Rozdział II
ból i deszcz nieznajomy Winston koń na pustyni miejsce masakry "Będzie burza, szeryfie"
Świat zalał deszcz.
Wieczorne i nocne burze nie były niczym niezwykłym o tej porze roku. Kiedy ciepły front ścierał się z masami zimnego powietrza, gromy przeszywały niebo niemal codziennie. Błysk i huk, pomruk burzy i masy wody spływające z niebios na ziemię w zimnych ciemnościach.
Flynn słyszała to wszystko - tę furię, tę moc, wściekłość natury. Była zziębnięta, mokra, gdy jej ciało unosiło się nad pustynią. Czuła ból, straszny, przyćmiewający zmysły ból. Krwawiła i drżała w gorączce.
Potem jakimś cudem znalazła się w rodzinnym domu, z powrotem na farmie. Widziała błyski gromu na zewnątrz, słyszała krople deszczu stukające wodną kanonadą o dach.
Mężczyzna trzymał ją, niósł delikatnie, a jego ramiona były jak stal. Chciała coś powiedzieć. Nie mogła. Tylko ból i deszcz. I burza.
Zrzucił rzeczy z dużego stołu w kuchni - naczynia, blaszane kubki, sztućce. Chyba była w kuchni - widziała meble i komody. Drewniane, prostokątne i kwadratowe kształty rysujące się przez mrok i ból.
Położył ją na twardym, zimnym blacie. Zdarł z niej zimne, mokre ubrania, więc leżała przed nim naga i bezbronna, zziębnięta i przerażona tą nagością i tą bezbronnością. Dotykał jej, oglądał, lecz czynił to delikatnie, jakby dotykał i oglądał piękną porcelanową lalkę. Takie lalki kiedyś Flynn widziała w mieście, jak była mała, oglądała je przez ubrudzoną szybę. Pokazała tacie, a ten obiecał: "Jak będę miał pieniążki - kupię ci". Kupił, nie kupił - nie pamiętała. Niczego nie pamiętała. Ból.
Mężczyzna zniknął, leżała sama. Potem wrócił i zrobiło się ciepło - rozpalił w kominku. I jasno, gdy zapalił naftową lampę. Ale wciąż bolało, wciąż trawiła gorączka. Chciała mu to powiedzieć - nie mogła. Oczy się kleiły, zapadała w sen. Mężczyzna chwycił ją za prawą nogę, mocno, ścisnął jak w imadle. Ból! Ból był jak wycie obłąkanego. Ale wróciła, nie chciała spać.
Delikatnie obrócił ją na brzuch. Usłyszała metaliczne dźwięczenie - jakby ktoś przekładał sztućce w szufladzie. Ale to nie były sztućce. To były narzędzia chirurgiczne, które mężczyzna wyciągnął z torby. Potem do jej nozdrzy doszedł gryzący, mocny zapach alkoholu. Charakterystyczny - whisky. Mężczyzna odkorkował dużą, kwadratową butelkę. Zachlupotało. Upił solidne kilka łyków, potem przechylił naczynie i wylał na ranę na nodze Flynn. Zapiekło, zabolało tak, że omal omdlała. Brązowy płyn zmył ze skóry brud i krew, rozlał je po drewnianym blacie.
Mężczyzna nalał whisky do kubeczka, ustawił gdzieś. Potem czuła, jak zaciska skręconą z ubrań opaskę na udzie ponad raną. Wreszcie wziął skalpel zanurzony w alkoholu, przystawił zimną stal do skóry, naciął. Świat wokół Flynn zawirował, przed oczy napłynęły kolorowe plamy, których matką była gorączka, a ojcem ból. Mężczyzna tymczasem nacinał ranę z jednej strony, pionowo w dół, minimalnie. Odsunął nacięte płatki skóry palcami, odłożył skalpel i sięgnął po nieduże cążki. Zagłębił ich metalowe pazury w okrągłej ranie, namacał coś twardego, coś, co nie było częścią Flynn, coś, co należało z niej wyrzucić.
Błysk i grom, i wątłe światło lampy naftowej, i stal w jej ciele.
Wyciągnął z jej ciała nabój. Kula była czarna, pogięta. Pac! Mężczyzna wrzucił ją do blaszanej miski. Potem sprawdził ranę w świetle jeszcze raz, aby nie zaszyć odłamków. Gdy tych nie było, wziął dratwę, igłę i szył.
Obudziła się w miękkości i cieple. Leżała. Noga jeszcze bolała, jeszcze piekła, ale ten ból był znośny, nie ogłuszał. Mężczyzna po operacji położył ją w dużym pokoju - na podłodze, na skórze niedźwiedziej, blisko płonącego kominka, blisko ciepła, przykrytą suchymi, czystymi kocami i ubraniami.
Flynn patrzyła dłuższą chwilę w palące się drewno. Potem zaczęła dotykać się tak, jak wcześniej dotykał jej mężczyzna - delikatnie, czule niemal, lecz nie tak, jak dotyka kochanek, raczej jak rodzic, który koi cierpiące dziecko. Była zmęczona, poobijana. Mięśnie nóg i stóp miała wyczerpane od biegu po pustyni. I rana - Flynn namacała zawiązany bandaż, fachowy opatrunek. Kula musiała wejść płytko w ciało, ale i tak gdyby została na pustyni, pewnie straciłaby nogę. Albo życie.
Wstała mimo gorączki i bólu. Wiedziała, że mężczyzna jest w drugim pokoju. Że siedzi tam samotnie, w zimnie. Że wyszedł, by nie krępowała go swą nagością, choć gdy ją leczył, widział przecież wszystko, co było do ujrzenia. Opatuliła się mocno kocem. Miała więcej sił, niż jej się wydawało. Na zewnątrz wciąż burza, deszcz i mrok, a tutaj cisza, światło i ciepło.
Siedział w kuchni, na krześle, przy zakrwawionym blacie stołu. Flynn przyzwyczajała oczy do ciemności. Wzrok wyławiał szczegóły z morza lepkiej czerni. Zobaczyła rewolwery w kaburach na stole, pas z nabojami błyskający w mroku, nóż duży, traperski, narzędzia chirurgiczne w misce blaszanej, bandaże okrwawione. A obok karabin Winchestera oparty o ścianę. W kąt rzucony mokry płaszcz i kapelusz, kamizelka, a obok jej ubrania - też mokre, rozdarte, pocięte, okrwawione. I on. Siedział.
Mężczyzna był dobrze zbudowany, barczysty. Biała koszula, okrwawiona jej krwią, opinała silne, ale zmęczone ciało. Nalewał whisky do kubka i pił, przechylał szybko, niemal łapczywie, potem polewał sobie znowu i znowu pił, jakby zaraz miał skończyć się świat. Chciała coś szepnąć do niego, kiedy uniósł wzrok i ujrzała jego oblicze.
Kiedyś był zapewne przystojny, musiał być. Niewiele zostało z tej urody - twarz okalał wielodniowy zarost, niemal broda. Ciemnobrązowa jak kora drzewa, lecz przetykana tu i tam pręgami siwizny. Twarz mężczyzny była ogorzała, zmęczona, spojrzenie bystre i czujne - widywała takie u prawników i sędziów, naukowców, ludzi uczonych. Nie u rewolwerowców, bandytów i włóczęgów. To spojrzenie nie pasowało do tego ciała, do twarzy ogorzałej, do barczystej sylwetki i włosów zmierzwionych. I do...
Westchnęła.
Teraz dopiero to zauważyła. Czoło mężczyzny, tuż nad brwiami siwiejącymi, nad tym spojrzeniem czujnym, poszatkowane. Pocięte paskudnymi, głębokimi bliznami - jakby ktoś powoli zagłębiał zimną stal w skórze, skrobał ostrzem niemal o czaszkę, metodycznie i spokojnie szpecąc człowieka, by śladu tego ostrza i tego cięcia nie sposób było ukryć przed ludźmi i przed światem.
Flynn zacisnęła usta, podeszła, utykając, oparła się o krzesło, usiadła blisko mężczyzny. Milczeli chwilę.
Wreszcie jej towarzysz sięgnął po drugi kubek, nalał jej whisky, podał. Upiła najpierw nieśmiały łyk. Alkohol był dość podły, ale mocny, gryzący. Wlała go w siebie. Mężczyzna polał jej jeszcze. Otuliła się mocniej kocem.
- Uratowałeś... uratował mnie pan - powiedziała w końcu, patrząc mu w oczy.
Pokiwał głową.
- Tak - odparł. Głos miał charkliwy.
- Kim pan jest? - zapytała.
Spojrzał na nią, upił łyk alkoholu.
- Nazywam się Franciszek Xawery Stawicki - rzekł. Mówił po angielsku dobrze, ale miał dziwny, wyraźnie obcy akcent. Nigdy takiego nie słyszała.
- Nie jest pan stąd, prawda?
- Nie - odpowiedział szybko. - Jestem z daleka.
Milczeli chwilę, pijąc.
- Rana... - zaczął mężczyzna. - Kula weszła niezbyt głęboko, ale i tak mogły być z tego kłopoty. Musisz leżeć w cieple. Będę palił w kominku, ale musisz też ruszać nogą, chodzić trochę. Boję się zakrzepów i tego, że gorączka wróci.
Nie wiedziała, co mu odpowiedzieć. Popatrzyła tylko na niego.
- Dziękuję - rzekła.
Wzruszył ramionami, upił łyk.
- Będę potrzebował piłki do metalu - powiedział.
- T-tak, oczywiście - odparła zaskoczona. - Jakiej piłki pan potrzebuje?
Uśmiechnął się.
- Najostrzejszej.
Ranek był słoneczny. Burza pozostała ledwie wspomnieniem - złoty dysk słońca wzniósł się nad wzgórzami na wschodzie, skąpał dom i okolice w blasku.
Flynn obudził odgłos piłowania - głośny, szorstkawy. Leżała przy kominku. Drewno dogasało, a jej opiekun nie dorzucił już nad ranem - zapowiadał się ciepły dzień. Wstała.
Choć od wydarzeń na pustyni nie mogło minąć więcej niż kilka godzin, Flynn czuła, że coraz szybciej wracają jej siły. Rana na nodze bolała, owszem, i dziewczyna ponadto bała się, że puszczą szwy, ale chciała się ruszać, zrobić coś. Nawet pojeździć konno. Gdyby nie to, że jej koń leżał martwy na pustyni... Ubrała się powoli i ostrożnie, po czym udała się za metalicznym odgłosem dochodzącym z kuchni. Stanęła w drzwiach.
To Stawicki piłował. Przyjrzała się - szybkimi, sprawnymi ruchami odcinał lufy strzelby. Jedną dłonią przytrzymywał broń na stole, drugą ciął.
- To moja dwururka? - zapytała.
W końcu odcięte lufy uderzyły twardo o drewnianą podłogę. Stawicki popatrzył na nią.
- Tak - odparł. - Zostawiłaś ją na pustyni. Gdy zabierałem cię stamtąd, zabrałem i ją.
Obrócił broń, przystąpił do odpiłowywania kolby. Potem wziął długi skórzany pas - jeden koniec obwiązał przy rękojeści strzelby, drugi przy wylocie luf. Zawiesił obrzyna na ramieniu, tak że zwisał pionowo, wzdłuż ciała, celując w podłogę. Stawicki szarpnął. Flynn aż się cofnęła, gdy błyskawicznym, niemal niezauważalnym ruchem broń znalazła się w dłoni mężczyzny, wycelowana, gotowa do strzału. Odłożył ją na stół.
- Co... co chce pan zrobić? - zapytała go, gdy ładował rewolwery: długie, o wytartych rękojeściach, błyskające metalicznie w świetle poranka.
Stawicki popatrzył na nią.
- Ci mężczyźni, którzy ścigali cię na pustyni - rzekł - to nie byli tylko ci dwaj. Kilku kolejnych jest w mieście. W Elizabeth, tak? Tak się nazywa?
Pokiwała głową.
- Dopóki tam są, nie będziesz bezpieczna - kontynuował. - Jeśli pojawisz się w mieście, zabiją cię. Tropię ich od kilku tygodni. To nie są zwyczajni bandyci. Myślę, że mają związek z czymś, co widziałem na pustyni. Dlatego nie jesteś jeszcze bezpieczna.
Załadował rewolwery, wstał, sięgnął po winchestera.
- Ale... co ma pan zamiar zrobić? - zapytała go, jej słowom towarzyszył metaliczny trzask dźwigni zamka.
Popatrzył na nią.
- Zabiję ich - odparł ze spokojem, a jego głos wydawał się równie charkliwy, jakby ktoś piłował drewno. - Tym właśnie się zajmuję. Zabijaniem ludzi.
Szeryf Winston osiodłał konia. Sprawdził, czy strzelba jest załadowana, poprawił rewolwer w kaburze.
- Myślałam, że to tylko dziki koń? - zdziwiła się jego żona.
Szeryf pokręcił głową, uśmiechnął się.
- Dziki koń nie byłby osiodłany - odpowiedział jej. - Nie miałby bagażu ani karabinu przy siodle. Rendell mówi, że to zwierzę do kogoś należało, że widział krew na sierści.
Poranek był piękny. Dwie noce temu szalały burze, teraz jednak pogoda się uspokoiła, toteż Winston miał nadzieję wreszcie przystąpić do naprawy dachu i werandy, o które od miesięcy nękała go żona. Na próżno - jeden z jego zastępców, Rendell, doniósł mu o osiodłanym czarnym rumaku błąkającym się po pustyni. Elizabeth było spokojnym miastem, jednym ze spokojniejszych w całym stanie. Dlatego też Winston każde niepokojące wieści czy plotki brał niezwykle poważnie. Był szeryfem od blisko dwudziestu lat. W czasie wojny był żołnierzem Unii, lecz po zakończeniu działań opuścił rodzinne strony i udał się na zachód. W Elizabeth został szeryfem, pojął za żonę dziewczynę z południa i żył z nią od tamtej pory. Kochał tę kobietę jak nikogo na świecie, a że nigdy nie doczekali się dzieci, mógł swoją miłość dzielić tylko z nią. Dlatego chciał, by Elizabeth było oazą spokoju na pustyni. Ich bezpiecznym domem.
Na zachodzie, pomiędzy wzgórzami, zamajaczyła postać jeźdźca. Winston poznał swojego zastępcę - młodego chłopaka Rendella. Był głupi jak but i tak samo brzydki, ale miał dobre serce i świetne oko. Nikt nie strzelał tak dobrze jak on.
Szeryf poklepał konia po zadzie, popatrzył na małżonkę, wdrapał się na siodło.
- Uważaj na siebie - rzekła kobieta.
- Zawsze uważam.
- I na Rendella.
- Obiecuję.
- I nie zrób nikomu krzywdy.
Na te słowa Winston uśmiechnął się tylko.
Rendell podjechał do nich i ukłonił się w siodle. Potem odjechali.
- Nie wiedziałem, że koń może tak długo wytrzymać sam na pustyni - mówił zastępca do szeryfa, gdy jechali pośród piasku, kaktusów i skał. Słońce wisiało wysoko na niebie, prażąc okolicę. Winston co jakiś czas ocierał pot z twarzy, włosów i brody. Wachlował się kapeluszem i popijał wody z manierki. Rendellowi upał zdawał się nie przeszkadzać.
- Nie wiemy, czy był na pustyni długo, czy krótko. To musimy sprawdzić. Gdzie go widziałeś?
- Ostatnio niedaleko stąd. Żal mi się zrobiło zwierzaka, ale potem zobaczyłem siodło i torbę, i broń. To uznałem, że nie ma co się samemu uganiać i lepiej sprowadzić posiłki.
- Dobrze pomyślałeś, Rendell. Nie wiemy, czyj to koń.
Śledzili trop na pustyni, ale deszcze i burze sprzed kilku dni skutecznie zamazały ślady. Z kolei w ciągu dnia wiatr niósł tumany piachu ze wzgórz i wydm.
Wjechali pomiędzy wzgórza, a potem wkroczyli na teren lekko tylko pofalowany, pełen zdradliwego żwiru i ostrych skał. W którymś momencie Rendell zmarszczył brwi, wysforował się naprzód, a w końcu przystanął, wpatrując się w dal.
- O kurwa, szeryfie! - zakrzyknął, po czym skulił się w siodle jak trafiony gromem, wstydząc się rzuconego przekleństwa.
Winston spojrzał tam, gdzie jego zastępca. Ujrzał coś na pustyni. Nie spodobało mu się to. Koń. Martwy koń uwiązany na pustyni. Winston pokręcił głową. Dał znak Rendellowi i ruszyli do truchła.
Zwierzę leżało tu dzień, może dwa. Żar z nieba sprawił, że już wydzielało słony, mocny smród. Wokół pyska zebrały się mrówki. Wielkie końskie oko wpatrywało się w niebo, z dużej, osmalonej dziury w czaszce szła gruba ścieżka zakrzepłej krwi.
Zwierzę było osiodłane, uwiązane skórzanym pasem do ostrego krzaka.
- Znam tego konia - powiedział szeryf. - Należy do Flynn Cassidy.
- Córki zmarłego Rogera Cassidy'ego, szeryfie?
- Tak. Przejęła farmę po ojcu, ale nie wiedzie jej się dobrze. Wiem, że poluje tu czasem...
Wtedy zobaczyli to, co znajdowało się dalej. Szeryf i zastępca popatrzyli na siebie.
Wjechali pomiędzy trupy. Pięć kolejnych koni i pięciu ludzi. Muchy bzyczały, wygrywając swoją żałobną pieśń. Twarze mężczyzn, spokojne, stężałe, pokrywał nalot piasku. Niektórzy mieli otwarte usta. Wyraźnie widać było rany - wielkie, czerwone plamy na ubraniach, dziury w materiale. W powietrzu unosił się ciężki smród zgnilizny.
Winston zsiadł z konia, obszedł miejsce kaźni.
- Dzwony piekielne, rozwalili nawet psa! - rzekł Rendell, patrząc na martwe zwierzę z wysokości siodła. Tymczasem szeryf wygrzebał coś z piasku: łuski i wystrzelane kapiszony.
- Co tam masz, szeryfie?
- Łuski, różne kalibry, trzydziestkiósemki, czterdziestkiczwórki... - Wskazał na psa. - Tego zwierza ktoś rozwalił ze strzelby. - Wstał, przyglądając się swoim znaleziskom. - Ale to dobra amunicja. Nie klepana w stodole samoróbka, ale porządna, przemysłowa robota. Z fabryki. Takiej amunicji nie noszą przeciętni pustynni bandyci.
- Więc co tu się mogło stać? Jakiś napad? Widać, że obozowali.
Szeryf Winston wdrapał się na siodło swojego konia.
- Nie mają broni, ktoś ogołocił ich ze sprzętu, amunicji, wody - odparł.
Rendell pokręcił głową.
- I jeszcze koń młodej Cassidy - powiedział. - O Boże, szeryfie, może się jej coś stało? Poszukajmy jej.
Winston pokiwał głową, ale nie miał dobrego przeczucia.
- Rozejrzyj się, szukaj jakiegoś tropu - nakazał.
Wszystko jednak było zasypane, zatarte przez piach albo zmyte przez deszcz. Mimo to Rendell po krótkiej chwili krzyknął, że ma ślad.
Maleńki pistolecik Derringera, załadowany, błyszczał metalicznym srebrem w piasku kawałek od martwego obozowiska. A dalej kolejne ślady - ktoś biegł, uciekał pieszo z miejsca masakry. Równolegle do tych śladów tropy koni - ten, kto biegł, był ścigany przez dwóch jeźdźców. Ruszyli za śladami.
Prowadziły w głąb pustyni. Ktoś wiedział, gdzie uciekać - pewnie chciał zmylić pościg, rzucając się w którąś z rzek przecinających okresowo martwotę.
W końcu dotarli do strumienia. A przy brzegu - kolejne ciała. Dwaj mężczyźni i koń. Ci mieli uzbrojenie; rewolwery jeszcze leżały w ich dłoniach. Ktoś strzelał celnie, zabójczo - każdy z mężczyzn został zabity pojedynczym strzałem. Szeryf przyjrzał się ranom. Na oko dziury po trzydziestceósemce. Koń też zabity z tej samej broni, trafiony w oko, kula przebiła mózg.
- Ten koń z pustyni należał pewnie do niego - powiedział Rendell, wskazując na trupa mężczyzny rozciągniętego na piasku.
- Zapewne. Zrzucił go i uciekł. Popatrz, ci są uzbrojeni. - Winston podniósł jeden z rewolwerów.
Ładny, solidny Colt Army, model 1860. Sam takiego używał w czasie wojny. Bęben był niemal w całości wypalony - pozostała jedna załadowana komora. Broń drugiego trupa także była wystrzelana. Wysypał wypalone łuski, porównał z tymi, które zabrał z miejsca masakry na pustyni. Pasowały do siebie.
- Ci dwaj uczestniczyli w rzezi tamtych wcześniejszych biedaków - powiedział głośno szeryf. - Potem ścigali kogoś aż do strumienia i tutaj rozwalił ich ktoś jeszcze inny.
Rendell kręcił głową, westchnął.
- No to mamy chociaż dwóch winowajców - rzekł, westchnął jeszcze raz, rozejrzał się po pustyni. W oddali, hen daleko, zbierały się ciemne, gęste chmury. - Będzie burza, szeryfie - zauważył zastępca.
- Będzie - szepnął Winston, pokiwał głową ze smutkiem. - Coś czuję, że już wkrótce.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.