Elegia dla bidoków - J.D. Vance

Kup ebooka

43.90 zł
35.56 zł (33,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Jak więk­szość ma­łych dzieci, uczy­łem się na pa­mięć ad­resu do­mo­wego, że­bym mógł wy­ja­śnić do­ro­słemu, do­kąd ma mnie od­pro­wa­dzić, na wy­pa­dek gdy­bym się kie­dyś zgu­bił. W przed­szkolu, kiedy na­uczy­cielka py­tała mnie, gdzie miesz­kam, mo­głem wy­re­cy­to­wać cały ad­res bez za­jąk­nie­nia, choć mama czę­sto się prze­pro­wa­dzała, z po­wo­dów, któ­rych jako dziecko za nic nie po­tra­fi­łem po­jąć. Mimo wszystko za­wsze do­strze­ga­łem róż­nicę mię­dzy "moim ad­re­sem" a "moim do­mem". Mój ad­res ozna­czał miej­sce, w któ­rym spę­dza­łem więk­szość czasu z mamą i sio­strą, gdzie­kol­wiek to aku­rat było. Mój dom jed­nak był za­wsze ten sam: był to dom mo­jej pra­babci, w du­li­nie, w Jack­son, w sta­nie Ken­tucky.

Jack­son to li­czące około sze­ściu ty­sięcy miesz­kań­ców mia­steczko w sercu za­głę­bia wę­glo­wego w po­łu­dniowo-wschod­niej czę­ści stanu. W su­mie mia­stem na­zywa się je tro­chę na wy­rost: jest tu sąd, parę re­stau­ra­cji (nie­mal bez wy­jątku fa­st­fo­odowe sie­ciówki), do tego kilka więk­szych i mniej­szych skle­pów. Więk­szość lu­dzi mieszka wśród wzgórz, mię­dzy któ­rymi bie­gnie droga sta­nowa nu­mer 15, w obo­zo­wi­skach przy­czep kem­pin­go­wych, w miesz­ka­niach z do­pła­tami rzą­do­wymi, na nie­du­żych go­spo­dar­stwach czy wresz­cie w gór­skich cha­tach jak ta, która sta­nowi tło dla naj­mil­szych wspo­mnień z mo­jego dzie­ciń­stwa.

Miesz­kańcy Jack­son wi­tają się z każ­dym, chęt­nie po­rzucą na­wet ulu­bione roz­rywki, by po­móc nie­zna­jo­memu wy­do­stać auto z za­spy, i - co do jed­nego - za­trzy­mają sa­mo­chód, wy­siądą i staną na bacz­ność za każ­dym ra­zem, kiedy zo­ba­czą prze­jeż­dża­jący kon­dukt po­grze­bowy. To wła­śnie ten ostatni zwy­czaj uświa­do­mił mi, że w Jack­son i jego miesz­kań­cach jest coś wy­jąt­ko­wego. "Dla­czego każdy za­trzy­muje się na wi­dok prze­jeż­dża­ją­cego ka­ra­wanu?" - za­py­ta­łem bab­cię, na którą wszy­scy mó­wi­li­śmy Ma­maw. "Wi­dzisz, słonko, to dla­tego, że my je­ste­śmy z gór. I sza­nu­jemy na­szych zmar­łych".

Dziad­ko­wie wy­pro­wa­dzili się z Jack­son w la­tach czter­dzie­stych, wła­sne dzieci wy­cho­wy­wali w Mid­dle­town w sta­nie Ohio, gdzie póź­niej wy­ro­słem także i ja. Jed­nak aż do dwu­na­stego roku ży­cia każde wa­ka­cje, jak też wiele po­zo­sta­łych mie­sięcy, spę­dza­łem wła­śnie w Jack­son. Przy­jeż­dża­łem tam z Ma­maw, która chciała od­wie­dzić przy­ja­ciół i ro­dzinę, za­wsze świa­doma, że czas skra­cał li­stę jej ulu­bień­ców. Z upły­wem lat naj­istot­niej­szy stał się je­den po­wód: opieka nad matką Ma­maw, na którą mó­wi­li­śmy Ma­maw Blan­ton (cho­dziło o to, żeby je od­róż­nić: tro­chę po­plą­tane, wiem). Za­trzy­my­wa­li­śmy się więc u Ma­maw Blan­ton, w domu, w któ­rym miesz­kała, już za­nim jej mąż po­szedł wal­czyć z Ja­poń­czy­kami na Pa­cy­fiku.

Dom Ma­maw Blan­ton ko­cha­łem naj­bar­dziej ze wszyst­kich na świe­cie, choć nie był ani duży, ani kom­for­towy. Miał trzy po­koje. Od frontu była mała we­randa, na niej bu­jana ławka, do tego wiel­kie po­dwó­rze, roz­cią­ga­jące się z jed­nej strony aż na górę, z dru­giej zaś do wlotu do du­liny. Choć Ma­maw Blan­ton miała spory ka­wał gruntu, w więk­szo­ści były to jed­nak nie­go­ścinne chasz­cze. Za do­mem wła­ści­wie nie było już po­dwó­rza, tylko piękne gór­skie zbo­cze, skały i drzewa. Za­wsze jed­nak zo­sta­wały du­lina i bie­gnący obok stru­mień, to nam w zu­peł­no­ści wy­star­czało. Wszyst­kie dzie­ciaki spały w jed­nym po­koju na pię­trze: jak sala pod­od­działu, chyba z tu­zin łó­żek, gdzie ba­wi­li­śmy się z ku­zy­nami do póź­nej nocy, póki nie roz­draż­ni­li­śmy babci do tego stop­nia, że ter­ro­rem za­pę­dzała nas pod koł­dry.

Oko­liczne góry były dla dziecka ra­jem, więc wiele czasu spę­dza­łem na za­stra­sza­niu fauny Ap­pa­la­chów: ni żółw, wąż, żaba, ryba, ni wie­wiórka nie mo­gły czuć się bez­piecz­nie. Uga­nia­łem się tam z ku­zy­nami, nie­świa­dom nie­od­stęp­nego ubó­stwa ani po­gar­sza­ją­cego się stanu zdro­wia Ma­maw Blan­ton.

Na głęb­szym po­zio­mie Jack­son było tym miej­scem, które na­le­żało do mnie, mo­jej sio­stry i do Ma­maw. Ko­cha­łem Ohio, ale mia­łem stam­tąd zbyt wiele bo­le­snych wspo­mnień. W Jack­son by­łem wnu­kiem naj­tward­szej ko­biety, jaką kto­kol­wiek znał, i naj­zręcz­niej­szego me­cha­nika sa­mo­cho­do­wego w mia­steczku, w Ohio zaś - po­rzu­co­nym sy­nem fa­ceta, któ­rego wła­ści­wie nie zna­łem, i ko­biety, któ­rej wo­lał­bym nie znać. Mama przy­jeż­dżała do Ken­tucky tylko na co­roczne zjazdy ro­dziny albo kiedy wy­padł po­grzeb, a gdy już się zja­wiała, Ma­maw pil­no­wała, żeby w ba­gażu nie na­zwo­ziła swo­ich dra­ma­tów. W Jack­son nie było miej­sca na wrza­ski, awan­tury, na bi­cie mo­jej sio­stry, a już na pewno nie było "żad­nych chło­pów", jak by to ujęła Ma­maw. Ma­maw nie tra­wiła roz­licz­nych lo­we­la­sów mo­jej mamy i ża­den z nich nie miał wstępu do Ken­tucky.

W Ohio wy­ćwi­czy­łem się do per­fek­cji w la­wi­ro­wa­niu mię­dzy ko­lej­nymi do­ryw­czymi ta­tuś­kami. Przed Steve'em, ofiarą kry­zysu wieku śred­niego, co dało się po­znać po kol­czyku w uchu, uda­wa­łem, że kol­czyki są git - do tego stop­nia, że uznał za sto­sowne prze­kłuć także moje ucho. Przy Chi­pie, po­li­cjan­cie al­ko­ho­liku, który uwa­żał mój kol­czyk za oznakę "dziew­czyń­sko­ści", by­łem gru­bo­skórny i uwiel­bia­łem ra­dio­wozy. W erze Kena, dziw­nego typa, który oświad­czył się ma­mie w trze­cim dniu zna­jo­mo­ści, by­łem jak do­bry brat dla dwójki jego dzie­cia­ków. Tyle że to wszystko były pozy. Nie­na­wi­dzi­łem kol­czy­ków, nie­na­wi­dzi­łem ra­dio­wo­zów, wie­dzia­łem też, że z dziećmi Kena prze­stanę się wi­dy­wać, nim upły­nie rok. A w Ken­tucky nie mu­sia­łem uda­wać ko­goś, kim nie by­łem, bo je­dyni męż­czyźni, któ­rzy li­czyli się tam w moim ży­ciu - bra­cia babci i jej szwa­gro­wie - i tak już mnie znali. Czy chcia­łem, żeby mo­gli się mną chlu­bić? No pew­nie, ale nie dla­tego, że uda­wa­łem, że ich lu­bię. Ja ich au­ten­tycz­nie ko­cha­łem.

Naj­star­szym i naj­bar­dziej wred­nym z Blan­to­nów był wuja Sa­li­cyl - prze­zwi­sko wzięło się od woni, którą za­la­ty­wała jego ulu­biona guma do żu­cia. Wuja Sa­li­cyl, po­dob­nie jak jego oj­ciec, słu­żył w ma­ry­narce pod­czas II wojny świa­to­wej. Umarł, kiedy mia­łem cztery lata, więc tak na­prawdę pa­mię­tam go tylko z dwóch wy­da­rzeń. Raz gna­łem jak po­pa­rzony, bo Sa­li­cyl dep­tał mi po pię­tach ze sprę­ży­now­cem w gar­ści, za­rze­ka­jąc się, że jak mnie do­rwie, to moim pra­wym uchem na­karmi psa. Rzu­ci­łem się w ra­miona Ma­maw Blan­ton i tak się skoń­czyła ta prze­ra­ża­jąca za­bawa. Wiem jed­nak, że go ko­cha­łem, bo dru­gie wspo­mnie­nie do­ty­czy ataku fu­rii, któ­rego do­sta­łem na wieść o tym, że nie będę mógł zo­ba­czyć go na łożu śmierci - dar­łem się tak, że bab­cia mu­siała wbić się w ki­tel i prze­szwar­co­wać mnie do szpi­tala. Pa­mię­tam, jak tu­li­łem się do niej pod tym ki­tlem, ale sa­mego po­że­gna­nia z wu­jem już nie.

Drugi był wuja Pet. Wy­soki fa­cet o ostrym in­te­lek­cie i ru­basz­nym po­czu­ciu hu­moru. Wśród Blan­to­nów to wui Pe­towi w in­te­re­sach po­wio­dło się naj­le­piej: wcze­śnie wy­pro­wa­dził się od ro­dzi­ców i roz­krę­cił kilka firm, tu han­del drew­nem, tam bu­dow­lanka, dzięki czemu w cza­sie wol­nym stać go było na wy­ścigi konne. Wy­da­wał się też naj­sym­pa­tycz­niej­szy z ca­łej tej fe­rajny, miał ogładę i urok wzię­tego biz­nes­mena. Pod tym wdzię­kiem krył się jed­nak ogni­sty tem­pe­ra­ment. Zda­rzyło się, że kie­rowca do­star­cza­jący to­war do jed­nej z firm wui po­wie­dział temu sta­remu gó­ra­lowi: "Roz­ła­duj mnie to na­tych­miast, psi synu". Wuja Pet zin­ter­pre­to­wał tę uwagę do­słow­nie: "Kiedy tak mó­wisz, twier­dzisz, że moja naj­droż­sza mama pu­ściła się z psem, więc pro­szę uprzej­mie, uwa­żaj na słowa". Kie­rowca - wo­łali go Duży Red, bo był duży i rudy - dał re­petę obe­lgi, więc wuja Pet za­cho­wał się tak, jak po­stą­piłby każdy roz­ważny wła­ści­ciel firmy: wy­wlókł typa z szo­ferki, obił go do nie­przy­tom­no­ści, a na­stęp­nie okrze­sał piłą elek­tryczną z góry na dół i z po­wro­tem. Duży Red omal się nie wy­krwa­wił, ale pę­dem do­star­czono go do szpi­tala i udało się go od­ra­to­wać. Jed­nak wuja Pet nie po­szedł za to sie­dzieć. Naj­wy­raź­niej Duży Red też po­cho­dził z Ap­pa­la­chów i nie za­mie­rzał ga­dać o tej spra­wie z po­li­cją ani wno­sić oskar­że­nia. Wie­dział, czym się koń­czy ze­lże­nie ko­muś matki.

Wuja Da­vid był chyba je­dy­nym z braci Ma­maw, który nie­zbyt dbał o kult ho­nor­no­ści. Ten stary bun­tow­nik o dłu­gich, fa­li­stych wło­sach i jesz­cze dłuż­szej bro­dzie ko­chał wszystko, tylko nie za­sady, co mo­głoby tłu­ma­czyć, dla­czego na­wet nie sta­rał się uspra­wie­dli­wiać, kiedy zna­la­złem jego wielki krzak ma­ri­hu­any na ty­łach sta­rego domu Ma­maw Blan­ton. Wstrzą­śnięty, za­py­ta­łem wuję, co za­mie­rza uczy­nić z tymi nie­le­gal­nymi nar­ko­ty­kami. No to wy­cią­gnął bletki, za­pal­niczkę i za­de­mon­stro­wał. Mia­łem dwa­na­ście lat. Wie­dzia­łem, że je­śli Ma­maw się do­wie, to go za­bije.

A ba­łem się tego, bo we­dle ro­dzin­nych le­gend Ma­maw raz o mało co za­bi­łaby jed­nego fa­ceta. Kiedy miała może dwa­na­ście lat, wy­szła raz na dwór i wi­dzi, a tu dwaj tacy ła­dują ro­dzinną krowę - cenny do­by­tek w świe­cie po­zba­wio­nym wody bie­żą­cej - na pakę pół­cię­ża­rówki. No to wbie­gła do domu, zła­pała za sztu­cer i wy­gar­nęła do nich parę razy. Je­den zwa­lił się na zie­mię - sku­tek po­strzału w nogę - a drugi wsko­czył za kie­row­nicę i na­wiał z pi­skiem opon. Nie­do­szły by­dło­krad le­d­wie się czoł­gał, więc Ma­maw po­de­szła bli­żej, wy­mie­rzyła śmier­cio­no­śnym koń­cem sztu­cera w jego głowę i szy­ko­wała się już do za­mknię­cia te­matu. Na szczę­ście dla zło­dzieja do ak­cji wkro­czył wuja Pet. Na pierw­sze po­twier­dzone za­bój­stwo Ma­maw mu­siała jesz­cze po­cze­kać.

Choć wiem, jaka z Ma­maw była wa­riatka, i to pod bro­nią, nie po­tra­fię uwie­rzyć w tę hi­sto­rię. Zro­bi­łem son­daż w ro­dzi­nie i po­łowa lu­dzi w ogóle o tym zaj­ściu nie sły­szała. Je­stem go­tów uwie­rzyć w to, że za­bi­łaby zło­dzieja, gdyby ktoś jej nie po­wstrzy­mał. Ma­maw brzy­dziła się nie­lo­jal­no­ścią, a nie było gor­szego za­przań­stwa niż zdrada klasy. Za każ­dym ra­zem, kiedy ktoś zwi­nął nam z we­randy ro­wer (na­li­czy­łem trzy ta­kie przy­padki), wła­mał się do jej sa­mo­chodu i wy­czy­ścił go z bi­lonu czy za­ko­sił pocztę ze skrzynki, Ma­maw mó­wiła mi to­nem ge­ne­rała wy­da­ją­cego żoł­nie­rzom roz­kazy: "Nie ma gor­szego dra­nia jak bi­dok okra­da­jący bi­doka. I bez tego mamy ciężko. Ni dia­bła nie po­trzeba nam jesz­cze, żeby je­den dru­giemu tego cię­żaru do­kła­dał".

Naj­młod­szym z braci Blan­to­nów był wuja Gary. Był ostat­nim dziec­kiem pra­dziad­ków i jed­nym z naj­mil­szych lu­dzi, ja­kich po­zna­łem. Wuja Gary opu­ścił ro­dzi­ców za młodu i roz­krę­cił w In­dia­nie so­lidny biz­nes de­kar­ski. Był do­brym mę­żem i jesz­cze lep­szym oj­cem, a do mnie za­wsze mó­wił: "Je­ste­śmy z cie­bie dumni, Jay Kropka, bra­chu", a ja aż ro­słem z za­do­wo­le­nia. Jego lu­bi­łem naj­bar­dziej, bo jako je­dyny z braci Blan­to­nów ni­gdy nie stra­szył mnie ko­pem w dupę czy am­pu­ta­cją ucha.

Bab­cia miała też dwie młod­sze sio­stry, Betty i Rose, i je obie rów­nież bar­dzo ko­cha­łem, ale to męż­czyźni z rodu byli przed­mio­tem mo­jej ob­se­sji. Sia­da­łem mię­dzy nimi i bła­ga­łem o opo­wie­ści z ży­cia, nowe czy po­wta­rzane. To oni byli klucz­ni­kami mó­wio­nej hi­sto­rii na­szej ro­dziny, a ja - ich naj­pil­niej­szym uczniem.

Więk­sza część tej tra­dy­cji by­naj­mniej nie nada­wała się dla dzie­cię­cych uszu. Nie­mal każda opo­wieść wią­zała się z prze­mocą na taką skalę, że ktoś po­wi­nien wy­lą­do­wać za kra­tami. Sporo do­ty­czyło po­wo­dów, dla któ­rych hrab­stwo, w któ­rym leży Jack­son - Bre­athitt - do­ro­biło się swo­jego ali­te­ra­cyj­nego przy­domka: "Bo­jowe Bre­athitt". Wiele było wy­ja­śnień tego stanu rze­czy, ale wszyst­kie krą­żyły wo­kół wspól­nego te­matu: miesz­kań­com hrab­stwa pewne rze­czy ser­decz­nie się nie po­do­bały i nie po­trze­bo­wali pod­pie­rać się pra­wem, żeby je trze­bić.

Jedna z naj­czę­ściej ser­wo­wa­nych krwa­wych hi­sto­rii z Bre­athitt do­ty­czyła star­szego pana z mia­sta, oskar­żo­nego o zgwał­ce­nie mło­dej dziew­czyny. Ma­maw opo­wia­dała mi, że na parę dni przed pro­ce­sem zna­leźli go­ścia pły­wa­ją­cego twa­rzą w dół w miej­sco­wym je­zio­rze, z szes­na­stoma ra­nami po­strza­ło­wymi w ple­cach. Wła­dze ni­gdy nie prze­pro­wa­dziły śledz­twa w spra­wie tego mor­der­stwa, a miej­scowa ga­zeta wspo­mniała o tym zaj­ściu tylko ran­kiem tego dnia, kiedy od­na­le­ziono zwłoki. Z po­dziwu godną dzien­ni­kar­ską zwię­zło­ścią na­głó­wek gło­sił: "Zna­le­ziono zwłoki męż­czy­zny. Po­dej­rze­nie prze­stęp­stwa".

- Po­dej­rze­nie prze­stęp­stwa? - rżała bab­cia. - Że­by­ście, cho­lera, wie­dzieli. Bo­jowe Bre­athitt za­ła­twiło su­kin­syna.

Albo ten dzień, kiedy wuja Sa­li­cyl usły­szał przy­pad­kiem de­kla­ra­cję pew­nego mło­dego czło­wieka, że ten "chęt­nie ze­żarłby jej majty" - miał na my­śli bie­li­znę sio­stry wui, czyli Ma­maw. Wuja po­je­chał do domu, za­brał jedną parę z szu­flady z sio­strza­nymi bar­cha­nami i zmu­sił owego mło­dzieńca - trzy­ma­jąc go pod no­żem - do kon­sump­cji.

Być może ten i ów doj­dzie do wnio­sku, że wy­wo­dzę się z ro­dziny po­my­leń­ców. Dzięki tym opo­wie­ściom czu­łem się jed­nak jak ary­sto­krata wśród bi­do­ków, bo były to hi­sto­rie o kla­sycz­nej walce do­bra ze złem, a moi krewni stali po stro­nie do­bra. Ow­szem, za­cho­wy­wali się eks­tre­mal­nie, ale ta skraj­ność słu­żyła god­nej spra­wie - obrona ho­noru sio­stry czy za­gwa­ran­to­wa­nie, że zbrod­niarz za­płaci za swój czyn. Za­równo bra­cia Blan­to­no­wie, jak i ich za­dziorna sio­stra, ta, na którą mó­wi­łem Ma­maw, eg­ze­kwo­wali wy­roki na mo­dłę bi­do­ków, a z mo­jego punktu wi­dze­nia była to naj­lep­sza po­stać wy­miaru spra­wie­dli­wo­ści.

Mimo wszel­kich swo­ich cnót, a może i dzięki nim, bra­cia Blan­to­no­wie byli też za pan brat z wy­stęp­kiem. Paru z nich zna­czyło swój ślad po­rzu­co­nymi dziećmi, zdra­dza­nymi żo­nami, a cza­sem i jed­nymi, i dru­gimi. Wcale też nie zna­łem ich aż tak do­brze: spo­ty­ka­łem ich tylko na wiel­kich zjaz­dach ro­dzin­nych czy przy oka­zji świąt. Mimo to jed­nak ko­cha­łem ich i wiel­bi­łem. Raz usły­sza­łem, jak Ma­maw mó­wiła swo­jej ma­mie, że ko­cham braci Blan­to­nów, bo ta­tu­sio­wie po­ja­wiali się i zni­kali, a Blan­to­no­wie za­wsze byli tacy sami. Zde­cy­do­wa­nie coś w tym było. Jed­nak przede wszyst­kim bra­cia Blan­to­no­wie byli ży­wym uoso­bie­niem wzgórz Ken­tucky. Uwiel­bia­łem ich, bo uwiel­bia­łem Jack­son.

Kiedy pod­ro­słem, ob­se­sja na punk­cie braci Blan­to­nów przy­ga­sła w uzna­nie, do­ro­ślej pa­trzy­łem też na Jack­son, już nie jak na raj na ziemi. Za­wsze jed­nak mam to mia­steczko za swoje oj­czy­ste. Jest nie­po­ję­cie piękne: kiedy w paź­dzier­niku za­czy­nają się wy­bar­wiać li­ście, można by po­my­śleć, że każde wzgó­rze tu­taj sta­nęło w pło­mie­niach. Jed­nak mimo ca­łej swej urody, wszyst­kich do­brych wspo­mnień, Jack­son to bar­dzo su­rowe miej­sce. To tam na­uczy­łem się, że "lu­dzie z gór" i "bie­dota" to z re­guły po­ję­cia toż­same. U Ma­maw Blan­ton na śnia­da­nie je­dli­śmy ja­jecz­nicę, szynkę, od­sma­żane ziem­niaki i chlebki so­dowe, na lunch ka­napki z ob­sma­żoną mor­ta­delą, a na obiad gu­lasz fa­so­lowy z chle­bem ku­ku­ry­dzia­nym. Wiele ro­dzin w Jack­son nie mo­głoby się po­chwa­lić taką dietą, a wiem o tym, bo kiedy pod­ro­słem, nie­raz sły­sza­łem, jak do­ro­śli mó­wili o bied­nych dzie­ciach z oko­licy i o tym, w jaki spo­sób mia­sto mo­głoby im po­móc. Ma­maw kryła przede mną naj­gor­sze strony Jack­son, ale nie da się bez końca za­kli­nać rze­czy­wi­sto­ści.

Kiedy ostat­nio od­wie­dzi­łem Jack­son, oczy­wi­ście mu­sia­łem zaj­rzeć do sta­rego domu Ma­maw Blan­ton, gdzie obec­nie mieszka wnuk brata Ma­maw, Rick, z ro­dziną. Roz­mowa ze­szła na zmiany wszę­dzie do­koła. "Po­ja­wiły się nar­ko­tyki - wy­ja­śnił mi Rick. - No i ni­komu nie chce się iść do ro­boty na dłu­żej".

Mia­łem na­dzieję, że moja uko­chana du­lina unik­nęła naj­gor­szego losu, po­pro­si­łem więc sy­nów Ricka, żeby wy­szli ze mną na spa­cer. Wszę­dzie do­koła wi­dzia­łem naj­pa­skud­niej­sze oznaki ap­pa­la­skiej nę­dzy.

Nie­które były ty­leż roz­dzie­ra­jące, co sztam­powe: wa­lące się, za­pusz­czone chaty, bez­pań­skie psy że­brzące o kęs, wa­la­jące się na po­dwó­rzach stare me­ble. Inne były bar­dziej nie­po­ko­jące. Gdy mi­ja­li­śmy mały, dwu­izbowy dom, za­uwa­ży­łem, że z okna jed­nej sy­pialni zer­kają na mnie zza za­słony wy­stra­szone oczy. Po­bu­dziło to moją cie­ka­wość: przyj­rza­łem się bacz­niej i na­li­czy­łem w su­mie osiem par oczu, pa­trzą­cych na mnie z trzech okien z nie­po­ko­jącą mie­sza­niną lęku i tę­sk­noty. Na we­ran­dzie przed do­mem sie­dział chudy fa­cet, góra trzy­dzie­sto­pię­cio­la­tek, naj­wy­raź­niej głowa domu. Kilka za­ja­dłych, nie­do­ży­wio­nych psów łań­cu­cho­wych strze­gło me­bli po­roz­rzu­ca­nych na wy­dep­ta­nym na kle­pi­sko po­dwó­rzu. Kiedy za­py­ta­łem syna Ricka, jak ten gość za­ra­bia na ży­cie, po­wie­dział mi, że fa­cet nie ma żad­nej pracy i jesz­cze się tym szczyci. Do­dał jed­nak: "ale to wredne lu­dzie, więc po pro­stu sta­ramy się nie wcho­dzić im w drogę".

Może ten dom to skrajny przy­kład, ale pod wie­loma wzglę­dami od­zwier­cie­dla on ży­cie lu­dzi z gór w Jack­son. Nie­mal trze­cia część lud­no­ści mia­steczka żyje w ubó­stwie, przy czym do­ty­czy to około po­łowy tam­tej­szych dzieci. Co wię­cej, nie wli­czamy tu znacz­nej więk­szo­ści miesz­kań­ców Jack­son, któ­rzy utrzy­mują się tuż po­nad gra­nicą biedy. Roz­pa­no­szyła się tu epi­de­mia uza­leż­nień od le­ków prze­ciw­bó­lo­wych na re­ceptę. Szkoły pu­bliczne stoją na tak fa­tal­nym po­zio­mie, że ostat­nio prze­jęły nad nimi nad­zór wła­dze sta­nowe. Ro­dzice wciąż jed­nak po­sy­łają do tych szkół dzieci, bo nie­zbyt stać ich na cze­sne w lep­szych pla­ców­kach, a tym­cza­sem li­ceum z prze­ra­ża­jącą upo­rczy­wo­ścią nie jest w sta­nie przy­go­to­wać swo­ich pod­opiecz­nych do stu­diów. Tu­bylcy nie­do­ma­gają też na zdro­wiu, a bez wspar­cia rządu nie upo­rają się na­wet z naj­bar­dziej pod­sta­wo­wymi pro­ble­mami. A co naj­waż­niej­sze, pod­cho­dzą do tego wred­nie - nie od­ważą się od­sło­nić ob­cym swo­jego ży­cia z jed­nego pro­stego po­wodu: nie chcą, by kto­kol­wiek ich osą­dzał.

W roku 2009 ka­nał ABC News wy­emi­to­wał re­por­taż z Ap­pa­la­chów, wy­ty­ka­jąc zja­wi­sko znane jako "zęby Mo­un­tain Dew": bo­le­sne pro­blemy den­ty­styczne u ma­łych dzieci, ge­ne­ral­nie spo­wo­do­wane nad­mia­rem słod­kich na­po­jów ga­zo­wa­nych. W re­por­tażu ABC przy­to­czono całą li­ta­nię opo­wie­ści o bo­ry­ka­ją­cych się z nę­dzą i wy­klu­cze­niem dzie­ciach z Ap­pa­la­chów. Ma­te­riał był w gó­rach po­wszech­nie oglą­dany, spo­tkał się jed­nak z to­tal­nym po­tę­pie­niem. Po­wszechna re­ak­cja: Nie wa­sza sprawa, psia­krew. "To chyba naj­bar­dziej obe­lżywa rzecz, jaką w ży­ciu sły­sza­łem, i po­win­ni­ście się wszy­scy wsty­dzić, w tym całe ABC" - na­pi­sał je­den z in­ter­ne­to­wych ko­men­ta­to­rów. Inny do­dał: "Wstydź­cie się, że pod­trzy­mu­je­cie stare, fał­szywe ste­reo­typy, za­miast przed­sta­wić praw­dziw­szy ob­raz Ap­pa­la­chów. Tak samo uważa wielu fak­tycz­nych miesz­kań­ców ma­łych mia­ste­czek w gó­rach, któ­rych znam".

Wiem o tym, bo moja ku­zynka ru­szyła do boju na Fa­ce­bo­oku, by uci­szać tych kry­ty­ków - pod­kre­śla­jąc, że tylko po­przez przy­zna­nie, że są w re­gio­nie kwe­stie stwa­rza­jące pro­blemy, jego miesz­kańcy mogą mieć ja­ką­kol­wiek na­dzieję na po­prawę sy­tu­acji. Am­ber ma wy­jąt­kowe prawo do tego, by wy­po­wia­dać się na te­mat pro­ble­mów Ap­pa­la­chów - w od­róż­nie­niu ode mnie, prze­żyła w Jack­son całe dzie­ciń­stwo. W li­ceum była pry­mu­ską, po­tem ukoń­czyła też stu­dia, jako pierw­sza z ca­łej roz­bi­tej ro­dziny. Na wła­snej skó­rze do­świad­czyła w Jack­son naj­gor­szej biedy, a jed­nak dała radę.

Ta gniewna re­ak­cja to coś, co za­uwa­żono też w opra­co­wa­niach aka­de­mic­kich na te­mat Ame­ry­ka­nów z Ap­pa­la­chów. W ar­ty­kule z grud­nia 2000 roku so­cjo­lo­go­wie Ca­rol A. Mark­strom, She­ila K. Mar­shall i Ro­bin J. Tryon stwier­dzili, że wśród na­sto­lat­ków z Ap­pa­la­chów uni­ka­nie roz­wa­ża­nia pro­ble­mów i my­śle­nie ży­cze­niowe jako formy ra­dze­nia so­bie wy­stę­pują ze "zna­cząco upo­rczywą prze­wi­dy­wal­no­ścią". Ich ba­da­nia wska­zy­wa­łyby, że "bi­doki" już od naj­młod­szych lat uczą się igno­ro­wać nie­wy­godne fakty albo uda­wać, że ist­nieją inne, lep­sze fakty. Ten­den­cja ta może sprzy­jać od­por­no­ści psy­chicz­nej, ale też spra­wia, że miesz­kańcy Ap­pa­la­chów mają pro­blem ze szczerą sa­mo­oceną.

Skła­niamy się ku prze­sa­dzie i nie­do­po­wie­dze­niom, ku wy­chwa­la­niu wła­snych za­let i prze­mil­cza­niu wad. To dla­tego lu­dzie z Ap­pa­la­chów tak ostro za­re­ago­wali, gdy uczci­wie przed­sta­wiono nie­któ­rych spo­śród ich naj­bied­niej­szych kra­ja­nów. To dla­tego wiel­bi­łem braci Blan­to­nów, dla­tego przez pierw­szych osiem­na­ście lat ży­cia uda­wa­łem, że to cały świat jest pe­łen pro­ble­mów, ale by­naj­mniej nie ja.

Prawda jest nie­ła­twa, a naj­trud­niej­sze dla lu­dzi z gór są te prawdy, które mu­szą oni przy­znać o so­bie sa­mych. W Jack­son bez wąt­pie­nia mieszka mnó­stwo naj­wspa­nial­szych lu­dzi pod słoń­cem, jest tam też jed­nak pełno le­ko­ma­nów, jak też przy­naj­mniej je­den fa­cet, który zna­lazł czas, żeby zma­chać ósemkę dzieci, ale żeby je utrzy­my­wać, to już nie. Bez wąt­pie­nia jest to piękne mia­steczko, ale jego urodę przy­ćmie­wają znisz­czona przy­roda i śmieci nie­sione wia­trem po oko­licy. Żyją tam lu­dzie ro­botni, oczy­wi­ście za wy­jąt­kiem wielu za­sił­ko­wi­czów, nie­spe­cjal­nie za­in­te­re­so­wa­nych uczci­wym za­ra­bia­niem na ży­cie. Jack­son, po­dob­nie jak bra­cia Blan­to­no­wie, jest pełne kon­tra­stów.

Po­ro­biło się tak nie­do­brze, że ze­szłego lata, po tym, jak mój ku­zyn Mike po­cho­wał matkę, za­raz za­czął my­śleć o sprze­daży jej domu.

- Nie chcę tu miesz­kać, a domu bez opieki nie mogę zo­sta­wić - po­wie­dział. - Za­raz by go ćpuny splą­dro­wały.

W Jack­son za­wsze było bied­nie, ale ni­gdy nie było tak, żeby czło­wiek bał się zo­sta­wić nie­za­miesz­kany dom po matce. Miej­sce, które mam za swój dom, nie­przy­jem­nie się zmie­niło.

Je­śli ko­goś ku­si­łoby, żeby uznać te pro­blemy za par­ty­ku­larne tro­ski pe­ry­fe­ryj­nych du­lin, wy­star­czy rzu­cić okiem na mój ży­cio­rys, żeby prze­ko­nać się, że nie­dole Jack­son wi­dać już w ży­ciu ca­łych Sta­nów. Dzięki ma­so­wej mi­gra­cji z bied­niej­szych re­jo­nów Ap­pa­la­chów w inne oko­lice, do Ohio, Mi­chi­gan, In­diany, Pen­syl­wa­nii czy Il­li­nois, sys­tem war­to­ści bi­do­ków roz­ple­nił się sze­roko, po­dob­nie jak oni sami. W rze­czy sa­mej, wy­chodźcy z Ken­tucky i ich po­tom­stwo sta­no­wią tak znaczną część miesz­kań­ców Mid­dle­town w sta­nie Ohio, gdzie do­ra­sta­łem, że jako dzieci wzgar­dli­wie na­zy­wa­li­śmy to mia­sto "Mid­dle­tucky".

Moi dziad­ko­wie wy­rwali się z praw­dzi­wego Ken­tucky i prze­nie­śli do Mid­dle­tucky w po­szu­ki­wa­niu lep­szego ży­cia, pod pew­nymi wzglę­dami na­wet im się udało. Jed­nak je­śli spoj­rzeć z in­nych stron, przed ni­czym nie zdo­łali uciec. Plaga le­ko­ma­nii, która zstą­piła na Jack­son, do­tknęła też ich star­szej córki, na całe jej do­ro­słe ży­cie. Może zęby Mo­un­tain Dew są szcze­gól­nym pro­ble­mem w Jack­son, ale moi dziad­ko­wie wal­czyli z tym także w Mid­dle­town: mia­łem dzie­więć mie­sięcy, kiedy Ma­maw po raz pierw­szy za­uwa­żyła, że mama leje mi pepsi do bu­telki ze smocz­kiem. W Jack­son nie­ła­two zna­leźć po­rząd­nego ojca, ale nie­wielu ta­kich tra­fiło się też w ży­ciu wnu­ków mo­ich dziad­ków. Od dzie­się­cio­leci lu­dzie sta­rali się uciec z Jack­son, a te­raz wal­czą o szansę wy­do­sta­nia się z Mid­dle­town.

Może te pro­blemy wy­ra­stają z Jack­son, trudno jed­nak do­strzec, gdzie jest ich kres. Kiedy lata temu wi­dzia­łem z Ma­maw ów kon­dukt po­grze­bowy, uświa­do­mi­łem so­bie, że i ja je­stem z gór. Po­dob­nie jak znaczna część ame­ry­kań­skiej klasy ro­bot­ni­czej. I my, lu­dzie z gór, nie ra­dzimy so­bie naj­le­piej.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Wstęp

Na­zy­wam się J.D. Vance, a po­wi­nie­nem chyba za­cząć od wy­zna­nia: otóż fakt za­ist­nie­nia tej książki, którą trzy­ma­cie wła­śnie w rę­kach, wy­daje mi się co­kol­wiek ab­sur­dalny. Już na stro­nie ty­tu­ło­wej stoi, że to wspo­mnie­nia, ale mam le­d­wie trzy­dzie­ści je­den lat i sam pierw­szy po­wie­dział­bym, że w ży­ciu nie do­ko­na­łem ni­czego wiel­kiego, a już na pewno ni­czego war­tego wy­cią­ga­nia od nie­zna­jo­mych pie­nię­dzy za to, żeby mo­gli so­bie o tym po­czy­tać. Naj­bar­dziej ba­je­ranc­kie z mo­ich osią­gnięć, przy­naj­mniej na pa­pie­rze, to ukoń­cze­nie prawa na Yale, coś, co trzy­na­sto­letni J.D. Vance uznałby za słaby żart. Tyle że co roku do­ko­nuje tej sztuki dwu­stu lu­dzi i daję wam słowo, że o ży­wo­tach więk­szo­ści z nich wcale nie chcie­li­by­ście czy­tać. Nie je­stem se­na­to­rem, gu­ber­na­to­rem sta­no­wym ani by­łym mi­ni­strem. Nie roz­krę­ci­łem firmy war­tej mi­liardy ani or­ga­ni­za­cji po­za­rzą­do­wej, która zmie­niła ob­li­cze świata. Mam fajną pracę, układa mi się w mał­żeń­stwie, je­stem wła­ści­cie­lem wy­god­nego domu i dwóch żwa­wych psów.

Nie na­pi­sa­łem więc tej książki dla­tego, że do­ko­na­łem cze­goś nad­zwy­czaj­nego. Na­pi­sa­łem ją dla­tego, że osią­gną­łem coś zu­peł­nie zwy­czaj­nego, co jed­nak bar­dzo rzadko zda­rza się dzie­cia­kom, które do­ra­stają w wa­run­kach ta­kich jak ja. Bo ja, wie­cie, wy­cho­wy­wa­łem się w bie­dzie, w hut­ni­czym mia­steczku w Ohio, jed­nym z wielu w tak zwa­nym Pa­sie Rdzy, skąd jak z otwar­tej rany, od kiedy pa­mię­tam, wy­cie­kały miej­sca pracy i na­dzieja. Sto­sunki z ro­dzi­cami mam, de­li­kat­nie rzecz uj­mu­jąc, skom­pli­ko­wane - jedno z nich bo­ryka się z na­ło­giem nie­mal tak długo, jak ja żyję. Wy­cho­wy­wali mnie dziad­ko­wie, z któ­rych żadne nie do­ro­biło się na­wet ma­tury, zresztą wśród wszyst­kich krew­nych i po­wi­no­wa­tych zna­la­złoby się rap­tem parę osób, które po­szły na stu­dia. Sta­ty­styka po­wie wam, że ta­kim dzie­ciom kroi się po­nura przy­szłość - je­śli im się po­szczę­ści, nie skoń­czą na so­cjalu, a je­śli będą mieli pe­cha, umrą, przedaw­ko­waw­szy he­ro­inę, jak skoń­czyły dzie­siątki lu­dzi z mo­jego ro­dzin­nego mia­steczka tylko w mi­nio­nym roku.

By­łem jed­nym z tych dzie­cia­ków z po­nurą przy­szło­ścią. O włos unik­ną­łem uwa­le­nia li­ceum. Mało bra­ko­wało, a uległ­bym za­pie­kłym ura­zom i gnie­wowi, które ży­wili wszy­scy wo­kół. Te­raz lu­dzie pa­trzą na mnie, na moją pracę, dy­plom pre­sti­żo­wej uczelni i my­ślą so­bie, że je­stem ja­kimś ge­niu­szem, że tylko na­prawdę nad­zwy­czajny czło­wiek do­piąłby tego, co dziś mam. Z ca­łym na­leż­nym im sza­cun­kiem są­dzę, że ta opi­nia to sro­gie pier­do­le­nie. Może i mam ja­kieś ta­lenty, ale nie­mal wszyst­kie roz­trwo­ni­łem, za­nim zo­sta­łem oca­lony przez grupkę ko­cha­ją­cych osób.

To wła­śnie praw­dziwa hi­sto­ria mo­jego ży­cia, a także po­wód, dla któ­rego na­pi­sa­łem tę książkę. Chcę, żeby inni do­wie­dzieli się, ja­kie to uczu­cie, kiedy czło­wiek już pra­wie jest go­tów sam sie­bie skre­ślić i co może go do tego skło­nić. Chcę, żeby po­jęli to, co dzieje się w ży­ciach lu­dzi bied­nych, i psy­cho­lo­giczne kon­se­kwen­cje ubó­stwa ma­te­rial­nego oraz du­cho­wego dla ich dzieci. Chcę, żeby lu­dzie zro­zu­mieli ame­ry­kań­ski sen - taki, ja­kiego do­świad­czy­łem ja i moja ro­dzina. Chcę, żeby po­jęli, co na­prawdę ozna­cza awans spo­łeczny. Chcę też, żeby uświa­do­mili so­bie to, czego sam na­uczy­łem się do­piero nie­dawno: że na­wet ci z nas, któ­rym po­szczę­ściło się żyć w ame­ry­kań­skim śnie, wciąż są ści­gani przez upiory ży­cia, które za sobą po­zo­sta­wili.

W tle mo­jej opo­wie­ści kryje się aspekt et­niczny. W na­szym spo­łe­czeń­stwie, wraż­li­wym na kwe­stie ra­sowe, słow­nic­two czę­sto do­ciera nie głę­biej niż do ko­loru ludz­kiej skóry: "czarni", "Azjaci", "przy­wi­lej bieli". Te sze­ro­kie ka­te­go­rie by­wają przy­datne, ale żeby zro­zu­mieć moją hi­sto­rię, trzeba przyj­rzeć się szcze­gó­łom. Może i je­stem biały, ale nie utoż­sa­miam się z an­glo­sa­ską pro­te­stancką elitą ze sta­nów pół­noc­nego wschodu. Nie, moi po­bra­tymcy to mi­liony bia­łych Ame­ry­ka­nów wy­wo­dzą­cych się ze Szkoto-Ir­land­czy­ków, ro­bo­cia­rzy bez wyż­szego wy­kształ­ce­nia. Dla nich bieda to ro­dzinna tra­dy­cja - ich przod­ko­wie byli naj­mi­tami w cza­sach, gdy go­spo­darka na Po­łu­dniu opie­rała się na nie­wol­nic­twie, po­tem po­łow­ni­kami, póź­niej ko­pali wę­giel, a w nie­od­le­głej prze­szło­ści pra­co­wali w hu­tach i fa­bry­kach ma­szyn. Ame­ry­ka­nie mó­wią na nich: hil­l­bil­lies (bi­doki), red­necks (bu­raki), białe śmie­cie. Dla mnie to przy­ja­ciele, są­sie­dzi, ro­dzina.

Szkoto-Ir­land­czycy to jedna z naj­bar­dziej wy­ra­zi­stych pod­grup spo­łecz­nych w Sta­nach. Jak od­no­to­wał je­den z ob­ser­wa­to­rów tych lu­dzi: "Pod­czas mo­ich wę­dró­wek po Ame­ryce Szkoto-Ir­land­czycy per­ma­nent­nie ryli mi mózg jako sub­kul­tura re­gio­nalna tak upo­rczywa i nie­zmienna, że ze świecą szu­kać dru­giej ta­kiej. Ich struk­tury ro­dzinne, re­li­gia, po­li­tyka, ży­cie spo­łeczne - wszystko za­cho­wało się bez zmian, w od­róż­nie­niu od ma­so­wego od­rzu­ce­nia tra­dy­cji, do któ­rego do­szło wszę­dzie in­dziej"[1]. To wy­raźne przy­wią­za­nie do tra­dy­cji kul­tu­ral­nej po­ciąga za sobą wiele cech ko­rzyst­nych - silne po­czu­cie lo­jal­no­ści, go­rące od­da­nie ro­dzi­nie i oj­czyź­nie - ale i nie­jedną złą. Nie lu­bimy przy­by­szów ani lu­dzi od­mien­nych od nas, nie­ważne, czy róż­nica po­lega na wy­glą­dzie, za­cho­wa­niu czy też, co naj­waż­niej­sze, spo­so­bie mó­wie­nia. Żeby mnie zro­zu­mieć, mu­si­cie po­jąć, że ja także w sercu je­stem Szkoto-Ir­land­czy­kiem.

Je­śli toż­sa­mość et­niczna sta­nowi jedną stronę me­dalu, drugą jest geo­gra­fia. Kiedy pierw­sza fala pro­te­stanc­kich imi­gran­tów z Ir­lan­dii przy­była do No­wego Świata w XVIII wieku, sil­nie wa­biły ich Ap­pa­la­chy. Ow­szem, to ol­brzymi re­gion - cią­gnie się od Ala­bamy i Geo­r­gii na po­łu­dniu przez Ohio po część stanu Nowy Jork na pół­nocy - jed­nak kul­tu­rowo Ap­pa­la­chy i ich po­gó­rze są za­ska­ku­jąco spójne. Moi krewni, miesz­kańcy gór we wschod­nim Ken­tucky, sami sie­bie okre­ślają jako hil­l­bil­lies, ale Hank Wil­liams ju­nior, uro­dzony w Lu­izja­nie miesz­ka­niec Ala­bamy, w hym­nie bia­łych wie­śnia­ków A Co­un­try Boy Can Su­rvive [Wsiowy chło­pak prze­trzyma] rów­nież tak sie­bie na­zwał. To wła­śnie fakt, że ten re­jon prze­niósł po­par­cie z Par­tii De­mo­kra­tycz­nej na Re­pu­bli­kań­ską, zmie­nił re­guły ame­ry­kań­skiej gry po­li­tycz­nej po erze Ni­xona. I to wła­śnie w sze­roko ro­zu­mia­nych Ap­pa­la­chach przy­szłość bia­łej klasy ro­bot­ni­czej jawi się naj­mniej cie­ka­wie. Od ni­kłych moż­li­wo­ści awansu spo­łecz­nego przez biedę po roz­wody i nar­ko­ma­nię, moje oj­czy­ste strony to ob­raz nę­dzy i roz­pa­czy.

Trudno się więc dzi­wić, że pe­sy­mi­styczna z nas zgraja. Bar­dziej za­ska­kuje fakt, że we­dług ba­dań opi­nii pu­blicz­nej biała część klasy ro­bot­ni­czej to naj­bar­dziej pe­sy­mi­styczna war­stwa w Sta­nach. Prze­ra­stamy pe­sy­mi­zmem emi­gran­tów z kra­jów la­ty­no­skich, spo­śród któ­rych wielu cierpi nie­wy­obra­żalną nę­dzę. Czar­nych Ame­ry­ka­nów rów­nież, choć ich szanse na do­ro­bie­nie się wciąż nie do­rów­nują tym, ja­kie mają biali. Choć rze­czy­wi­stość upraw­nia pewną dawkę cy­ni­zmu, fakt, że bi­doki mo­jego po­kroju pa­trzą na przy­szłość z mniej­szą na­dzieją niż wiele in­nych grup spo­łecz­nych - wśród któ­rych są i te ewi­dent­nie sto­jące znacz­nie go­rzej - su­ge­ro­wałby, że cho­dzi tu o coś in­nego.

I tak wła­śnie jest. Spo­łecz­nie je­ste­śmy od­izo­lo­wani bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek przed­tem i prze­ka­zu­jemy tę od­ręb­ność na­szym dzie­ciom. Zmie­niła się na­sza re­li­gij­ność - sku­pia się te­raz wo­kół Ko­ścio­łów sil­nych emo­cjo­nalną re­to­ryką, ale nie­sko­rych do bu­do­wa­nia wspar­cia spo­łecz­nego tego ro­dzaju, któ­rego po­trze­bują ubo­gie dzieci, żeby do cze­goś dojść. Wielu z nas nie na­leży już do puli siły ro­bo­czej czy też od­mó­wiło prze­pro­wadzki w oko­lice, gdzie są lep­sze szanse na do­brą pracę. Na­szych męż­czyzn do­tknęła szcze­gólna po­stać kry­zysu mę­sko­ści, w któ­rym oka­zało się, że część cech wpa­ja­nych w na­szej kul­tu­rze wręcz utrud­nia osią­gnię­cie suk­cesu w zmie­nia­ją­cym się świe­cie.

Gdy mó­wię o nie­do­lach swo­ich po­bra­tym­ców, czę­sto sły­szę w od­po­wie­dzi wy­ja­śnie­nie mniej wię­cej tej tre­ści: "No pew­nie, J.D., że dla bia­łej klasy ro­bot­ni­czej per­spek­tywy się po­gor­szyły, ale sta­wiasz tu wóz przed ko­niem. Jest wśród nich wię­cej roz­wo­dów, mniej mał­żeństw, do­świad­czają mniej szczę­ścia, bo ubyło tego, co go­spo­darka ma im do za­ofe­ro­wa­nia. Gdyby tylko mieli lep­szy do­stęp do za­trud­nie­nia, po­pra­wi­łoby się także w in­nych aspek­tach ich ży­cia".

Kie­dyś sam w to wie­rzy­łem, za młodu wręcz roz­pacz­li­wie pra­gną­łem w to wie­rzyć. Bo jest w tym pe­wien sens. Bez­ro­bo­cie stre­suje, tym bar­dziej gdy bra­kuje już pie­nię­dzy na utrzy­ma­nie. Kiedy do­szło do im­plo­zji prze­my­sło­wego cen­trum pro­duk­cji na Środ­ko­wym Za­cho­dzie, biała klasa ro­bot­ni­cza stra­ciła i bez­pie­czeń­stwo eko­no­miczne, i wy­ni­ka­jącą zeń do­mową oraz ro­dzinną sta­bil­ność.

Do­świad­cze­nie bywa jed­nak nie­ła­twym na­uczy­cie­lem, mnie zaś na­uczyło, że owa hi­sto­ria braku eko­no­micz­nego bez­pie­czeń­stwa jest w naj­lep­szym ra­zie nie­kom­pletna. Parę lat temu, w wa­ka­cje przed roz­po­czę­ciem stu­diów praw­ni­czych na Yale, roz­glą­da­łem się za pracą na cały etat, żeby mieć za co prze­pro­wa­dzić się do New Ha­ven w sta­nie Con­nec­ti­cut. Przy­ja­ciel ro­dziny za­pro­po­no­wał ro­botę u sie­bie, w śred­niej wiel­ko­ści hur­towni gresu w po­bliżu mo­jego ro­dzin­nego mia­steczka. Gres to bar­dzo ciężki to­war: każda płytka waży od kilo trzy­dzie­ści do dwóch i pół ki­lo­grama, a z re­guły pa­kuje się je w paczki po osiem lub dwa­na­ście sztuk. Moim głów­nym za­da­niem było ła­do­wa­nie pły­tek na pa­lety i przy­go­to­wy­wa­nie pa­let do eks­pe­dy­cji. Nie­ła­twa ro­bota, ale pła­cili trzy­na­ście do­la­rów za go­dzinę, a że po­trze­bo­wa­łem pie­nię­dzy, wzią­łem tę pracę, pi­sząc się na tyle no­cek i nad­go­dzin, ile tylko da­łem radę.

W hur­towni pra­co­wało rap­tem pa­ru­na­stu lu­dzi, więk­szość z nich już od wielu lat. Je­den cią­gnął dwa etaty, ale nie z ko­niecz­no­ści - praca w hur­towni gresu po­zwa­lała mu speł­nić ma­rze­nie o pi­lo­to­wa­niu sa­mo­lotu. Trzy­na­ście do­la­rów za go­dzinę to w na­szym mia­steczku do­bra stawka dla sa­mot­nego fa­ceta (wy­na­jem po­rząd­nego miesz­ka­nia kosz­tuje mie­sięcz­nie około pię­ciu­set do­la­rów), a pra­cow­nicy hur­towni re­gu­lar­nie do­sta­wali też pod­wyżki. Każdy, kto prze­pra­co­wał tam parę lat, za­ra­biał już co naj­mniej szes­na­ście do­la­rów na go­dzinę, i to mimo kry­zysu eko­no­micz­nego, co ozna­czało, że rocz­nie in­ka­so­wali trzy­dzie­ści dwa ty­siące, co na­wet dla ży­wi­cieli ro­dzin było do­cho­dem znacz­nie wy­kra­cza­ją­cym po­nad bie­do­wa­nie. Mimo tej względ­nie sta­bil­nej sy­tu­acji sze­fo­wie prze­ko­nali się, że nie spo­sób zna­leźć na moje miej­sce w ma­ga­zy­nie pra­cow­nika na długi ter­min. Kiedy stam­tąd od­cho­dzi­łem, w ma­ga­zy­nie pra­co­wało już trzech lu­dzi - ja, dwu­dzie­sto­sze­ścio­la­tek, by­łem z nich zde­cy­do­wa­nie naj­star­szy.

Je­den, na­zwijmy go: Bob, pod­jął ro­botę w ma­ga­zy­nie parę mie­sięcy przede mną. Miał dzie­więt­na­ście lat i dziew­czynę w ciąży. Kie­row­nik z do­broci serca za­pro­po­no­wał jej pracę w biu­rze, przy od­bie­ra­niu te­le­fo­nów. Oboje byli fa­tal­nymi pra­cow­ni­kami. Ona opusz­czała mniej wię­cej co trzeci dzień, za­wsze bez za­po­wie­dzi. Choć wiele razy uprze­dzano ją, że po­winna zmie­nić swoje po­dej­ście, wy­trzy­mała tam góra parę mie­sięcy. Bob nie przy­cho­dził do firmy śred­nio raz w ty­go­dniu, no­to­rycz­nie też się spóź­niał. Na do­bitkę czę­sto zda­rzało mu się wy­by­wać do to­a­lety trzy albo i cztery razy w ciągu dnia, za każ­dym ra­zem na po­nad pół go­dziny. Było to już tak do­kucz­liwe, że pod ko­niec mo­jego za­trud­nie­nia w tym miej­scu wraz z dru­gim ko­legą zro­bi­li­śmy so­bie z tego za­bawę: uru­cha­mia­li­śmy sto­per i wy­krzy­ki­wa­li­śmy ko­lejne prze­kro­czone etapy na cały ma­ga­zyn: "Trzy­dzie­ści pięć mi­nut!", "Czter­dzie­ści pięć mi­nut!", "Go­dzina!".

W końcu i Bob wy­le­ciał z ro­boty. Gdy do tego do­szło, wy­darł się na swo­jego kie­row­nika: "Jak mo­głeś mi to zro­bić! Prze­cież wiesz, że mam dziew­czynę w ciąży!". I nie był to od­osob­niony przy­pa­dek: przez tych parę mie­sięcy, które prze­pra­co­wa­łem w ma­ga­zy­nie, jesz­cze przy­naj­mniej dwóch in­nych lu­dzi rzu­ciło pracę lub zo­stało z niej zwol­nio­nych, w tym ku­zyn Boba.

Nie można igno­ro­wać ta­kich sy­tu­acji, kiedy chce się mó­wić o rów­no­ści szans. No­bli­ści z dzie­dziny eko­no­mii za­mar­twiają się o upa­dek ośrod­ków prze­my­sło­wych Środ­ko­wego Za­chodu, o to, że go­spo­dar­cze pod­stawy bytu bia­łej klasy ro­bot­ni­czej ru­nęły. Cho­dzi im o to, że pro­duk­cja wy­pro­wa­dziła się do ob­cych kra­jów, a pracę dla klasy śred­niej co­raz trud­niej zdo­być bez dy­plomu ukoń­cze­nia stu­diów. I pra­wi­dłowo, mnie rów­nież to nie­po­koi. W tej książce mó­wię jed­nak o czym in­nym: o tym, co dzieje się w ży­ciu praw­dzi­wych lu­dzi, kiedy go­spo­darka prze­my­słowa idzie do pia­chu. Mó­wię o re­ago­wa­niu na nie­ko­rzystne oko­licz­no­ści w naj­gor­szy moż­liwy spo­sób. Mó­wię o kul­tu­rze, która co­raz sil­niej na­pę­dza roz­pad spo­łe­czeń­stwa, za­miast mu prze­ciw­dzia­łać.

Ko­rze­nie pro­ble­mów, które do­strze­głem w hur­towni gresu, się­gają znacz­nie głę­biej niż tylko do tren­dów ma­kro­eko­no­micz­nych czy po­li­tyki. Zbyt wielu mło­dych lu­dzi jest od­por­nych na ciężką ro­botę. Do­bre po­sady stoją otwo­rem, bo nie ma chęt­nych, by je pod­jąć na dłu­żej. A młody chło­pak, który ma wszel­kie po­wody, by wziąć się do pracy - utrzy­ma­nie przy­szłej żony, dziecko w dro­dze - bez­tro­sko od­pusz­cza so­bie do­brze płatną ro­botę ze świet­nym ubez­pie­cze­niem me­dycz­nym. Co bar­dziej nie­po­ko­jące, kiedy ją traci, uważa, że to on zo­stał skrzyw­dzony. Wi­dać tu brak chęci: po­czu­cie, że ma się nad wła­snym ży­ciem nie­wielką kon­trolę, jak też skłon­ność do ob­wi­nia­nia wszyst­kich, tylko nie sie­bie. To coś, co od­staje od ogól­nego kra­jo­brazu go­spo­dar­czego dzi­siej­szej Ame­ryki.

Na­leży za­uwa­żyć, że choć sku­piam się na zna­nej so­bie gru­pie lu­dzi - przed­sta­wi­cie­lach bia­łej klasy ro­bot­ni­czej z ro­dzin­nymi wię­zami w Ap­pa­la­chach - nie twier­dzę, że na­leży się nam wię­cej współ­czu­cia niż in­nym. To nie jest opo­wieść o tym, dla­czego biali mają wię­cej po­wo­dów do na­rze­ka­nia niż czarni czy kto­kol­wiek inny. Mimo to mam na­dzieję, że czy­tel­nicy tej książki zdo­łają wy­cią­gnąć z niej wnio­ski co do wpły­wów kla­so­wych i ro­dzin­nych na bie­dotę, nie pa­trząc na to przez filtr rasy. Wielu ana­li­ty­kom okre­śle­nia typu "kró­lowa so­cjalu" nie­spra­wie­dli­wie przy­wo­łują ob­raz le­ni­wej, czar­no­skó­rej matki ży­ją­cej z za­sił­ków. Czy­tel­nicy tej książki szybko uświa­do­mią so­bie, że ta zjawa ma nie­wiele wspól­nego z tym, co chcę prze­ka­zać. Zna­łem wiele wóz­kar, kró­lo­wych so­cjalu: nie­które miesz­kały nie­da­leko mnie, wszyst­kie były białe.

Ta książka nie jest aka­de­micką mo­no­gra­fią. W ciągu ostat­nich paru lat Wil­liam Ju­lius Wil­son, Char­les Mur­ray, Ro­bert Put­nam i Raj Chetty na­pi­sali prze­ko­ny­wa­jące, do­brze uar­gu­men­to­wane prace, które wska­zują, że w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych mi­nio­nego wieku szanse na awans spo­łeczny mocno spa­dły i wła­ści­wie ten stan rze­czy nie po­pra­wił się, że nie­które re­giony ra­dzą so­bie znacz­nie go­rzej niż inne (nie­spo­dzianka - Ap­pa­la­chy i cały Pas Rdzy tu wy­pa­dły źle), a wiele ze zja­wisk, które za­uwa­ży­łem we wła­snym ży­ciu, do­tyka szer­szych krę­gów spo­łe­czeń­stwa. Mogę mieć pewne za­strze­że­nia do nie­któ­rych wnio­sków, które wy­cią­gają ci ba­da­cze, nie­mniej prze­ko­nu­jąco do­wie­dli oni, że Ame­ryka ma po­ważny pro­blem. Choć będę ko­rzy­stał z da­nych sta­ty­stycz­nych, cza­sem też, by pod­kre­ślić wła­sną tezę, opie­ram się na pu­bli­ka­cjach aka­de­mic­kich, moim głów­nym ce­lem nie jest prze­ko­na­nie was o ist­nie­niu już udo­ku­men­to­wa­nego pro­blemu. Za­mie­rzam przede wszyst­kim opo­wie­dzieć o tym, jak to jest, kiedy czło­wiek ro­dzi się z tym pro­ble­mem wi­szą­cym mu u szyi.

Nie po­tra­fił­bym przed­sta­wić tej opo­wie­ści bez od­wo­ły­wa­nia się do ca­łej ob­sady mo­jego ży­cia. Są to za­tem nie tylko oso­bi­ste wspo­mnie­nia, ale też hi­sto­ria ro­dziny - hi­sto­ria szans i awansu spo­łecz­nego, wi­dziana oczami grupy bi­do­ków z Ap­pa­la­chów. Dwa po­ko­le­nia temu mój dzia­dek i bab­cia byli biedni jak my­szy ko­ścielne, ale za­ko­chani. Po­brali się więc i wy­je­chali na pół­noc z na­dzieją, że wy­rwą się z ota­cza­ją­cej ich po­twor­nej nę­dzy. Ich wnuk (ja) ukoń­czył stu­dia na jed­nym z naj­lep­szych uni­wer­sy­te­tów świata. Tyle w skró­cie. Pełną wer­sję znaj­dzie­cie na na­stęp­nych stro­nach.

Choć cza­sem zmie­niam na­zwi­ska nie­któ­rych osób, by chro­nić ich pry­wat­ność, opo­wieść ta jest, na ile mogę wie­rzyć wła­snej pa­mięci, w pełni do­kład­nym por­tre­tem świata, jaki dane mi było po­znać. Nie ma tu po­staci zle­pio­nych z kilku osób, nie ma nar­ra­cyj­nego cho­dze­nia na skróty. Gdzie mo­głem, we­ry­fi­ko­wa­łem szcze­góły na pod­sta­wie in­nych ma­te­ria­łów - świa­dectw szkol­nych, od­ręcz­nych li­stów, za­pi­sków na re­wer­sach fo­to­gra­fii; je­stem jed­nak pe­wien, że ta hi­sto­ria jest rów­nie ułomna jak ludzka pa­mięć. W rze­czy sa­mej, kiedy po­pro­si­łem sio­strę, by prze­czy­tała jedną z jej wcze­śniej­szych wer­sji, lek­tura ta roz­nie­ciła pół­go­dzinną roz­mowę o tym, czy cza­sem nie da­to­wa­łem błęd­nie jed­nego z wy­da­rzeń. Po­zo­sta­łem przy swo­jej wer­sji nie dla­tego, że po­wąt­pie­wam w spraw­ność pa­mięci sio­stry (prawdę mó­wiąc, są­dzę, że jej pa­mięć jest lep­sza od mo­jej), lecz dla­tego, że uwa­żam, iż to, jak po­ukła­da­łem so­bie w gło­wie ko­lej­ność zajść, także może cze­goś na­uczyć.

Nie je­stem też bez­stron­nym ob­ser­wa­to­rem. Nie­mal każda osoba, o któ­rej tu prze­czy­ta­cie, ma głę­bo­kie skazy. Nie­któ­rzy pró­bo­wali za­mor­do­wać in­nych lu­dzi, paru się to po­wio­dło. Nie­któ­rzy po­nie­wie­rali swo­imi dziećmi, krzyw­dząc je fi­zycz­nie lub emo­cjo­nal­nie. Wielu ule­gło (i wciąż ulega) nar­ko­ty­kom. Ko­cham ich jed­nak, na­wet tych, z któ­rymi w oba­wie o zdro­wie psy­chiczne sta­ram się nie roz­ma­wiać. A je­śli zo­sta­wię was z od­czu­ciem, że w moim ży­ciu tra­fili się źli lu­dzie, to prze­pra­szam bar­dzo i was, i tych, któ­rych tak od­ma­lo­wa­łem. W tej opo­wie­ści nie ma bo­wiem po­staci ne­ga­tyw­nych. To po pro­stu luźna gro­mada bi­do­ków usi­łu­ją­cych od­na­leźć wła­ściwą drogę - dla wła­snego do­bra, jak też, z Bo­żej ła­ski, dla mo­jego.