Elena wie/Twoja - Claudia Pieiro

Kup ebooka

32.00 zł
25.60 zł (32,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Chodzi o to, żeby prawą nogę podnieść, ledwie kilka centymetrów nad podłogę, przesunąć ją w powietrzu do przodu na tyle, by minęła lewą nogę, i wtedy nieważne, czy daleko czy blisko, znów ją postawić. Chodzi tylko o to, myśli Elena. Tyle że ona może sobie myśleć, a prawa stopa, choć mózg wysyła polecenie ruchu, nie chce się ruszyć. Nie podnosi się. Nie przesuwa w powietrzu. Nie opada znów na podłogę. Nie rusza się, nie podnosi, nie przesuwa w powietrzu, nie opada na podłogę. Mało brakuje. Ale nie. Wtedy Elena siada i czeka. W kuchni w swoim mieszkaniu. Musi zdążyć na pociąg jadący do stolicy o dziesiątej rano; następny, ten z jedenastej, już się nie nada, bo pigułkę wzięła o dziewiątej, dlatego myśli, wie, że musi zdążyć na ten o dziesiątej, zaraz po tym, jak lekarstwo sprawi, że jej ciało zacznie wykonywać polecenia mózgu. To niedługo. Ten z jedenastej odpada, bo wtedy efekt lekarstwa zacznie słabnąć i w końcu całkiem ustanie, a ona będzie się czuła dokładnie tak jak teraz, tyle że nie będzie mogła liczyć na to, że lewodopa zacznie działać. Lewodopa, tak się nazywa to coś, co ma krążyć w jej ciele, kiedy pigułka się rozpuści; od dłuższego czasu zna tę nazwę. Lewodopa. Tak jej powiedzieli, a ona to sobie zapisała na karteczce, bo wiedziała, że pisma lekarza i tak nie odczyta. Lewodopa musi krążyć w pani ciele, rozumie pani. Na to właśnie czeka, siedząc w kuchni swojego mieszkania. Czekanie to wszystko, co może teraz zrobić. Liczy sobie ulice. Recytuje ich nazwy z pamięci. Od początku do końca i od końca do początku. Lupo, Moreno, 25 de Mayo, Mitre, Roca. Roca, Mitre, 25 de Mayo, Moreno, Lupo. Lewodopa. Ma tylko pięć przecznic do stacji kolejowej, to nie tak dużo, myśli sobie i recytuje, i wciąż czeka. Pięć. Ulice, którymi jeszcze nie byłaby w stanie iść, nie dałaby rady stawiać kroków, ale może przynajmniej recytować ich nazwy z pamięci. Dziś nie chce nikogo spotkać. Nikogo, kto by pytał ją o zdrowie czy składał spóźnione kondolencje z powodu śmierci córki. Codziennie podchodzi do niej ktoś, kto nie mógł być na czuwaniu przy zwłokach bądź na pogrzebie. Albo się nie odważył. Albo nie chciał. Kiedy ktoś umiera, tak jak umarła Rita, wszyscy czują się zaproszeni na pogrzeb. Dlatego ta dziesiąta to nie jest dobra godzina, myśli, bo żeby dojść na stację, musi przejść przed bankiem, a dziś są wypłacane emerytury, toteż bardzo możliwe, że natknie się na jakiegoś sąsiada. I to na niejednego. Chociaż bank otwiera się dopiero o dziesiątej, czyli kiedy jej pociąg będzie już wjeżdżał na stację, a ona z biletem w ręku podejdzie na krawędź peronu, żeby wsiąść, lecz przed bankiem już wcześniej, Elena to wie, w kolejce będą stali emeryci, jakby w obawie, że pieniędzy może starczyć tylko dla tych, którzy zjawią się pierwsi. Jedynie robiąc spore kółko, można by uniknąć przejścia obok banku, ale parkinson tego by jej nie darował. Tak to się nazywa. Elena wie już od pewnego czasu, że nie ona włada teraz niektórymi częściami swojego ciała, na przykład nogami. Rządzi on. Albo ona. Pytanie, czy do Parkinsona należy zwracać się per on czy ona, bo choć ta nazwa brzmi jakoś tak po męsku, to jednak przecież jest chorobą, a choroba ma rodzaj żeński. Tak jak katastrofa. Albo tragedia. Postanawia, że będzie mówić o Parkinsonie jako o Niej, bo kiedy myśli o tej chorobie, używa określenia "ta cholerna dziwka", a dziwka to przecież ona, nie on. Za przeproszeniem. Ona. Doktor Benegas parę razy już jej to tłumaczył, lecz Elena nadal nie do końca rozumie; to znaczy rozumie, co ma, bo przecież to siedzi w jej ciele, nie łapie natomiast wszystkich słów używanych przez lekarza. Za pierwszym razem Rita przy niej była. Rita, która dziś nie żyje. Lekarz powiedział im, że parkinson polega na degeneracji niektórych komórek systemu nerwowego. I obu im nie spodobało się to słowo. Degeneracja. Jej i jej córce. Doktor Benegas najwyraźniej zdał sobie z tego sprawę, bo szybko zaczął tłumaczyć. I powiedział, że to choroba centralnego układu nerwowego, która degeneruje, czyli tak zmienia, mutuje czy modyfikuje niektóre komórki nerwowe, że przestają produkować dopaminę. I wtedy Elena się dowiedziała, że kiedy jej mózg zamierza wprawić ciało w ruch, polecenie to może dotrzeć do stóp, jeśli przekaże je tam dopamina. Jak jakiś goniec, pomyślała sobie wtedy. Czyli parkinson to ona, a dopamina to goniec. A mózg nic, bo stopy już go nie słuchają. Jak obalony król, który nawet nie zdaje sobie sprawy, że już nie rządzi. Jak ten cesarz bez szat z bajki, którą opowiadała Ricie, kiedy jej córka była mała. Obalony król, cesarz bez ubrań. I jeszcze Ona, nie Elena, tylko jej choroba, goniec i obalony władca. Elena powtarza ich nazwy, jak wcześniej powtarzała ulice dzielące ją od stacji; te nazwy czekają razem z nią. Od początku do końca i od końca do początku. Cesarz bez szat jej się nie podoba, bo skoro nie ma ubrań, to znaczy, że jest nagi. Woli obalonego króla. Czeka, powtarza, układa ich dwójkami: Ona i goniec, goniec i król, król i Ona. Próbuje ponownie, ale stopy wciąż są obce, nawet nie to, że nieposłuszne - wprost głuche. Głuche stopy. Elena miałaby ochotę na nie krzyknąć: ej, nogi, ruszcie się wreszcie, nawet "cholera" by dodała, ruszcie się wreszcie, cholera, wie jednak, że to na nic, bo jej głosu też nie usłuchają. Dlatego nie krzyczy, tylko czeka. Powtarza słowa. Ulice, królów, znów ulice. Dołącza do swojej litanii nowe słowa: dopamina, lewodopa. Domyśla się, że "dopa" z dopaminy i z lewodopy to musi być to samo, ale tylko się domyśla, pewności nie ma, powtarza, bawi się słowami, pozwala, żeby język się jej plątał, czeka i nie obchodzi jej to, interesuje ją jedynie, żeby upływał czas, żeby pigułka się rozpuściła, zaczęła krążyć w ciele aż po stopy, które wreszcie się dowiedzą, że mają zacząć iść.

Denerwuje się, a to nie jest dobre, bo kiedy jest zdenerwowana, lekarstwo działa z opóźnieniem. Ale nie ma jak temu zaradzić. Dziś podejmie ostatnią próbę, by dowiedzieć się, kto zabił jej córkę, porozmawia z jedyną na świecie osobą, którą być może zdoła przekonać i namówić do pomocy. W zamian za dawny, niemal zapomniany z czasem dług. Spróbuje domagać się wyrównania tego długu, choć Rita, gdyby żyła, na pewno by się na to nie zgodziła, życie to nie jest handel wymienny, mamo, pewne rzeczy się robi, bo tak, bo tak Pan Bóg przykazał. Łatwo nie będzie, ale spróbuje. Isabel - tak się nazywa ta kobieta, którą musi znaleźć. Nie jest pewna, czy tamta będzie ją pamiętać. Podejrzewa, że pewnie nie. Ritę owszem, zawsze przysyła jej kartkę na Nowy Rok. Może nawet nie wie o jej śmierci. Jeśli nikt jej nie powiadomił, jeśli nie przeczytała tej jedynej klepsydry, jaka się pojawiła, i to dwa dni po pogrzebie, zamówiona przez szkołę parafialną, w której Rita pracowała, dyrekcja i grono nauczycielskie, uczniowie i rodzice łączą się z Eleną w takim dniu, jeśli nie uda się jej dziś znaleźć, ta kobieta pod koniec grudnia pewnie znów przyśle kartkę z życzeniami wesołych świąt i szczęśliwego nowego roku dla nieboszczki. Ritę pamięta, ale jej, Eleny, nie, myśli Elena, na pewno nie. A nawet jeśli, to i tak by jej nie poznała, zgiętej wpół, z tym postarzałym ciałem niepasującym do jej rzeczywistego wieku. To już będzie należało do niej, trzeba będzie wyjaśnić, kim jest i czego tam szuka, twarzą w twarz, jak się już spotkają. Opowie jej o Ricie. O jej śmierci. Tak jak będzie umiała, opowie jej tyle, niewiele, ile zdołała zrozumieć z tego, co jej powiedzieli. Elena wie, gdzie może znaleźć Isabel, lecz nie wie, jak tam dotrzeć. Tam gdzie sama zawiozła ją te dwadzieścia lat wcześniej razem z Ritą. Jeśli szczęście jej dopisze, jeśli Isabel nigdzie się nie przeprowadziła, jeśli nie umarła tak jak jej córka, znajdzie ją tam, w tym starym domu na Belgrano, w domu z ciężką drewnianą bramą i brązowymi okuciami, tuż obok gabinetu lekarskiego. Nie pamięta nazwy ulicy, gdyby przynajmniej pamiętała pytanie, jakie zadała jej wtedy córka - słyszałaś kiedyś o ulicy, która nazywa się Soldado de la Independencia, mamo? - wtedy by sobie przypomniała. Rychło się jednak przekona, bo owszem, pamięta, że to jedna albo dwie przecznice od alei biegnącej przez Buenos Aires od Retiro po General Paz, nieopodal małego skwerku i torów kolejowych. Pociągu nie widziały, ale słyszały - Rita zapytała, co to za linia - lecz Isabel nie odpowiedziała, bo płakała. Żeby teraz, prawie dwadzieścia lat później, dowiedzieć się, jak tam dojechać, Elena poszła do biura taksówek za rogiem domu, otwartego kilka lat temu w lokalu, w którym wcześniej działała piekarnia, Elena kupowała tam dla całej rodziny ich chleb powszedni, od kiedy wprowadziła się do dzielnicy zaraz po ślubie, ale w końcu chleb zniknął i pojawiły się taksówki. Kierowca nie wiedział, ja tu nowy jestem, tłumaczył się, więc zapytał właściciela. Powtórzył słowa Eleny, powiedział: aleja biegnąca przez Buenos Aires od Retiro po General Paz, przy torach, na co właściciel odpowiedział: Libertador, a Elena, że tak, że ta aleja nazywała się Libertador, gdy to powiedział, przypomniała sobie, musi jechać do Belgrano na taki placyk. Olleros, rzucił inny kierowca, który właśnie wszedł, tego to już pewna nie jestem, stwierdziła Elena, Olleros, powtórzył tamten z przekonaniem, lecz nie pamiętała nazwy ulicy, natomiast owszem, pamiętała drewnianą bramę i brązowe okucia, Isabel i jej męża, choć jej męża to nie bardzo. Zawieźć panią? zapytali, na co Elena odpowiedziała, że nie, że to daleka droga i duży wydatek, że pojedzie pociągiem, a w razie czego, jeśli nie będzie dawała rady z samą sobą i jej ciało odmówi wejścia do metra, złapie jakąś taksówkę na Constitución, zaproponujemy pani jakąś sensowną cenę, odezwał się właściciel, nie, dziękuję, odpowiedziała, możemy pani udzielić kredytu, nalegał, pociągiem, powtórzyła Elena, nie lubię długów, ucięła dalszą dyskusję, żadne metro tam pani nie podwiezie, proszę pani, linia na calle Carranza najbliżej, ale zostaje pani z dziesięć przecznic jeszcze, powiedzieli jej, jeśli pani weźmie tam taksówkę, niech pani uważa, żeby pani nie wozili w kółko, proszę powiedzieć kierowcy, żeby wiózł panią prosto 9 de Julio aż do Libertador, a potem znów prosto do Olleros, chociaż nie, poprawił się ten drugi kierowca, bo Libertador zmienia się w Figueroa Alcorta, jeszcze przed planetarium, trzeba uważać, żeby skręcić w lewo w stronę Pomnika Hiszpańskiego, a potem wrócić na Libertador albo pod hipodromem w Palermo, wyjaśnił właściciel, ale niech pani pilnuje, żeby nie obwieźli pani naokoło, naprawdę pani nie chce z nami pojechać? Elena wyszła bez słowa, bo odpowiadała już na to pytanie kilka razy i dostatecznie dużo wysiłku kosztuje ją to wszystko, żeby jeszcze raz odpowiadać na to samo.

Constitución, 9 de Julio, Libertador, Figueroa Alcorta, planetarium, Pomnik Hiszpański, Libertador, Olleros, drewniana brama, okucia z brązu, brama, Olleros, Libertador, 9 de Julio, Constitución. Od początku do końca i od końca do początku. Nie pamięta, w którym miejscu tej litanii powinna umieścić hipodrom. Czeka, zastanawia się, znów liczy ulice. Pięć dzielących ją od stacji i tamte, których nie zna albo nie pamięta, tam gdzie jedzie, żeby spróbować odebrać dług, wierzy w niego, bo tego potrzebuje. Król bez korony. Ona. Wciąż w tej samej pozycji, na siedząco, próbuje podnieść prawą stopę w powietrze - tym razem rozkaz dociera i noga się porusza. Teraz Elena jest gotowa, wie o tym. Opiera się dłońmi o uda, zsuwa stopy, żeby nogi zgięły się w kolanach pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, potem łapie się prawą dłonią za lewe ramię, a lewą za prawe, zaczyna się kiwać na krześle i podrywa się z impetem. Tak każe jej wstawać doktor Benegas podczas badań, ona wie, że tak jest trudniej, lecz kiedy tylko może, próbuje, bo chce poćwiczyć przed kolejną wizytą. Chce zaimponować doktorowi Benegasowi mimo tego, co jej powiedział za ostatnim razem, kiedy ją badał, dwa tygodnie przed śmiercią Rity. Stojąc przy krześle, z którego właśnie się podniosła, porusza prawą nogą, podnosi ją w powietrzu, raptem na kilka centymetrów, przesuwa do przodu, aż minie lewą nogę na tyle daleko, by ruch ten można uznać za krok, wtedy opuszcza nogę i teraz przychodzi kolej na lewą, która ma zrobić dokładnie to samo. Unieść się. Przesunąć w powietrzu. Opaść. Unieść się, przesunąć, opaść.

O to właśnie chodzi. Tylko o tyle. Żeby mogła iść i wsiąść do pociągu o dziesiątej.

8

Ojciec Juan od początku należał do osób najmniej zainteresowanych rozmową na ten temat. Elenę zmęczyły ciągłe odpowiedzi inspektora Avellanedy, który powtarzał, że wciąż nie udało mu się spotkać z duchownym. Albo pan niedostatecznie nalega, albo ojciec Juan traktuje pana jak idiotę, inspektorze, chyba pani nie oczekuje, że dopiszę księdza do listy podejrzanych, Eleno?, już mówiłam, pańskim obowiązkiem jest sprawdzenie wszystkich możliwych hipotez. Elena wybrała odpowiednią porę, nie w okolicy żadnej z dwóch codziennych mszy, a także poza godzinami zarezerwowanymi na spowiedź i sjestę. Poszła na zakrystię i zadzwoniła do drzwi. Ksiądz wyszedł, poprawiając sobie koloratkę, zastępującą niegdysiejsze sutanny, zapewne czas jego sjesty z upływem lat się przedłużał, dlatego Elena pośpieszyła się o kilka minut. Proszę wejść, Eleno, powiedział, więc weszła. Uwaga na próg, ostrzegł, ale to nie wystarczyło, Elena nie zdołała podnieść stopy odpowiednio wysoko, palcami dwa razy uderzyła o drewno i za trzecim razem ksiądz podszedł i podał jej rękę, żeby nie upadła. Co za zbieg okoliczności, Eleno, właśnie miałem do pani dzwonić, przyszli do mnie ze szkoły z prośbą, żeby odprawić mszę w intencji pani córki Rity, zrobimy to w tę niedzielę, na mszy o siódmej, zależałoby mi na pani udziale. Elena obliczyła szybko w pamięci i wyszło jej, że siódma wieczorem to nie jest dobra pora ze względu na pigułki, przytaknęła jednak. Jak pani znosi żałobę? zapytał ojciec Juan, na co odpowiedziała: nie myślę jeszcze o żałobie, to niedobrze, Eleno, jest czas na wszystko, czas na śmierć i czas na łzy, ale ja jeszcze nie mam czasu na płacz, ojcze, musi pani mieć, Eleno, tak mówi Biblia, u Eklezjasty, pani potrzebuje się wypłakać, zajmę się płakaniem, kiedy poznam całą prawdę, kiedy się dowiem, za czyją to sprawą moja córka skończyła tamtego dnia tak, jak skończyła. Ksiądz spojrzał na nią i choć wątpił, czy jest gotowa usłyszeć to, co miał jej do powiedzenia, powiedział jednak: tamten dzień nie kryje żadnych tajemnic oprócz przyczyn, które Rita zabrała ze sobą do grobu, Eleno, ale tego dnia padało, ojcze, a Rita nawet nie zbliżała się do kościoła w deszczowe dni, nie zauważył tego ksiądz przez te wszystkie lata?, nie, nie zauważyłem, dlaczego się nie zbliżała?, bo się bała, że ją porazi piorun, ach, Eleno, chyba pani w to nie wierzy?!, to nie ja w to wierzyłam, tylko moja córka, jednak tego dnia przyszła tu, Eleno, sam widziałem to ciało, kiedy mnie powiadomiły chłopaki od Gómeza, zna ich pani, prawda? to dzieci właściciela tego gospodarstwa po drugiej stronie ulicy, rozrabiaki, ale dobrzy chłopcy, pomagają mi przy prostych pracach na parafii, a ja pozwalam im dzwonić na mszę, bardzo ich to bawi, znaczy, bawiło. Ksiądz proponuje kawę, Elena odmawia. Chciałaby pani, żebyśmy się razem pomodlili?, nie przyszłam się modlić, proszę księdza, przyszłam szukać brakującej części tej historii, jak na razie wiem tylko, że ciało mojej córki wisiało na dzwonnicy księdza parafii, to nie jest moja parafia, Eleno, ona należy do wszystkich, do całej wspólnoty, nie mogę pojąć, jak ona się tam dostała, ojcze, ale przecież pani to wie, Eleno, nie, przysięgam, że nie, niełatwo jest pogodzić się z odejściem bliskiej osoby, a tym bardziej w takich okolicznościach, w których nakładają się różne rzeczy, co się nakłada, proszę księdza?, ból i żal, bo my, jako chrześcijanie, wiemy, że nie jesteśmy panami naszego ciała, jego panem jest Bóg, toteż człowiek nie może postępować wbrew Bogu i właśnie przez to, że pani ma tego świadomość, trudno jest pani się z tym pogodzić, ja to rozumiem, Eleno, ale ja księdza nie rozumiem. Ojciec Juan popatrzył na nią, w jej pochylonej twarzy ujrzał parę oczu zdziwionych, lecz bez zdziwienia, patrzyły na niego spod brwi i czoła, oczekiwały czegoś od niego, ale Elena nie powiedziała nic, trwała w milczeniu, czekała, i wtedy ksiądz uznał, że musi wyrażać się dosłowniej, Kościół potępia samobójstwo, jak każde inne zabójstwo, każde niewłaściwe potraktowanie ciała, które do nas nie należy, jakkolwiek to nazywać, samobójstwem, aborcją, eutanazją. Parkinsonem, dodała Elena, lecz ksiądz nie zatrzymał się na tym. Podszedł do kredensu i nalał sobie zimnej herbaty z dzbanka, napił się, na pewno pani nie chce? Elena miała wrażenie, że robi to tylko po to, aby dać jej czas, jak dentysta, który podaje środek znieczulający, ale kiedy zaczyna wyrywać ząb, pacjent krzyczy, więc wiadomo, że trzeba jeszcze trochę poczekać, że nerw jest jeszcze czuły na ból. Eleno, pani musi zachować spokój, pani, mimo tych prób, na jakie Pan nas czasem wystawia, musi zawsze dawać świadectwo swojej wiary, mojej wiary? a kto księdzu powiedział, że ja jeszcze w coś wierzę? kto powiedział, że kiedykolwiek wierzyłam?, pani mi to mówi, Eleno, swoimi postępkami, chodzi księdzu o to, że się nie zabiłam? o to, że nie powiesiłam tego bezużytecznego ciała na sznurze na dzwonnicy? czy może dlatego, że umarła mi córka, a ja żyję nadal?, Eleno, proszę, niech pani nie bluźni, ciało to przestrzeń, którą włada Bóg, a człowiek może z niego tylko korzystać, ja nie mogę korzystać z mojego ciała już od pewnego czasu i nie Bóg mi je odebrał, tylko ta dziwka, to choróbsko, Eleno, niech pani się opanuje, bluźniąc, niczego pani nie osiągnie, ja bym sugerował, by modliła się pani za duszę córki, żeby Bóg okazał jej miłosierdzie w dniu sądu ostatecznego, nie obchodzi mnie dzień sądu ostatecznego, proszę księdza, obchodzi mnie sąd tu, na ziemi, chciałabym, żeby ksiądz powiedział mi wszystko, co wie, żeby mi pomógł odkryć prawdę, dziś, chce pani prawdy, Eleno? powtarzam zatem, głośno i wyraźnie, a pani niech słucha, tego dnia pani córka dopuściła się szalonego czynu, odebrała sobie życie, zadysponowała ciałem, które nie należało do niej, tylko do Boga, powiedziała: już dość, choć każdy chrześcijanin wie, że nie ma prawa wyznaczać kresu swojego życia, taka jest prawda, i powinniśmy litować się nad nią, ale padało, proszę księdza, niech pani da spokój z tym deszczem albo uznam, że grzeszy pani pychą, Eleno, że czym grzeszę?, próżnością i pychą, przekonaniem, że wie pani wszystko, przeświadczeniem, że sprawy wyglądają tak, jak pani się wydaje, choć fakty temu przeczą, a czy nie tego ksiądz i jego Kościół cały czas nauczają?, my uczymy słowa Bożego, próżnością nad próżnościami jest takie przypisywanie sobie słowa Boga, proszę księdza, to wszystko próżność. Elena wstała z trudem, musiała trzy raz próbować, zanim się udało, ale wstała bez niczyjej pomocy i skierowała się do drzwi. Ojciec Juan patrzył, jak odchodzi, żal mu się jej zrobiło i przeżegnał się w milczeniu, odprowadzając wzrokiem jej wykrzywione plecy, powłóczysty krok. Dotarłszy do drzwi, Elena uniosła stopę, żeby przekroczyć próg, lecz nie udało się dźwignąć nogi na wystarczającą wysokość. Wtedy ojciec Juan podszedł do niej i choć nie chciała, pomógł. Elena znalazła się po jednej stronie drzwi, a on po drugiej. Nie ma ksiądz nikogo, kto by mu buty wypastował? zapytała, a duchowny spojrzał na swoje czarne mokasyny, które dawno już nie widziały pasty, niech pan poprosi chłopców, tych, co pomagają w parafii, buty księdza to też część kościoła. Elena zrobiła dwa kroki i ojciec Juan już miał zamknąć za nią drzwi, wcześniej jednak powiedział: ach, Eleno, Eleno, wiem, że jest pani matką. Nie patrzyła na niego, ale się zatrzymała, czy ja jestem matką, proszę księdza?, dlaczego pani wątpi?, a jak mówi się na kobietę, której zmarło dziecko? nie jestem wdową ani sierotą, to kim jestem? Elena czekała w milczeniu przed nim, lecz plecami do niego, i zanim duchowny zdążył odpowiedzieć, stwierdziła: lepiej niech mi ksiądz żadnego miana nie daje, może jeśli ksiądz czy jego Kościół znajdziecie dla mnie jakąś nazwę, zaraz zaczniecie przypisywać sobie prawo do dyktowania mi, jaka mam być i jak mam żyć. Albo umierać. Lepiej nie, powtórzyła i zaczęła stawiać kolejny krok. Matką, Eleno, pani nadal jest matką i zawsze nią będzie. Amen, odpowiedziała i oddaliła się, wiedząc, że nigdy tu nie wróci.

5

Siedzi na ławce na stacji i czeka. Chłód betonu przenika przez spódnicę. Na stoisku z hot dogami sprzedawca podgrzewa wodę. Nie ma za dużo ludzi, jest więcej, niżby chciała, ale nie tyle, żeby nie można było znaleźć miejsca w wagonie, jak już podjedzie pociąg, a ona wsiądzie. We wcześniejszych pociągach, z siódmej, ósmej i nawet z dziewiątej, Elena to wie, miałaby problem nie do przejścia, za dużo ludzi na peronie, za dużo wsiada tymi samymi drzwiami co ona, za dużo pasażerów w środku. No ale dla tamtych ludzi pociąg z dziesiątej jest już za późno, oni muszą zdążyć na określoną godzinę do pracy, wstają każdego ranka, żeby zjawić się na miejscu w biurze, szkole czy w banku. Nie nadałby się nawet dla tych, co pracują w handlu, bo przecież pociąg zajedzie na plaza Constitución jakoś po jedenastej, a o tej porze miasto, do którego zmierza, jest już zmęczone tym ciągłym ruchem tam i z powrotem. Jak się odliczy tych wszystkich, którzy muszą wcześnie wstać, to pozostali, czyli ci, co mogą zacząć dzień później i jechać tym samym pociągiem co Elena, nie są już tak liczni. Kilkoro młodych, którzy zaraz osiągną dorosłość, zaśmiewa się z tymi swoimi teczkami pod pachami i popycha co chwilę, żeby podkreślić puentę żartu. Dwaj mężczyźni w garniturach, dokładnie po przeciwnych stronach peronu, obaj pochłonięci lekturą tej samej gazety, być może czytają ten sam artykuł, to samo słowo i nie są tego świadomi. Małżeństwo sprzeczające się o cenę pigułek, które właśnie kupił mąż. Pociąg na plaza Constitución, planowany przyjazd dziesiąta jeden, wjedzie na tor przy peronie drugim, wypluwa niewyraźny głos dobywający się z głośników. Na ławce obok Eleny przysiada kobieta z córką. Dziewczynka nie sięga stopami do ziemi, Elena patrzy, jak wymachuje nimi w powietrzu. Wie, że mała też ją obserwuje. Wie, że przysuwa się do matki i coś jej szepcze do ucha, potem ci wytłumaczę, odpowiada matka, więc dziewczynka znów zaczyna wymachiwać nogami, jeszcze szybciej niż przedtem. Elena patrzy przed siebie, dostosowując się do wysokości, na jaką Ona pozwala jej unieść głowę; pod przeciwległym peronem gromadzą się śmieci, niektóre z czasem się rozłożą, Elena wie, inne ją przeżyją, plastikowe butelki, styropianowe kubki, popękane płyty betonowe. Elenę mija ktoś, kto pogwizduje. Gwizd stopniowo cichnie, aż całkiem niknie zagłuszony odległym łoskotem. Nogi Eleny drżą, a ona się zastanawia, czy to od podłoża czy też Ona wprawia je w ten dygot, i choć odpowiedzi nie zna, łapie się za krawędź ławki, niemal instynktownie, bo przecież wie, że nic złego się nie może stać, że ten peron, ta ławka, te ściany trzęsą się co chwilę, aż do znudzenia, i nic im się nie dzieje, nikt tego nawet nie zauważa oprócz Eleny. Kobieta z dziewczynką wstają i przechodzą na koniec peronu. Matka trzyma dziecko za rękę, ciągnie je i powtarza pośpieszże się, ale dziewczynce plączą się nogi, bo idzie przed siebie, ale wciąż ogląda się do tyłu, na Elenę próbującą wstać z tej samej ławki, na której dziecko przed chwilą majtało nogami, co tej pani jest, mamo? pyta, potem ci wytłumaczę, odpowiada znów matka. Wagony przejeżdżają przed Eleną, jeden przyczepiony do drugiego, jak podmuch wiatru, łoskot kół o szyny jest taki, że jedyne, co słychać, to zgrzyt metalu o metal. Aż stopniowo powiew zaczyna tracić swój pęd, rumor ustaje i dają się słyszeć inne hałasy, odsłaniają się widoki wcześniej przytłoczone przez pęd, ukazują się okna, a za nimi ludzie podróżujący tak, jak zaraz podróżować będzie Elena, kiedy wreszcie uda się jej wgramolić do środka. Drzwi się odsuwają z sykiem spuszczanego powietrza, Elena stara się szybko stawiać swoje powłóczyste kroki, żeby zdążyć, zanim drzwi znów się zasuną i zostawią ją na zewnątrz. Sporo osób chce wsiąść, więc Elena uczepia się pleców, które widzi przed sobą, żeby wejść za nimi. Rozbrzmiewa gwizdek, ktoś z tyłu popycha ją, za co jest wdzięczna. Już w środku rozgląda się za siedzeniem, jakimkolwiek, najbliższym, i rusza w jego stronę. Wagon zaczyna się lekko kołysać, jakby chciał ją uśpić. Pociąg nabiera tempa, im szybciej jedzie, tym mniej się kołysze. Mija ją młody chłopak, niecierpliwy, ociera się o nią i nadal zmierza przed siebie. Widzi przed sobą nogi innego mężczyzny, idzie w przeciwną stronę, zatrzymuje się przy niej, przepraszam, mówi mężczyzna przed nią, i Elena próbuje usunąć się na bok, ale udaje się jej zrobić tylko tyle miejsca, że prawie nie widać, dlatego tamten powtarza, przepraszam panią, więc robi mu miejsce, nie jest jednak w stanie zrobić więcej, niż już zrobiła, wtedy mężczyzna ustawia się bokiem, wyciąga ręce do góry, unosi swój plecak i przeciska się obok. Dwa rzędy dalej widać wolne siedzenie, do którego Elena zmierza, idzie w jego stronę, ale zanim dotrze do celu, zajmuje je kobieta, Elena widzi tylko jej spódnicę, czerwoną w kwiaty, wiruje przy każdym ruchu, a potem znika, kiedy kobieta siada. Elena musi zacząć od początku, unosi wzrok do góry i patrzy spod pomarszczonego czoła, próbuje zadrzeć opadającą głowę jeszcze trochę wyżej, a kiedy wreszcie jej się to udaje, szybko rozgląda się za kolejnym wolnym miejscem, zapamiętuje jego położenie i opuszcza głowę tak, jak Ona sobie życzy, wie już, że na końcu wagonu zostały dwa siedzenia, że zdoła do nich dotrzeć, jeśli przemierzy cały korytarz, podnosi prawą nogę i wypycha ją do przodu, by wyminąć lewą, lecz zanim to zrobi, czyjaś ręka łapie jej rękę, pani sobie tu usiądzie, mówi mężczyzna, którego twarzy nie widzi, a ona odpowiada, dziękuję, i siada. Mężczyzna, który wstał, przechodzi dalej i zajmuje wolne siedzenie na końcu wagonu. Elena mości swoją torebkę na kolanach; obok niej, na siedzeniu przy oknie, mężczyzna wybija takt dłonią na kolanie w rytm muzyki słyszalnej tylko dla niego, oby jechał do ostatniej stacji i żebym nie musiała robić mu przejścia, myśli Elena, ale ledwie kończy tę myśl, facet mówi: pani pozwoli? i nie czekając na jej odpowiedź, wstaje, zajmując sobą całą tę niewielką przestrzeń między swoim siedzeniem a oparciem siedzenia z przodu, czekając, aż ona przesunie nogi, ruszy się, zrobi mu przejście i wreszcie umożliwi wyjście, zanim pociąg dojedzie na stację, przepraszam, powtarza, a ona mówi: niech pan przechodzi, proszę, lecz nie rusza się.

2

Rita umarła popołudniem, tego dnia zanosiło się na deszcz. Na półeczce w swoim pokoju trzymała szklaną uchatkę, która nabierała różowofioletowych barw, kiedy wilgoć powietrza zbliżała się do stu procent i gwałtowne opady robiły się wysoce prawdopodobne. Taki kolor miał dzień jej śmierci. Kupiła sobie ten bibelot podczas wakacji w Mar del Plata. Elena i Rita wyjechały tam na wypoczynek jak co roku. Spędzały tak okres wakacyjny zawsze w lata parzyste, dopóki choroba Eleny nie uniemożliwiła jej godnego poruszania się. W lata nieparzyste zostawały w domu i zaoszczędzone pieniądze pożytkowały na malowanie czy inne konieczne prace, jak naprawa pękniętej rury, wykopanie nowego szamba, kiedy ściany starego zostały już całkowicie przeżarte przez robactwo, wymiana starego materaca na nowy. W ostatnim nieparzystym roku musiały wymienić prawie wszystkie płytki na tylnym patio, bo podważyły je korzenie drzewa, które nawet nie należało do nich, to był oliwnik rosnący po drugiej stronie ogrodzenia, ale uporczywie przebijał się pod ziemią na ich teren. Wynajmowały dwupokojowe mieszkanie na calle Colón, przecznicę przed początkiem wzniesienia, które potem opada w stronę morza. Rita spała w sypialni, a Elena w salonie pełniącym też funkcję jadalni, tak wcześnie wstajesz, mamo, że lepiej, byś była blisko kuchni, nie będziesz mnie budzić. Jak zawsze w lata parzyste Rita pozaznaczała w gazecie ogłoszenia, w których oferowano mieszkania mieszczące się w ich budżecie, następnie wybrała te, których właściciele mieszkali blisko, żeby nie trzeba było zbyt daleko chodzić z zapłatą i po klucze, w końcu wszystko jest mniej więcej takie samo, talerz więcej, talerz mniej albo inne obicie foteli, to nam wakacji nie zmieni. Razem poszły dobić targu. Mimo że i tak były zdecydowane, prosiły o pokazanie zdjęć i właściciele spełnili ich prośbę, acz zdjęcia niewiele miały wspólnego z rzeczywistością, brudu jakoś na nich nie było widać. Acz to też nie było specjalnym problemem, bo Elena lubiła sprzątać, kiedy jeszcze ciało pozwalało jej na to, sprzątanie ją uspokajało i wręcz magicznie przepędzało ból pleców. Mieszkanie było, jakie było, ale w jedno popołudnie stało się czyste. Na plażę nie chodziły. Za dużo ludzi, za gorąco. Rita nie lubiła tachać ze sobą parasola, a Elena nie wybierała się na piasek, jeśli nie miała gwarancji cienia. Zmieniały jednak otoczenie i to im służyło. Sypiały trochę dłużej, na śniadanie jadły świeżo upieczone croissanty, gotowały dania ze świeżych ryb i każdego wieczora, kiedy słońce chowało się za budynkami, wychodziły przespacerować się po deptaku. Szły z południa na północ, od strony morza, a wracały z północy na południe, od strony miasta. Kłóciły się. Zawsze, każdego wieczora. O cokolwiek. Ważny nie był temat, tylko to, że taki wybrały sposób komunikacji: poprzez kłótnię, która maskowała inny spór, tkwiący w ukryciu i kipiący w nich, znacznie rozleglejszy niż którykolwiek z podejmowanych tematów. Sprzeczały się tak, jakby każde rzucone słowo było trzaśnięciem z bicza, najpierw uderzała jedna, potem druga. Trzaśnięcie za trzaśnięcie. Raniły słowami ciało oponentki jakby w zapamiętaniu. Żadna się nie skarżyła, skupiały się na zadawaniu ciosów. Aż w końcu jedna z nich, najczęściej Rita, wycofywała się ze starcia, bardziej z obawy przed własnymi słowami niż z powodu bólu, jaki mogła poczuć czy wywołać, i potem szły dwa metry od siebie, mamrocząc coś pod nosem.

Szklaną uchatkę zobaczyła pierwszego dnia tych wakacji w sklepiku, w którym oferowano naszyjniki z muszli, popielniczki w kształcie słynnego tutejszego budynku Torreón del Monje, szkatułki wykładane muszelkami tworzącymi jakiś rysunek, korkociąg, w którym sprężyna pojawiała się między nogami chłopczyka albo księdza, albo pasterza, ale żadna nie odważyła się na to patrzeć, i inne tego typu pamiątki. Rita stanęła przed szybą i stukając w nią zadbanym paznokciem palca wskazującego, odezwała się do Eleny: Kupię to sobie przed wyjazdem. Foczka pogodynka: niebieski - słońce, różowy - deszcz, widniało na przyklejonej do witryny karteczce zapisane ręcznie niebieskim długopisem i drukowanymi literami. Elena nie popierała tego pomysłu, nie wydawaj pieniędzy na duperele, tyle się musisz napracować, żeby zarobić, wydam, żeby sobie zrobić przyjemność, mamo, masz wypaczony gust, może lepiej nie rozmawiajmy o wypaczeniach, racja, jeśli chodzi o wypaczenia, to już dość ich masz z tym swoim kolegą z banku, przynajmniej mam faceta, który mnie kocha, no jeśli to cię uszczęśliwia, córko, niełatwo być szczęśliwą u twojego boku, mamo, rzuciła Rita, sądząc, że to będzie ostatni cios, i ruszyła żwawo przodem, wyprzedzając ją o dwa metry, stawiała długie kroki. Elena szła w tyle trasą wyznaczaną przez córkę, zachowując odległość, ale kilka metrów dalej znów zadała cios, przez ten swój kwaśny charakter nigdy nie będziesz szczęśliwa, mam to w genach, mamo, może i tak, odparowała Elena i więcej już nie rozmawiały. Na wysokości hotelu Provincial zawróciły na południe. Codziennie powtarzały tę rutynę. Spacery, zadawanie ciosów, marsz w odległości od siebie, w końcu milczenie. Zmieniały się słowa, przyczyna kłótni, lecz melodia, ton, rutyna zawsze były takie same. O uchatce już nie rozmawiały, któregoś jednak popołudnia, kiedy mijały sklepik z pamiątkami, Elena się zaśmiała i powiedziała: a może kupisz ten korkociąg z księdzem dla ojca Juana?, córki to jednak nie rozbawiło, nie masz za grosz wyczucia, mamo.

Przed upływem dwóch tygodni zgodnie z zapowiedzią Rita kupiła sobie foczkę pogodynkę. Zapłaciła gotówką. Miała kartę debetową, którą jej dali w szkole, kiedy została oficjalnie zatrudniona i zaczęli jej odprowadzać ubezpieczenie, lecz nigdy jej ze sobą nie nosiła, bo się bała, że ją mogą okraść. Poprosiła o zapakowanie foczki w kilka warstw papieru, żeby się nie rozbiła. Zamiast papieru dali jej tę folię z dużą ilością bąbelków, którymi potem Rita strzelała, naciskając je po kolei. A podczas podróży autobusem uchatka jechała na uprzywilejowanym miejscu, na jej kolanach.

Elena wciąż ją trzyma, tak jak trzyma wszystkie rzeczy Rity. Wsadziła wszystko do kartonu, który podarował jej sąsiad - do pudła po dwudziestodziewięciocalowym telewizorze. Sąsiad zamierzał wystawić go do śmietnika, lecz poprosiła i dał jej. Żeby schować rzeczy Rity, powiedziała, a on po prostu podał jej karton bez słowa, choć trochę tak, jakby składał kondolencje. Pomógł jej nawet wnieść pudło do mieszkania. Elena wszystko tam wpakowała. Wszystko prócz ubrań; ubrań nie mogła, wciąż trzymały jej zapach, zapach córki. Ubranie zawsze zachowuje zapach tego, kto je nosił za życia, Elena to wie, nawet jeśli tysiąc razy wypierze się je w różnych proszkach, zapach, którego nie da się utożsamić z jakimiś konkretnymi perfumami czy dezodorantem, czy proszkiem używanym codziennie do prania tych rzeczy, kiedy jeszcze miał je kto ubrudzić. Zapach, który nie jest zapachem domu ani rodziny, bo ubranie Eleny nie pachnie tak samo. Zapach zmarłego, kiedy jeszcze żył. Zapach Rity. Nie mogła znieść, że go czuje, choć za zapachem nie idzie właściwa osoba. Miała tak samo z ubraniami męża, ale wtedy nie wiedziała, że znacznie więcej bólu się czuje, kiedy umiera dziecko. Tak że ubrań nie spakowała. Nie chciała też oddawać ich do kościoła, żeby pewnego dnia nie natknąć się na zielony pulower Rity na jakimś obcym ciele. Spaliła je w ognisku, które roznieciła na podwórku za domem. Zużyła cztery zapałki, zanim zapłonął ogień. Pierwsze zajęły się nylonowe rajstopy, roztopiły się w płomieniach w syntetyczną lawę, a potem powoli ogień objął resztę; w popiele zachowały się druty z biustonoszy, kilka zapinek i zamków. Wsadziła te resztki do worka na śmieci i wyniosła, żeby zabrała go śmieciarka. Tak że ubrania nie wylądowały w pudle od sąsiada. Natomiast buty owszem, oraz para wełnianych i nigdy nieużywanych rękawiczek, które niczym nie pachniały, stare zdjęcia, jej notesik z telefonami, dokumenty, wszystkie prócz dowodu osobistego, który trzeba było przekazać zakładowi pogrzebowemu, by zajął się pochówkiem, jej kalendarz, karty bankowe, na wpół ukończoną robótkę, zdjęcie z lokalnego dziennika, na którym stoi na tle szkoły parafialnej razem z resztą ciała pedagogicznego w dniu inauguracji sal dla szkoły średniej, Biblia z dedykacją, prezent od ojca Juana, żeby Słowo Boże zawsze było z Tobą, tak jak było z Twoim Ojcem, okulary do czytania, pigułki na tarczycę, obrazek ze świętym Ekspedytem, który dała jej sekretarka ze szkoły, kiedy spóźniała się emerytura Eleny, wycinek z gazety z dnia, w którym urodziła się córka Isabel. Isabel i Marcos Mansilla z radością zawiadamiają o przyjściu na świat ich córki, Maríi Julity, w mieście Buenos Aires, dwudziestego dnia marca 1982 roku. Ogłoszenie wycięte ręcznie, starannie wzdłuż krawędzi, na ile drżenie rąk pozwoliło. Segregator z wszystkimi pocztówkami od państwa Mansillów wysłanymi na Boże Narodzenie. Pudełko czekoladek w kształcie serca, prezent od tego przyjaciela z banku, teraz już bez słodyczy w środku, tylko z samymi bezsensownymi sreberkami i plikiem listów niestarannie złożonych i przewiązanych różową wstążką, których Elena nie odważa się czytać, nie przez respekt dla zmarłej córki, tylko ze względu na siebie: nie chce poznawać szczegółów historii, o której nigdy nie chciała słyszeć. Możliwe, że czasami czytanie listów miłosnych do własnej córki jest dla jakiejś matki - choć zakazane - całkiem przyjemne, myśli Elena, takie przekonanie się, że córka stała się kobietą, że ktoś jej pragnie, że podąża drogą do wypełnienia swojego biologicznego obowiązku, człowiek się rodzi, rośnie, rozmnaża i umiera, świat się kręci i ktoś przekazuje pałeczkę. Elena patrzy na listy i zastanawia się, skąd to słowo "sztafeta". Sztafeta. Ale to nie ten przypadek, Rita nie była już młodą dziewczyną, która znajduje swojego adoratora, ani ten Roberto Almada nawet nie zbliżył się do tego, by stanąć na wysokości zadania. Oni byli dwojgiem rozbitków, dwojgiem przegranych w miłości, a i to nie, ci dwoje nigdy nawet nie spróbowali, zmarnowali swój czas, patrząc na wszystko z widowni. I zdaniem Eleny jej córka zachowałaby się godniej, gdyby na tym etapie już sobie te sprawy darowała. Ale nie, wdała się w to w wieku, w którym ona, Elena, była już wdową. Podejrzewa, że nie zaszli daleko, było pewnie trochę pocałunków i niezgrabne ruchy dłoni gdzieś na placu, kiedy słońce zachodziło za pomnik narodowy, albo w domu Roberta, zanim jego matka wróciła z zakładu fryzjerskiego. Jakkolwiek było, Elena woli więcej nie wiedzieć, a tym bardziej nie chce czytać tych listów, bardziej boi się słów, które mógł w nich wypisywać Roberto w odpowiedzi na słowa Rity, niż tego, co razem robili. Dlatego nigdy nie rozwiązała tej wstążki, nie pociągnęła za końcówkę, by rozsupłać kokardkę i uwolnić wypełnione słowami kartki, tylko dotknęła ich, odkładając je z powrotem do pudełka po czekoladkach, które z kolei schowała do kartonu od sąsiada razem z resztą rzeczy po córce, kiedy ogień strawił już to, co zachowywało jej zapach.

Spakowała wszystko prócz uchatki. Foczkę pogodynkę odstawiła na półkę w jadalni, między radiem i telewizorem, ale kilka centymetrów do przodu. Proporcjonalnie do odległości, jaką zachowywały po każdej kłótni Rita i Elena. Na honorowym miejscu. Żeby móc na nią patrzeć codziennie, żeby nigdy nie zapomnieć, że w dniu, w którym umarła Rita, zanosiło się na deszcz.

7

Siedząc wreszcie w pociągu, który wiezie ją do celu, Elena patrzy na uciekające za oknem drzewa. To jej pora na odpoczynek, te mijane stacje nieprzynoszące żadnych trudności, może sobie tylko patrzeć przez okno na drzewa, które pędzą jedno za drugim w przeciwnym niż pociąg kierunku. Sylwetki drzew i budynków zacierają się w rytm stukotu kół. Jakby jedno drzewo pożerało drugie, jeden dom połykał następny, myśli. Elena patrzy na nie spode łba, w jedyny sposób, w jaki może, kątem oka. Godzi się z tym wyrokiem nałożonym przez Nią, przez chorobę. Jej oczy wciąż jeszcze zachowują lojalność, patrzą tam, gdzie im każe, nawet jeśli straciły swój wyraz. Ale szyja zupełnie jej zesztywniała, jest twarda jak kamień i narzuca swoją wolę. Pokazuje, kto tu rządzi, a kto musi słuchać. Ciało Eleny wypełnia Jej rozkazy, zmusza ją do spuszczania oczu, jakby w czymś zawiniła, jakby ogarniał ją wstyd. Do tego kilka miesięcy temu zaczęła jej lecieć ślina, a taka schylona postawa bynajmniej nie pomaga, bo ślina nie trzyma się w środku ust, mogłabyś nie ślinić stołu, przy którym jemy, mamo?, gęsta ślina, plamiąca na piersi koszulę, którą ma na sobie, zawsze jest przez to brudna. Rita każdego dnia rano dawała jej świeżo wypraną i wyprasowaną chustkę, żeby nie zachlapała śliną całego mieszkania. Taką, jaką dziś ma w torebce, ale musiała ją sobie wyprać i wyprasować sama. Starania córki szły jednak na marne, bo i tak w różnych miejscach znajdywało się jej zaślinione i zgniecione w kulkę chusteczki, na kuchennym stole, przy telefonie, tkwiły tam jak trofea albo jak przypomnienie, gdzie też Elena tym razem je zostawiła, i wcale nie było jej intencją drażnić córki, choć i tak to robiła. Czy dla ciebie, mamo, nie ma nic obrzydliwego?, karaluchy, odpowiadała. Rita próbowała też śliniaczków, kupiła w niezłej cenie paczkę z dziesięcioma sztukami, były to wprawdzie jednorazówki, ale Elena odmawiała wyrzucania ich po użyciu, widziałaś w aptece, ile to kosztuje?, i w końcu całymi dniami chodziła z niebieskim papierowym podbródkiem, pomiętym i wilgotnym, pełnym okruchów i niemożliwych do zidentyfikowania resztek jedzenia. Nie wie, czy jeszcze kiedyś poczuje się czysta, raczej nie; na jej chorobę nie ma lekarstwa; można tylko łagodzić objawy, to takie w sumie oszukaństwo, jakieś metody postępowania czy rzeczy, które mają jej pomóc robić to, czego robić już nie może, choćby te śliniaczki, lecz poprawy żadnej to nie przyniesie. Będzie chora tak długo, jak długo pożyje, a Rity już nie ma. Przez te wszystkie dni, dni takie jak ten, który ma przed sobą i który dobiegnie końca, kiedy sama pod wieczór wsiądzie do pociągu powrotnego.

Jedzie. Burzaco, Adrogué, Temperley, Lomas, Banfield, Lanús. Lanús, Banfield, Lomas, Temperley, Adrogué, Burzaco. Jedzie. Zerka kątem lewego oka. Drzewa nadal połykają się jedno po drugim. Potem patrzy kątem prawego oka na przejście między siedzeniami, jakby chciała zachować symetrię wysiłków. Bo Ona zmusza ją do spuszczania głowy, a przy tym również do napinania mięśni, więc Elena wprawdzie się nie przeciwstawia, ale kpi z niej, choć się nie śmieje, nawet nie czuje dumy z tego, co robi, stara się jednak ją przechytrzyć, żeby jakoś przetrwać. Leci jej ślina. Szuka w torebce mokrej już chustki, zgniata ją i znów przeciera usta. Unosi oczy i wygina brwi w łuk, jakby się czemuś dziwiła, mimo że żadnego zdziwienia nie czuje, i stara się patrzeć prosto przed siebie, unosząc jak najwyżej wzrok. Kiedy tak robi, bolą ją mięśnie policzków i brwi. O ile policzki mają mięśnie takie jak te, które zmuszają jej szyję do pokory, myśli, bo Elena nie jest pewna, czy to, co ją boli, to rzeczywiście mięśnie. Nigdy wcześniej nie zastanawiała się, z czego właściwie składają się policzki. Albo szyja. Albo brwi. Czy to mięśnie, ciało czy skóra, zastanawia się i nie wie co, ale wie, że boli. Coś ją boli, jakaś część jej ciała nienawykła do takich ruchów. Do ruchów, do których Ona, choroba, zmusza ją, Elenę, żeby jakoś mogła postawić na swoim. Bo niech Ona sobie nawet nie marzy, że Elena pogodzi się z tym, że ma gapić się tylko w podłogę aż do samej śmierci, myśli sobie. Jeśli będzie trzeba, położy się na ziemi twarzą ku niebu czy sufitowi tylko po to, żeby zagrać Jej na nosie, wykazać się krnąbrnością, i tak będzie czekała na śmierć. Na swoją śmierć. Jeszcze ten jeden raz, być może ostatni, z niej zakpi. No ale wcześniej, zanim umrze tak z twarzą ku niebu, będzie musiała poszukać jeszcze innych metod okpienia Jej, jeśli nie chce stać się niewolnicą tej dziwki, która nią pomiata. Uchwyty w różnych miejscach, które pomagają wstać, więcej śliniaków do zbierania śliny, piankowe kołnierze podnoszące podbródek, kołnierze z twardego plastiku, kiedy gumowe okażą się niewystarczające, nakładki na muszlę klozetową, jeszcze więcej uchwytów, leki pomagające w przełykaniu, środki zapobiegające popuszczaniu moczu bardziej, niż już popuszcza, leki usprawniające działanie innych leków albo żeby te leki nie porobiły jej dziur w żołądku, jeszcze więcej uchwytów. Dlatego nawet jeśli boli, napina policzki i brwi, żeby jej wciąż wierne oczy mogły patrzeć na coś innego niż tylko podłoga. W pociągu nigdy nie patrzy przed siebie, cały ten wysiłek dałby raptem tyle, że mogłaby oglądać skajowe oparcie przed sobą. Po tym, jak wysiadł ten mężczyzna, który klepał się w kolano w takt muzyki, Elena zdołała przenieść się pod okno, przesuwając się i moszcząc na siedzeniu, chwyciła się framugi. Spódnica zwinęła się jej pod nogami w kłębek, ale nie przejmuje się tym. Siedzi przy szybie, głowa spuszczona, cały jej świat sprowadza się do przesuwania źrenic w jedną stronę, i to wystarcza, to pozwala jej patrzeć na drzewa i domy, jak uciekają w przeciwnym kierunku, jak rozmazują się jedne z drugimi, ich kolory się mieszają, stapiają, niewyraźne i szybkie, czeka, aż pociąg zacznie zwalniać bieg i wtedy każdy obraz znów się pokaże, będzie dobrze widoczny, znów będzie miał klarowne granice, a pociąg stanie na jednej z pośrednich stacji, by powtórzyć kolejny raz procedurę hamowania i ruszania.

Od lat nie jechała pociągiem. Ostatni raz kiedy Rita namówiła ją na udział w spotkaniu samopomocowym osób chorych na parkinsona, które widywały się raz w miesiącu w klinice. Ale dla Rity okazało się to jeszcze trudniejszym doświadczeniem niż dla niej i więcej tego nie proponowała. Już samo miejsce nie pomagało, to poczucie zagubienia w korytarzach nie wiadomo dokąd prowadzących, te ciemne schody, windy, które nie jadą ani w górę, ani w dół, ludzie wiecznie czekający, zmęczeni, transparenty z protestami, których Elena nie umiała odczytać, lecz Rita robiła to dla niej. Zapach. Właściwie czego? zastanawiała się Elena. Nie pamięta, nie umie tego zdefiniować. Nie śmierci, woń śmierci jest inna, teraz to wie. Po śmierci męża w sumie nie wiedziała. Bo śmierć jej córki to była taka prawdziwa śmierć. Może zapach choroby? Bólu. Zapach wyroku, myśli. Ponieważ tam po raz pierwszy zobaczyły, co je czeka. Wcześniej wydawało im się, że wiedzą, ale tam zobaczyły. Wtedy Elena miała tylko problemy z chodzeniem. Jakby chciała ruszyć, a nie mogła się zdecydować. Tyle ludzi chce ruszyć, a nie może się zdecydować, myślała. Tak się wtedy zastanawiała, teraz jednak wie. Wie, co będzie potem, zna przyszłość. Wie, jaki czeka ją wyrok, bo go widziała. Wtedy wystarczyło, że wzięła lek, i zaraz odpalała. I można było wierzyć, że prawie wszystko jest normalnie. Tak jak normalną rzeczą jest wkładać kurtkę bez niczyjej pomocy. To był pierwszy znak, jednego dnia Elena nie mogła sobie poradzić z lewym rękawem. Kto by pomyślał, że niemożność wsadzenia ręki w rękaw to taka poważna sprawa, myśli. Dziś wie, jakie to ważne. Prawa ręka w porządku. Lewa natomiast nic, mimo że mózg wysyła rozkazy, by uniosła się w powietrze nad bark, by wycelowała prosto łokciem, by wyprostowała ramię do tyłu, celując dłonią w sufit przez dziurę w rękawie, a kiedy już znajdzie się w kurtce, by się przesunęła w stronę wylotu i wreszcie wróciła do naturalnej pozycji. Ramię zwisało w powietrzu, łokieć wygięty, dłoń na próżno szuka dziury, przez którą może się wsunąć w rękaw. Bo Ona, ta dziwka, wymyśliła sobie, że to ramię nigdy już nie wsunie się w rękaw. Stąd nowy zwyczaj Eleny, żeby nosić narzucane na ramiona chusty albo ponczo, co sąsiadki krytykowały i nie rozumiały, dopóki choroba nie zaczęła się rzucać w oczy. To kolejna metoda, żeby zagrać Jej na nosie. Dzięki chuście Elena pierwszy raz z Niej zakpiła, o ile dobrze pamięta. Jeśli ręka nie chce już nigdy w życiu wsunąć się w rękaw, to żadnego rękawa nie będzie, postanowiła. I choć sąsiadki wzięły ją na języki, dzięki temu nikt się przedwcześnie nie dowiedział. Bo przez spory jeszcze czas choroba stanowiła sekret jej, Eleny i doktora Benegasa; Ona ukrywała się wciąż jak kochanek. Skoro na szczęście nie masz problemów z drżeniem, powiedziała jej Rita, po co wszystkim to rozgłaszać, żeby budzić litość? Jeśli ludzie nie będą widzieli, że drżą ci ręce, nikt nie skojarzy tego z parkinsonem, a im później będą wiedzieli, jak to nazwać, tym lepiej, mamo. Elenie ręce nie drżały i nadal nie drżą, podczas tego spotkania w klinice dowiedziały się obie, Rita i ona, że to wcale nie jest żaden plus, że to jeszcze pogarsza sprawę. Biedaczka, czyli nie ma pani drżenia rąk?, podobno parkinson bez drżenia jest najgorszy, najszybciej postępuje, powiedziała kobieta siedząca obok i dygocząca jak liść na wietrze. I obie, Rita i Elena, wysłuchały jej, ale nie powiedziały nic. Nie rozmawiały z nikim, nawet między sobą. Nie było też potrzeby, żeby to sprawdzać podczas kolejnej wizyty u doktora Benegasa. Tamtego wieczoru tylko patrzyły. To wystarczyło. Przyglądały się każdej osobie z otoczenia, tym, którym ręce drżały, i tym, którym nie drżały. Elena nie rozpoznała się w żadnym z obecnych. Nie miała tak pustych oczu jak ten pan, który opowiadał grupie, jak wyposażył swój pokój w uchwyty i poręcze, żeby móc samemu wstawać w nocy. Ani nie poruszała palcami w powietrzu, jakby liczyła pieniądze albo rozdawała karty w niewidzialnej partii pokera. Ani nie śliniła się jak ta płacząca kobieta z pierwszego rzędu. Ani nie dygotała jak ta, co ją nazwała biedaczką. W nikim z tam obecnych nie dojrzała siebie, lecz wiedziała, jaki zapadł na nią wyrok, zobaczyła, kim się stanie.

Wtedy po raz ostatni jechała pociągiem do Buenos Aires, myśli. Nie musiała patrzeć na wszystko spode łba, bo szyja nie wiedziała jeszcze, do czego zdolny jest mięsień mostkowo-obojczykowy, nawet jego nazwy nie znała. Jeśli król został już obalony, wiedzieli o tym tylko pałacowi dworzanie. Ona wciąż czaiła się w cieniu. Jak kochanek. A goniec przed każdą bitwą docierał z lewodopą na czas. Ale znacznie ważniejsze było to, że Elena nie podróżowała wtedy sama. Była z nią Rita, siedziała obok, choć jej rola ograniczała się do pomagania jej z tym lewym rękawem i do ciągłych kłótni. Chłostała ją mocno i krótko, a potem oddalała się na dwa metry. Tego wieczoru też się posprzeczały. Elena potrzebowała sporo czasu, żeby wsiąść do wagonu, co zdenerwowało Ritę. Obawiała się, że w końcu zostaną na peronie, więc zaczęła wpychać matkę do środka. Obie rozwarte dłonie oparła jej na pośladkach i zaczęła ją wpychać, Elena pamięta to, prawie ją wrzuciła do środka. Postaraj się, mamo, powiedziała. Na co Elena odpowiedziała: możesz przestać mnie zadręczać? Bo przecież się starała i stara, w przeciwnym razie nie siedziałaby tu w tym pociągu sama, gapiąc się kątem oka na goniące się drzewa. Czasami, teraz Elena wie, starać się to za mało. Rita, zdaje się, też się o tym przekonała, o ile w miejscu, do którego trafiła i w którym wszyscy skończymy, rzeczywiście zachowuje się wiedzę. Choć tamtego dnia tak bardzo się na nią wkurzyła, skoro ja cię zadręczam, to spróbuj sobie wyobrazić, jak zadręczona przez ciebie jestem ja, powiedziała. I Elena, pragnąca dalej żyć mimo mięśnia mostkowo-obojczykowego, śliny i rękawa, którego nie da się włożyć, nie może uwierzyć, że jej córka mogłaby naprawdę chcieć odejść z tego świata. Nie wierzy. No ale ona nie żyje. Nie mogła sama pójść tamtego dnia na dzwonnicę, nie mogła przywiązać liny do osi dzwonu, a potem założyć sobie pętli na szyję, nie mogła zrobić węzła, nie mogła krzesła, na którym stała, odtrącić, żeby jej ciało zawisło, a stryczek zacisnął się pod jej ciężarem. To niemożliwe. Ona by nie mogła. Przecież tamtego popołudnia padało. Elena wie, że to nie był wypadek, powiedziała to inspektorowi Avellanedzie. Nigdy nie ufała policji. Nie tylko teraz - nigdy. Jest jednak sama i teraz nie chodzi o to, żeby jej uwierzyli, tylko żeby przynajmniej ktoś jej wysłuchał. Nie chciał jej słuchać ani prokurator, ani komisarz. Avellaneda owszem, lecz pewnego dnia dostał polecenie, że ma zamknąć sprawę, i przestał ją przyjmować w godzinach urzędowania. Parę razy spotkali się w barze na rogu przy komisariacie, kiedy kończył służbę, to nieoficjalna rozmowa, pani Eleno, uprzedzał. Parę ostatnich razy umawiał się z nią pod drzewem ombu na rynku. Ale od dłuższego czasu nawet te spotkania ustały, już nie powtarza jej tego co zawsze, tego, w co Elena nie wierzy, że jej córka popełniła samobójstwo. Ojciec Juan za to wciąż przyjmował ją w zakrystii, ją to jednak już znudziło, do niczego te rozmowy nie prowadzą, bo wysłuchuje jej, jakby się spowiadała, a jej nie spowiedź jest potrzebna, tylko odpowiedzi na pytania. Dyrektor szkoły parafialnej też ją przyjmuje, ale tylko patrzy i słucha, i przytakuje, jakby się zgadzał, niczego natomiast nie wnosi, do powiedzenia ma tylko rzeczy w rodzaju: dziś rano posadziliśmy drzewo dla upamiętnienia Rity, Eleno, a co ją obchodzi jakieś nowe drzewo. Nie obchodzą jej też koleżanki z pracy Rity ani sąsiadki, niektóre nawet się popłakują podczas rozmowy z Eleną i powtarzają, ja rozumiem, nie wie pani, jak dobrze rozumiem, ja też bym nie mogła, ale przecież ona nie prosi o zrozumienie, chce tylko, żeby jej wysłuchano i żeby wszyscy wytężyli pamięć, i powiedzieli, co wiedzą, lecz nikt nic nie wie, nikt nikogo nie podejrzewa, nikt nie wyobraża sobie możliwego motywu ani nie zna ewentualnych wrogów jej córki. I ponieważ nic nie wiedzą, powtarzają to, co mówi policja, samobójstwo, jej głuche ciało otoczone jest przez innych głuchych, myśli Elena, jeszcze głuchszych niż te moje stopy. Głuchych, którzy powtarzają, że ją rozumieją, ale nie słuchają, Elena to wie. Roberto Almada z początku jej słuchał i dalej by to robił, gdyby mu pozwoliła, nie przychodź więcej, Roberto, powiedziała mu jednego popołudnia, kiedy zajrzał do niej, wracając z banku, i rozpłakał się w kuchni, nie mam nic do ciebie, ale nie przychodź już. Słuchał jej, lecz on też nic nie zrobił i nie zrobi. On pierwszy przyjął wersję z samobójstwem, jej się nie przyznał, ale przeczytała to w aktach sprawy, zeznał, że w ostatnim czasie Rita nie czuła się dobrze, że nie była taka jak kiedyś, nic jej nie cieszyło, mało się śmiała, a kiedyż to śmiała się dużo? żachnęła się Elena, gdy przeczytała to zdanie zapisane przez urzędnika sądowego, dwa razy je przeczytała, aby się upewnić, czy rozumie, czy może ona coś źle pojmowała, rzadko się śmiała. Rzadko. Co on może wiedzieć? myśli Elena. Głusi. Ślepi. Choć mogą chodzić i poruszać się, robić to wszystko, co jej odebrano. Dlatego próbuje dotrzeć do Buenos Aires. Tym pociągiem, który znów zatrzymuje się na jakiejś stacji, nazwy nie może odczytać, bo plączą się jej litery, koślawe za sprawą celowo kosego spojrzenia. Liczy na palcach i wychodzi jej, że to powinna być Avellaneda. Tak jak ten inspektor, co rozmawia z nią tylko po godzinach pracy, przysiadając na krzywym wystającym korzeniu drzewa ombu na rynku.

Nikt nie wie o jej córce tyle co ona, myśli, bo ona jest matką, a raczej była. Macierzyństwo, myśli Elena, przynosi pewne przywileje, matka zna swoje dziecko, matka wie, matka kocha. Tak mówią, tak musi być. Ona kochała i kocha, choć nigdy tego nie powiedziała, choć kłóciły się, zachowując odległość, choć wyzywały się, jakby chłoszcząc się pejczami, może nie całowała jej i nie głaskała, ale matka kocha. Czy dalej jest matką, skoro jej córki już nie ma? Gdyby to ona umarła, Rita byłaby sierotą. A jak nazwać ją, kiedy nie ma córki? Czy śmierć Rity zamazała to, czym ona była? Jej choroba nic na to nie poradzi, bycia matką, Elena wie, nie może ci odebrać żadna choroba, nawet jeśli uniemożliwia ci włożenie kurtki czy spowalnia marsz twoich unieruchomionych stóp, czy każe ci żyć ze spuszczoną głową, ale czy śmierć może zabrać nie tylko ciało Rity, lecz także słowo, które określa, kim ona, Elena, jest?

Elena wie, że jej córkę zamordowano. Nie wie, kto to zrobił ani dlaczego. Nie umie znaleźć motywu tej zbrodni. Nie widzi go. Musi więc pogodzić się z tym, że prokurator powie: samobójstwo. I że to samo powie inspektor Avellaneda. I że powie to też Roberto Almada. I że będą tak mówić wszyscy, którzy patrzą i milczą. Ale przecież padało, a ona jest matką, padało. To jest kluczowe, to zmienia wszystko, choć ona nie ma jak tego udowodnić, sama niczego nie osiągnie, bo nie ma już ciała. Nie teraz, kiedy król został obalony i rządzi Ona. Nawet stosując wszystkie możliwe sztuczki, nie jest w stanie dojść do prawdy, jeśli jakieś inne ciało jej nie pomoże. Czyjeś ciało, które będzie dla niej pracować. Które by zbadało sprawę, wypytywało, patrzyło prosto przed siebie, prosto w oczy, nie musząc mocować się z własnymi brwiami. Ciało, którym ona, Elena, mogłaby rządzić i które by jej słuchało. Nie jej ciało. Tylko kogoś, kto czuje się w obowiązku spłacić dług. Ciało Isabel. Dlatego wgramoliła się do tego pociągu, żeby tamto inne ciało, kobiety niewidzianej już od dobrych dwudziestu lat, pomogło jej szukać prawdy, czego ciało Eleny odmawia. Prawdy, której ona nie może zobaczyć. Nawet jeśli podróż do Buenos Aires zajmie cały dzień. Nawet jeśli utknie w bezruchu w pół drogi, kiedy pigułka przestanie działać, i wtedy nie będzie innego wyjścia, niż czekać, to jej czekanie, w którym czas się zatrzymuje, a ona znów liczy ulice i stacje, i królów, i dziwki, i cesarzy bez szat, po kolei i od tyłu, cesarzy, dziwki, królów, ulice i stacje.

I tak idzie, stopa kawałek przed drugą, choć nikt już nie zdoła zwrócić królowi korony ani córce życia, ani jej żywej córki.

6

Trochę trwało, zanim ciało oddali, ale kiedy formalności dobiegły końca, odbyło się czuwanie i pogrzeb jak pan Bóg przykazał. Wszyscy przyszli. Ojciec Juan, ciało pedagogiczne i inni pracownicy szkoły parafialnej, sąsiedzi, jakaś koleżanka ze szkoły średniej, z którą Rita widywała się dość regularnie. Roberto Almada i Mimí, jego matka, oraz jej pracownice z zakładu fryzjerskiego; na drzwiach wejściowych do swojego salonu zostawiła kartkę "Zamknięte z powodu żałoby", czym przysłoniła szyld L'Oréal de Paris. Trumnę wybrała osobiście Elena. Tak samo okucia. Oraz wieniec żałobny z kwiatami i złotym napisem "Twoja Matka". Nikt z rodziny nie może przy tym pani pomóc? zapytał ją pracownik zakładu pogrzebowego, nie mam żadnej rodziny, odpowiedziała. Mówiła i podczas tego mówienia płakała, niemal nieświadomie. Elena zawsze była oszczędna w płaczu, prawie nigdy nie ulegała, ale od kiedy jej ciało należy do Niej, do tej cholernej dziwki, do tego choróbska, nie jest już nawet panią swoich łez. Nawet gdyby nie chciała płakać, nie może, więc robi to, łzy ciekną jej z oczu i spływają po zmartwiałej twarzy, jakby miały podlać jałowe pole. Choć nikt ich o to nie prosi, nikt nie wzywa. Wybrała trumnę z najtańszego drewna nie tylko dlatego, że im się nie przelewało, ale też żeby szybko uległo rozkładowi. Elena nigdy nie mogła pojąć, dlaczego ludzie wybierają trumny ze szlachetnego drewna, które latami trwa nienaruszone pod ziemią. Skoro tylu wierzy, że z prochu powstaliśmy i w proch się obrócimy, po co tak odwlekać ten powrót? Wybierają trumnę ze szlachetnego drewna, żeby się pokazać na czuwaniu przy zmarłym, myśli, no bo po cóż by innego, skoro ani trumna, ani jej zawartość nie mają przecież trwać, tylko się rozłożyć, robaki mają się zająć i drewnem, i ciałem, które nie ma już w sobie tego kogoś, kogo kiedyś miało, do nikogo już nie należy, jest niepełne, jak pusta torba, jak strąk bez nasiona.

Przez cały czas czuwania przy zwłokach Elena siedziała tam, na plastikowym krzesełku, przy samej trumnie. Co za koszmar to, co się stało, Eleno, powiedział jej ktoś, poprzedzając te słowa innymi, o najszczerszych wyrazach współczucia, a co się stało? zapytała. Wtedy ten, kto to powiedział, zamilkł, bo pomyślał pewnie, że Elena nie chce wiedzieć albo że zamroczyły ją leki bądź żal. Elena jednak była przytomna. Elena wiedziała. Czekała. Z pochyloną głową i powłócząc nogami, nie widząc drogi ani tego, co jej przynosiła. Była przytomna, choć czasem także zagubiona.

Na czuwanie przyniesiono więcej wieńców. Elena próbowała odczytywać napisy, ale opadała jej głowa, była bardzo zmęczona, tak że nie dawała rady utrzymać okularów na miejscu. Podeszła do niej sąsiadka i zaczęła czytać. Koledzy ze Szkoły Parafialnej Najświętszego Serca. Doktor Benegas z małżonką. Twoi sąsiedzi. Jacy sąsiedzi? zapytała Elena. Czytająca zawahała się, podejrzewam, że wszyscy z okolicy, w każdym razie mnie włączono. Obok mały bukiet z białych kwiatów i napis: Twój przyjaciel na zawsze, Roberto Almada, to jeden z tych bukiecików przygotowanych specjalnie, żeby dało się je wsunąć w ręce zmarłego, że niby go trzyma i chce zabrać ze sobą. Gdyby nie Roberto Almada przysłał te kwiatki, włożyłaby je w ręce córki, poleciła jednak, żeby zostawić bukiet tam, gdzie położyli go ludzie z kwiaciarni, w kącie obok innych wiązanek, pewnie pomysł jego matki, podejrzewała, dlatego tam jest napisane przyjaciel, a nie chłopak czy jakoś tak, bo fryzjerkę tak samo jak mnie irytuje takie słowo w odniesieniu do ponadczterdziestoletniego faceta. Niewielki bukiecik, żeby się nie wykosztować, żeby potem nie komentowano, że ona odbiera swoim pracownicom część napiwków zostawianych im przez klientki.

Po zmroku wszyscy wrócili do domów. Dusze sprawiedliwych są w rękach Boga i nie dosięgnie ich męka, powiedział ojciec Juan przed wyjściem, zdało się oczom głupich, że pomarli, zejście ich poczytano za nieszczęście. Elena chciała tam zostać, niczym głupia, i patrzyć na śmierć. Nie chciała iść odpocząć, jak jej poradził jakiś sąsiad, niech pani wróci jutro, Eleno, z pierwszym brzaskiem. Jakby pierwszy brzask miał przynieść coś dobrego. Czy ten człowiek może wiedzieć, czym dla niej będzie jutrzejszy świt? Jeszcze raz otworzy oczy. Światło dnia stanie się oznaką walki, którą ponownie przyjdzie jej toczyć od chwili, gdy będzie usiłowała z łóżka wstać, dźwigając się na rękach, aż jej martwe plecy odkleją się od pomarszczonego prześcieradła, postawić stopy na zimnych płytkach, rozbujać się, żeby podjąć próbę podniesienia się na nogi, powłócząc tymi nogami, udać się do toalety, na której spróbuje usiąść i oddać mocz, a najpierw spuścić majtki, później spróbuje wstać, wstać, podciągnąć znów majtki do góry, zrolowane, wilgotne, wygładzić fałdki, a potem, potem, ciągle potem, wciąż jakieś nowe zadania, jakby nie wystarczało już samo chodzenie do łazienki zawsze z nastaniem nowego dnia. Każdego dnia Elena budzi się ze snu, żeby kolejny raz, jeszcze jeden dzień z rzędu przypomnieć sobie, co ją czeka. Gdyby to od niej zależało, zostałaby na krzesełku w tym domu pogrzebowym, w którym odbywało się czuwanie przy zwłokach jej córki, patrzyłaby na śmierć znieczulona i udawałaby, że ten dzień, który właśnie przeżywa, nigdy się nie kończy. I że kolejny nigdy się nie zacznie. Gdyby to od niej zależało. Ale pracownik nalegał, powiedział: ze względów bezpieczeństwa zakład jest na noc zamykany, no to kto w takim razie czuwa przy zmarłych?, czasy się zmieniły, proszę pani, lepiej zająć się żywymi.

Następnego rana bardzo wcześnie, po pierwszej pigułce, znów stawiła się na miejsce. Pierwsze dwie godziny była zupełnie sama, ale po dziewiątej zaczęli zjawiać się ci, którzy nie przyszli poprzedniego dnia, a także ci, którzy wprawdzie byli, lecz chcieli towarzyszyć jej córce w drodze na cmentarz, gdzie zostanie na zawsze złożona w ziemi. O dziesiątej zjawił się ojciec Juan i odmówił modlitwy. Dusze sprawiedliwych są w rękach Boga i nie dosięgnie ich męka: zdało się oczom głupich, że pomarli, a oni trwają w pokoju, alleluja, powiedział i wszyscy odpowiedzieli alleluja. Znów ci głupi, pomyślała Elena i zastanowiła się, kim są ci głupi wspomniani przez księdza, czy to ona przekonana, że jej córkę zamordowano, czy ci wszyscy, co dookoła niej powtarzali alleluja, bezmyślnie, bo kazano im powtarzać, czy ojciec Juan, który mówi o jej córce jako o duszy sprawiedliwej, choć wszystkich, co pytają, zapewnia, że popełniła samobójstwo, przecież to grzech niezmywalny dla chrześcijańskich dusz, którymi on się zajmuje. Głupi jest doktor Benegas czy inspektor Avellaneda, czy może sąsiedzi. Głupia Rita czy może ona sama? A kto jest sprawiedliwy? Niech Bóg ma w opiece naszą siostrę Ritę i niech ją przyjmie do Królestwa swego. Oby żyła życiem wiecznym. Elena chciałaby wierzyć w łaskę i Królestwo Boże oraz w życie wieczne. Ale tak samo jak nie wierzy, że z prochu jesteśmy i w proch się obrócimy, nawet jeśli mówi to ksiądz, nie może również okłamywać siebie czy Rity swoimi modlitwami. Może odmawiać ulice niczym litanie, stąd do końca i od końca z powrotem, oraz lewodopa, dopamina, dopa, obalony król i Ona, cesarz bez szat. Wszystko to może odmawiać raz i drugi, ile będzie trzeba. Ale nie może się modlić tak jak ojciec Juan, bo to by było kłamstwo. I choć to nie jest jej modlitwa, choć ją odrzuca i nie zamierza odmawiać, wie, że tkwi ona w jej wnętrzu tak jak Choroba. Ta dziwka, choróbsko jedno. Za zbawienie duszy Rity, by trafiła między anioły w niebie. Wysłuchaj nas, Panie. Za wszystkich zmarłych, by powołano ich w Królestwo Niebieskie. Wysłuchaj nas, Panie. Za tych, co zostali na tej ziemi, a nade wszystko za jej matkę, Elenę, żeby mogli pożegnać się ze zmarłą i towarzyszyć jej w ostatniej drodze, z pokorą i radością, z taką samą radością, z jaką ona przeszła przez ten świat, z jaką radością? zastanawiała się Elena, czy jej córka okazywała przy innych radość, jakiej ona, jej matka, nie znała? przed tym księdzem, który ją przywołuje, przed Robertem Almadą, który potakuje wszystkiemu, co mówi ojciec Juan? Módlmy się. Wysłuchaj nas, Panie. Elena nie wiedziała, czy Pan słuchał, ona za to owszem, i nie odczuwała radości ani nie umiałaby jej wskazać u córki, zimnej, sztywnej, jak pusty pancerz. Rezygnację tak, bo przecież wiadomo, że od śmierci nie ma powrotu, czy się leży w trumnie z dębu czy z marnego drewna, czy ktoś słucha modlitw czy nie, czy opłakuje zmarłą córkę całe miasteczko czy nikt - żadnego powrotu nie ma.

Krótko po drugiej pigułce przyszła pora na pogrzeb. Sąsiadka pomogła jej wstać. Pracownik domu pogrzebowego zamknął pokrywę trumny nad pozbawioną wyrazu twarzą Rity i odezwał się donośnym głosem, panów, którzy chcieliby pomóc nieść trumnę, proszę o podejście, i Elena usłyszała tych panów, ale też poszła, nikogo nie pytała o zgodę, dźwignęła lewą stopę, uniosła ją w powietrze, a kiedy minęła nią prawą, postawiła lewą na ziemi i zaczęła powtarzać sekwencję ruchów tak, jak mogła, lecz pewnie, w kierunku najbliższego uchwytu z brązu wiszącego po lewej z boku trumny, w której mieli zanieść jej córkę na cmentarz, podczas gdy za inne uchwyty złapali ojciec Juan, Roberto Almada, a po drugiej stronie sąsiad, który dał jej karton po dwudziestodziewięciocalowym telewizorze, doktor Benegas i właściciel lokalu taksówkarskiego.

Musieli poczekać, aż Elena się ustawi, obróci tak, by stanąć w stronę drzwi, ustawi ciało, na ile Ona jej pozwoli, przy trumnie, w której spoczywała Rita, nabierze powietrza, a potem prawą ręką, bo lepiej reaguje, złapie za pierwszy uchwyt po lewej, którego nie przejął żaden z panów, i ruszy, niosąc trumnę córki do miejsca, które będzie dla niej ostatnim.

4

Ritę znaleziono powieszoną na dzwonnicy kościoła. Martwą. W deszczowe popołudnie. I to, znaczy ten deszcz, Elena wie, ma spore znaczenie. Nawet jeśli wszyscy powtarzają, że to było samobójstwo. Przyjaciele i nieznajomi, wszyscy. Ale mogą się upierać, mogą milczeć, nikt jednak nie zaprzeczy, że Rita nigdy nie zbliżała się do kościoła, kiedy zanosiło się na deszcz. W życiu by do niego nie podeszła, powiedziałaby jej matka, gdyby ktoś wcześniej zapytał. Z tym że teraz nie może już powiedzieć "w życiu", bo przecież znaleziono tam jej ciało bez życia właśnie, ciało, które nie było już jej córką, znaleziono je na dzwonnicy w deszczowy dzień, choć nie było sensownego wytłumaczenia, jak Rita się tam znalazła. Od dziecka bała się piorunów i wiedziała, że krzyż na kościele może je przyciągać. To piorunochron całego naszego miasteczka, powiedział jej kiedyś ojciec nieświadom, że przez to jedno zdanie nigdy nie będzie chciała podchodzić do tego budynku w burzowe dni. Kiedy zanosiło się na deszcz, nie zbliżała się ani do kościoła, ani do domu rodziny Inchauspe, jedynego w okolicy, który wtedy miał basen. Woda to najlepszy przewodnik prądu, a baseny działają jak magnesy, usłyszała w wiadomościach, kiedy spiker relacjonował wypadek, jaki zdarzył się w prowincjonalnym klubie, podczas gdy dzieci pływały w basenie, lekceważąc napis "zakaz kąpieli". Jeśli z czasem w okolicy przybyło basenów czy piorunochronów, wolała o tym nie wiedzieć, bo świadomość tego tylko jeszcze bardziej paraliżowała ją strachem. Nie chodzić po chodniku w szachownicę przed kliniką, nie iść do kościoła w deszczowe dni i nie zbliżać się do domu rodziny Inchauspe - to już było dostatecznie skomplikowane, żeby nie utrudniać sobie jeszcze bardziej życia. Nie wspominając o tym, że Rita dotykała się w prawy pośladek, kiedy mijał ją rudowłosy, i jednocześnie tonem, jakby odmawiała Ojcze nasz, wypowiadała zdanie "Ryżawo wściekła, zmykaj do piekła", tak samo jak łapała się za prawą pierś, jeśli tylko ktoś wspomniał w rozmowie nazwisko Libertiego, biednego staruszka, którego w dzielnicy uważano za kogoś, kto sprowadza nieszczęścia, bo zdarzało mu się bywać w niewłaściwych miejscach w niewłaściwym czasie, był przed domem Ferrariego, gdy runęła sosna i rozwaliła mu dach, stał w ogonku do banku akurat wtedy, kiedy okradziono z emerytury wdowę po Gandem, znalazł się na rogu ulicy, na której doktor Benegas wjechał autem prosto z salonu w śmieciarkę, i w innych tego typu sytuacjach. Lepiej nie wiedzieć, mawiała Rita. Kiedy podjęła pracę w kościelnej szkole, a miała wtedy siedemnaście lat, było to kilka miesięcy po śmierci ojca i dzięki interwencji księdza Juana, który przekonał Radę Szkoły, żeby mimo młodego wieku przekazać jej stanowisko zmarłego rodzica, Rita nauczyła się wymyślać najróżniejsze wytłumaczenia, jeśli w deszczowy dzień chciano ją posłać w jakiejś sprawie na parafię. Bardzo pilna robota, bóle brzucha i głowy, nawet symulowane omdlenia. Cokolwiek, byle nie musiała się zbliżać do tego krzyża w czasie burzy. Tak było zawsze. I Elena jest przekonana i wie, że to akurat nie mogło się zmienić tak po prostu w dniu jej śmierci. Nawet jeśli nikt jej nie chce słuchać, nawet jeśli nikogo to nie obchodzi. Skoro jej córka zjawiła się w kościele w deszczowy dzień, znaczy, że ktoś ją tam musiał zaciągnąć, żywą albo martwą. Ktoś albo coś, odpowiedział jej inspektor Avellaneda, policjant z miejscowego posterunku skierowany do tej sprawy, dlaczego mówi pan, że coś, inspektorze? niby co?, a nie wiem, tak tylko powiedziałem, tłumaczył się Avellaneda, skoro pan nie wie, to po co pan mówi, zbeształa go.

Znaleźli ją dwaj chłopcy, których ojciec Juan posyłał na dzwonnicę, żeby dzwonili na mszę o siódmej. Zbiegli z wrzaskiem i przez nawę główną popędzili do zakrystii. Ojciec Juan nie uwierzył im, wynocha stąd, diabły wcielone, ale chłopcy nie odpuszczali i zaciągnęli go prawie siłą. Ciało wisiało na linie, a linę przywiązano do osi, na której umocowany był sam dzwon z brązu. Lina była mocno zużyta, trudno zrozumieć, jakim cudem utrzymała się tak długo, by zadać śmierć, leżała zapomniana na dzwonnicy na jakichś starych deskach od ostatniego czyszczenia kopuły, jak się później dowiedziała Elena z protokołu dochodzenia. Boże święty, mruknął ksiądz i choć od razu ją rozpoznał, nie wypowiedział jej imienia, jakże miałby jej nie rozpoznać, podstawił leżące obok krzesło pod ciało i wspiął się, żeby zbadać puls. Nie żyje, powiedział, acz chłopcy już to wiedzieli, wiele razy przecież w zabawach udawali trupa, bawili się w policjantów i złodziei, strzelali, zabijali i umierali, toteż rozumieli, że kobieta wisząca na dzwonnicy na pewno nie robi tego dla zabawy. Ojciec Juan zaprowadził ich tą samą drogą do zakrystii, ale tym razem kazał im się przeżegnać i przyklęknąć, kiedy przechodzili przed tabernakulum, w którym trzymano hostie już poświęcone. Wy tu poczekajcie, powiedział i poszedł zadzwonić na policję. Poprosił komisarza, by przyjechał po mszy o siódmej, ludzie już wchodzą do kościoła i nie chciałbym odwoływać celebracji, zwłaszcza dziś, w święto Bożego Ciała, adoracja Najświętszego Sakramentu w czwartek po uroczystości Trójcy Świętej, tak czy inaczej dla tej kobiety nic już zrobić nie możemy, tylko się modlić, komisarzu. Komisarz obiecał nie zakłócać obrządku. Kto nie żyje, ten nie żyje, proszę księdza, a dla ludzi to by był duży cios, bardzo drastyczny, lepiej niech się rozejdą w pokoju i dowiedzą dopiero rano, a co z rodziną? zna ją ksiądz?, rodziny nie ma, komisarzu, tylko matkę, to schorowana kobieta, nie wiem, jak to przyjmie, proszę się nie przejmować, proszę księdza, tym to my się zajmiemy, cesarzowi co cesarskie, Bogu co boskie. Komisarz się rozłączył i zaczął wydawać polecenia, czas, o który poprosił ksiądz, i tak był mu potrzebny, żeby dostać się do telefonu komórkowego, jednego na cały posterunek, zebrać paru funkcjonariuszy i zadzwonić po prokuratora. Macie tu czekać na mój powrót, żeby wam do głowy nie przyszło gdzieś się oddalać, polecił ojciec Juan chłopcom, wkładając szaty stosowne do mszy, Bóg będzie miał na was oko, więc na razie ani słowa nikomu, dodał, ale nie było to konieczne, bo obaj chłopcy siedzieli w fotelach oniemiali.

Dzwony nie zadzwoniły na tę mszę, lecz została odprawiona. Gdyby ktoś uważał, a do tego miał dobrą pamięć, przypomniałby sobie, że podczas chwil ciszy w kościele słychać było tylko deszcz bębniący w dziedziniec za budynkiem. Nikt jednak nie zwracał tego wieczora uwagi na deszcz - oprócz Eleny. Pamięć do drobiazgów, Elena to wie, to coś tylko dla odważnych, a tego, czy się jest odważnym czy tchórzem, nikt nie wybiera.

Ksiądz powiedział: w imię Ojca i wszyscy powstali, żegnając się znakiem krzyża, plecami do wiszącego kilka metrów nad nimi ciała, o którym nic nie wiedzieli. Przyszło może z dwadzieścia osób z mokrymi parasolami, które porozkładali na wolnych miejscach, ich akurat nie brakowało. Ojciec Juan zza ołtarza mógł widzieć balkon, na którym mieściły się organy, a w niedziele śpiewał chór. Tuż przy organach znajdowały się pierwsze stopnie schodków prowadzących na dzwonnicę. Nigdy wcześniej nie zauważył, że widać je zza ołtarza. Kwiatem pszenicy ich pożywił, miodem z kamieni dobytym napoił, alleluja. Przed wyznaniem wiary do kościoła wszedł pierwszy policjant. Skrzypienie zawiasów podtrzymujących drewniane drzwi sprawiło, że wiele osób odwróciło się, by sprawdzić, kto przychodzi tak późno, że mszy i tak nie będzie miał zaliczonej. Dziwny to był widok, policjant na mszy o siódmej, i to jeszcze w mundurze, ale funkcjonariusz natychmiast zdjął mokrą czapkę, przeżegnał się i usiadł w ostatnim rzędzie, jakby przyszedł posłuchać słowa Bożego. On to, gdy dobrowolnie wydał się na mękę, wziął chleb i dzięki Tobie składając, łamał i rozdawał uczniom, mówiąc. Ale po ofiarowaniu zjawili się kolejni dwaj policjanci i mimo że też zdjęli czapki i przeżegnali się, podejrzenia zebranych zaczęły rosnąć i wcale nie pomogło, że funkcjonariusze zasłonili czapkami regulaminową broń przy paskach. W tle modlitw narastał gwar. Kilka kobiet wzięło torebki dotąd leżące na ławce i powiesiło je sobie na ramieniu jakby w obawie, że policja czai się w kościele na złodzieja, który podczas ucieczki może próbować jeszcze coś ze sobą zabrać; inne w przeczuciu jakiegoś jeszcze nieokreślonego niebezpieczeństwa, nieuchronnego, za sprawą którego być może trzeba będzie szybko opuścić wnętrze; a reszta po prostu dlatego, że tak zrobiły inne. Bierzcie i pijcie z niego wszyscy, to jest bowiem kielich Krwi mojej nowego i wiecznego przymierza, która za was i za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów. Kiedy ci, którzy mogli przyjąć komunię albo nie mogli, lecz i tak to zrobili, wracali przejściem między ławkami z hostią przylepioną do podniebienia, rozległ się huk, odgłos najpierw trudny do określenia, do przypisania czemuś konkretnemu, a potem jeszcze jedno głuche uderzenie, jakby podwójne. Wszyscy głowy obrócili ku górze - prócz ojca Juana, jemu wystarczyło podnieść wzrok. Trzej policjanci nałożyli czapki i ruszyli tam. Wspominając śmierć i zmartwychwstanie Twojego Syna, ofiarujemy Tobie, Boże, chleb życia i kielich zbawienia, i dziękujemy, że nas wybrałeś. Chowając hostie, których nie rozdał, ojciec Juan zza ołtarza widział, jak trzej funkcjonariusze wbiegają szybko po pierwszych stopniach na dzwonnicę i jeden za drugim znikają. Ludzie też na to patrzyli, a potem przenieśli spojrzenie na księdza, jakby domagali się wyjaśnień. Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata, błogosławieni, którzy zostali wezwani na jego ucztę. Lina zwisająca z osi dzwonu w końcu ustąpiła, ciężar ciała poluzował węzeł i zwłoki Rity spoczęły na podłodze dzwonnicy. Panie, nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja. W końcu ksiądz wstał i wyszedł przed ołtarz udzielić błogosławieństwa na zakończenie. Ty, który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Idźcie w pokoju Chrystusa. Bardzo proszę wszystkich o wyjście i spokojny powrót do domu, tutaj nie ma nic do zrobienia ani dla was, ani dla nikogo. Odprowadził wiernych do drzwi, ale ponieważ niektórzy bardzo nalegali, musiał powiedzieć: ktoś się powiesił na dzwonnicy, nie wyjawił jednak kto, a kiedy ostatnia osoba już sobie poszła, ojciec Juan ponownie wspiął się na wieżę. Oprócz trzech policjantów był tam także mężczyzna w marynarce, musiał wejść tak, że ksiądz go nie zauważył, a pan to kto?, prokuratura, odpowiedział jeden z funkcjonariuszy. Prokurator robił notatki, jeden policjant obrysowywał kontur ciała kredą na betonowej podłodze, drugi robił zdjęcia, trzeci ostrożnie zwijał linę, która jeszcze chwilę temu zaciskała się na szyi Rity, i chował ją do plastikowego worka, przykleił na nim białą nalepkę i pod czujnymi spojrzeniami księdza i prokuratora napisał: dowód rzeczowy numer 1. Jeden z bardzo nielicznych dowodów dołączonych do akt tej sprawy.

3

Elena idzie na stację kolejową. To tylko pięć przecznic. Tyle ją czeka. Tyle musi przejść. Teraz, w najbliższym czasie. Przejść te pięć przecznic, żeby potem rozglądnąć się kątem oka za otwartym okienkiem kasy, powiedzieć powrotny na plaza Constitución, otworzyć portmonetkę, wyjąć monety, które wczoraj wieczorem odliczyła, żeby mieć dokładnie tyle, ile trzeba, wysunąć dłoń, pozwolić kasjerce zabrać monety i wręczyć jej bilet, mocno ścisnąć ten świstek papieru pozwalający korzystać z pociągu, żeby jej nie wyleciał z dłoni, następnie wsadzi go do kieszeni torebki, a kiedy już się upewni, że go nie zgubi, zejdzie schodami przy poręczy, najlepiej po prawej, bo ta ręka generalnie lepiej reaguje na polecenia mózgu, zejdzie do samego końca, skręci w lewo, przejdzie przez tunel, nie będzie się przejmowała smrodem moczu przenikającym ściany, sufit i podłogę, powłócząc po niej nogami, tym samym kwaśnym fetorem, jaki czuła, przechodząc tamtędy po raz pierwszy, kiedy jeszcze nie potrzebowała żadnych pigułek, żeby chodzić, kiedy nic nie wiedziała o obalonych królach ani gońcach, trzymała za rękę Ritę, wtedy małą dziewczynkę, albo później, kiedy Rita już wyrosła i maszerowała dwa metry przed nią, Elena wiecznie czuła ten fetor moczu, od którego na samą myśl kręci w nosie, usta ma zamknięte i zaciśnięte, by nie oddychać tym powietrzem, potem, nie otwierając ust, minie kobietę handlującą czosnkiem i papryką, chłopaka przy stoisku z pirackimi płytami, których i tak nie miałaby na czym puścić, dziewczynę sprzedającą breloczki z kolorowymi światełkami i budzikami wiecznie tam hałasującymi oraz tego pana bez nóg, który wyciąga rękę po monety, tak jak ona kilka minut wcześniej wyciągnęła swoją po bilet, ponownie skręci w lewo, wespnie się po tylu stopniach, po ilu wcześniej zeszła, i wtedy tak, wtedy wreszcie będzie na peronie. No ale to wszystko, jak wie Elena, dopiero po tym, jak już przejdzie te pięć przecznic, które wciąż na nią jeszcze czekają. Dopiero minęła pierwszą. Ktoś ją pozdrawia. Sztywna szyja sprawia, że musi iść, wpatrując się w ziemię, więc nie może sprawdzić, kto to był. Mostkowo-obojczykowy nazywa się ten mięsień. To on przechyla jej głowę w dół. Mięsień mostkowo-obojczykowy, tak powiedział doktor Benegas, a ona poprosiła, żeby jej to zapisał, drukowanymi literami, panie doktorze, bo inaczej się nie doczytam, żebym nie zapomniała, żebym znała imię swojego kata, nawet jeśli chowa głowę pod kapturem, i żebym mogła go włączyć do modlitw. Ten ktoś, kto ją pozdrowił, idzie dalej, a ona zerka na niego kątem oka, ale nie rozpoznaje pleców oddalających się w przeciwnym kierunku, acz i tak odpowiada dzień dobry, bo ten ktoś tak właśnie powiedział, dzień dobry, Eleno, no a skoro zna jej imię, to należy odpowiedzieć. Na pierwszym rogu czeka, aż przejedzie samochód, i dopiero wtedy przechodzi przez jezdnię. Przez tę opadającą głowę może tylko patrzeć na mocno zużyte opony, które podjeżdżają, mijają ją, a potem się oddalają. Wówczas ona schodzi z krawężnika, idzie szybko, stawiając drobne kroczki, szura podeszwami o gorący asfalt, wspina się na następny krawężnik, przystaje na chwilę, ale tylko na chwilę, i podejmuje marsz. Kawałek dalej chodnikowa kostka ułożona w czarno-biały deseń zdradza, że Elena znalazła się na wysokości kliniki położniczej. Rita nie postawiła tu nogi od dnia, kiedy się dowiedziała, że w tym szpitalu dokonywane są aborcje. To klinika aborcyjna, nie położnicza, mamo, a kto ci tak powiedział?, ojciec Juan, a skąd on wie?, no przecież pół dzielnicy się u niego spowiada, mamo, jak miałby nie wiedzieć, a nie powinien zachować tajemnicy spowiedzi?, nie powiedział mi przecież, kto sobie zrobił aborcję, mamo, tylko gdzie, a tego tajemnica spowiedzi nie obejmuje?, nie, a kto ci tak powiedział?, ojciec Juan. Żeby nie zadrażniać, Elena też tamtędy nie chadzała, przechodziła na drugą stronę ulicy, choć potem znów musiała wracać, jakby korzystanie z tego chodnika mogło je jakoś skazić albo uczynić wspólniczkami, jakby stawanie na czarno-białej kostce stanowiło grzech. Ale Rity już nie ma, ktoś ją zabił, choć wszyscy mówią co innego, Elena wie, i mimo szacunku dla jej pamięci nie może sobie pozwolić na takie kluczenie, żeby stało się zadość rytuałowi zmarłej córki. Na tym chodniku Rita poznała Isabel, myśli Elena, tę kobietę, której ona dzisiaj szuka, pierwszy raz kojarzy te dwie rzeczy, i wtedy stawia krok zdecydowanie, ze spokojem, jakby ta szachownica z kostki brukowej, tyle razy przeklinana przez jej córkę, nabrała teraz sensu. Zbliża się do drugiej przecznicy i waha się. Jeśli będzie szła prosto przed siebie, zostaną jej jeszcze tylko trzy przecznice do okienka, w którym będzie trzeba powiedzieć powrotny na plaza Constitución, ale ta droga poprowadzi ją koło drzwi banku, a tam dziś wypłacają emerytury, co oznacza prawdopodobieństwo spotkania kogoś, kto może będzie chciał złożyć kondolencje, to zaś zatrzyma ją dłużej, niż powinno i wtedy na pewno spóźni się na pociąg o dziesiątej. Gdyby chciała obejść ten odcinek, musiałaby doliczyć jeszcze trzy przecznice, a to jednak za dużo dla jej choroby. Elena nie chce mieć wobec Niej długu wdzięczności. Nie toleruje żadnych długów. A Ona by jej o tym nie dała zapomnieć, Elena wie, bo zna ją prawie tak dobrze jak swoją córkę. Dziwka, cholerne choróbsko. Z początku, kiedy miała tylko trudności z wkładaniem ręki w lewy rękaw, kiedy jeszcze nie słyszała nawet o czymś takim jak madopar czy lewodopa, a jej powłóczenie nogami nie miało żadnej nazwy, kiedy szyja nie zmuszała jej zawsze do gapienia się w ziemię, wtedy omijała chodnik przed bankiem. Choć nie ryzykowała przecież wysłuchiwania kondolencji, robiła tak tylko po to, żeby unikać tego Roberta Almady, kolegi Rity, syna fryzjerki, mojego chłopaka, mamo, w twoim wieku nie można mieć chłopaka, no to jak go mam nazywać?, Roberto, starczy aż nadto. Tym razem jednak się nie zdecyduje. Kiedy dociera do szarych płytek, większych i bardziej błyszczących niż gdzie indziej, Elena wie, że właśnie mija bank. Płytki przystosowane do wzmożonego ruchu, pani Eleno, krajowej produkcji, ale równie dobre jak włoskie, lubił opowiadać Roberto, ilekroć wychodził temat połyskliwości chodnika przed filią, w której pracował od osiemnastu lat. Kątem oka Elena dostrzega rządek butów tworzących kolejkę przed drzwiami, tych, którzy je noszą, może oglądać do wysokości kolan. Nie ma tam adidasów czy dżinsów. Tylko znoszone mokasyny, espadryle, klapek mieszczący obandażowaną aż po kostkę stopę. Stopy ciemne, z nabrzmiałymi żyłami, piegowate, z plamkami, napuchnięte. Same stare stopy, myśli, starych ludzi, którzy boją się, że zabraknie pieniędzy. Kiedy kolejka się kończy, kiedy nie ma już rządka butów po lewej, ktoś mówi jej: dzień dobry, pani Eleno, ale ona idzie dalej, jakby nie słyszała. Wtedy ten ktoś przyśpiesza na chodniku, podchodzi do niej i dotyka ją w ramię. Roberto Almada, ten, którego Rita z uporem nazywała swoim chłopakiem. Wypaczony, tak na niego mówiła Elena, żeby sprowokować Ritę. Albo garbusek, jak wołały na niego dzieci z dzielnicy. Ale Elena nie jest już w stanie popatrzeć na jego garb, z wielkim trudem sięga wzrokiem do jego piersi, a plecy Roberta wykrzywiają się dopiero na wysokości prawej łopatki. Dzień dobry, droga pani Eleno, powtarza i to "droga" mocno ją uderza; odpowiada mu: a, Roberto, nie poznałam cię, nowe buty, co? On patrzy na swoje obuwie i odpowiada, że tak, że faktycznie nowe. Oboje stoją bez słowa, znoszone buty Eleny naprzeciwko nowych Roberta. Roberto niespokojnie porusza stopami, matka przekazuje pani pozdrowienia i mówi, że kiedy tylko pani zechce, zaprasza do zakładu, jeśli była pani zadowolona ostatnio, to teraz też ostrzyże panią za darmo, a Elena dziękuje, lecz wie, że ostatnio, ten jeden raz, kiedy była w zakładzie matki Roberta, to był właśnie dzień, w którym umarła jej córka, więc jej myśli zaczynają biec w tamtą stronę, ale je powstrzymuje, nie może sobie teraz na to pozwolić. Jeśli wróci do tamtego dnia, przegapi pociąg, więc otrząsa się siłą woli i wraca do teraźniejszości, przez Roberta. Jedyne, czego by potrzebowała w takim zakładzie, to żeby jej ktoś usunął te włoski pod nosem, porastające jak cień, i obciął paznokcie u stóp. Bo u rąk sama sobie obcina albo piłuje pilniczkiem, lecz u stóp nie da rady. Od jakiegoś czasu nie sięga tak nisko, od śmierci Rity paznokieć palucha zaczyna się jej wbijać w czubek buta i Elena się boi, że w końcu pęknie, może nawet przebije starą skórę buta, a to by było jeszcze gorsze. Rita robiła jej pedicure co dwa tygodnie, przynosiła miednicę z ciepłą wodą, kawałek białego mydła, żeby się w tej wodzie rozpuściło i rozmiękczyło co twarde, i czysty ręcznik, zawsze ten sam, który potem prała i chowała razem z miednicą. Wykrzywiała usta w grymasie obrzydzenia podczas tego zabiegu, ale obcinała, starając się jak najmniej patrzeć na te stare łuskowate paznokcie, nabrzmiałe jak sucha gąbka i brudne. Kładła sobie stopę Eleny na kolanie i brała się do roboty. Skończywszy, myła ręce nierozcieńczonym detergentem, raz, dwa, trzy razy, czasami pod pozorem, że dezynfekuje ręcznik z ewentualnych grzybów, nawet czystym wybielaczem, jak sobie radzą te, które nie mają takiej córki jak ja, Rito, pewnie sobie zapuszczają pazury, mamo. Pani emeryturę zdeponowałem na książeczce oszczędnościowej, tak jak się umawialiśmy, mówi Roberto, a Elena ponownie mówi: dziękuję i zapomina o swoich paznokciach. Po śmierci Rity Roberto zaoferował się, że będzie pobierał emeryturę w imieniu Eleny, by oszczędzić jej czekania w kolejce, zważywszy na jej stan. Jaki stan, Roberto? zapytała Elena, no żeby nie musiała się pani kłopotać, a od kiedy to się martwisz moimi kłopotami?, ja zawsze się o panią martwiłem, pani Eleno, i o pani chorobę, niech pani nie będzie niesprawiedliwa, odwal się ode mnie, Roberto, odpowiedziała, zgodziła się jednak na ten układ. Wcześniej tymi sprawami zajmowała się Rita, tyle że jej już nie było i choć Elena nie przepadała za tym człowiekiem, posiadanie znajomego w banku swoje plusy ma. Gdyby pani wiedziała, jak mi brakuje Rity, słyszy jego słowa, lecz Elenę to irytuje, tak samo jak, domyśla się, irytowałyby ją słowa zapisane w listach, których nie przeczytała, tych, co to je trzyma w kartonie po telewizorze od sąsiada przewiązane różową wstążką wybraną przez córkę. Wie, że on nie mógł jej zabić, nie ze względu na to, co mówi, ani na to, co robił tamtego dnia, tylko dlatego, że ktoś tak wybrakowany jak on nie dałby przecież Ricie rady. Bardzo niewielu by dało, a mimo to Elena wciąż nie jest w stanie dociec prawdy, nie może pojąć, kto mógł się tego dopuścić, dlatego potrzebuje pomocy, nie ma przecież żadnych oskarżonych ani nawet podejrzanych, ani motywów, ani hipotez - tylko sama śmierć. Śpieszę się, żeby nie uciekł mi ten pociąg o dziesiątej, mówi Elena i zaczyna dźwigać stopę, żeby znów ruszyć, a on pyta, nie boi się pani sama podróżować?, mieszkam sama, Roberto, odpowiada, nie przerywając stawiania kroku. Dopiero po krótkiej chwili milczenia on odpowiada, no, no. Ale ona już idzie, kroczy w stronę stacji, rozgląda się kątem oka po płytkach dookoła i wie, że Roberto wciąż jeszcze za nią stoi, patrzy, bo jego buty tkwią w miejscu, bez ruchu, dwie plamy czarnej skóry błyszczące niemal tak jak te płytki pod nimi, wycelowane w tę stronę, w którą ona idzie, sama, bez żadnego towarzystwa, paznokieć palucha wbija się jej w czubek buta, ona jednak przemierza trasę, która zaprowadzi ją do kasy, gdzie kupi bilety, jeszcze tylko dwie przecznice i chwyci mocno bilet palcami, potem schowa go do kieszeni płaszcza, zejdzie schodami, minie śmierdzący uryną tunel i dotrze na peron, gdzie będzie czekała zmęczona, zgięta wpół, na przyjazd pociągu.