Ekspansja Kremla. Historia podbijania świata - Douglas Boyd

-
Proszę czekać

Ekspansja Kremla. Historia podbijania świata

Douglas Boyd

Tłumaczenie: Rafał Orleański

Copyright ? 2015 by Wydawnictwo RM

Original title: THE KREMLIN CONSPIRACY published by Ian Allan Publishing, an imprint of Ian Allan Publishing Ltd, Hersham, Surrey KT12 4RG, UK.

Copyright ? 2010 by Douglas Boyd

All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form.

Wydawnictwo RM, 03-808 Warszawa, ul. Mińska 25 rm@rm.com.pl www.rm.com.pl

Źródła ilustracji 1. Wszystkie ilustracje pochodzą ze zbiorów autora. 2. Dołożono wszelkich starań, aby dotrzeć do osób i instytucji, będących właścicielami praw autorskich do użytych materiałów. W przypadku jakiego-kolwiek naruszenia praw autorskich prosimy kontaktować się z autorem za pośrednictwem wydawnictwa.

Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy.

Wszystkie nazwy handlowe i towarów występujące w niniejszej publikacji są znakami towarowymi zastrzeżonymi lub nazwami zastrzeżonymi odpowiednich firm odnośnych właścicieli.

Wydawnictwo RM dołożyło wszelkich starań, aby zapewnić najwyższą jakość tej książce, jednakże nikomu nie udziela żadnej rękojmi ani gwarancji. Wydawnictwo RM nie jest w żadnym przypadku odpowiedzialne za jakąkolwiek szkodę będącą następstwem korzystania z informacji zawartych w niniejszej publikacji, nawet jeśli Wydawnictwo RM zostało zawiadomione o możliwości wystąpienia szkód.

ISBN 978-83-7773-195-6 ISBN 978-83-7773-387-5 (ePub) ISBN 978-83-7773-388-2 (mobi)

Redaktor prowadzący: Irmina Wala-Pęgierska Redakcja merytoryczna: Hubert Horbaczewski Redakcja i indeks: Krystyna Budek Korekta: Paulina Potrykus-Woźniak Nadzór graficzny: Grażyna Jędrzejec Projekt okładki: Maciej Jędrzejec Opracowanie wersji elektronicznej: Marcin Fabijański Weryfikacja wersji elektronicznej: Justyna Mrowiec

W razie trudności z zakupem tej książki prosimy o kontakt z wydawnictwem: rm@rm.com.pl

Spis treści

Przedmowa

Przedmowa do wydania drugiego

Wstęp

CZĘŚĆ I: GORĄCE WOJNY

Rozdział 1: Czyngis-chan, Wujek Joe i Wołodia Gazownik

Rozdział 2: Niewolnicy, bursztyn, futra i terror

Rozdział 3: Czas gigantów - Piotr i Katarzyna, Aleksander i Napoleon Tak czy inaczej - zabijać

Rozdział 4: Konflikt krymski

Rozdział 5: Kłamstwa, szpiedzy i krew na ulicach

Rozdział 6: Śmierć w Sarajewie, pieniądze w banku

Rozdział 7: Tęcza śmierci

CZĘŚĆ II: WOJNA NA INNE SPOSOBY

Rozdział 8: Komintern, czyli tańsza wersja wojny

Rozdział 9: Tajni agenci w spódnicach

Rozdział 10: Głód, czystki i zwitki używanych banknotów

Rozdział 11: Jeden człowiek, jeden pistolet, jeden miesiąc, 6287 zabitych

Rozdział 12: Politbiuro wybiera się na krótką przejażdżkę

Rozdział 13: Wróg mojego wroga jest moim wrogiem

Rozdział 14: Nieszczęsny los Polski

Rozdział 15: Inne metody walki

CZĘŚĆ III: ZIMNA WOJNA

Rozdział 16; Wielkie wybuchy i długi telegram

Rozdział 17: Po ciemnej stronie Księżyca

Rozdział 18: Córka wyrwana śmierci

Rozdział 19: Wojna toczona przez pełnomocnika, która pochłonęła cztery miliony ofiar

Rozdział 20: Zabójczy efekt domina

Rozdział 21: Głosując nogami

Rozdział 22: Drań Chruszczowa

Rozdział 23: Wiosenny postęp i powrót zimy

Rozdział 24: Chwyć za karabin i strzel sobie w łeb

Rozdział 25: Wszyscy ludzie Ericha

Rozdział 26: Koniec "imperium zła"

Rozdział 27: Prezydent w rosyjskim stylu

Rozdział 28: Przyganiał kocioł garnkowi

Rozdział 29: Po Ukrainie choćby potop?

Podziękowania

Słowniczek

Literatura

Przedmowa

Żaden były więzień nie zapomni chwili, kiedy po raz pierwszy zatrzasnęły się za nim drzwi celi i został odcięty od świata zewnętrznego. Brak klamki wewnątrz celi jest symbolem utraty wolności. Dodatkowo wizjer, przez który strażnik może obserwować wnętrze celi, lecz więzień nie jest w stanie ujrzeć, co dzieje się po drugiej stronie drzwi, powoduje utratę poczucia prywatności i godności. Tożsamość kurczy się do numeru celi. Cela nr 20 więzienia śledczego Stasi przy Lindenstrasse w Poczdamie miała wymiary zaledwie trzy na cztery kroki, a ograniczały ją jeszcze łóżko, stół i krzesło. Nie było tam bieżącej wody, a za toaletę służyło śmierdzące, blaszane wiadro z pokrywą, opróżniane przez więźnia funkcyjnego w czasie niezbyt długich ćwiczeń na brukowanym spacerniaku, gdzie każdy mój krok był śledzony przez uzbrojonego w naładowany karabin maszynowy strażnika, zajmującego stanowisko na szczycie czterometrowej ściany. Do przemierzenia spacerniaka wystarczało trzydzieści normalnych kroków. Chcąc urozmaicić sobie nieco monotonię space­rów, trochę podbiegałem i robiłem nawrót, wydłużając lub skracając krok.

Zostałem osadzony w miejscu odosobnienia bez procesu w kraju, z którym rząd brytyjski nie utrzymywał stosunków dyplomatycznych. Nie mógł mnie odwiedzić żaden konsul, nie było sposobu na powiadomienie mojej rodziny o tym, gdzie się znajduję. W wieku dwudziestu lat, po tym jak przez własną głupotę zostałem złapany w cywilnym ubraniu po niewłaściwej stronie granicy, oddzielającej wrogie strony, stałem się więźniem Ministerium für Staatssicherheit. Przed Stasi, jak zwykle skracano tę nazwę, codziennie drżało 17 milionów mieszkańców samozwańczej Niemieckiej Republiki Demokratycznej.

Stasi, od czasu jej powstania w 1949 roku do zjednoczenia Niemiec w 1990 ro­ku, szczyciła się łącznie 620 tysiącami pełnoetatowych pracowników. Pod rządami terroru, które zaprowadziła, 40% mieszkańców Niemiec Wschodnich w pewnym czasie donosiło na kogoś, stając się tym samym IM - Inoffizielle Mitarbeiter, niewynagradzanym informatorem. Córki i synowie donosili na rodziców, rodzice donosili na własne dzieci; donosili na siebie nawzajem sąsiedzi, kochankowie i małżonkowie, niekiedy dla korzyści, jednak w większości przypadków ze strachu przed konsekwencjami niezłożenia donosu.

Pierwszy fragment ściśle tajnego (Streng geheim!) teleksu, przesłanego przez poczdamski wydział Stasi do centrali w Berlinie, informujący o aresztowaniu autora i uwięzieniu w celu przesłuchania.

Podczas pobytu w więzieniu raz dziennie przynoszono mi blaszaną puszkę z zimną wodą i miskę, w której miałem umyć twarz i próbować umyć zęby. Wobec braku ręcznika używałem bielizny, którą prałem co kilka dni w tej samej miednicy i suszyłem na grzejniku. Raz w tygodniu eskortowano mnie do wykafelkowanej celi z letnią wodą i wręczano niewielki, wilgotny ręcznik, którym mogłem się wytrzeć pod czujnym okiem strażnika. Co dwa lub trzy dni otrzymywałem w wyszczerbionym kubku ciepławą wodę i mocno wysłużoną maszynkę do golenia. Wysypka na twarzy, spowodowana goleniem się w takich warunkach, przez kolejne lata przypominała mi o czasie spędzonym w więzieniu. Trzy razy dziennie strażnik przynosił jedzenie: kromkę czarnego chleba i bliżej nieokreślony brązowy dżem z napojem kawopodobnym na śniadanie, kluski lub ziemniaki z czymś w rodzaju pulpeta na obiad. Nie jestem sobie w stanie przypomnieć, z czego składała się kolacja, gdyż było to coś jeszcze mniej apetycznego, co nie powinno dziwić, skoro nawet w 1983 roku dzienna racja żywnościowa dla skazanego więźnia w NRD wynosiła równowartość niecałego funta. Dla dorosłego osadzonego w celu przesłuchania była jeszcze niższa.

W odosobnieniu dźwięk kroków na korytarzu stanowi wielkie wydarzenie, podobnie jak zgrzyt odsuwanej osłony wizjera, gdy ktoś chce zajrzeć do środka celi. Nie inaczej jest w przypadku dostarczenia jakiegokolwiek jedzenia. Kiedy przez kilka dni nie jadłem na znak protestu przeciw uwięzieniu, najpierw wrzucałem posiłki do wiadra służącego za toaletę, aby głód nie osłabił mojego postanowienia. Ponieważ jednak zdałem sobie sprawę z tego, że w ten sposób nic nie osiągnę, zostawiałem posiłki nietknięte na stole, dopóki strażnik nie zabrał ich z powrotem. Ponieważ skurczył mi się żołądek, największe wyzwanie dla mojej głodówki stanowiła nuda.

Nie wiedziałem, że w porównaniu ze współwięźniami pochodzącymi z Niemiec, będącymi własnością państwa, traktowano mnie łagodnie. Byłem czymś w rodzaju zastawu do przehandlowania. Po wizycie naczelnika więzienia, który spróbował mojego obiadu, tłumacząc, że dostaję to samo jedzenie, które je on i strażnicy, ponownie zacząłem jeść, aby pokazać, że chcę się dobrze sprawować, jeśli tylko ktoś zwróci na mnie uwagę.

Przesłuchujący mnie z ramienia Stasi porucznik Becker, zawsze ubrany w ta­ni garnitur, pojawiał się o każdej porze dnia i nocy, aby zadawać mi wciąż te same pytania. Co należało do moich obowiązków w bazie RAF-u w Gatow? Jak brzmią nazwiska moich współpracowników i oficerów? Kim byli moi niemieccy przyjaciele w Berlinie? Pytania przeplatał wykładami na temat tego, jak cudowne jest życie w NRD, gdzie oczywiście mogłem się ubiegać o obywa­telstwo i mieć zagwarantowaną pracę jako traktorzysta w państ­wowym gospodarstwie rolnym w Saskiej Szwajcarii, z ładną blon­dyn­ką jako partnerką do­rzuconą w pakiecie. "W socjalistycznym społe­czeństwie nie ma bez­robocia, panie Boyd". Kiedy dopytywałem się o kuszący dodatek w postaci ładnej blond Niemki, Becker zapewniał mnie, że znajdzie się "posłuszna członkini partii", jak się o niej wyraził. Ceną, którą mu­siałbym za­pła­cić za pracę i dziewczynę, było udowodnienie, że jestem praw­dziwie ver­nün­ftig (rozsądny) - było to jedno z jego ulubionych słów - ujaw­niając wszystko, co wiem na temat bazy RAF-u w Gatow, gdzie zatrudniono mnie jako tajnego pra­cownika wywiadu. Wiele lat później, w październiku 2008 roku, gdy dotarłem do swoich akt Stasi, odkryłem w nich co następuje:

Drugi fragment ściśle tajnego (Streng geheim!) teleksu. Tłumaczenie: "Odmawia ujawnienia jakichkolwiek informacji, gdyż: (a) zabroniono mu udzielać informacji na tematy wojskowe; a także (b) nie jest przekonany, że takie zeznania przyspieszyłyby rozwiązanie jego sprawy.

B(oyd) wielokrotnie prosił o umożliwienie mu powrotu do Berlina Zachodniego przy pomocy Brytyjskiej Misji Wojskowej. (podpisy)

Być może nie byłbym tak odważny, gdybym wiedział, że paragraf 8. ustawy uchwalonej w NRD 11 listopada 1957 roku przewidywał za popełnione przeze mnie przestępstwo, polegające na nielegalnym przekroczeniu granicy, karę do lat trzech w obozie pracy. Rzecz jasna, większość osób nielegalnie przekraczających granicę próbowała uciec z NRD, co karano znacznie surowiej.

Przesłuchania innych więźniów były o wiele bardziej uciążliwe niż moje i nierzadko trwały całą noc, po której następował dzień bez możliwości snu, gdy musieli wiele godzin siedzieć wyprostowani na krawędzi krzesła lub stać bez podpierania się o ścianę. Nawet jeśli wizyty Beckera na kilka godzin przerywały mi sen, nie były na tyle częste, by nazwać je maltretowaniem i nikt nie dobijał się do drzwi mojej celi, kiedy zdrzemnąłem się w ciągu dnia. A jednak, przy Lindenstrasse terror przenikał moją celę, podobnie jak każdą inną, tak wszędobylski jak zapach wiader na odchody, ponieważ wypełniał umysł każdego więźnia. Uczucie to było spowodowane całkowitą bezsilnością wynikającą z uwięzienia na czas nieokreślony w totalitarnym kraju, gdzie nie przysługiwało prawo do procesu czy reprezentacji prawnej. W rzeczywistości nie miało się żadnych praw.

Kiedy prowadzono mnie korytarzami Kopf auf dem Kinn (z opuszczoną głową i oczami wbitymi w podłogę) do pokoju przesłuchań, czerwone światła na każdym rogu sygnalizowały strażnikom, aby w tym czasie nie wyprowa­dzali z cel nikogo innego. Pewnego razu, kiedy zawiodła sygnalizacja świetlna, moja eskorta siłą przycisnęła mnie twarzą do ściany, podczas gdy za plecami słyszałem kroki dwóch osób. Ogólna zasada obowiązująca w każdym więzieniu KGB i Stasi stanowiła, że żaden więzień przebywający w odosobnionym areszcie nie mógł otrzymać wsparcia moralnego w postaci oglądania twarzy czy słyszenia głosu innego człowieka, z wyjątkiem strażnika i prowadzącego przesłuchanie.

Chociaż w latach 1952-1988 w więzieniu przy Lindenstrasse przetrzymywano 900 więźniarek wobec 6200 mężczyzn, podczas mojego pobytu znajdowało się ich tylko trzynaście, czyli średnio jedna kobieta na siedemdziesięciu jeden mężczyzn. "Przestępstwami" zarówno mężczyzn, jak i kobiet umieszczonych w więzieniu śledczym, było opowiadanie kawałów politycznych, rozpowszechnianie wiadomości z zachodniego radia lub telewizji, próba ucieczki na Zachód lub podejrzenie o taki zamiar, względnie chęć udzielenia pomocy komuś, kto zamierzał uciec. Raz czy dwa słyszałem przytłumione głosy kobiet i śmiech, kiedy z kuchni znajdującej się w piwnicy, windą towarową umiejscowioną nieopodal mojej celi transportowano jedzenie. Wydawało mi się, że zamknięcie w pozbawionym kolorów świecie z cegieł, kamienia, krat i strachu, jest dla nich jeszcze gorsze niż dla mężczyzn. Jednak kobiety, które słyszałem, należały do kuchennego Arbeitskommando - skazanych więźniarek "odpracowujących" swój wyrok. W skrzydle więzienia przeznaczonym dla kobiet nie było miejsca na taką wesołość. Kobietom poddanym przesłuchaniom w odosobnionym areszcie przez wiele miesięcy zabraniano rozmów, jakiegokolwiek kontaktu z rodzinami i śmiechu.

Stojąc na pryczy, pomiędzy zmianami strażników mogłem wyglądać trochę przez kraty. Gdy dni były już coraz dłuższe i coraz cieplejsze, na małym podwórku poniżej mojej celi zakiełkowało pomiędzy kostką brukową pojedyncze źdźbło trawy. Byłem dziwnie podekscytowany tym, że trawa rosła w tak ponurym miejscu bez pozwolenia. Jeszcze cudowniejsze wrażenie sprawiał ptak przelatujący nad dachami więzienia, aby przysiąść na chwilę na drucie kolczastym wieńczącym mury, które oddzielały spacerniaki. Okna większości pozostałych cel zostały usunięte, a otwory po nich zamurowane, aby powstrzymać więźniów, którzy pogrążali się w otchłani rozpaczy, przed zrobieniem tego, co uczyniło wielu ich poprzedników - powieszeniem się na sznurach sporządzonych z ubrań lub pościeli, przywiązanych do krat okiennych.

Becker postarał się dla mnie o zatwierdzone przez partię książki z biblioteki więziennej. Były wśród nich niemieckie tłumaczenia książek Jacka Londona, książki o Dzikim Zachodzie pióra niemieckiego autora Karola Maya, opowieści o heroicznych antyfaszystach walczących przeciwko faszystom, pełnych odwagi patriotach umierających za matkę Rosję oraz stachanowcach pracujących w kopalniach lub państwowych gospodarstwach rolnych i wyrabiających tam kilkaset procent normy. Były tam również roczniki "Przeglądu NRD", magazynu propagandowego pełnego w oczywisty sposób zakłamanych relacji z życia w NRD. Becker dostarczył mi również ołówki z papierem listowym, przypuszczalnie w nadziei, że napiszę coś kompromitującego. Z nudów zacząłem sporządzać zarys tej książki, tylko po to, aby podrzeć notatki na drobne kawałki i wrzucić je do wiadra na odchody, zanim wpadłyby w ręce strażnika i zdradziły moją znajomość zagadnień rosyjskich. Od tamtego czasu zacząłem układać sobie w głowie pracę, traktując to również jako ćwiczenie umysłu zapobiegające depresji. Pomysły na niewiele książek zrodziły się w mniej sprzyjających okolicznościach.

Strażnicy mieli zakaz odzywania się do mnie. Inni więźniowie oprócz znoszenia ciszy musieli stawać twarzą zwróconą do ściany z rękoma za plecami, zanim jeszcze strażnicy weszli do ich celi. Pomiędzy wizytami porucznika Beckera zdarzały mi się chwile, gdy w poczuciu głębokiej samotności byłem gotów powiedzieć mu wszystko, co chciał wiedzieć, tylko po to, żeby doznać ulgi, którą stanowiłaby rozmowa z inną istotą ludzką. Na całe szczęście, Beckerowi brakowało zmysłu śledczego, aby ocenić morale więźnia, więc żadna z jego wizyt nie zbiegła się w czasie z moimi chwilami desperacji. Udawałem przed nim, że jestem niskiej rangi ochotnikiem z bazy RAF-u w Gatow.

Trzeci fragment ściśle tajnego (Streng geheim!) teleksu. Tłumaczenie: "Wyjaśnił, że jego praca (w Gatow) polegała na realizacji zapotrzebowań na zapasy żywnościowe i sprzętowe, a także przygotowywaniu herbaty, sprzątaniu itp".

W rzeczywistości moja praca jako lingwisty specjalizującego się w języku rosyjskim polegała na dokonywaniu transkrypcji stenograficznej raportów przechwyconych od pilotów najnowszych myśliwców MiG i Su, wykonujących loty nad Niemcami Wschodnimi i Polską. Zostałem przeszkolony w symultanicznej transkrypcji zwięzłego, choć slangowego języka transmisji radiowych UKF i żargonie technicznym Radzieckich Sił Powietrznych przez oficerów RAF-u[1]. Szkolenie językowe w brytyjskiej Wojskowej Szkole Lingwistycznej (Joint Services School for Linguists) było prowadzone przez mieszany zespół, składający się z osób, dla których rosyjski był językiem ojczystym oraz takich, które biegle nim władały. W jego skład wchodzili między innymi rosyjski książę - stronnik białych, który został popem prawosławnym, i litewski prawnik rozwo­dowy, który kilkukrotnie uniknął śmierci w wyniku zarówno radzieckich, jak i niemieckich bombardowań podczas II wojny światowej. Pewien instruktor, Ukrainiec, w trakcie wojny nosił niemiecki mundur i szczęśliwie uniknął przymusowej deportacji, kończącej się przed plutonami egzekucyjnymi Stalina, które zlikwidowały w ten sposób wielu spośród jego dawnych współtowarzyszy. Do zespołu należała również jędzowata starsza pani, która jako dziecko przeszła wraz z siostrą 4000 kilometrów z odległego obwodu amurskiego położonego na Syberii do międzynarodowych osiedli w Szanghaju. Jej ojciec został zastrzelony wcześniej, podczas rewolucji 1917 roku, przez własnych żołnierzy.

W WSL nie prowadzono indoktrynacji politycznej. Nikt nie pytał młodych mundurowych, głównie studentów odbywających służbę wojskową, na jaką partię głosują. Z całą pewnością nie wymuszano postawy antykomunistycznej. Wręcz przeciwnie, w kadrze było kilku członków partii komunistycznej. Jeden z instruktorów, były oficer Armii Czerwonej, znajdował przyjemność w mówieniu nam, studentom, że nie mamy żadnych szans w starciu z jego byłymi współtowarzyszami broni, w razie gdyby doszło do wojny konwencjonalnej. Radzieckie gazety, takie jak "Prawda" czy "Izwiestija", oraz magazyny, np. "Ogoniok" czy "Krokodił", były dostępne w czytelni biblioteki dla każdego studenta, a przysyłano je do tej tajnej placówki bezpośrednio z Moskwy.

Nie mogłem być jedyną osobą, której wydawało się to dziwne, nawet jeśli WSL była iście brytyjsko dyskretna, a my musieliśmy tuzin lub więcej razy podpisać zobowiązanie do zachowania tajemnicy państwowej. Jednak kiedy zostaliśmy wysłani do baz brytyjskich za granicę, abyśmy szpiegowali lądowe, powietrzne i morskie siły Sowietów, znaleźliśmy się w samym środku zimnej wojny, a nasze transkrypcje symultaniczne codziennie spływały do Rządowego Centrum Informacji (GCHQ) w Cheltenham, gdzie dokonywano ich analizy.

Toteż ani wcześniej, ani później nie byłem tak przerażony jak tego ranka, kiedy zostałem wprowadzony do pokoju przesłuchań i zastałem tam zamiast Beckera dwóch mężczyzn oraz kobietę siedzących przy biurku. Gdy tylko drzwi się za mną zamknęły, kobieta powiedziała: "My priedstawitieli prawi­tiel'stwa Sowietskogo Sojuza" (Reprezentujemy władze Związku Radzieckiego).

Trudno było nie zdradzić się ze strachem, który wywołały we mnie jej słowa. Mogłem żywić uzasadnione nadzieje, że przełożeni Beckera kupią moje tłumaczenie, że byłem urzędnikiem niskiego szczebla, wykonującym nudną pracę administracyjną, jednak ci oficerowie KGB doskonale zdawali sobie sprawę z tego, co działo się w Sekcji Sygnalizacji bazy RAF-u w Gaton. Brytyjski premier Harold Macmillan, ostrzeżony o moim prawdopodobnym pobycie we wschodnioniemieckim areszcie, obawiał się, że obsesja Nikity Chruszczowa na punkcie "szpiegowskiego bagna" w Berlinie Zachodnim może doprowadzić do zabrania mnie na szczyt konferencji paryskiej w maju 1959 roku w celu poświadczenia, iż Brytyjczycy używają swojej bazy do celów szpiegowskich. Wtedy oczywiście nie miałem o tym pojęcia.

Mężczyźni wzięli mnie w krzyżowy ogień szybko wypowiadanych pytań, podczas gdy kobieta tłumaczyła. Od czasu do czasu, niby przez przypadek, zapominała przetłumaczyć prostego pytania, abym zdradził się ze znajomością rosyjskiego. "Zanimajeties' sportom?" (Uprawia Pan jakiś sport?) "Skol'ko wam liet?"(Ile ma Pan lat?). I tak dalej. Mój puls przyspieszał za każdym razem, gdy ledwo powstrzymałem się przed reakcją i uśmiechałem się tak, jakby był to żart, i czekałem, aż przełoży pytanie na angielski.

Pod koniec tego koszmaru na jawie udałem, że akceptuję ich plan uwolnienia z więzienia i przerzucenia mnie przez granicę sektora brytyjskiego w Berlinie, abym sam wrócił do Gatow. Powiedzieli również, żebym pod żadnym pozorem nie wspominał Beckerowi, że odwiedzili mnie w więzieniu Stasi, gdyż mógłby zepsuć "nasz" plan. Nie był to mój plan - dostanie się w ręce KGB było ostatnią rzeczą, której sobie życzyłem. Toteż po powrocie do celi tak dałem popalić strażnikom, że Becker przyszedł zobaczyć, co się dzieje i był wyraźnie wściekły, kiedy opowiedziałem mu o wizycie Rosjan.

Autor książki (u góry, po lewej) jako 19-letni lingwista, specjalizujący się w języku rosyjskim, podczas służby w Berlinie, i przy drzwiach celi nr 20 (u góry, po prawej) poczdamskiego więzienia Stasi (na dole), gdzie był trzymany w odosobnionym areszcie. Tylko zakratowane okna pomieszczeń na parterze budynku mogły wskazywać na rozpaczliwą sytuację przetrzymywanych tam więźniów, poddawanych całymi miesiącami przesłuchaniom bez procesu.

Na Zachodzie myśleliśmy w tym czasie, że wszystkie kraje Układu Warszawskiego trzymały przeciwko nam jednolity front. Reakcja Beckera była dla mnie pierwszą wskazówką, że nawet w neostalinowskiej NRD pół miliona stacjonujących tam wojsk rosyjskich uważano za wojska okupacyjne, a nie towarzyszy broni. Moje teczki Stasi wskazują, że przełożeni Beckera nie mieli zamiaru być rozstawiani po kątach przez Wielkiego Brata i chcąc zagrać na nosie Rosjanom, 3. Departament 7. Wydziału Stasi dzień po wizycie Rosjan polecił przekazać mnie za pośrednictwem Wschodnioniemieckiego Czerwonego Krzyża jego brytyjskiemu odpowiednikowi. Był to kanał przerzutowy używany niekiedy przez rządy obu krajów.

Jako więzień nie zostałem o niczym poinformowany, więc z upływem czasu mój niepokój rósł. 12 maja 1959 roku o 6 rano strażnik, któremu na własny użytek nadałem pseudonim "esesman", przyniósł mi śniadanie. Był ubrany w zadartą czapkę z pociętym daszkiem, bryczesy do jazdy konnej i wypolerowane buty z wysokimi cholewami, a towarzyszył mu zawsze owczarek alzacki, któremu źle ze ślepi patrzyło. Zwykle obwąchiwał moje krocze, jak gdyby sprawdzał, gdzie ugryźć w razie komendy.

"Mach's schnell!" Strażnik po raz pierwszy do mnie przemówił. Stał i czekał na mnie, podczas gdy ja się posilałem, pilnowany przez psa. Następnie powiedział: "Komm mit!".

Myślałem, że zostanę zabrany do pokoju przesłuchań, ale zamiast tego zaprowadzono mnie na mały dziedziniec przylegający do bramy więzienia dla pojazdów. Stał tam Becker w towarzystwie dwóch osiłków ze Stasi, siedzących na przednich siedzeniach wiekowego mercedesa. Wskazał mi tylne siedzenie samochodu, nie wyjaśniając, dokąd się udajemy. Wręczył mi kilka kanapek, kiedy z piskiem opon przejechaliśmy przez bramę, mknąc po bruku Lindenstrasse. Zjadłem kanapki - żytni chleb z plasterkami kiełbasy stanowił istny rarytas w porównaniu z mdłym więziennym jedzeniem. Samochód szybko pokonywał autostradę, zmierzając w stronę przejścia granicznego Marienborn-Helmstedt. Kilka godzin później, po sześciu tygodniach odosobnionego aresztu, przechodziłem przez pas ziemi niczyjej, dzielący terytorium Niemiec Wschodnich i brytyjskiej strefy okupacyjnej.

Poczucie nierealności całej sytuacji zostało jeszcze nieświadomie spotęgowane przez przebiegłą i czarującą panią w uniformie Brytyjskiego Czerwonego Krzyża. Nie udzielając żadnej treściwej odpowiedzi, gawędziła z oficerami Stasi przez dwadzieścia minut, podczas gdy zegar wolno, choć miarowo odmierzał kolejne sekundy, dzielące mnie od uzgodnionego czasu przekazania. Wszystkie istotne pytania odpierała swoimi niewinnymi pytankami. Jedno z nich utkwiło mi w pamięci: "Pijecie herbatę we wschodnich Niemczech? Naprawdę? Niemożliwe! Myślałam, że pijecie kawę". Z trudem powstrzymywałem wybuch histerycznego śmiechu, kiedy zdałem sobie sprawę, że jej typowo angielska gadka szmatka była najprawdopodobniej szczera.

Po brytyjskiej stronie przejścia granicznego oznaczonego kryptonimem Alfa (Baker i Charlie znajdowały się w Berlinie), przekazała mnie oficerom wywiadu RAF-u. Wtedy rozpoczęły się długie przesłuchania i moje relacje, które miały ustalić, ile powiedziałem w więzieniu Stasi. Opinie wśród wysoko postawionych ludzi RAF-u były podzielone: niektórzy chcieli skazać mnie na kilka lat więzienia za to, że dałem się złapać na terytorium kraju należącego do Układu Warszawskiego, będąc zaangażowanym w tajną działalność wywiadowczą, podczas gdy inni byli gotowi mnie wyściskać za to, że wywinąłem się z pułapki KGB. Na całe szczęście przeważyła druga opcja, reprezentowana przez bystrego marszałka lotnictwa, sir Huberta Patcha, który osobiście przemaglował mnie w swoim biurze mieszczącym się w Adastral House, a następnie udzielił mi referencji do mojej pierwszej cywilnej pracy.

W tamtym czasie powszechnie uważano, że prasa w Wielkiej Brytanii jest całkowicie wolna. Faktycznie ten sam system cenzury funkcjonuje od 1912 roku aż do dzisiaj. Komitet D Notice[2] przez swojego sekretarza admirała George'a Thompsona przekazał po prostu prasie, radiu i telewizji zawiadomienie, że nie należy wspominać o mojej osobie ani przygodzie, która mnie spotkała. W ten sposób po cichu wróciłem do zwykłego życia. Nie licząc wysypki na twarzy, jedyną ceną, którą musiałem zapłacić za przerażające sześć tygodni spędzone w miejscu, które więźniowie później ironicznie nazywali Lindenhotel w Poczdamie, była niemożność kontynuowania, jak to wcześniej planowałem, lingwistycznej kariery wywiadowczej dla Rządowego Centrum Informacji w Cheltenham. Uniemożliwił to dopiero co wprowadzony w Wielkiej Brytanii system weryfikacji kandydatów na ważne strategicznie stanowiska.

Zamiast tego zostałem menadżerem sprzedaży międzynarodowej Rank Organisation[3], byłem też gospodarzem studia BBC Eurowizji, a później producentem i reżyserem telewizyjnym. Praca zawodowa na każdym z tych stanowisk uzupełniona znajomością niemieckiego, rosyjskiego i innych języków europejskich prowadziła do kontaktów zawodowych z obywatelami Związku Radzieckiego i państw Europy Wschodniej, którzy pogłębili moją edukację z zakresu relacji ich krajów z "niedźwiedziem", czającym się tuż za drzwiami. W czasach zimnej wojny jedynie politycznie pewnym osobom pozwalano na wyjazd za żelazną kurtynę, a po powrocie musieli zdawać szczegółową relację ze swoich kontaktów z każdą spotkaną na Zachodzie osobą. Mimo to nasze relacje układały się dobrze, szczególnie po kilku głębszych.

Moje przyspieszone, choć niespodziewane szkolenie w Poczdamie, poz­woliło mi zrozumieć rzeczywistość, w której żyli, inwigilowani przez KGB, węgierską AVH, polską SB, rumuńską Securitate i wszystkie inne służby narzucone ich krajom przez Moskwę. Zatem doświadczyłem zimnej wojny z obu stron.

To, czy była ona zimna czy gorąca, zależało od tego, po której stronie żelaz­nej kurtyny się mieszkało.

Douglas Boyd,

Żyronda, Francja, lato 2010

Źródła dat i innych szczegółów dotyczących pobytu w więzieniu:

akta MfS (Ministerium für Staatssicherheit), udostępnione autorowi przez Bundesbeauftragte für dieUnterlagen des Staatssicherheitsministeriums der ehemaligen Deutschen Demokratischen Republik 1 października 2008 roku w Berlinie;

Das "Lindenhotel" Berichte aus dem Potsdamer Geheimdienstgefängnis, zredagowane przez G. Schnell, Berlin: Links Verlag, 2007;

niepublikowane zapisy wywiadów G. Schnell z byłymi więźniami, udostępnione przez nią;

wizyta autora w centrali Stasi przy Normannstrasse jesienią 2008 roku i byłym więzieniu przy Lindenstrasse w Poczdamie, które obecnie upamiętnia cztery tysiące osób skazanych tam na przymusową sterylizację przez nazistów i tysiące uwięzionych tam przez gestapo przed 1945 rokiem, przez KGB w latach 1945-1952 i Stasi w latach 1952-1989.

Przypisy

[1] Royal Air Force - Siły Lotnicze Wielkiej Brytanii (przyp. tłum).

[2] DA-Notice lub Defence Advisory Notice (przed rokiem 1993 nazywane również Defence Notice albo też D-Notice) jest oficjalnym żądaniem skierowanym przez rząd lub inny uprawniony organ władzy publicznej, do redaktorów naczelnych mediów, aby powstrzymały się z publikacją określonych w żądaniu informacji związanych z bezpieczeństwem państwa (przyp. tłum).

[3] Brytyjski koncern rozrywkowy założony przez przemysłowca J. Arthura Ranka w 1937 roku. W niedługim czasie stał się największą i najlepiej wertykalnie zintegrowaną wytwórnią filmową w Wielkiej Brytanii, dysponując środkami produkcji i dystrybucji filmowej oraz kinami (przyp. tłum.).

Przedmowa do wydania drugiego

Wczesnym latem 2011 roku, w okresie przygotowań do mających się odbyć w 2012 roku wyborów prezydenckich w Rosji, skontaktował się ze mną pewien odnoszący niemałe sukcesy międzynarodowe biznesmen z jednego z byłych krajów satelickich ZSRR. Ten niezwykle inteligentny, mówiący płynnie wieloma językami człowiek, w czasie zimnej wojny równie dobrze mógłby być wysokim oficerem I Zarządu Głównego KGB. Chcąc zachować jego anonimowość, nazwę go Dymitr.

Od naszej pierwszej rozmowy telefonicznej było jasne, że należycie odrobił zadanie domowe: wiedział dużo o mnie i o moich książkach. Potwierdziło się to, kiedy wraz ze swoją piękną żoną, Rosjanką o imieniu Sofia, odwiedził mnie w moim domu we Francji. Przybyli specjalnie aż spod granicy szwajcarskiej, z drugiego końca kraju, aby podzielić się ze mną osobliwą sugestią: Ekspansja Kremla powinna być opublikowana po rosyjsku. Odparłem, że z całą pewnością Rosjanie znają historię swojego kraju, więc jaki miałoby to sens?

Sofia ukończyła historię na Uniwersytecie w Kazaniu. Mówiła, że jedyną historią wykładaną w szkołach i na uniwersytetach radzieckich w okresie ZSRR było to, co potwierdzało teorię marksizmu! Twierdziła, że od tamtych czasów sytuacja nie poprawiała się znacząco i ona sama - absolwentka historii - dużo dowiedziała się z lektury pierwszego wydania mojej książki. Wytłumaczyłem, że znalezienie wydawcy w Rosji nie należy do moich zadań, a raczej agenta, poza tym niezbyt wiele książek tłumaczy się na rosyjski...

Gdyby Dymitr zwracał uwagę na tego rodzaju przeszkody, nie zarobiłby tylu pieniędzy, więc zaoferował swoją pomoc. Rozmowa toczyła się głównie po angielsku, jednak podczas pewnej wymiany zdań po rosyjsku usłyszałem, jak wymamrotał do Sofii "Lebiediew". Ojciec i syn, oligarchowie Aleksander i Jewgienij Lebiediew byli znanymi brytyjskimi baronami prasowymi, a Aleksander występował trochę wcześniej na żywo w rosyjskiej telewizji, i podczas talk-show kilkukrotnie uderzył rozmówcę, który się z nim nie zgadzał. Krążyły plotki, że Lebiediew senior zamierza rzucić wyzwanie Putinowi w nadchodzących wyborach prezydenckich. Dymitr był zdania, że jest to wystarczający powód do wydania przez niego lub jednego z jego przyjaciół mojej książki w Rosji. Na wstępnym etapie przygotowań wystarczyłoby dostarczyć egzemplarz książki z zarysem jej treści oraz próbką tłumaczenia jednego rozdziału na rosyjski. Wyjaśniłem, że chociaż dam sobie radę z tłumaczeniem z rosyjskiego na angielski, nie mogę udawać, że jestem kompetentny, jeśli chodzi o przekład w drugą stronę. Sofia, która po studiach pracowała jako dziennikarka, stwierdziła, że to żaden problem i ona może się tym zająć.

Spytałem, który rozdział mają na myśli. Oboje odpowiedzieli: "Oczywiście dwudziesty siódmy". Rozdział ten, zatytułowany "Prezydent w rosyjskim stylu", ukazuje między innymi najbardziej prawdopodobne pochodzenie Władimira Putina, które nijak się ma do informacji zawartych w jego oficjalnej biografii. Zauważyłem, że opublikowanie takich treści w Rosji raczej nie przypadłoby do gustu panu P., więc moglibyśmy zostać poczęstowani koktajlem z polonem jak Aleksander Litwinienko w 2006 roku.

Dymitr odpowiedział, że takie zagrożenie nie jest realne. Wkrótce po ich wizycie otrzymałem od Sofii e-mail, który zaczynał się następująco:

Przeczytałem wstępną wersję tłumaczenia i poprosiłem o jedną czy dwie zmiany. Niebawem otrzymałem poprawioną wersję. Kolejnym problemem było dostarczenie jej Lebiediewowi seniorowi, ponieważ niełatwo dotrzeć do bogaczy. Poprosiłem o pomoc niezwykle skuteczną przyjaciółkę, Rosjankę, mieszkającą w części stolicy Anglii zwanej Londongrad. W ciągu jednej doby zdobyła adres prywatnego biura Lebiediewa. Wysłałem książkę z zarysem treści i próbką tłumaczenia jednego rozdziału przesyłką poleconą. Czekałem na odpowiedź, która nie nadeszła. Pojawiły się kolejne pogłoski, których wiarygodność trudno zweryfikować, że w międzyczasie zawarto jakieś porozumienie, najpewniej na zasadzie "coś za coś" i Lebiediew zmienił swoje polityczne plany. Nigdy nie dowiedziałem się, czy Dymitr i Sofia byli aktorami realizującymi jego scenariusz.

To bardzo rosyjska historia. Jak ujął to Winston Churchill na antenie BBC w 1930 roku: "Rosja jest łamigłówką opakowaną w tajemnicę wewnątrz wielkiej enigmy". Jak widać, nic się nie zmienia.

Douglas Boyd,

południowo-zachodnia Francja

Wielkanoc 2014

Wstęp

Kiedy okazało się, że restrukturyzacja Związku Radzieckiego dokonana przez Gorbaczowa i Jelcyna nie zapobiegła katastrofie ekonomicznej, spowodowanej przez rygory centralnego planowania, optymiści z krótką pamięcią obwieścili koniec konfrontacji Wschodu z Zachodem, która zdominowała wydarzenia XX wieku. Twierdzili, że widmo globalnej zagłady zniknęło na dobre, a największym zagrożeniem jest przypadkowe odpalenie międzykontynentalnego pocisku balistycznego (ICBM) w wyniku źle utrzymanej infrastruktury lub eksplozja w jednej ze starzejących się elektrowni atomowych potężnego post­radzieckiego kompleksu zbrojeniowo-przemysłowego. Niedługo po tym, jak Jelcyn ustąpił ze stanowiska na rzecz dotychczasowego premiera - robiącego błyskawiczną karierę oficera KGB, Władimira Władimirowicza Putina - mieszkańcy Zachodu nazwali nową zimną wojną jego siłową strategię, w której głównym orężem są ogromne zasoby ropy naftowej i gazu, umożliwiające obecnie funkcjonowanie połowy Europy.

Nie jest to nowa wojna. To ten sam konflikt, który wbrew temu, o czym pisze się w podręcznikach historii powszechnej, nie rozpoczął się w 1945 roku. Za jego początki można uznać rok 1919, kiedy Lenin założył Międzynarodówkę Komunistyczną, czyli Komintern - organizację przeznaczoną do wywołania ogólnoświatowej rewolucji za pomocą ściśle kontrolowanych przez Moskwę narodowych partii komunistycznych. Sposobem na to miało być obalenie związków zawodowych i innych niż komunistyczne partii politycznych w krajach demokratycznych, mające na celu dominację nad światem.

Nawet tego wydarzenia nie można uznać za właściwy początek. Komintern był - jak się wydawało - genialnym sposobem Lenina na realizację pod inną nazwą imperatywu ekspansji, przyjętego już przez jego carskich poprzedników, których Władimir Putin i jego klika bardzo bogatych byłych oficerów KGB oraz prawników są godnymi następcami. Chociaż wiele faktów dotyczących jego pochodzenia i kariery jest celowo ukrywanych, imię Putina, uprzejmie tłumaczone jako "szlachetny książę", składa się z dwóch rosyjskich słów: władiet', co oznacza "kontrolować lub ujarzmić", oraz mir, czyli świat. Daje do myślenia fakt, że tradycyjnym tytułem rosyjskiego władcy nie był termin korol' - król swojego ludu, ale car - nieco zmieniona wersja słowa cezar, czyli władca imperium, natomiast Moskwa uważana była długo za Trzeci Rzym.

W 2008 roku Putin zamienił się stanowiskami z premierem Dmitrijem Miedwiediewem, jednak niewiele to znaczy w kraju, w którym Stalin używał tytułu sekretarza generalnego partii, aby ukryć trzy dekady władzy absolutnej w rozległym imperium sowieckim. Bez względu na nazwy stanowisk, Putin wraz ze swoimi współpracownikami dowodzą największą siłą zbrojną w Europie, wyposażoną w połowę głowic nuklearnych istniejących na całym świecie. Podziwiany przez wielu Rosjan za tężyznę fizyczną i znajomość sztuk walki, co pozostaje w jaskrawym kontraście z wiekowymi, niedomagającymi fizycznie przedstawicielami grupy, przez tak długi czas sprawującej władzę w Związku Radzieckim, Putin od czasu do czasu pręży również swoje militarne muskuły. Jedno ze zdjęć pokazuje Tupolewa-95, bombowiec dalekiego zasięgu (natowski kryptonim "Niedźwiedź"), który został przechwycony w brytyjskiej przestrzeni powietrznej przez myśliwce Tajfun (Typhoon), startujące ze szkockiej bazy RAF-u w Leuchars w sierpniu 2007 roku. Tu-95, przystosowany do przenoszenia głowic nuklearnych, wykonywał elektroniczną misję szpiegowską, analizując brytyjski system radarowy i szybkość reakcji myśliwców przechwytujących. Takie loty są regularnie wykonywane nad celami na całym globie, sięgając aż do baz amerykańskich na wyspie Guam, położonej na środkowym Pacyfiku.

W latach dziewięćdziesiątych XX wieku wydatki ponoszone na armię odziedziczoną po ZSRR poważnie nadwerężały budżet Federacji Rosyjskiej i wydawało się, że bankrutująca Rosja będzie musiała pozbawić pracy miliony osób zatrudnionych w siłach zbrojnych oraz zneutralizować swój arsenał nuklearny jako warunek otrzymania od państw zachodnich nieodzownej pomocy finansowej. Jednak teraz, przy dostępnych w każdej chwili wysoce dochodowych rezerwach ropy i gazu, ekipa Putina może pozwolić sobie na luksus modernizacji wciąż potężnej rosyjskiej machiny wojennej.

Obecnie rosnący o 10% rocznie budżet armii rosyjskiej wynosi 190 miliardów dolarów na okres do 2015 roku[1], do którego to czasu najpotężniejszą bronią w rosyjskim arsenale pozostaną rezerwy ropy i gazu. Daje to Putinowi i jego klice możliwość literalnego pogrążenia wielu krajów Europy ponownie w ciemnych wiekach. Trzy nadbałtyckie kraje - Litwa, Łotwa i Estonia - są całkowicie zależne od dostaw rosyjskiego gazu, którego kurek może w dowolnej chwili zostać zakręcony, co miało już miejsce w przeszłości. Podobna sytuacja jest w Bułgarii, Słowacji i Finlandii. Rumunia, Polska, Austria, Czechy i Grecja również w znacznym stopniu polegają na rosyjskim gazie (60%-80% zużycia). Nawet Niemcy i Włochy zaopatrują się w Rosji, uzyskując od niej odpowiednio 40% i 32% swojego zapotrzebowania na ten ważny surowiec energetyczny.

W kwietniu 2007 roku na Estonię został przypuszczony atak cybernetyczny z terenu kontrolowanego przez Rosję Naddniestrza, wymierzony w estoński rząd, banki, media i serwery internetowe, co mogło stanowić przedsmak przyszłego konfliktu. Niewielki kraj został ukarany za usunięcie z Tallina pomnika żołnierza radzieckiego, upamiętniającego podbój terytorium Estonii przez Armię Czerwoną w 1944 roku. Z powodu niedziałających komputerów i telefonów komórkowych, kraj niemal stanął w miejscu. Specjalne komunikaty radiowe zwracały się do 900 tysięcy Estończyków z prośbą o pozostanie w domach i niepodejmowanie żadnych prowokujących działań. Prowokujących kogo? Wziąwszy pod uwagę 400 tysięcy mieszkających tam etnicznych Rosjan nie trzeba było mówić nic więcej.

Czy ten atak był tylko znakiem ostrzegawczym dla krnąbrnych Estończyków, którzy ośmielili się podnieść rękę na pomnik upamiętniający "wyzwolenie" ich kraju przez Sowietów? A może była to próba generalna przed czymś większym? Władze rosyjskie różnego szczebla zaprzeczały, jakoby ich kraj miał cokolwiek wspólnego z cyberatakiem. Niemniej jednak, wśród ekspertów informatycznych panuje zgodna opinia, że choć niektóre z użytych technik, takich jak ping flood[2] czy użycie botnetów[3] mogły być zastosowane przez hackerów do wynajęcia, jednak stopień zaawansowania ataku estońskiego jako całości wymagał znacznych środków, które zapewnić mogło jedynie wsparcie ze strony jakiegoś państwa.

Rosyjscy historycy nazywają II wojnę światową Wielką Wojną Ojczyźnianą, tuszując niezręczny fakt, że Stalin był sprzymierzeńcem Hitlera przez początkowych dwadzieścia miesięcy walk. Wkrótce po niemieckiej inwazji na Związek Radziecki latem 1941 roku błagał o pomoc zachodnich aliantów. Mimo wspólnej walki przeciwko Niemcom przez cały okres wojny jego tajna policja szpiegowała zachodnich dyplomatów i nękała obywateli ich krajów, którzy ryzykowali życie, aby wspomóc wysiłek wojenny Związku Radzieckiego. W Wielkiej Brytanii i Ameryce Północnej swobody demokratyczne, traktowane jako coś oczywistego w wolnych krajach, były wykorzystywane przez sowieckich agentów działających przeciwko zachodnim aliantom. W Rosji Komintern szkolił dysydentów różnych narodowości, jak wykorzystać nieunikniony po wojnie chaos do przejęcia władzy w swoim kraju i zainstalowania tam marionetkowego rządu, zależnego od Moskwy.

Po 1945 roku Moskwa zmyliła naiwnych, nazywając swoich szpiegów i agentów wpływu "ludźmi kochającymi pokój". Marionetkowe kraje określano mianem "republik demokratycznych" lub "republik ludowych", Stany Zjednoczone stały się głównym wrogiem, a zaraz za nimi plasowała się Wielka Brytania. Komunistyczna Partia Związku Radzieckiego trzymała miliony podległych sobie ludzi z dala od Zachodu, pozwalając tam wyjeżdżać tylko aparatczykom i agentom wywiadu. Jedynymi ludźmi z Zachodu wpuszczanymi do ZSSR byli politycy i dziennikarze lewicowi, odbywający podróże "w poszukiwaniu faktów", biznesmeni, których miano nadzieję wplątać w przygodę seksualną w celu szantażowania ich w przyszłości oraz niewyrobiona politycznie i łatwo ulegająca wpływom młodzież.

Przejąwszy w wyniku II wojny światowej kontrolę nad fińską Karelią, Besarabią, krajami nadbałtyckimi, Jugosławią, Węgrami, Rumunią, Wyspami Kurylskimi, południowym Sachalinem, połową Niemiec i Polską, Stalin poszerzył granice tego, co prezydent USA Ronald Reagan nazwał "imperium zła" o Albanię i Bułgarię (1946), resztę Polski (1947) i Czechosłowację (1948). Francja, Grecja i Włochy uniknęły przejęcia władzy przez komunistów dzięki wojnie domowej. W całej tej grabieży ziemi radzieckim dyktatorem kierował ten sam imperatyw ekspansji, który pobudzał do działania Iwana Groźnego i Piotra Wielkiego, jak również ich następców - Putina i Miedwiediewa.

To niesamowite, kiedy badając motywy i działania władców kraju odkrywamy, że zasadniczo nie zmieniły się one na przestrzeni setek lat. Stąd pomysł na tytuł książki. To zupełnie jakby istniała grupa spiskowców, zgromadzonych w pewnym miejscu, dzielących się po cichu swoimi planami. Do grupy tej należą Ruryk z Nowogrodu, założyciel pierwszej rosyjskiej dynastii, oraz ludzie w garniturach, zasiadający dziś na Kremlu, a także wszyscy władcy Rosji pomiędzy nimi.

Ta książka nie jest atakiem na Rosjan czy ich przywódców, choć niektórzy z nich mogą tak uważać. Jaki jest zatem jej cel? W globalnej wiosce, którą obecnie zamieszkujemy, zasadniczą rolę odgrywa poznanie sąsiadów, a nic nie pomoże nam w tym bardziej niż poznanie ich historii, wydarzeń, które ich ukształtowały.

Historia Rosji może zostać podsumowana jako setki lat zmagań i konfliktów, które doprowadziły do przeobrażenia się moskiewskiego drewnianego fortu (znaczenie słowa "kreml") w faktorii umiejscowionej głęboko w lasach środkowej Rosji w rozległe imperium. Rosjanie usprawiedliwiają tę tradycję ekspansji, określając ją jako "pęd ku morzu" ludzi mieszkających w głębi lądu, chcących za wszelką cenę zyskać wolność oceanu. Pęd ten musiał być niezwykle mocny, gdyż skończył się w XIX wieku za cara Mikołaja II utrwaleniem imperium, które obejmowało jedenaście stref czasowych od Bałtyku aż po Pacyfik i któremu po rewolucji październikowej Hewlett Johnson, "czerwony dziekan" Cantenbury, udzielił błogosławieństwa w książce The Socialist sixth of the World.

Jak zacząć zmagania z tak obszernym tematem?

Przypisy

[1] E. Lucas, The New Cold War, Londyn: Bloomsbury, 2008, s. 245. Zobacz także Z. Barany, Democratic Breakdown and the decline of the Russian Military, Woodstock: Princeton University Press, 2007, s. 54.

[2] Popularny sposób ataku na serwer internetowy, polegający na przeciążeniu łącza pakietami ICMP generowanymi na przykład przez program ping (przyp. tłum).

[3] Grupa komputerów zainfekowanych złośliwym oprogramowaniem pozostającym w ukryciu przed użytkownikiem i pozwalającym jego twórcy na sprawowanie zdalnej kontroli nad wszystkimi komputerami w ramach botnetu (przyp. tłum).

ROZDZIAŁ 1

Czyngis-chan, Wujek Joe i Wołodia Gazownik

4 marca 1936 roku William Bullitt, ambasador amerykański w Związku Radzieckim, wysłał niecodzienną depeszę sekretarzowi stanu, Cordellowi Hullowi w Waszyngtonie. Zawarł w niej, jak to określił, "osobiste obserwacje" dotyczące życia w Rosji: klimat był surowy, urzędnicy rządowi - podejrzliwi i tajemniczy, ścisłe informacje - trudne do uzyskania, cenzura - rygorystyczna, a nieustanna inwigilacja - uciążliwa. Dyplomaci rosyjscy mieli doświadczenie w nękaniu zagranicznych dyplomatów bez obrażania ich, natomiast ogólne warunki życia można opisać jako przykre i naznaczone despotyzmem. Bullitt zakończył uwagą, że jego depesza przedstawia "wierny obraz życia w Rosji w 1936 roku".

Jednak wspomniane obserwacje poczynił już jego poprzednik, Neill S. Brown, który sprawował funkcję posła amerykańskiego w Rosji w latach 1850-1853[1]. W ciągu kolejnych 80 lat kraj został spustoszony przez rozlew krwi i głód spowodowane wojną krymską, rewolucją rosyjską 1905 roku, dwoma rewolucjami w 1917 roku i obu wojnami światowymi. Chociaż podczas tych ośmiu dekad zginęło tragicznie lub umarło przedwcześnie ponad 100 milio­nów Rosjan, podstawowe zasady życia w ich kraju nie zmieniły się. Represje polityczne, wszechobecni szpiedzy i szpicle prowadzący nieustanną inwigilację oraz podejrzliwość i niechęć, z jakimi traktowano zachodnich dyplomatów nawet podczas II wojny światowej, kiedy należeli do sprzymierzeńców Rosji, nie były fenomenem radzieckim, lecz rosyjskim. Nie zostały narzucone obywatelom Rosji przez ich sowieckich przywódców, z którymi miał do czynienia Bullitt, lecz raczej systemowi sowieckiemu przez jego rosyjskich twórców.

Ambasador Bullitt otrzymał kopie depesz Neilla Browna od sekretarza ambasady, George'a F. Kennana po tym, jak zostały odnalezione wśród śmieci w budynku, który służył jako stajnia przedstawicielstwa amerykańskiego w Petersburgu w połowie XIX wieku. Stany Zjednoczone były wówczas jedynym liczącym się krajem zachodnim, nieposiadającym profesjonalnej służby dyplomatycznej. Brown rozpoczął życie, jak to ujął "tak biedne, jak każdy człowiek w Tennessee". Pracował jako rolnik na farmie, aby zarobić na studia, zdobył kwalifikacje prawnicze, walczył w stopniu starszego sierżanta z ochotnikami z Tennessee podczas wojen florydzkich (seminolskich) i zanim został mianowany posłem w Rosji, co było nagrodą za wsparcie kampanii prezydenta Millarda Fillmore'a, sprawował urząd gubernatora swojego stanu. Nie władając żadnym językiem obcym, Brown porozumiewał się z władzami rosyjskimi za pośrednictwem swojego francuskojęzycznego sekretarza, jako że francuski był językiem dworu i wykształconej elity.

W przeciwieństwie do niego George Kennan, doświadczony dyplomata, biegle władał rosyjskim. Studiował w Berlinie i zanim po raz pierwszy skierowano go do Moskwy, pracował jako dyplomata w krajach nadbałtyckich. Był również wystarczająco bystry, aby docenić historyczną wartość raportów Browna. Obu dyplomatów łączyły nie tylko podobne doświadczenia związane z codziennymi obowiązkami, ale i podobne niedocenianie ich pracy przez zwierzchników w Waszyngtonie. Przy jakiejś okazji Brown skarżył się, że ponad rok nie otrzymywał żadnych wiadomości od sekretarza stanu[2]. Podobnie w 1946 roku, Kennan, pełniący obowiązki szefa misji dyplomatycznej pod nieobecność ambasadora, narzekał, że administracja prezydenta Trumana nie wydaje się zainteresowana tym, co robią w Rosji jej przedstawiciele. W desperacji wystosował "długi telegram", w którym usilnie apelował, aby ktoś w Waszyngtonie zwrócił uwagę na to, co się dzieje w powojennej Moskwie.

Od czasu ustanowienia stosunków dyplomatycznych między Stanami Zjed­noczonymi i Rosją na początku XIX wieku, oba kraje opierały relacje na korzystnej dla obu stron wymianie handlowej, unikaniu konfliktu interesów oraz wspólnej postawie nieufności wobec potęgi morskiej Wielkiej Brytanii i kontynentalnych ambicji Francji, które znalazły kulminację w ostrzale Pietropawłowska na Kamczatce przez flotę angielsko-francuską w 1855 roku[3]. Jak powiedział do poprzednika Browna car Mikołaj I: "Mamy nie tylko podobne interesy, ale i tych samych wrogów"[4]. Niemniej jednak, kiedy Brown przybył do Petersburga 23 lipca 1850 roku, istniały też konflikty interesów. Amerykańscy łowcy wielorybów mieli bazy na syberyjskim wybrzeżu Pacyfiku, natomiast rosyjscy traperzy polujący na zwierzęta wyruszali na wyprawy z wyspy Kodiak na Alasce, która należała do Rosji do 1867 roku. Morska granica Stanów Zjednoczonych na Pacyfiku była też naruszana w innych miejscach. Daleko na południe, bo aż w Kalifornii, rosyjska kolonia w Fort Ross, na wschód od San Francisco, została odsprzedana dopiero w 1841 roku[5]. Rosja odnosiła się podejrzliwie do amerykańskich planów na Sachalinie i trochę wcześniej przejęła od Chin ujście rzeki Amur. Amerykę natomiast niepokoiła aktywność rosyjska na terytorium Japonii.

Neill Brown, przedstawiony trzy tygodnie po przybyciu do Rosji carowi i jego rodzinie w Wielkim Pałacu w Peterhofie, wzniesionym przez Piotra Wielkiego jako rosyjski Wersal, uznał Mikołaja I za przyjaznego władcę. Car wychwalał pod niebiosa zmarłego właśnie na cholerę w Petersburgu majora George'a Washingtona Whistlera z Baltimore and Ohio Railroad, który zbudował linię kolejową łączącą ówczesną stolicę kraju z Moskwą. Z jednej strony Brown doceniał wyjątkową energię cara, z drugiej strony ubolewał nad jego niechęcią do przekazywania uprawnień komukolwiek innemu, a także nad "bezwzględną wrogością wobec instytucji demokratycznych"[6].

Wszystkie problemy, z którymi musiał się zmierzyć wykonujący swoje obowiązki Brown, można uznać za zwykłe w warunkach rosyjskich, a nie za działania mające utrudnić życie przedstawicielowi potencjalnie wrogiego kraju. Gdyby przybył tam wcześniej, przed powstaniem dekabrystów w 1825 roku i ruchami rewolucyjnymi w Europie w 1848 roku, po których Mikołaj I wprowadził dodatkowe represje, warunki życia byłyby nieco mniej uciążliwe. Jednak historia Rosji jest naznaczona krwawymi aktami ucisku dokonywanymi przez paranoicznych władców, więc car nie wymyślił nic nowego.

Asystent Neilla Browna, Edward H. Wright, pochodził z zamożnej rodziny w Nowej Anglii. Uczestniczył w spotkaniach przedstawicieli wyższych sfer Petersburga - niekończącym się cyklu wystawnych bali, prywatnych przyjęć i eleganckich imprez. On również skomentował wszechobecność wojska i policji, dziwiąc się przy tym, że zatłoczonymi ulicami ludzie przechodzili tak cicho. Napisał: "Nie uświadczy się tu hałasu, gwaru codziennego życia, śmiechu czy serdecznych słów powitania". Zauważył również, że prości ludzie uwielbiali swojego autokratycznego władcę i winili za okrucieństwo rządów nie jego samego, lecz jego podwładnych[7].

W czasie misji Browna na imperialnym dworze rosyjskim europejskie potęgi kolonialne dumnie ogłaszały, że ich przeznaczeniem jest cywilizowanie świata z Biblią w jednej ręce i karabinem w drugiej. Nawet w antykolonialnych Stanach Zjednoczonych panowało wygodne przekonanie, że misją przybyłych z Europy protestantów jest poszerzanie granic cywilizacji chrześcijańskiej ku zachodowi w stronę Pacyfiku i jeszcze dalej, co nazywano Boskim Przeznaczeniem (Manifest Destiny). Zakładając, że to misja powierzona przez samego Boga i udzielając sobie rozgrzeszenia za towarzyszące realizacji tej idei ludobójstwo i chciwość, posłużono się Boskim Przeznaczeniem dla usprawiedliwienia eksterminacji Indian i przejęcia Teksasu, Oregonu, Nowego Meksyku, północnej Kalifornii, Hawajów i Filipin.

Większość mieszkańców rozwiniętych krajów zachodnich chciałaby wierzyć, że ta filozofia epoki kolonialnej należy już do przeszłości. Tymczasem to, co w swojej depeszy z 28 stycznia 1852 roku Neill Brown nazwał "dziwnym przesądem", jest w Rosji ciągle żywe. Motywowało władców tego kraju w przeszłości, stanowiło główną przyczynę zimnej wojny i wciąż ma się dobrze.

Słowniki definiują przesąd jako wierzenie religijne oparte na lęku lub ignorancji czy też mocno zakorzenione, błędne przekonanie[8]. Etymologia tego słowa wskazuje, że takie wierzenie jest wystarczająco silne, żeby pokonać racjonalne myślenie i analizę logiczną. Czy to możliwe, że ten lęk i brak wiedzy o otaczającym świecie są integralną częścią mentalności przeszłych i obecnych władców Rosji? Ludziom, których kraje, tak jak Wielka Brytania, przez całe wieki były chronione morzem lub oceanem przed wrogimi sąsiadami aż do pojawienia się międzykontynentalnych rakiet balistycznych i będących w stanie przepłynąć ocean okrętów podwodnych, trudno jest zrozumieć punkt widzenia tych, których od niepamiętnych czasów otaczali wrogowie. Mogli oni przecież zaatakować w każdej chwili, po prostu wmaszerowując lub wjeżdżając do danego kraju w ciągu zaledwie kilku dni. Jednak dla ludzi żyjących na kontynencie pośród innych krajów bez żadnej naturalnej bariery w postaci łańcucha górskiego lub wielkiej rzeki chroniącej ich przed nagłym atakiem, paranoiczny strach jest tak naturalny i uzasadniony, że staje się czymś wrodzonym.

Ale co z niewiedzą? Czy brak wiedzy na temat zewnętrznego świata można uznać za przewagę pomagającą przetrwać? Odpowiedź brzmi: tak, ponieważ umożliwia takim ludziom demonizowanie sąsiadów, przeprowadzanie akcji odwetowych i pierwszego uderzenia, rzekomo prewencyjnego. Prowadzi do powtarzających się aktów agresji skierowanych przeciwko sąsiadom jako odruchowej reakcji na jakikolwiek kontakt; akty dokonywane błyskawicznie, bezlitośnie i bez żadnych skrupułów.

Żaden nowożytny przywódca nie pasuje do tego opisu lepiej niż Józef Wissarionowicz Dżugaszwili. Znany pod swoim rewolucyjnym pseudonimem jako Stalin, co oznacza "człowieka ze stali", przez trzy i pół dekady kierował reżimem terroru, kontrolującym ponad 250 milionów ludzi, z których jedna trzecia nie była Rosjanami. Podobnie jak inni dyktatorzy, tacy jak Hitler, który nie był Niemcem, Napoleon, który nie był Francuzem czy Herod, który nie był Żydem, Stalin nie był Rosjaninem. Ten posługujący się językiem megrelskim Gruzin pochodził z Kaukazu, a doszedł do władzy po rewolucji październikowej 1917 roku tylko dzięki przebiegłości. Utrzymywał tę władzę, bezlitośnie eliminując wszystkich rywali, mordując miliony swoich niewinnych poddanych i posyłając wiele milionów ludzi, którzy nie popełnili żadnego przestępstwa do obozów pracy przymusowej wykonywanej w nieludzkich warunkach. A jednak dzięki temu, że został przez formalnie ateistyczną partię komunistyczną uznany za boga na ziemi, prześladowani obywatele twierdzili, że zbrodnie popełniane przeciwko nim były dziełem jego sługusów działających bez wiedzy człowieka, którego nazywano "ojcem swojego ludu" lub po prostu wożd', co znaczy dokładnie to samo, co der Führer (wódz).

Nic bardziej błędnego. Spośród kobiet z bezpośredniego otoczenia, uwielbiających go jako bohatera, Stalin uwięził i torturował żonę swojego wiernego, wieloletniego osobistego sekretarza Aleksandra N. Poskriobyszewa. Równie dobrze znana Stalinowi Polina Siemionowna Żemczużyna, żona ministra spraw zagranicznych Mołotowa, padła ofiarą jego paranoi - z dnia na dzień straciła uprzywilejowaną pozycję szefowej przemysłu perfumeryjnego i stała się więźniem politycznym. Stalin ukrywał miejsce jej pobytu przed zaniepokojonym mężem.

Józef Stalin był najbardziej oczytanym przywódcą Rosji od czasów carycy Katarzyny Wielkiej - jako bibliofil posiadał bibliotekę składającą się z 20 tysięcy ulubionych książek. Kiedy Szałwa Nutsubidze, sławny gruziński poeta, został uwięziony z powodu arystokratycznego pochodzenia żony, Stalin dowiedział się, że tłumaczył on w celi średniowieczny poemat "Rycerz w tygrysiej skórze" na język rosyjski. Co dnia przetłumaczone strony były konfiskowane przez strażników, dostarczane na Kreml i anonimowo redagowane przez Stalina. Po zwolnieniu z więzienia pełen niedowierzania Nutsubidze został zaproszony na Kreml na spotkanie ze swoim tajemniczym redaktorem, który zapytał żonę poety: "Czy torturowaliśmy cię za mocno?" - tak jakby pewną dawkę tortur można było uznać za przyzwoitą. Dyplomatycznie odparła: "Przeszłość należy do Boga". Pewnego dnia w 1940 roku Stalin osobiście podpisał 329 wyroków śmierci. Doskonale wiedział, co działo się w Rosji.

Jednak niewielu mieszkańców ZSRR wiedziało choćby cokolwiek o człowieku z krwi i kości, który ich terroryzował. Przez ostatnie dwadzieścia lat życia Stalin żył niemal wyłącznie w kremlowskiej twierdzy, od czasu do czasu opuszczając ją w uzbrojonym po zęby konwoju, który poruszał się z wielką prędkością po Moskwie, usuwając z drogi wszelkie inne pojazdy w drodze do jednej z dwóch dacz położonych za miastem, strzeżonych przez kilka kordonów oddziałów służb bezpieczeństwa. Podróżując na Riwierę Krymską, aby zaznać zimowego odpoczynku w słońcu, przemieszczał się, podobnie jak inni przedstawiciele elity sowieckiej, przeznaczonym wyłącznie do swojego użytku pociągiem pancernym. Pokonywał on bez postojów ponad 1900 kilometrów, ponieważ korzystał z bezwzględnego pierwszeństwa na całej trasie, której każdy odcinek był dokładnie patrolowany przez siły bezpieczeństwa.

Uprawiające propagandę zachodnie media przez znaczną część II wojny światowej nazywały Armię Czerwoną "naszymi dzielnymi rosyjskimi sojusznikami". Stalin, okrzyknięty "Człowiekiem roku 1942" w styczniowym wydaniu magazynu "Time" z 1943 roku, otrzymał pieszczotliwy przydomek "Wujek Joe" i pojawił się z odpowiednio dobrodusznym uśmiechem na okładce numeru. Mógł sobie pozwolić na uśmiech. W marcu 1943 roku "Time" opisał Rosjan mieszkających w Związku Radzieckim jako ludzi, "którzy wyglądają jak Amerykanie, ubierają się jak Amerykanie i myślą jak Amerykanie". Ku przerażeniu Winstona Churchilla, prezydent USA, Franklin D. Roosevelt, zawierzył swojej własnej propagandzie i całkowicie uległ czarowi Stalina, co było tym niebezpieczniejsze dla powojennego świata, że amerykański prezydent arogancko oświadczył, że poradzi sobie z przywódcą radzieckim "lepiej niż (brytyjski) Foreign Office czy Departament Stanu"[9]. Kilkukrotnie próbował też pominąć Churchilla przy podejmowaniu istotnych decyzji - spotykał się ze Stalinem bez udziału brytyjskiego premiera, licząc na to, że weźmie on to za dobrą monetę i przyjmie rolę mniej ważnego partnera w pakcie atlantyckim. Brytyjski buldog nie wziął tego za dobrą monetę i jasno to powiedział, na co Roosevelt bezczelnie skłamał, że stało się tak z inicjatywy Stalina[10].

Tylko niewielu innych obcokrajowców miało okazję spotkać się ze Stalinem, aby wyrobić sobie zdanie na temat radzieckiego dyktatora. Zdanie, które nie byłoby wypaczone przez nieustanny terror, dotykający nawet jego najbliższych współpracowników. Jedną z tych osób był Gerorge Kennan, który w trakcie swojej służby dyplomatycznej dwukrotnie przez dłuższy czas przebywał w Moskwie. Gdy wojna miała się ku końcowi, jesienią 1944 roku opisał na użytek Waszyngtonu wożd'a jako "odważnego, choć ostrożnego; szybko wpadającego w gniew i niezwykle podejrzliwego, choć cierpliwie realizującego swoje cele; potrafiącego działać z wielkim zdecydowaniem, ale również czekać i maskować się, jeśli wymagają tego okoliczności; pozornie skromnego i prostego, lecz zazdrosnego o prestiż i rangę kraju, któremu przewodzi; niewykształconego, choć sprytnego i do bólu realistycznego; wymagającego bezwzględnej lojalności, szacunku i posłuszeństwa"[11].

Kennan, który posłużył się takim powściągliwym, dyplomatycznym językiem, w podobny sposób mógłby opisać takich despotów jak Iwan Groźny czy Piotr Wielki. Mimo to Kennan nie żywił wrogości do Rosjan. Ten bystry obserwator zwykłych ludzi oraz ich przywódców, sam też doświadczył zarówno reżimu przedrewolucyjnego, jak i komunistycznego. Później, kiedy zimna wojna osiągnęła apogeum, popadł w niełaskę polityków waszyngtońskich ponieważ twierdził, że skłonność czołowych polityków zachodnich, a szczególnie elit wojskowych, do demonizowania całego bloku komunistycznego jest niebezpieczna, gdyż nie bierze pod uwagę, że decyzje i działania podejmowane w Londynie, Paryżu, Bonn czy Waszyngtonie wpływały na posunięcia drugiej strony w duchu wielkiej konfrontacji XX wieku, która groziła eksterminacją całej ludzkości.

Stalin był niski i przysadzisty, miał jedno ramię krótsze. Cechował go charakterystyczny, osobliwie nierówny chód, spowodowany uszkodzeniem obu nóg w wyniku dwóch wypadków, którym uległ w dzieciństwie. We wczesnym dzieciństwie przeszedł też ospę, co sprawiło, że jego twarz była pełna blizn. Białka oczu miał żółtawe, a stan uzębienia zły. Mówił po rosyjsku z mocnym akcentem, zdradzającym pochodzenie tego syna gruzińskiej praczki. Jego ojcem był jej niepiśmienny mąż - alkoholik lub, co bardziej prawdopodobne, jego niespecjalnie pobożny kumpel od kieliszka, pop Czarkwiani. Młody Józef wyrósł na kinto, czyli ulicznika, bliższego duchem i miejscem pobytu Teheranowi czy Bagdadowi niż Moskwie czy Petersburgowi. Jego rodzinne miasto Gori jest położone 80 kilometrów od Tiflisu (obecnego Tbilisi), starożytnej stolicy Gruzji, która ostatecznie została podbita przez armię rosyjską w 1879 roku, a więc w rok po urodzeniu Stalina.

W szkole ojca Czarkwianiego w Gori ulicznik nauczył się czytać przed innymi uczniami i szybko ukończywszy szkołę, trafił do Seminarium Teologicznego w Tiflisie, gdzie był przykładnym studentem, uczęszczającym na nabożeństwa i śpiewającym z wielkim entuzjazmem w chórze. Następnie odkrył pisma Karola Marksa i jak ryba pragnąca wody przylgnął do podziemnego świata wywrotowców, rewolucjonistów wszelkiej maści. Pod rewolucyjnym pseudonimem Koba i zmienianymi wciąż fałszywymi nazwiskami, do 1900 roku podsycał niepokoje wśród pracowników przemysłowych na całym Kaukazie. Cechowała go przy tym tak bezduszna pogarda dla życia robotników stojących na pierwszej linii, wystawionych na kule policji i cięcia zadawane przez szable konnych kozaków, że nawet jego towarzysze w konspiracji byli tym zbulwersowani. Siedmiokrotnie aresztowany i zesłany na Syberię przez ochranę[12] - carską tajną policję - Stalin za każdym razem uciekał z taką łatwością, że starzy bolszewicy podejrzewali, że jest podwójnym agentem pracującym dla obu stron.

Oficerowie wywiadu, szczególnie ci, którym udaje się uciec, bez wyjątku są kłamcami. Z powodu podobnego podejrzenia, jak to długo utrzymujące się wśród starych bolszewików, Aleksander Orłow, zdrajca NKWD, został skazany przez Stalina na śmierć na podstawie zmyślonych zarzutów. Orłow powiedział FBI podczas przesłuchania, że badacz NKWD znalazł w aktach ochrany liczne donosy na bolszewików, napisane jeszcze przed rewolucją charakterystycznym pismem Stalina. Z niewielkiego grona zaufanych przyjaciół, którzy je widzieli, po dwóch latach został przy życiu jedynie Orłow i to tylko dlatego, że był bezpieczny na Zachodzie. Spośród innych, jedną z pierwszych ofiar niewytłumaczalnej czystki w Armii Czerwonej, którą przeprowadził Stalin w czerwcu 1937 roku, był marszałek Tuchaczewski. Został zastrzelony w ciągu dwudziestu czterech godzin od ogłoszenia wyroku, wbrew radzieckiemu prawu, które wymagało siedemdziesięciu dwóch godzin na złożenie ewentualnej apelacji[13]. Orłow opublikował te informacje na łamach magazynu "Life" w kwietniu 1956 roku. W tym samym numerze ukazał się artykuł urodzonego w Rosji dziennikarza Isaaca Don Levine'a na temat listu z 12 lipca 1913 roku z siedziby ochrany w Moskwie do placówki w Jenisejsku, wwiezionego podobno potajemnie do USA przez rosyjskiego emigranta. W liście była mowa o Stalinie jako informatorze, który rozpoczął swoją działalność po aresztowaniu w Tiflisie w 1906 roku, a kontynuował ją w roku 1908, pisząc raporty dla ochrany w Baku, a później w Petersburgu. Badania potwierdziły autentyczność listu, jednak Orłow uważał za bardziej prawdopodobne, że był on zręcznie sfałszowany przez "kogoś, kto znał prawdę"[14].

Kennan nie zdawał sobie z tego wszystkiego sprawy, a może po prostu wyrażał się dyplomatycznie, pisząc:

Młodość Stalina jest spowita mgłą podziemnej działalności rewolucyjnej, prowadzonej głównie na rodzinnym Kaukazie. Następnie w atmosferze rodem z dzieł Dostojewskiego ukończył "szkołę" konspiracji rewolucyjnej w europejskiej części Rosji. Jego życie charakteryzowała, jak to ujął Lenin, "niewiarygodnie szybka przemiana od gwałtownej agresji do najbardziej wyszukanych podstępów". Spokojne dążenie do kompromisu cechujące życie Anglosasów, w szczególności łagodzenie wszelkich przejawów wrogości i poufałości, zrównoważony szacunek dla samego siebie, swobodna rozgrywka sprzecznych interesów - te koncepcje są mu całkiem obce, niepojęte i nieprzekonujące[15].

Pomimo nierosyjskich korzeni, Stalin doskonale wpasowuje się w długą linię brutalnych władców Rosji, która ciągnie się od duńskiego wikinga - Ruryka, osiadłego w Nowogrodzie w średniowieczu, przez Jerzego Dołgorukiego, Aleksandra Newskiego, Borysa Godunowa, Piotra Wielkiego aż po Władimira Putina i Dmitrija Miedwiediewa. Nazwisko tego ostatniego dziwnym zbiegiem okoliczności pochodzi od słowa "niedźwiedź", co stanowi idealne określenie rosyjskiego przywódcy.

Ekspansywne dążenia odnotowane przez Neilla Browna od samego początku stanowiły siłę napędową władców Rosji i mimo zdarzających się niepowodzeń, za każdym razem odradzały się niczym feniks z popiołów. Rewolucja 1917 roku uśmierciła duchownych, którzy modlili się o spełnienie "dziwnego przesądu", kiedy Brown sprawował misję w Petersburgu, jednak podczas siedmiu dekad ateizmu, które nastąpiły po rewolucji październikowej, ów przesąd ponownie rozkwitł. Był teraz podawany w nowej postaci przez apostołów Marksa i Lenina, którzy wprowadzili nową religię, roszczącą sobie pretensje do naukowości i nieomylności.

Obietnice komunizmu zwiodły miliony niezadowolonych robotników w demokratycznych krajach zachodnich i setki tysięcy liberalnych intelektualistów, którzy nie byli świadomi prawdziwych warunków życia w tak przez nich sławionym "raju robotników" (bądź przymykali na nie oko). Większość z nich nie miała pojęcia, że Kreml żelazną ręką kontrolował partie komunistyczne w innych krajach za pomocą Kominternu, a później Kominformu. Nawet nie przyszło im do głowy, że Moskwa traktowała swoich najlepszych i najbardziej światłych nawróconych jak naiwniaków, którzy mieli szpiegować własne kraje dla celów wojskowych i ekonomicznych, a zwolennicy ideałów komunistycznych mieli stanowić piątą kolumnę destabilizującą zachodnie społeczeństwo i w ten sposób osłabiającą jego zdolność do przeciwstawienia się rosyjskiej ekspansji.

Ofiarami na pierwszej linii tego konfliktu rzadko bywali Rosjanie, co sprawiało, że wszystkiego mogli się z łatwością wyprzeć. Był to bardzo tani sposób prowadzenia wojny. Okazał się również niezwykle skuteczny w sianiu zamętu wśród niezdecydowanych mieszkańców krajów demokratycznych, którzy najczęściej nie dostrzegali, że słuszne żądania płacowe i strajki robotników pragnących sprawiedliwego podziału efektów ich pracy były wykorzystywane przez aktywistów komunistycznych wykonujących rozkazy z Moskwy. Ich działania nie miały nic wspólnego z walką toczoną przez członków związków zawodowych, którzy ich wybrali. Wysondowano i wykorzystano wszystkie słabe strony zachodniego społeczeństwa: ubóstwo, napięcia na tle rasowym, spory zbiorowe i ruch na rzecz praw kobiet. Tego typu dywersję można było - niczym inteligentną bombę polityczną - precyzyjnie dostroić tak, by zmieniła kierunek uzasadnionego protestu.

Kiedy w 1989 roku upadł mur berliński, a ZSRR zaczął się zaskakująco szybko rozpadać, świat odetchnął z ulgą po ponad czterdziestu pięciu latach obawy przed wojną nuklearną. Autorzy głasnosti i pieriestrojki, Michaił Gorbaczow i jego obdarzona wyczuciem politycznym żona Raisa, zachowywali się i mówili jak pary prezydenckie na Zachodzie, co w końcu kosztowało Gorbaczowa prezydenturę. Nawet jeśli jego następca, Borys N. Jelcyn, zdawał się uosabiać typowego Rosjanina - zawadiackiego i niewylewającego za kołnierz - to jednak nie straszył nas zagładą. Naprawdę wydawało się, że rosyjski niedźwiedź zapadł w głęboki sen i może nie będzie zły, kiedy się obudzi. Niemniej jednak, sto lat przed zimną wojną brytyjski minister spraw zagranicznych i premier, lord Palmerston, stwierdził: "Od zawsze polityka i zasada działania rosyjskiego rządu polegały na poszerzaniu granic kraju, gdy tylko apatia i bojaźliwość sąsiednich krajów na to pozwalały, po czym zwykle następowała przerwa w działaniach i nierzadko cofnięcie się, kiedy nastąpił zdecydowany sprzeciw, a następnie oczekiwanie na następną sprzyjającą okazję, aby dopaść upatrzoną ofiarę[16].

Palmerston nie byłby zaskoczony widząc, że Rosja, kilka lat po tym, jak pozornie zaakceptowała stratę satelickich państw w Europie i Azji, użyła nowej broni w celu ponownego zastraszenia swoich sąsiadów. Choć obecnie używaną bronią są ropa naftowa i gaz, strategia pozostała niezmieniona. Z perspektywy czasu widać, że upadek ZSRR był tylko kolejną wspomnianą przez Palmerstona przerwą, po której nowe pokolenie ludzi na Kremlu z kliką Putina - Mied­wiediewa u steru państwa znów ma obsesję na punkcie "dziwnego przesądu" zidentyfikowanego przez Neilla S. Browna ponad półtora wieku temu. Podobnie jak dynastia Romanowów przed rewolucją i komuniści po 1917 roku, dzisiejsi oligarchowie biorą udział w tysiącletnim spisku.

Jak i dlaczego to wszystko się zaczęło?

Wygląd wielu współczesnych Rosjan wskazuje na domieszkę krwi azjatyckiej. Stąd też niektórzy twierdzą, że źródeł takiej postawy należy szukać w podboju Rosji przez Mongołów, kiedy to szaman Kököczü oznajmił Czyngis-chanowi, że wolą niebios jest, aby Wielki Chan i jego rodzina władali całą ziemią.

Przyczyn można właściwie szukać jeszcze wcześniej.

Przypisy

[1] K.E. Shewmaker, 'Neill S Brown's Mission to Russia 1850-53' w: Diplomacy and Statecraft, Vol 12/4, grudzień 2001, s. 81.

[2] J. Baylen, 'A Tennessee politician in Imperial Russia' w Tennessee Historical Quarterly, Vol 14/1955, s. 241.

[3] A.F. Chew, An Atlas of Russian History, New Haven i Londyn: Yale University Press, 1970, s. 82.

[4] Shewmaker, s. 84

[5] Chew, s. 83.

[6] Baylen, s. 232.

[7] Shewmaker, s. 92.

[8] Słownik Języka Polskiego PWN online: http://sjp.pwn.pl/slownik/2511115/przes%C4%85d.

[9] L. Rees, Behind Closed Doors, Londyn: BBC Books 2008, s. 130.

[10] Rees, s. 198-199.

[11] G.F. Kennan, Memoirs 1925-1950, Nowy Jork: Pantheon, 1967, s. 523.

[12] Otdielenije po ochranieniju obszczestwiennoj biezopasnosti i poriadka (oddział ochrony porządku i bezpieczeństwa publicznego) - tajna policja polityczna w Imperium Rosyjskim.

[13] E. Gazur, Alexander Orlov: the FBI's KGB General, Nowy Jork: Carrol and Graf, 2002, s. 451-459.

[14] Gazur, s. 469-471.

[15] Kennan, Memoirs 1925-1950, s. 523, skrócone przez autora.

[16] Cytowane w: Bedell Smith, Moscow Mission, Londyn: Heinemann 1950, s. 305.