Elbing-Elbląg. Na zakręcie historii. Powieść obyczajowa - Wiktor Hajdenrajch

Kup ebooka

38.00 zł
30.40 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I

Podobno maj jest najpiękniejszym miesiącem w roku, z bzami, kasztanami, słowikami, z budzącym się do życia światem, po zimie, czy jej braku, najczęściej szarej, przez chwilę białej; po przedwiośniu, po szarudze brudnych ulic, po topniejących zwałach śniegu okopconych sadzą z pobliskich kominów, z ciemnymi smugami, jak wzór na grzbiecie Burasa; gdy mróz już puścił, ale stoi ostre powietrze, wystarczająco ciepłe, by śnieg ruszył szeroką strugą, i wystarczająco zimne, by czuć ten najgorszy rodzaj przenikliwego chłodu wilgoci, wciskającego się w każdy zakamarek, gdy nie pomaga nawet szczelna (podobno) skajowa kurtka, obiekt westchnień ojca, gówniany nabytek, bo guziki odrywają się z regularnością autobusu jeżdżącego nie wiadomo czemu po ulicy Giermków, wąskiej i bez zatoczek; gdy w powietrzu zaczyna robić się przejrzyście, ale nadal jest ciemno, ciemno przez cały dzień w ciemnym pokoju o północnej wystawie, zaciemnionego straszącą liszajami oblazłego tynku ścianą budynku Instytutu, dwadzieścia metrów szarej, szaroniebieskiej płaszczyzny, po drugiej stronie ulicy Leszno, ciemno na podwórku, gdzie nawet w piłkę nie idzie pograć, bo i jak? w błocie? Zostaje klatka schodowa bloku obok, ciemna, z długim grzejnikiem, z zaplutą podłogą, pokrytą wytworem nadprodukcji ślinianek, podrażnionych fajkami, a w piątki jednym czy dwoma granatami piwa Specjal Elbląg, ciemno na basenie, gdzie jeszcze w marcu można było wyskoczyć na łyżwy, ale już ostrożnie, lód jest dość miękki, szaro i przytłaczająco na złomowisku, skąd kilka dni temu ściągnęli wielkie koła zębate, namiastkę obciążników do sztang, kompletnie niemożliwych do kupienia, bo albo nie ma, albo cena w "Sportowym" na Hetmańskiej jest absurdalna, na ulicy, po której leniwie płyną strumienie burej brei zmieszanej z piaskiem, petami i zapomnianymi patyczkami od lodów Calypso, którą nie wiadomo czemu ojciec nazywa wodą.

W tym roku nie było maja. W tym roku jakaś małpio złośliwa istota przeniosła marzec do kwietnia, a w piątym miesiącu powtórzyła kwiecień. Było buro. Było zimno. Było jak wtedy, gdy w marcu powiesił się Maśkowski, a oni na podwórku nie mogli tego zrozumieć: Jak to? Maśkowski poszedł do Bażantarni i zarzucił sznur na gałąź, przewlókł przezeń własną szyję i rzucił się w dół? Najczęściej padał deszcz, zlewając zimnymi potokami biegnącą pod oknami pokoi ojca i mamy ulicę Giermków, z dużym, ostro rzucającym się w oczy pionowym neonem: DELIKATESY, lub jak to zauważył brat: YSETAKILED, jeśli czytało się to z dołu do góry. Pokłócili się wtedy, bo przecież naturalnym jest, że czyta się najpierw to, co na górze, potem to, co na dole, ale brat utrzymywał, że to tylko umowa i że tak też jest możliwe. Teraz spali obaj, ledwo mieszcząc się na wąskich tapczanikach w małym pokoju, w pachnącej, wykrochmalonej pościeli, posapując, starszy dość mocno chrapał. Za oknem stała ciężka, wilgotna, ciemna ćma, jakby to nie były godziny ranne w maju, a wieczór w listopadzie, nie skłaniało to do obudzenia się, nie skłaniało to do choćby pójścia do kumpli, którzy też przewracali się w swoich łóżkach, niechętni i warkliwi, przecież to wolna sobota, o 12.00 zacznie się Studio 2, to się wtedy wstanie.

Po długim, ciemnym, oświetlonym małą żarówką 6,3 V korytarzu rozszedł się zapach mielonej kawy. W kuchni zaterkotała zapalniczka do gazu, z kranu wyskoczył strumień wody, rąbnął o dno czajnika, stuknął czajnik o płytę kuchenki, o stół uderzył, cicho, żeby chłopaków nie obudzić, kubek w groszki, ulubiony kubek do kawy. Mama z papierosem w ustach, giewontem bez filtra, świństwo straszne, ale jedyne możliwe do palenia, wyleczona gruźlica pozostawiła trwałe ślady w płucach, w zielonym szlafroku, nazywanym przez sąsiadów – intelektualistów w pierwszym pokoleniu – nie wiadomo z jakiego powodu podomką, starannie odmierzyła dwie łyżeczki, czubate, ale niezbyt czubate, wsypała do ulubionego kubeczka i lekko usiadła na stołeczku, konstrukcji ojca, stalowy stelaż od krzesełka, o którym małoletni brat, dopadając je pierwszy, mówił z triumfem: "Siada na sesełko!", uzbroił w drewniane siedzisko, na którym kiedyś w łazience stała pralka Frania, poprawiła na kolanach niechcące się ułożyć poły szlafroka i chciwie zaciągnęła się dymem. Wolna sobota, pół do ósmej, gdy chłopcy jeszcze spali, to był jej czas, gdy mogła spokojnie przemyśleć, co będzie robić w te dwa dni, co posprząta, co poukłada, ugotuje, załatwi. Z młodszym nie było problemów, za to starszy ten stan kompensował z nawiązką, długo nie chodził do szkoły, zbuntował się, nic nikomu nie powiedział, dowiedziała się, gdy już wrócił, gdy od dwóch tygodni pilnie uczęszczał, starając się usilnie wybrnąć z problemów, w które na własne życzenie sam się wpakował. Rozmawiali wczoraj, powiedział jej, że panicznie boi się nie rosyjskiego, a rusycystki, której zupełnie nie rozumie, a która za wszelką cenę starała się mu udowodnić, że jest skończonym idiotą.

– Co on znowu wymyślił – mruknęła do siebie, gdy podskoczyła chwilę po tym, jak w czajniku coś lekko strzeliło – tyle razy rozmawiali z matką całymi godzinami po rosyjsku, przecież były dni, gdy nie usłyszała od nich nawet jednego polskiego słowa, ona wtedy stwierdziła, że bardzo dobrze radzi sobie, rozmawiali tak, że mnie ścisnęła duma, a ojca zazdrość, zamknął się w swoim pokoju i coś tam do siebie mruczał... – On powinien sobie dobrze radzić z językami w szkole. Ale ten rosyjski... Same dwóje... Będzie pewnie poprawka.

Czajnik znów podskoczył po niewielkim wystrzale. Wiedziała, że jeszcze dwa razy podskoczy i z trapezoidalnego dzióbka zacznie wydobywać się para. Wróciła do swoich niewesołych myśli.

Matka choruje. Jest coraz słabsza. Ma przecież dopiero siedemdziesiąt sześć lat, ale po drugim wylewie nie odzyskała pełnej władzy nad prawą połową ciała. Całe szczęście, że umysłowo jest całkowicie sprawna, z tym ubraniem się jej pomogę, nawet czasem pomogę przy jedzeniu, znów zaczęła czytać, znów zaczęła chłopaków męczyć z języków, tylko że sama męczy się po pół godzinie. Są już nawet takie dni, gdy przy tej pogodzie ona nie wstaje w ogóle z łóżka, leży i patrzy w sufit, apatyczna, bez życia, bez charakterystycznego dla niej pazura. "Mnie już blisko na tamtą stronę, na Agrykoli – powiedziała kiedyś, gdy prosiła ją, by wstała, by ugotowała swój rosół. – Zosiu, ja już swoje przeżyłam".

Czajnik zaczął mocno podskakiwać, z dzióbka szeroko wypłynęła para. Tyle razy chciała kupić czajnik z gwizdkiem, ale ojciec nie pozwolił.

– Ten jest jeszcze dobry. A pieniędzy nie ma i trzyma się je na książeczkach.

Zalała kawę, po domu rozszedł się nieco kwaśny, skondensowany zapach kupionej wczoraj, wystanej w kolejce w Delikatesach arabiki. Poczekała chwilę, aż fusy opadną, uchwyciła kubek obiema dłońmi – jak to robiła, nie parząc ich, wiedziała tylko ona sama – i pociągnęła chciwie spory łyk. Napój był gorący, gorzki, lekko kwaśnawy jak zapach zmielonych ziaren, cudownie przelewał się przez przełyk (który za kilka lat będzie przyczyną jej śmierci, nie wiedziała o tym jeszcze, bo i niby skąd?) i łagodnie osiadał na żołądku. Zapalona lampa w kuchni rzucała na stołeczek snop wesołego światła, wycinając go z podłogi w kontraście do ciemnego okna, za którym przelewały się, fala za falą, strugi deszczu. Zaciągnięte czarnymi chmurami niebo nie miało dziś zamiaru ani odrobinę pomóc w rozpędzeniu ciemnych myśli, które znów napłynęły do głowy.

– Nie, nie mogę tak myśleć. – Mama potrzasnęła głową. – Wszystko się ułoży, dobrze, że chłopcy nie chorują, oni się ogarną, są mądrzy...

I w tym momencie coś wyrwało ją się z posępnego nastroju deszczowego poranka, wydawało się jej, że ktoś zastukał do drzwi.

– Puka ktoś? W sobotę? O siódmej trzydzieści? Chyba się przesłyszałam.

Ale nie, zza przymkniętych drzwi od kuchni doleciało głuche: puk, puk, puk i zapadła cisza. Ktoś rzeczywiście się dobijał, nie była to ani pani Jurginia, ona po dwóch stukach po prostu wchodziła, ani jej siostra, Aldona – ona zawsze korzystała z gongu, ani nie była to żadna z przyjaciółek, one najpierw się umawiają, wiedząc, że nie zawsze jest możliwe spotkanie u nich, chora matka, specyficzny mąż..., do chłopaków o tej porze nikt nie przychodził, kumple spali, do ojca nigdy nikt nie przychodził. Nie. To był ktoś zupełnie inny. Tylko kto? Gazownia? Elektrownia? Nie, oni dzwonią, kilka razy, bardzo energicznie.

Puk, puk, puk... Mama odstawiła kubek z kawą na podręczną szafkę z garnkami, wyszła z kuchni, rzuciła okiem na siebie w lustrze – ani usta nie podmalowane, ani brwi nie zaznaczone, naturalne miała bardzo jasne, niewidoczne prawie, przegarnęła rękoma włosy, poprawiła szlafrok i przekręciwszy dwa zamki, górny i dolny, otworzyła drzwi. Nie wiedziała, kogo się spodziewać, ale zaskoczyło ją, że w progu ujrzała dwie osoby, starsze, w wieku matki, po siedemdziesiątce, obie bardzo dobrze ubrane, w okularach w złotych oprawkach, ona bardzo wysoka, szczupła, zachwycająco zgrabna, z mocną trwałą na głowie, on trochę od niej niższy, nieco zaokrąglony, ściskał w ręku porządną teczkę ze skóry, trzymali ociekające wodą parasole. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, ich wygląd nic jej nie mówił, zupełnie nic, oni też jakby trochę skonfundowani, niewiedzący od czego zacząć, ale przecież pukali, mama przestąpiła z nogi na nogę, nadal nic nie mówiąc, wreszcie pomyślała, że to w końcu jest jej dom i że to ona musi jakoś tę sytuację opanować.

– Tak, słucham państwa – powiedziała bardzo spokojnie, ale nie zapraszała do wejścia. Nie. To było jeszcze za szybko. Nie wiadomo, kto oni.

Oni spojrzeli jedno na drugie, jakby nie dowierzając, jakby coś, na co czekali, nagle się zmaterializowało i nie wiadomo, co z tym dalej robić, może jakoś inaczej wyobrażali sobie to inicjalne spotkanie, przecież tak ważne, tyle lat, nawet mieli jakiś gotowy scenariusz, ale jak to często bywa w takim momencie – starannie ułożony plan spotkania rozmył się w nieoczekiwanym rozwoju sytuacji, to nie miało być tak, średniego wzrostu kobieta mówiąca spokojnym głosem, ten ciemny korytarz, ta mała żarówka. Pierwsze, co przyszło do głowy jemu, jako chyba odważniejszemu, chyba bardziej pewnemu siebie, było:

Sprechen Sie Deutsch?

– Słucham? – Mama w pierwszej chwili nie uwierzyła własnym uszom.

To zaskoczenie, to wybicie tej kobiety z jej spokoju spowodowało, że oni poczuli się pewniej.

Sprechen Sie Deutsch? – To już powiedział z leciutką, ledwo wyczuwalną, nutką niecierpliwości, ciągle jeszcze w ramach dobrego wychowania niby dopuszczalną, starannie maskowaną, by nie okazać się niegrzecznym, ale Mama idealnie ją wyczuła. Nikt nie będzie jej poganiał w jej własnym domu.

Warten hier. Kommen gleich1 – Poczuła się dotknięta, więc powiedziała to nieprzyjemnym, suchym tonem, całkowicie nietypowym dla niej, całkowicie nieprzeznaczonym dla jej gości, nawet tych nieoczekiwanych, i zamknęła drzwi, odcinając ich od przestrzeni domu.

– Synku, wstawaj! – Wbiegła do małego pokoju i potrząsnęła za ramię Starszego, który akurat mocniej otulał się kołdrą, było zimno, palić przestali w marcu. – Jacyś chyba Niemcy stoją przed drzwiami, czegoś chcą. Chodź, przetłumaczysz!

– Niemcy? – wymamrotał nieprzytomnie Starszy. – Mamo, jest sobota, nie ma jeszcze ósmej, nie mam szkoły, spać mi się chce. Niech sobie przyjdą kiedy indziej!

– Wstawaj! – Potrząsnęła nim jeszcze energiczniej. – Nie wolno tak trzymać ludzi na klatce. Chodź, poćwiczysz niemiecki. No chodź, synku!

– Mamo! Przecież Babcia znacznie lepiej sobie poradzi. Ja niewiele umiem...

– Babcia prawie całą noc nie spała...

– Co z Babcią? – Nagle skoczył na równe nogi, jakby oblała go kubkiem zimnej wody. – Wszystko w porządku?

– Już tak, wzięła w końcu tabletkę i śpi. Ale bałam się, synku...

– Ojej! – Wzruszył ramionami z wyraźnym zamiarem położenia się. – Będzie jak zwykle! Mogę pójść do Babci? – Zesztywniał w pozycji półleżącej. Dotarły do niego ostatnie słowa, które sam, skończony dureń, wyrzucił.

– Nie teraz, mówiłam, śpi. Pomożesz? – Ściągnęła zeń kołdrę, bo nagle podejrzanie zbyt skwapliwie zaczął naciągać ją na gołe stopy. – Proszę, synku!

– No dobra! – Słowo "proszę" łamało każdy jego opór. – Mamo! Ale ja nie wiem, czy dam radę.

– Babcia mówiła...

– Babcia przesadza.

– Matka nigdy nie przesadza! Zawsze starannie waży słowa w ocenach!

– Może nigdy było zawsze, ale tym razem nigdy jest nigdy. W klasie są lepsi ode mnie... – powiedział bez przekonania.

Pospiesz się, oni stoją za drzwiami – ponaglała Mama, widząc jego nieporadne ruchy. – Łatwiej ci chyba przychodziło podbieranie cukierków z kredensu... Chodź już! Oni czekają. A to nieładnie – podkreśliła lekko już zniecierpliwiona, zaciągając się papierosem.

Za drzwiami ci ludzie stali tak, jak ich zostawiła. Z parasoli ściekło już tyle wody, że na drewnianej podłodze zrobiły się dwie pokaźnych rozmiarów kałuże, trzeba je będzie zetrzeć, bo te deski są bardzo już stare... Tym razem odezwała się ona:

Sprichst du Deutsch, Junge?

Ja, ein bisschen2!

Sehr gut. Gott sei Dank! Dürfen wir hereinkommen?

– Mamo, oni pytają, czy mogą wejść...

– Powiedz, że zapraszamy.

Kobieta mówiła inaczej, zachowywała się jak gość, który niespodziewanie pojawił się u drzwi gospodarzy i prosi o pozwolenie zakłócenia dobrej energii domowej swoją osobą. Przyjrzała się jej: była wysoka, ale to zauważyła już wcześniej, sporo wyższa od niej, szczupła, w dobrze uszytej garsonce ze spódnicą sięgającą kolan, spod której wystawały zjawiskowo zgrabne nogi w brązowozłotych pończochach, jedwabnej, beżowej bluzce z kokardą, markowych butach z mięciutkiej skóry na szpileczce. Na głowie miała dyskretny kapelusz z niewielkim rondem, doskonale dopasowany do brązowego ubrania w delikatną kratę. Mama szybko zrozumiała, że ten uniform jest jakiś nadstaranny, że ona prawdopodobnie długo wybierała go na to spotkanie, a że była ubrana nienagannie, nie przypominała ani swojej starszej ciotki, ani własnej córki albo co gorsza, wnuczki, musiała mieć bardzo poważny powód, cel.

– Ale powiedz, że będziemy rozmawiać w kuchni. Babcia śpi, Ojciec śpi, Młodszy też śpi.

– No właśnie, mamo, a ja muszę tu tłumaczyć!

– Nie gadaj ze mną, powiedz im.

– Dobrze, mamo! Wir laden Sie ein, kommen sie herein. Aber wir haben Sonnabend, 8 Uhr 30, Oma schläft, Vati schläft, mein Bruder auch. Wir werden in die Küche sprechen müssen!3

Alles in Ordnung – powiedział mężczyzna, badawczo patrząc na Starszego. – Ich verstehe etwas nie. Lesend Ihr Name ich vermute, sie Deutsch sei?4

Nein. Wir sind Polen. Und wenn es über da geht – unser Name stammt aus Schweden!5

Alles gut, nichts... – poprawiła szybko starsza pani. – Czy możemy wejść?

– Ależ proszę. Tylko proszę pamiętać... – Starszy nagle poczuł, że musi to powiedzieć. – Jesteśmy w Polsce, my jesteśmy Polakami, ja tłumaczę i to wszystko. Pasuje to państwu?

– Pasuje.

– Mamo, ustaliłem, że nie poszukujemy korzeni niemieckich w naszym nazwisku, że wejdą i mogą usiąść.

Podczas gdy Starszy zamykał drzwi, do domu cichcem po nocnych łazęgach próbował wsunąć się Buras, wielkie kocisko z marmurkowym wzorem na obu bokach.

– Gdzieś był, draniu? – Starszy syn złapał go wpół i podniósł. – Ależ cuchniesz, fuj! W śmietniku się wytarzałeś?

– Mrau! – wrzasnął z radością kot i dwoma ruchami dał znak, że trzeba go puścić. Zgrabnie zeskoczył na ziemię, po czym ruszył w poszukiwaniu miseczki z jedzeniem, ocierając się przy tym o nogi starszego mężczyzny.

– Mitzi! Katzi! – Starszy człowiek nagle jakby zrzucił z siebie zbroję obojętności. – Macie państwo kota?

– Tak. Mamy. Ale dokładniej to on nas ma. Właśnie wrócił, wyszedł dwa dni temu. No i co mruczysz, draniu, martwiłem się o ciebie. Gdzie cię znowu zagnało?

– My też mamy kota – powiedział mężczyzna – i też takiego dużego, graubraun...

– Przepraszam, nie rozumiem, co znaczy: "graubraun"?

– "Graubraun"... Jak ci to wytłumaczyć... O taki. – Pokazał na fragment kociego futerka.

– Czyli grau?

– Nie, grau to jest to. – Pokazał inny fragment. – A graubraun – to. – Znów wskazał na tamo samo miejsce.

Kot w tym czasie, zaspokoiwszy głód, przystąpił do toalety futerka, co czynił z wyraźną przyjemnością, mrucząc wniebogłosy.

– Pięknie murmelt – powiedziała kobieta. – Mrrrr! – Zatrzepotała językiem, widząc jego błądzący wzrok.

– Aha, mruczy. Okej. No dobrze – powiedział Starszy, widząc stanowczy wzrok Mamy. – Państwo wiecie, kim my jesteśmy, my też chcielibyśmy wiedzieć, kim wy jesteście i czemu zawdzięczamy tę wizytę, prawda, mamo?

– Prawda – dorzuciła niepewnie, odpalając kolejnego papierosa.

– Przepraszamy. – Oboje niepewnie trzymali parasole w rękach.

Starszy, nie bacząc na lekki opór, wyjął im je z rąk i wyniósł do pokoju Babci, pomny słów mamy, ostrożnie i cicho rozłożył je i postawił koło stołu, przecież Babcia spała, po chwili wrócił.

– Pozwólcie państwo, że się przedstawimy: Ja jestem Hans Jürgen Stolzig, a to moja siostra, Annelore Heike de domo Stolzig verheiratet6 primo voto Wolke secundo voto Hansen. A powód naszego przybycia... Hm...

– To może teraz ja, pozwolicie państwo? – wtrąciła się skwapliwie ona, niezapraszana, siadając na dużym, obitym zieloną dermą stołku z dziurą do mocowania imadła w środku. – Mnie będzie łatwiej. Otóż myśmy w tym domu mieszkali. Myśmy tu aufwachsen – rośli.

– Nie rozumiem. – Starszy wyglądał na kompletnie skołowanego. – Gdzie państwo się wychowywali? Tutaj?

– Tak, tutaj, w tym mieszkaniu...

– Ale kiedy? W tym domu rodzice i Babcia mieszkają od 1958 roku. Wcześniej tu były biura.

– Przed wojną, młodzieńcze.

– Proszę, by mnie pan nie nazywał młodzieńcem. – Starszy poczuł się obrażony.

– Piotrusiu... – Nagle uchyliły się drzwi od kuchni i weszła, nieco ciągnąc za sobą prawą nogę, Babcia, w swoim szlafroku z flaneli w śmieszne, fioletowe i żółte wzory. – Pan nie miał nic złego na myśli. Słowo "Jüngling" po niemiecku nie ma tego pogardliwego odcienia znaczeniowego co w języku polskim, tak starsi ludzie po prostu się zwracają do młodszych.

– Babciu, jak dobrze, że wstałaś. – Starszy zerwał się ze stołka. – Tłumacz, proszę, ja się gubię.

– I zrozumiałe, że się gubisz. Państwo po prostu przyjęli, że tak dobrze znasz niemiecki, że cię nie oszczędzają. Ja bym to potraktowała jako komplement.

– Aj tam, babciu, komplement. Ale usiądź, proszę. Jak dobrze, że lepiej się czujesz.

– Ja zawsze się lepiej czuję, gdy jesteście obaj w domu. Ale nie zostawiajmy naszych gości. Więc co państwa do nas sprowadza? – zwróciła się do kobiety, która przez chwilę zmieszanym, jakby zaskoczonym wzrokiem patrzyła na okrągłą twarz otoczoną koroną z długich, bardzo już posiwiałych warkoczy, na palce Babci, trzymające z dużym wdziękiem papierosa z munsztukiem, którym zaciągała się z wyraźną przyjemnością.

– Przepraszam, czy pani jest Niemką?

– A skąd takie pytanie? Jeśli dobrze słyszałam, Piotr powiedział już, że my jesteśmy Polakami. Ja jestem matką tej pani. – Pokazała na Mamę. – Czyli Niemką nie jestem. W żadnym calu.

– Pani znakomicie mówi po niemiecku.

– A to trzeba być Niemką, żeby mówić po niemiecku? – Babcia roześmiała się swoim nieco chrapliwym altem. – Widzi pani, przed wojną były pensje, dobrze urodzone panienki bardzo starannie kształcono, a w językach szczególnie.

– Babciu – poprosił Starszy – możesz używać mniej skomplikowanych słów? Ja tłumaczę Mamie.

– Nie, Piotrusiu. – Mówiła już wyłącznie po niemiecku. – Ty też musisz już powoli zacząć mówić tak, jak mówi inteligencja niemiecka. Pomimo tej strasznej, niewyobrażalnej wojny, pomimo obozów koncentracyjnych, ludobójstwa i eksterminacji trochę jej jeszcze zostało. Mam przynajmniej taką nadzieję.

– Widzi pani – przepraszam, jak pani na imię? Anna, pani Anno, my z moim bratem... myśmy, przepraszam, że to powiem... myśmy... uwierzyli Hitlerowi... Bo trudno było nie uwierzyć. Był wybitnie... – Powiedziała to z jakimś strasznym przekąsem. – ...przekonujący. – Wy sobie nie zdajecie sprawy, jaka bieda była w 1929 roku po kryzysie na Giełdzie Nowojorskiej...

– My nie zdajemy? – krzyknęła Babcia, gasząc z wściekłością papierosa, łamiąc go na pół. – Proszę pani! Pani Annelore Heike! W 1929 roku urodziła się ta oto młoda dama. – Babcia pokazała na Mamę. – Moja trzecia, najmłodsza córka. W 1929 roku już wiedzieliśmy, że mój mąż straci pracę w Lidzie, w Wojskowym Sądzie Okręgowym. Wtedy dopiero zrobiło się strasznie: trzy córki, dwie z pierwszego małżeństwa mojego męża, maleńka Zosia i perspektywa tylko na rok. I ja nie wiem, co to jest strach przed biedą?

– Pani Anno, proszę się nie unosić! Myślę, że mamy ze sobą wiele wspólnego...

– Nie sądzę. Niewiele mamy wspólnego, choćby to, że wy byliście rasą panów, Herrenvolk – powtórzyła to z jakąś straszną zaciętością, której nigdy wcześniej nie słyszał w głosie Babci. – My byliśmy przez straszliwie długich sześć lat rasą podludzi. Nawet nie podludzi. Wszy. Läuse. – Znów pojawił się ten sam straszny ton. – Nas się tępiło jak pasożyty, dusząc, trując czy zabijając w każdy inny, wymyślony przez Herrenvolk sposób. Jak gnidy, jak robactwo. Ale dziś jesteście naszymi gośćmi. Dziś nas obowiązuje odwieczny kanon gościnności, my go uszanujemy. Proszę mi tylko dać słowo – Niebieskie oczy Babci zrobiły się stalowe i jakieś straszne. – że żadne z was nie było w formacjach SS, w żadnych Allgemeine czy Waffen SS!

– Babciu, litości! Nie potrafię!

– Nie ma litości! – warknęła bez żadnych już oporów, nie hamując się zupełnie. – Masz to tłumaczyć, dobrze tłumaczyć. Umiesz!

– Babciu, ja nic nie muszę! – Wykonał gest, jakby chciał wstać ze stołka.

– Musisz. Będziesz tu z nami, będziesz tłumaczył i nie dyskutuj ze mną, rozumiesz? – Tak mocno uderzyła na płask dłonią w stół, że podskoczyły stojące na nim talerze i kubeczki, a w kuchni nagle zapadła gęsta cisza.

Starszy zamilkł. Nigdy nie widział jej w takim stanie. Czasem lekko warknęła, raz czy dwa razy, ale żeby tak kategorycznie, tak po kapralsku, tak nie znosząc sprzeciwu...

– Pani Anno, tak nie wolno! – wtrąciła się Annelore.

– Proszę mnie tylko nie pouczać! Żądam odpowiedzi. Byliście w SS, w dowolnej formacji, czy nie!?

– Ależ skąd!

– Babciu, co znaczy: aber nich doch? – Chyba zaczął coś rozumieć, wściekłość na Babcię i ta bezradność, która opadła go, gdy tamta wrzasnęła, błyskawicznie minęła, wrócił do tłumaczenia.

– 'Ależ skąd'! Tu możesz powiedzieć jeszcze: Auf gar keinem Fall – 'w żadnym wypadku' – rzuciła bardzo spokojnie, jakby tego wybuchu sprzed chwili w ogóle nie było, i zamilkła.

– Dobrze. – Po krótkiej chwili namysłu zdecydowanym ruchem podniosła głowę i spojrzała na Hansa Jürgena wzrokiem, w którym nie było krztyny zaufania. – Proszę, żeby pan zdjął marynarkę i podciągnął lewy rękaw koszuli.

Starszy, przetłumaczywszy, skamieniał, gdy dotarło do niego w pełni znaczenie jej słów. Żądanie wydawało się tak absurdalne, tak nierealne, że patrzyli na siebie z Mamą, nie dowierzając, ale Hans Jürgen nie wyglądał na specjalnie zdziwionego czy zaskoczonego. Mama w pewnym momencie zrozumiała, że on chyba przewidział taki bieg wypadków, bo pokiwał tylko smutno głową i powiedział:

– Ja się wcale pani nie dziwię. Po tym, co przeszliście, po tym, co przeżyliśmy – poprawił się natychmiast – dobry Niemiec to martwy Niemiec, że tak zacytuję zdobywców Dzikiego Zachodu. – Uśmiechnął się smutno. – Ale czy mogłaby mi pani odrobinę zaufać, może wystarczy, jak dam uroczyste słowo honoru?

– Nie! – powiedziała oschle, jakby chciała za wszelką cenę pokazać, że dziś, w tym domu, na pierwszym piętrze, za szarozielonymi drzwiami z tabliczką z wygrawerowanymi dwoma nazwiskami, jedno wyżej, drugie niżej, jej nazwiskiem, Sienkiewicz, w ciemnej, ponurej kuchni to ona, Babcia, matka, kobieta, przedstawicielka rasy podludzi, wszy, stawia kategoryczne, nienegocjowalne warunki i wymaga ich bezwzględnego, jak posłuszeństwo w SS, spełnienia. – Tego, czego doświadczyłam w czasie wojny, wystarczy w dwójnasób, bym nie uwierzyła żadnemu Niemcowi na słowo. Proszę zrobić to, o co prosiłam.

– Babciu, o co chodzi?

– O co chodzi? A może ci pan Hans Jürgen wytłumaczy? – Z nieskrywaną niechęcią skierowała te słowa do wyprostowanego jak świeca mężczyzny, który właśnie coś majstrował przy kołnierzu marynarki.

– Dobrze – powiedział spokojnie, ściągnąwszy marynarkę. Starannie ją złożył i przekazał siostrze. – Dobrze – rzucił po raz drugi, rozpinając od góry do dołu guziki od koszuli. – Twojej babci chodzi o to, że członkowie formacji SS mieli pod lewą pachą wytatuowane litery SS i często grupę krwi. Po tym najczęściej ich rozpoznawano – powiedział i jednym ruchem ściągnął koszulę, pozostając w nienagannie białym podkoszulku.

– Dobrze – rzucił po raz trzeci i zdecydowanym ruchem, krzywiąc się nieco z bólu, podniósł ramię nad głowę i pokazał białą pachę z niewielką kępką cienkich, ciemnych włosów. Nigdzie nie było śladu tatuażu.

– Mogę już się ubrać? – zapytał spokojnie, gdy atmosfera trochę już się rozluźniła.

Babcia tylko skinęła głową, jej twarz nie wyrażała żadnych uczuć.

– Dobrze – powiedziała tym razem ona po dłuższej chwili, w której coś w sobie ważyła. – Nie jest pan z SS – dodała, jakby przekonując sama siebie – więc w takim razie proszę, żebyście opowiedzieli, po coście przyszli. Ale myślę, Zosiu – zwróciła się do Mamy po niemiecku – że możemy państwa zaprosić do dużego pokoju.

– Do tego pokoju, którego okna wychodzą na Junkerstrasse i na podwórko? Gdzie nie ma balkonu?

– Skąd pan wie? – Babcia była szczerze zaskoczona.

– Skąd wiem? A jak pani sądzi, pani Anno, czemu przyszliśmy akurat do was? Bo nagle zachciało nam się pół roku czekać na wizy, jechać ponad tysiąc kilometrów, przeżyć upokarzającą kontrolę na granicy, z osobistą włącznie, przesiadać się trzy razy z pociągu na pociąg, z czego w Polsce dwa razy: pierwszy raz na brudny, śmierdzący i wlokący się w nieskończoność pociąg niemalże towarowy z Warschau do Marienburg (kto to słyszał, żeby jechać prawie dziesięć godzin), drugi jeszcze gorszy, z Marienburg do Elbing – prawie dwie i pół godziny, żeby wejść do pierwszego lepszego mieszkania w Elbing? Mieszkaliśmy tutaj.

– Tutaj?

– Tak, w Elbing, w tym mieszkaniu numer 3, blok numer 5, skrzyżowanie Neustädtische Grünstraße i Junkerstrasse, dzielnica Neustadt!

– Dobrze. – Babcia wyraźnie zbierała myśli. – Teraz ulice nazywają się Giermków i Leszno, numer, nie wiadomo czemu, 59. Ale w jakich latach?

– Ja prawie cały czas w latach 1916–1945 – powiedział Hans Jürgen z jakimś zrezygnowaniem w głosie, zaciągając porządnie pod szyją węzeł krawata.

– Kawał czasu.

– Tak, pani Anno, kawał czasu...

– My wtedy...

– Prawda. – Wydawało się, że nie usłyszał ostatnich słów Babci. – Tu się urodziły moje dzieci. Tu zmarła moja żona. Tu zmarły moje dwie córeczki, Amalie i Gertrude...

– Ale dziś jesteście we dwójkę. Pan i siostra. Czemu?

– Bo ona też tu mieszkała.

– I moje dziecko tu odeszło – odezwała się nagle cicho niewidzialna do tej pory Annelore. – Hedwig.

– Co tu się działo? – wybuchnął Starszy, nie wierząc w to, co usłyszał. – To był jakiś dom umierania? (Tod Haus, umieralnia, Piotrusiu – skorygowała go Babcia, sterben Haus to nie po niemiecku...).

Szybko to powiedział, ale jeszcze szybciej zaczął żałować, że się odezwał. Dorośli, wszyscy, nagle zamilkli, przedziwnie solidarnie, każde z nich siedziało teraz z wzrokiem wbitym w inną część pomalowanych na jasny orzech pilśniowych płyt podłogi, którymi ojciec kilka lat temu zakrył zakonserwowane ciemnoczerwoną farbą deski, ponoć krzywe, brzydkie, stare, w ogóle nienadające się do niczego, najlepiej zerwać i położyć nowe, ale na to potrzebne są pieniądze, a tych nie ma i trzyma się na książeczce. Ciszę przerwał Hans Jürgen:

– Nie, żadna umieralnia. Po prostu wojna, Piotrze. Młodzi ludzie umierali na froncie, mieli szczęście, jeśli od pojedynczej kuli lub wybuchu pocisku armatniego, gorzej, jak z zimna, głodu i zmęczenia. Ci, co nie walczyli, umierali z zimna, głodu, ran, straszliwych ran, niektórych zastrzelono w rodzinnym mieście, jak nasze dzieci... – Przez chwilę zbierał myśli. – Elbląg był twierdzą. Nakazano nam, więc broniliśmy go do końca. Niewielu zostało. A i tę resztkę wybiła sowiecka armia.

– Armia Czerwona? Przecież wyzwoliła Elbląg, walcząc z regularnymi siłami Wehrmachtu! Czerwonoarmiści nie strzelali do cywilów. Poległo ich około trzech tysięcy, w samym Elblągu. – Zdziwiony ostatnimi słowami, Starszy zaczął wyrzucać jak z karabinu maszynowego zdobytą na historii wiedzę, ale czuł jakąś sztuczność, jakiś mur, przez który nie mógł się z tym do nich przebić. Może to wina dość w sumie prostego niemieckiego, jakim władał, co – jak mu się wydawało – tworzyło barierę porozumienia?

– Tak, z waszego punktu widzenia Armia Czerwona wyzwoliła Elbląg. Z naszego – zajęła. Walki były bardzo ciężkie, samych naszych żołnierzy zginęło około pięciu tysięcy, ale to, co się działo później...

– Zdążycie to jeszcze opowiedzieć. Albo i nie opowiecie. Ale chodźmy do pokoju. – Babcia nagle spojrzała na zegarek. (Był zwykły, prosty, prostokątny, w stalowej kopercie, żadna tam Doxa czy Atlantic, kupiony kiedyś okazyjnie od ulicznego handlarza, bardzo dobrze chodził, dokładnie; Starszy zabrał go dwa lata później z domu, wyjeżdżając na studia, jako talizman, jako ostatnią pamiątkę; ktoś mu go później ukradł w akademiku, nic w sumie nie był wart, złodziej nawet flaszki wódki za niego nie dostał). Kiwnęła głową, tak upłynęło już ponad pół godziny. – Tam spokojnie usiądziemy. Zosiu, zrobisz herbatkę? – rzuciła do Mamy, ciężko i powoli wstając ze stołka, szukając oparcia, bezpiecznej pozycji dla na wpół sparaliżowanej nogi.

Starszy jeszcze nie wstawał, trzymając ją w tym czasie, asekurując raczej, za łokieć, gdy w końcu z trudem się podniosła, niepewnie oparłszy się ręką o brzeg stołu. – Starość – rzuciła w powietrze, ni to do siebie, ni to do nich, po czym, sunąc powoli, skierowała się w głąb ciemnego korytarza, dyskretnym gestem prosząc gości, by poszli za nią. Oni jakoś zbyt skwapliwie zerwali się ze stołków, jakby przepraszali, że ta kobieta, w ich wieku przecież, niepewnie, opierając się o wnuka z jednej strony i cały czas w kontakcie końcówkami wąskich, długich palców z dyskretnie pomalowanymi, kształtnymi paznokciami z szarą lamperią ściany korytarza idzie powoli, bardzo powoli, niezdarnie właściwie, a oni mogliby biec, może nawet z podskokami. Uspokoili emocje i w końcu ruszyli za nią z pewnością ludzi, którzy doskonale znają każdy kąt, każdy zakamarek, gdzie niestraszne im progi (nawet po ciemku) i wystające krawędzie ścian czy załomy, gdzie do konkretnego pokoju się po prostu idzie, a nie rozgląda się z ciekawością po wszystkich kątach, bo co zresztą można w nich zobaczyć? Szarą olejną lamperię? Biały, emulsyjny pas, sięgający od szyi w górę, obejmując także sufit? Bordowo-czekoladowy cokół, który tworzyły wyfrezowane deski? Okropne płyty pilśniowe, wymalowane tą samą olejną farbą co w kuchni, efekt rozumowania, że pieniądze trzyma się na książeczce? Lampę wiszącą na środku korytarza, niepotrzebną w dzień, za słabą na noc? A jednak uważny obserwator dostrzegłby pewien rodzaj wahania u obojga gości. Szli pewnie, wiedzieli, dokąd idą, ale im bardziej zbliżali się do drzwi pokoju Babci, tym bardziej wyczuwało się rosnące napięcie. Mniej więcej na wysokości małego pokoju Annelore zaczęła wyraźnie zdradzać oznaki zdenerwowania.

– Co się stało? – zapytał Starszy, asekurując jednocześnie Babcię, która zaczęła już wykazywać pierwsze objawy zmęczenia, przecież wstała po raz pierwszy od kiedy wiele tygodni temu dopadł ją drugi, niepomiernie cięższy niż pierwszy, wylew.

– Nic, nic. – Annelore ewidentnie starała się bagatelizować. – Wszystko w porządku...

Ale nie było w porządku. Krok przed drzwiami nagle zatrzymała się jakby wmurowana w podłogę.

– Boi się pani czegoś? – zapytała Babcia, obracając głowę z wyraźną już trudnością. – Boi się pani! – dodała po krótkiej chwili. – Wiem chyba czego. Boi się pani – powtórzyła to z jakimś dziwnym, dziś jeszcze nieokazanym ciepłem – że otworzymy drzwi, a tam, w środku, na środku stać będzie...

Annelore zatrzymała ją w pół słowa, kładąc na ustach Babci starannie wypielęgnowany palec.

Frau Anna, bitte... – W jej oczach stanęły ciężkie, grube łzy.

Ich bin auch die Mutter, ich verstehe Sie7 –powiedziała Babcia szybko, skwapliwie i dość nieczytelnie. – Aber wir müssen diese Tür aufmachen! Könnten wir nicht herein, wenn die Tür zumachen werden! Frau Annelore, Courage!8

Rozumiejąc, co mówią, nie rozumiał zupełnie o czym. I dobrze. Za niecały rok zrozumie, gdy stanie pod tymi drzwiami i podobnie jak Annelore nie będzie mógł, nie będzie umiał ich otworzyć, nacisnąć klamki i popchnąć, niezbyt mocno, były bardzo dobrze naoliwione, by ostatni raz popatrzyć na leżące na wygniecionym od wieloletniego używania tapczanie, na którym tyle razy słuchał czytanych na głos ballad Mickiewicza, krajana przecież, opowieści z Marulin, Kuścina czy ukochanego Koszelewa, litewskich i białoruskich baśni, opowiadanych dla ich uroku w macierzystym języku, ciało Babci z włosami pozbawionymi zaplecionych warkoczy, tworzących zwykle staranną koronę, ale na tę akurat drogę krótko obciętych, ze zwykłych, prozaicznych powodów – łatwiej je było myć, gdy nieprzytomna leżała ponad miesiąc po trzecim udarze, ze związanymi różańcem dłońmi, tym z Ostrej Bramy, tym, co go trzymała w górnej szufladzie szafki nocnej i używała zawsze wtedy, gdy coś ją mocno gryzło, z czymś się ciężko barowała, ze spokojnym i pogodnym wyrazem twarzy, jakby chciała przekazać, że jest jej już dobrze, że nie musi tak strasznie się wysilać, żeby powiedzieć: "Pić!", że nie musi już czekać na to, żeby ktoś ją, zawsze samodzielną, zawsze umiejącą sobie radzić w każdej sytuacji, przewrócił na bok, choć na chwilę, żeby przyniósł ulgę wygniecionym, obolałym od wielomiesięcznego leżenia plecom. Że w końcu się odważy, wejdzie, zamknie drzwi, nie będzie umiał dzielić się z kimkolwiek, nie, to będzie jego i tylko jego ból, no jeszcze jej, leżącej spokojnie na tapczanie, jakby spała, jakby nareszcie odpoczywała od strasznej choroby, co ją całkowicie zdała na łaskę rodziny, usiądzie przy niej, położy rękę na jej zimnych już dłoniach z długimi palcami, z ładnymi paznokciami, teraz już trochę przyczerniałymi i zapyta:

– Babciu, jak to teraz bez ciebie będzie? – I bezgłośnie, w poczuciu kompletnej bezradności i bezsiły potoczą się mu po policzkach łzy, pierwsze łzy dorosłego człowieka.

Teraz nie był w stanie antycypować wydarzeń, a może nie chciał, może wygodniej mu było nie myśleć o tym, co już wtedy wydawało się nieuniknione, jej naczynia krwionośne słabo trzymały życiodajny płyn, przeciekały, kłaniały się lata biedy, chłodu, kłaniały się setki tysięcy wypalonych ukochanych papierosów z munsztukiem o nazwie: Damskie. Teraz ubiegł ją i nacisnął klamkę. Otwierające się skrzydło opornie, z jakąś niechęcią wpuściło trochę światła na korytarz, zrobiło się nieco jaśniej – taki pas jaśniejszej szarości, który położył się przez próg i wyciął z antracytowej przestrzeni szafkę, z leżącą na jej blacie szczotką, którą ojciec wczoraj czyścił swoje codzienne buty, mocno już znoszone, zdarte i podrapane, ale ciągle jeszcze całe, więc bardzo dobre, bo nie ma pieniędzy i trzyma się je na książeczce. Babcia lekko wzdrygnęła się. W pokoju było zimno, wilgotne powietrze tego ranka wypełniło go w całości przez oba otwarte okna i teraz pędem starało się zająć całą przestrzeń korytarza, czyniąc przebywanie w nim wielce nieprzyjemnym.

– Piotruś, zamknij okna. Bardzo źle się czuję – powiedziała do wnuka bezradnym głosem. – Muszę się położyć.

W pokoju panował wzorowy porządek. Tapczan Babci stał porządnie przykryty narzutą w duże symetryczne wzory, spod której gdzieniegdzie wystawał brzeżek śnieżnobiałej, nakrochmalonej pościeli – wczoraj wieczorem z Mamą ją zmienili. Na środku pokoju stał okrągły stół, którego czasy świetności minęły już dawno, ale był porządny, solidny, taki mieszczański, ciężki, z litego, dębowego drewna, z szóstką skórzanych krzeseł z wysokim oparciem, wygodnych i stabilnych, przy drugiej ze ścian rozpierał się kredens, ten, w którym Mama trzymała cukierki i codziennie o siedemnastej rytualnie dobywała z kieszeni szlafroka klucz, wkładała do zamka i z czeluści mebla dobywała po dwie, dokładnie dwie, sztuki czekoladek z mieszanki wedlowskiej na każdego, czy byli we dwóch, czy jak pojawiał się syn pani Jurginii, Witek, trzech, codziennie ten sam rytuał, taki sposób na uporządkowanie popołudnia, dla nich znowu był wtedy czas na swoiste zawody, kto pierwszy dopadnie niewielkiego krzesełka na ramie ze stalowych rurek. Najczęściej był to Młodszy, który jakoś umiał się prześliznąć przez zastawioną sieć rąk i nóg i paść na nie z triumfem i słowami: "Siada na sesełko!", należał mu się za to łomot, ale przecież nie uderzy Młodszego, on taki malutki... Za szybami w półmroku dnia błyszczał ulubiony komplet do kawy, dzbanek, cukiernica, dzbanuszek na mleczko i sześć filiżanek w róże, trochę pretensjonalny, ale z trudem zdobyty, jakiś odrzut z eksportu, tańszy, bo przecież nie ma w domu pieniędzy i trzyma się je na książeczkach, stały dwa kryształowe wazony, które dużo później, jak likwidowali mieszkanie po śmierci ojca, Starszy zabrał ze sobą, leżały ukochane srebrne łyżeczki, rzeczywisty powód do dumy, malutkie, zgrabne, takie wywołujące uśmiech. Kąt wypełniała ciężka, zwalista szafa na ubrania z zakrytą szmatą w okrągłe wzory przestrzenią między jej wierzchem a sufitem, gdzie ojciec trzymał swoje skarby: elektronowe organy, do których sam własnoręcznie zrobił klawiaturę z niezbyt dobrze wysuszonego drewna i teraz klawisze wypaczyły się niemiłosiernie, na których nawet można było zagrać Pojedziemy na łów, jakieś radia, wzmacniacze, zasilacze, pH-metr, inny wybrakowany elektroniczny sprzęt z Instytutu, gdzie pracował, prawdziwa kopalnia części zamiennych, straszliwe siedlisko kurzu, gdzie nikt, łącznie z nim, nie zaglądał, ale miało ono rangę strychu w wiejskim domu, gdzie od pokoleń składowano wszystko, co jest zbyt dobre, żeby wyrzucić, a nie nadaje się już do codziennego używania; ojciec sam już w zasadzie nie pamiętał, co tam leżało, ale nie miało to żadnego znaczenia, wyrzucić nic nie pozwolił, bo trzeba by kupić coś nowego, a w domu nie ma pieniędzy i trzyma się je na książeczkach. Na podłodze leżał ogromny, pokrywający całe pomieszczenie dywan, wełna ponoć, w indiańskie wzory, na tle którego kiedyś fotograf z Instytutu zrobił im obu serię zdjęć, koszmarków, kolejny z rodzinnych pomysłów ojca bez akceptacji reszty. Dwóch mocno przerażonych chłopców w krótkich spodenkach i obrzydliwych, grubych, bawełnianych rajstopach udaje, że bawią się klockami, a tymczasem obaj wpatrują się w obiektyw z niemym błaganiem w oczach: Niech to się wreszcie skończy!

Annelore ostrożnie postawiła nogi na jednym z wielu czarnych kwadratów na szaroniebieskim tle. Podtrzymywana przez Starszego i jego brata Babcia z trudem przestąpiła przez próg, wykonała z wysiłkiem jeszcze dwa kroki i trzymając się oparć krzeseł, ustawionych teraz wokół stołu, z widoczną nadzieją w oczach przesunęła się na swój tapczan, najpierw dość ciężko na nim usiadła, podtrzymywana przez Młodszego, później z jego pomocą położyła się wygodnie i natychmiast została przykryta przez wnuka fragmentem narzuty.

– Podaj mi poduszkę, synku – powiedziała z mieszanką rozpaczy, nadziei i ulgi. – Tak, tę, dobrze, trochę wyżej, dobrze, a teraz pójdź do kuchni i przynieś herbatkę. Zosia, mama, pewnie już ją zrobiła, ta droga trwała w nieskończoność...

Frau Anna, sagen Sie mir bitte, was gibt es los?9.

– Wylew...

– Przykro mi.

– Nie musi być. Starość. Wojna. Bieda. Swoje zrobiły. Łatwiej już pani? – szybko zmieniła temat, wyraźnie nie chcąc ciągnąć opowieści o własnej bolesnej rzeczywistości.

– Nie. Wróciły obrazy. Te najgorsze. Te, które myślałam, że już nigdy nie wrócą.

– One zawsze wracają...

– Proszę mi jednak powiedzieć... – Z dużą trudnością, ale i z jakąś zaciętością zmieniła temat. – ...gdzie nauczyła się pani tak mówić po niemiecku. Przecież mówi pani jak rodowita Niemka, bez cienia obcego akcentu, z bawarskim akcentem, czuję się, jakbym była w gronie moich przyjaciółek i jakbyśmy sobie opowiadały rzeczy, o których przed samymi sobą przysięgałyśmy, że nigdy i nikomu, ani słowa, ani pół słowa. A jednak przychodzi ten dzień, gdy skrywana tajemnica na tyle już buzuje, że wytworzona para zaczyna unosić pokrywkę i z sykiem uciekać na zewnątrz, w końcu nie wytrzymujemy i pękamy, pękamy. Wylewa się z nas wtedy...

– Widzi pani... – Babcia dość brutalnie wtrąciła się w potok słów kobiety. – Ja miałam szczęście w życiu. Dużo szczęścia. Moja rodzina była na tyle bogata, że mogła jedną z córek dobrze wykształcić, a że byłam średnia, między Elżbietą a Grażyną, to mnie przypadł zaszczyt uczęszczania w Wilnie na pensję dla panienek z dobrego domu. Uważano wtedy, że pensjonarce potrzebna jest znajomość dwóch, trzech języków, znajomość sztuki prowadzenia domu, ogólna wiedza potrzebna w nawiązaniu i podtrzymaniu konwersacji oraz tzw. savoir vivre, umiejętność zachowania się w towarzystwie. Pensja, na której, że tak powiem, mnie oszlifowano, uczyła trzech języków: francuskiego, niemieckiego i rosyjskiego, bo przecież Wilno było pod rosyjskim zaborem. I widzi pani, bywały całe miesiące, gdy ja nie rozmawiałam z ludźmi inaczej jak po francusku lub niemiecku, bazą, odniesieniem był rosyjski. W żadnym innym języku, no, może jeszcze dopuszczalny był angielski, ale ten nie leżał mi zupełnie, nie wolno było powiedzieć nawet kawałka słowa, nie wolno nam było myśleć po polsku, kary za niesubordynację były bardzo dotkliwe, z relegowaniem z pensji włącznie. Proszę sobie wyobrazić, że do dziś nie bardzo potrafię liczyć po polsku, nie rozumiem też żadnych zagadnień fizycznych czy chemicznych w naszym języku, jeśli już w ogóle je roztrząsam, a robię to rzadko, nie lubię, dzieje się to albo po francusku, albo po niemiecku, w ostateczności po rosyjsku. A że podobno byłam bardzo utalentowana do języków, mogę to teraz powiedzieć bez minoderii i fałszywej skromności, to i dało rezultaty. No i wojna.

– Wojna?

– Tak, przez całą wojnę pracowałam w Bezirkamt w Wilnie jako tłumacz przysięgły z i na niemiecki, tłumaczyłam rozkazy Bezirkgubernatora na język polski i rosyjski, tłumaczyłam pisma, byłam przy rozmowach, jeśli wywrzaskiwanie rozkazów można nazwać rozmowami, tłumaczyłam na żywo niektóre przesłuchania.

– Biedna...

– Co było robić? Trzeba było gdzieś zarabiać na chleb. Córki rosły. Mąż zajmował się naszym gospodarstwem, ale trudno było z niego się utrzymać. Po wejściu ruskiej armii 17 września 1939 roku w naszym malutkim majątku w Koszelewie nagle w ciągu kilku dni pojawiło się ponad trzydzieści osób samej tylko bliższej rodziny, uciekinierów z Nowogródka, Lidy, Wilna, Kowna. Przecież nie mogliśmy ich wyrzucić, ja nie umiałam, a Paweł nie pozwolił, zawsze mówił, że rodzina to największe dobro, jakim może obdarzyć nas życie...

– Paweł?

– Mój nieżyjący mąż. Miłość mojego życia. Co z tego? Odszedł prawie trzydzieści lat temu. Jak tylko wróciliśmy do Polski, zachorował i umarł. Leży daleko, w Chełmnie. Daleko. Nie pójdę na jego grób zapytać, poradzić się, podzielić się nowinami. Ale tak to już jest! Ale, ale... – Poruszyła się, widząc, jak Starszy wnosi do pokoju tacę z dużym czajnikiem i miseczką w chińskie wzory pełną kruchych ciasteczek, które Mama wczoraj upiekła, tak z okazji piątku przed sobotą. – Proszę do stołu, usiądźcie, herbata i ciasteczka, niewiele tego, ale czym chata bogata, tym rada!

– Nie trzeba było – powiedziała nieśmiało Annelore. – Myśmy...

– No właśnie. – Babcia przypaliła kolejnego papierosa. – W końcu powiedzcie państwo, po co tutaj przyjechaliście.

Widzi pani, Frau Anna – zaczął Hans Jürgen – dziwnie się tak jakoś splotło, że już prawie w całości znacie państwo cel naszej wizyty. Jak się pewne domyślacie – jest to rodzaj wizyty sentymentalnej. Uciekliśmy z Elbing...

1 Warten hier. Kommen gleich (niem.) – Czekać tutaj. Przyjść zaraz.

2 Ja, ein bisschen (niem.) – Tak, odrobinę.

3 Wir laden Sie ein, kommen sie... (niem.) – Zapraszamy do środka. Ale jest sobota, ósma trzydzieści rano, babcia śpi, tato śpi, brat też. Będziemy musieli rozmawiać w kuchni.

4 Alles in Ordnung... (niem.) – W porządku. Ale czegoś nie rozumiem. Czytając państwa nazwisko, mogę przypuszczać, że jesteście Niemcami.

5 Nein. Wir sind Polen. Und wenn es über da geht – unser Name stammt aus Schweden! (niem.) – Nie, jesteśmy Polakami. Ale jeśli o to idzie – nasze nazwisko pochodzi ze Szwecji.

6 Verheiratet (niem.) – po mężu.

7 Ich bin auch die Mutter, ich verstehe Sie (niem.) – Też jestem matką i rozumiem panią...

8 Aber wir müssen diese Tür aufmachen! Könnten wir nicht herein, wenn die Tür zumachen werden! Frau Annelore, Courage! (niem.) – Ale musimy te drzwi otworzyć. Nie będziemy mogli wejść, jeśli będą one zamknięte. Odwagi!

9 Frau Anna, sagen Sie mir bitte, was gibt es los? (niem.) – Pani Anno, proszę powiedzieć, co się dzieje?

ROZDZIAŁ II

To jest mój pamiętnik, w którym będę zapisywać wszystko, co dla mnie jest ważne. To jest mój pamiętnik, więc będę tam pisać tylko prawdę. Mama mówi, że nie zawsze można mówić całą prawdę, że panience, takiej jak ja, nie przystoi zaprzeczać dorosłym, dyskutować z nimi czy mieć inne zdanie jak tata. Nie. Ja winnam słuchać i milczeć. Mama mówi, że tak zawsze postępowały niemieckie dziewczęta: były posłuszne mężom lub ojcom i za najświętszy obowiązek uznawały nasze niemieckie trzy razy K: Kinder, Küche und Kirche10. Lubię kuchnię, lubię gotować, lubię kościół, pastor w Marien Kirche jest taki przystojny, że wstyd mi czasem podnieść oczy, i tak ładnie mówi o Bogu, o Panu Jezusie, za to ten w Drei-König-Kirche jest stary i brzydki, ale nie lubię dzieci. One biegają i wszędzie wchodzą. Mama mówi, że dzieci to największy skarb rodziców, ale ja wolę być sama, czasem z bratem, czasem z moją przyjaciółką, Grethe Marlene, czasem z innymi przyjaciółkami. Ale nie z dziećmi. One są takie hałaśliwe i przeszkadzają tacie, gdy wraca z pracy i chce odpocząć. Nie, stanowczo nie lubię dzieci, choć kiedyś usłyszałam, jak tata mówił do mamy, że pora i czas najwyższy, żebym zaczęła się zajmować jakimś dzieckiem, bo będzie mi to potrzebne, a mama się zgodziła. Na szczęście nasza sąsiadka spod czwórki, matka piątki dzieci, dwóch dziewczynek i trzech chłopców, zapytana przez mamę, nawet nie chciała o tym słyszeć, powiedziała mamie – też udało mi się to podsłuchać, nie wiedziały, że mam uchylone drzwi do pokoju – że jest niemiecką Hausfrau, że jest z tego dumna, że nikt nie będzie wychowywał jej pociech, tak, użyła tego głupiego słowa, pociech, a już z całą pewnością nie jakaś niedowarzona piętnastolatka. Ale – podkreśliła sąsiadka – doceniam pani dobre chęci i chciałabym się odwdzięczyć Apfelstrudel, który świeżo upiekłam. Dostałam wtedy kawał pysznego Apfelstrudel z grubym cukrem na wierzchu, pachnący jabłkami szara reneta, Zimt i Gewürznelken11. Mama nigdy nie dawała goździków do Apfelstrudel, jej ciasto było pyszne, ale ciasto sąsiadki było równie pyszne.

To jest mój pamiętnik. Nie wiem, czy będę pisać go regularnie, mogę to robić tylko wtedy, gdy wszyscy już śpią. Tata uważa, że pisanie to nie jest zajęcie dla panienki z dobrego, mieszczańskiego domu i że w pisaniu trzeba ograniczyć się do rzeczywiście niezbędnych spraw: listów, dokumentów urzędowych. Pisanie książek, co bardzo bym chciała robić, to praca niegodna Niemca, bo od takiego pisania nic nie przybywa, nie powstaje żaden nowy dom, statek czy choćby Apfelstrudel, coś, co cieszy oczy i serce.

Tata zawsze powtarza, że Niemcy są praktycznym narodem. Niemcy muszą tworzyć, budować, składać, konstruować, takie dyrdymały jak pisanie powieści należy zostawić zniewieściałym Francuzom lub głupawym Anglikom. To jest zajęcie w sam raz dla nich.

Ale ja myślę inaczej, choć nigdy bym tego nie powiedziała ani tacie, ani mamie, a tacie już za żadne skarby świata. Tata ciężko pracuje, byśmy mieli wszystko w domu, musi być z nas dumny, tylko tyle mogę mu dać i dam. Niemiecki tata jest zawsze dumny ze swojej niemieckiej córki!

Nazywam się Annelore Heike Stolzig, mam piętnaście lat, mieszkam w pięknym, niemieckim mieście położonym w Prusach Wschodnich, w Elbing. Urodziłam się w Elbing, mama, Marie Liese, też urodziła się w Elbing, jest gospodynią domową, tata przyjechał z samego Berlina, Adalbert Adolf, jest urzędnikiem, pracuje w fabryce Schichau w Elbing. Mówi o sobie, że jest Stellvertretender Direktor12, ale co to do końca znaczy, ja nie wiem. Wiedzie nam się dobrze, mieszkamy w pięknym mieszkaniu, które zajmuje całe pierwsze piętro naszej kamienicy i ma siedem pokoi, kuchnię, dwie łazienki i dwa WC, mamy balkon z widokiem na Junkerstrasse i mamy telefon. Jako jedyni w kamienicy. Często przychodzą do nas sąsiedzi, gdy chcą dokądś zadzwonić, ale tata się gniewa. To służbowy telefon – mówi. Nie jest do tego, by gadać przezeń byle co. Aparat stoi w gabinecie taty, na dużym biurku, jest czarny, matowy i ma taką śmieszną tarczę, którą się kręci. Jak się wykręci, na przykład 371, po drugiej stronie odzywa się moja przyjaciółka Grethe Marlene i możemy porozmawiać. Dziś na przykład rozmawiałyśmy o tym, że nasze miasto za kilka miesięcy będzie już w granicach Republiki Weimarskiej, nareszcie będziemy w pełni Niemcami, nie jakimiś nie wiadomo kim. Tata powtarza, że Elbing to niemieckie miasto, prastare niemieckie miasto i wara Polakom od niego. To nic, że Danzig13 pozostanie die freie Stadt14, Elbing był, jest i będzie pruski, zresztą tata powtarza, że Danzig może sobie być Wolnym Miastem, ale i tak będzie na wskroś niemiecki. Bo zawsze był niemiecki.

"Oszukano nas i zostawiono samych sobie" – powtarza tata, a ja mu wierzę.

Tata walczył w I Wojnie Światowej, był pod Verdun od pierwszego do ostatniego dnia, w sumie w okopach wojny przetrwał ponad dwa lata. Mówi, że stracił wtedy wszystkich przyjaciół, niektórych rozerwały granaty, inni zginęli w czasie ataku przebici francuskim bagnetem, jeszcze inni umarli w straszliwych męczarniach, gdy ci straszni Francuzi rzucili gaz.

"Pamiętaj – mówił tata – że ci, co mówią, że to Niemcy pierwsi użyli gazów, kłamią. To Anglicy i Francuzi, byłem tam i gdyby nie maska, nie przeżyłbym. Widziałem, jak nasze pozycje wypełniały się żółtozielonym, nisko ścielącym się świństwem, po którym większość kolegów już nie wstała, a ci, co nawet wstali, a nie zdążyli odpowiednio szybko założyć maski, umierali w potwornych męczarniach, nie wiesz nawet w jakich! Nikt, kto tam nie był, nie ma prawa (tata tu zawsze o mało nie krzyczał, starał się za wszelką cenę mówić spokojnie, ale ja widziałam, ile go to kosztuje, mój kochany tata) mówić nam, Niemcom, co jest dobre, a co złe! W imię naszych poległych towarzyszy. W imię moich przyjaciół ze szkoły, z XV Oberschule Berlin, razem się zaciągnęliśmy, razem przeszliśmy przez szkolenie (a pamiętaj, młoda damo, jak kapral kazał przez trzy godziny pełzać w błocie, to pełzaliśmy), z których później tylko ja przeżyłem. Tylko ja! Nie żyją Franz, Alois, Johann Duży, Johann Mały, Günther, żaden z nich nie miał szans, żaden. Zabili ich ci cholerni Żydzi, te Żabojady, ci Angole. Zabił ich gaz, bagnety i pociski z armat i ckm-ów. Umierali na moich rękach, do dziś..."

Tata w ogóle nie lubi Francuzów, Anglików, Żydów i Rosjan. Tata jest mądry, widział tamtą wojnę i cały czas powtarza, że mogliśmy ją my, Niemcy, wygrać. Żydzi wbili nam w plecy nóż, zdradziecko i tchórzliwie, Anglicy i Francuzi skorzystali i rozdrapali nasze kolonie, Sowieci o mało nie rozjechali nas jakąś straszną rewolucją, jakiś traktat okroił nam nasze pradawne niemieckie tereny, tak że trzeba było aż plebiscytu, żeby udowodnić, że na tych terenach, choćby w Elbing, żyją od prawieków Prusacy i ich potomkowie, Niemcy, więc nie zostało nam nic innego, jak poczekać. A my, Niemcy, umiemy czekać. Nasza niemiecka cierpliwość, nasza niemiecka duma, umiłowanie porządku i misja, jaką naszemu narodowi wyznaczyła historia, bo co do tego nie może być żadnych wątpliwości, nakazuje nam cierpliwie czekać i w odpowiednim momencie upomnieć się o swoje, o to, co nam w podstępny sposób zabrano, nie pytając o zgodę – mówił tata, a mama tylko kiwała głową. I tata ma rację, nie wolno nam zapomnieć, że po tej wojnie nas upokorzono, zdeptano, sprowadzono do roli marionetki, pociąganej za sznurki przez Francuzów i Anglików. Nie godzi się tak. Nie godzi...

Grethe wpadła dziś do mnie, chciałyśmy się razem uczyć, ale nic z tego nie wyszło. Nasza nauczycielka, Frau Marika, będzie miała jutro ciężki orzech do zgryzienia, co z nami zrobić. Nic nie rozumiem z tej matematyki. Nic. Ile bym się nie uczyła, ile bym nie czytała, nic nie wchodzi mi do głowy. Ja nie lubię się uczyć. Nie lubię mojej szkoły. Za dużo tam matematyki, za mało literatury. Za dużo przyrody, za mało rysunków. No i te języki. Po co komu greka? Po co komu francuski? Najważniejszy jest język niemiecki. Bo Niemcy są najważniejsi. Bo Niemcy są najważniejsze! Po co uczyć się o Angolach, Francuzach, Rosjanach czy Żydach? Po co uczyć się matematyki, umiem dodawać, odejmować, umiem ważyć i mierzyć, to wystarczy, nikt mnie w sklepie nie oszuka. Bardzo lubię moje przyjaciółki z Abteilung, z którymi możemy pójść nad Fluss Elbing, popatrzyć na Kaufhaus Lubinski czy na zawody wioślarskie, na Friedrich Wilhelm Platz, by usiąść na ławce i posłuchać, jak płynie woda z fontanny Balkena, czasem przysiąść na fontannie, by popatrzyć na przechodzące panie w pięknych sukniach, w kapeluszach i z parasolkami, a czasem na Fischerstrasse, tam jest taka piękna studnia, z figurą Neptuna, popatrzyć na ryby na straganach, posłuchać grubej przekupki, Frau Hedwig, która chwali się, że od ponad dziesięciu lat handluje rybami i wykształciła dwóch synów, jeden jest inżynierem i buduje kolej w Niemczech kontynentalnych, drugi jest Offizier in Regiment, stacjonującym na Königsberger Strasse15, stamtąd już niedaleko do Mark Tor16, z odciskiem łopaty Bäcker Helfer17, ale szkoły nie lubię.

"Kaiserin Auguste Victoria Schule18 w Elbing to dobra szkoła, moja panno, najlepsza w całym Bezirk – mówi tata. – Masz do niej tylko kilka kroków. Tak, moja panno, nie krzyw ust, to tylko dwadzieścia minut piechotą, przechodzisz Junkerstrasse, Neustädtische Stall Strasse19, Sturm Strasse20, Jakob Strasse21, Pestalozzi Strasse22 i jesteś na miejscu. To nasz niemiecki obowiązek, przejść się codziennie, by utrzymać właściwą kondycję fizyczną i zachować dobre zdrowie, tak potrzebne naszemu krajowi i narodowi. Jesteś szczęściarą, moja panno! Możesz być w domu i jednocześnie uczyć się w Lyzeum. Nam nie było tak łatwo, nas hartowały przeciwności. Mnie, młoda damo, rodzice oddali do szkoły z internatem, a tam nie było lekko, o nie, trzeba było pomagać w kuchni, palić w piecach, prać, sprzątać i jeszcze się uczyć. Ty masz łatwo, moja panno, mama upierze, ugotuje, tata zabierze do kina lub na herbatę i lody w kawiarni, nawet tej najlepszej, przy Alte Markt23, gdzie herbata i ciastko kosztują pięć Reichsmark, przecież to wyzysk i zdzierstwo, ale co tu mówić, gdy właścicielem jest Żyd? Myśmy tego nie mieli. Myśmy musieli, pomimo czesnego, zarobić na siebie, pomagając w internacie. Myśmy uczyli się dopiero po skończonych obowiązkach, najczęściej około ósmej wieczorem. Tedy, moja panno, zabieraj się za naukę i nie narzekaj, że ci ciężko. Nam wszystkim jest ciężko, ale Niemiec nie narzeka, Niemiec pracuje. Bo tylko praca daje dobrobyt. Popatrz na nas, na mnie i mamę! Popatrz i ucz się: do wszystkiego doszliśmy własną pracą. Ja na różnych posadach, ale najdłużej w Schichau-Werke GmbH24, u prawdziwego patrioty, Carla Ziese, choć dziś Żydostwo już się tam pleni i chce te wspaniałe zakłady sprzedać komuś za jakieś grosze tylko po to, żeby zbankrutowały i żebyśmy my, Niemcy, nie mieli pracy i chleba, mama – wychowując was i prowadząc dom. Tymi rękoma – tu tata pokazywał swoje duże i ciężkie dłonie, zakończone grubymi palcami z brzydkimi paznokciami – tymi dłońmi wydarliśmy życiu tę odrobinę, która się nam należy. Ale Niemiec nie poprzestaje na małym, Niemiec, ten prawdziwy, ten, którego tak bardzo bał się Francuz czy Anglik, ten, przed którym kiedyś będzie jeszcze pełzał żydowski płaz, stworzony jest do rzeczy wielkich, do przebudowy świata. Nasz naród dał światu całą rzeszę naukowców, artystów, myślicieli, wielkich dowódców, nikt tylu nie dał, żadna nacja, Francuziki się nie liczą, Makaroniarze się nie liczą, Angole – pusty śmiech, oni nawet Händla uznają za swojego, Händla, Prusaka przecież, Niemca z krwi i kości, liczą się Niemcy i tylko Niemcy. I naszym zadaniem jest to światu udowodnić. Pracą i posłuszeństwem władzy. Naszymi narodowymi cnotami".

Tata ciągle powtarzał, że obowiązkiem Niemca jest pracować i słuchać władzy. Tylko pracą i posłuszeństwem, tylko całkowitym oddaniem się sprawie niemieckiej można odbudować potęgę Niemiec, ich siłę gospodarczą i oddziaływanie polityczne. Nie bardzo rozumiem, co tata mówi, wczoraj czytał nam przy stole kawałki jakiegoś artykułu w "Elbinger Zeitung", bardzo się zresztą przy tym entuzjazmował. Powtarzał kilka razy, że tak właśnie jest, że oni mają rację, praca i posłuszeństwo wobec władzy, nie jednostka, a zastępy, nie indywidualizm, a praca zespołowa, da naszemu narodowi siłę. Że tylko pod takim warunkiem nasz naród się odrodzi i wtedy jego siłę poczują Francuzi i Polacy.

Tata zawsze za wzór Niemca, pracownika i patrioty stawiał Ferdinanda Schichau, którego popiersie stoi u niego w gabinecie, zaraz obok telefonu.

– Tu potrzeba wielkiej siły ducha, trzeba niemieckiego ducha – powtarzał nam, najczęściej przy niedzielnym obiedzie, gdy wszyscy siedzieliśmy przy stole, a mama nalewała zupę, Brühe mit Ei25, z kawałkami marchewki i zieloną pietruszką na wierzchu. – Trzeba niemieckiego uporu i pracy, by zaczynając od malutkiego zakładziku, naprawiającego maszyny parowe dojść do wielkiej fabryki, wielkich zakładów produkujących statki, lokomotywy i inne ogromne maszyny. Prawda, po wojnie zakłady podupadły, żydowskie zarządzanie w firmie, gdy zabrakło wielkiego Ferdinanda lub jego zięcia, Carla Heinza Ziese, musiało doprowadzić niemalże do jej katastrofy, ale o to przecież tej nacji chodzi, zniszczyć wszystko, co niemieckie, patriotyczne! O mało wtedy nie straciłem pracy, ale murem ujął się za mną mój szef, dyrektor, Niemiec z krwi i kości, bo Niemcy, ci prawdziwi, zawsze trzymają się razem. Nie na darmo ktoś w "Elbinger Zeitung" nazwał Ferdinanda Schichau "Krupp des Ostens"26, tak o nim mówiono w całych kontynentalnych Niemczech, w Berlinie, Hamburgu, Monachium czy Norymberdze! Wielki człowiek! – Tata zawsze w tym momencie wznosił oczy ku górze i przez chwilę milczał. – Wielki człowiek!

– Kto to słyszał – krzyczał któregoś dnia tata do telefonu, patrząc na leżącą obok aparatu złożoną we czworo i przeprasowaną przez mamę "Elbinger Zeitung" – żeby z porządnej fabryki, gdzie produkowano statki, okręty podwodne, lokomotywy, drabiny biurowe27 (tak mówił, ja nie wiem, co to jest...) zrobić manufakturę, gdzie produkuje się zamknięcia do butelek z piwem, jakieś miski czy stalowe bramy do ogrodów? Znowu Żydzi mącą, chcą przenieść zakłady do Wolnego Miasta Danzig, takie piękne zakłady! Czy pan to rozumie? Znowu ta żydowska sitwa próbuje nam, Niemcom, zabrać te resztki honoru, które nam pozostawili Francuzi i Anglicy. Ale, panie Ulrich, niemieckiej dumy nikt nie złamie, jeśli trzeba będzie, będziemy produkować nocniki, spluwaczki, mieszadła do szamb, cokolwiek, ale nasza firma, Schichau-Werke GmbH przetrwa. Proszę się nie martwić, my prawdziwi patrioci zaciśniemy zęby, przetrwamy złe czasy i odrodzimy się, jak Feniks z popiołów, naszą potęgą, naszą Macht28 jeszcze zdusimy tę plagę, oni na razie są górą, ale tylko na razie...

No tak, cały czas piszę o tacie, co to tata powiedział, co robił, gdzie był, ale jest przecież mama, najukochańsza mama. Marie Liese, urodziła się w Elbing, mieszkała tu do trzynastego roku życia, później w Cadinen29, piętnaście kilometrów stąd, daleko, trzy godziny jazdy powozem, gdzie w 1898 roku Cesarz Wilhelm II wybudował letnią rezydencję i gdzie mój dziadek, August Johann III, tata mamy, został zarządcą. Dziadkowie uważali, że poślubiając tatę, mama popełnia mezalians, dziadek nawet ponoć próbował użyć wszelkich wpływów, żeby im to uniemożliwić, ale moi rodzicie bardzo się kochali i postawili na swoim. Ja nie lubię dziadka, jest niemiły, krzyczy, zawsze tylko wydaje rozkazy, śmierdzi od niego tytoniem, ma pożółkłe zęby i wszędzie zostawia niedopałki i resztki z fajki, w szklankach, kieliszkach, talerzykach czy w kwiatkach. Tata, kiedy przyjeżdża dziadek, wychodzi z domu, zawsze wtedy mówi, że ma jakąś pilną pracę w biurze, ale my wiemy, że też nie lubi dziadka, że stara się go unikać, bo nie chce awantur. Tata jest dobrym człowiekiem, kiedyś długo próbował go uspokoić, gdy ów krzyczał, ale w końcu dał za wygraną, gdy dziadek, waląc pięścią w stół, wrzasnął:

– Wszystko mi zawdzięczasz. Wszystko. I tę pracę. Gówno byś miał, gdybym nie znał wiceprezesa Schichau-Werke GmbH, i to mieszkanie, na które pożyczyłem ci pieniądze, a do dziś nie oddałeś ani marki. A kto cię ratował, gdy w 1918 wróciłeś z tej, pożal się Boże, wojenki i nie miałeś złamanego Pfennig przy duszy, a rodzina wymagała, cały czas wymagała: jedzenia, ubrania, węgla, dzieci musiały chodzić do szkoły? Kto się nimi zajmował, gdy ty sobie wojowałeś? Teraz plujesz mi w twarz, bydlaku, ale wtedy łatwo się korzystało z moich pieniędzy, żeby – jak to nazwałeś – móc przeżyć przygodę życia.

– Jednak jesteś zdrowym sukinsynem, August Johann!

– Trzeci – dorzucił wściekłym głosem dziadek.

– Tak, August Johann Trzeci, zdrowy skurwysyn!

– Tak mnie nazywasz, bo utrzymywałem twoją rodzinę?

– I swoją też!

– Twoim obowiązkiem było na nich pracować!

– Była wojna.

– Mogłeś siedzieć w domu, jak się zaczęła, miałeś trzydzieści lat. Mówiłem ci, masz zostać, ale nie, ty chciałeś do swoich kumpli z tej niewydarzonej XV Oberschule w Berlinie. Kto to widział, żeby dorosły człowiek, trzydziestoletni, ojciec dwojga dzieci, zaciągał się do armii jak jakiś gówniarz?

– Była mo-bi-li-za-cja, nie rozumiesz?

– Nie rozumiem – ryknął dziadek pełnym już głosem. – Nie rozumiem! Nie rozumiem! Jedno moje słowo, pół słowa, a nawet nie tyle, a byłbym cię wyreklamował. A ty nie, nie będziesz korzystał z koneksji, nie, ty pójdziesz na tę swoją wojenkę. Przypomnieć ci, co mi mówiłeś?

– No, przypomnij, przypomnij!

– Wojna potrwa krótko, teściu, najpóźniej na Wielkanoc 1915 roku będę w domu. To tylko kilka miesięcy. To będzie łatwe, oni są słabi, to będzie zabawa, przygoda, szybki, krótki sztos...

– Czy to moja wina, że tak się działo, jak się działo? Że tamci bronili się, jakby oszaleli? Nic nam nie chcieli puścić, nic...

– Co ty bredzisz? Nie dość, że głupi, że nieudacznik, to jeszcze swoje bzdury rozsiewa na prawo i lewo, robiąc dzieciom wodę z mózgu! A co mieli zrobić? Co? Oddać wam swoje ziemie? Bo wam się tak zachciało?

– Wam?

– Tak, wam. Wszyscy dookoła wiedzieli, rodzina cesarska wiedziała, że ja nie akceptowałem tej wojny, uważając ją za przedwczesną i źle przygotowaną. Niemcy nie były nań gotowe, rozumiesz – cedził przez zęby, uderzając pięścią w otwartą rękę. – Opowiadał mi Carlheinz H. Ziese, mocno starszy już wtedy, ale jeszcze z fantastycznie jasnym i giętkim umysłem, że z jego punktu widzenia wojna wybuchła w najgorszym możliwym momencie: Schichau-Werke GmbH właśnie przygotowywały się na gruntowne przestawienie procesów produkcyjnych, na ich znaczne unowocześnienie, biura konstrukcyjne pracowały nad nowoczesnymi rozwiązaniami okrętów podwodnych, ale nie takich, jakie później masowo produkowano, nie, na deskach kreślarskich nie dość, że były te cuda techniki podwodnej, to jeszcze była lokomotywa, która rozmachem i przewidywanymi osiągami przewyższała wszystko, co widział świat! Ale kto by słuchał technokratów, kiedy sława mołojecka na wyciągnięcie ręki? Skończyło się tym, że w miejsce supernowoczesnych maszyn technolodzy musieli przestawić produkcję na ilość, na dużą liczbę znacznie gorszego sprzętu, na przestarzałe lokomotywy, statki czy turbiny parowe, całkiem dobre, bo sprawdzone, bo wyprodukowane w tysiącach, dziesiątkach tysięcy egzemplarzy, nieco jednak już przestarzałe, tamci mieli nowsze. Rozumiesz? Mieli nowsze, lepsze! No i jak się psuły – zostawiało się je na polu walki! Zostawiało! To mi się w głowie, pruskiej, nawykłej do dyscypliny i oszczędności starej pruskiej głowie, nie mieści!

– Wszystko ma swój czas i miejsce, nieudaczniku – kontynuował z pogardą dziadek, starannie zakładając czapkę. – Ta wojna nie miała szans. Ta wojna musiała być przegrana, a ty nie jesteś żadnym bohaterem, nie pobrzękuj medalami, wróciliście z podkulonymi ogonami, jak skopane psy. Dostaliście w dupę. Nie jesteście godni nazywać się Niemcami, Niemcy nie przegrywają wojen. Dostaliście straszne lanie od głupszego, słabszego przeciwnika, w dodatku nowocześniej wyposażonego. Co wyście myśleli? Że spacerkiem przejdziecie przez ziemie Belgów, Francuzów, Holendrów, Anglików, Serbów i Bośniaków? Że Anglia padnie przed wami na kolana i będzie błagać o litość?

– Tak, właśnie tak myśleliśmy – zaperzył się tata tak mocno, że aż solidnie pluł na prawo i lewo. – Mieliśmy pewność, że tak będzie, i było tak niedaleko! Wystarczyłoby, żeby się tylko trochę mniej zaciekle bronili, a Żydzi, ci zdrajcy, sprzedawczyki za srebrniki, podstawowy wróg narodu niemieckiego, którego nigdy tak naprawdę nie zneutralizowano, nie zadaliby nam ciosu nożem w plecy, a wygralibyśmy tę wojnę, a ty dziś buty byś mi pastował!

– Żartujesz. Nie, ty poważnie? Poważnie?? Posłuchaj: wojna, drogi zięciu, jest dla mężczyzn, nie dla chłopców. Banda gówniarzy, niemająca zielonego pojęcia o jej prowadzeniu, poszła sobie powalczyć, to i efekt musiał być taki, jaki jest. Żałosny. Rzygać się chce! Tylko my, stara pruska szlachta, wiemy, co to wojna. Tylko my, stara pruska szlachta, umiemy ją wygrać. Bez nas, bez naszej wiedzy i doświadczenia, będziecie tylko głupimi gówniarzami. Bo my, stara pruska szlachta, odmówiliśmy brania udziału w tej zabawie, wiedząc, że to jeszcze nie jest czas. Was zaczadzili jakimś pseudopatriotyzmem, jak można było się na takie Quatsch mit Sosse30 nabrać, nas mogli co najwyżej o tytoń do fajki poprosić, ale i tak dostaliby w ryj. Gdyby wtedy tępa saska generalicja, te półmózgi z czworaków, ci skończeni debile o mentalności kaprali pod dowództwem równie ograniczonego idioty Schlieffena, przyjęli do wiadomości, że wojna na dwa fronty jest z góry skazana na przegranie, że Niemcy nie są w stanie podjąć tak wielkiego wysiłku wojennego, że trzeba zawrzeć porozumienie z Rosją i znacznie przyspieszyć rozwój potencjału wojennego – wtedy wojnę z Żabojadami i Angolami wygralibyśmy śpiewająco, a ty nawet nie musiałbyś się z domu ruszać: w polu działaliby zawodowcy, prawdziwa armia – a nie jakieś tam pospolite ruszenie, mięso armatnie – wyszkolona i wyekwipowana tak, że żaden, powtarzam, żaden Żabojad czy Angol nie podniósłby nosa z błota, srałby pod siebie ze strachu i robiłby to, co mu pan Niemiec rozkaże. Dobrze, skoro nas się pomija i lekceważy, musimy to zaakceptować, pewnie wiecie lepiej, bo macie prawo wiedzieć lepiej, więc my damy wam prawo do realizacji, ale zawsze, bezwzględnie zapytamy o efekty! Proszę, pokaż mi, jakie są efekty awantury, w którą nas, prawdziwych patriotów, pruską szlachtę, wpędziliście? No, jakie, zięciu? Ja ci powiem: widać je jak na dłoni – dostaliście w dupę, tak, że to wy, nie oni, zesraliście się ze strachu! Ty sobie teraz udawaj bohatera, zasranego bohatera, bo przeżyłeś, fakt, to jest jakieś osiągnięcie, ale z piętnem hańby wypalonej żelazem na plecach. Przegraliście jak idioci, skapitulowaliście jak ostatni tchórze, jesteście nikim, bez honoru, bo gdybyście choć honor mieli, zginęlibyście na froncie, jesteście przegranymi obsrańcami, którzy mogą co najwyżej latryny czyścić, ale i tego bym wam nie zlecił, bo latryna to urządzenie przydatne, a wasza przydatność – tchórzy i bez honoru – jest żadna. Hańba i wstyd! Przez waszą nieodpowiedzialność, nieuctwo, wasze chore i zawszone fantazje o Wielkich Niemczech teraz my, pruska szlachta, będziemy musieli spłacić, reparacje nałożą nie na was, pożal się Boże, żołnierzy, a na nas, bo my produkujemy i sprzedajemy. Ale wy tego nie zrozumiecie. Wam się wojenki, sławy, zachciało, na nasz koszt, zięciu, na nasz koszt! I takie coś jest mężem mojej córki – warknął, splunął mu pod nogi, mocniej nacisnął czapkę na uszy, po czym wyszedł, trzasnąwszy najpierw obcasami, potem drzwiami".

Po chwili na drewnianych schodach klatki schodowej rozległy się równe odgłosy jego podkutych oficerek, z okna w kuchni widziałam, jak wsiada do powozu, ujmuje lejce i z gromkim: "Wio!" gwałtownie zacina konie, które ostro ruszają, wywołując na Neustädtische Grünstraße prawdziwą kanonadę strzałów z podkutych żelazem kopyt. Po chwili skręcił w lewo, w Junkerstrasse, omal nie wpadając na jadący prosto automobil, wiedziałam, że dalej pogna do końca Junkerstrasse, skręci w Wilhelmstrasse, przejedzie przez Wilhelmplatz, tam, gdzie stoi ta piękna fontanna z posągiem Hansa Balkena, gdzie nie wolno jeździć zaprzęgom konnym, ale on ma jakąś specjalną przepustkę, przejedzie koło poczty, koło mojej szkoły, dalej Leichnam i Kastanien Allee, wyjedzie z miasta i mocniej zacinając ostro oba piękne konie, dojedzie do Cadinen, do babci Margaret Hedwig, do wszystkich psów i kotów, których nie wolno mi trzymać w domu.

Dziadek nie jest dobrym człowiekiem, dziadek nie rozumie taty, dziadek naśmiewa się z taty, każda jego wizyta powoduje, że tata zamyka się w swoim pokoju, tym z balkonem od Junkerstrasse, i długo, długo nie pozwala nikomu wchodzić, czasem dwa, a nawet trzy dni. Wtedy nagle milknie telefon, nikt nie dzwoni, nie przyjeżdża kurier z Schichau-Werke GmbH, mama tylko zostawia tacie jedzenie w sekretariacie – tak nazywamy nieduży pokój, połączony z gabinetem taty drzwiami, do którego można wejść z korytarza, ale nam, znaczy Hansowi Jürgenowi i mnie, nie wolno. Zresztą, sekretariat zawsze zamknięty jest na klucz, który ma tylko mama, nawet służąca, która pomaga mamie sprzątać i która przecież odkurza nasze sypialnie, wynosi nocniki, zbiera brudne majtki mamy czy moje, szczególnie po "tych" dniach, bo ja już też "te" dni mam, od trzech lat, służąca, która układa nasze rzeczy w szafach, ma zakaz wchodzenia do sekretariatu.

Tata wtedy, po tamtej strasznej, ciężkiej awanturze z dziadkiem wyszedł ze swojego pokoju dopiero po dwóch dniach, był zarośnięty, brudny, miał podkrążone oczy, ten jeden raz wtedy udało mi się go w takim stanie zobaczyć, nie poszłam do szkoły, bo byłam chora, siedziałam z mamą w kuchni i piłam gorącą czekoladę na wzmocnienie, słaniał się na nogach, miał na sobie jakieś brudne spodnie z mokrą plamą i równie brudną, wygniecioną koszulę, brzydko pachniał, zmierzał do WC, gdzie zapadł na dłuższy czas. Mama, zobaczywszy go w takim stanie, korzystając z dobroci piecyka gazowego, nagrzała wielki gar wody i uginając się pod jego ciężarem, wlała wrzątek z pluskiem do emaliowanej wanny na czterech lwich nogach. Tata przesunął się po ścianie jak chory człowiek, wszedł do łazienki, słychać było, jak odkręca kran z zimną wodą, jak sprawdza, czy jest wystarczająco dobra, żeby mógł się zanurzyć, jak wchodzi i jak głośno i przeciągle wzdycha. Mama w tym czasie weszła do niego, a po chwili usłyszałam, jak mówi:

– I znowu piłeś dwa dni...

– Nienawidzę go – powiedział po chwili pluskania tata przygaszonym, matowym głosem – Nienawidzę go ze wszystkich sił. Ja się z nim jeszcze policzę. Kiedyś mu się odwdzięczę. Z nawiązką. Nie zostanie między nami nawet drobinka, nawet źdźbło. Wszystko mu oddam. Do ostatniego Pfennig. Zobaczysz!

– Zobaczę. Pewnie, że zobaczę. Ale na razie nie pij!

– Jak nie mam pić? Z bohatera robi nieudacznika. Oni, pruska szlachta, sól tej ziemi. – Powiedział to z przekąsem. – Nie, to oni są gównem, nie my. A nawet nie gównem, obornik służy do nawożenia, dzięki czemu ziemia daje lepszy plon, oni są śmierdzącą padliną, którą zakopuje się po to, by nie psuła powietrza. My byliśmy bohaterami. My wytrzymaliśmy tysiące nawał artylerii, ataków na bagnety, wrzucanych do okopów granatów, gaz bojowy, śmierć kolegów, najlepszych, sprawdzonych, z których każdy by za ciebie życie oddał. I najgorsze też wytrzymaliśmy: Stille Nacht, Heilige Nacht śpiewane przez wszystkich prócz naszych najbliższych, naszych rodzin. Rodziną był przyjaciel w okopie, ale prawdziwa rodzina, najbliższa, była gdzieś, nie wiadomo gdzie. Nie wiedzieliśmy, czy żyjecie. Nie wiedzieliśmy nawet, czy ktokolwiek w Niemczech żyje. Nie mieliśmy żadnych informacji, listy do nas trafiały po roku albo i dłużej, były tak ocenzurowane, że nic, kompletnie nic z nich nie wynikało. Czasem któryś z nas wyjeżdżał na przepustkę, wtedy przywoził wiadomości, ale i tak musiał uważać, z kim rozmawia, Feldgendarmerie, jak złapała na przekazywaniu wieści z kraju, stawiała przed sądem wojennym, a tam tylko jeden wyrok: erschiessen31! Twój ojciec nie siedział ciągnących się w nieskończoność miesięcy pod Verdun, nie przeżył kilkudziesięciu ataków gazem bojowym. Nie był nawet ranny, a poucza mnie, jak należy prowadzić wojnę!

– Tak, przegraliśmy tę wojnę – mówił tata do mamy, gdy oparty o jej ramię wyszedł z łazienki, opatulony grubym, mięciutkim, śnieżnobiałym szlafrokiem – ale ja nie czuję się przegrany, nie! Zostałem dwukrotnie odznaczony Krzyżem Żelaznym, najpierw II, później I klasy, mam Srebrną Odznakę za Rany, szedłem zawsze tam, gdzie inni nie dawali rady, a ten pruski debil, ten zupak, ten prymityw, ten hreczkosiej, głupszy od szpadla, którym wczoraj skopałem ogródek pod domem, będzie mi mówił o bohaterstwie, o obowiązku patriotycznym wobec ojczyzny, o zasadach prowadzenia wojny? On, który całą wojnę przesiedział jak szczur w wygodnym majątku w Cadinen, pierdząc pod siebie i srając do złotego kibla, gdy my w tym czasie często przez trzy dni nie mieliśmy co do ust włożyć, o ciepłej strawie zapominaliśmy nawet na tydzień lub dwa? Gdy on woził dupę bryczką na wygodnym koźle, w wyprasowanych na kant bryczesach, moje spodnie po ataku dyzenterii przykleiły mi się gównem do pośladków, oderwano mi je później w lazarecie z dużymi kawałami skóry. On nie wie, jak boli poraniona dupa, jaki to jest koszmarny, rwący ból, on nie wie, jak to jest, jak nie ma już czym ani srać, ani rzygać...

Więcej nie słyszałam, bo mama zaciągnęła tatę do drugiej części naszego mieszkania, do części sypialnej, gdzie każde z nas miało swój pokój i gdzie były jeszcze jedna łazienka i WC, ale łazienka nie była w zasadzie używana do mycia się, nawet dwa lata temu dwóch ludzi wyniosło stamtąd wannę, tam mama trzymała zapasy kompotów, dżemów, ogórków, kapusty kiszonej, kartofli, grzybów marynowanych, sałatek, pikli, jabłek, gruszek, suszonych owoców. Pod powałą na hakach wisiały nasze niemieckie Mettenwurst32, tak twarde, że dawały się kroić na cieniutkie plasterki, Schinken, które mama wędziła w miejskiej rzeźni, nie uznając tego, co było w Fleichwaren na końcu Junkerstrasse, wędzony Schpeck, obrośnięte pleśnią salami, w koszyku na półce spoczywało zawsze kilka Bockwurst33, twierdziła, że to nie jest szlachetne jedzenie, ale Hans Jürgen bardzo je lubił. W beczce w kącie leżało zasolone mięso, z którego mama robiła wspaniałe Schweinkotelett34. Tata mówił, że tamta łazienka idealnie nadaje się na Speisekammer35, jest ciemna i zimna, a przy okazji przewiewna. Oni w czasie wojny tak kopali ziemianki, żeby takie jedno pomieszczenie, na samym końcu, było, żeby mogli tam trzymać zapasy, bo nigdy nie było wiadomo, kiedy ci z tyłów im dostarczą cokolwiek, z czego najpierw połowę, lub więcej, sami rozkradną. Tam też zawsze mieli kilka wiązek drewna do gotowania, ale najczęściej nie wolno im było tego robić, podobno ci podli Francuzi lub Angole, jak widzieli palący się ogień, natychmiast kierowali tam ogień z dział.

Nigdy wcześniej nie słyszałam, żeby tata używał tak brzydkich słow. Nigdy później już też nie. Auskotzen, scheissen, Arsch, Arschloch, Scheisse36 – aż się czerwienię, jak sobie je przypomnę. Mój tata. Ten wspaniały, kochany tata, który nauczył mnie kochać Niemcy, który tak zawsze precyzyjnie tłumaczył mi, czemu Niemcy są narodem wybranym; mój tata, dzięki któremu zaczęłam rozumieć, że cały świat się na nas, Niemców, uwziął, a szczególnie Żydzi, nie powinien używać takich brzydkich słów. Przecież zawsze mi mówił, że Niemiec nie robi z buzi śmietnika, Niemiec wyraża się ściśle i dokładnie, tak jak pracuje i tak jak układa swoje relacje z władzą. Precyzyjnie i dokładnie. Zapytałam go, czemu wtedy tak nieładnie mówił, ale skrzywił się tylko i powiedział mi:

– Młoda damo, prawdziwa Niemka, taka z krwi i kości, nie zna takich słów, więc takich słów nie rozumie. Jeśli ty je rozumiesz, a z twojej miny wnioskuję, że tak jest, oznacza to, że je znasz, a więc nie jesteś prawdziwą Niemką. Przyjmij to do wiadomości, moja córko!

Całą noc przepłakałam, wstałam napuchnięta, miałam czerwony nos, czerwone od płaczu oczy i trzęsły mi się ręce. Nie jestem prawdziwą Niemką, nie jestem członkiem, składnikiem narodu wybranego, nie należę do tych najlepszych, tych, co mają specjalną misję do spełnienia. To kimże jestem? Jakimś podludziem, Żydem, Angolem, Francuzem? Mówię po niemiecku, myślę po niemiecku, mój tata jest Niemcem, mama jest Niemką, brat jest Niemcem, a ja? Kim JA jestem? Żydem? Chałaciarzem, co raz w miesiącu przyjeżdżał pod blok, stawał na Neustädtische Grünstraße i przeciągłym głosem wołał:

– Garnki lutuję! Szmaty skupuję! Noże ostrzę!

A może jestem Polakiem? Taką Frau o nazwisku trudnym do wymówienia Kschychinska, która prowadzi magiel na Mühle Strasse37, taki prawdziwy, z korbą, którą się kręci i wychodzi taka gładka pościel, jaką mama bardzo lubi? Nie, ona nie wygląda jak ja, ma szarą sukienkę z podłej wełny i biały fartuch.

A może Francuzem, Angolem? Nie znam żadnego Francuza, sama ta nazwa: "Francuz" brzmi pretensjonalnie i podejrzanie, a Angol – tego się w ogóle wypowiedzieć nie da, jakieś głupie, głupie słowo! I ja mam taką być? Przecież wszystkie przyjaciółki będą mnie palcami pokazywać: patrzcie, to idzie ta Polka, Francuzka, Angolka, Żydówka! To nie jest Niemka!

Na samą taką myśl znów napłynęły mi łzy do oczu. Mama, widząc mnie taką markotną, chyba się czegoś domyśliła, bo w czasie śniadania w dużym pokoju, tym obok balkonu, gdy tata już wyszedł do pracy, gdy słychać już było turkot dorożki wiozącej go do biura, zapytała mnie, czemu płakałam. Nie chciałam powiedzieć, było mi strasznie wstyd, że zawiodłam tatę, że nie jestem prawdziwą niemiecką dziewczyną, która zawsze jest pociechą dla swoich Vati und Mutti, która kocha pracę, ciężką pracę, dla której światłem i drogowskazem jest trzy razy K: Kinder, Küche und Kirche (nawet jestem gotowa zaakceptować te dzieci), ale w końcu, gdy mama zrobiła mi czekoladę, rozpłakałam się znowu, czego nie wolno mi było zrobić, bo niemiecka Mädel jest twarda, pracuje i zawsze wierzy władzy, ale jakoś tak samo z oczu poleciało i opowiedziałam jej o wszystkim. Mama wtedy po chwili namysłu tak zaczęła:

– Zgrzeszyłaś, Annelore Heike, ciężko zgrzeszyłaś wobec taty i mamy, ale Bóg miłosierny wybacza wszystkim grzesznikom. A jeśli Bóg ci wybaczy, to i my, tata i mama, małe obrazy na jego podobieństwo, grzeszne i ułomne, będziemy musieli ci wybaczyć. Potrzeba tylko twojego mocnego postanowienia poprawy, spowiedzi i zadośćuczynienia. Nie wolno ci było usłyszeć tych słów, trzeba było natychmiast zakryć uszy rękoma i uciec tam, gdzie nie byłoby ich słychać, ale ty, z tą twoją niezdrową ciekawością, nie wypełniłaś podstawowego obowiązku niemieckiej Mädel, obowiązku najpoważniejszego, najważniejszego, obowiązku, który osobiście nałożył na nas sam Pan Bóg – posłuszeństwa. Byłaś nieposłuszna i dlatego Bóg cię ukarał. Ale to jeszcze nie koniec kary boskiej – dodała po chwili, krojąc mi kawałek Sandkuchen38 i nakładając na nią odrobinę Erdbeerenkonfitür39, tej, którą robiłyśmy w ubiegłym roku latem, długo mieszając drewnianą chochlą w miedzianym kociołku, by się nie przypaliła. – Myślę, że powinnaś się spodziewać jeszcze większej kary, cięższych wyrzutów sumienia, a być może, kto wie, jeszcze czegoś gorszego. Bóg bardzo nie lubi niepokornych i nieposłusznych, karze ich w najcięższy sposób.

– Mamo, ja nie chciałam, tak jakoś samo się to zrobiło. Jak mogę to naprawić? – Znów zaczęłam się bardzo bać. To, że nie jestem idealną Niemką, jakoś sobie już w nocy w głowie poukładałam, najwyżej nie będę miała cudownych sukienek z delikatnej tafty koloru nieba lub eterycznej, majowej zieleni, jedwabnych, błyszczących haleczek, cieniutkich jak mgiełka pończoszek, bucików z miękkiej, safianowej skórki, fryzury od najlepszego Damenfriseur przy Innere Mühlendamm40, tego, u którego w witrynie stoi ta zachwycająco modna peruka, blond, z tysiącem loczków, nie będę przechadzać się po Der Alte Markt albo Heiliger Geist Strasse41 z parasolką w ręku i z tatą pod łokieć jak te wszystkie prawdziwe Niemki, piękne i tak cudownie roześmiane. Będę praczką, pomywaczką lub służącą, będę miała czerwone ręce, będę gruba i brzydka, z kokiem na głowie i białym, brudnym fartuchem na grubej, ciężkiej, szarej sukience z taniej wełny. Trudno. Ale żebym miała stracić zbawienie wieczne, bo chyba o tym mama mówiła...

– Nie widzę innego wyjścia, jak natychmiast zapomnieć te brzydkie słowa. Chcesz jeszcze kawałek? Dobrze. – Znów ukroiła mi kawałek swojej wspaniałej babki, którą piekła wyłącznie w piecu węglowym, bo tylko on dobrze trzymał ciepło, przez co ciasto dochodziło równo i się nie przypalało lub (o zgrozo!) nie robił się zakalec. – Wyrzucić je ze swojej głowy, wymazać i nigdy nie myśleć, nie przypominać sobie, że je kiedykolwiek słyszałaś.

– Ale przecież tata...

– Dziecko, jesteś już duża, niedługo trzeba będzie ci pomyśleć o mężu. Wbij sobie do głowy raz na zawsze prostą, oczywistą prawdę: niemiecka kobieta jest pracowita i posłuszna, niemiecka kobieta wyznaje trzy razy K, niemiecka kobieta słucha swojego męża, ale niemiecka kobieta nie słyszy takich brzydkich słów. Rozumiesz? Tata nic takiego nie mówił!

– Ale ja słyszałam!

– Annelore Heike! – Oj, niedobrze, mama tak do mnie odzywała się niesłychanie rzadko, tylko wtedy, gdy albo coś mocno przeskrobałam, jak wtedy, kiedy omal nie spaliłam całego domu, albo jeśli chciała powiedzieć mi coś absolutnie ważnego. – Ja ci powtarzam: jest ustanowione w Piśmie Świętym, że kobieta jest częścią swojego mężczyzny, a oznacza to, że panem jest mężczyzna, a my, kobiety, a kobiety niemieckie szczególnie, jesteśmy jemu poddane. A oznacza to również, że poddany nie widzi i nie słyszy tego, czego widzieć i słyszeć nie powinien. Ty, będąc młodą damą, czyli będąc poddaną taty, tak długo, aż nie przejmie cię z jego rąk twój prawowicie zaślubiony mąż, nie mogłaś nic słyszeć, rozumiesz?

Zrozumiałam. Nawet jeśli tata coś powiedział, ja nie słyszałam. Mama chyba dostrzegła, że to dotarło do mnie, bo powiedziała:

– No to jak, córciu, słyszałaś coś?

– Nic nie słyszałam, mamo.

– A jakich wyrazów nie słyszałaś?

– Scheisse, scheissen, Arsch, Arschloch, auskotzen...

– Córciu!

Zaczerwieniłam się. Mama miała rację. Skoro ich nie znałam, to skąd nagle umiałam je jednym tchem wymienić? Natychmiast się poprawiłam:

– Żadnych, które są nieprzyzwoite.

– A które są nieprzyzwoite?

– Nie wiem, mamo!

– Teraz dobrze, córciu. Teraz bardzo dobrze! Skończ ciasto i zmykaj do szkoły. No co jeszcze, Annelore?

– Mamo, a czy ja będę mogła kiedyś zostać idealną Niemką?

– Myślę, że jesteś na dobrej drodze! – Moja kochana mama, tak zwykle lapidarna i lakoniczna w słowach.

– Będę mogła chodzić w pięknej sukience i cieniutkich pończoszkach, z parasolką w ręku po Alte Markt Strasse, jak ty i tata, czasem w niedzielę, po mszy w Marien Kirche?

– Myślę, że tak. A może nawet wcześniej? Może nawet w tę niedzielę...

– Mamo?

– Tak, Annelore?

– W tę niedzielę?

– Tak, właśnie! Jesteś już duża, kochanie! Ale nie pytaj mnie więcej, młoda damo. Powściągliwość to również cecha dobrej niemieckiej Mädel. Pamiętaj, że dziś byłaś blisko zniszczenia tego, co ciężką i mozolną pracą udało nam się z tatą w tobie zaszczepić. Powściągnij ciekawość, poczekaj do soboty, wszystko się wyjaśni.

Pobiegłam do szkoły. Park przy Innere Mühlendamm był dziś taki piękny, świeciło słońce, śpiewały ptaki, ziemia polana nocnym deszczem pachniała oszałamiająco, na rabatach pyszniły się różnokolorowe kwiaty, na ławkach już siedzieli emeryci, którzy sypali gromadce wróbli i gołębi (ale zbieg okoliczności, taka króciutka uliczka przy parku nazywa się Tauben42 Strasse, Tauben am Tauben, wykorzystam to kiedyś, jak już będę pisarką, ale niemiecka Frau nie może być pisarką, to nieprzystojne, dziś bardzo nieprzystojne, ale może jutro będzie jakoś mniej nieprzystojne, może kiedyś uda mi się przekonać tatę) ziarna z papierowych, szarych torebek z napisem w kółku: Korn vom Altfelde Mühle. Die beste Qualität!43 Ciemne ławki mocno odcinały się na tle betonowego placu i jasnych pergoli, po których już powoli wspinały się jakieś pnącza, zielone, soczyste i radosne.

10 Kinder, Küche und Kirche (niem.) – dzieci, kuchnia i kościół.

11 Zimt i Gewürznelken (niem.) – cynamon i goździki.

12 Stellvertretender Direktor (niem.) – zastępca dyrektora.

13 Danzig (niem.) – Gdańsk.

14 Die freie Stadt (niem.) – wolne miasto.

15 Kiedyś ulica Armii Czerwonej, obecnie Królewiecka.

16 Brama Targowa.

17 Piekarczyk, obecnie symbol Elbląga.

18 Obecnie I LO.

19 Nieistniejąca dziś, jej fragmentem jest ul. Mączna.

20 Obecnie ulica Chmurna.

21 Nie istnieje dziś.

22 Pestalozziego, ale miała wtedy inny przebieg.

23 Stary Rynek.

24 Po wojnie Zamech, obecnie bodajże ABB.

25 Brühe mit Ei (niem.) – rosół z żółtkiem, niemiecki przysmak.

26 Krupp Wschodu.

27 Prawdopodobnie chodziło o turbiny parowe, Annelore źle usłyszała i nie zrozumiała.

28 Macht (niem.) – moc.

29 Cadinen (niem.) – Kadyny.

30 Quatsch mit Sosse (niem. przen.) – brednie, bzdury.

31 Erschiessen (niem.) – rozstrzelać.

32 Mettenwurst (niem.) – metka, kiełbasa.

33 Bockwurst (niem.) – parówki.

34 Schweinkotelett (niem.) – kotlet wieprzowy.

35 Speisekammer (niem.) – spiżarnia.

36 Auskotzen, scheissen, Arsch, Arschloch, Scheisse (niem.) – wyrzygać, srać, dupa, dupek, gówno.

37 Ulica Mączna.

38 Sandkuchen (niem.) – babka piaskowa.

39 Erdbeerenkonfitür (niem.) – konfitury z truskawek.

40 Później Adolf Hitler Strasse, obecnie 1 Maja.

41 Ulica Świętego Ducha.

42 Tauben (niem.) – gołąb.

43 Korn vom Altfelde Mühle. Die beste Qualität! (niem.) – Ziarno z młyna ze Starego Pola. Najlepsza jakość!