Elektra - Sofokles
3.49 zł
2.86 zł
(1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Wychodzisz z domu, dziewczyno, na pole, Nie dla wesela, jak Twoi rówieśni, Lecz by wynurzyć Twe męki i bole, Zakląć je w rytmy nieśmiertelnej pieśni I przez przekleństwa i twardych słów chrzęsty Rzucić ogniste, krwawe hasło zemsty.
Bo wróg-najezdca wtargnął Ci do domu I wdarł się w ojca Twojego łożnicę, Zmienił ją w przystań zniewagi i sromu, Ciebie w żałosną, nędzną niewolnicę, A teraz strzeże Twych oczu i wargi, By łez nie ujrzeć, nie usłyszeć skargi.
Lecz nie ustrzeże on się mary sennej, Która przystąpi doń z prawdy pochodnią I w twarz mu rzuci swój wyrok płomienny I w słuch mu wrazi, że zbrodnia jest zbrodnią, A w mroku nocnym pod nieba zawyje Głos krwi co skrzepła i tej krwi co żyje.
Wyszłaś Elektro na światło i słońce, By ulżyć w słowie brzemieniu twej duszy, By słać w powietrze żałoby jak gońce, Za zbawcą, który Ci pęta rozkruszy. I choć odwaga w sercu prawie kona, Ty do nadziei wyciągasz ramiona!
Więc przymawiano ci, że łzy daremne, Że ci, co legli, za winę kaźń wzięli, Że ich nie puszczą już bogi podziemne, Nieba nie ześlą na pomoc mścicieli; I wspominano, że wieku się tonie Nad Twem kochaniem zawarły ogromem I że ten ogień co w sercu ci płonie, Gromnicą będzie w Twem ręku, nie gromem. I wiarę Twoją i drogie marzenia Chciano zatopić w mętach zapomnienia.
A Ty wytrwałaś i w dumie i w wierze, Łowiąc gdzieś w dali świtania promienie I grobów mowy, gdzie drzemią rycerze. Tak zapatrzona w te brzaski i cienie, Stałaś wśród śmiechów i szyderstw wylewu, Jak anioł smutku i archanioł gniewu.
Więc pełni pychy i pewni swej siły, Nowe mąk próby zmyśliły Twe katy, Że aż w krwi głębie i duszy się wpiły Krzywdy, obelgi i groźby zatraty, W których szydzono z Twych uczuć anielich, Sklęto Twą ziemię, świętości i bogów. Lecz Ty, spełniając ten goryczy kielich, Piłaś zarazem nienawiść do wrogów, I byłaś w walce z cierpieniem i trudem Hasłem na życie i przetrwania cudem.
A gdy ci dano na domiar Twej męce Rzekome brata popioły i urnę, Tyś skarb ten drogi pochwyciła w ręce I wznosząc w niebo Twe czoło pochmurne,
Czułaś, że w prochach jest siły zarzewie, Że w nich tli iskra dotąd nie zgaszona, Że Twój ciemiężca o płomieniach nie wie, Które stąd przejdą do Twojego łona.
Tak z podniesioną w niebo śmiałą twarzą, Prochami silna zaklęłaś przysięgą, Że tych popiołów mścicielem i strażą Przed wrogów będziesz potęgą. I stałaś jako wielkie bolu znamie Naprzeciw ludzi okrzykom i złości, Ufna, że fala bezprawia się złamie O moc miłości.
Łzy Twe spływały w tę wieków cysternę, Co wchłania bole ludzkości i żale; Tam je przeliczy Bóstwo miłosierne, Bada ich czystość i rzuca na szalę; I kiedy z czasem do ciemnych tych wnętrzy Nadmiar boleści napłynie, Z toni, co ludzkim uciskiem się spiętrzy, Krwi żądne wstaną Erinye.
Twój mściciel przyszedł - pierzchły wrogów mocy, Poległa tłuszcza piekielna. Ujrzałaś pogrom - a wśród wieków nocy Świecisz Ty odtąd, wierna, nieśmiertelna, Jak łzami tkana tęcza jaśniejąca, Zwiastunka pomsty i słońca.
PEDAGOG.
O synu tego, co kiedyś pod Troją Szykom przewodził, ciesz teraz twe oczy Tem, za czemś tęsknił oddawna serdecznie. Bo otóż Argos stare, upragnione, Szalonej córy Inacha siedziba; To zaś, Oreście, boga wilkobójcy Rynek lykejski; z lewego masz boku Hery świątynię przesławną; więc wolnoć Złotem błyszczące oglądać Mykeny I krwią zbroczone Pelopidów domy, Skąd kiedyś w strasznym rodzica pogromie, Ja cię z rąk siostry rodzonej przejąłem By cię stąd uwieść, zbawić i wychować, Ażbyś mi wyrósł na ojca mściciela. Nuże, Oreście i ty druhu miły, Pyladzie, radźcie, co czynić wypada, Bo już nam słonko błysło z za osłonek I budzi ptasząt poranne świergoty A noc już zwija gwiaździstą oponę; Więc zanim z domu kto wyjdzie, rzecz całą Ułóżcie dobrze, byście nie zwlekali, Kiedy nie pora; dziś czynów trza stali.
ORESTES.
O wierny sługo, niechybne ty znaki Dajesz twej dobrej dla panów swych woli.
Bo jako rumak szlachetny, w złej chwili Pomimo wieku, nie pada na duchu, Lecz kark podniesie, ty również podniety Nie skąpiąc w pierwszym zstępujesz szeregu. A więc wyjawię ci moje zamysły, Ty zaś słuchając uważnie słów moich Gdy w czem pobłądzę, nie poskąp mi rady. Kiedym więc stanął przed Pytyi wyrocznią, By się wywiedzieć, jakim to sposobem Pomściłbym mego rodzica morderców, To rzekł Apollo, co zaraz usłyszysz: Że sam bez tarczy i zbrojnych zastępów Podstępem słusznej dokonać mam kaźni. Że więc tak bóstwo do nas przemówiło, Ty, skoro tylko nadarzy się pora, Wejdź tam do wnętrza i zbadaj co czynią, Byś nam dokładną dał o tem wiadomość. Wiek i czas długi nie dadzą cię poznać, A siwe włosy podejrzeń nie wzbudzą. Powiesz im tedy, że zdala przybywasz Od Fanoteusa, człowieka z Focydy; Który jest z nimi przymierzem związany. Rzeknij, przysięgą stwierdzając twe słowa, Że Orest poległ za losu dopustem, Skoro wśród igrzysk pytyjskich się zwalił Z wartkiego wozu. Tak niechaj brzmi mowa. My zaś grób ojca - jak to przykazano - Ofiarnym płynem i włosów kędziorem Uwieńczym, potem zaś tutaj wrócimy, W ręku dźwigając miedzianą tę urnę, Która - jak wiesz to - ukryta wśród krzewów, By w zmyślnej mowie wygłosić im chytrze
Orędzie miłe, że znikłem ze świata, Żem na proch starty i żarem zwęglony. Bo cóż mi szkodzi, gdy w słowie umarły W rzeczy żyć będę i sławy dostąpię? Nie groźnem mniemam słowo, co zysk niesie. Toż mówią często, że i mądrzy ludzie Śmierć swą zmyślali; a kiedy do domu Potem wrócili, cześć mieli tem większą. Więc i ja tuszę, że wbrew ludzkim głosom Wrogom żyw błysnę, jak gwiazda niebiosom. Ojczysta ziemio, opiekuńcze bogi, Dajcie mi szczęście na przyszłości drogi! Gniazdo rodowe, tchnij we mnie hart męski, Bom tu zesłany na pomstę twej klęski. Nie dopuść na mnie hańby ni pożogi, Że rząd i świetność przynoszę w te progi. To się wyrzekło, a teraz wnet, starcze, Patrz, byś dokonał swojego zadania. My zaś odejdźmy, nim pora odbieży, Co w każdej ludzi potrzebie ster dzierży.
ELEKTRA.
Biada mi, biada!
PEDAGOG.
Jakiś głos, synu, doleciał mych uszu Z wnętrza, zapewne jęk domowej sługi.
ORESTES.
Może Elektry nieszczęsnej: czyż czekać Tu nie należy, by skargi wysłuchać?
PEDAGOG.
Bynajmniej. Wprzódy Loxiasa rozkazy Wykonać trzeba i od nich poczynać,
Rosząc ofiarą grób ojca, a z płynu Zejdzie zwycięstwo i siła do czynu.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.
Dwie bohaterki greckiego dramatu żyją po dziś dzień pełnem życiem, a tak są nam blizkie, że obcujemy z niemi myślą i uczuciem, nieomal jak z kimś istniejącym i poufałym. Kości i krew dali im w wielkiej części poeci, mianowicie Sofokles. Jedna, biała miłością i dziewictwem, to Antygona, druga, także pełna miłości, ale ze znamieniem krwi na czole, dziewica zemsty, to Elektra. Sofokles miał szczególny pociąg do malowania postaci niewieścich, do wyczuwania tajemnic serca i duszy kobiecej. Nakreślił więc nam dwa typy, wcielające bierność, pokorę, miękkość, potulność i przytulność kobiety, w Ismenie i Chrysothemis; a obok nich stoją dzielniejsze płci swojej przedstawicielki, w których nie rozum, ale właściwy żywioł kobiety, uczucie, spotęgowane jest do najwyższych granic i szczytów. Stróżki to jego i szermierki, wybijające się ponad zwykły zakres pocieszania, kojenia, łagodzenia, do wyższych zadań krzepienia, podniety, obrony tego, co wobec praw pisanych twardej rzeczywistości żyje i promienieje, bo jest nieśmiertelnem, niepisanem wprawdzie, ale wyrytem w samym rdzeniu i w głębi najskrytszej sumienia i serca ludzkiego. Z tych uczuć wezbranych rodzi się ich czyn. Antygona oddaje ostatnią posługę bratu, mimo zakazu władców, działa w służbie miłości, którą Grek uznał za najwyższą, najszlachetniejszą, głosząc, że inne straty, jak dziecka, można przeboleć i powetować, kiedy natomiast potarganie węzła łączącego rodzeństwo, brata ze siostrą, pozostawia ranę najdotkliwszą, której nic ukoić ani zabliźnić nie zdoła. A wobec tej, która
Współkochać przyszła, nie współnienawidzić,
mamy Elektrę, innego pokroju i nastroju dziewicę, dyszącą nienawiścią i żądzą zemsty za zniszczenie i shańbienie domowego ogniska. I ona ma tę prawdziwie grecką miłość do brata, za którym tęskni bezustannie i niepomiernie. Ale z siostrzaną tęsknotą łączy się tu gwałtowność uczucia, rwąca się do czynu męskiego i w zastępstwie mężczyzny. Ona przecie gotową nawet sama targnąć się na życie Egista. A potem, kiedy Orestes się pojawił, nie kala wprawdzie rąk swych w krwi morderców ojca, ale współuczestniczy w czynie usługą, słowem, ognistemi hasłami, które rzuca i któremi zagrzewa do działania. I ma ona wśród tego niewątpliwie niejakie podobieństwo do biblijnych postaci kobiecych; patrzymy w Starym Zakonie na Judyt, dążącą do namiotu wrogiego króla, za przynętę i broń zarazem służą jej czary niewieściej gładkości. Skoro według przepysznego wyrażenia Pisma św. "zwątliła go pięknością twarzy swojej", godzi weń prawicą "i uderzyła dwakroć w szyję jego". Elektra na to się nie zdobywa; ale starczy jej mściwości, aby Orestesowi, walącemu matkę na ziemię, strasznem za wtórzyć słowem: "Tnij znów jeśli możesz". - I zresztą, kiedy snuła niegdyś mordercze swe plany, marzyła ona o sławie i hołdach, które obywatele
w dni świąteczne, na ludu zebraniach za męstwo
składać jej będą. Znowu to przypomina nam Judyt, o której powiedziano, że po czynie "wychadzała w święta z wielką chwałą". Mimowoli nasuwają się te porównania, bo w Elektrze, która śpiewa jedną pieśń zemsty, jest jakiś rys namiętności prawie wschodniej, jak w wielu postaciach baśni i mitologii greckiej, jak w wielkim tragiku, który niektóre z tych postaci geniuszem swym utrwalił i uwiecznił; w Eschylosowej podniosłości dopatrzono się przecież podobieństw do nastroju Proroków Izraela. Prawiono niegdyś dużo o mierze greckiej, była to jedna z tych formułek, w którą wtłaczano gwałtem życie, dławiąc je ku zbudowaniu i podziwowi ludzi, myślących i czujących jedynie we wygodnych formułkach. Ale życie ich nie cierpi, a poezyę przeniosą skrzydła po za gnuśne zapory książkowej teoryi. - Elektra niema miary w swej skardze. Tragedya zaczyna się nieomal od jęku i odtąd zapełniają te zawodzenia Elektry połowę dramatu. Pewna niepowściągliwość, nam obca, jest pod tym względem cechą znamienną tragików ateńskich. Prometeusz w okowach u Eschylosa żali się bez końca, Persowie tegoż poety są wielką, długą lamentacyą nad pogromem ojczyzny, Antygona Sofoklesa roztapia się we łzach przed nami, podobnie jęczą Filoktet i Elektra. Wstydliwość łzy i miarę ( pudor aut modus Horacyuszowski) wprowadzili dopiero Rzymianie i przeszła ona do nas; u Greków tymczasem roztacza się rozpacz przed widzem i świadkami w tysiącznych okrzykach, westchnieniach, prawie aż do znużenia i przesytu. Grecka gadatliwość czyha niejako na każde uczucie i drgnienie duszy i nie pozwala mu zamrzeć głucho na ustach. Wtóruje mu zaś równie niepowściągliwe słowo pociechy. U nas współczucie i bezbronność wobec wielkich smutków objawia się w litosnem spojrzeniu i milczeniu; zrozumieli jego doniosłość przyjaciele Hioba, gdy "siedzieli z nim na ziemi siedem dni i siedem nocy, a żaden do niego słowa nie mówił, bo widzieli, że boleść była gwałtowna". Greccy przyjaciele nie byliby się zataili w tak biernym udziale. Okeanidy w Prometeuszu nie skąpią męczennikowi upomnienia i pociechy, chór w Antygonie i Elektrze wtóruje żalom bohaterek ciągłemi przemówieniami i wyrazami ulgi. Bo myśl grecka i piśmiennictwo stworzyły osobny dział konsolacyi, w których na wszystkie bóle i cierpienia ludzkości zgotowano leki i ochłodę. Wypływało to z wysokiego wyobrażenia o prawach słowa i jego skuteczności. Myślano, że potęga mowy zażegnać zdoła rozmaite siły świata, a przedewszystkiem boleść przemoże; nawet tam, gdzie cierpienie pod obuchem nieszczęścia prawie niemiało, myśl grecka, lubująca się w subtelnościach, wysilała się jeszcze na wyszukanie pociechy. W początku Elektry mamy też prawdziwe zmaganie się między słowem a twardą rzeczywistością; Grek miał dla pierwszego cześć tak bezgraniczną, że te zapasy i igrzyska nie wydawały mu się ani jałową myśli igraszką, ani pustem igraniem z uczuciem. Ta niepowściągliwość słowa greckiego widnieje dalej w tych przydługich turniejach, w których krzyżową sztuką spierają się zapaśnicy w dramacie. Rozprawy Elektry i Chrysothemis, Elektry z Klytaimestrą wypłynęły z tej myśli greckiej, wyszkolonej i oćwiczonej w dyalektyce i dyalektycznych zapasach. Nazwaliśmy je turniejami, bo znać w tym objawie lubowanie się Greka w doraźnych ruchach i odruchach myśli, w jej biegach i wybiegach, a zarazem próbę, czy język dorówna jej lotom, znać wreszcie znów tę samą nieograniczoną wiarę w potęgę języka, którego jeden z ówczesnych mistrzów słowa greckiego "potężnym władcą" mianował. W nowoczesnej tragedyi rzadkimi są takie zapasy; sławny spór między Elżbietą i Maryą Stuart u Schillera analogicznem jest zjawiskiem, ale niema przecież tego czegoś stylizowanego, sztucznego, co zawsze jest cechą nieodłączną nadmiernych i zbyt symetrycznie zbudowanych dyalogów greckich, czyli t. zw. stychomytyi. Podziwiają dramata greckie za ich ogólno-ludzkie znaczenie i doniosłość, nie mniejszy jednak ma w nich urok ta przymieszka rodzima, indywidualna, w której czuć woń i siłę ziemi, co ludzi tych i arcydzieła wydała. Bo śmiertelne znamię czasu i miejsca bywa często w płodach ducha ludzkiego warunkiem i zadatkiem nieśmiertelności. To znamię miejscowe wyryło się także na całym rozwoju tragedyi. Kiedy Orestes radził się Apollina, jakimby sposobem mógł dokonać zemsty na siepaczach rodzica, odrzekło bóstwo:
Że sam bez tarczy i zbrojnych zastępów, Podstępem słusznej dokonać ma kaźni.
A ten podstęp odtąd tysiącem swych tkanin oplótł całą fabułę, przedstawioną przez poetę. Podstęp ten zwodzi Klytaimestrę, zwodzi samą Elektrę, mami w końcu Egista. Grek lubuje się w przebiegłości, jak w przędzach wyobraźni poetycznego zmyślenia. Raduje się on przecie całym tak bujnym gadek zasobem, które się złożyły na jego mitologię, przecie w tych ludziach chytrość i wybieg tak ogromną odgrywają rolę, a polytropos, przebiegły Odysseusz, stał się przednim ulubieńcem narodu. Jowisz podchodził Herę i jej ziemskie rywalki, Apollo i Hermes oszukiwali się nawzajem, podstęp odgrywa pierwszorzędną rolę w opowieściach o Troi i ich bohaterach, n. p. w tragedyi Filoktetesa. Grecy mają znaną z Fausta a prawie dziecinną Lust am Trug, a nowszy autor przypisuje im "nadziemską naiwność w kłamaniu". Otóż ta Grecya kłamliwa, jak ją piętnował Rzymianin, w Elektrze nastawia wszystkie zwrotnice dramatu, a obok okrzyków tryumfu nad zwycięstwem, spotykamy się w nim z radosnymi odgłosami nad udatnem powikłaniem, które do ostatecznego rozwikłania doprowadziło. Znowu to rys bardzo rodzimy; ręka poety przeplata nadziemskie myśli i prawdy bardzo ziemskiemi zmyśleniami. Wielką jest jednak ta tragedya, istna pieśń nad pieśniami na zemstę. Jak zazdrość w Otellu, tak tutaj nienawiść znalazła swe najwyższe i ostatnie wyrazy. Ona jest osią dramatu. W końcu, przy stanowczym rozrachunku przybiera to poczucie i krwi pożądanie jakieś cechy prawie nieludzkie, kiedy Elektra nawoływa brata do ponownego ciosu na matkę zwaloną, albo znów mroźne, kiedy Orestes obawiać się zdaje, aby w kaźni, którą Egistowi gotuje, nie zabrakło ani źdźbła piołunu. Oko za oko, ząb za ząb - odwet ma wyrównać i odpłacić wszystkie winy i zbrodnie przeszłości. Zemsta tak waży szale kary i występku, tak się rozkoszuje w swych wyrokach i wymiarach, iż wśród tych rozrachowań nie dorównywa prawie porywającym wzlotom uprzednich żądz i pragnień, jak rzeczywistość i fakt nagi bywają bardziej poziomemi od marzeń i uczucia. Erinye spełniły więc swoje zadanie: chór Elektry Sofoklesowej uderza w końcowych słowach w pieśń tryumfu. Eschylos, który tensam temat opracował w środkowym dramacie trylogii, domięszał do ostatnich scen Choeforów zapowiedź dalszych pościgów Erinyi, które niebawem nękać będą matkobójcę. Stąd groza osiadła na zwycięstwie Oresta i Elektry; okrzykom tryumfu wtóruje krzyk krwi świeżo przelanej, która woła o nowe pomsty i zadosyćuczynienia. Sofokles przedstawił dzieje odwetu w jednej odrębnej sztuce. Niema tu dlatego żadnych gróźb ani wróżb na przyszłość, dramat pełny uczucia wieńczy się w końcu pełnią czynu i rozwiązaniem tak stanowczem, iż słuchacz dzień gniewu mógł był uważać za przesłankę pogody, wnoszącej ukojenie i słońce. Poezya stwarza w ten sposób całości, zaczynające się od skargi i ciemni, a kończące pieśnią wesela, przeprowadza przez odmęty nieszczęścia w świetlane marzeń krainy.
Powiedział ktoś o posępnym Tacycie, że biada narodowi, który tego pisarza zrozumie zupełnie. Aby pojąć, a przedewszystkiem odczuć Elektrę, na to też są potrzebne osobne struny w duszy, a może i osobne życia warunki. Te struny drgają w pieśni zemsty wysokiego nastroju, pełnej wybuchów nienawiści i wybuchów wesela nad pogromem owej magna meretrix, wielkiej wszetecznicy, kalającej ogniska domowe całych narodów; one też wybrzmiały w literaturze, która bez skargi nie zna już śpiewu, opowieścią o Wallenrodzie, "krwi głodną" piosenką Konrada i licznymi fragmentami Dziadów, wreszcie wspaniałym, pełnym gniewu świętego Chorałem.