Na jednę z najpiękniejszych i najżyzniejszych
nadniemeńskich okolic spadał powoli mrok letniego wieczoru i
przezroczystym jeszcze, szarawym cieniem obejmował obszerny,
szczytami licznych topól najeżony, o zieloną ścianę gęstych i
rozległych ogrodów oparty, dwór orchowski.
Przez wielką salę, o czterech podłużnych oknach i
sprzętach rzadkich, wkoło wysokich ścian umieszczonych, przesuwała
się raczej niż przechodziła szczupła i wysoka postać kobieca.
Była to pani dworu, Leontyna z Ręczyców Orchowska, słynna
niegdyś z piękności swéj i rozgłośnych w świecie powodzeń.
Że była niegdyś piękną, każdy dziś jeszcze odgadłby z
pierwszego na nią spojrzenia, jakkolwiek jesień życia srebrzyć już
zaczynała włosy jéj kruczej czarności; ale nikt domyślećby się nie
mógł z pewnością, iż był czas, w którym ona także umiała być
wesołą.
Patrząc na nią w téj chwili, nikt nie mógłby pomyśleć o
porze owéj, w któréj czoło jéj promieniało dumą i pogardą, usta
śmiały się swobodnie i często, czarne źrenice płonęły niecierpliwém
pragnieniem blasku, hołdów, wesołości, dłonie umiały z dziecięcym
wdziękiem i ponętną zalotnością bawić się kwiatkiem lub wachlarzem,
w któréj nakoniec cała ta postać wysoka prostą była jak topola,
żywą jak iskra, jak tęcza mieniącą się barwami i połyskami
jedwabiów, koronek, dyamentów.
Dziś czoło kobiéty téj, białe jeszcze, zorane było kilku
surowymi zmarszczkami, usta zwiędłe i okrążone wyrazem
nieokreślonéj goryczy, źrenice zagasłe, ze sztywną obojętnością w
ziemię utkwione.
Powoli i cicho, w sukni czarnéj, któréj krój i barwa
nawpół przypominały surowe szaty zakonne, nawpół romantyczny strój
średniowiecznych kasztelanek, z głową pochyloną i opuszczonémi w
dół białémi dłońmi, kobieta ta przesuwała się dziś pomiędzy
wysokiemi ścianami domu swego, niby duch smutku, rozlewający dokoła
siebie zniechęcenie.
Jakkolwiek ostatnie blaski dnia dostatecznie jeszcze
rozświecały wnętrze domu, wązka smuga białego światła lampy
wymykała się z nieszczelnie zamkniętych drzwi pokoju do sali
przytykającego.
Przed drzwiami témi kobiéta w czerni zatrzymała powolne
swe kroki.
- Czy mogę wejść? zapytała z cicha.
- Proszę, odpowiedział z sąsiedniego pokoju głos męzki,
stłumiony także, z zesłabłéj, choréj widocznie piersi wychodzący.
Pokój, do którego weszła teraz pani orchowskiego dworu
mniejszy nieco od poprzedzającej go sali, obszernym był jednak, o
trzech wielkich oknach, ściśle okrytych w tej chwili zasłonami z
grubego sukna. Przestrzenie znajdujące się pomiędzy oknami, jako
téż jedną ze ścian bocznych zajmowały całkowicie ogromne szafy, od
góry do dołu oszklone, szczytami dotykające wysokiego sufitu,
napełnione książkami różnych formatów i w przeróżnej oprawie, tu
starannie ustawionemi, gdzieindziéj porozrzucanemi w najwyższym
nieładzie, o ciągłem używaniu ich świadczącym. Ścianę przeciwległą
oknom w połowie prawie okrywał obraz wielkich rozmiarów, tłumną
jakąś dziejową scenę przedstawiający i w ozdobne złocone ramy
ujęty.
W głębi szerokie łoże, wysoko pościelą zasłane, stało pod
ścianą, na której wisiały portrety kilku słynnych poetów i
myślicieli: Słowackiego, Szekspira, Szyllera, Hugona Kołłątaja,
Mirabeau, Woltera. Od stóp łoża puszyste skóry niedźwiedzie i
lamparcie rozciągały się aż pod skraj komina staroświeckiego
kształtu i wielkich rozmiarów, przed którym stał obszerny stół
okrągły, książkami i papierami piętrzący się, z zapaloną lampą
pośrodku.
Światło lampy, wypływając z pod przezroczystéj osłony,
niedostatecznie oświetlało obszerną i wysoką komnatę, w
niewyraźnych tylko zarysach ukazując napełniające ją przedmioty.
Słabe światło to, walczące z mrokiem, cisza głęboka, atmosfera
duszna, gorąca, pomimo letniéj pory ogrzewana ogniem utrzymywanym
wciąż na kominie w stanie tlenia, nadawały pokojowi temu cechę
smutku i niemal posępności.
Przy stole, w głębokim fotelu, siedział mężczyzna, ubrany
w szlafrok ciemnej barwy. Pomimo siedzącéj postawy, znać było, iż
musiał być wysokim, a szerokość ramion i cała budowa ciała
dowodziły, że natura go stworzyła zdrowym i silnym. Teraz jednak
szerokie plecy jego przygarbione, pierś wklęsła, szyja chuda,
otoczona białym kołnierzem koszuli i ręce złożone na stole, wkoło
otwartéj książki splecione, białe, przezroczyste, zdradzały
ostateczne niemal fizyczne wyniszczenie i niemoc. Ciału temu,
napiętnowanemu sprzecznością siły z niemocą, wyrazem swym w
zupełności odpowiadała głowa. Była to głowa wielka, taka w której
frenolog mógłby domyśleć się potężnie utworzonego i rozwiniętego
mózgu; czoło nad brwiami wypukłe, wysokie, podniesione jeszcze
całkowitem prawie wyłysieniem czaszki, znamionowało niepospolite
umysłowe zdolności; oczy podłużnie wykrojone, z błękitną źrenicą,
musiały być niegdyś piękne i pełnią życia jaśniejące, usta
ocienione bujnym posiwiałym wąsem, posiadały zarys wytworny,
organizmom rasy pod względem fizycznym poprawnej właściwy. Wszystko
to jednak było dziwnie zmiędłe, zmięte, zatarte, spłowiałe. Na
czole tem wielkiem zgromadziło się zmarszczek mnóstwo; źrenice
pobladłe, znużone z wyrazem tlejącéj jakby zwolna i milcząco
boleści na dnie, patrzyły z pod powiek ciężkich, obrzękłych i
zarumienionych; końce warg zwisały w dół, pomiędzy żółtą i
pomarszczoną skórą policzków. Jakimikolwiek były żywioły fizyczne
lub moralne, które podkopywały i podkopały zdrowie, energiją
piękność i zdolności człowieka tego - uczyniły one zeń smutną
ruinę, obraz bezwładności cielesnéj i nieuleczonego zda się smutku
ducha.
Wysoka postać i czarna szata pani Leontyny przesunęły się
wśród mrocznego pokoju zwolna bez szelestu, i białe palce jej
dotknęły na mgnienie oka chudej, gorączką rozpalonej dłoni
siedzącego w fotelu mężczyzny. Zajęła miéjsce przy stole i
wychylając pod światło lampy twarz swą smętną trochę i zadumaną,
lecz więcej jeszcze obojętną i surową, zniżonym, bardzo przewlekłym
głosem zapytała:
- Jakże czujesz się teraz, Kajetanie?
- Jak zwykle, - z zupełną obojętnością odpowiedział
mężczyzna.
- Dziś zrana jednak kiedym tu była, mówiłeś mi, że jest ci
nieco lepiéj.
- Zwykła to rzecz u suchotników, że ranek przynosi im
ulgę, a wieczór zwiększone cierpienie, nie zmieniając obojętnego
tonu, rzekł Kajetan Orchowski.
Pani Leontyna westchnęła.
Spodziewam się, zaczęła znowu, że nie poczytujesz za złe
mnie ani Lili, jeśli nie przebywamy z tobą ciągle. Ja jestem także
cierpiącą bardzo. Widok twéj choroby rozstraja mi nerwy i wprawia
uczucia w stan rozdrażnienia, którego dusza chrześcijańska i
zrezygnowana unikać powinna. Lila znowu jest, jak wiesz, tak
szczupła, delikatna..... a w wieku jéj... pewne choroby najłatwiej
udzielać się mogą.
- Wiem, wiem, - wymówił mężczyzna z tą samą co wprzód
zupełną obojętnością, ale wyraz oczu jego zaprzeczył tym razem
dźwiękowi głosu.
Oczy te, blade i zmęczone, obiegły do koła mroczną,
posępną, nieożywionemi tylko przedmiotami napełnioną komnatę i
powlekły się szybko powieką, jakby skryć chciały iskrę żalu, co w
nich zapłonęła. Po chwili, kończąc głośno myśl, która powstała mu w
głowie, powoli i ciszej niż wprzódy wymówił:
- Nie uskarżam się na nic i o nic nie obwiniam nikogo.
Wszak wierzę, że wszystko co spotyka człowieka jest następstwem
całego ciągu jego życia, jest własnem jego dziełem...
- Wolą Bożą, - cichym lecz stanowczym głosem przerwała
pani Leontyna.
- Wola Boga nie jest wolą despoty. Stworzyła ona świat i
człowieka tak, aby żaden skutek nie powstawał bez przyczyny i żadna
przyczyna nié przemijała bez skutku.
Parę zdań tych Kajetan Orchowski wymówił tonem urywanym,
lecz dobitnym.
Pani Leontyna zato spuściła oczy i westchnęła znowu.
- Na tym punkcie zdania nasze nie zejdą się z sobą nigdy,
rzekła sucho i krótko i jakby chciała inny zwrot nadać rozmowie,
rzuciła wzrokiem na papiery i książki stół pokrywające.
- Zbytecznie trudzisz się tém czytaniem; doktór usilnie
zaleca ci spoczynek.
Po zwiędłych wargach Orchowskiego przesunął się uśmiech o
nieokreślonym wyrazie.
- Spoczywałem całe życie, wymówił.
- Tém bardziej więc spoczywać możesz teraz, gdy jesteś
chory, i....
- Blizki śmierci, dokończył mężczyzna. Kobiéta nie
odpowiedziała.
- Otóż to tak, z uprzednim wciąż uśmiechem na ustach
ciągnął Orchowski - jednym śmierć przybywa przedwcześnie dlatego,
że nazbyt pracują, innym dla tego że nazbyt zażywają wczasu...
- Ja tego wszystkiego nie rozumiem, z większą niż wprzódy
żywością przerwała kobiéta. Wiesz dobrze, iż nigdy nie miałam
najmniejszego pociągu do wszelkich tych uczoności i filozofij,
które nie prowadzą ani do szczęścia na tym świecie, ani do
zbawienia wiecznego na tamtym. Widzę tylko to, że szczególne
zamiłowanie twoje w tych szpargałach do reszty odbiera ci siły.
- Miałem ich kiedyś więcéj i nic z nich nie uczyniłem -
dziś jest już ich we mnie zamało, aby na cokolwiek przydać się
mogły. Szpargały te zresztą, Leontyno, to jedyna pociecha moja,
jedyny promień, który przyświeca ostatnim godzinom mego życia.
Powiedział to bardzo spokojnie, bez cienia skargi w
głosie, a jednak pani Leontyna uczuła znać wyrzut, który mieścił
się w ostatnich jego słowach. To też uśmiechnęła się wpół cierpko
wpół smutnie i czarne oczy swe podniosła na twarz męża z wyrazem
nietajonego wcale zażalenia.
- A ja? rzekła powoli, jakąż jest jesień mojego życia? Tak
bo jesień to już, jesień..... jesień.....
Ostatni wyraz, trzy razy powtórzony stopił się w szepcie
zaledwo dosłyszalnym i w westchnieniu, które nie zwalczone i
zapewne nie zwalczane, podniosło wysoko pierś jéj, okrytą surowemi
fałdami czarnego stanika.
Potem zaczęła znowu:
- Od lat już kilku siedzę zamknięta w tym wielkim,
milczącym domu, jak w grobie... Nie widzę ludzi i nie szukam
ich.... Pocóż mi zresztą ludzie i co wśród nich znaczyłabym
teraz.... zestarzała.... smutna?... Dnie wloką się jak lata i gdyby
nie wiara, która mnie podtrzymuje, gdyby nie modlitwa, w którą
przelewam wszystkie łzy zbolałego swego serca. ...
- A dzieci twoje, Leontyno? zapytał mężczyzna, który dotąd
słuchał żalów swej żony z zupełną obojętnością, niby wrotki swego i
jéj życia, którą wiele już razy słyszał, dokładnie znał i rozumiał.
Ramię pani Leontyny, objęte czarnym, obcisłym rękawem,
poruszyło się gestem zniechęcenia.
- Dzieci, powtórzyła, wszak Kamil podróżuje ciągle prawie,
a gdy jest w domu, siedzi tak jak ty, zakopany w książkach...
Mieczysław za gospodarstwem swem w Rydlówce od lat dwóch już Bożego
świata nie widzi i zresztą kochał on zawsze ciebie nieporównanie
więcéj niż mnie...
Westchnęła ciężko i dodała:
- Taki to już los wielu matek; że synowie ich, gdy
dorosną, stają się im zupełnie prawie obcymi... Kamil i Mieczysław
nie zwierzają się nigdy z niczem przedemną, a ile razy, dawniéj
jeszcze, którykolwiek z nich zaczął mi mówić o tém jak myśli i co
czuje, nie doprowadziło to nas do niczego więcéj, jak do bolesnych
bardzo sprzeczek i zwiększonéj ich dla mnie obojętności.
Gdy pani Leontyna tak mówiła, usta pana Kajetana otworzyły
się i zamknęły znowu parę razy; zdawać się mogło, że wyrzekaniom
tym odpowiedzieć chciał zapytaniem jakiemś czy uwagą, która
wyjaśniłaby może obudzającą je przyczynę. Nie uczynił jednak tego;
wszelkie uwagi i przypominania uznał znać za rzecz zapóźną i
bezpożyteczną - krótko więc tylko zapytał.
- A Lila?
- Lila przy guwernantce, a gdy nie będzie już miała
guwernantek, to za mąż pójdzie, odrzekła pani Leontyna.
Po krótkiej chwili milczenia, z głową pochyloną, z dłońmi
splecionemi i złożonemi na kolanach, mówiła dalej:
- Jestem wiecznie sama... sama jedna ze wspomnieniami
tylko minionéj przeszłości, które nie pozostawiły mi nic, prócz
żalu za tym co było..... od których zresztą usiłuję uwolnić się
modlitwą i oderwaniem myśli od ziemskich próżności..... Synowie moi
oddalili się odemnie sercem, wyobrażeniami, całym sposobem życia i
myślenia... córka nie potrzebuje starań moich, bo nie jest już
przecie niemowlęciem, a wkrótce może opuści mię zupełnie... Dom w
którym przeżyłam lat trzydzieści nie stał mi się miłym wcale, nie
może mi zresztą miłym być teraz gdy wszystko tu starzeje, rujnuje
się i upada w gruzy.... Gdziekolwiek spojrzę, na siebie czy dokoła
siebie, wszędzie widzę tylko starość, smutek, zniszczenie!....
Pan Kajetan nawpół tylko zdawał się słuchać wyrazów tych
cichym i przewlekłym głosem wypowiadanych. Oczy jego z pewną
niecierpliwością zwracały się co chwila na karty rozwartéj książki.
Myśl znużona i roztargniona słuchaniem tego co zbyt dobrze i
oddawna było jéj znanem, uciekała w oderwane od najbliższej
rzeczywistości światy poezyi i rozpamiętywań. Pani Leontyna
spostrzegła to i zwolna podniosła się z siedzenia.
- Widzę, że przeszkadzam ci, rzekła; oddawna zresztą wiem,
że najlepiéj ci jest gdy zostajesz sam, ze swemi ulubionemi
książkami.
- Ja także, Leontyno, wiem oddawna o wszystkiém, o czem mi
przed chwilą mówiłaś. Jesień twojego życia smutną jest, kres mego
nie wesoły także. Cóż na to poradzić? Dopuściliśmy się znać srogich
omyłek i błędów, skoro nam one tak gorzkie przynoszą owoce.... żyć
zaś poraz drugi, aby stracone dobra odzyskać, nie możemy.
- Ja znowu nie poczuwam się do tak wielkich błędów, aby mi
za nie podobna wyznaczona była pokuta. Grzeszna jestem przed Panem,
jako istota ułomna, to prawda, mniéj jednak z pewnością zawiniłam w
swem życiu, niż wiele innych kobiét, stokroć jednak szczęśliwszych
odemnie. Nie mam sobie nic do wyrzucenia i w nieszczęściu swém
widzę tylko wolę Boga, który ciężkie krzyże lubi zsyłać częstokroć
i na niewinnych, aby uświęcać dusze ich, nazbyt może przywiązane do
marnych powabów świata.
Chwila milczenia panowała pomiędzy małżonkami.
Kajetan Orchowski wpatrzył się w karty książki, potem
podniósł czoło, na którem więcej jeszcze niż wprzódy zjawiło się
zmarszczek, i z okiem rozpalonem nagłem jakiemś gorącem uczuciem,
rzekł:
- Uznajesz się niewinną, Leontyno... niewinną zupełnie....
Zaprzeczać ci nie będę, bo i na cóż to przydaćby się mogło? Ale oto
dla czego nie zgadzamy się ze sobą na znaczenie żadnego ze słów
mowy ludzkiej, dla czego niepodobna abyśmy sobie wzajem jakąkolwiek
nieśli pociechę. Ja poczuwam się do omyłek i błędów wielkich,
ciężkich, wyrzucam sobie srogo, że uczyniłem z życia swego to co
uczyniłem, uznaję się winnym.... nie tylko przed Bogiem, jak ty,
ale przed ludźmi, tobą, sobą i dziećmi naszemi.... Dla tego też nie
wyrzekam... i cały ból swój i wszystkie żale chowam tu!...
Przy ostatnim wyrazie położył na piersi wzdymającéj się
krótkim, chrapliwym oddechem rękę swą chudą, przezroczystą, a na
wklęsłe policzki jego wystąpiły dwie plamy gorącéj ceglastéj barwy.
Pani Leontyna słuchała słów męża z brwią ściągniętą i z
cierpkim, wzgardliwym prawie uśmiechem na ustach.
- Uważam to od niejakiego czasu, rzekła, iż każda rozmowa
ze mną irytuje cię i
robi ci źle... Dobranoc; jeśli będziesz mię potrzebował,
przyślij po mnie Tomasza. Znam i rozumiem powinności swoje jako
żony; świat i lata nauczyły mię pokory, gotową więc jestem w każdej
chwili oddawać ci usługi, choć najniższe, najtrudniejsze.. Jutro
zresztą około południa, przyjdę, jak zwykle, dowiedzieć się jak noc
spędziłeś. Rzekłszy to, odeszła, jak przyszła, zwolna i bez szmeru.
W obszernéj komnacie cicho było znowu jak w grobie, lampa
malowała na suficie świetliste koła i drżące iskry rozniecała w
szybach osłaniających długie, liczne szeregi książek; z pół-zmroku
wychylały się mistrzowskim ołówkiem rysowane, zamyślone,
energiczne, poezyją opromienione, lub ogniem czynu i walki
rozgrzane twarze wielkich mężów ludzkości; przed kominem, w którym
zarzyło się jeszcze parę niedopalonych drewien, na okrągłym stole,
w tłumnym nieładzie skupiały się książki rozwarte i zamknięte,
podarte, zmięte i nowe, z licznemi nadpisami na marginesach,
bezładnie, nie wyraźnie, drżącą znać, słabą często jakby
niecierpliwą ręką kreślonemi.
Kajetan Orchowski, po odejściu swej żony, długo siedział
nad tym stosem zadrukowanego i zakreślonego papieru, nieruchomy,
zmęczony, oddychając ciężko, z czołem ukrytem w dłoni i głęboką
zadumą w oczach. Wyciągnął potem rękę i pocisnął sprężynę stojącego
wśród książek dzwonka. Srebrzysty, donośny dźwięk, poruszeniem tém
wywołany, nie umilkł jeszcze w powietrzu, gdy w bocznych drzwiach
stanął mężczyzna, z głową okrytą białemi jak mleko włosami.
- Czy Mieczysław nie przyjeżdżał dziś do dworu? łagodnym
głosem zapytał pan Kajetan starego sługi.
Starzec wzruszył ramionami.
- Albożby pan nie wiedział o tem, gdyby pan Mieczysław tu
przyjeżdżał? Alboż pan Mieczysław choćby raz jeden nie był u pana,
będąc we dworze?
- To prawda mój, Tomaszu, to prawda... myślałem tylko, że
może, może zapomniał.
- Niech pan będzie pewny, że pan Mieczysław prędzej o
własnej głowie, niż o panu zapomni.
- A Kamil? ciszéj i spuszczając oczy, zapytał Orchowski.
Stary sługa poprawił zasłonę u lampy, przysuwał do stołu
dwa staroświeckie krzesła o wysokich poręczach i milczał chwilę. Na
twarzy jego pomarszczonéj, lecz rumianéj i czerstwéj, zjawił się
wyraz przymusu, z pewnem nadąsaniem połączonego. Po chwili rzekł
tonem krótkim i mrukliwym:
- Pan Kamil przyjechał z Warszawy parę godzin temu. Kazał
urządzić sobie kąpiel i podać wieczerzę. Teraz leży w łóżku i
książkę czyta.
- Czy pytał się o mnie? zcicha wymówił Orchowski a powieki
i usta jego lekko zadrżały.
- A pytał się, odparł sługa - i pragnąc jakby uwolnić się
od dłuższego mówienia w tym przedmiocie, dodał: Może pan potrzebuje
czego? może ogień rozpalić lepiej? albo ziółek od kaszlu przynieść?
A może książkę którą z szafy dostać i podać?
Pani Leontyna tymczasem, opuściwszy pokój męża, przebyła
znowu wielką salę i przez szereg mniejszych już, ale równie
ponurych i mrocznych pokojów skierowała się w inny koniec domu.
Tam, z za drzwi zamkniętych, doleciały jéj ucha dźwięki
dwóch świeżych głosów, z których jeden był wyraźnie głosem młodej
kobiety, drugi wychodził z nawpół dziecinnéj jeszcze, dziewczęcéj
piersi. - Głosy te rozmawiały ze sobą żywo, wesoło, wznosząc się
chwilami w swywolnéj niby sprzeczce, to znowu przyciszając się,
jakby w poufnych zwierzeniach. Raz zmieszało się z niemi parę
skocznych taktów polki czy walca, wygranych na fortepianie dorywczo
i mimochodem; potem zabrzmiał długi srebrzysty wybuch śmiechu;
potem jeszcze lekkie stopy przebiegły po posadzce jakby któś
uciekał od czyjéjś pogoni, a szmerowi temu towarzyszyły stłumione
chichoty i ciche, urywane, z głośnemi wykrzyknikami pomieszane
szepty; aż nakoniec rozmowy, śmiechy, muzyka i swywolna zabawa
umilkły.
Pani Leontyna weszła do pokoju, w którym prócz fortepianu,
dwóch łóżek śnieżnie zasłanych, kanap i krzeseł dość starych i
zniszczonych stał pośrodku wielki stół okrągły z książkami, w
szarej podartéj oprawie, z poplamionemi i porozdzieranemi
zeszytami, ze szklanym kałamarzem i kilku piórami atramentem
powalanemi, niecierpliwą ręką jakąś połamanemi i rozrzuconemi. Był
to więc widocznie pokój nie tylko do spania ale i do nauki młodéj
główki jakiéjś przeznaczony. Że zmieniał się on téż niekiedy w
miejsce zabawy, świadczył o tém nieład napełniający go w téj
chwili, krzesła porozrzucane i dwie doniczki z rosnącemi w nich
roślinami przewrócone.
Wśród tego wszystkiego znajdowały się dwie osoby: młoda
kobiéta, piękna, wysoka, z bogato rozwiniętą kibicią, wymównemi
oczami i lasem kasztanowatych loków w około szyi i młodziuchne,
najwyżej piętnastoletnie dziewczę. Wdzięki kobiéty dorosłej,
jakkolwiek niepospolite, bladły wobec olśniewającéj piękności
dziewczyny dorastającéj. Była to piękność smukłéj, gibkiéj brzozy i
zarazem iskry, która wnet wybuchnąć ma płomieniem. Blask dwóch
świec palących się na stole padał wprost na twarz jéj ściągłą,
alabastrowo białą; ukazywał usta pąsowe jak krew, wypukłe,
wilgotne; przeglądał się w wielkich, czarnych źrenicach,
pływających na ciemno-błękitnych białkach; połyskiwał nakoniec w
bujnych, czarnych paciorkach, dwoma rzędami otaczających szyję
białą i opadających na pierś w pełnych już kształtach rysującą się
wśród fałd czarnego stanika. Włosy krucze, kędzierzawe, odrzucone z
czoła w sposób pełen zalotnéj niedbałości, dwoma olbrzymiemi
splotami spadały na plecy dziewczyny, tonąc w fałdach spódniczki
krótkiéj, o wiele jeszcze ziemi nie dotykającéj.
W chwili gdy pani Leontyna ukazała się we drzwiach pokoju,
dziewczę stało na krześle, z głową w tył odrzuconą, rękę napełnioną
cukierkami podnosząc w stronę młodéj kobiéty, jakby ją gradem
trzymanych w dłoni przysmaków orzucić chciała. Młoda kobieta zaś,
zmęczona znad ucieczką czy pogonią, z rumieńcami na śniadych
policzkach, rzuciła się na sofę i z twarzą wzniesioną ku sufitowi,
z ustami roztwartemi swywolnym śmiéchem, groziła białą ręką
młodziutkiéj figlarce. Nagle porwała się z sofy i stanęła
wyprostowana, zmięszana nieco. Dziewczyna zeskoczyła także z
krzesła, ale nie zakłopotana bynajmniéj, parą poskokami znalazła
się obok wchodzącéj i głośny pocałunek wycisnęła na jéj ręku:
- Jesteś zawsze tak żywa, Lilo! wymówiła pani Leontyna
zwykłym sobie, zniżonym, przewlekłym głosem a zbliżając się ku
stojącemu pośrodku pokoju stołowi, dodała.
- Jak widzę, bawicie się wesoło.
- Lila uczyła się dziś pilnie, odpowiedziała młoda kobiéta
o śniadéj twarzy, pracowała wiele i sądziłam, że dobrze będzie,
jeśli się trochę rozmową i zabawą ze mną rozerwie.
- Zapewne, zapewne, mówiła pani Leontyna, nie jestem znowu
tak bardzo przeciwną wszelkiéj wesołości, abym jéj córce swojéj
wzbraniać miała, tém bardziéj jeśli bawi się ona w towarzystwie
pani, panno Grejs. Mój Boże młodość ma swoje prawa...... i ja także
niegdyś wesołą byłam.... chociaż znowu wolałabym, aby Lila
wiedziała o tem z góry, że życie nasze jest tylko jednym ciągiem
smutku, cierpień i zawodów.
Przy ostatnich słowach pani Leontyny uśmiéch nawpół
figlarny, nawpół szyderski roztworzył usta młodziutkiéj dziewczyny;
wstrząsnęła głową tak energicznie, aż brzęczały rzędy czarnych,
świecących paciorków i chciała coś powiedzieć, gdy nagle pani
Leontyna tonem zdziwienia zapytała:
- Co to jest? zkąd to masz, Lilo?
Przedmiotem który pytanie to wywołał, były cukierki na
stole rozsypane, do połowy jeszcze napełniające duże, całkiem nowe,
bardzo wytworne i kosztowne pudełko.
- Zkąd te cukierki? Lilo, powtórzyła pytanie swe matka
młodéj dziewczyny.
Oczy nauczycielki i uczennicy skrzyżowały się szybkiém
niespokojném spojrzeniem.
- Kamil przywiózł mi je dziś z Warszawy, odpowiedziało
dziewczę z pewną jakby determinacyą, krzyżując na piersi ramiona.
Pani Leontyna ściągnęła brew z niezadowoleniem.
- Nie lubię tego, rzekła sucho. Strzegę cię od wszelkich
zbytków i blasków o ile mogę, bo wiem z doświadczenia, że są one
rzeczą znikomą i nie pozostawiają po sobie nic, prócz żalu. Nie
nosisz innych sukien jak czarne, nie znasz innego świata prócz
cztérech ścian naszego domu, łakoci nie miéwasz nigdy.... Jednakże
skoro brat chciał tym sposobem dowieść ci swéj pamięci, niech już
przynajmniej panna Grejs zachowa u siebie te przysmaki.... Ależ co
to znowu? mój Boże!
Tym razem, nowe pytanie pani Leontyny, połączone z
wykrzykiem większego jeszcze niż przedtém zdziwienia szkarłatny
rumieniec wywołało na twarz pięknéj nauczycielki. Ale Lila rzuciła
na nią bystre spojrzenie, jakby powiédzieć chciała: bądź spokojną.
- To także Kamil przywiózł mi dziś z Warszawy, wymówiła
tonem zupełnie stanowczym i spokojnym.
Nowym tym dowodem mniemanéj pamięci braterskiéj była złota
bransoleta, ozdobiona piękném spięciem z pereł i z czarnéj emalii.
Pani Leontyna z bardzo już żywém niezadowoleniem wzruszyła
ramionami.
- To szczególne, rzekła. Kamil postanowił znać skrzywić
kierunek, jaki życzę sobie nadać twoim usposobieniom. Pragnę abyś
wiedziała ile marnemi są błyskotki i miała je w pogardzie...
- To też, moja mamo, przerwała dziewczyna, nie myślę
zachować dla siebie téj bransolety, chociaż podoba mi się ona
bardzo... prosiłam pannę Grejs, aby chciała przyjąć ją odemnie.
Rumieniec na twarzy nauczycielki zwiększył się jeszcze na
te słowa. Nie powiedziała jednak nic i piękne swoje, wymowne oczy
ukrywała wciąż pod spuszczonemi powiekami.
- Jesteś nazbyt samowolną, Lilo, tonem lekkiego upomnienia
rzekła matka, wolałabym abyś przed rozrządzeniem podobną rzeczą
zapytała mię o pozwolenie. Ponieważ jednak wiem, że kochasz swą
nauczycielkę i że wiele postąpiłaś przy niéj tak w językach, jak w
muzyce, miło mi będzie jeśli panna Grejs przyjmie od ciebie tę
pamiątkę.
Nauczycielka ukłoniła się w milczeniu. Nie podniosła
jednak powiek, które w dół kłoniło nieprzezwyciężone jakieś
zmieszanie.
- A teraz, Lilo pójdź ze mną odmówić wieczorne pacierze.
Dobranoc, panno Grejs.
Z temi słowami pani Leontyna zwróciła się ku drzwiom. Lila
pozostała jeszcze przez parę sekund w pokoju, mrógnęła ku
nauczycielce swéj, na znak poufnego i zarazem figlarnego
porozumienia, westchnęła, główką skinęła żałośnie, a potem
poskoczyła i za progiem już zaczęła iść obok matki w milczeniu i
powoli.
Panna Grejs przywróciła do porządku cukierki i książki,
popatrzyła przez chwilę na bransoletę, rzuciła ją na stół z gestem
zniechęcenia i rzekła z westchnieniem:
- Cóż z tego wszystkiego, kiedy nie kocham go? nie, nie,
nie kocham! Pięknie byłoby wprawdzie zostać panią Orchowską, panią
tego domu, ale taka zwyczajna kolej życia.... taki zwyczajny,
pospolity człowiek...
Po kwadransie wbiegła Lila, zadyszana i śmiejąc się,
błyskając czarnemi oczami, rzuciła się na szyję swéj nauczycielki.
- O jakże przelękłam się! wołała przyciszonym nieco
głosem, moja najdroższa panno Julio, gdy mama zobaczyła te
cukierki, a szczególniéj tę bransoletę. Gdyby téż mama była
dowiedziała się, że Kamil przywiózł to wszystko nie dla mnie ale
dla....
- Cicho! cicho! z przestrachem upominała guwernantka.
- Nie pozwoliłaby abyś dłużéj została zemną, ciągnęła
daléj dziewczyna, tuląc twarz swą do piersi panny Julii. Odebraliby
mi ciebie... rozłączyli by nas, a ja nie przeżyłabym tego!..
Uścisk i szept jéj gwałtowny był, namiętny, objawiła się w
nich natura nerwowa, zapalna, nawskroś nurtowana ogniami, z których
lada chwila wybuchnąć mogły burze i pożogi.
Panna Grejs kilka gorących pocałunków złożyła na czole i
ustach dziewczyny.
- Dziękuję ci, szepnęła, uratowałaś mię od wielkiego
wstydu.
- Jabym za pannę Julię w ogień wskoczyła! odpowiedziała
Lila. Ale cóż znowu - zawołała nagle z wyrazem gniewu i
niecierpliwości, dlaczegóż bo ten Kamil nie oświadcza się już
formalnie o rękę panny Julii!.. Czy panna Julia kocha Kamila?
proszę powiedzieć! proszę, proszę! czy bardzo pani jego kocha? Czy
tak jak Małgorzata kochała swego
jeune homme pauvre? proszę powiedziéć. Stała przed guwernantką swą z ramionami zarzuconemi w koło
jéj kibici, z twarzą podniesioną ku jéj twarzy. W oczach jéj
gorzała niecierpliwa ciekawość, usta roztwierały się uśmiechem
swywolnym trochę, lecz więcej czułym i marzącym.
Panna Julia nie miała czasu na danie odpowiedzi, bo do
pokoju wbiegła służąca młoda, ładna dziewczyna, z twarzą rumianą,
oczami błyszczącemi i sporém pudełkiem w ręku. Zbliżyła się do
panny Grejs i zniżonym głosem szepnęła:
- Pan Kamil pyta się, czy nie będzie dziś miał odpowiedzi
od pani.
Guwernantka wzruszyła niecierpliwie ramionami.
- Powiedz, że dziękuję, nic więcej...
Nie skończyła jeszcze mówić, gdy Lila pochwyciła z rąk
służącej kartonowe pudełko i otworzyła je.
- Ho! ho! - zawołała, jakie ładne szpilki do włosów! I
pierścionek z turkusem! Ciekawam czy naprawdę złoty? I wstążka
różowa. Zkądże to wszystko masz, Brygisiu?
- Przyniosłam to właśnie dlatego, aby panienkom pokazać.
Walenty przywiózł mi wszystkie te piękne rzeczy z Warszawy, z
tryumfującą miną odparła garderobiana.
Lila włożyła w czarne swe włosy dwie wielkie, pozłacane
zapewno strzały i przeglądała się w lusterku małem, jedynem jakie
znajdowało się w pokoju.
- Ten Walenty musi cię bardzo kochać, Brygisiu, jeżeli i w
Warszawie nie zapomniał o tobie. Czy prędko pobierzecie się?
- Nie wiem, panienko, może ja wcale za niego nie pójdę.
- Cóż znowu! - dlaczego? jeśli on cię tak kocha.....
- Ale ja jego niebardzo... prosty lokaj! - wzgardliwie
układając pąsowe usta, rzekła dziewczyna.
- Wiem! wiem! zawołała Lila figlarnie, mrugając oczami,
tobie co innego w głowie.
Pochwyciła służącą za oba ramiona, okręciła ją w kółko
parę razy i z wybuchem śmiechu szepnęła jéj na ucho:
- Widziałam jak brat mój Mieczysław pocałował cię raz...
tam.... koło starego dębu w ogrodzie.
Garderobiana spłonęła szkarłatem, wysunęła się zgrabnie z
drobnych lecz silnych rąk i wpół rozpromieniona, wpół nadąsana,
pochwyciła pudełko swe z kosztownościami;
- Nie wiedzieć co doprawdy panienka wygaduje! Pójdę ot
prędzej, bo Walenty czeka w garderobie na odpowiedź od panny Julii
dla pana Kamila.
Ze słowami temi wybiegła żwawo i fertycznie.
Panna Grejs zamyślona, widocznie rozdrażniona trochę i
zaniepokojona, rozbierała się powoli. Lila zdjęła także czarne
paciorki z szyi i rozpinała stanik sukni.
- Czy poczytamy dziś trochę? ozwała się po chwili
guwernantka.
- A jakże, panno Julio! zawołała Lila, koniecznie,
koniecznie! Umieram z ciekawości dowiedzenia się o tém co się
stanie z tą piękną Klotyldą i nieszczęśliwą Maryą. Niech panna
Julia położy się cichutko, wygodnie. Ja drzwi pozamykam.
Zasunęła w istocie zasuwki u drzwi, przysunęła stoliczek
ze świecą do łóżka guwernantki, umieściła przy nim najwygodniejszy
ze znajdujących się w pokoju fotelów i z książką w ręku, w białém
rannem ubraniu, usiadła w nim, zwinięta jak kotek; panna Grejs
leżała w pościeli, z twarzą, zwrócona ku sufitowi, z cieniutkim
papierosikiem w ustach.
- Czytaj, Lilo! rzekła głosem rozmarzonym nauczycielka.
Lila zaczęła czytać romans francuzki. Czytała biegle, z
przejęciem się, z zapałem; policzki jéj zapałały pod wpływem
wrażeń, płynących z kart książki, oczy czerwieniły się od
zmęczenia, ale gorzały, błyskały, migotały. W pokoju tym cichym,
zamkniętym, słowo
kochać powtarzało się co chwila, wymawiane ustami
piętnastoletniej dziewczyny. Eros, różowy, marzący Eros
wszechwładnie panował w tym przybytku zaledwo rozwijającej się z
pączka, w surową czarną suknię ubranej młodej dziewczyny; kołysał
zmysły jéj fantazją daremnie z innéj strony straszoną smutkiem
życia i znikomością wszystkiego co ziemskie.
W innej części domu, w pokoju oświetlonym
ostatniemi blaskami dnia, stała u okna pani Leontyna. Urządzenie
pokoju zdradzało dwa usposobienia zamieszkującéj go osoby:
przyzwyczajenie do wytworności, zbytku i przechylanie się ku
surowemu, ascetycznemu prawie obyczajowi. Zwierciadła w pokoju tym
nie było żadnego, łóżko okrywała pościel szczupła i twarda; na
jednej ze ścian wisiał wielki krzyż czarny, z rażącą białą figurą
Chrystusa i z klęcznikiem dźwigającym kilka ciężkich ksiąg do
nabożeństwa. Ale naprzeciw łoża stała nizka, miękka kanapka, z
podobnemiż fotelami i stoliczkiem pełnym kolorowych kanw,
jedwabiów, błyszczących nesseserów; naprzeciw żałobnego krucyfiksu
dowała się szafka rzeźbiona z różanego drzewa, połyskująca z za
szkieł złocistemi oprawami malutkich, leciuchnych książeczek,
wielce światowej treści. Pod krucyfiksem na klęczniku bielała
trupia główka, uwieńczona różańcem; obok kanapki zaś na etażerce
stało pudełko wykładane perłową konchą, ze złoconym napisem u dołu:
mes souvenirs. Kobieta ta która zwykła była w pokoju tym odmawiać
różańce pod krucyfiksem i czytywać romanse na miękkiej kuszetce, z
twardego łoża przypatrywać się trupiej czaszce i z hebanowego
pudełka wyjmować pachnące wiosną, światem pamiątki młodości - stała
teraz u okna, z dłońmi splecionemi i opartemi o szybę, z czołem
złożonem na dłoniach.
Widok na który spoglądały zapadłe, smutne jej
oczy, bardzo był piękny. Dzień letni skończył się, ale gorące ognie
i barwy jego ulatywały jeszcze gdzieniegdzie po widokręgu, pasem
purpury i złota dzieląc na zachodzie niebo od ziemi, różową łuną,
migocąc na dalekich łąkach i śród zielonego liścia poblizkich
drzew. Dwór, na szerokiej przestrzeni rozłożony, z mnóstwem
rzuconych w okół budowl i bujnie wzrastającą roślinnością, wydawał
się o tej wieczornéj porze przybytkiem piękna, obfitości i bogato
rozwiniętego życia.
A jednak kobieta, której wszystkie te skarby i
piękności oddawna były własnością, obojętném, żałością omglonem
okiem patrzyła na nie, wzdychając i szepcząc.
- Mój Boże! jak smutne, bezbarwne, puste jest życie moje! Pocóż
żyłam.... pocóż żyję.... i cóż znaczę teraz na świecie?