Rozdział 3.
Sześć dni później. Gdzieś w Michigan
Serce Rowan biło szybko. Szew w boku drapał ją niemiłosiernie, a płuca aż paliły z wysiłku.
Ruszyła w stronę gęstego sosnowego lasu z nadzieją, że udało się ich zgubić. Jeśli nie, to drzewa i zapadająca noc powinny utrudnić jej dostrzeżenie.
Zrzuciła plecak i zgięta wpół próbowała złapać oddech. Cholera, całe to bieganie naprawdę potrafi wyczerpać. Szczególnie jeśli stawką jest życie. A Ro miała niemal pewność, że tak właśnie było w tym przypadku. Rozglądała się uważnie, wypatrując jakichkolwiek oznak ruchu, gotowa w każdej chwili chwycić plecak i ponownie rzucić się do ucieczki, ale widziała jedynie niewyraźne kontury drzew. Łatwo zapomnieć, jak szybko w lesie zapada zmrok. Wytężała słuch, ale do jej uszu nie docierało nic poza typowymi odgłosami przyrody kładącej się do snu. Cóż, ona z pewnością nie będzie dziś spać.
Wydarzenia ostatniej godziny, podobnie jak ostatnich sześciu dni, były surrealistyczne.
Unikanie w drodze do domu miast i ludzi wydawało się najlepszym wyborem z krótkiej listy gównianych alternatyw. Trzymała się więc z dala od dróg, a każdego wieczora odchodziła od traktów i skupisk ludzkich jeszcze dalej, by móc bezpiecznie rozbić prowizoryczny obóz. Sen z jednym otwartym okiem był piekłem dla cyklu REM. Wyczerpanie zdawało się podwajać ciężar plecaka i sprawiać, że każdy kolejny kilometr zdawał się dłuższy od poprzedniego.
Ten wieczór zaczął się tak samo jak sześć poprzednich - Rowan maszerowała tak długo, aż chciało jej się płakać na myśl o zrobieniu kolejnego kroku, i dopiero wtedy zaczęła rozważać swoje opcje na noc. Już od kilku dni przemierzała stan Michigan i coraz rzadziej mijała jakieś zabudowania. Z jej obliczeń wynikało, że od domu dzieli ją jeszcze kilka dni drogi, o ile uda jej się utrzymać dotychczasowe tempo. A nie było to takie pewne. Rozkojarzona myślami o domu Ro zapuściła się w las głębiej, niż planowała.
I wtedy usłyszała krzyk. Nie był to krzyk typu: "Pomocy, jestem damą w opałach", lecz raczej dzikie i rozpaczliwe wycie, w którym słychać było pierwotny strach człowieka osaczonego jak zwierzę. Krzyk, który brzmiał, jakby ktoś walczył o życie... lub już umierał. Krzyk, od którego każda rozsądna kobieta, zdana tylko na siebie i w szóstym dniu czegoś, co mogło być prawdziwą apokalipsą, uciekałaby, gdzie pieprz rośnie. Biegłaby od niego, a nie w jego kierunku.
Problem w tym, że w krzyku... nawet jeśli było to całkowicie nieracjonalne... Ro usłyszała coś, co przywiodło jej na myśl siostrę. I kiedy drugi krzyk przeszył ciszę lasu o zachodzie słońca, Ro nie mogła się powstrzymać, by nie ruszyć ukradkiem w kierunku źródła tego dźwięku. Skradała się tak długo, aż zauważyła coś, co okazało się obozowiskiem w środku lasu. Cztery przyczepy kempingowe, tak zardzewiałe, że nie sposób określić, jakiego koloru mogły być w latach swojej świetności, ustawiono w czworobok. Większość okien była zabita deskami, a do jednej z przyczep dobudowano daszek, który osłaniał coś na kształt prowizorycznego warsztatu. Wzdłuż przyczepy i "warsztatu" biegł długi stos starannie ułożonego drewna opałowego. Ro przycupnęła za tą osłoną i ostrożnie wychyliła głowę. Na stelażach wisiały rzędy rozciągniętych skór zwierząt, a świeże tusze leżały na stole warsztatowym, czekając na rozebranie. Muchy brzęczały wokół krwi, która zebrała się na blacie. Oczy martwej łani wpatrywały się szkliście w Rowan. I wtedy zobaczyła ją.
Adrenalina, która wysłała Ro w stronę niebezpieczeństwa, wyparowała w jednej nanosekundzie, pozostawiając po sobie dreszcze przerażenia.
W drzwiach przyczepy stojącej dokładnie naprzeciwko Ro pojawił się mężczyzna z tłustymi, siwymi i rudymi pasmami włosów oraz krzaczastą brodą, ciągnący za sobą kobietę. Szarpnięciem za włosy poderwał ją na kolana. Brzuch faceta zwisał nad paskiem ciemnych spodni, a wyblakła czerwona flanelowa koszula w kratę rozdzieliła się między guzikami, aby pomieścić masę jego kołduna. Drzwi moskitiery trzasnęły z hukiem i na zewnątrz pojawiło się jeszcze dwóch mężczyzn. Jeden z nich ściskał obiema rękami krocze, kierując się w stronę rudowłosego mężczyzny i rozhisteryzowanej kobiety, która w obronie próbowała złapać rękę wplątaną w jej ciemnoblond włosy.
- Posłuchaj mnie, ty głupia cipo - powiedział rudzielec, wyciągając nóż z zawieszonej przy pasku pochwy. Kolejnym szarpnięciem za włosy odchylił jej głowę do tyłu i przyłożył ostrze do gardła. Kobieta przestała się szamotać. - Wypatroszę cię jak pieprzoną świnię, jeśli wydasz z siebie jeszcze choć jeden dźwięk.
Jej krzyki przeszły w ciche skomlenie i jęki.
- Pieprzyć to, tato. Daj, ja ją zajebię! O mało nie odgryzła mi kutasa! - ryknął ten trzymający się za krocze. Ro aż się skrzywiła. W głosie faceta słychać było prawdziwą groźbę. Mężczyzna stojący za nim odsunął go na bok.
- Ta pieprzona pizda nie jest warta jedzenia, które musimy jej dawać, żeby utrzymać ją przy życiu. Skończmy z nią i znajdźmy sobie jakąś bardziej... chętną do współpracy sukę. - Splunął tytoniową plwociną na klęczącą kobietę.
Wyglądała żałośnie - brązowy, gęsty płyn ściekał jej po policzku, ubranie miała podarte, a oczy dzikie i przerażone. Uczucie bezradności, które męczyło Ro od momentu upadku samolotu, w tej chwili uległo gwałtownemu zwielokrotnieniu. Och, jak bardzo chciałaby mieć teraz karabin. Albo granatnik. A najlepiej całego Black Hawka. Cokolwiek, co pozwoliłoby jej wyeliminować tych obleśnych facetów i zmazać ich z powierzchni planety.
Rudowłosy pochylił się nad kobietą i zaczął coś mówić. Ro, nie mogąc go dobrze usłyszeć, podpełzła bliżej w stronę daszku przykrywającego warsztat. Zła decyzja. Pasek jej plecaka zaczepił o drewienko przygotowane na rozpałkę i wywołał małą lawinę. Wszyscy trzej natychmiast odwrócili głowy. Ich źrenice gwałtownie się rozszerzyły. Grubas puścił włosy kobiety, a ta momentalnie osunęła się na ziemię.
- Łapać ją!
Ro rzuciła się do ucieczki, odmawiając w duchu krótką modlitwę za nieszczęsną kobietę. Nie będę mogła jej pomóc, jeśli sama zginę. Obiecała sobie w myślach, że jeszcze znajdzie jakiś sposób, aby ją uratować. Gdy tylko będzie mieć pewność, że sama nie stanie się ich kolejną ofiarą.
I tak oto znalazła się w miejscu, w którym była teraz.
Oddech zaczął zwalniać i Ro przykucnęła, otworzyła pokrywę kompasu i na chwilę włączyła latarkę. Musiała kierować się na północny wschód. Po ustaleniu właściwego kierunku zgasiła światło i oparła się o drzewo, by jeszcze chwilę odpocząć. Przez cały czas uważnie nasłuchiwała odgłosów pogoni.
W ciemności trzasnęła jakaś gałązka.
Obraz przeszywającego powietrze noża myśliwskiego należącego do rudowłosego spaślucha przemknął przez umysł Ro, a echa gróźb rzucanych przez całą trójkę sprawiły, że poprawiła plecak i ruszyła dalej.
Biegła przed siebie, choć w ciemności nie widziała praktycznie nic, a była zbyt przestraszona, by zdecydować się na zapalenie latarki. Przedzierając się przez zarośla i meandrując wśród drzew, biegła z wyciągniętymi przed siebie rękami, ale gałęzie i tak co jakiś czas uderzały ją w twarz. Igły sosen zdawały się ostre niczym kolce jeżozwierza, raniły dłonie i policzki. Ro nie zważała jednak na ból, chcąc zostawić mężczyzn jak najdalej w tyle. Miała nadzieję, że ich postura nie pozwoli im pokonać tak dużego dystansu, ale mimo to nie zwalniała. Przerażające trio mogło przecież wykazać się ponadprzeciętną wytrzymałością.
Głośne uderzenia zagłuszały wszystko, ale w pewnym momencie wydawało się jej, że słyszy za sobą męski głos. Zaryzykowała szybkie spojrzenie za siebie. Gdyby zobaczyła czerwoną flanelę i potargane rude włosy, chyba dostałaby zawału.
Ale nie.
Nie widziała absolutnie nic.
Poczuła ulgę... i zaraz potem piekący ból, który przeszył kostkę. Wyrzuciła ręce przed siebie, by zamortyzować upadek, ale jej twarz i tak spotkała się z ziemią.
Zacisnęła powieki i przygryzła policzek. Miedziany posmak krwi wypełnił jej usta, ale krzyk udało się powstrzymać.
Dobry Jezu, to naprawdę bolało. Ostry ból w kostce sprawił, że zebrało jej się na mdłości i bliska była wyrzucenia z trzewi racji żywnościowej, którą zjadła na lunch.
Ro znalazła się w krytycznym położeniu i świadomość tego uderzyła ją prosto w twarz. Jeśli nie będzie mogła biec, to ma przechlapane. Jeśli nie będzie mogła iść, to ma przechlapane.
No świetnie, Ro. Dziesięć punktów za umiejętność stwierdzania rzeczy oczywistych.
Odepchnęła od siebie wizję przerażającego trio rzucającego się jej na plecy i zmusiła się, by spróbować wstać. Najpierw na kolana. Ból przeszył prawy nadgarstek. Jeszcze lepiej. Musiała go sobie nadwyrężyć podczas upadku. Najwidoczniej na spacery po lesie powinna zabierać ochraniacze na nadgarstki - takie, z jakimi jeździło się na rolkach w szalonych latach dziewięćdziesiątych.
Ro opadła na prawe biodro, próbując trzymać lewą kostkę w górze. Starała się działać możliwie jak najszybciej i jak najciszej, więc zsunęła plecak z ramion i położyła go przed sobą. W apteczce miała bandaż i zimny okład. Powoli rozpięła zamek i wyciągnęła czerwoną torebkę. Znalazła okład i już miała go zgnieść, żeby zapoczątkować reakcję chemiczną, ale się zawahała. Czy powinna zdjąć but i owinąć kostkę okładem, a następnie spróbować włożyć but z powrotem? A może wystarczy umieścić okład nad cholewką? Takie rozważania jasno dowodziły, że studia medyczne byłyby znacznie lepszą inwestycją niż prawo. Sfrustrowana Ro potarła twarz dłońmi i dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że ma ubłocone ręce. Teraz brudną mam też twarz. Próbowała wziąć kilka głębszych oddechów dla uspokojenia. Nie wiedziała już, czy ma płakać, czy się śmiać. Jestem wyczerpana, uciekam przed jakimiś szalonymi, przerażającymi mordercami i chyba mam skręconą kostkę. Co za pieprzona katastrofa. A przecież dotychczas była z siebie taka dumna. Udało jej się dotrzeć tak daleko. Ro nie chciała tracić ducha, dlatego zdecydowała się na przemowę motywującą, z konieczności prowadzoną w myślach: "Może nie jest tak źle. To może być przecież tylko lekkie skręcenie. Mogę zagrzebać się tutaj w zaroślach i przeczekać tę noc w nadziei, że to odrażające trio zrezygnuje z polowania na mnie. Rano ruszę w dalszą drogę, zanim oni choćby pomyślą o wznowieniu poszukiwań". Dobry Boże, to brzmiało cholernie optymistycznie, a Ro wolała zachować zdroworozsądkowy realizm.
Coś zaszeleściło w zaroślach. Ro zamarła. O cholera. Są tu. Czekała z walącym sercem na kolejne dźwięki, które świadczyłyby o obecności prześladowców. Nic. Silniejszy podmuch wiatru zaszumiał wysoko w gałęziach drzew. Liście szeleściły, a czubki drzew zakołysały się nad jej głową. Żadnych niepokojących dźwięków. Hej, przyrodo... Podaj mi pomocną dłoń. Starała się leżeć w absolutnym bezruchu i tylko patrzyła uważnie na prawo i lewo, próbując dostrzec cokolwiek w ciemności. Nagle za swoimi plecami poczuła czyjąś obecność. Wyciągnęła rękę po nóż przypięty do paska, ale zanim zdołała po niego sięgnąć, jakaś dłoń zacisnęła się na jej ustach.