II
Stukanie w klawisze maszyn do pisania było słychać już z półpiętra kamienicy przy Świerczewskiego, ale dopiero po otwarciu drzwi redakcji mieszczącej się na trzecim piętrze robiło się naprawdę głośno.
- Cześć, Marylka - usłyszała za plecami.
Obejrzała się niedbale i rzuciła zwiewne "cześć" przez ramię. Nawet nie wiedziała, kto do niej mówił. Zazwyczaj wszyscy tu mieli nosy wlepione w kartki. Nie widzieli i nie słyszeli niczego poza własnymi myślami. Układali eleganckie zdania, które miały podkolorować szarą rzeczywistość, wychwalać komunizm i przy okazji dostarczyć wrocławianom jakkolwiek użytecznej wiedzy. Kombinowali, jak napisać artykuł, by przekaz był jasny dla zjadaczy chleba i nie drażnił cenzora.
Niektórzy zaczynali zmianę wcześniej. Niektórzy dopiero swoją kończyli. Musieli pracować w ten sposób, bo "Kurier Ziem Odzyskanych" ukazywał się co rano od czterdziestego ósmego roku. Mieszkańcy Wrocławia sięgali po niego, chcąc sprawdzić, co gra się w kinie lub teatrze, który z partyjnych ważniaków odwiedzi wkrótce miasto, albo żeby poznać przepis na kruche ciastka. Mogli tu znaleźć wszystko, od rzeczy przydatnych po miejskie plotki. Tymi ostatnimi zajmowała się Maryla i szczerze tego nie cierpiała.
- Redaktorko Major? O tej porze do pracy... Prawdziwy luksus! Już dawno po kolegium! - doszło znów zza jej pleców, tym razem głośno i wyraźnie. Nie miała wątpliwości, że to jej szef służbista, redaktor Szczurek. Zamiast w gabinecie raczyć się ulubioną parzoną kawą, wśliznął się do pokoju redaktorów, by szukać zaczepki.
- Przepraszam - powiedziała, tym razem odwracając się i nie szczędząc niewinnego uśmiechu. - Nie mogłam zasnąć przez tego mojego sąsiada - wytłumaczyła, mimowolnie trzepocąc rzęsami.
- Na niewyspaną nie wyglądacie.
- Nie wyglądam... wyglądamy. - Zmrużyła oczy. Nienawidziła tego służbowego żargonu. - Ale jakby mnie redaktor zobaczył kilka godzin temu, zanim - pokazała na swoją twarz i włosy - to wszystko wróciło do normy...
Redaktor Szczurek natarł na nią, stając z nią oko w oko. Jego grube jak denka kufli do piwa szkła niemal dotknęły jej starannie wyczesanych czarnym tuszem rzęs.
- Wy się sąsiadem nie zasłaniajcie - syknął. - Gdybyście nie przyszli do mnie po wstawiennictwo, mielibyście ich więcej na takim metrażu - przypomniał jej. Na dobry poranek zapewne.
- Tak jest - odparła, rozumiejąc, że usprawiedliwianie się nie ma sensu. Schyliła głowę, by nie musieć oglądać z bliska jego niezwykle pasującej do nazwiska twarzy.
- Chociaż tych waszych dyrdymałów nikt nie czyta, jutro macie się stawić na kolegium, bo inaczej pożegnacie się z posadą. A to nielegalne - podkreślił i pogroził jej palcem.
- Nielegalne - powtórzyła.
- I pójdziecie robić w fabryce - dorzucił.
- Tak, w fabryce, tak. - Skinęła głową. - Jutro przyjdę na czas - zapewniła.
Powoli odsunął się od niej, a ona wreszcie odważyła się spojrzeć mu w... okulary.
- No - skwitował i odszedł niespiesznie.
Usiadła przy swoim biurku. Położyła na kolanach małą beżową torebkę, kurczowo zaciskając palce na rączkach. "Oddychaj" - powtarzała w głowie, panicznie starając się nie wyobrażać sobie zbyt intensywnie, jak koślawe paluchy Szczurka łamią się pod naporem rzuconej na jego biurko maszyny Rheinmetall.
- Co tam, Marylka? - przyjazny, lekko nosowy głos Ignacego wyrwał ją z odrętwienia. - Stary nie w sosie?
- A kiedy on jest w sosie, Ignasiu - burknęła.
- Było mu powiedzieć, że rozprawa mocno się przeciągnęła - zasugerował, chrząknął i przeczesał palcami wąsy. - W końcu sądy to twoja działka.
- Nie umiem kłamać - skłamała. O ironio.
- Każda baba umie kłamać jak z nut - podsumował ją kolega.
Spojrzała na niego zmieszana i z nieskrywanym wyrzutem, ale się tym nie przejął. Wręcz przeciwnie, zaśmiał się, dumny ze swojej puenty, i wrócił do czyszczenia soczewek w długich obiektywach. Zapewne przygotowywał je na mecz Okręgowego Wojskowego Klubu Sportowego, na który wybierał się wieczorem.
Maryla wyjęła z torebki gruby notes. Otworzyła go na ostatniej zapisanej stronie i westchnęła cicho. Przeczytała notatki sporządzone poprzedniego dnia w sądzie i brudnopis z wstępną wersją artykułu, po czym wkręciła stronę w maszynę do pisania.
- Cienki ten tekst... - wymamrotał Szczurek. - Niedobrze, niedobrze - dodał pod nosem, nie odrywając go od kartki. Jego wąskie usta poruszały się bezgłośnie, podczas gdy kaprawe oczka wodziły po zdaniach spisanych na kartce. Leżący obok w popielniczce papieros wciąż dymił, a naczelny od czasu do czasu sięgał po niego i się zaciągał.
Maryla nie przejmowała się nim specjalnie. Wszystkie jej artykuły trafiały prosto na jego biurko i nigdy jeszcze o żadnym nie usłyszała, że jest dobry. Pewnie dlatego, że była kobietą i relacjonowała sądowe dramaty. Szef wolałby w roli sprawozdawcy jakiegoś faceta, ale wszyscy mieli już przydziały. Zdawał się ignorować fakt, że cała ta rubryka nadawała się do kosza na śmieci. Nie dało się stworzyć dobrego tekstu, bo ludzie sądzili się o wszystko i o nic. Wartościowe artykuły pisywała przed wojną. Ale te czasy odeszły w niepamięć.
- Co trzeba dodać? - zapytała zniecierpliwiona. Uznała, że najwyższa pora na ucieczkę z zadymionego gabinetu naczelnego. Choć sama czasem paliła, nie lubiła, gdy ktoś kurzył w ciasnym pomieszczeniu i nigdy go nie wietrzył.
- Piszecie mi tu, że Cygan... jest niewinny.
- Tak uznał sąd - podkreśliła.
- Dobrze - przytaknął stanowczo. - Ale nie możemy zapominać, że to Cygan.
Maryla pokręciła głową.
- No i co z tego?
- To, że my lubić Cygana za bardzo nie powinniśmy. Może... - Zastanowił się chwilę. - Dodajmy, że to na pewno złodziej. Bo jak Cygan, to pewnie nie raz coś ukradł - zaproponował bez ogródek. - Tylko akurat nie tym razem i dlatego sąd uznał go za niewinnego - dodał dumny z siebie Szczurek. Odchylił się na kręconym fotelu. Mebel skrzypnął przy tym nieprzyjemnie.
- Ale w tekście stoi, że nie zwinął tego królika - zaoponowała Maryla. - W dodatku takie właśnie stereotypowe myślenie doprowadziło go przed sąd. Gdyby nie donos, rozprawy by nie było. On tylko grał na skrzypcach tam, gdzie ktoś zwędził zwierzę - wyjaśniła.
- I to znaczy, że nigdy niczego nie ukradł? - pytanie naczelnego brzmiało raczej jak sugestia, w dodatku z nutą nacisku.
Marylka przestąpiła z nogi na nogę. Co miała mu powiedzieć? Poza tym, co bardzo chciała, oczywiście. A mianowicie, że jest idiotą.
- Nie mamy na to dowodów - upierała się. - Po to są sądy, by coś udowodnić...
- Co wy z tym Cyganem, wódkę piliście? - naciskał Szczurek. - Sąd udowodnił, że nie ukradł królika. To nie dowodzi, że nie jest złodziejem!
- Kiedy ja piszę relację z tej konkretnej rozprawy. A że wódki z Cyganem nie piłam, to nie wiem, jak na nią zarabia - podniosła lekko głos. - Z całym szacunkiem - dodała ciszej.
Szczurek wpatrywał się w nią, spowity dymem ze śmierdzącego papierosa o wdzięcznej nazwie "Wolność". Wszyscy wycierali sobie ryje tym słowem, plując nim na lewo i prawo, podczas gdy nikt chyba nie miał wątpliwości, że nic podobnego w Polsce Ludowej nie istnieje. A już na pewno nie wolność słowa i nie w tym dzienniku.
- Mam rozumieć, że odmawiacie wykonania polecenia służbowego...
- Napiszmy, że jest... analfabetą - przerwała mu. - Na to nie trzeba dowodów, a teraz każdy chce się kształcić. Piśmiennictwo i czytelnictwo jest w modzie. - Z całych sił starała się go przekonać, że analfabetyzm zniechęci czytelników do niewinnego muzyka. Jak gdyby Polacy darzyli sympatią mniejszości etniczne...
Szczurek nadal się w nią wpatrywał. Niezręczna cisza w oparach duszącego dymu "wolności" trwała może dziesięć sekund, gdy naczelny niespodziewanie klasnął w dłonie. Maryla aż podskoczyła.
- To jest to! - wykrzyknął. - Dobrze kombinujecie, redaktorko Major. Analfabeta. Bo to na pewno analfabeta, nie ma co się oszukiwać. Jednak to wasze wojskowe nazwisko dodaje wam czasem inteligencji - zarechotał zadowolony.
Maryla zwęszyła dobry moment na ucieczkę.
- Mogę już iść? - odezwała się nieśmiało.
- Idźcie, idźcie. - Oddał jej kartkę. - Analfabeta, dobre!
Gdy wychodziła, fotel Szczurka znów okropnie zapiszczał. Przyspieszyła kroku i pobiegła do swojego biurka. Chciała mieć to jak najszybciej za sobą.
Usiadła przed maszyną i złożyła dłonie jak do modlitwy. Oparła na nich brodę i głęboko odetchnęła. Kiedy skończą się te czasy... Kiedy znów gazeta będzie do czytania, a nie tylko do podcierania tyłka.
- Nie zadręczaj się - usłyszała miły, ciepły głos. Mężczyzna przysiadł się do niej.
- Łatwo ci mówić - odpowiedziała przez zaciśnięte zęby, wciąż podpierając brodę rękami.
- Tak sądzisz? - wyszeptał konspiracyjnie.
- Przepraszam - stęknęła, choć właśnie tak uważała. Jego propagandowe teksty podbijały serca dolnośląskich partyjniaków.
- O czym piszesz? - zniżył głos, przysunął się i spojrzał jej prosto w oczy. Miał przy tym rozbrajający uśmiech, niczym przedwojenna gwiazda kina. Maślanym spojrzeniem "wpijał się" w nią tak, że nie umiała odwrócić wzroku od jego twarzy. Uwielbiała jego towarzystwo, choć z poglądami, jakie serwował w tekstach, było jej bardzo nie po drodze.
- Starszy facet usłyszał, jak jego sąsiadka lamentuje, że jej królika ukradli. Zbiegł po schodach i pod bramą znalazł grajka, Cygana. Jeszcze dzieciaka. Od razu oskarżył go o tę kradzież, zaprowadził prosto na policję, a ci go aresztowali. Bez pytań, bez śledztwa - opowiadała przejęta. - Tadziu, kto dziś jeszcze trzyma króliki w mieszkaniu we Wrocławiu? - Nie mogła się nadziwić. - Mamy połowę lat pięćdziesiątych!
Tadeusz otworzył szeroko oczy. Błysnęły rozświetlone wiosennym słońcem, które zajrzało do redakcji przez brudne okno. Promień musnął jeszcze jedną rzecz - obrączkę na jego palcu. Ten błysk zdołała jednak zignorować. Zaśmiał się. Ubawiła go jej historia. Niestety właśnie po to je pisała. Żeby ktoś się pośmiał.
- Co? - Zmarszczyła czoło, teatralnie się dąsając.
- Puścili Cygana wolno? - zapytał.
- No tak, bo nic nie zrobił - odparła. - Nie dość, że się nacierpiał i wystraszył, to jeszcze w gazecie będzie analfabetą. Nawet jeśli nim nie jest.
- I to cię tak trapi? Sprawiedliwości stało się zadość. Dobrze, że nie zrobiłaś z niego złodzieja - dodał, nieświadomy tego, że o mały włos tak właśnie by się stało.
Znów westchnęła.
- W jakim my świecie żyjemy? - wyszeptała niemal bezgłośnie.
Jego uśmiech nieco zbladł. Błysk w oku też przygasł. Dyskretnie położył dłoń na jej dłoni. Niestety, tę z obrączką.
- Przecież jak zawsze podpiszesz tekst jako "Em-Em". I od razu zrobi ci się lżej - skwitował. - Co złego, to nie my - dorzucił. Wstał i odszedł w stronę swojego biurka, na którym czekał na niego niedokończony, wielki artykuł, "czerwony", aż biło po oczach.
Spojrzała na swoją kartkę zapisaną w trzech czwartych. Rzeczywiście, nigdy nie podpisywała artykułów do rubryki o najdurniejszej nazwie na wydawniczym rynku: "Tak, wysoki sądzie". Jedyne, pod czym umieściłaby swoje nazwisko w tym szmatławcu, to przepis na murzynka.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.