Rozdział 3
- Wstajemy! Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje! - Głośne walenie do drzwi od razu mnie zbudziło. Podniosłam się z poduszek, czując, że mięśnie brzucha potwornie mnie bolą. Musiałam całą noc przespać na brzuchu. Głupia ja!
- Przecież mój budzik... - Właśnie zaczął dzwonić. - Już nic.
Gdy tylko dotarłam do łazienki i zobaczyłam swoje odbicie w lustrze, przeraziłam się. Włosy sterczały na wszystkie strony, miałam jeszcze szare smugi pod oczami, choć byłam pewna, że zmyłam cały makijaż. W nocy nie mogłam zasnąć. Denerwowałam się pracą, do tego nowe miejsce, inna poduszka, brak szumu miasta, do którego jestem przyzwyczajona, i brak moich tabletek na sen sprawiły, że zasnęłam po drugiej.
Wyczesałam włosy, podpięłam je kilkoma wsuwkami i pozwoliłam, by delikatnie opadły na moje ramiona. Nie było czasu na ich kręcenie ani prostowanie. Zrobiłam delikatny makijaż, założyłam granatowe spodnie z wysokim stanem, buty na szerokim korku z odkrytymi palcami i kwiecistą koszulę z krótkim rękawem. Prosto, elegancko i całkiem w moim stylu.
- No proszę, proszę... - Daria zmierzyła mnie wzrokiem.
- Jakiś problem? - Obejrzałam siebie jeszcze raz w lustrze.
- I ty się dziwisz, że dostałaś tę pracę? - Zaśmiała się pod
nosem.
- Daj mi adres i jadę.
- Przecież masz jeszcze czas. Zjedz śniadanie.
- Nic nie przełknę. Jakiś sklep po drodze?
- Jak chcesz, to cię zawiozę - dodała szybko.
- A masz po drodze? - dopytywałam.
- Nie, ale to nie problem.
- To nie chcę. Daj adres i spadam.
Dwadzieścia pięć minut później parkowałam przed niewielką fabryką cukierków Karmelówki.
Wzięłam kilka głębszych wdechów, zabrałam swoje CV, list motywacyjny i podanie o pracę. Wiedziałam, że pracę mam już załatwioną, ale wolałam mieć wszystko przy sobie. Przezorny zawsze ubezpieczony.
Przy wejściu zatrzymał mnie ochroniarz.
- Mogę w czymś pomóc?
- Ja w sprawie pracy - odpowiedziałam automatycznie.
- Była pani umówiona? - dopytywał mężczyzna, chwytając za jakąś listę.
- Właściwie to dzisiaj mam zacząć o ósmej na stanowisku specjalistki do spraw obsługi klienta.
- Pani godność?
- Luiza Skowrońska.
- Proszę usiąść. Dyrektor przyjdzie za jakieś pół godziny. Jest pani dużo przed czasem.
- Nie szkodzi, poczekam.
Miałam okazję, by wyszukać firmę w internecie. Prowadzili stronę internetową oraz mieli link przerzucający na Facebooka, czyli standard w dzisiejszym świecie. Fabryka cieszy się dużym zainteresowaniem. Wyrabia lizaki i cukierki tradycyjną metodą, czyli ręczną, i używa wyłącznie naturalnych barwników. Przejrzałam komentarze i nie znalazłam żadnego, który mówił o nich źle.
Moje przeglądanie strony zostało przerwane przez głośne chrząknięcie.
- Dyrektor Marlewski. Będzie pani dla mnie pracowała -
powiedział wysoki facet około trzydziestki ze schludnie przylizanymi włosami, w szarym, sportowym garniturze, który dobrze kontrastował z jego jasną karnacją.
- Luiza Skowrońska. - Przedstawiłam się i automatycznie wstałam, po czym podałam mu dłoń. Szybko ją uścisnął i ręką wskazał mi drogę.
Jego gabinet był tak mały, że równie dobrze mógłby być schowkiem na miotły. Najważniejsze, że zmieściły się biurko, fotel, który wyglądał na wygodny, oraz regał z dokumentami. Czego więcej potrzeba?
Z torby wyął laptop i od razu go uruchomił. Mnie wskazał miejsce naprzeciwko siebie, a sam zasiadł w skórzanym, czarnym fotelu.
- Daria opowiadała, czym będzie się pani zajmowała? -
spytał po chwili.
- Podobno mam odbierać telefony, e-maile i być miła dla klientów - odpowiedziałam, czując, że zaczynam się denerwować. - Mam swoje CV i...
- Nie trzeba. Daria mi wszystko wysłała. - Spojrzał na mnie oczami w kolorze pochmurnego nieba. - Ma pani zbyt wysokie kwalifikacje do tej pracy. Jest pani pewna, że chce tutaj pracować?
Daria, w co ty mnie wpakowałaś?
- A może mi pan przedstawić pełną ofertę, bo Daria chyba nie wszystko mi powiedziała. - Czułam się zażenowana. Obawiałam się, że za chwilę będę musiała szukać czegoś nowego, a naprawdę nie miałam na to ochoty.
- Jesteśmy małą firmą produkującą słodycze w tradycyjny sposób. Niedawno otworzyliśmy się na rynek zagraniczny i potrzebuję kompetentnej osoby, która będzie w stałym kontakcie
z odbiorcami zarówno krajowymi, jak i zagranicznymi. Będzie pani pełniła funkcję specjalisty, bardziej asystentki. Widzę, że robiła pani coś zupełnie innego...
- Pracowałam również na recepcji przez pół roku. Czy jest osoba, która mnie wprowadzi? - dodałam szybko, by nie zmienił zdania i dał mi tę pracę.
- Właściwie to...
- Rozumiem, że nie.
- Powiem szczerze, że w sprawie e-maili prosiłem o pomoc tutejszą nauczycielkę angielskiego, a na stanowisku mojej asystentki zatrudniłem kuzynkę, ale zaszła w ciążę i...
- A czy ona może pokazać mi program, system i klientów, z którymi mieliście w ostatnim czasie kontakt? To zajmie parę dni.
Facet podrapał się po brodzie i chwilę pomyślał. Złapał za telefon i od razu zaczął rozmawiać.
- Kamila, musisz tutaj przyjechać. Wiem, że masz chorobowe, ale to awaryjna sytuacja. Pokażesz pani...
- Luizie - podpowiedziałam.
- ...Luizie system. - Chwila ciszy. - Tak, tak. Czekam.
Odłożył telefon i zaczął pocierać czoło. Najwyraźniej nad czymś intensywnie myślał, a mnie nasuwało się jedno pytanie, od którego nie mogłam uciec. Postanowiłam je zadać, najwyżej mi nie odpowie albo wskaże mi drzwi i każe spadać.
- Muszę pana o coś zapytać. - Uniósł oczy i spojrzał na mnie z wyczekiwaniem. - Czy pana i Darię łączą jakieś... - zaczęłam szukać dobrego określenia w głowie - zażyłe stosunki?
Uśmiechnął się kącikiem ust nim mi odpowiedział, a ja czekałam z niecierpliwością. Jeśli załatwiła mi pracę, sypiając z dyrektorem, to zaraz wracam do Krakowa i biorę pierwszą, lepszą ofertę. Mama coś wspominała, że w piekarni, blisko naszego domu, potrzebują ekspedientki.
- Daria to dobra znajoma Kamili, mojej kuzynki. Kamila chętnie chodzi do jej salonu. Pewnego dnia wychlapała, że jest w ciąży i na jej stanowisko będę szukał kogoś na zastępstwo.
I w ten sposób Daria zadzwoniła do mnie i poleciła mi panią.
Odetchnęłam z ulgą. Naprawdę nie miałam zamiaru brać udziału w love story Koprzywnicy.
- W takim razie, gdzie znajduje się moje stanowisko pracy?
Dyrektor wyraźnie się uśmiechnął. Wstał i podał mi swoją szeroką, męską dłoń.
- Witamy na pokładzie, pani Luizo.
Rozdział 4
Po całym tygodniu pracy miałam ochotę na kalorycznego pączka, dobre wino i jakąś komedię romantyczną.
Kamila nie była zadowolona, że musi wprowadzić mnie w sprawy firmy. Tłumaczyła mi wszystko takim tempem, że musiałam mocno się skupić, by przyswoić nową wiedzę. Do tego przychodziła i wychodziła o takiej porze, jaka jej pasowała. Tłumaczyłam to hormonami ciążowymi i dość pokaźnym już brzuszkiem, jak na szósty miesiąc. Przez cały tydzień było potwornie ciepło, a Kamila narzekała na puchnące nogi, chętnie chodziła na boso albo wkładała klapki, które wydawały irytujący dźwięk przy każdym jej kroku.
W piątkowe popołudnie omówiłam z dyrektorem plan na następny tydzień oraz jego spotkania, a on na pożegnanie wręczył mi segregator, bym zapoznała się z produktami jakie są wytwarzane w firmie, uśmiechnął się i życzył mi udanego weekendu.
Będzie po prostu bombowy. Z wkuwaniem cukierkowej listy do głowy, rewelacja. Wrzuciłam segregator do torby i wsiadłam do auta. Nim odpaliłam pojazd, usłyszałam dźwięk SMS'a. Wygrzebałam telefon z torebki i od razu zerknęłam na wyświetlacz. Gdy ostatnim razem olałam przychodzącą wiadomość, okazało się, że nie ma świeżego pieczywa w domu i musiałyśmy z Darią zasuwać na miasto, objechać połowę marketów, by znaleźć przestarzałe bułki, zapewne robione rankiem, więc postanowiłam zmarnować kilka sekund na odczytanie wiadomości.
Szybko odblokowałam telefon i... wkurzona rzuciłam urządzenie na fotel.
I tak cię znajdę! - Tak brzmiała wiadomość od Kacpra.
Nawet nie pofatygował się, by zmienić numer telefonu.
O co mu chodzi? Przecież zerwaliśmy, a raczej rozstaliśmy się z głośnym hukiem. Czy faceci naprawdę muszą być tacy skomplikowani?
Na podwórko wjechałam z piskiem opon. Zabrałam swoje rzeczy i wpadłam, do środka, jak burza, głośno trzaskając drzwiami.
- Wilki cię gonią? - Z kuchni wyjrzała Daria. W różowym fartuszku wyglądała naprawdę uroczo.
- Nie. Patrz, co mi Kacper przystał. - Odblokowałam telefon i pokazałam kuzynce wiadomość.
- A to sukinsyn! - krzyknęła wymachując drewnianą łopatką - Wie, że tutaj jesteś?
- Wątpię. Ciebie nigdy nie poznał, nigdy mu nie mówiłam
o tym miejscu. A przynajmniej nie przypominam sobie.
- To znaczy tylko tyle, że byłaś niepewna względem niego. Żeby własnej kuzynce nie przedstawić chłopaka. - Udawała urażoną.
Przewróciłam oczami. Ale faktycznie coś musiało w tym być. Poprzednich facetów jej przedstawiłam, a Kacper... Może trochę się wstydziłam, że sypiam z dyrektorem. Sama nie wiem. A może już na początku założyłam, że to co jest między nami to nie miłość, tylko chwilowa zabawa.
- Pomożesz mi? - spytała, po chwili odrywając mnie od rozmyślania.
- A co robisz?
- Spaghetti. Makaron leży tam. - Wskazała palcem szafkę obok lodówki. - Woda powinna być już gorąca.
- Masz dla mnie fartuszek? Nie chce pochlapać mojej sukienki. - Daria zmierzyła wzrokiem mój strój i rzuciła mi czerwony fartuszek w białe serduszka.
- Nie musisz stroić się do pracy. Jak włożysz dżinsy, to nikt ci nic nie powie.
- Jakoś tam nie umiem. Jak idę do biura, to chcę wyglądać dobrze, ale... - sama zaśmiałam się pod nosem - męczą mnie te szpilki.
- To załóż baleriny, trampki albo płaskie sandały. Znajdziesz w swojej szafie? Chyba że wolisz zakupy?
- Nie, nie! - Zlękłam się. Zakupy z moją kuzynką to horror. Ona musi wejść do każdego sklepu i to czasem dwukrotnie, by jednak zdecydować, że dana rzecz totalnie do niej nie pasuje. - Daria jest potwornie gorąco, nie mam zamiaru biegać po sklepach. Mam ochotę na zimną lemoniadę albo wino, komedię i ewentualnie kawałek mocno kalorycznego ciasta. A właśnie... - klasnęłam dłońmi - może upieczemy pączki. Mam na nie wielką ochotę...
- Nie lepiej kupić?
- Ale ja na jednym nie skończę. Myślę, że zjem co najmniej cztery.
- Oj, dziewczyno i jakim cudem ty masz taki świetny tyłek?
- Chyba chcesz powiedzieć, że przypomina pączka. - Zaśmiałam się - Ale dzisiaj mam to gdzieś, będę martwić się tym później. Mam nadzieję, że macie tutaj jakiś klub fitness, siłownię czy coś podobnego.
- Coś się znajdzie. A teraz zobacz, czy mamy wszystkie składniki w lodówce. Powidła i inne dżemy znajdziesz w spiżarce.
W tej spiżarce można było odkryć naprawdę wielkie skarby. Jak byłyśmy małe to miałyśmy wrażenie, że to kraina cudów. Ciocia zawsze miała pełno zapasów w słoikach. Ogórki, dżemy, powidła, sałatki, zupki, śledziki, grzybki... Ach, czego tam nie było.
Do piwniczki schodziło się z kuchni, po kilku schodkach, gdzie panował przyjemny chłód. Znalazłam to, czego potrzebowałam, po czym wróciłam do Darii, wyłożyłam składniki na blat, w między czasie sprawdzając gotujący się makaron. Obie nie lubiłyśmy rozgotowanej papki makaronowej.
Nim Daria skończyła spaghetti, ja zdążyłam już zagnieść ciasto na pączki. Przykryłam je ściereczką i teraz pozostało czekać aż dobrze wyrośnie.
- Mam nadzieję, że nie miewasz często takich zachcianek. - Daria uśmiechnęła się do mnie zza talerza ze swoją porcją makaronu.
- Nie miewam. - Wciągnęłam kawałek makaronu, który zatańczył przy moim nosie i z pewnością go ubrudził. - A wujka nie ma?
Daria pokręciła głową. Zanim mi odpowiedziała, przeżuła i przełknęła dużą porcję.
- Jest jakiś mecz i siedzi z panem Stasiem w pubie. Wiesz piwo, chipsy i faceci w krótkich gaciach biegający za piłką.
- Jasne.
Gdy pączkowy aromat unosił się w całym domu, przeniosłyśmy się na taras, gdzie promienie słońca przyjemnie ogrzewały nasze ciała. Pączka popijałam świeżą lemoniadą z miętą, czując się w pełni odprężona. Nawet udało mi się zapomnieć o Kacprze i jego głupiej wiadomości. Postanowiłam jednak zadzwonić do Daniela i powiedzieć, by uważali na tego kretyna. Nigdy nie wiadomo, co strzeli mu do głowy.
- Masz jakiś strój kąpielowy? - Wypaliła Daria.
- Niejeden - odpowiedziałam. - Dlaczego pytasz? -dociekałam.
- A co chcesz robić w sobotni dzień? - wzruszyłam
ramionami.
- Spać - odpowiedziałam całkiem szczerze.
- No jasne, już ci pozwolę. Mam jutro trzy klientki, więc do dwunastej będę z powrotem w domu, a potem pojedziemy na plażę. Zrobisz kanapki, możesz też kupić napoje, przekąski i wszystko spakować do koszyka. Ja zajmę się leżakami.
- A coś z nimi nie tak? - spytałam wystawiając twarz ku słońcu.
- W tym roku jeszcze ich nie wyciągałam. Trzeba je odświeżyć i będą nadawały się do użytku.
- W takim razie, mam nadzieję, że jutro będzie padać. - Zrobiłam krzywy uśmiech, a Daria zaśmiała się na głos.
- Gdzie się podziała ta dziewczyna, która dzwoniła do mnie w piątkowy wieczór, czy pojadę z nią do Warszawy na targi książki w sobotni ranek.
- Hej, jeśli chodzi o książki to zawsze jestem chętna i gotowa. - Od zawsze uwielbiałam powieści. Najbardziej ciekawiły mnie te z gatunku fantasy, a od niedawna zaczęłam czytać romanse i obyczajówki.
- No i dobrze. Weźmiesz sobie tego Harr'ego Pottera, którego żeś przytachała ze sobą i pojedziemy jutro plażę.
- Idę na plaże, na plaże, na plaże. - Zaśpiewałam w nutę
Video i zaciągnęłam się swoją lemoniadą.
Zapowiada się kolejny, ciekawy weekend.
Rozdział 6
W środowe popołudnie, zaraz po powrocie z pracy, zmieniłam sukienkę na dres, a potem przebiegłam, wyznaczoną sobie wcześniej trasą do zbiornika wodnego i wróciłam do domu. Później zajęłam się przygotowaniem obiadu na kolejny dzień.
Z Darią dzieliłyśmy się obowiązkami domowymi. Wujek, jak to facet, nie wtrącał się w nasz grafik i zapewne było mu na rękę, że nie musi prać, sprzątać i gotować. Ja natomiast musiałam uwzględnić fakt, że w tym tygodniu wujek pracuje od czternastej i obiad musi być mało skomplikowany, by mógł odgrzać go na gazie albo w mikrofalówce. Zdecydowałam się na chłopski garnek z ziemniakami. Mamie zwykle smakował, więc miałam nadzieję, że i wujkowi przypadnie do gustu.
Skończyłam gotować tuż przed dwudziestą. Za oknem usłyszałam odgłos silnika. Domyśliłam się, że Daria wróciła z pracy. Chwilę później usłyszałam jej głośne Cześć i śmiech na całe gardło.
- A tobie co tak wesoło? - spytałam, wstawiając garnek do zlewu z zimną wodą, by szybciej się schłodził.
- Ach, przypomniał mi się żart, który opowiedziała mi ostatnia klientka.
- Opowiesz?
- Co ty, ja jestem w tym kiepska. - I znów zaśmiała się pod nosem. Sama również szerzej się uśmiechnęłam. Daria potrafiła zarażać śmiechem. Po chwili obie głośno się rechotałyśmy, choć nie miałam pojęcia z czego wynikała ta radość.
- Już dawno nie widziałam tego dołeczka. - Podeszła do mnie i mocno przytuliła. - Uwielbiam go. - Przesunęła palcem po moim policzku.
Los obdarował mnie tylko jednym dołeczkiem, który ujawniał się, kiedy szeroko się uśmiechałam. Faktycznie, ja również dawno go nie widziałam i cieszyłam się, że kuzynka go wywołała.
- Powieszę jeszcze pranie i kładę się spać - oznajmiłam, kierując się do łazienki na dole.
- Ja to zrobię. Weź prysznic i połóż się, pewnie jesteś zmęczona.
- Dzięki. - Puściłam jej jeszcze całuska i weszłam na górę.
Nie czułam się szczególnie zmęczona. Postanowiłam, że po ciepłym prysznicu zacznę czytać książkę, którą kilka dni temu wypożyczyłam w tutejszej bibliotece. Nazwisko autorki niewiele mi mówi, ale spodobał mi się opis. Lekki romans na wieczór. Postanowiłam spróbować.
****
Ranek zastał mnie szybciej, niż myślałam. Zerwałam się z łóżka wraz z pierwszym dźwiękiem budzika. Później zrobiłam szybki makijaż, fryzurę i narzuciłam na siebie sukienkę z krótkim rękawem. Awaryjnie zabrałam żakiecik w kolorze śliwkowym, który dobrze komponował się z chabrową, prostą sukienką. Małe śniadanie, kawa i już byłam gotowa na nowy dzień w pracy.
Od ósmej zwykle mało się dzieje. Sprawdzam wtedy pocztę i odpisuję na wiadomości, sprawdzam zamówienia, a ewentualne przestoje czy niedomówienia staram się wyjaśnić. Praktycznie do godziny dziesiątej mam to wszystko załatwione, robię kawę i zajadam się drugim śniadaniem. Tak też było i tym razem. Dyrektor wyraźnie był zadowolony z mojej pracy. W ostatnim czasie weszło wiele zleceń, dzięki którym firma przez najbliższe miesiące nie będzie musiała martwić się o pracę. Mnie to cieszyło i motywowało do dalszego działania. Prowadziłam również Facebooka firmowego, co bardzo mi się spodobało. W takim krótkim czasie wprowadziłam możliwość stworzenia własnego projektu słodyczy, a to narodziło się z projektu Belgów, którym bardzo zależało na lizakach w kształcie ich flagi narodowej. Zdziwiło mnie, że produkty zamawiają aż z Polski, ale nie mnie jest to oceniać. Przedstawiłam projekt dyrektorowi, a on zlecił jego realizację. Belgowie byli zadowoleni i pełna naczepa słodkości pojechała wprost do nich.
Przeglądałam zapiski na kolejne dni w kalendarzu, stukając długopisem w papier tak długo, aż ten sprytnie wysmyknął mi się z palców i poturlał pod moje biurko. Skubany. Próbowałam dosięgnąć go butem na niewielkim obcasie (Daria miała rację, nikt nie zwracał uwagi, czy chodzę w szpilkach, czy też nie), ale miałam za krótką nogę. Z głośnym westchnieniem, dość zamaszystym ruchem odsunęłam swoje krzesło, które przez kółka od razu podjechało pod ścianę, a jak "zanurkowałam" pod biurko.
- Dzień dobry! - Na dźwięk mocnego, męskiego głos od razu podskoczyłam do góry, waląc głową w blat.
- Auć! - syknęłam, trąc obolałe miejsce na głowie.
- Luiza, co ty tam robisz? - Najpierw zobaczyłam jego buty. Czyste, zadbane, sportowe.
Czułam się idiotycznie. Zapewne spod biurka wystawał mój krągły tyłeczek owinięty w granatową, dość obcisłą sukienkę, a teraz materiał jeszcze mocniej się na nim naciągnął. Do tego miałam spłoszony wzrok i całkowitą pustkę w głowie.
Jak na ironię, właśnie kucnął naprzeciwko mnie i wgapiał się we mnie tymi czekoladowymi oczami, od których robiło mi się dziwnie ciepło.
- Pomóc ci? - Wyciągnął rękę w moją stronę, ale nie skorzystałam.
Od razu wyszłam spod stołu, podniosłam się i poprawiłam sukienkę.
- Długopis. Mi. Spadł. - Wypowiedziałam każde słowo osobno, długo myśląc, jak sklecić pełne zdanie. Co ten facet ze mną robił?! Luiza, ogarnij się! - W czym mogę pomóc? - spytałam z pełnym opanowaniem.
Michał podszedł bliżej i...
- Co robisz? - Zareagowałam, gdy ten podniósł rękę, stojąc niebezpiecznie blisko mnie.
- Włosy ci sterczą. Poprawię.
Włosy miałam gładko uczesane, spięte na karku, więc kiedy moje biurko mnie potarmosiło, z pewnością kilka kosmyków wypadło z gumki.
- Nie trzeba. Później to naprawię. - Lekko się uśmiechnęłam, czując jego ciepłe palce tuż przy swoim policzku. Miałam wrażenie, że ta chwila jest niemal magiczna. - W czym mogę ci pomóc? - Powtórzyłam.
- Chciałbym zamówić kilka kilogramów lizaków. Widziałem na stronie, że możecie stworzyć dowolny projekt, a za kilka tygodni organizujemy festyn policyjny.
- Festyn policyjny? - Zaciekawiłam się.
- Tak, co roku, w połowie wakacji urządzamy taką akcję. Staramy się, by każdego roku były inne atrakcje, ale głównie chodzi o to, że dzieciaki wracają do szkół, no i chcemy bardziej zadbać o ich bezpieczeństwo.
- Och, rozumiem. To bardzo ciekawe. - Uśmiechnęłam się do siebie. To faktycznie bardzo ciekawy projekt. - No dobrze, co by to miało być?
- Nie mam pełnego projektu, ale coś co kojarzy się z policją. Znak drogowy, czapka policjanta, może odznaka.
Od razu usiadłam przy biurku, a Michałowi wskazałam miejsce naprzeciwko mnie. Samodzielnie nie mogłam podjąć takiej decyzji, ale mogłam ją przyspieszyć. Skoro to dla miasteczka, czułam, że ludzie chętnie wezmą się do pracy.
- Na kiedy dokładnie będziesz potrzebował słodkości?
- Na siódmego sierpnia.
Od razu wpisałam datę w dokument tekstowy. Wpisałam również proponowane wzory. Miałam problem co do ilości sztuk, więc musiałam go o to dopytać.
- Pięćset sztuk wystarczy?
- Tak.
Szybko wydrukowałam formularz i podałam mu jeden egzemplarz do podpisania.
- To jest tylko wstępna umowa. Do niczego nie zobowiązuje. Ja w ciągu dwóch dni zorientuję się jaki wzór możemy wykonać i czy zdążymy na czas oraz jaką cenę mogę wtedy zaproponować. Myślę, że będzie ona niższa niż na stronie.
- Świetnie. - Michał zamaszyście postawił parafkę na jednym egzemplarzu, drugi podałam mu do ręki.
- Tutaj są dane kontaktowe do firmowego e-maila oraz podany numer telefonu. Gdybyś chciał o coś dopytać albo zmienić cokolwiek w projekcie, to dzwoń. Poproszę cię jeszcze o numer telefonu, zadzwonię, gdy tylko dowiem się co i jak.
Michał od razu wyjął portfel, wysunął biały kartonik i mi go podał. Zerknęłam na wizytówkę. Michał Wenarski, aspirant policji w Koprzywnicy.
- To twój numer prywatny czy służbowy?
- I taki i taki. Możesz śmiało dzwonić. - Zrobił krótką pauzę i posłał mi figlarny uśmieszek. - Gdybyś chciała umówić się na kawę, też.
Zaśmiałam się pod nosem i przypięłam wizytówkę do formularza.
- Z pewnością - powiedziałam z irytacją w głosie. - Zadzwonię za kilka dni.
- Obiecujesz? - Miałam wrażenie, że nie mówimy o tym samym, ale w tym momencie nie miałam, jak wybrnąć z tej sytuacji, więc potaknęłam.
- Obiecuję.
Jeszcze długo po jego wizycie myślałam o jego oczach, uśmiechu, męskim, ale jednocześnie miękkim głosie. Mimo, że wyglądał jak napakowany goryl, do którego strach podejść, to po chwili rozmowy człowiek nabierał zupełnie innego wrażenia.
Może pomyliłam się co do oceny na samym początku?
Ale z drugiej strony to facet. Wysoki, przystojny, umięśniony. Taki, za którym kobiety aż się ślinią by tylko móc spędzić z nim kilka minut. A mnie nie są potrzebne kolejne palpitacje serca.
Rozdział 7
Zaspałam.
No, nie do końca.
Miałam całe trzydzieści minut, by zdążyć do pracy. O śniadaniu mogłam zapomnieć. Szybki makijaż, włosy wygładziłam szczotką, wcisnęłam się w kremową sukienkę i już byłam gotowa.
Odpaliłam auto, zjechałam powoli z krawężnika.
- Co jest? - Auto zaczęło dziwnie drżeć, podskakiwać, a ja naprawdę nie miałam czasu na takie rzeczy.
Zatrzymałam się, wysiadłam pospiesznie, ale niewiele mogłam zrobić. Złapałam kapcia i to w dwóch oponach. Szlag by to!
Obeszłam auto, sprawdzając czy może wszystkie moje opony są sflaczałe, ale tylko te dwie okazały się moją zmorą. Z jedną bym sobie poradziła. W warsztacie Daniela nie raz wymieniałam koło. Zapewne trochę by mi to zajęło, ale w końcu dałabym radę. Ale z dwiema, co miałam niby zrobić?
Pospiesznie rozejrzałam się, ale auta Darii nigdzie nie było. Wujek znów miał poranną zmianę. Daria mi tłumaczyła, że w okresie letnim, gdy każdy chce skorzystać z urlopu, wujek pracuje zwykle na jedną zmianę, czasem na nocną. Byłam
w totalnej dupie.
Złapałam za telefon i nim dobrze to przemyślałam, zadzwoniłam do jedynej osoby, która wiele razy ofiarowywała mi pomoc.
- Halo? - powiedział to tak słabym głosem, że sprawdziłam jeszcze raz czy wybrałam odpowiedni numer. - Halo?
- Luiza Skowrońska, dodzwoniłam się do Michała Wenarskiego?
- Tak. Stało coś?
Stało się. Katastrofa roku.
- Yyy... Wiesz, chyba źle zrobiłam, że zadzwoniłam, chyba cię obudziłam i...
- Nie szkodzi. - A jednak spał. Fuck! Rozłącz się, idiotko.
- Dobra, nieważne. Cześć. - Już miałam się rozłączyć, ale Michał zabrał głos.
- Luiza, skoro i tak mnie obudziłaś, to mów co się dzieje.
Czułam się potwornie zażenowana. W planach miałam go unikać, a nie dzwonić z rana i prosić o pomoc.
- Złapałam kapcia.
- Nie wiesz, jak zmienić koło? - W jego ustach te słowa brzmiały Kobiece problemy z autem. I naprawdę chciałam się już rozłączyć.
- Umiem zmienić koło! - warknęłam. - Ale mam dwie przebite opony, jedną zapasówkę. Ale wiesz, co? Nieważne, wybacz, że cię obudziłam. Poradzę sobie.
- Zaczekaj!
- Po co?
- Przyjadę po ciebie. Gdzie jesteś?
- Pod domem.
- Daj mi dziesięć minut. Czekaj na mnie.
I się rozłączył.
****
- Dziękuję ci bardzo za pomoc. Nie wiem jak ci się odwdzięczę - powiedziałam mocując się z pasem bezpieczeństwa w jego aucie, gdy Michał zatrzymał się na parkingu pracowniczym.
- A ja wiem jak. - Uniosłam pospiesznie oczy i wpatrzyłam się w jego twarz. Błysk w oku i figlarny uśmieszek od razu zbił mnie z tropu.
- To znaczy? - Przekręciłam głowę w lewą stronę i czekałam aż dokończy zdanie. I tak byłam spóźniona do pracy, więc dwie minuty w tą czy w tamtą nie robiły mi dużej różnicy.
Przysunął się do mnie i mimo, że serce zaczęło mi mocniej walić, próbowałam pokazać jaka jestem niezainteresowana.
Michał głupio się uśmiechnął i stuknął się kilka razy w policzek. Wiedziałam, że czeka na moją reakcję. Zresztą od jednego całusa w policzek nie umrę. Chciałam zrobić to szybko i wyskoczyć z auta, nim ktoś nas zauważy. Przybliżyłam usta. Skubany, odwrócił się i trafiłam wprost w jego wargi. Chciałam od razu się odsunąć, ale nie potrafiłam. Miałam usta przyciśnięte do jego warg. To był słodki, trzysekundowy pocałunek na miarę licealistów, a mimo to, czułam, że czerwienieją mi policzki.
Odsunęłam się urażona. Nie tak miało to się skończyć. Złapałam za klamkę, ale jego ciepłe palce mnie zatrzymały.
- Daj kluczyki, to zajmę się twoim autem.
- Nie trzeba! - warknęłam i wyrwałam mu swoją dłoń.
- Kończysz o szesnastej? - przytaknęłam. - Przyjadę po
ciebie.
- Nie, dziękuję. Cześć.
Mimo tego, że przez cały dzień czułam ten całus na własnych ustach i uśmiechałam się sama do siebie, to wolałam by się nie zdarzył. Nie potrzebowałam romansu z tutejszym policjantem. Zresztą z żadnym innym facetem również nie. Przyjechałam do Koprzywnicy za pracą i by uciec od faceta, a nie szukać nowego.
Ale...
No właśnie, tutaj wkrada się małe ale, które burzy mój normalny tok myślenia, a mój mózg zamienia się w papkę, z której niewiele można zrobić. Mój analityczny umysł włącza STOP i nie ma opcji, by ruszył PLAY. A to dziwne, bo jeszcze nigdy się tak nie czułam.
****
Wychodząc z pracy miałam jednak nadzieję natknąć się na jego czarne, terenowe auto. Wiem, byłam pełna sprzeczności.
Z jednej strony Michał bardzo mi się podobał. Miał ciekawy głos, wyglądał jak współczesny gladiator, a do tego był miły. Ale czasem wychodził z niego arogancki dupek, z którym nie chciałam mieć nic do czynienia. Z drugiej strony bałam się angażować. Nie chciałam koprzywnickiej przygody, a nie byłam pewna, czy jestem gotowa na nowy związek.
Wróciłam do domu na piechotę, moje auto stało już w pełni gotowe do jazdy. Zadzwoniłam w porze lunchu do wujka i opowiedziałam, co mi się przytrafiło. Kluczyki zapasowe trzymałam w komodzie, w białej kopercie, więc wujek mógł zdjąć opony i zawieźć je do wulkanizatora, a potem założyć je ponownie. A ja cieszyłam się, że nie musiałam ponownie prosić o pomoc Michała.