Rozdział I - Znalezisko
Dron latający nad dzielnicą Fuencarral-El Pardo bezrefleksyjnie rejestrował codzienny popołudniowy cel podróży sporej części madryckiej klasy średniej. Były tam elementy miejskiej i podmiejskiej przyrody: sosny i palmy, dzikie gaje oliwne, przydrożne oleandry, wymarzone domki na przedmieściu, biurowiec Telefónica de Espana, budynek w kształcie gigantycznego, nieforemnego paznokcia, idealnie gładkie drogi i kamieniste ścieżki, osiedla jak przedszkolne wersje projektów Gaudiego i nielegalne wysypisko Valdemingómez - śmietnik europejskiej metropolii.
Cyfrowe oko maszyny, bezduszne i obiektywne, widziało we wszystkim podobną wartość. Zarejestrowało też dwie postacie, poruszające się z trudem, po niepewnym gruncie vertedero1. Brnęły ociężale, dźwigając w spłowiałych torbach cały swój majątek. Usadowiły się w końcu na podartej, turkusowej sofie. Z przepastnych głębin sponiewieranej birkin2 kobieta wyciągnęła plastry, nożyczki i środki do odkażania. Ostrożnie oczyszczała liczne zadrapania i skaleczenia na twarzy towarzysza.
- Byłabyś bardzo dobrą pielęgniarką, Marisa. Skąd masz te wszystkie akcesoria? Jesteś gotowa na każdą ewentualność.
- Dzięki, Felipe. Znowu mnie uratowałeś. Który to już raz? Ten drab mnie sobie chyba przypomniał z czasów, gdy zarabiałam na ulicy. Ale to już koniec, nie wrócę do tego. Poza tym nigdy cię tak naprawdę nie zdradziłam. Znaczy - dla romansu. Tylko zarabiałam.
- No co ty? Nigdy o tym tak nie myślałem. Czyli kochasz mnie?
- Tylko ciebie kochałam. Nikogo innego nie było.
- No to spróbujmy od nowa. Żadnych obciążeń. Zapominamy. Chyba umiesz?
- Pewnie! Od jakiegoś czasu całkiem nieźle mi to wychodzi. Każdy dzień ma dosyć swoich kłopotów, pamiętasz? Adam o tym mówił ostatnio. Po co mam jeszcze myśleć o czymś, co się skończyło. No to raz, dwa, trzy, zapominamy! Ahoj, nowa przygodo!
Wśród wymieszanych resztek ludzkiej konsumpcji dla dwojga wyrzutków zabłysła nowa nadzieja, niezmienna jak słońce.
- Marisa, słyszysz to? Jakby ktoś jęczał. W duchy nie wierzę, chodź, sprawdzimy. Facet jakiś chyba.
Zza sterty odpadów rozległ się odgłos ludzkiego jęku.
- To gdzieś tam, widzisz tamtą stertę? Ja nie mogę, ależ pobity! Już jakiś czas tu jest, trochę nawet przywalony śmieciami.
Felipe i Marisa przyklęknęli obok leżącego, silnie zbudowanego mężczyzny.
- Se?or! Co się stało? Albo nieprzytomny, albo na prochach. Porachunki jakieś musiał mieć. Patrz, krew! Se?or, jak się pan nazywa?
Ranny nie odpowiadał, nie reagował. Twarz miał całą opuchniętą i posiniaczoną. Z trudem poruszał rękami, próbując zgarnąć z siebie śmieci. Absolutnie nie przypominał pierwotnej wersji siebie, jakakolwiek by była.
- Trzeba go jakoś wysłać do szpitala. Szybko, leć na dół, znajdź kogoś i dzwoń po karetkę!
Marisa znów wyciągnęła apteczkę.
1 vertedero (hiszp.) - wysypisko
2 birkin - ekskluzywna marka toreb damskich