Ekożycie pod lupą. Czy organiczne podejście do odżywiania, zdrowia, rodzicielstwa i środowiska sprawi, że będziesz szczęśliwszy - Nathanael Johnson


Reflow text when sidebars are open.
Inspiracja do napisania tej książki zrodziła się, gdy miałem siedem lat. Siedziałem wraz z młodszym bratem na zadaszonej werandzie naszego domu położonego wśród lasu pod Nevada City w stanie Kalifornia. Opierając się plecami o drzwi, obserwowaliśmy padający deszcz. Powietrze było zimne. Emanowało swoistym rodzajem chłodu - prawie mrozu - który w jakiś sposób doskwierał bardziej, niż gdyby temperatura spadła o kolejne pięć stopni, a plucha zmieniła się w śnieg.
Był rok 1986, a my siedzieliśmy na zewnątrz, ponieważ moi rodzice właśnie kupili komputer, IBM 286. Miał dwukolorowy, czarno-bursztynowy ekran, a w trakcie przetwarzania informacji maszyna wydawała z siebie zgrzytliwe odgłosy, jakby pożerała dyskietki, którymi ją karmiliśmy. Mój brat Tim i ja mimo wszystko darzyliśmy ją niemal obsesyjną fascynacją. Zupełnie, jakby w naszym domu zmaterializował się statek kosmiczny. Jej magnetyczna siła przyciągania była nie do odparcia. Dokładnie tego obawiali się moi rodzice.
Przez większość naszego wczesnego życia udało im się ochronić nas przed wpływem technologii. Byli pełni determinacji, aby wychować swe dzieci w naturalnym otoczeniu, więc przenieśliśmy się do miasta leżącego wśród wzgórz północnej Kalifornii, otoczonego komunami i miejscami duchowego odosobnienia, gdzie ludzie obywali się bez prądu, a po pożywienie wybierali się do lasu. Jako niemowlęta raczkowaliśmy po domu nadzy, ponieważ ojciec twierdził, że wszystkie pieluchy, nawet te z organicznej bawełny, były niezgodne z naturą. Karmiono nas ekologicznym brązowym ryżem i warzywami prosto z ogrodu. Odwiedzaliśmy naturoterapeutów i kręgarzy. W naszym domu nie było telewizora, a my mieliśmy zakaz oglądania telewizji w trakcie wizyt w domach kolegów, ponieważ zatrułaby nam umysły, jak to wytłumaczyła mama z niesatysfakcjonującym nas brakiem szczegółów. Jednak pomimo całego tego idealizmu moi rodzice mieli w sobie pewną dozę pragmatyzmu. Zdawali sobie sprawę, że nie mogli w nieskończoność powstrzymywać narastającej fali technologii. Gdy komputer zawitał po raz pierwszy do naszego domu, był bezwględnie zakazany. Jednak z czasem, uginając się pod wpływem zmasowanego lobbingu oraz świadomości, że nie da się uniknąć zdominowanej przez komputery kultury, zgodzili się na kompromis: za każde trzy godziny spędzone na zewnątrz, mogliśmy przez pół godziny grać w Space Quest. Właśnie dlatego mój brat i ja siedzieliśmy na werandzie, owinięci starym kocem.
Nie pamiętam wszystkiego, o czym myślałem tamtego dnia, oprócz jednego: "Zimno mi", i nieustannej walki z pokusą zerknięcia na zegarek. Zastanawiałem się, czy lodowata weranda naprawdę była zdrowsza od ciepłego fotela przed komputerem. Fantazjowałem o nim przez chwilę. Potem spytałem brata, jak daleko udało nam się zabrnąć. Tim wyjął zegarek z kieszeni. "Minęło prawie osiem minut", powiedział.
Być może środki ostrożności powzięte przez moich rodziców znacznie przewyższały ryzyko, ale w ich pojęciu 286 należał do tego samego zbioru, co szyby węglowe, ogniste piece i linie produkcyjne, które powołały go do życia. Reprezentował stopniową przemianę świata - z barwnego miejsca dającego początek życiu w szare miejsce rodzące mechaniczną wydajność. Moi rodzice obawiali się, że z powodu komputera podobna zmiana zajdzie w naszych mózgach. Z tego samego powodu cała technologia - a co za tym idzie, wszystkie próby kontrolowania, poprawiania czy manipulowania naturą - były podejrzane. Fabryki, przetwarzane jedzenie, leki i szpitalne porody były w ich oczach produktami tej samej przemysłowej siły napędowej i w dłuższej perspektywie wyrządzały więcej szkód niż niosły dobra.
Rodzinny światopogląd głosił, że dobre zdrowie było skutkiem utworzenia więzi z otaczającym nas światem, odnalezieniem harmonii z naturą. Gdy jednak zmierzyłem się z naturą jako dziecko, zamiast obdarzyć mnie zdrowiem, próbowała mnie pożreć. Składała jajeczka w moich płatkach, wlatywała niezdarnie do ucha i pełzała po poduszce, znikając w czeluściach pościeli. Łatwo jest wymienić te aspekty natury, które są denerwujące lub niebezpieczne, ale - jak się okazuje - to za mało, aby zasłużyć na nieograniczony dostęp do Space Quest. Moi rodzice nie mieli problemu ze zrozumieniem, że niektóre oblicza natury były złe, a niektóre oblicza technologii dobre, zachowując jednocześnie upodobanie do pierwszej i żywiąc podejrzliwość w stosunku do drugiej. Ja sam musiałem przyznać, że było coś dziwnego w desperacji, która ogarniała mnie wraz z upływem czasu, który spędzałem przed komputerem. Naturalny świat miał coś, co sprawiało, że czułem się w nim dobrze.
Każdego lata moja rodzina wyruszała na wycieczkę do Parku Narodowego Yosemite. Był to rodzaj pielgrzymki, która musiała zostać ukończona bez względu na występujące po drodze trudności. W roku, w którym się urodziłem, wędrowałem na plecaku taty, a dwa lata później mój młodszy brat dołączył do peletonu. Od tamtej pory Tim i ja braliśmy udział w każdej wędrówce, za każdym razem niosąc coraz większy ciężar. Obcy ludzie na szlaku gapili się na nas - dwójkę obładowanych maluchów z bandanami przewiązanymi wokół szyi i czerwonymi kapeluszami na głowach, brnącymi niestrudzenie w głąb dziczy. Uwielbiałem te wycieczki. Z jakiegoś powodu ukłucia komarów, oparzenia słoneczne, zmęczenie i brud nie miały znaczenia. Każdego dnia mój plecak stawał się nieco lżejszy, a krok pewniejszy. Każdego popołudnia mój brat i ja zanurzaliśmy się w lodowatych wodach nowego jeziora, pływając pieskiem. Każdego wieczora nasza rodzina zbierała się, popijając herbatę i obserwując poświatę podczas zachodu słońca, rozlewającą się po górskich szczytach.
W tym samym roku, gdy Tim i ja marzliśmy w deszczu ze śniegiem, by zasłużyć na czas przed komputerem, wędrowaliśmy przez przełęcz Koip Peak. Rozbiliśmy obóz, zanim szlak zaczął się ostro piąć, gdzie lodowiec roztapiał się, tworząc płytki staw. Gdy wzeszło słońce, zobaczyłem poszarpaną linię wznoszącą się niewiarygodnie wysoko ponad skarpą rumowiska. Nigdy wcześniej nie widziałem szlaku, który biegłby w ten sposób w górę klifu, ale gdy zaczęliśmy się wspinać, odkryłem, że podążaliśmy tą samą drogą, którą widziałem z dołu. Na końcu krętej ścieżki, która zdawała się nie przechodzić ponad niczym, przystanąłem. Z jednej strony mogłem oprzeć się o górę, trzymając dłoń na skale, a z drugiej widziałem niebo i strzępy chmur. Poniżej znajdowała się skalna półka, potem przez pięć tysięcy stóp powietrze, a dalej pustynie Nevady rozciągające się aż po horyzont. Przez sekundę czułem się jak podczas lotu, a potem dostałem zawrotów głowy i czym prędzej się odwróciłem. Moja rodzina znajdowała się na szlaku poniżej: tata szedł tuż za Timem, a mama - cierpiąca na potworny lęk wysokości - szła z tyłu, stawiając każdy krok z niemal fanatyczną koncentracją, jakby stąpała po rozżarzonych węglach.
Gdy dotarliśmy na szczyt przełęczy, po drugiej stronie, kilka tysięcy stóp niżej migotała tafla jeziora, a za nim, aż po linię horyzontu, rozciągał się szczyt za szczytem. Stłoczyliśmy się pod osłoną sterty kamieni, żując suszone ananasy i śmiejąc się z poczucia, że właśnie dokonaliśmy rzeczy niemożliwej. Czułem się silny - opalony słońcem, wysmagany przez wiatr, mocny. Całkowita odwrotność sytuacji, gdy moje pół godziny przed komputerem dobiegało końca (czytaj: jak słaby, podejrzliwy nałogowiec). Tu w górze otrzymałem oczywisty dowód, że zdrowe środowisko - nieskażone myślą technologiczną - rodziło zdrowych ludzi.
Wróciwszy do poziomu morza, dwadzieścia parę lat później, nic już nie jest tak oczywiste. W świecie globalnego ocieplenia, zabójczych zarazków i otyłości łatwo jest odnieść wrażenie, że ulegliśmy całkowitej desynchronizacji z ziemskim ekosystemem. Z łatwością można też zlekceważyć to poczucie, wymieniając wszystkie zasługi przemysłu. Mamy więcej rzeczy. Dłużej żyjemy. Wszystko staje się lepsze i łatwiejsze.
Przypuszczam, że tak naprawdę większość z nas utknęła gdzieś pośrodku: potrafimy rozpoznać pozytywy, jakie przyniósł ze sobą rozwój technologii, ale dręczy nas poczucie, że czegoś nam brakuje. To wrażenie jest uporczywe i frustrująco niejasne. Można je nazwać "ekologicznym niepokojem". To poczucie nie opuszcza również ciebie: gdy przejmujesz się, że pełne syntetycznych hormonów chemikalia przenikają z pojemników na wynos do twojego jedzenia, ale odkryłeś, że plastik jest zbyt użyteczny i zbyt wszechobecny, aby go unikać. Lub jeśli zraziły cię doświadczenia związane z systemem opieki medycznej, ale nie jesteś do końca przekonany, czy wierzysz w medycynę alternatywną, którą zajmuje się lekarz polecony przez znajomego. Jeśli płacisz sporadycznie więcej pieniędzy za jedzenie ze znaczkiem "niemodyfikowane genetycznie" lub all natural, ale tylko pod warunkiem, że różnica w cenie nie jest wysoka. Albo gdy korzystasz z przyjaznych środowisku detergentów do prania, ale nadal suszysz ubrania w suszarce zamiast na sznurku. Gdy podróżujesz samolotami i żyjesz w spragnionej ropy naftowej cywilizacji, w której się urodziłeś. Bo niby co miałbyś zrobić? Oszaleć jak Ted Kaczynski i zamieszkać w chacie pośrodku lasu?
Ta książka jest swego rodzaju wyimaginowaną chatą w lesie, której nie grozi zalew informacji. Wręcz odwrotnie. To przytulne schronienie przed oszalałymi, doprowadzonymi do ostateczności ludźmi, na tyle ciche, że można w spokoju przeanalizować swój ekologiczny niepokój, ujawniając jego sedno. Wejdź i usiądź wygodnie przy kuchence. Woda już prawie zagotowana. Spolaryzowany świat, w którym rządzi reguła "wszystko albo nic", pozostaw na zewnątrz. Intrygujące niuanse często bywają zaniedbane na płaszczyźnie porozumienia. A szkoda, ponieważ wielu z nas jest agnostykami. I w dodatku ciekawskimi.
Przynajmniej ja. Jestem absolutnie zafascynowany odległymi potomkami tamtego komputera oraz zdolnością postępu do kontrolowania natury. Nie umiem funkcjonować bez technologii. Nie jestem skłonny zrezygnować z antybiotyków, filmów, kostek lodu, teorii zarazkowej przyczyny chorób czy podboju kosmosu. Jednocześnie przeraża mnie sposób, w jaki postęp technologiczny często odziera nas z piękna, zdumienia, radości i innych ulotnych, niedających się zmierzyć czynników, które - ostatecznie - sprawiają, że życie jest wartościowe.
Dyskusja dotycząca względnych dobrodziejstw natury i technologii toczy się od tak dawna, jak długo istnieją dyskutujący nad nią ludzie. Pierwszy opisany w Biblii spór dotyczy tego, czy ludzie powinni spróbować poprawić swoje otoczenie, czy jednak zostawić Eden w spokoju. Angielski filozof Stephen Toulmin, który spisał swe spostrzeżenia w książce Cosmopolis, wykazał, że jeśli spojrzy się na przekrój historii zachodniej cywilizacji, można zaobserwować, że opinia publiczna wahała się, przechodząc od jednego ekstremum do drugiego. Toulmin podjął swoją debatę w XVII wieku, uwzględniając Europę pogrążającą się w konflikcie wojny trzydziestoletniej. Ten rozlew krwi udowodnił, że ludzie z wykluczającymi się wzajemnie poglądami (w tym przypadku katolicy i protestanci) nie mogli żyć razem w pokoju, a jedynym sposobem na zażegnanie konfliktu było rozstrzygnięcie, kto ma rację - ta zasada racjonalnej filozofii pokonała ludzką naturę. W tym samym czasie francuski filozof René Descartes zaproponował metodę udowadniania bezspornych faktów. Poddał myśl, by odwrócić się od biologicznego bałaganu natury i skupić na racjonalizmie zbudowanym na solidnej podstawie, co do której miał absolutną pewność: "Myślę, więc jestem". Kartezjański racjonalizm wychodził z założenia, że prawda nie pochodzi z obserwacji zewnętrznego świata, lecz z wejrzenia w głąb siebie i budowania abstrakcji w odniesieniu do zdania Cogito ergo sum. A zatem w XVII wieku, gdy wahadło opinii publicznej kołysało się w jedną stronę, Descartes leżał (samotnie) na łóżku zmożony chorobą, rąbiąc logikę na coraz bardziej i bardziej wyrafinowane kawałki - pracując nad ucieczką przed chaosem natury, dzięki wykuciu żelaznego poczucia pewności z niczego.
U schyłku XVIII i XIX wieku wahadło zwolniło, po czym zaczęło kołysać się w drugą stronę. Zamiast szukać prawdy w abstrakcyjnej logice, ludzie zwracali się ku gwiazdom, żonkilom i nieopisanym miejscom na mapach. Szukali znaczenia, bawiąc się elektrycznością, wdychając nieznane gazy i latając (czasami spadając) w napędzanych gorącym powietrzem balonach. Uczynili z natury swój podręcznik. Malarstwo z tamtego okresu przedkłada doznania wzrokowe nad precyzję, a muzyka faworyzuje wielkie improwizacje zamiast symetrii. Kartezjusza zastąpił William Blake, chodzący nago po ogrodzie (w licznym towarzystwie), ogarnięty wizjami i deklamujący poezję krzakom róż. W miarę zbliżania się do wczesnych lat dziewięćdziesiątych Einstein wykazał, że proste linie geometrycznego wszechświata Newtona są w rzeczywistości zakrzywione i złożone. Zasada nieoznaczoności Heisenberga zakładała, że istniały pytania bez odpowiedzi, że tajemnica znajdowała się w samym sercu natury, a Freud obalił tezy, jakie ustanowił Kartezjusz, między emocjami a racjonalizmem.
Im dalej w XX wiek, tym wahadło było coraz bliżej myśli kartezjańskiej. Dwie wojny światowe odnowiły pragnienie niepodważalnej pewności, a pewność - jak się zdawało - można było odnaleźć w przemyśle. Linie produkcyjne Forda przyczyniły się do wygrania wojny, a potem uczyniły zwycięzców bogaczami. Artyści, którzy tworzyli w duchu Zeitgeist, nadali swoim pracom geometrycznego sznytu i uczynili z niego sztukę. W tym czasie powstały kwadraty Pieta Mondriana, matematyczna muzyka Arnolda Schoenberga ("To, jak brzmi muzyka, jest bez znaczenia", mawiał Schoenberg) oraz betonowe budowle reprezentujące w architekturze nurt brutalizmu.
Moi rodzice dorastali w latach pięćdziesiątych, gdy rozpoczął się ten cały technologiczny boom. Patrzyli, jak pierwsze odbiorniki telewizyjne "zbierały" wibracje (i to nie z rury ani przewodu, a z powietrza!) i zmieniały w ruchome obrazy w pudełku. Powiedziano im, że podobnym cudom nie będzie końca. Atom dostarczy taniej energii elektrycznej, a laboratoria zapewnią lepsze życie dzięki przemysłowi chemicznemu. Skolonizują Marsa. Pokonają śmierć. Będą mieli odrzutowe plecaki.
I wtedy wszystko się popsuło. Obietnica energii atomowej zmieniła się w zimną wojnę. Lepsze życie przez pestycydy zmieniło się w egzystencję rodem z Silent Spring. Nie było żadnych odrzutowych plecaków. Wahadło zmieniło bieg, a mój ojciec w wieku dwudziestu dziewięciu lat przyjechał ze Wschodniego Wybrzeża na zachód. Zjawił się w Berkeley w niebieskim vanie z włosami sięgającymi ramion, podczas gdy moja matka była już żoną prawnika, zamartwiającą się wyborem sukienek koktajlowych i dietami. Byłem skutkiem zderzenia się dwóch światów, stworzonym w dobie romantycznego prymitywizmu.
Każda próba zredukowania połowy tysiąclecia do zaledwie kilku akapitów jest związana ze znacznym uproszczeniem, jednak uogólnienie zawiera prostą prawdę, że ludzie mają tendencję do oscylowania pomiędzy dwoma fundamentalnymi sposobami rozumienia świata: postrzeganiem go z perspektywy technologicznej (mechaniczny wszechświat składający się z odrębnych części) oraz z perspektywy naturalnej (w żyjącym wszechświecie nic nie może zostać w pełni oddzielone od wpływu większej, podlegającej wiecznym zmianom całości). Perspektywa technologiczna przychyla się ku drobnym faktom, co do których można mieć pewność. Ta metoda rozumienia natury polega w głównej mierze na autopsji przeprowadzanej metodą redukcyjną. Przegrywa ona jednak z inną, przypominającą trik z odpadającym jaszczurczym ogonem: badaczom przypada w udziale maleńki, wijący się skrawek informacji, podczas gdy reszta gada znika w ciemności. Perspektywa naturalna intuicyjnie prezentuje pełny obraz, ale ma tendencję do pomijania szczegółów. Romantycy udają się w dzicz, aby na własnej skórze doświadczyć natury jako całości, po czym wracają, żeby zachwycać się nią w swoich dziełach, nie wspominając ani słowem o pijawkach i biegunce.
Ujęcie technologiczne jest bardziej precyzyjne, lecz jeśli w ślad za nim idzie ograniczona niewzruszoność poglądów, prowadzi do przewrotnych wniosków. Gdy rozpocząłem swoje badania, natknąłem się na wiele paradoksów. Amerykanie są najbardziej racjonalnymi odchudzającymi się osobami na świecie - często przywiązujemy więcej uwagi do informacji żywieniowych na etykietach niż do sposobu, w jaki jedzenie wpływa na nasze samopoczucie - a mimo to im bardziej się odchudzamy, tym grubsi się stajemy. W miarę rozwoju technologii w dziedzinie położnictwa wzrosło ryzyko śmierci kobiety podczas porodu. Nasze sukcesy na polu obrony przed zarazkami doprowadziły do tego, że jesteśmy bardziej podatni na choroby. Coraz więcej Amerykanów jest leczonych farmakologicznie z powodu depresji. Im więcej antydepresantów łykamy, tym bardziej stajemy się smutni i przygnębieni, a ostra, wyniszczająca forma depresji osiągnęła najwyższy wskaźnik w historii.
Paradoksy są interesujące, ponieważ wskazują na usterkę w systemie, swego rodzaju portal, przez który można uciec od konwencjonalnego myślenia. Słowo "paradoks" pochodzi z greki: para - ponad i doxa - myślenie. Zamiast sugerować coś, co nie może być prawdą, poddaje myśl, że czegoś brakuje ortodoksji: ortho - proste i doxa - myślenie. Paradoksy są zmarszczkami w miejscach, w których materiał myślenia nie pasuje do danego kształtu rzeczy.
Rozłam w komunikacji między ludźmi, którzy na pierwszym miejscu stawiają naturę, a tymi, którzy popierają technologię, leży u podstaw wyżej wspomnianych paradoksów. Właśnie owa fundamentalna niezgoda pozwala Amerykanom coraz bardziej tyć i pogrążać się w depresji, podczas gdy zwiększają się ich koszty opieki zdrowotnej. Jestem zdania, że to tłumaczy nasz paraliż w obliczu środowiskowego upadku.
Być może przesadą jest stwierdzenie, że inspiracja do napisania tej książki nawiedziła mnie w wieku siedmiu lat, ale nie jest wyolbrzymieniem fakt, że przez całe życie poddawałem te kwestie pod rozwagę, czy to sprzeczając się z rodzicami czy z samym sobą. Nim skończyłem siedem lat, balansowałem już na granicy między wiarą w technologię i wiarą w to górnolotne uczucie, jakiego doświadczyłem w górach parku Yosemite. Przewracałem oczami na przestarzałe poglądy rodziców i stałem się znany jako rodzinny sceptyk, lecz nie potrafiłem pozbyć się owej romantycznej więzi z naturalnym pięknem i jego ciemną stroną: dręczącego, ekologicznego niepokoju spowodowanego świadomością, że technologiczna dominacja nad naturą wyrządza mi krzywdę.
Jako nastolatek zacząłem czytać wszystko, co dotyczyło naturalnej diety, zdrowia i przetrwania w dziczy. Szukałem sposobu na odtworzenie tego uczucia, które ogarniało mnie w wysokich, nietkniętych cywilizacją miejscach. Szukałem mądrości, która zmieni mnie w lepszego, silniejszego człowieka. Mądrości, która powie mi, jakie spożywać pokarmy, jakie ziołowe napary pić lub - przechodząc od razu do sedna - jak taki młody, patykowaty chłopak z nosem utkwionym w książce i głową pełną marzeń o dziczy może sprawić, aby polubiła go jakaś dziewczyna. Jednak rady, które wyczytałem z książek, wcale nie były dobre. Prawdopodobnie lepiej bym zrobił, jedząc, niż czytając. Jedna z książek o dietach najpierw mnie nawróciła, a potem sprawiła, że łazienka stała mi się obca. Odkryłem, że mnóstwo rzeczy, które napisano o tych zagadnieniach, należały do dwóch ekstremów - każąc bez namysłu odrzucać naturalną perspektywę lub akceptować ją w pełni - ponownie - bez żadnych dowodów.
Było jednak kilku autorów, którzy dostarczali argumentów w kwestii naturalnego podejścia do zdrowia. Ewolucyjni biologowie, poczynając od Stephena Jaya Goulda, pokazali mi, że w rzeczywistości ludzie mogą być specjalnie zaprojektowani do środowiska, które ich ukształtowało. Każda książka czy skrawek informacji prowadziły mnie do kolejnych, a zaspokajanie w ten sposób swojej ciekawości sprawiało, że jedynie rosła w siłę. Moja fascynacja ciągnęła się przez college aż do czasu, gdy zacząłem pracować jako dziennikarz. Jako reporter odkryłem istnienie tego samego wielkiego pytania, czającego się w cieniu mych opowieści o jedzeniu, zdrowiu i środowisku. Nieustannie zmagamy się z tymi samymi paradoksami, tymi samymi założeniami, tymi samymi filozoficznymi martwymi punktami.
Przez ostatnie dwadzieścia lat stałem się kimś w rodzaju eksperta amatora, obserwującego uważnie wspólny obszar zagadnień związanych z pożywieniem, medycyną i ekologią. To przestrzeń podzielona przez dyscypliny. Zrozumienie, jak bardzo je pomieszaliśmy, wymaga szerszej perspektywy, na tyle szerokiej, aby dostrzec problemy wspólne dla wycinania lasów, opieki zdrowotnej niesprzyjającej ratowaniu życia i epidemii otyłości. W każdej z tych dziedzin istnieją prawdziwi eksperci, którzy znają się na nich o wiele lepiej niż ja, więc podszedłem do swojego projektu z pokorą. Książka, którą trzymasz w dłoniach, nie jest polemiką. Moim celem w ujawnieniu zamieszania otaczającego technologię i naturę nie jest próba przekonania kogoś do czegoś, lecz skłonienie do zastanowienia się. Myślę, że jest to płaszczyzna, którą dzielą rygorystyczna nauka perspektywy technologicznej oraz kreatywne myślenie naturalnej perspektywy. I to jest właśnie punkt wyjścia do napisania tej książki.
Na ścianie obok mojego biurka wisi fotografia przedstawiająca mój pierwszy poranek na ziemi. W miarę, jak próbowałem uporządkować myśli dotyczące kwestii naturalnego porodu - i ogólnej mądrości polegającej na zaufaniu naturze - wracałem spojrzeniem do tego zdjęcia tak często, że nabrało ono ikonicznego znaczenia. Rodzina na czarno-białej fotografii odpoczywa na ręcznie uszytych, sztruksowych poduszkach opartych o drewnianą ścianę. W kadrze widać fragment wiszącej ozdoby - motków przędzy dyndających z wieszaka na ubrania. Dwójka nastolatków na zdjęciu jest mi obca: to mój przyrodni brat i siostra. Pamiętam ich wyłącznie jako dorosłych ludzi, ponieważ ich ojciec (pierwszy mąż mojej matki) wziął ich pod opiekę kilka lat po zrobieniu tego zdjęcia. Ja jestem dzieckiem widocznym na środku, wykrzywionym w spazmie dezorientacji, charakterystycznym dla noworodka. Mój brat spogląda na mnie z uśmiechem. Siostra patrzy w aparat spod daszka Cal Bears. Tata, z gęstą brodą i długimi włosami, leży, obejmując mnie ramieniem. Mama odpoczywa z tyłu, piękna i promieniejąca szczęściem, co jest nieco szokujące, ponieważ jakiś czas temu urodziła mnie w tej sypialni. Tym, co odróżnia to zdjęcie od innych, jest nie to, co na nim widać, lecz to, czego tam nie ma. Nie widać kroplówek, bransoletek z danymi identyfikacyjnymi, szpitalnych prześcieradeł ani dziecięcych łóżeczek z plastiku, które zakłócałyby naturalną estetykę zdjęcia. Głosi ono, że w tej rodzinie nie boimy się natury. Zamiast tego przyjmujemy ją z całym dobrodziejstwem inwentarza, wiodąc życie w harmonii z jej naturalnymi cyklami. Zdjęcie zostało zrobione dziewiątego października 1978 roku.
Zacząłem wypytywać rodziców o tę fotografię na kilka miesięcy przed swoim ślubem. Stało się tak prawdopodobnie dlatego, że nigdy nie myślałem zbyt wiele o narodzinach ani dzieciach do momentu, w którym Beth, moja narzeczona, uczyniła z posiadania dzieci wstępny warunek do przyjęcia moich oświadczyn. Nagle, z teoretycznej możliwości, ojcostwo stało się nieuniknione. Wydało mi się ważne, że powinienem rozwinąć jakiś pogląd na temat rodzicielstwa, poczynając od narodzin. Beth nie miała żadnych uprzedzeń co do szpitalnych porodów. Pochodziliśmy z przeciwnych stron kulturowego podziału. Podczas gdy mój ojciec zarabiał na życie jako psychoterapeuta - stosując metodę ekstrapolacji Junga w sferze snów i chwilowych doznań - jej ojciec pracował jako ortopeda i stosował konkretne metody w leczeniu złamanych kości. Kilka miesięcy po tym, jak urodziłem się w domu, Beth przyszła na świat przez cesarskie cięcie. Gdybym miał nalegać na poród domowy, karmienie piersią i wszystkie inne naturalne praktyki stosowane przez moich rodziców, jedynym sprawiedliwym wyjściem było porozmawiać o tym z Beth, kiedy miała jeszcze szansę znalezienia mniej zaangażowanego partnera. Skoro miałem wygłosić swoją opinię dotyczącą tych kwestii, nie mogłem opierać się wyłącznie na mglistym poczuciu szczęścia płynącym ze zdjęcia. Rozpocząłem więc swoją edukację służącą rozwikłaniu problemu od telefonu do rodziców i poproszenia ich o podzielenie się swoimi wspomnieniami.
Moja matka, Gail, urodziła mojego brata i siostrę w szpitalu w Berkeley. Brent był jej pierworodnym synem, urodził się w 1966 roku. Trzeba było dziewięciu godzin i kleszczy, aby przekonać go do wyjścia na świat. Mama była sama przez większość swojego porodu. Być może było to wspomnienie zaniedbania lub fakt, że kleszcze zraniły główkę Brenta, albo ogólne poczucie bezsilności wypływające z bycia pacjentem w szpitalu - jakikolwiek był powód, to doświadczenie pozostawiło po sobie niepotrzebną traumę. Moja siostra, Erin, urodziła się w tym samym szpitalu w 1970 roku i choć poród przebiegł bez komplikacji, pozostawił mamę w poczuciu identycznej, niejasnej niesprawiedliwości.
Zanim się urodziłem, sytuacja zmieniła się. Głównym sprawcą tej zmiany był mierzący metr osiemdziesiąt niebieskooki poeta o ciele pływaka, z głębokim, basowym głosem i falującymi, brązowymi włosami sięgającymi łopatek. Miał egzotyczne imię fikcyjnego osadnika z pogranicza: Belden Johnson. Tata wkroczył w życie mamy niczym powódź, zalewając ją po brzegi i z łatwością niszcząc pęta, które ją ograniczały. Zamieniła swą rolę powściągliwej, idealnej gospodyni i żony prawnika na wolność i chaos, jakie oferowała jej obca kultura. Zdjęcia z tamtego okresu przedstawiają pełną blasku, uśmiechniętą kobietę z sięgającymi pasa włosami, ubraną w proste sukienki.
Po tym, jak moi rodzice zamieszkali razem, co jakiś czas wynajmowali chatę wśród kalifornijskich winnic, gdzie zaszywali się całymi dniami z torbą jedzenia, od czasu do czasu biorąc LSD. Bardzo prawdopodobne, że zostałem poczęty w trakcie psychodelicznego haju. Oboje pamiętają to uczucie. Tamtej nocy w chacie w Sonoma County nawiedziła ich absolutna pewność, że właśnie "zrobili" dziecko. I choć niemożliwe jest, aby chemikalia zmieniły ruch gamet w jakimkolwiek biologicznym sensie, to wydarzenie ma znaczenie metaforyczne. Moi rodzice, którzy z takim poświęceniem chronili swe dzieci przed niszczącym wpływem nowoczesnej technologii, nieświadomie podkopali własne założenia, zalewając moje pierwsze chwile mitozy bioluminescencyjną zupą Timothy'ego Leary. Myśleli, że dają życie ziemskiemu dziecku, ale mój ekosystem już od pierwszych chwil był skażony syntetykami.
Moi rodzice, podobnie jak wszyscy inni, próbowali później wymazać myśl, że mogli zrujnować życie swojego dziecka. Gdy przycisnąłem tatę w tej kwestii, udało mu się przywołać jedynie mgliste uczucie niepokoju. "Ale tato", powiedziałem, "gdy byliście, uhm, no wiesz, na kwasie, nie martwiliście się, że urodzi wam się poważnie chore dziecko?". "Z pewnością przeszło mi to przez myśl", odparł z wahaniem, decydując się na typową odpowiedź na odczepne: "I najwyraźniej to była prawda".
Jednak świadomość tego skażenia była mniej niepokojąca od zagrożeń zanieczyszczenia środowiska i przemysłowej toksykologii w Kalifornii w latach osiemdziesiątych, nad którymi moi rodzice nie mieli żadnej kontroli. Odsuwając na bok żarty, od momentu poczęcia tata robił wszystko, co w jego mocy, by ochronić mój ledwo co uformowany zarodek przed wszelkimi złymi czynnikami - chemicznymi, psychologicznymi i fizycznymi. Miałem być jego pierwszym dzieckiem, więc ojciec rzucił się na głęboką wodę rodzicielstwa.
Jednak w praktyce nie mógł zbyt wiele zdziałać aż do porodu. Nie mając żadnego praktycznego ujścia dla swego twórczego ojcowskiego instynktu, stał się zaciekle, nierzadko wątpliwie, pomocny. Czytał poezję i ustępy z Iliady brzuchowi mojej matki. Zbudował podest wychodzący z sypialni, żebym mógł leżeć w słońcu. Grał dla mnie muzykę i wymyślał kołysanki po francusku (Mon petit bébé, tu es tr?s joli), które śpiewał bez końca. Jednak uwieńczeniem jego wysiłków była "drożdżobestia" - mikstura z drożdży piekarskich, jogurtu i granoli zmiksowana na gładko. W zamyśle ojca miała zapobiegać porannym mdłościom - drożdże piekarskie zawierają witaminę B, która ponoć przynosi ulgę w tej ciążowej przypadłości - jednak drożdżobestia przyczyniła się do tego, że mama postanowiła jasno wytyczyć granice.
"Nie można było tego wypić", mówiła. "Trzeba to było połknąć". Bez względu na to, jak nieprzyjemne były torsje, mama wytłumaczyła ojcu, że atak wymiotów był jej bardziej na rękę, niż picie drożdżobestii.
Wszystkie te zabiegi były poparte godzinami zgłębiania wiedzy. Wielu ludzi tamtego okresu niepokoiło pojęcie porodu i pisano o tym książki, a tata czytał wszystko, co wpadło mu w ręce. Dopiero co ukazała się książka Narodziny bez przemocy autorstwa Frédéricka Leboyera, głosząca teorię, że zamiast zaznać pierwszych chwil życia w jaskrawych światłach zimnej, metalowej porodówki, dzieci powinny być wkładane do ciepłej wody imitującej środowisko w łonie matki. A książka Suzanne Arms Immaculate Deception przekonywała, że wiele technicznych interwencji przy porodach nie zastosowano z konieczności, lecz w wyniku poglądu, że ciała kobiet są z natury dysfunkcyjne, charakterystycznego dla zdominowanej przez mężczyzn kultury medycznej.
Wszystko to było znane mojemu ojcu, który urodził się bez żadnej pomocy lekarskiej. Jego rodzice - waszyngtoński biurokrata i profesorka języka angielskiego - byli pod wieloma względami typowymi obywatelami tradycyjnych lat pięćdziesiątych, ale od czasu do czasu oddawali się przyjemnościom oferowanym przez naturę: płodzeniu dzieci, uprawie własnego pożywienia i dojeniu kóz. Jeszcze jeden potężny czynnik skłaniał tatę do uznania wyższości domowego porodu. Któregoś ranka przy śniadaniu wyjaśnił rzeczowym tonem Beth i mnie, że w trakcie terapii przeżył na nowo swoje własne narodziny - odczuwał wrażenia i emocje, które zinterpretował jako pamięć płodową. "Wiem", powiedział, spoglądając na mnie ze śmiechem. "Już widzę, jak twój sceptyczny umysł zaczyna to rozpracowywać".
Niektóre szczegóły przywołane z porodu były na tyle konkretne, że mógł je sprawdzić. Pamiętał, że doświadczył paraliżującego strachu, gdy jego ramiona zaklinowały się w kanale rodnym, co potwierdziła później jego matka. "Była w szoku", powiedział. "Spytała mnie, jakim cudem o tym wiem".
Wtedy tata uniósł dłonie ku niebu, jak gdyby chciał powiedzieć: "A jak inaczej to wytłumaczysz?". Dla niego doświadczenie z przeżyciem swych narodzin okazało się tak głębokie, że został terapeutą prowadzącym innych tą samą ścieżką w otchłanie pamięci. Według założeń jego praktyki, zwanej terapią pierwotną, psychiczne blizny nabyte podczas narodzin i okresu niemowlęctwa często dawały podwaliny pod niszczące nawyki u dorosłych. Uleczenie tego echa dziecięcego bólu było sposobem na rozbicie emocjonalnych blokad, przez które ludzie potykali się przez całe swoje życie. Tata był święcie przekonany, że doświadczenie związane z wyjściem z łona było czynnikiem formującym. Mówił, że dzieci urodzone przez cesarskie cięcie często stawały się dorosłymi płynącymi przez życie bez podejmowania inicjatywy, pozwalając innym przejmować nad nimi kontrolę.
Od zawsze unikałem zagłębiania się w poglądy ojca na temat psychologii płodowej, ponieważ cała ta sprawa była dla mnie drażliwa. Zwyczajnie nie zgadzała się z moim światopoglądem. Moi przyjaciele, którzy urodzili się przez cesarskie cięcie, nie różnili się zbytnio od tych, którzy przeszli przez kanał rodny. A teoria, że emocjonalna strona człowieka jest zdefiniowana przez jego doświadczenia z pierwszego dnia na świecie, jest niepokojąco podobna do stwierdzenia, że osobowości są ustalane przez układy gwiazd w chwili narodzin. Jednak najbardziej przeszkadzało mi to, że jako dowód miałem jedynie niczym nie potwierdzone doświadczenia swojego ojca.
Jednak dziesięć lat przed moimi narodzinami teoria mojego ojca nie wydawała się aż tak odrealniona, jak dziś. W tamtych czasach, gdy młodzi mężczyźni zaciągali się do wojska, aby bombardować wioski w Wietnamie, wszyscy pisarze zapijali się na śmierć na przedmieściach, odcinając się od głównego nurtu i dołączając do komun, każdy inspirujący masy przywódca był mordowany, a policja kilka ulic dalej w Berkeley przeciwko uczestnikom zamieszek używała gazu łzawiącego - pogląd, że psychiczna trauma związana ze szpitalnym porodem stworzyła pokolenie uszkodzonych ludzi, wydawał się słuszny dla wielu szanowanych psychologów i socjologów. Mama również zagłębiła się w literaturę opisującą poród kontrkulturowy. Obejrzała kiedyś film nakręcony specjalnie po to, aby przygotować żony żołnierzy marynarki wojennej do porodu. Film był pełen makabrycznych widoków: kobiet przywiązanych do strzemion, odurzonych lekami i rozcinanych od góry do dołu, aby przyśpieszyć poród. Mama była zdania, że ona (i ja) będziemy bezpieczniejsi w domu. "Szpitalny poród wydał się nam obłędny i nieludzki. Nie wahaliśmy się ani przez chwilę", powiedziała.
Moi rodzice nie dali się odwieść od tego pomysłu. Znaleźli lekarza o równie radykalnych poglądach. Nazywał się Lewis Mehl. Opublikował jedną z pierwszych książek dotyczącą współczesnych porodów domowych w Stanach Zjednoczonych. Gdy mój termin przyjścia na świat minął, Mehl opowiedział o ryzyku urodzenia martwego dziecka, które wzrastało w przypadku ciąż przenoszonych. Moi rodzice, utwierdzeni w swoim przekonaniu, zwyczajnie uśmiechnęli się, mówiąc, że pojawię się wtedy, gdy będę gotowy.
Byłem gotowy trzy tygodnie później. Był wczesny październik. Gorąco rozlewało się po Górach Nadbrzeżnych, docierając do zatoki San Francisco. Jesienią jest tam tak, jakby ktoś otworzył drzwiczki piekarnika na Dolinę Kalifornijską. Podmuchy letniego powietrza napłynęły nad deltę, zmiatając mgłę. Przy tej pogodzie kwiaty znów zakwitały, a mama musiała je zauważyć, idąc Benvenue Avenue. Okolica była cicha i spokojna, z drzewami rzucającymi cień na wysokie domy. Mama poczuła pierwsze skurcze i poprosiła przyjaciela, żeby przyszedł do nas i zajął się Erin i Brentem. Gdy wróciła, znalazła upieczony przez nich tort w kształcie serca. Wezwała położną i poszła na górę. Minęło kilka godzin intensywnego porodu i bólu. Kilka lat wcześniej uszkodziła sobie plecy jeżdżąc konno z dziećmi, a skurcze wywołały u niej ból kręgosłupa. Zapadła noc, przynosząc ze sobą powiewy chłodnego, oceanicznego powietrza. Ktoś zapalił świece. Gdy akcja porodowa zaczęła zwalniać, tata poszedł poszukać jakiejś energicznej muzyki. Nastawił album Chieftains na gramofonie, a ja pojawiłem się na świecie przy akompaniamencie irlandzkich dud. Mój brat przeciął pępowinę. Moja siostra otarła pot z czoła mamy. Jako neo-Nate byłem olbrzymem. Zważyli mnie na kuchennej wadze. Mój ciężar przekroczył jedenaście funtów, choć trudno było stwierdzić, o ile dokładnie, ponieważ moja waga była bliska limitu samego narzędzia. (Dziewięć funtów to naprawdę duże dziecko, jedenaście to orka). Mama wzięła mnie w ramiona i zaczęła karmić.
To, co nastąpiło później, zrujnowało, a przynajmniej skomplikowało morał tej historii. Świeżo powiększona rodzina zebrała się w pokoju, celebrując moje narodziny. Wzeszło słońce. Przyjaciel rodziny zrobił zdjęcie, które teraz wisi na mojej ścianie. Jednak położna była zaniepokojona. To normalne, że po odłączeniu się łożyska i błon płodowych pojawia się trochę krwi, ale krwotok nie chciał ustąpić. Doktor Mehl, który zjawił się krótko po porodzie, stwierdził, że to oznaka krwawienia poporodowego. Moi rodzice o tym nie wiedzieli, ale ów krwotok był główną przyczyną śmierci matek (i nadal jest, ze względu na brak doświadczonych osób odbierających porody w krajach rozwijających się).
Mehl musiał szybko zdecydować, czy zabrać mamę do szpitala, czy działać na własną rękę. Wyjął z kieszeni monetę i rzucił w powietrze. Wypadła reszka. Zdezynfekował rękę, po czym włożył ją w macicę mojej mamy, aby oderwać kawałek łożyska, który się nie urodził i uniemożliwiał zamknięcie naczyń krwionośnych. Ból był potworny, gorszy niż sam poród. Mama zamknęła oczy i rozluźniła się, zmuszając się do wyjścia poza swoje ciało i obserwowania wszystkiego z góry. Była tak skupiona, tak anielsko spokojna, że wszyscy, którzy patrzyli, spanikowali. "O mój Boże, zemdlała", ktoś krzyknął. "Zostań z nami, Gail", nalegała położna.
Jedyne, o czym myślała mama, to: "Zamknijcie się, nic mi nie jest!". Gdy opowiedziała mi tę historię, zaśmiała się smutno, mówiąc: "To tylko ból".
Jakieś trzydzieści lat później odkrycie, że moim poniekąd idyllicznym narodzinom towarzyszył element zagrożenia, było nieco destabilizujące - zwłaszcza, że wydarzyło się to mniej więcej w tym samym czasie, gdy ja i moja żona odkryliśmy, że nasza pierwsza próba zostania rodzicami okazała się skuteczna. Moje badania dotyczące narodzin, cudownie abstrakcyjne, stały się rzeczywistością niosącą ze sobą pewne konsekwencje.
Poród domowy w świetle świec wydawał się nieporównywalnie bardziej sielski (nie wspominając o tym, że tańszy), niż upakowana technologicznymi gadżetami porodówka. Jednak po usłyszeniu pełnej historii własnych narodzin zacząłem się zastanawiać, czy mój wstręt do sterylnych, jarzeniowych świateł i syczących monitorów serca nie miał związku z kwestiami bezpieczeństwa, i jednocześnie nic wspólnego ze szpitalnym wystrojem. Jednak bez względu na to, jak radykalne były moje poglądy, nie zdałyby się na nic, gdyby Beth się z nimi nie zgodziła. W końcu to było jej ciało. Została wychowana w kompletnie innym poglądzie na instytucję szpitala. Podczas gdy ja sprzeciwiałem się odnoszącym się do natury ideałom moich rodziców, ona swój sprzeciw wyrażała przeprowadzką do San Francisco i głosowaniem na demokratów. Tak samo istotna, a jednak przeciwległa siła naszych systemów katapultujących, dzięki którym opuściliśmy gniazdo rodzinne, skłoniła Beth i mnie do zgłoszenia swych roszczeń.
Wyglądało na to, że polityczna płaszczyzna, na której zakładaliśmy swe domostwo, nie sprzyjała domowemu porodowi. Szybki rzut oka na historyczne wskaźniki śmiertelności wśród matek był jedyną rzeczą, jaka przekonała mnie do wartości instytucji położnictwa. Wykres przedstawiający śmiertelność matek w Stanach Zjednoczonych w ciągu ostatnich stu lat spada z himalajskich wysokości do łagodnej równiny. W pierwszych dekadach dwudziestego wieku, z powodu komplikacji związanych z ciążą, na każde sto tysięcy narodzin umierało średnio od sześciuset do dziewięciuset kobiet. Przed 1997 rokiem ten wskaźnik spadł o niemal dziewięćdziesiąt dziewięć procent, do 7,7 przypadków śmierci na sto tysięcy urodzeń. Najbardziej oczywistą zmianą, jaka zaszła w pośrednich latach był fakt, że poród stał się bardziej nowoczesny pod względem technologicznym. Niektórzy starali się wykazać, że ta przemysłowa rewolucja na porodówce uratowała więcej istnień niż jakakolwiek inna medyczna innowacja.
Znaczącą częścią tej przemiany był wzrost liczby cesarskich cięć. W 2011 roku jedna na trzy ciężarne kobiety rodziła przez cesarskie cięcie, czyniąc z niego najpopularniejszy zabieg chirurgiczny w Ameryce. Nie istnieją żadne konkretne dane pokazujące, jak wiele z tych zabiegów przeprowadzono z powodu rzeczywistych komplikacji, ale lekarze oszacowali tę liczbę, zaokrąglając ją do pięciu procent. Odsetek kobiet proszących o cesarskie cięcie jest prawdopodobnie jeszcze niższy. Pomimo historii opisywanych w mediach i związanych ze wzrostem zbędnych operacji, ankiety, w których o opinię pytano matki zamiast ich lekarzy, wykazały, że tylko garstka z nich preferowała wspomagany chirurgicznie poród. Znaczna liczba cesarskich cięć to przypadki niezagrożone, które wykonuje się z medycznych powodów zaliczających się do naukowej szarej strefy - niektórzy lekarze praktycy będą nalegać na ustalenie daty operacji jeszcze przed terminem porodu, jeśli kobieta miała już cesarskie cięcie (kwestia kontrowersyjna) lub jeśli dziecko jest ułożone pośladkowo (pogląd podtrzymywany na podstawie losowych prób klinicznych), lub gdy jest ono zbyt duże (ponownie kwestia kontrowersyjna). Wiele cesarskich cięć nie jest planowanych, ale wykonuje się je, ponieważ zarówno lekarz, jak i pacjentka decydują podczas porodu, że operacja jest bezpieczniejsza niż niepewność co do prawidłowego bicia serca płodu lub gdy szyjka macicy pozostaje zamknięta.
Poród wiąże się z podstawowym problemem: w środku jest dziecko, które musi wydostać się na zewnątrz. "Cesarka" nie jest najlepszym jego rozwiązaniem, ponieważ przykuwa matki do łóżka w trakcie pierwszych, najbardziej wymagających tygodni życia noworodka i może mieć długotrwałe skutki uboczne, ale to i tak najbardziej niezawodna metoda. Operacja jest dosłownym pójściem na skróty, jest łatwa do nauczenia i wykonania, przynosząca standardowy wynik. To samo dotyczy innych technologii, które zalały oddziały położnicze. Zastąpiły one nieprzewidywalną złożoność ciała identyczną, mechaniczną prostotą. Sądząc po znikomej liczbie zgonów związanych z nowoczesnym porodem, owe industrialne rozwiązania poprawiły stan zdrowia.
To mógłby być wystarczający powód, aby przekonać mnie, gdybym był zaangażowany w bezstronną debatę. Statystyki historyczne pokazują bowiem, że technologia uczyniła świat bezpieczniejszym - koniec, kropka. Gdy jednak sprawa zaczęła dotyczyć mojej własnej rodziny, to szeroko pojęte rozumowanie pozostawiło mnie z uczuciem niedosytu. To miała być pierwsza, rodzinna decyzja dotycząca zdrowia i równie dobrze mogła uformować całą naszą przyszłość. Chyba nie byłem w stanie całkowicie odrzucić sposobu życia rodziców. Jakaś część mnie, mimo twardych argumentów, nie mogła oprzeć się wrażeniu, że było coś złego - no dobrze, coś nienaturalnego - w fakcie, że jedna na trzy kobiety urodziła swoje dzieci z pomocą chirurga. Inna część mnie gardziła tymi uprzedzeniami. Niby dlaczego mamy trzymać się starych, prymitywnych metod? Załóżmy, że żyjemy w przyszłości, w której dzieci rodzą się w wiązkach światła rodem ze Star Treka, co faktycznie poprawia zdrowie matki i noworodka. Czy nie chciałbym zatem, aby moje dziecko pojawiło się bez żadnego wysiłku w snopie iskier i rozbryzgach płynu owodniowego? Oczywiście, że tak, choć nie bez przytłaczającego smutku, że zaprzepaszczam narodziny jako fundamentalny element życia, coś, co łączy nas z przodkami i bardziej odległymi krewnymi - zwierzętami. Gdy już doszedłem do wniosku, że zaakceptowałbym tę stratę na rzecz łatwiejszych porodów, pozostało mi tylko ustalić, czy znaleźliśmy się już w tej wspaniałej przyszłości. Czy rozwój medycyny zdusił biologię?
Rozpoczęto bowiem zaciekłą debatę nad medyczną interwencją w trakcie porodu, nie tylko między oszołomami a medycznym establishmentem, ale również wewnątrz niego. Nikt nie mówi nam, abyśmy wrócili do praktyk stosowanych na początku XX wieku, ale wielu lekarzy praktyków i naukowców ostrzega, że medykalizacja porodu zaszła zbyt daleko. Gdy przyjrzałem się danym, docierałem od jednej nieprawdopodobnej statystyki do drugiej. Postęp w zredukowaniu śmiertelności wśród noworodków zwiększył się w dwudziestym wieku, ale przystopował w dwudziestym pierwszym. Według ankiety Narodowego Centrum Statystyk Zdrowia z 2008 roku ta stagnacja "wywołała obawy wśród naukowców i polityków". "Wskaźnik śmiertelności noworodków w Stanach Zjednoczonych jest wyższy niż w innych, lepiej rozwiniętych krajach, a przepaść między liczbą śmiertelnych przypadków w Stanach i liczbą w krajach z najniższą śmiertelnością (Japonia, Szwecja, Hiszpania i inne) poszerza się". W dodatku liczba przedwczesnych porodów i dzieci z niedowagą wzrosła (częściowym tego powodem była wysoka liczba bliźniąt i wieloraczków, prawdopodobny rezultat zapoczątkowania metod leczenia płodności, ale w przypadku pojedynczych porodów ich liczba się utrzymała).
Jeśli zaś chodziło o problem związany ze zdrowiem matek, utrzymujące się trendy były jeszcze bardziej zatrważające. Artykuł opublikowany w raporcie z dziedziny położnictwa i ginekologii ujawnił znaczny wzrost rozległych obrażeń odniesionych przez kobiety w trakcie porodu: niewydolność nerek, zatory płucne, niewydolność oddechowa wymagająca podłączenia pod respirator i wiele innych. Ów wzrost nastąpił w latach 1998 i 2005, wliczając w to 92-procentowy wzrost liczby kobiet wymagających transfuzji krwi. W tym okresie matki wcale nie stały się mniej zdrowe. Ta analiza skupiła się na skutkach nadciśnienia, cukrzycy, wieku oraz wielokrotnych porodach, ale wyeliminowanie tych problemów nie uczyniło zbyt wielkiej różnicy. Tym, co przyczyniło się do powstania kontrastu, było kontrolowanie przebiegu porodu. Autorzy pisali, że "w przypadku wielu komplikacji, ich wzrost był kojarzony z postępującą liczbą porodów przeprowadzonych za pomocą cesarskiego cięcia". Najbardziej niepokojący był fakt, że według statystyk śmiertelność wśród matek rosła.
To w szczególności wydawało się zbyt dziwne, aby było prawdziwe. Większość badaczy początkowo oceniła, że jest to "statystyczny szum" - w kilku stanach do aktu zgonu dopisano podpunkt, w którym informowano czy kobieta była w ciąży na rok przed śmiercią. Wtedy stan Kalifornia przeprowadził śledztwo ujawniające ciągły, zwyżkujący trend w kwestii śmiertelności matek. "Po kilku dekadach, podczas których zanotowano zmniejszającą się liczbę śmiertelnych przypadków w Kalifornii, ich wskaźnik zaczął piąć się w 1999 roku i podwoił się w przeciągu następnych siedmiu lat". Częściowym powodem był fakt, że kobiety zostające matkami były starsze, bardziej schorowane, biedniejsze i bardziej otyłe - ale to nie wszystko.
Całkowita liczba kobiet umierających podczas porodu nadal była mikroskopijna w porównaniu z końcem stulecia. Śmiertelność wśród kobiet wzrosła z sześciu zgonów na każde sto tysięcy przypadków w 1999 roku, do czternastu w 2006. Jednak bardziej niepokojąca od całkowitej liczby zgonów okazała się implikacja, że największe starania ze strony medycyny położniczej, mające poprawić zdrowie, prawdopodobnie przyniosły całkiem odwrotne skutki. W trakcie wygłaszania przemowy na konferencji, gdy kalifornijscy naukowcy dotarli do slajdu z wykresem obrazującym ów wzrost, siedzący na widowni położnicy wydali z siebie zbiorowe westchnięcie.
Te liczby stały się rzeczywiste, gdy dodałem dwa do dwóch i odkryłem, że bezpieczniej było urodzić w 1978 (gdy przyszedłem na świat) niż w 2011 roku w czasach Beth, o ile trend zwyżkujący się utrzyma. Popularyzacja przypuszczalnie bezpiecznych i niezawodnych technik takich jak cesarskie cięcie, miała poprawić wyniki. W ostatniej dekadzie wskaźnik cesarskich cięć wzrósł z dwudziestu dwóch do trzydziestu dwóch procent, co złożyło się na pół miliona dodatkowych operacji rocznie - nadzwyczajną inwestycję pieniędzy i zasobów medycznych. A mimo to, gdy spytałem ekspertów, co ta inwestycja nam przyniosła, odparli, że nie zanotowano żadnego polepszenia zdrowia matek ani dzieci. Potoczne myślenie wskazywało, że podczas gdy cesarskie cięcie robi krzywdę matkom, jednocześnie zmniejsza liczbę dzieci z porażeniem mózgowym i liczbę zgonów związanych z niedotlenieniem. Jednak podobnie jak śmiertelność wśród dzieci, wskaźnik porażeń mózgowych pozostaje taki sam.
"Jeśli przyjrzysz się statystykom, nie zauważysz zbyt wielkiej poprawy w przeciągu ostatnich dziesięciu lat", mówi Debra Bingham, dyrektor wykonawczy Kalifornijskiego Instytutu Ochrony Zdrowia i Macierzyństwa, członek stanowej debaty dotyczącej śmierci kobiet w trakcie porodu. "Obserwujemy za to największy od lat wzrost śmiertelności kobiet i wzrost liczby kobiet cierpiących na obrażenia poporodowe".
Spotkałem się z Bingham w jej gabinecie w kampusie Uniwersytetu Stanforda. Wiele lat pracowała jako pielęgniarka, a potem jako administrator oddziału porodowego w Nowym Jorku, po czym zrobiła doktorat z dziedziny zdrowia publicznego. Krótkie, schludnie ułożone włosy otaczały jej pozbawioną zmarszczek twarz promieniującą babcinym ciepłem. Gdy spytałem ją, dlaczego nasze wysiłki nie poprawiały stanu zdrowia, odchrząknęła dyskretnie. Administratorzy i lekarze praktycy pozwalali, aby wiara w progres prowadziła ich ku przypuszczalnie pożytecznej technologii, powiedziała wtedy Bingham. Jednak przez większość czasu nie dopuszczali możliwości, aby statystyki zmieniły ich poglądy, skoro dowody jasno sugerują, że technologia nie pomaga. Mówiła, że "lekarze praktycy zaczęli stosować elektroniczne monitorowanie rytmu serca płodu z nadzieją, że poprawi to metody leczenia. Nawet gdy stało się oczywiste, że ciągłe monitorowanie akcji serca nie przynosi żadnych efektów, lekarze i tak nie zaprzestali używania tej technologii".
Sama Bingham była na początku gorącą zwolenniczką monitorów serca. Podstawa logiczna dla istnienia tych maszyn miała sens: wystarczyło obserwować dzieci z uwagą, a można było zauważyć, że u niektórych rytm serca zwalniał z powodu wyraźnego niedotlenienia. Stała się ekspertem w interpretacji płodowego rytmu serca i większość swojej kariery poświęciła przekazywaniu pielęgniarkom tych umiejętności. Gdy jednak ukazał się raport dotyczący losowych prób klinicznych, porównanie tysięcy porodów pokazało, że dzieci podlegające nieustannemu monitorowaniu serca nie miały zbyt wielkiej szansy na przetrwanie (ani mniejszego ryzyka na wystąpienie porażenia mózgowego) niż te, które nie były monitorowane. W Stanach Zjednoczonych branża związana z narodzinami praktycznie zignorowała te dowody, kupując maszyny dla szpitali i rutynowo posługując się nimi podczas każdego porodu (podczas gdy inne kraje preferowały podejście naukowe). Wiele lat później, ponownie poszukując dowodów, Bingham zaczęła podejrzewać, że w większości przypadków maszyny te wyrządziły więcej zła niż dobra. Przywiązały kobiety do łóżek (co stanowiło problem, ponieważ niezdolność do swobodnego poruszania się mogła znacznie utrudnić poród), stały się pożywką do wytaczania niedorzecznych procesów sądowych oraz przyczyniły się do nieupoważnionych operacji przeprowadzanych z powodu częstych fałszywych alarmów.
Pomimo braku popierających je dowodów, niektórych tradycji w położnictwie nie dało się wykorzenić, wyjaśniła Bingham. Zaczęła kwestionować je w 1981 roku, gdy sama urodziła dziecko w szpitalu, w którym pracowała jako położna. Druga położna zabrała jej syna do żłobka krótko po narodzinach, tak jak nakazywała procedura. Bingham setki razy wykonywała podobną rzecz, ale tym razem poczuła, że coś jest nie tak. Miesiącami czekała, aby zobaczyć i wziąć w ramiona swoje nowo narodzone dziecko, a leżąc na szpitalnym łóżku bez niego, czuła dławiącą, przytłaczającą samotność. Nadal rozkleja się nieco pod wpływem emocji towarzyszących temu wspomnieniu. Czekała z niepokojem, zastanawiając się, czy jej syn płacze, czepiając się w pamięci konturów jego twarzy, aż w końcu, po dwóch godzinach, miała dość. Nie zważając na błagania współpracowników, wkroczyła do żłobka i nie chciała wrócić do pokoju, dopóki nie usłyszy, że może zabrać syna ze sobą.
Bingham wiedziała, że nie istniał żaden poparty naukowo powód, dla którego oddzielano zdrowe matki od zdrowych dzieci. Był za to dowód na to, że dzieci pozostające po porodzie ze swoimi matkami rozwijały się lepiej (mniej płakały, miały wyższą temperaturę ciała i niski poziom hormonów stresu). Jednak gdy Bingham wróciła do pracy, kontynuowała politykę szpitala i wmawiała matkom, że dzieci będą miały się lepiej w żłobku. Wiele lat później, gdy Bingham stała się autorytetem w swojej dziedzinie, pomogła unowocześnić politykę działania w kilku szpitalach, aby matki i dzieci przebywały razem. Mimo to nadal nie dawał jej spokoju fakt, że okłamywała matki, aby przekonać je do poddania się praktyce, która według niej samej nie miała żadnego sensu. Powiedziała, że instytucjonalna bierność potrafi być potężną siłą. W samym 2005 roku połowa dzieci urodzonych w Stanach Zjednoczonych została odłączona od matek, zanim skończyła godzinę.
"Moim najlepszym wytłumaczeniem jest stwierdzenie, że wszyscy zaangażowani w ten proces, począwszy ode mnie do matek, ojców i bliskich, zostali pouczeni, aby zachować uległość w obliczu autorytatywnej władzy szpitala i jego praktyk", wyjaśniła Bingham.
Wszystko wskazywało na to, że położnictwo utknęło niezdarnie pomiędzy rzemiosłem a przemysłem. Zrzekło się rzemieślniczej doskonałości w zamian za logikę masowej produkcji. Ale jej liderzy nigdy nie przestali myśleć o nim w kategoriach kunsztu, nie dopuścili, by ich przeczucia, intuicja i tradycje zostały stłamszone przez statystyki. W utworzonym w 1978 roku rankingu medycznych specjalizacji popartych niezbitymi dowodami naukowymi, położnictwo znalazło się na szarym końcu. W książce wydanej w 2007 roku zatytułowanej Pushed autorka Jennifer Block porównała metody położnicze poparte dowodami do rzeczywistych praktyk stosowanych w szpitalach i pokazała, że nadal dzieli je ziejąca przepaść. W 2011 roku Amerykański Kongres Położnictwa i Ginekologii opublikował artykuł ujawniający, że zaledwie dwadzieścia pięć procent własnych położniczych wytycznych "ustanowiono na podstawie dobrych i logicznych dowodów". Pozostałe rekomendacje zostały oparte na dowodach ograniczonych bądź nielogicznych, lub na podstawie opinii. Wyglądało na to, że logika przemysłowa zaczęła zdobywać popularność. Zastanawiałem się, czy owa popularność nie była odpowiedzialna za przynajmniej częściowy wzrost śmiertelności wśród matek.
Bingham zasugerowała, że jeśli naprawdę chciałem zbadać złożoność tego problemu, powinienem spojrzeć na niego z szerszej perspektywy. Uznała, że pomocne będzie wysłuchanie historii kobiet, które o mały włos nie umarły w trakcie porodu i miały autorytet, aby opowiedzieć, co się wydarzyło i dlaczego. Na każdy zgon przypadało bowiem wiele przypadków, które prawie zakończyły się śmiercią, i setki kobiet doświadczających ciężkich, zmieniających życie ran. "Ten wzrost śmiertelności to zaledwie czubek góry lodowej", powiedziała.
Michelle Niska ma przyjazną twarz, ze śladami skandynawskiego pochodzenia - proste blond włosy, wysokie czoło i pulchne policzki, które sprawiają, że gdy się uśmiecha, jej powieki zaciskają się w wąskie szparki. Jest przyjacielska i otwarta, co doskonale pasuje do jej roli nauczycielki w szkole podstawowej (uczy dzieci emigrantów języka angielskiego) i do bycia mieszkanką Minnesoty.
Znalazłem Michelle na stronach Anoka County Union. Historia została opisana w sposób oszczędny i bezpośredni, w stylu, który czerpie swoją siłę rażenia z prezentowania tego, co niewiarygodne oraz tego, co przyziemne tym samym, rzeczowym tonem. Historia Michelle była tak zdumiewająca, że zacząłem się zastanawiać nad prawdziwością podanych informacji. Gdy Beth, która pracowała jako pielęgniarka, wróciła tego popołudnia do domu, spytałem ją, czy utrata stu piętnastu jednostek krwi jest czymś niespotykanym.
- Piętnastu? Hmm, cóż, to więcej niż większość ludzi ma w swoich ciałach - odparła.
- Nie, stu piętnastu - odpowiedziałem.
- Nie bądź śmieszny - rzuciła szorstko.
Druga ciąża Michelle przebiegała prawidłowo. Jej pierwsze dziecko urodziło się trzy lata wcześniej przez cesarskie cięcie, a lekarze zalecali przeprowadzenie zabiegu również i w tym przypadku, na co Michelle się zgodziła. Ta zasada, według której, jeśli już raz miało się cesarkę, przeprowadza się ją ponownie, jest kwestią sporną, ale ma sens, jeśli postrzega się operację jako praktycznie nie niosący ze sobą ryzyka zabieg. Gdy Michelle zaczęła odczuwać skurcze (o tydzień za wcześnie), udała się do szpitala, a pielęgniarki zabrały ją prosto na salę operacyjną. Jej lekarz, Jeff Raines, był w tym czasie na wycieczce ze swoim klubem kolarskim, więc to jego partner, Cephas Agbeh, przeprowadził operację i zaprezentował Michelle ważącą ponad trzy i pół kilograma dziewczynkę. Jednak dopiero gdy włożył rękę w nacięcie, aby usunąć łożysko, zdał sobie sprawę, że coś było nie tak. Łożysko to purpurowa, ważąca pół kilograma plątanina naczyń krwionośnych. Zawiera olbrzymią ilość krwi - przez ten organ przepływa jedna dziesiąta całej krwi pompowanej przez serce podczas jednego uderzenia. W normalnej sytuacji hormony powodują obkurczanie się naczyń zaraz po porodzie, a łożysko oddziela się sprawnie od macicy. Jednak tym razem, gdy Agbeh pociągnął za łożysko, wyczuł opór - zły znak. "Świadomość powagi sytuacji dociera do ciebie w błyskawicznym tempie", powiedział Raines. "To jedna z tych rzeczy, gdy czujesz, jak serce zamiera ci w piersi".
Agbeh wydał kilka szorstkich poleceń. Wszyscy zaczęli działać w niesamowicie szybkim tempie. Anestezjolog przyłożył do twarzy Michelle maskę tlenową.
- Będziemy musieli cię uśpić - powiedział.
Zasłona na piersi Michelle chroniła ją przed oglądaniem własnych wnętrzności, ale wiedziała, że dzieje się coś złego.
- Jest źle, prawda? - spytała.
Anestezjolog szukał odpowiednich słów, lecz wybrał brutalną szczerość.
- Tak - odparł, zakrywając maską jej nos i usta.
Raines nadal był na wycieczce, gdy zabrzęczał jego pager. Oddzwonił, mówiąc, że znajduje się co najmniej godzinę drogi od szpitala. "Nadal chcesz, żebym przyszedł?", spytał. Gdy usłyszał potwierdzenie bez cienia wahania w głosie, wiedział, że sytuacja zrobiła się bardzo niebezpieczna. Podjechał szybko do samochodu, założył parę dżinsów i udał się prosto do szpitala. Pot ledwie zdążył obeschnąć na jego ciele, gdy wbiegł na salę operacyjną.
Michelle krwawiła obficie. Jej łożysko wrosło w ściany macicy, a naczynia krwionośne przeniknęły przez nie, zagnieżdżając się w jamie brzusznej. Owe naczynia zadziałały na zasadzie rur odpływowych. Strumienie krwi wypływały z nich wraz z każdym uderzeniem serca. Lekarze dociskali gaziki, aby spowolnić krwotok, po czym usuwali je i zamykali arterie. Jednak gdy tylko zmniejszali ucisk, ciśnienie krwi Michelle spadało drastycznie, a rana zapełniała się krwią, zanim zdążyli założyć zaciski i szwy. "To przypominało chodzenie po ruchomych piaskach" powiedział Raines. "Człowiek zapadał się wraz z każdym kolejnym krokiem. Krew wylewała się z rany, a ssak - jak sam słyszysz, nie zasysa powietrza. Michelle wykrwawiała się równie szybko, jak pracowała maszyna".
Na salę operacyjną wezwano wielu lekarzy. Dwójka chirurgów urazowych otworzyła klatkę piersiową Michelle. Jeden z nich wsadził rękę do środka, chwycił główne naczynie krwionośne, aortę odchodzącą łukowato od jej serca, i zacisnął na niej dłoń, aby uniemożliwić przepływ krwi do dolnej połowy ciała. Raines poszedł poszukać rodziców Michelle. Diane i Jim łowili ryby na środku jeziora, gdy ich córka zadzwoniła, żeby powiedzieć, że właśnie rozpoczął się poród. Byli w drodze do szpitala, gdy odebrali kolejny telefon z informacją, że urodziła się dziewczynka, a Michelle nadal przebywała na sali operacyjnej z powodu krwawienia. Zanim znalazł ich Raines, byli w szpitalu od kilku godzin, wiedząc, że dzieje się coś strasznego.
- Michelle krwawi - powiedział im Raines. - Nie wygląda to dobrze.
Po czterech godzinach spędzonych na sali operacyjnej Michelle nadal obficie krwawiła. Lekarz ściskający jej aortę czuł, jak dłoń drętwieje mu powoli z bólu. Przy operacji asystowało siedmiu chirurgów. Usunęli całkowicie macicę i kauteryzowali pozostałe miejsca wewnętrznego krwotoku, spowalniając upływ krwi. "Zeszliśmy z poziomu strażackiej sikawki do ogrodowego węża", powiedział Raines.
Lekarze poddali krew zabiegowi odzyskiwania - wysysali ją i wtłaczali z powrotem w Michelle, ale to nie wystarczyło. Zużywali torebki z krwią w takim tempie, że wkrótce stało się jasne, iż wykorzystają całą rezerwę szpitala. Ktoś zadzwonił do Czerwonego Krzyża, a policyjne radiowozy zaczęły zwozić krew z innych szpitali. Pielęgniarki utworzyły coś na kształt brygady pomocniczej, przenosząc ją w pojemnikach na salę operacyjną. Ogółem zużyto sto dziesięć jednostek (artykuł w gazecie ukazał się, zanim akcja ratunkowa dobiegła końca) - to więcej niż cała krew krążąca w ciałach jedenaściorga dorosłych ludzi.
O jedenastej wieczorem lekarze uznali, że muszą spróbować czegoś innego. Rodzice Michelle zobaczyli nosze przejeżdżające przez korytarz, ale były tak szczelnie schowane za lekarzami i pielęgniarkami, że nie zdążyli nawet zobaczyć córki. Michelle została przewieziona na oddział radiologii interwencyjnej, gdzie kolejny lekarz zainstalował sondę w naczyniu krwionośnym w jej nodze i skierował ją do jamy brzusznej. Sonda uwolniła żel, który załatał nieszczelności w jej układzie krwionośnym. Sztuczne zablokowanie naczyń pomogło. Krwotok zmienił się w cienką strużkę.
Raines poszedł poszukać rodziców Michelle. Na jego widok Diane przestała oddychać. Raines pokiwał tylko głową i uśmiechnął się. "Pierwszy raz w życiu tak bardzo ucieszyło mnie czyjeś kiwnięcie głową", powiedziała Diane. O drugiej w nocy Raines opadł bez sił na szpitalne łóżko i próbował zasnąć. O siódmej rano obudził go telefon. Michelle znów zaczęła krwawić.
Gdy rozpocząłem swoje rozmowy z położnikami, część z nich zatrzymywała się w tym punkcie. Mówili, że potrzeba nam więcej szpitali jak ten, do którego przyjęto Michelle, większej liczby banków krwi, większego doświadczenia w dziedzinie radiologii interwencyjnej i więcej chirurgów. Ich założenia były logiczne, ale po upomnieniu Debry Bingham, aby wystrzegać się tendencji do szukania poprawy dzięki technologii (i pomimo namacalnych dowodów), podszedłem do nich z ostrożnością. Dopiero po tym, jak porozmawiałem z rodzicami Michelle wystarczająco długo, aby zapoznać się z pełną medyczną historią ich córki, dostrzegłem problem leżący w zapotrzebowaniu na technologię. Takie rekomendacje wynikają z ograniczonej perspektywy - skupiają się wyłącznie na samej katastrofie. Aby zrozumieć, co przydarzyło się Michelle, trzeba poszerzyć swój punkt widzenia o jej poprzednią ciążę.
Trzy lata wcześniej, odczuwając pierwsze oznaki akcji porodowej, Michelle pośpieszyła do szpitala, gdzie została przyjęta, przygotowana i położona na łóżku, a potem pozostawiona samej sobie. Co jakieś piętnaście minut przychodziła pielęgniarka, aby sprawdzić stan Michelle i tętno dziecka na monitorze. Podano jej dożylnie Pitocin, syntetyczną wersję oksytocyny, aby wzmocnić skurcze porodowe. Lekarz powoli dawkował lek. Choć Michelle poddano znieczuleniu zewnątrzoponowemu, skurcze w dalszym ciągu były nieznośnie dokuczliwe. Dyskomfort pogłębiał się wraz z każdą upływającą godziną. Z kateterem, wkłuciem po znieczuleniu, wenflonem w dłoni podłączonym do kroplówki i monitorem serca wokół brzucha, Michelle była przykuta do łóżka. Tłumaczyła, że utrzymanie jednej pozycji przez wiele godzin jest bardzo trudne. "Uświadomiłam sobie, że nawet podczas snu wiercisz się na łóżku. A gdy cierpisz z bólu i nie możesz się poruszać, leżysz i myślisz, jak bardzo cię boli". Ankieta przeprowadzona wśród matek pokazała, że siedemdziesiąt siedem procent kobiet, które mogły zmienić pozycję podczas porodu, powiedziało, że poruszanie się przynosiło im niejaką ulgę w bólu (dla porównania, siedemdziesiąt pięć procent ankietowanych powiedziało to samo o lekach znieczulających). Poród Michelle trwał już dwadzieścia jeden godzin, gdy lekarz spytał ją, czy myślała o cesarskim cięciu. Owszem, myślała o tym przez jakieś ostatnie dziesięć godzin. "Jeśli pan tego nie zrobi, sama je sobie wytnę", rzuciła żartem.
Cesarskie cięcie od zawsze wzbudzało we mnie pewne zainteresowanie. Często doświadczałem nieprzyjemnego ukłucia bólu na widok kobiety w zaawansowanej ciąży. To uczucie nie brało się ze współczucia, ale z niedowierzania zwykłego laika. Sam pomysł, że cała ta wybrzuszająca się masa miała przecisnąć się przez miednicę i pochwę tak bardzo naruszał moje wyobrażenie o ludzkiej anatomii, że nie mogłem uwierzyć, że to się mogło dziać naprawdę. Poród wydawał się równie nieosiągalny, co lewitacja. Nic dziwnego, że istnieją bajki o bocianach i wróżkach przynoszących dzieci. Dla teoretyka kulturowego, Camille Paglii, tajemnica kobiecej anatomii jest groźbą, przypomnieniem, że w obliczu natury wszyscy jesteśmy równi.
"Ciało kobiety to labirynt, w którym człowiek się gubi", napisała Paglia w swojej książce Sexual Personae. "To otoczony murem ogród, średniowieczny hortus conclusus, w którym matka natura odprawia swe demoniczne czary. Kobieta jest pierwotną twórczynią, pierwszym prawdziwym Kreatorem. Zmienia niewielką grudkę w rozrastającą się sieć, żywą, czującą istotę, unoszącą się na pępowinie, która trzyma każdego człowieka".
Dzięki tej samej smyczy natura ściąga nas nieubłaganie na ziemię. Narodziny zmuszają nas do zaakceptowania wielkiej tajemnicy nieodłącznie towarzyszącej dawaniu życia, tej samej, która nieuchronnie przesłania naukę i rozsądek, gdy życie odbiera. Cesarskie cięcie jest ciosem wymierzonym w nieznane. Rzeczy niewidzialne i mgliste zamienia w widzialne i wyraźne. Tajemniczość zastępuje mechaniką.
Zastosowanie cesarskiego cięcia zabiera nas do czasów mitycznej prehistorii. Apollo (bóg logiki i klarowności) wykorzystał tę technikę, aby odebrać poród swojego syna, Asklepiosa, boga uzdrowiciela. Jednak historycznie była to ostatnia deska ratunku, operacja, którą wykonywało się jedynie wtedy, gdy matki nie można było uratować, ponieważ zabieg niemal zawsze prowadził do jej śmierci. Cesarskie cięcia stały się bezpieczniejsze po tym, jak w XIX wieku chirurdzy zaczęli stosować antyseptyki i wprowadzono anestezjologię. W takim stopniu, że niektóre autorytety w dziedzinie chirurgii opowiadały się za rozpoczęciem operacji znacznie wcześniej, kiedy matka miała jeszcze szansę na przetrwanie. Ale prognozy nadal nie były optymistyczne. W późniejszych latach jeden z tych autorytetów, Robert Harris, uznał za pouczające porównać rokowania dotyczące ciężarnych kobiet, tych, które były operowane przez nowojorskich chirurgów, oraz tych, które nadziały się na rogi byka. Kobiety były sześć razy bardziej narażone na zgon po "cesarce", co "świadczy o wiele lepiej o byczym rogu niż o skalpelu", napisał Harris. Mijały lata, a techniki chirurgiczne udoskonalono (do czego przyczyniło się m.in. odkrycie penicyliny), a wskaźnik przetrwania radykalnie się polepszył. Do 1970 roku liczba cesarskich cięć wzrosła do pięciu procent przypadających na wszystkie porody w Stanach Zjednoczonych i poprawiła się tak bardzo, że lekarze specjaliści zaczęli stosować ten zabieg zapobiegawczo w przypadku dzieci ułożonych pośladkowo, bliźniaków, kobiet z chronicznymi przypadłościami oraz tych, których dzieci wydawały się zbyt duże. Zanim nastał rok 2000, prawdopodobieństwo, że zdrowa, młoda kobieta umrze podczas cesarkiego cięcia, spadło do 0,028 procenta, czyniąc ją jedną z najbezpieczniejszych operacji. Ten zabieg stał się tak pewny, tak normalny, że w 2006 roku grupa ekspertów zasugerowała, że może być odpowiednią metodą rodzenia znacznej liczby dzieci.
Na sali operacyjnej cesarskie cięcie wydaje się prostą procedurą, ale łączące się z nią ryzyko i korzyści komplikują się w miesiącach i latach, jakie po niej następują. Operacja sama w sobie jest uszkodzeniem ciała - dojście do siebie zajmuje kobietom od dwóch do dwunastu tygodni, a rana po cesarce zostaje zakażona w trzech na dziewięć przypadków. Do tego dochodzi ryzyko zrostów, wewnętrznych blizn, które powstają podczas ponad połowy operacji jamy brzusznej. W rzadkich sytuacjach blizny operacyjne mogą powodować chroniczny ból, rozerwać organy, zablokować jelita, wstrzymać funkcję jajowodów lub - w późniejszych ciążach - zwiększają ryzyko urodzenia martwego dziecka lub płodów rozwijających się pozamacicznie. Podczas drugiej ciąży Michelle to blizna po cesarce umożliwiła kosmkom łożyska częściowe dotarcie do otrzewnej. Takie powikłanie zwane jest placenta accreta (łożysko przyrośnięte) - lub w ciężkim przypadku Michelle - placenta percreta (łożysko przerośnięte). Według Elliotta Maina, głównego konsultanta w kalifornijskiej debacie nad śmiertelnością wśród matek, dawniej była to przypadłość, z którą lekarz mógł się spotkać jedyny raz w trakcie całej kariery zawodowej. Main powiedział mi, że "ze zjawiska występującego niezmiernie rzadko stała się czymś, co widuje się co miesiąc w każdym dużym centrum medycznym". W latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku łożysko przyrośnięte występowało w jednym na trzydzieści tysięcy porodów. Teraz jest to jeden na pięćset trzydzieści trzy. Ryzyko wystąpienia łożyska przyrośniętego wzrasta z każdym przebytym cesarskim cięciem, powiedział Main, dodając, że ta epidemia patologicznych łożysk została spowodowana przez zwiększenie liczby cesarskich cięć. W tej kwestii osiągnięto naukowy konsensus.
Spotkaliśmy się w Kalifornijskim Centrum Medycznym, gdzie Main jest szefem oddziału położniczego. Wpadł do swojego gabinetu w pośpiechu, sprawiając wrażenie wyczerpanego, jak gdyby nadal miał pod opieką praktykantów, i osunął się ciężko na fotel. Uśmiech ma ciepły i pełen współczucia, prawdopodobnie wyćwiczony, aby podnieść na duchu niespokojne rodziny. Miał krótką, czerwonawobrązową brodę poprzetykaną siwizną. Odpowiedział na moje pytania pełnymi zdaniami prosto ze stron czasopisma naukowego, wpatrując się uważnie w podłogę, jak gdyby w dywanie ukryty był medyczny teleprompter.
Wyjaśnił, że placenta accreta i inne powiązane powikłania (istnieje również placenta previa, gdzie łożysko formuje się nad szyjką macicy, skutecznie blokując wyjście), mają swój udział w śmiertelności wśród matek, ale nadal nie wiadomo, jak duży. Gdy zaczął wymieniać statystki, domyśliłem się, że winą obarcza się grupę "typowych podejrzanych": otyłość, choroby serca, przynależność do rasy, ubóstwo, starsze wiekowo matki, leczenie niepłodności. Jednak te czynniki wpłynęły tylko na część wzrostu współczynnika. "To znaczy, że musimy zacząć szukać tego, co jeszcze zmieniło się w ciągu ostatnich dziesięciu lat w położnictwie", powiedział Main. Trudno zignorować fakt, że liczba cesarskich cięć wzrosła o pięćdziesiąt procent - tym samym pokazując nasilenie wykorzystania tej metody w trakcie porodu - w tej samej dekadzie co wzrost śmiertelności.
Statystyki znów mówią o niewielkich liczbach. Inspekcja, którą Main pomógł wykonać w Kalifornii, ujawniła dziewięćdziesiąt osiem matek, których śmierć w 2002 i 2003 roku była bezpośrednio związana z ich ciążami. W odniesieniu do niższego wskaźnika śmiertelności matek w poprzedniej dekadzie, to o około pięćdziesiąt przypadków więcej niż oczekiwano. Jedna trzecia tego wzrostu została zauważona prawdopodobnie dzięki dokładniejszemu ewidencjonowaniu, a powodem co najmniej jednej czwartej była otyłość i pozostali "typowi podejrzani", co pozostawia wskaźnik na poziomie od zera do dwudziestu zgonów, które mogą być związane z technologicznym nadużyciem. Koniec końców badacze jasno stwierdzili, że piętnaście przypadków zostało spowodowanych wyłącznie przez komplikacje związane z cesarskim cięciem. Mogłoby się wydawać, że to niewielka liczba, ale ta niosła ona ze sobą nadzwyczajną sugestię: zwiększenie opieki medycznej zabijało ludzi.
Jeff Raines nie był nastawiony optymistycznie, gdy rozpoczął drugą operację Michelle Niski. Przeszła ona przez wielką, chirurgiczną traumę: otrzymała ponad pięćdziesiąt trzy litry krwi, co z pewnością obciążyło jej ciało ogromnym stresem, była w śpiączce, a jej ciśnienie skurczowe krwi spadło do trzydziestu (przerażająco niskie). Raines przywitał się z rodzicami Michelle, którzy przyszli się z nią pożegnać. Jednak jakimś cudem kobiecie trzymała się życia. W ciągu następnych dwudziestu czterech godzin lekarze operowali ją jeszcze dwa razy, aby zatrzymać wewnętrzny krwotok.
Matka Michelle, Diane, przyszła do szpitala następnego ranka z dwoma siostrzenicami, które dołączyły do rodzinnego czuwania. Przyglądała się swojej zaintubowanej, podziurawionej igłami i oplecionej monitorami córce. Możliwe było, że już nigdy się nie obudzi. I wtedy Michelle otworzyła oczy. "Prawie zsikałam się w majtki", wspomina jedna z dziewczynek. Michelle próbowała coś powiedzieć, ale respirator jej to uniemożliwił. Diane podała jej długopis i kartkę papieru. Trzęsącą się ręką Michelle napisała: Czy ja umrę? "Nie", odparła zdecydowanym tonem Diane. Potem Michelle dopisała: Czy prawie umarłam?. "Tak".
Najdokładniejsze międzynarodowe statystyki pokazują, że liczba zgonów związanych z porodem na całym świecie spektakularnie spada. Stany Zjednoczone, gdzie ryzyko śmierci wzrasta, są jedyną niepokojącą ciemną plamą w optymistycznych raportach. Wskaźnik śmierci wśród matek jest u nas czterokrotnie wyższy niż w Australii, dwukrotnie wyższy niż w Kanadzie i Anglii i identyczny z Białorusią - dyktaturą, w której technologia medyczna nie odnotowała znaczącej poprawy od czasów Sowietów, i gdzie odpady radioaktywne z Czarnobyla postawiły pod znakiem zapytania możliwości opieki zdrowotnej. Stany Zjednoczone były prawdopodobnie najlepiej wyposażonym krajem do radzenia sobie z takimi przypadkami, jak druga ciąża Michelle. Po półrocznej rekonwalescencji (w trakcie której lekarze drobiazgowo monitorowali jej stan) Michelle przeniosła się do Nowego Meksyku, gdzie kwitnie i wychowuje dwójkę uroczych dzieci.
Pewne problemy Stany Zjednoczone rozwiązują naprawdę dobrze. Jeśli masz w planach poważną operację wymagającą użycia zaawansowanej technologii i sprawnej koordynacji doskonale wyszkolonych profesjonalistów, którzy nie zawahają się wykonać najbardziej szalonych zabiegów, postąpisz mądrze, jeśli poddasz się jej w Stanach. Można zatem powiedzieć, że powszechność wspomaganych chirurgicznie porodów uratowała Michelle życie. Była również powodem, dla którego znalazła się ona w niebezpieczeństwie.
Ten paradoks ma tendencję do powtarzania się. Zwolennicy chirurgicznego porodu usprawiedliwiają pobyt na oddziale intensywnej opieki, wymieniając obrażenia (twierdzą na przykład, że poród waginalny uszkadza dno miednicy i powoduje nietrzymanie moczu). Stronnicy naturalnego porodu utrzymują, że obrażenia same w sobie są skutkiem technologicznej interwencji (przykładowe stwierdzenie: urazy są skutkiem podania leków przyspieszających poród). Ta debata rozpoczęła się jeszcze w XVIII wieku, gdy lekarze sprzeczali się ze sobą, czy szpitalny poród jest konieczny, aby zmniejszyć wysoki wskaźnik występowania gorączki poporodowej. W odpowiedzi austriacki profesor położnictwa Ignaz Semmelweiss zaproponował tezę, że sami lekarze byli roznosicielami choroby. W tamtych czasach wydawało się to całkowicie mylnym - a nawet niebezpiecznym - założeniem, że osoba lecząca może roznosić zarazki (Oliver Wendell Holmes Sr. wysunął identyczną hipotezę trzy lata wcześniej, w 1843 roku, i również spotkał się z podobną pogardą). Semmelweiss został wyśmiany, ale okazało się, że miał absolutną rację. W tamtym okresie lekarze rzadko myli dłonie, nawet po zbadaniu zwłok, i pomimo dobrych zamiarów, zarazili tysiące kobiet.
Z perspektywy czasu stało się jasne, że próby asystowania kobietom w trakcie porodu na przestrzeni wieków uczyniły więcej złego niż dobrego. Gdy przyjrzałem się niewiarygodnie wysokim wskaźnikom śmiertelności matek z początku XX wieku, stało się jasne, że wiele uratowanych istnień to nie były dusze wyrwane prosto z wygłodniałej paszczy matki natury, lecz kobiety uratowane przed złymi praktykami lekarskimi. Z analizy zdrowia matki i dziecka z lat 1900-1999 amerykańskiego Centrum Zwalczania i Zapobiegania Chorobom wynikło, że na początku XX wieku "słaba edukacja położnicza i niewłaściwy sposób odbierania porodu były głównymi przyczynami wysokiej śmiertelności, czego w większości przypadków można było uniknąć". Dzieci przychodziły na świat przy wykorzystaniu "niewłaściwych i nadmiernych chirurgicznych oraz położniczych interwencji (wymuszania porodu, użycia kleszczy, nacięcia krocza i cesarskiego cięcia)".
Wszystkie dowody wskazujące na to, że manipulowanie może uczynić poród bardziej niebezpiecznym, zmusiły mnie do powrotu do początkowego założenia, że poród był nieskomplikowany i bezpieczny do momentu, w którym go nie spapraliśmy. Ten sposób myślenia ma jednak tendencję do popadania w skrajność. Jeśli medycyna znajdzie się w polu podejrzeń, to samo stanie się z pożywieniem, kulturą i samymi kobietami. Jednym z argumentów jest, że współczesne kobiety są zbyt słabe i kruche, aby urodzić dziecko. Że są zbyt przerażone własną fizycznością, "zbyt eleganckie, aby przeć". Być może nie powinien dziwić fakt, że kobiety są obwiniane za trudne porody i zwiększanie liczby cesarskich cięć, skoro to tak naprawdę unowocześniona wersja stanowiska zajmowanego przez Biblię. Według Księgi Rodzaju ból towarzyszący porodowi to nic innego, jak kara za zerwanie jabłka przez Ewę.
Odruch odrzucenia tej winy jest zrozumiały. Wydaje się nieprawdopodobne, aby matka natura lub Bóg stworzyli kobiety tak, aby one i ich dzieci nie były w stanie przetrwać porodu - w końcu, jeśli umrze dziecko (albo co gorsza - matka), umierają też geny. Wyruszyłem więc w naukową podróż, aby dowiedzieć się, czy poród naprawdę był niebezpieczny, zanim medycyna, religia, niedożywienie i patriarchat zaczęły mu w tym przeszkadzać. Jak mógł wyglądać poród w Raju?
Narodziny są stosunkową nowością w historii wszechświata. Przez większą część historii stworzenia rozmnażały się przez podział - bakterie, ukwiały i wiele roślin funkcjonują właśnie w ten sposób. Wariacjami w temacie rozmnażania stały się zarodniki, nasiona i jaja. Jaja są jednak bezbronne, więc wiele gatunków zwierząt zaczęło ochraniać je własnymi ciałami do momentu wyklucia, aż staną się samodzielne. Istnieją żyworodne ryby oraz gady, a także rekiny, a niektóre muchy z Seszeli noszą na grzbietach wijące się larwy. To ssaki jednak stały się ekspertami od porodów.
Jakieś sto milionów lat temu pojawił się kolejny wynalazek - łożysko. System dokarmiający, dostawca tlenu, fabryka przetwarzania odpadów oraz dyplomata, wszystko w jednym, tymczasowym organie. Łożysko zapewniło system podtrzymywania życia płodu, zabezpieczało matkę przed zatruciem wydalanych przezeń zbędnych produktów przemiany materii i uniemożliwiało systemowi immunologicznemu matki atakowanie rosnącego płodu, jak działoby się w przypadku każdego ciała obcego. Pozwalało na wydłużenie okresu ciąży, dzięki czemu niektóre młode, jak u żyrafy, mogły uciekać przed drapieżnikami już w kilka chwil po urodzeniu. Jednak wydłużony okres dojrzewania w łonie oznaczał większe dzieci, a to był problem.
Ewolucja idzie na kompromisy. Skoro zwiększenie rozmiarów dziecka podnosi ryzyko (małe), że część z nich umrze podczas porodu, i zarazem podnosi szanse ocalałego na reprodukcję (wielkie), to nowo narodzone dzieci staną się większe. Choć może się to wydawać wbrew logicznemu myśleniu, świat jest pełen przykładów kiepsko zaprojektowanych układów rozrodczych powodujących śmierć i trwałe obrażenia. Wśród tych przykładów znalazła się hiena cętkowana, która skutecznie zdusiła moje nadzieje na odnowienie rajskiego, naturalnego porodu.
Kanał rodny hieny cętkowanej znajduje się niemal na samym końcu ciała zwierzęcia i tam robi ostry zakręt z powrotem w kierunku brzucha. Gdy szczenięta osiągają punkt w trakcie porodu, w którym ich pępowiny zostają odłączone - tlenu wystarcza im tylko na jedną trzecią podróży - zaczyna się odliczanie do uduszenia. Później szczenięta przechodzą przez łechtaczkę matki (!), która u hien wygląda jak osiemnastocentymetrowa, falliczna rurka. (Ten fallus jest zdolny do erekcji, a z oddali staje się niemal nie do odróżnienia od penisa. Można więc wybaczyć wczesnym biologom, wliczając w to Arystotelesa, że uważali ten gatunek za składający się wyłącznie z hermafrodyt). Organ rozdziera się podczas pierwszego porodu, a liczba przypadków śmiertelnych wśród hien wynosi dziesięć procent. Świadomość, że jakiekolwiek zwierzę musi rodzić w ten sposób, wydaje się być ostatecznym dowodem na to, że jeśli natura miała swego stwórcę, On - w tym przypadku jest to mało prawdopodobne, aby to była Ona - okazał się mściwy i umyślnie niedbały.
Jak natura rekompensuje hienom to potworne doświadczenie? Być może ma to coś wspólnego ze względną wartością testosteronu. Czyni on samice bardziej męskimi (podobna do penisa łechtaczka) i sprawia, że są bardziej zaciekłe. Szczenięta rodzą się w parach. Jeśli oba przeżyją poród, od razu zaczynają ze sobą walczyć, często na śmierć i życie. W tych okolicznościach agresja, jaką zapewnia wysoki poziom testosteronu, jest niezbędna. Inna teoria głosi, że posiadanie wielkich fallusów zapewnia społeczną przewagę w hierarchii klanu. Naukowcy, którzy podsunęli ten pomysł, byli - co za niespodzianka - mężczyznami.
Oczywiście ludzie nie są hienami. Jednak dzięki temu przykładowi na stałe odrzuciłem pogląd, że łagodny poród był ewolucyjną koniecznością. Jeśli naturalny poród wymagał oderwania główki jakiegokolwiek fallusa, wypisywałem się z tego. Hieny cętkowane jako gatunek nie wymarły, pomimo śmiertelności pięćsetkrotnie większej od nieakceptowalnego wskaźnika dla ludzi w obu Amerykach. Pytanie brzmi: jak bardzo ludzie różnią się od hien? Oba gatunki zawarły ewolucyjne umowy, oddając umiejętność łatwych porodów na rzecz innych biologicznych korzyści. Zamiast testosteronu ludzie dostali większe mózgi i zdolność chodzenia w wyprostowanej pozycji.
Autorzy, którzy czynią współczesne odniesienia do ewolucji narodzin, często tłumaczą, że wyprostowany chód doprowadził do zwężenia miednicy. W rzeczywistości jest odwrotnie. Ludzki kanał rozrodczy jest proporcjonalnie szerszy od tego u szympansa i każdej większej małpy człekokształtnej, które mają względnie lekkie porody. Antropolodzy badający mechanikę chodzenia na dwóch nogach uważają, że chód w wyprostowanej pozycji poszerzył biodra, tym samym skracając dystans z przodu do tyłu. Wyprostowanie sylwetki wymagało też poprawki w budowie anatomicznej kręgowców, która przeszła z pozycji poziomej do pionowej. To spowodowało wypchnięcie lędźwiowego odcinka kręgosłupa i kości ogonowej naprzód, tuż pod środkiem ciężkości. Drogi rodne zostały ściśnięte na kształt owalu.
Pogląd, że szerokie biodra ułatwiały poród, jest mitem. Tak naprawdę to odległość przód-tył wpływa na siłę uścisku. Kobiecą predyspozycję do porodu można ocenić dzięki jej wzrostowi - wyższa kobieta będzie miała bardziej pojemną miednicę. "Z trudem przychodzi mi to powiedzieć, ale chodzi o klasyczne, hollywoodzkie ciało", przyznała pewna doświadczona położna. Chcesz wiedzieć, jak wyglądają biodra stworzone do rodzenia dzieci? Popatrz na Heidi Klum.
Nawet w najlepszych przypadkach poród jest dla kobiet wyzwaniem, bez względu na rozmiar bioder. U ludzi największa dysproporcja dotyczy wagi głowy w stosunku do reszty ciała. Główka przeciętnego dziecka - jedenaście na dziewięć i pół centymetra - jest bliska wymiarom dróg rodnych przeciętnej kobiety, które mają dwanaście i pół na jedenaście centymetrów. Dzieci normalnie zsuwają się do miednicy w pozycji bocznej (twarzą do biodra), po czym obracają się, nawigując ramionami między kośćmi. Skutkiem tej tortury jest fakt, że poród jest trudny dla ludzi, trudniejszy niż dla większości innych zwierząt, według Wendy Trevathan, antropolożki, która studiowała ewolucję narodzin. Wygląda na to, że ewolucja musiała dokonać wyboru między poświęceniem umiejętności chodzenia, a rozwojem macicy (i zadowolić się rodzeniem mniejszych dzieci), ale zamiast tego gatunek ludzki zwrócił się ku trzeciemu rozwiązaniu: jakieś sześćdziesiąt tysięcy lat temu pierwsi ludzie musieli zacząć pomagać innym w trakcie porodu.
"Matki nie szukały pomocy ze względu na przewidywane ryzyko, jakie niósł ze sobą poród" - napisała Trevathan wraz z Karen Rosenberg. "Jednak ból, strach i niepokój sprawiały, że zaczęły szukać towarzystwa i bezpieczeństwa".
Ten pogląd ma znaczące implikacje. Sugeruje, że kobieta ewoluowała, aby czuć bóle porodowe. Że niepokój nie był przeszkodą, ale ważnym narzędziem. Podczas gdy małpy szukają samotności podczas porodu, niepokój zmusza towarzyskie zwierzę Arystotelesa do szukania pomocy. W odróżnieniu od małp jesteśmy dosłownie zbudowani do szukania pomocy. Warunki wymiany ewolucyjnej wśród hien były równie proste, jak proste jest podanie w baseballu - tracisz szansę na przeżycie przy porodzie, zyskujesz szansę na przetrwanie dzieciństwa - tracisz dobrego miotacza, zyskujesz pałkarza. Jednak wymiana dokonana przez naszych przodków była bardziej skomplikowana, ponieważ wyszli oni ze zmieniającą wszystko strategią współpracy. Wspólnie matki Homo sapiens były zdolne do zredukowania pewnych cech - pośród nich znalazły się łatwe porody - które wcześniej były konieczne do przetrwania. Dzięki temu zrobiło się więcej miejsca dla ewolucyjnych zmian. Ta innowacja okazała się radykalna - wykorzystując analogię z baseballem, byłaby jak wymyślanie strategii czyniącej miotaczy nieważnymi, co umożliwiłoby drużynie wykorzystanie pałkarza. Poród społeczny jest jednym z czynników odróżniających nas od naszych pierwszych krewniaków, co oznacza, że położnictwo jest jednym z fundamentów człowieczeństwa.
Słowo "położnictwo" (ang. obstetrics) wywodzi się z łacińskiego obstetrix, oznaczającego położną lub "tę, która jest obecna". Trevathan zauważyła jednak, że na współczesnych porodówkach nie kładzie się tak wielkiego nacisku na bycie obecnym. Jeśli myślisz o narodzinach jako procesie stricte mechanicznym, staranny dobór towarzyszących ci osób wydaje się nieco niepoważny. Ale jeśli ewolucja naprawdę włączyła emocje w fizjologię porodu, ich opanowanie byłoby kluczem do kontroli nad procesem fizycznym. Współczesne dowody popierają hipotezę Trevathan. Artykuł opublikowany w 2011 roku przez niezależną międzynarodową organizację typu non-profit, Cochrane Collaboration, największy autorytet w opartej na faktach medycynie, ujawnił, że u kobiet, które otrzymywały wsparcie drugiej osoby przez cały okres porodu, konieczność cesarskiego cięcia spadła o dwadzieścia jeden procent, w odróżnieniu od kobiet rodzących w miejscach, gdzie obecność innych osób nie była dozwolona. Z ewolucyjnego punktu widzenia miało to sens. Szyjka macicy pozostawała zamknięta do momentu, w którym kobieta była w stanie zebrać ludzi, którym ufała, że przeprowadzą ją bezpiecznie przez poród. "Innymi słowy", pisała Trevathan, "kobiety doświadczają w trakcie porodu silniejszych emocji, co każe im szukać wsparcia, które ostatecznie prowadzi do obniżenia śmiertelności i większego sukcesu reprodukcyjnego".
Co dziwne, akceptując pewne technologie niepoparte naukowymi dowodami, nowoczesne położnictwo opierało się starszej metodzie pozostania obecnym przy rodzącej, pomimo niewątpliwych argumentów. Autorzy artykułu napisali, że "ciągłe wsparcie podczas porodu stało się wyjątkiem zamiast ogólno przyjętą normą. To może prowadzić do dehumanizacji kobiecego porodu. Współczesne położnictwo często poddaje kobiety zabiegom, które mogą wywierać odwrotne skutki w postępie porodu". Opinia Trevathan, że stan psychiczny kobiety jest ważny i mechaniczne wsparcie - wliczając w to brak ludzkiego dotyku - może okazać się całkiem bezproduktywne może również tłumaczyć paradoks wzrostu śmiertelności wśród amerykańskich porodów. Jednak problem związany ze studiowaniem psychiki wynika z faktu, że jest ona niewidzialna, niemożliwa do zmierzenia w jakikolwiek sposób. Aby sprawdzić tę teorię, musiałbym znaleźć takie przykłady porodów, w których emocje rodzącej matki były monitorowane równie dokładnie, co jej funkcje życiowe. Wiedziałem, że w ten sposób wypłynę na nieznane wody, w głąb królestwa uczuć i intuicji, i z dala od kojącej rzetelności, jaką oferowała nauka.
W Stanach Zjednoczonych nie ma zbyt wielu instytucji stawiających wsparcie emocjonalne na pierwszym miejscu. Choć administratorzy każdego oddziału położniczego w kraju mówią, że starają się szanować swych pacjentów, szacunek niemal zawsze jest tłamszony przez potrzebę zapewnienia natychmiastowego dostępu do sali operacyjnej, a imperatyw ekonomiczny zmusza ich do zapewnienia łóżek i pomocy medycznej bez zbędnego wydawania pieniędzy. Gdy popytałem trochę dokoła, usłyszałem o centrum położniczym w rolniczej części stanu Tennessee, gdzie poród traktowano niemal jak religijną ceremonię. Taka koncepcja była dla mnie zbyt egzotyczna, ale teoria Trevathan i wzorowe (dzięki Bogu, realne) statystyki skłoniły mnie do uczynienia kroku naprzód. Z lekkim niepokojem sięgnąłem po książkę Duchowe położnictwo autorstwa naczelnej położnej centrum, Iny May Gaskin, i zacząłem przeglądać opisy porodów. Historie opowiadane przez matki często odnosiły się do tego, jak ważne są doświadczenia psychodeliczne lub nawiązanie telepatycznej więzi z partnerem. Nie licząc kontaktu psychicznego, książka zawierała mnóstwo przykładów budzącego zdumienie kontaktu fizycznego: zdjęcia mężczyzn całujących swoje rodzące żony i ściskających ich piersi w trakcie parcia. W przypadku jednego porodu receptą na spowolnioną akcję porodową okazał się naprędce zaimprowizowany ślub - gdy tylko mąż i żona zostali połączeni tradycyjnymi więzami małżeńskimi, kobieta rozluźniła się, a dziecko samo "wyskoczyło".
Przewracając kolejne strony, czułem narastające zniecierpliwienie. Nie chodzi o to, że odrzucałem te zjawiska - wiedziałem, że telepatia stanowiła klucz do ułatwienia porodu. Nie miałem jednak żadnego namacalnego dowodu, który mógłby potwierdzić prawdziwość tej tezy. Nie dawało mi to spokoju z tego samego powodu, co nawoływania mojego ojca do terapii płodowej. Nie wiedziałem, jak mam podejść do tematu bez jakiegokolwiek racjonalnego dowodu.
Jednak druga połowa książki zmieniła się w coś, co można znaleźć w plecaku każdego studenta medycyny. W opisach przypadków nie szczędzono praktycznych uwag. W miarę czytania zacząłem znajdywać punkty zaczepienia, na podstawie których mogłem ocenić awangardowe twierdzenia zawarte w pierwszej części książki. Okazało się, że głaskanie skóry, a w szczególności sutków, powodowało u kobiet zwiększoną produkcję oksytocyny, której syntetyczny odpowiednik, Pitocin, jest najbardziej niezawodnym położniczym narzędziem do wywoływania skurczów macicy. Czyżby kroplówka z Pitocinem była bezceremonialnym, mechanicznym środkiem niezbędnym w kulturze niepotrafiącej znieść emocji - nie mówiąc już o fizycznej intymności - na sali porodowej?
Następnego ranka miałem wywiad z Eugene'em Declercqiem, który studiował zagadnienie narodzin w Szkole Zdrowia Publicznego Uniwersytetu Bostońskiego. Spytałem go, czy słyszał o Inie May Gaskin. Owszem, słyszał. "Ludzie mają tendencję do lekceważenia jej, ponieważ jest straszną hipiską", powiedział. "To wielki błąd. Ona jest zdolna trafniej interpretować naukę - i pisać o niej równie dobrze, a nawet lepiej, niż większość naukowców zajmujących się tą dziedziną".
Gdy do niej zadzwoniłem, ucieszyłem się z ostrzeżenia, które dał mi Declercq. Mąż Gaskin, Stephen, odebrał telefon, cedząc słowa błogim jak na haju głosem, nazwał mnie "starym" i zdążył zrobić dygresję o wojskowo-przemysłowej złożoności, zanim oddał słuchawkę. Jednak drugi głos, który usłyszałem po drugiej stronie, był całkiem inny - stanowczy i szybki, przywołujący bezpośredniość wiejskiego pragmatyzmu. Nim rozmowa dobiegła końca, byłem przekonany. Powiedziałem, że chciałbym odwiedzić jej małą hipisowską komunę w Tennessee. "Cóż, zapraszamy", odparła Ina May.
Spotkałem Inę May i Stephena Gaskinów w Nashville. Oboje byli wysocy, szczupli i siwi. Żyli w zgodzie z prostotą, która bierze się z odrzucenia wszelkiej powierzchowności. Oboje mieli włosy związane w luźne kucyki. Oczy Stephena były białe od katarakty i z figlarnymi chochlikami, a oczy Iny May - błękitne i przenikliwe. Z jej zachowania biła wielka powaga. "Jeśli nie jesteś zły", powiedziała, gdy jechaliśmy autostradą międzystanową za miastem, "nie zwracasz na nic uwagi". Uśmiechnęła się z zajadłością, która odsłoniła jej zęby w radosnym grymasie. Podczas gdy Stephen był zgięty w pół jak sucha gałąź, Ina May stała wyprostowana jak struna. Miała na sobie batikowe spodnie wiązane w pasie i niebieską koszulę z dekoltem bez rękawów.
Siedziałem na tylnym siedzeniu ich coupé, gdy jechaliśmy na południe, mijając po drodze pola i szkółki leśne. Para opowiedziała mi swoją historię, jak po raz pierwszy jechali tą samą drogą do miejsca znanego teraz jako Farma. Spotkali się w latach sześćdziesiątych w San Francisco, gdzie Stephen zajmował się wygłaszaniem swobodnych przemów na temat psychodelii i duchowości (mój ojciec był na jednym spotkaniu). W 1970 roku Stephen wyjechał z San Francisco na serię wykładów. Dołączyło do niego trzystu przyjaciół, tworząc coś na kształt konwoju autobusów. Niektóre z kobiet, wliczając Inę May, były w ciąży. Gdy dotarli do Uniwersytetu Northwestern niedaleko Chicago, jedna z nich zaczęła rodzić. Ina May asystowała przy porodzie. Na szczęście pierwszy poród był łatwy. Stephen, który miał wykład, ogłosił w tym samym momencie, że we wszechświecie pojawiła się nowa świadomość, a część widowni wybiegła na zewnątrz, żeby poprzyglądać się przez okna autobusu.
Gdy dotarli do Rhode Island, położnik Louis La Pere wyważył drzwi autobusu Iny May i spytał, czy zaakceptuje jego instrukcje. Słyszał, że kobiety rodzą dzieci w szkolnych autobusach i miał nadzieję zapobiec tragedii, zanim ona nastąpi.
- Był mądrym człowiekiem, który przeczytał coś w gazecie o kobiecie z doktoratem z angielskiego odbierającej porody - wspomina.
La Pere spędził kilka następnych godzin, udzielając Inie May i dwóm innym kobietom przyśpieszonego kursu z położnictwa, zostawiając je z podręcznikiem, torbą pełną medycznego sprzętu i poczuciem zdumienia. Ina May i pozostałe kobiety rodziły w szpitalach i nie darzyły swych lekarzy sympatią. Jednak ten mężczyzna był inny - błyskawicznie uspokajał kobiety, żartując i dotykając je rękoma w czuły, intymny sposób.
- Nigdy nie widziałem, żeby ktoś dotykał Inę May w ten sposób - powiedział Stephen. - Zwyczajnie ją głaskał. I ściskał.
- Dotyk stanowił ważny element jego praktyki - wyjaśniła Ina May. - Dziś pewnie pozwano by go za to do sądu. Udałam się do jego kliniki i stało się dla mnie jasne, jak bardzo był uwielbiany przez członków tamtejszej społeczności.
Zachowanie La Pere'a przy łóżku pacjentki oraz jego fachowe instrukcje stały się fundamentem dla kobiet budujących własną wersję położnictwa. Przy następnym porodzie pępowina owinęła się wokół szyi dziecka, a matka dostała krwotoku. Podążając za wytycznymi La Pere'a, kobiety odwinęły pępowinę, oczyściły drogi oddechowe dziecka i dały matce zastrzyk z Pitocinu, który znajdował się w jego torbie - lek spowodował obkurczenie macicy i zatrzymał krwawienie. Dziecko Iny May było dziesiątym, które urodziło się w autobusie, i pierwszym, które umarło. Przyszło na świat o dwa miesiące za wcześnie i przestało oddychać niecałe dwanaście godzin później. Ina May była zdruzgotana, ale nie obwiniała siebie za to. Dziecko wykazywało wszelkie symptomy zespołu błon szklistych [dawna nazwa zespołu zaburzeń]. Płuca noworodka z tą chorobą były tak bardzo oblepione śluzem, że traciły zdolność do pobierania tlenu. W tamtych czasach nie było na to żadnej metody leczenia. Ta śmierć nie sprawiła jednak, że Ina May zaczęła kwestionować mądrość rodzenia w autobusie. Zamiast tego skłoniła ją do studiowania podręczników położnictwa. Zapragnęła dziecka, które mogłaby wychowywać i przelała swą tęsknotę w położnictwo.
Wspomnienia zabrały nas niemal siedemdziesiąt mil na południe od Nashville. Oni szeptali coś między sobą, a ja wykręcałem głowę, żeby coś zobaczyć, z nogami ułożonymi w poprzek wąskiego siedzenia. Zjechaliśmy z autostrady i znaleźliśmy się między falującymi, zielonymi wzgórzami, poprzetykanymi od czasu do czasu okolicznymi farmami.
- Gdy po raz pierwszy jechaliśmy tą drogą, wszyscy ludzie wychodzili przed domy, aby nas zobaczyć - powiedział Stephen. - Ogłaszali przebieg naszej trasy przez radio. "Hipisi jadą teraz trasą numer dwadzieścia". Ulżyło im, gdy odjechaliśmy.
- Myśleli, że jesteśmy rodziną Charlesa Mansona - dodała Ina May.
Wkrótce obie kultury nauczyły się żyć ze sobą w pokoju. Mieszkańcy Tennessee, zwłaszcza ci bez ubezpieczenia zdrowotnego, zatrudniali położne. Wśród nich było wielu Amiszów, którzy czasami płacili za opiekę medyczną meblami. Niemal jedna trzecia odebranych przez położne porodów dotyczyła dzieci z biednej wsi, jedna trzecia to były dzieci Farmy, a wśród ostatniej grupy znalazły się dzieci zamożnych kobiet, które czytały książki Iny May i przyjeżdżały z Atlanty albo Nowego Jorku oraz dalekich miejsc, takich jak Hong Kong, aby urodzić w ich centrum położnictwa.
Skręciliśmy w drogę prowadzącą do Farmy. Stateczne wiązy i dęby wielkoowocowe ustąpiły miejsca żółto-zielonym polom wysokiej trawy. Gaskinowie mieszkali na końcu polnej drogi w domu, który zbudowali kawałek po kawałku wokół namiotu, jaki rozstawili tu w latach siedemdziesiątych. Stephen żartobliwie wskazał oryginalne słupki namiotowe, które stały się częścią domu. Powyżej, na wysokości sufitu (i niemal na każdej ścianie) Stephen wbudował w ściany półki na książki. Wokół kanap w kuchnio-salono-jadalni stało jeszcze więcej ułożonych w niebezpiecznie chwiejące się stosy książek, porozrzucanych papierów oraz srebrny laptop.
- Przepraszam za bałagan - powiedziała Ina May. - Staram się dokończyć szkic następnej książki.
Przeszukała lodówkę i wyjęła z niej garnuszek fasoli "czarne oczko", żelazną patelnię z chlebkiem kukurydzianym i trochę jarmużu. Doprawiliśmy posiłek odrobiną odżywczych drożdży i płynnych aminokwasów. Smakowało samym zdrowiem. Od razu poczułem się, jak w domu.
Klinika Farma, w której praktykuje siedem położnych, to niewielki żółty dom stojący w cieniu wielkich dębów, otoczony starannie przystrzyżonym trawnikiem. Ina May zaaranżowała dla mnie spotkanie z inną położną. Gdy zjawiłem się na miejscu, czekała na mnie kobieta w okularach ze złotymi, drucianymi oprawkami i dwoma siwymi warkoczami spoczywającymi na jej piersi. Uśmiechnęła się promiennie i przedstawiła jako Pamela Hunt. Miała usposobienie w typie wyjątkowo miłego szkolnego psychologa.
Z zewnątrz klinika wyglądała jak gabinet małomiasteczkowego lekarza, choć typowy użytkowy wystrój w postaci szafek z lekami, stołów do badań i medycznych plakatów został złamany przytulnymi akcentami. Na stole leżały haftowane poduszki, w każdym pokoju stały kanapy i fotele bujane, a jasnobłękitne ściany udekorowano oprawionymi w ramki zdjęciami niemowląt. W największym pokoju ścianę zdominował ręcznie farbowany, prawie półtorametrowy kwadrat z materiału, przedstawiający obraz koncentrycznych tęcz jak w kalejdoskopie. Pamela powiedziała, że gdy kobiety przychodzą na badania prenatalne, położne spędzają większość czasu na tych kanapach, wysłuchując ich.
- Mierzymy ciśnienie ich krwi, robimy pomiar wielkości macicy i wszystko inne, ale większą część wizyty spędzamy na tych kanapach. Przykładamy dużą wagę do każdego przypadku i staramy się poznać mentalność kobiety - co sprawia, że się śmieje, że płacze, i w szczególności, jaka jest jej relacja z mężem.
Innymi słowy, położne zwracają większą uwagę na związki kobiety i jej charakter niż na jej kondycję fizyczną. W trakcie porodu, opowiedziała mi Pamela, znajomość obaw i pragnień kobiety jest tak naprawdę bardziej użyteczna niż jej statystyki dotyczące funkcji życiowych.
Klinikę otaczają malutkie kabiny, w których kobiety czekają na rozpoczęcie się skurczów. Dwie z nich były zajęte, ale gdy spytałem Pamelę, czy przedstawi mnie jednej z przyszłych matek, wyglądała na zszokowaną.
- To prywatna przestrzeń - powiedziała, wskazując na kabinę. Potem westchnęła i posłała mi ten szczególny, pełen cierpienia uśmiech, który nauczyciele posyłają wyjątkowo opornym uczniom. - Te kobiety przechodzą przez bardzo intymny, wrażliwy proces. To nie jest najlepszy czas, aby wystawiać je na działanie obcej, męskiej energii.
Poczułem ściskanie w gardle. Przyleciałem do Tennessee, aby na własne oczy zobaczyć, czy te położne bez formalnego wykształcenia odkryły na nowo coś, o czym reszta cywilizacji zapomniała. Nie mogłem dokonać oceny na podstawie wrażeń po tej małej wycieczce. Wiedziałem, że musiałoby mi dopisać wielkie szczęście, aby móc obserwować poród, ale nie spodziewałem się, że położne kategorycznie sprzeciwią się temu pomysłowi albo odmówią mi dostępu do swoich klientek i nie będę miał możliwości zamienienia z nimi choćby kilku słów.
- Ale ja nie jestem obcy - powiedziałem, przekrzywiając głowę w bok z nadzieją, że będę wyglądał jak niegroźny i budzący sympatię golden retriever.
- My po prostu tego nie robimy - odparła krótko Pamela, kręcąc głową. - Nie licząc mężów, mężczyźni zazwyczaj nie biorą udziału w porodach.
Moja płeć okazała się niepodważalną barierą. Nawet udział w zajęciach dla przyszłych położnych był zakazany. Okazało się, że operacje podczas porodu były jeszcze bardziej niedostępne (przynajmniej dla mnie i mojej męskiej energii) niż nieprzestrzegające zasad prywatności szpitale. Gdy wyjaśniłem Inie May swoją sytuację, podsunęła mi rozwiązanie, które pozwoli mi obejrzeć narodziny z bezpiecznej odległości. Po przeszukaniu kilku przeładowanych półek wyciągnęła stertę kaset VHS. Mogłem obejrzeć nagrania z porodów bez obawy, że mój urok osobisty zastraszy czyjąś szyjkę macicy.
Zatrzymałem się tego wieczora w Eco-Hostelu Farmy, kompleksie budynków i kampusów mieszczących młodych działaczy na rzecz środowiska, którzy przyjeżdżali tu, aby uczyć się o organicznym ogrodnictwie i przyjaznych naturze technikach budowlanych. Jednymi z gości były dwie młode matki, Diana i Brydget, które przyjechały z Nashville, przywożąc ze sobą dwie malutkie córeczki. Zaczekałem, aż dziewczynki zostaną ułożone do snu, po czym włożyłem jedną z kaset Iny May do odtwarzacza. Na ekranie telewizora zobaczyłem spokojną matkę z afro na głowie, o imieniu Janis, rodzącą dziecko ułożone pośladkowo - maluch siedział wyprostowany w łonie zamiast ułożyć się głową do dołu. W związku z niebezpieczeństwem pojawienia się główki jako ostatniej, w większości szpitali matki z dziećmi ułożonymi pośladkowo są automatycznie poddawane cesarskiemu cięciu. A mimo to Janis, układająca usta w wielkie O, aby pomóc sobie w oddychaniu, uśmiechała się leniwie w odpowiedzi na coś, co powiedziała do niej położna.
W tym momencie jedna z matek, Diana, weszła do salonu. Zdusiła pełen przerażenia śmiech i spytała:
- Co oglądasz?
Zdałem sobie sprawę z tego, co widziała: wysoki facet z brodą, który wydawał się taki miły podczas kolacji, poświęcał wiele uwagi dziewczynkom i był ciekaw ich opinii na temat pływania w strumieniu, teraz leżał bez koszuli, pocąc się w wytartą kanapę, podczas gdy w telewizji grupa położnych w długich sukniach masowała rozdęty brzuch Janis.
- To w celach badawczych - wyjąkałem żałośnie. W tym właśnie momencie Ina May, stojąc między nogami Janis, wyciągnęła ręce, aby potrzeć jej sutki.
Musiałem płonąć ze skrępowania i niepokoju. Nawet gdybym był sam, z trudem oglądałbym to wideo, patrząc na nie pod względem czysto klinicznym. Nie można było zignorować faktu, że poród był kulturowo ograniczonym wydarzeniem, a ja miałem wrażenie, jakbym został przyłapany na wkroczeniu na czyjś teren prywatny. Mimo to Diana przyjęła moje wytłumaczenie i dołączyła do mnie na kanapie. Nastąpiła chwila niezręcznej ciszy.
- Jej szyjka macicy ma rozwarcie siedem centymetrów - powiedziałem w końcu, jak fan sportu komentujący wynik. - To poród pośladkowy.
- Łał.
- No.
Jakiś zahibernowany system obronny w mojej głowie, uśpiony od czasów dziewiątej klasy, obudził się pod wpływem znajomego uczucia seksualnego wstydu i próbował uciec przed zażenowaniem pod przykrywką rozładowania napięcia żałosnym humorem. Wymienialiśmy się żartami, aż w końcu nabrały one towarzyskiego, serdecznego tonu. Zanim Janis osiągnęła dziewięć centymetrów rozwarcia, zjawiła się Brydget z butelką wódki, którą puściła w obieg, gdy usiadła razem z nami. Alkohol był zabroniony w Eco-Hostelu, ale podczas kolacji cała nasza trójka wymieniła się skargami dotyczącymi zagmatwanych zasad ograniczających aktywność na Farmie (wyglądało na to, że im starsi stawali się hipisi, przeistaczali się z kontestatorów zasad w karcących stróżów prawa). Nielegalne posiadanie gorzały uczyniło sytuację jeszcze bardziej podniecającą, a wideo wywołało ekscytujące poczucie łamania zasad.
W pewnym sensie to dziwne, że widoki z porodu przyprawiają ludzi o zdenerwowanie. W końcu wszyscy przez to przeszliśmy. Jednak z drugiej strony, ten niepokój ma sens. Portal między życiem a nieistnieniem znajduje się u progu wszystkich naszych wielkich tematów tabu: odchody i genitalia przeplatają się z tematem śmierci i z odniesieniami do seksu. To ostatnie jest wyjątkowo niepokojące, ale czynność porodu ma naturalne podłoże seksualne. W trakcie seksu i porodu zaangażowane są te same kobiece organy. Taka sama fala związków chemicznych zalewa krwiobieg kobiety, wywołując podobną kombinację agonii i ekstazy, bólu, który może zmienić się w rozkosz i na odwrót. Oksytocyna - która uwalniana jest do krwiobiegu podczas orgazmu, wywołując uczucie miłości i zadowolenia - wzięła swą nazwę od greckiego oxus, które znaczy "szybki", oraz tokos - "poród". Nazwa ma związek z jej zdolnością przyśpieszania porodu poprzez zwiększenie natężenia skurczy. Oxus można również tłumaczyć jako "ostry" - przypadkowo trafne podwójne znaczenie. Kobiety porównywały wyjątkowo traumatyczny poród do gwałtu, a inne doświadczały orgazmów w trakcie rodzenia i karmienia piersią. Nic więc dziwnego, że niechętnie akceptujemy seksualny aspekt narodzin. Świadomość tego rodzaju seksualności podczas porodu sprawia, że aluzja do kazirodztwa wcale nie jest taka odległa. Kto wie, jakie inne potworności czekają w mroku?
- Nie wiem, czy dam radę znieść więcej - powiedziała po godzinie Brydget.
Czułem się podobnie. Krzywiłem się ze współczuciem, gdy na ekranie kobiety jęczały, a dzieci wysuwały się z nich.
- Jakim cudem te wszystkie kobiety są tak spokojne? - zdziwiła się Diana. - Ona się uśmiecha! Nie ma mowy, spójrz na jej twarz. Jest totalnie nawalona. - Odwróciła się do mnie. - Musisz to zdemaskować i sprawdzić, czy nie karmią ich przypadkiem jakąś narkotyczną żywicą czy czymś w tym stylu.
Rzeczywiście, błogi uduchowiony stan rodzących kobiet robił wrażenie. Cokolwiek położne robiły, aby ustabilizować ich stan psychiczny, odnosiło skutek. Jeśli faktycznie użyto jakiejś psychoaktywnej substancji, to uczyniłoby moją pracę łatwiejszą - fizyczną interwencję można zbadać o wiele lepiej niż magię uprawianą przez położne. Potrafiłem zrozumieć, przynajmniej częściowo, dlaczego nowoczesne położnictwo zbywało krótko psychologię porodu. Śledziłem oczami fizyczną akcję. Nie wiedziałem jednak, jak podążać za uczuciami.
Po tym jak Diana i Brydget poszły spać, czuwałem do późna, zbierając myśli o obejrzanych porodach. Pierwsze nagranie sprawiło, że poród dziecka ułożonego pośladkowo wydał się łatwizną. Jednak w trakcie drugiego filmu coś poszło nie tak. Ramiona dziecka zaklinowały się w miednicy matki tuż za kością łonową. Tę sytuację położniczą określa się mianem dystocji barkowej. Nachyliłem się w stronę telewizora z wielkim zainteresowaniem. Jak powiedział mi pewien położnik z New Jersey, ława przysięgłych uznawała dystocję barkową za komplikację tak poważną, że wiele szpitali, które zostały pozwane przez pacjentów, uznało za tańszą opcję podpisać czek, bez kontaktowania się z prawnikami. Jednak na filmie nie doszło do katastrofy. Położne poprosiły kobietę, aby odwróciła się i przyjęła pozycję kolankowo-łokciową. Chwilę później dziecko wyślizgnęło się bez żadnych problemów.
Gdy poczytałem o tej technice w internecie, okazało się, że nazywa się ją "manewrem Gaskin". Następnego dnia spytałem Inę May, czy to ona była tytułową Gaskin. Wyglądała na nieco zażenowaną, gdy przyznała, że tak. Nauczyła się tej sztuczki od położnej z Ameryki Centralnej, która pracowała z potomkiniami Majów na gwatemalskich wyżynach.
- Nie wynalazłam go - powiedziała. - Powinien być nazywany "manewrem na czworaka".
Położnicy uczą się kilku innych technik uwalniania zablokowanych ramion. W "manewrze McRobertsa" przyciskają kolana rodzącej do piersi i uciskają pięścią obszar tuż nad spojeniem łonowym. W "rękoczynie Woodsa" wprowadza się rękę głęboko w pochwę i obraca ramionami noworodka. Podczas "zabiegu Zavanellego" odprowadza się główkę z powrotem do pochwy i wykonuje cesarskie cięcie. Nie licząc ostatniego, każdemu towarzyszy coś, co literatura położnicza określa - w stylistyce wisielczego humoru - mianem "hojnego nacięcia krocza", wykonywanego przez umieszczenie skalpela blisko zakończenia pochwy i cięcia w dół, aż do odbytu.
Podczas każdego z tych zabiegów kobieta jest bierna. Sekretem manewru Gaskin jest nieuwzględniona dotąd zdolność matki do przejęcia kontroli nad sytuacją. Gdy kobieta się odwraca, grawitacja umożliwia obrócenie się dziecka tak, że najpierw wyślizguje się jedno, a potem drugie ramię.
Ta technika wydała się bardziej wskazana, a przynajmniej warta wypróbowania. Jedyny oficjalny artykuł dotyczący manewru Gaskin wykazał, że potrzeba było średnio od dwóch do trzech minut, aby całkowicie wyeliminować dystocję barkową w osiemdziesięciu trzech procentach - lepszy wskaźnik od którejkolwiek z wyżej wymienionych metod. Ta technika nie została jednak dokładnie zbadana pod kątem naukowym, częściowo dlatego, że pacjentkom trudno jest się obrócić, gdy są podłączone do znieczulenia zewnątrzoponowego (nie wspominając już o kroplówce, kateterze czy urządzeniu monitorującym tętno płodu). Jednak Ina May jest zdania, że ta metoda nie upowszechniła się z powodu upartej odmowy medycznego establishmentu do oddania choćby części władzy komuś z zewnątrz - wiązała się z jednoznacznym przyznaniem, że starszyzna Majów wiedziała coś, co położnicy powinni byli znać od samego początku. - "Dlaczego nie można korzystać z najlepszych rozwiązań nowoczesnego świata i nie odrzucać tego, co kiedyś wiedzieli ludzie?", spytała.
Jeśli chodzi o psychologię porodu, ta kulturowa amnezja obejmuje jeszcze większy obszar, powiedziała Ina May. Pokazała mi na swoim komputerze zdjęcie pewnej rzeźby: ludzkiej, uśmiechniętej postaci, sięgającej dłonią między kolana i chwytającej widoczną tam wielką, ziejącą dziurę. Ina May znalazła tę figurkę wyrzeźbioną pod dolną krawędzią dachu kościoła św. Maryi i Dawida w Kilpeck w hrabstwie Herefordshire w Anglii, zbudowanego w XII wieku. Figurki funkcjonujące pod nazwą Sheela-na-gig są rozproszone na całym obszarze Wysp Brytyjskich. Ina May jest zdania, że to miniaturowe wizualizacje przekazów położniczych.
- Sądzę, że to forma "neurowizualnego" programowania. Kobiety ogromnie zyskałyby, gdyby mogły to obejrzeć. Postać kuca w mało elegancki sposób. Usta i oczy ma szeroko otwarte. Oto kobieta, która się nie rozpadnie, to kobieta, która się uśmiecha.
- Dlaczego? - spytałem. - Nie widzę związku.
- Jeśli masz rozluźnione gardło, to samo dzieje się z twoją szyjką macicy - wyjaśniła Ina May. - To dlatego wstrzymywanie oddechu i jednoczesne parcie jest takie niebezpieczne.
Jeszcze nigdy nie udokumentowano zależności między gardłem a szyjką macicy, ale ma sens stwierdzenie, że jeśli kobieta jest spokojna na tyle, aby rozluźnić zaciśnięte gardło, będzie bardziej podatna na rozluźnienie pozostałych części ciała. Położnicy często odkrywają, że poród zakończony sukcesem zależy od trzech P - rozmiaru przejścia, rozmiaru pasażera (dziecka) oraz siły parcia, dzięki której udaje się wypchnąć drugie przez pierwsze. Łatwo wymyślić metaforę, ale nie zdziała ona nic, aby ukazać najbardziej mglistą i być może najważniejszą część procesu rodzenia: zmianę rozmiaru przejścia. Ciężarne kobiety są dosłownie zmiennokształtne - jeden z hormonów (o jakże świetnej nazwie relaksyna) zmiękcza chrząstkę między kośćmi spoidła łonowego, zmieniając kształt miednicy, podczas gdy inne hormony zmniejszają napięcie mięśnia szyjki macicy i stymulują skurcze. Uwalnianie się tych hormonów może zostać spowolnione lub zwiększone przez emocje. W ostatecznym przypadku można wysunąć teorię, że Sheela-na-gig jest ukłonem w stronę transformującej siły kobiecego ciała - prostym udowodnieniem faktu, że kobieta może "stać się wielka", jak to ujęła Ina May.
Ina May uznała, że porównywanie reprodukcji do wydalania jest o wiele bardziej adekwatne, niż porównanie jej do przeładowanego traktora pędzącego w stronę wąskiego tunelu. Aby zastąpić zasadę trzech P, zaproponowała coś, co nazywa prawem zwieracza. Podobnie jak zwieracze kontrolujące wydalanie, szyjka macicy nie reaguje zbyt dobrze na świadomy rozkaz. Zamiast tego, podobnie jak zwieracz, odpowiada na subtelne wskazówki, które mówią jej, że wszystko jest dobrze i że nadszedł odpowiedni moment. Mięśnie zwieraczy obkurczają się, gdy są zaskoczone lub przerażone. Śmiech pomaga im się otworzyć.
- Śmiech?
- Owszem - odparła Ina May, robiąc pauzę. - Ale naprawdę trzeba się postarać, aby poznać poczucie humoru danej kobiety.
Wyjaśniła, że jeśli żart dotrze do celu, może sprowokować zaraźliwy chichot - coś w rodzaju głupawego śmiechu, narastającego do momentu, w którym przytłacza świadomy umysł. Jej słowa zaintrygowały mnie. W końcu czymże jest śmiech, jak nie uwolnieniem napięcia? Kim jest komik, jeśli nie osobą, której ufasz, że przeprowadzi cię bezpiecznie przez zakazany teren, poruszy tematy tabu, po czym zniszczy niepokój celną ripostą? W pewnym sensie położna i komik spełniają tę samą funkcję, wychodząc na nieznane terytorium i fachowo pokonując strach.
- Masz jakiś patent na sytuacje awaryjne? - spytałem.
- Cóż, kupa zawsze jest śmieszna. I zazwyczaj obecna. Trudno jest się rozluźnić tam na dole bez konieczności rozluźnienia wszystkiego. By kobieta nie poczuła się zażenowana i spięta, staram się wyjaśnić, że to żaden problem. Ponadto pracuję nad swoją sztuczką z żonglowaniem.
Zaprosiła mnie do sypialni, poszperała w jedwabnym worku, po czym Ina May Gaskin, poważna pionierka położnictwa, najwyższa kapłanka naturalnego porodu oraz zagorzały krytyk medycznego establishmentu, zaczęła żonglować plastikowymi kawałkami sztucznych psich kup. "To dość trudne, ponieważ kawałki są nierówne - stwierdziła, schylając się, aby podnieść upuszczony plastikowy klocek. - To chyba rozmiar sznaucera. Może powinnam zmienić go na foksteriera". I choć takie praktyki mogą się wydawać zadziwiające, świetnie służyły położnym z Farmy. Po jakichś trzech tysiącach porodów ich wskaźnik cesarskich cięć zatrzymał się na trzech procentach (w tych przypadkach położne odwoziły rodzące kobiety do szpitala) - w przeciwieństwie do średniej krajowej sięgającej trzydziestu dwóch procent. Ich wskaźnik śmiertelności wśród noworodków, wynoszący 3,94 zgony na tysiąc urodzeń, również był niższy od krajowej średniej wynoszącej 6,61. Liczba zgonów wśród matek równała się zeru. Z drugiej strony te statystki można było z łatwością obalić. W odróżnieniu od przeciętnej Amerykanki, przeciętna kobieta rodząca na Farmie nie była otyła. Poza tym każda z kobiet z poważną komplikacją w postaci łożyska przodującego, zamiast na Farmę, udałaby się do szpitala. Mimo to wydawało się mało prawdopodobne, aby te czynniki mogły spowodować dziewięciokrotny wzrost liczby cesarskich cięć.
Istnieją inne przykłady na to, że położne pobiły krajowe statystyki wśród znacznie mniej zdrowych populacji. W rezerwacie Navahów, gdzie wskaźniki otyłości i cukrzycy szaleją, lokalny oddział macierzyński skupiający położne zanotował liczbę cesarskich cięć na poziomie 13,5 procent od 2007 roku. Wskaźnik położnych z Centrum Zdrowia Rodzinnego świadczących swe usługi głównie kobietom o niskim dochodzie, z mniejszości etnicznych w Waszyngtonie, zatrzymał się na dziesięciu procentach. Śmiertelność wśród noworodków w Waszyngtonie wynosiła 12,2 na tysiąc - dwa razy więcej niż średnia krajowa, podczas gdy liczba zgonów w Centrum Zdrowia Rodzinnego wynosiła zero.
Zanotowano jeszcze jeden przykład: kobieta, która zapoczątkowała wszystkie amerykańskie eksperymenty w dziedzinie położnictwa, mieszkała kilkaset kilometrów na północ w stanie Kentucky. Skoro już byłem w okolicy, uznałem, że warto wpaść tam z wizytą.
W miarę podróżowania na północny wschód od Tennessee krajobraz po obu stronach drogi stał się bardziej zielony i stromy. Zanim dotarłem do Hyden w Kentucky, czułem się jak na dnie wielkiej studni o ścianach z buków i kudzu. To były prawdziwe Appalachy, gdzie domki tuliły się do rzadko spotykanych kawałków równej ziemi. Wąwóz między wzgórzami zapewnił wystarczająco dużo miejsca dla miasta Hyden, na które składała się garstka ceglanych budynków stłoczona wokół skrzyżowania. Dom, którego szukałem, był ukryty o milę stąd w lesie. Był to budynek na kształt rezydencji z czarnych bali i białej zaprawy murarskiej, stojący nad rzeką Kentucky. Na podwórku kwitły ostrokrzewy. Był to dom Mary Breckinridge oraz siedziba Frontier Nursing Service.
Gdy Mary Breckinridge przyjechała tu w 1923 roku, śmiertelność wśród matek sięgała ośmiuset siedemdziesięciu przypadków na sto tysięcy. W tych głębokich dolinach, gdzie ludzie byli odcięci od służby zdrowia, kobiety były tym bardziej podatne na śmierć podczas porodu. Breckinridge zmieniła ten stan rzeczy. W niecałą dekadę później bezpieczniej było urodzić dziecko w jej małym zakątku wschodniego Kentucky niż w najlepszych szpitalach Nowego Jorku. To był eksperyment w czystej postaci. Nie było wtedy bogatych kobiet przylatujących samolotami na poród ani szpitali zajmujących się najbardziej niebezpiecznymi przypadkami, tylko grupka położnych wprowadzających ulepszenia. Co więcej, dane były rzetelne. Breckinridge, kobieta o wielkiej śmiałości, wiedziała, że świat będzie wątpił w statystyki generowane przez położne w górach, więc zatrudniła doktora Louisa Israela Dublina, wiceprezesa i statystyka w Towarzystwie Ubezpieczeń na Życie i Reasekuracji (znanego obecnie jak MetLife), aby zajął się obliczeniami.
Raport opublikowany w 1932 roku był zdumiewający. Kobiety, jakimi zajmowała się FNS, bardzo biedne i zazwyczaj rodzące w domach, były dziesięć razy bardziej narażone na śmierć niż statystyczny Amerykanin w tamtych czasach. Społeczność nie mogła osiągnąć zadowalających standardów opieki zdrowotnej w tej części Appalachów aż do lat pięćdziesiątych, po szeroko przyjętej akceptacji leków antyseptycznych i odkryciu antybiotyków. Breckinridge nie bardzo wiedziała, co myśleć o tych statystykach.
"Pytanie, jakie powinno zrodzić się w każdym przytomnym umyśle, brzmi: dlaczego istnieje taka rozbieżność między kobietami z gór Kentucky, a ich siostrami z innych miast?", napisała. "Ludziom wydaje się, że w miejskich szpitalach zbyt mocno ingeruje się w przebieg porodu, ale wątpię, aby tak było". Wówczas, w przypływie niepodobnego do niej braku logicznego myślenia, wysuwa teorię czerpiącą z eugeniki: zamiast popierać własne badania, pochwaliła różnorodność rasową i siłę kanałów rodnych populacji, której służyła. To wytłumaczenie nie jest już ważne pod względem naukowym, ale nawet gdyby rasowa hipoteza miała się utrzymać, nie tłumaczyła radykalnej poprawy wśród ludności. Breckinridge zmieniła jeden z najbiedniejszych regionów kraju w modelowy przykład opieki położniczej, a ja chciałem zobaczyć, jak tego dokonała.
Gdy zjawiłem się na miejscu, dozorca poradził mi uważać na węże ("grzechotniki i żmije") i pokazał mi, gdzie mam się zatrzymać do czasu spotkania z Michaelem Claussenem, koordynatorem do spraw rozwoju FNS. W domu wisiała fotografia Breckinridge (Mary umarła w 1965 roku). Stała przed aparatem pomiędzy krzewami kwitnących róż, z drewnianą laską w jednej dłoni i wiadrem karmy dla kurczaków w drugiej. Ubrana była w biały fartuch, a na twarzy miała psotny uśmiech. Rodzina Breckinridge była arystokracją Południa. Dziadek Mary był zastępcą Jamesa Buchanana, a później ostatnim sekretarzem w wojnie po stronie Konfederatów. Mary Breckinridge zachowała sentyment dla starego Południa, ubierając swe pielęgniarki w szarości Konfederatów i wydając swojemu personelowi specjalną dyspensę na obejrzenie premiery Przeminęło z wiatrem. Ta południowa sympatia gryzie się ze współczesną delikatnością uczuć i prawdopodobnie tłumaczy, dlaczego jej praca została w większości zapomniana.
Claussen zjawił się na czas. Włosy miał równo obcięte przy skórze, a krawat ozdobiony orłem chwytającym amerykańską flagę. Gdy oprowadzał mnie po okolicy, stało się jasne, że za spadkiem liczby zgonów wśród matek w wiejskim regionie Kentucky nie stał żaden cud, chyba że cud zdrowego rozsądku.
Podczas pierwszej wojny światowej Breckinridge rozwiodła się z mężem i wróciła do rodzinnego nazwiska. Po wojnie zgłosiła się na ochotniczkę, aby służyć jako pielęgniarka we Francji, gdzie pomagała matkom i dzieciom. Po powrocie do Stanów ciężkie życie matek z Kentucky obudziło w niej poczucie obowiązku według słów noblesse oblige, więc powołała kawalerię położnych, które podróżowały po pozbawionym dróg obszarze, docierając do domów oddalonych od szpitala o kilka dni drogi. Zamieściła ogłoszenie w gazecie w Anglii, gdzie zaczęto szkolić pielęgniarko-położne (położne formalnie przeszkolone według ówczesnych standardów medycznych). Jedno z ogłoszeń ukazało się w "Glasgow Times".
UWAGA, UWAGA!
Absolwentki pielęgniarstwa spragnione przygód!Tysiące mil gór Kentucky, własny koń, własny pies do niesienia pomocy.Dołącz do mojej Brygady Sióstr i pomóż ratować życie dzieciom!Proszę pisać do: M. Breckinridge, Hyden, Kentucky, USA.
To zachęciło znaczną część odważnych kobiet gotowych do pracy niemal za darmo w zamian za wolność i prawdziwą szansę na uczynienie świata lepszym. Jedną z tych młodych kobiet była Betty Lester, która opuściła Londyn na własną rękę, przepłynęła Atlantyk na parowcu, a potem wsiadła w pociąg i jechała tak długo, aż skończyły się tory: w miasteczku Hazard w stanie Kentucky. Pielęgniarka o imieniu Billy spotkała się z Lester na stacji kolejowej i kazała jej spakować się do jednej torby, a resztę bagażu porzucić.
"Wspinałyśmy się szlakiem. Skały były takie wielkie, a droga tak niebezpieczna, że zastanawiałam się, czy nie zsunę się koniowi przez głowę", pisała Lester w liście do domu. "Przejechałyśmy na drugą stronę i zeszłyśmy do rzeki. Pomyślałam wtedy: "I co my teraz zrobimy?". Billy skoczyła prosto do wody, więc ja zrobiłam to samo". Następnego dnia rozpoczęła pracę, natychmiast tracąc poczucie orientacji w terenie. W końcu jednak nauczyła się poruszać po obszarze siedmiuset mil kwadratowych pod wodzą położnych. Tak jak obiecano, Lester otrzymała towarzysza w postaci szczeniaka collie, którego nazwała Ginger.
Zaznała również przygody, o której tak marzyła. Wraz z innymi położnymi jeździła w góry podczas zamieci śnieżnych, aby przyjmować porody w świetle świec. Jako jedyne osoby zapewniające opiekę lekarską, leczyły też ukąszenia węży, gorączkę i ratowały mężczyzn postrzelonych w pojedynkach. W trakcie odbierania porodów w górskich chatach położne nie mogły wezwać chirurga ani polegać na najnowszym sprzęcie medycznym, ale braki w technologii FNS nadrabiała świetną opieką. Kobiety regularnie dokonywały wizyt domowych - osiemnaście badań prenatalnych i dwanaście krwotoków było standardem w przypadku nieskomplikowanej ciąży. Położne z oddaniem poświęcały się swojej pracy. Betty Lester większość życia spędziła w Hyden i uważała ludzi, którymi się opiekowała, za swoją rodzinę. Praca ją zmieniła. Z oszołomionej dziewczyny, która przyjechała tu z nadbagażem, stała się potęgą o przezwisku Generał.
FNS stopniowo zastępowała koterię domorosłych położników żyjących w górach. Dowody wskazują, że niektóre z tych górskich babć - jak je nazywano - nie rozumiały koncepcji leków antyseptycznych i polegały na przesądach (takich jak umieszczenie pod łóżkiem siekiery, aby ulżyć w bólach porodowych). Brytyjska wersja pielęgniarstwo-położnictwa, którą Breckinridge zaimportowała do Kentucky, była śmiałym przykładem medycznej technologii. Różniła się jednak fundamentalnie od dominującej w Ameryce praktyki położniczej. Brytyjskie położne nauczyły się, że poród to fizyczna czynność wykonywana przez matkę, podczas gdy Amerykanie uważali, że to medyczna czynność wykonywana na matce. I chyba właśnie tutaj Breckinridge odniosła sukces: w tamtych czasach lepiej było nadziać się na rogi byka, niż urodzić przez cięcie cesarskie. Położne z FNS umiały wesprzeć matki, nie robiąc im krzywdy.
Brak nowinek technologicznych, czas i uwaga okazały się wysoce skuteczne. Gdy Louis Israel Dublin dokonał swoich obliczeń w 1931 roku, wschodnie Kentucky cierpiało z powodu rocznej suszy, głodu i epidemii gruźlicy. A mimo to zdrowie matek poprawiało się. Dublin doszedł do wniosku, że gdyby taki styl opieki nad rodzącymi stał się modelem dla całego narodu, ocaliłby milion istnień ludzkich w przeciągu piętnastu lat.
"Gdyby taka opieka była dostępna dla kobiet w każdym zakątku kraju, corocznie można by ocalić dziesięć tysięcy matek w Stanach Zjednoczonych. Byłoby o trzydzieści tysięcy mniej poronień i o trzydzieści tysięcy więcej dzieci kończących pierwszy miesiąc życia", napisał Dublin.
Wizja Dublina nigdy się nie spełniła. Gdy skończyłem zwiedzać posiadłość Breckinridge, udałem się z Claussenem do miasta, do kampusu, gdzie FNS prowadzi teraz szkołę, która wysyła około dwieście pielęgniarko-położnych do pracy w objętych niewystarczającą opieką obszarach na terenie kraju. Położne często pracują w środowiskach marginesu społecznego, gdzie bardziej zaawansowana technologia jest niedostępna. Zamiast zmieniać oblicze położnictwa, rola położnych w medycznej hierarchii pozostaje niemal taka sama od 1925 roku.
W miarę postępu swoich badań stawałem się coraz bardziej irytujący dla otoczenia. Na przyjęciu przyłapałem się na dawaniu nieproszonych rad ciężarnej doktor pediatrii. W zamian opowiedziała historię o położnej z Bay Area, która zamiast podać antybiotyki, wolała leczyć zakażenie paciorkowcem z grupy B, wpychając czosnek do waginy pacjentki. Dziecko zaraziło się bakterią podczas porodu, co skończyło się trwałym uszkodzeniem mózgu.
Beth wypowiedziała na głos moje największe obawy po tym, jak wytłumaczyłem jej zawiłości przypadku, który wydał mi się szczególnie rażącym przykładem położniczej ignorancji. Zmarszczyła kpiąco brwi i powiedziała: "Znasz kilku naprawdę dobrych położników".
Przeraziłem się konsekwencji. Kwestionując solidne podstawy medycznej ortodoksji, zacząłem gadać jak nawiedzony.
- O mój Boże - powiedziałem. - Nie jestem jednym z tych ludzi, prawda?
- Oczywiście, że nie - odparła Beth ze śmiechem, obejmując mnie ramieniem w pasie.
Ale byłem. Stałem się niespokojny. Denerwował mnie zwłaszcza fakt, że gdy krytykowałem ogłupiające praktyki położnicze niepoparte żadnymi naukowymi dowodami, sprawiałem wrażenie irracjonalnego. Incydent, który sprawił, że podzieliłem się z Beth swoimi narzekaniami, wydarzył się, gdy tego samego dnia odwiedziłem dwa szpitale w południowej Kalifornii stosujące bardzo rozbieżne praktyki. Rankiem udałem się do szpitala, gdzie spec od public relations dumnie ogłosił, że przy każdym porodzie przestrzegają ściśle krzywej Friedmana. Po południu rozmawiałem z ordynatorem drugiego szpitala, który wytłumaczył, że krzywa Friedmana nie była stosowana od lat. Od razu można było stwierdzić, że jednemu ze szpitali czegoś brakowało, nawet jeśli nie wiedziało się, czym jest krzywa (w 1955 roku Emanuel Friedman stworzył wykres przedstawiający postęp porodu, którym posługiwali się położnicy, aby określić moment koniecznej interwencji). Drażniło mnie, że część lekarzy nadal stosowała monitoring tętna płodu, przymusowe nacinanie krocza i oddzielanie matek od dzieci, pomimo, że dowody popierające te praktyki były równie skuteczne, jak leczenie infekcji czosnkiem. Chciałem wiedzieć, dlaczego te metody utrzymały się, a inne, poparte lepiej udokumentowanymi argumentami, zostały zignorowane. Dlaczego zapomniano o FNS i pominięto manewr Gaskin?
Na te pytania istniały tysiące małych odpowiedzi, każda z nich odpływająca w innym kierunku jak sardynka. Jednakże ta jedna odpowiedź, która obejmowała całą ławicę pytań, miała wiele wspólnego ze sposobem postrzegania amerykańskich położników - albo, jak kto woli, z ignorowania dowodów. Artykuł w Medical Anthropology Quarterly opisujący ten problem wykazał, że w trzech znaczących próbach klinicznych szacujących ryzyko cesarskiego cięcia i porodu waginalnego, żadna z nich nie uwzględniła nacięcia jako rany, choć każda z nich szczegółowo wymieniła pozostałe obrażenia. Dla matki, która musi zmagać się z bólem, jest oczywiste, że choć często ratuje życie, rana po cesarce jest obrażeniem. Z drugiej strony badacze, którzy polegali na cesarskim cięciu jako narzędziu uzdrawiania, pozostali ślepi na ten fakt. Claire Wendland, autorka artykułu, sama była położną i przyznała, że ten "zapierający dech w piersiach ruch w selekcji dowodów" również był dla niej niewidoczny, dopóki nie zwróciła jej na to uwagi położna. Jeśli lekarze nie będą w stanie rozpoznać, że pewne pobudki i ideologie skłaniają ich ku jakimś informacjom i odpychają od innych, zostaną skazani "na ślepotę, przez którą nie będziemy mogli dostrzec szerokiej na całą miednicę rany po cesarskim cięciu".
Według Wendland położnicza idea porodu przesłaniała ważne informacje o faktycznym działaniu porodu. Wieża nauk medycznych to potężne miejsce, z którego poród można obserwować, ale wystające z niej parapety blokują kluczowe elementy panoramy. Kolejnym odkryciem było, że badacze uważali rany operacyjne za ciężkie obrażenia, a infekcje za lekkie. Przypadkowe obrażenie jest "ciężkie" i nieraz wymaga dodatkowej operacji. Jednak infekcje jamy brzusznej wymagają czasami od kobiety, aby rana była otwarta przez wiele tygodni, podczas których musi ona polegać na członkach swojej rodziny lub personelu szpitala, aby zmieniał pościel i odzież. "Zbliznowacenia są poważne, a powrót do formy bywa bolesny i przedłużony", napisała Wendland. Powód, dla którego obrażenia operacyjne zostały sklasyfikowane nad infekcjami, był taki, że niemal zawsze wynikają one z błędu lekarskiego, a infekcja nie. Prawdziwym powikłaniem w tym przykładzie był urażony honor samego lekarza. Choć nauka była poprawna mimo swych ograniczeń, perspektywa chirurga dominowała tak bardzo, że matka - wraz z jej bólem i emocjami - została całkiem przesłonięta. Nie można dostrzec tego, co ukryte za przeszkodami - nie można nawet mieć świadomości tego, że istnieją - chyba że jest się zdolnym do wycofania się, aby móc obserwować własną pozycję. Dla lekarzy nieświadomych swej podmiotowości dokumentacja dotycząca manewru łokciowo-kolankowego równie dobrze mogłaby być napisana w suahili.
Prawie każdy jest skłonny do przyznania, że perspektywa chirurga jest tą właściwą. Ameryka nagradza bardziej tych, którzy podejmują szybką, niezależną decyzję niż tych, którzy wcielają w życie metody innych ludzi. Nawet gramatyka robi ukłon przed chirurgicznym autorytetem: operacja jest wykonywana "na", a nie "z" pacjentem, choć oczywiście pacjent musi uczestniczyć w leczeniu ran zadanych przez chirurga.
Perspektywa położnicza wytwarza pewną lukę, którą dostrzegłem podczas rozmowy z Michelle Niską. Ponieważ lekarze są odpowiedzialni za pacjentów, którzy doświadczają urazów podczas ich opieki - i wzrasta prawdopodobieństwo, że mogą zostać za to pozwani - dostrzegają tylko krótkofalowe konsekwencje. Jednym z naukowców badających tę lukę był Aaron Caughey, szef oddziału położniczego w Oregon Health and Science University. Badania Caugheya jasno wykazały, że wzrost liczby operacji krzywdził kobiety. Gdy spotykaliśmy się w jego małym, zagraconym gabinecie (nadal wykładał na Uniwersytecie Kalifornijskim), początkowo usiadł z jedną nogą przewieszoną przez oparcie krzesła, ale nie mógł wysiedzieć długo w bezruchu i co chwila zrywał się, aby znaleźć jakiś papier albo narysować wykres na tablicy. Był przystojny - ze śmiejącymi się azjatyckimi oczami, kwadratową amerykańską szczęką i sylwetką rugbisty.
Jak twierdził, wszyscy są zgodni co do tego, że komplikacje wynikłe z cesarskich cięć (jak placenta accreta Michelle Niski) zwiększają się z roku na rok. Jednak pacjentom trudno jest skalkulować to ryzyko. Gdy stają twarzą w twarz z decyzją wymagającą od nich oszacowania karkołomnych kroków i przyszłych korzyści, ludzie mają tendencję do podejmowania złych decyzji. "Ekonomiści nazywają to zjawisko "dyskontowaniem"," powiedział Coughey. "Jesteśmy w tym naprawdę kiepscy, gdy zaczynamy spoglądać w odległą przyszłość. Zupełnie, jakby doszło do spięcia w naszym mózgu. Zacząłem się w to coraz bardziej angażować".
Caughey był tak zafascynowany ekonomią behawioralną, że zrobił doktorat w tej dziedzinie po tym, jak został lekarzem medycyny. Zwrócił moją uwagę na ryzyko, jakie niesie ze sobą cesarskie cięcie dla dziecka. Wielu położników jest zdania, że cesarki zwiększają ryzyko w przypadku matek i zmniejszają w przypadku noworodków. Całkiem logiczne, uznał. "Mam wrażenie, że gdybyśmy wykonali zabieg cesarskiego cięcia na każdym, można by zmniejszyć śmiertelność wśród noworodków. Nie wiemy tego na pewno, ale istnieje taka możliwość. Wiemy także, że część dzieci ulega urazom w trakcie porodu, więc to ma sens. Ale, ale, jest taki jeden fajny artykuł autorstwa...", pstryknął palcami, próbując przypomnieć sobie nazwisko, "...Gordona Smitha z Uniwersytetu Cambridge, który pokazuje, że wcześniejszy zabieg cesarskiego cięcia zwiększa ryzyko śmierci płodu w każdej kolejnej ciąży. Gdyby więc wszyscy przeszli ten zabieg podczas rodzenia pierwszego dziecka, liczba późniejszych zgonów wzrosłaby".
Ryzyko urodzenia martwego płodu jest niskie i wynosi pięć na dziesięć tysięcy. Brytyjski położnik Gordon Smith stwierdził, że cesarskie cięcie powoduje wzrost tego ryzyka do jedenastu na dziesięć tysięcy porodów, prawdopodobnie z powodu zbliznowacenia macicy, które może przeszkadzać w przytwierdzeniu się łożyska.
Aby dostarczyć podobnego porównania dla matczynej śmiertelności, Caughey zbudował model statystyczny, zbierając dane na temat wszelkiego ryzyka związanego z cesarskim cięciem, by stworzyć projekcje przyszłości. Jeśli cesarskie cięcia będą kontynuować trend zwyżkowy aż do 2020 roku, każdego roku będą zabijać o pięćdziesiąt kobiet więcej, niż zrobiłby to sam poród. "Gdyby można było zatrzymać ten wskaźnik w miejscu, nadal doszłoby do wielu zgonów, ponieważ cesarki, które zrobiliśmy wczoraj, spowodują więcej przypadków śmiertelnych wśród matek. A gdybyśmy to zmienili? Gdybyśmy potrafili zredukować śmiertelność i sprowadzić ją do tego samego poziomu, jaki był w połowie lat dziewięćdziesiątych? To powinno być naprawdę łatwe. Wtedy moglibyśmy zacząć zapobiegać".
Gdy skończyliśmy, Caughey mnie odprowadził. Kontynuowaliśmy rozmowę w windzie. Wyzwolony z formalnych norm wywiadu, opowiedziałem historię swoich narodzin i zwierzyłem mu się, że gdy przyszło do podjęcia decyzji związanej z własną rodziną, poczułem się uwięziony na ziemi niczyjej, pomiędzy ideą narodzin jako patologii, a wizją ekstatycznego, pozbawionego zagrożeń, naturalnego zdarzenia. Caughey wyraził swoje współczucie, po czym spytał, gdzie mieszkam. Gdy okazało się, że to po drodze do jego domu, podwiózł mnie na miejsce.
Nie zdawałem sobie sprawy z jego istnienia, gdy zacząłem paplać jak najęty Caugheyowi, ale najwyraźniej istniał inny- prawdziwy - powód dla którego byłem oburzony stanem położnictwa. Ciąża Beth stawała się coraz bardziej widoczna, a ja nie odkryłem żadnego praktycznego sposobu na wykorzystanie zebranych informacji. Udało mi się jedynie podtrzymywanie niepokoju. Nie wybraliśmy jeszcze miejsca porodu, więc automatycznie zaczęliśmy badania prenatalne w szpitalu św. Łukasza oddalonego o kilka ulic od naszego domu. Właśnie tam odbyło się nasze pierwsze badanie ultrasonograficzne.
Według moich źródeł, które po prawdzie składają się niemal w całości z hollywoodzkich dramatów, ultrasonograf ma być czymś w rodzaju minireligijnego doświadczenia, podczas którego ziarnisty sonogram staje się oknem życia rozciągającego się w nieskończoność, a ja jako ojciec mam być jednocześnie zdruzgotany swą kosmiczną znikomością i nowo odkrytą istotnością i wybuchnąć płaczem. Zamiast tego wierciłem się niespokojnie i powtarzałem w duchu bez końca: "Czy to absolutnie konieczne?", walcząc, aby te słowa nie wydostały się przypadkiem z moich ust.
Większości normalnych ludzi (ani filmowych postaci) nigdy nie przychodzi do głowy, aby bać się badania ultrasonograficznego. Ja również nie powinienem był się martwić. Wiedziałem więcej o plusach i minusach ultrasonografu, niż technik przyciskający końcówkę urządzenia do brzucha mojej żony. Doszedłem do wniosku, że prawie nie było powodu do zmartwień. To znaczyło, że byłem nie tylko niespokojny, ale wkurzony na samego siebie za to, że się martwię.
Chodzi o to, że choć ryzyko badania równa się niemal zeru, zerowe są także korzyści. Badania porównujące populacje, które przeszły badanie ultrasonograficzne z tymi, które go nie miały, pokazują, że w dłuższej perspektywie przebadana grupa wcale nie była zdrowsza. Mimo to potrzeba zajrzenia do środka i upewnienia się, że wszystko jest w porządku wydaje się oczywista. Pytanie jednak, co się stanie, gdy tak nie jest? Lekarze o tym nie wspominają. Powiedzieli tylko, że tego i tego dnia powinniśmy wrócić na badanie. To do mnie należało zadanie zapytania, czy ultrasonograf coś zarejestrował oraz rozpoczęcie trudnej rozmowy na temat tego, co zrobimy, jeśli dziecku brakuje organów albo jest duże prawdopodobieństwo rozwinięcia zespołu Downa. Zmagaliśmy się z tą okropną perspektywą i doszliśmy do wniosku, że chcemy wiedzieć, aby ostatecznie mieć możliwość zakończenia ciąży. Uwielbiałem położników, z którymi się spotykaliśmy, ale niepokoiło mnie, że żaden z nich nie wspomniał o aborcji, nie opowiedział o serii testów w przypadku, gdyby badanie ultrasonograficzne wykazało coś niepokojącego, ani nie uznał, że każde badanie ma swój aspekt moralny, bo wiąże się z podejmowaniem decyzji medycznych. Zamiast tego badanie było traktowane jak automatyczna, pozbawiona ryzyka (i darmowa) część ciąży. To początkowe założenie sprawiło, że poczułem się odrobinę jak puszczony w ruch taśmociąg, który za chwilę miał zostać włączony do systemu.
Ogarnęła mnie również denerwująco irracjonalna obawa, że ultrasonograf uszkodzi mózg mojego dziecka. Po ponad dwudziestu latach regularnego stosowania i kilku długotrwałych testach urządzenia, nikt nie zdołał powiązać jakiegokolwiek niedorozwoju u dzieci z badaniem. W medycynie jednak nie ma czegoś takiego jak stuprocentowa pewność. Gdy płody myszy zostaną wystawione na więcej niż pół godziny działania ultrasonografu, rozwija się u nich niewielka malformacja mózgu. Ogólna opinia lekarskiego środowiska utrzymuje, że skany powinny być wykonywane tak rzadko - i z najmniejszą mocą - jak to tylko możliwe. Nie lubię myśleć, że jestem kimś, kogo na najmniejszą wzmiankę o ryzyku ogarnia przerażenie, ale mimo wszystko nadal chciałem, aby badanie zakończyło się w miarę szybko.
Nasz technik, niska kobieta po pięćdziesiątce, mówiąca z silnym wschodnioeuropejskim akcentem, mamrotała pod nosem mieszankę kojących odgłosów i medycznego żargonu, badając brzuch Beth i śledząc na ekranie ziarnisty obraz. "Dziecko jest ułożone twarzą do kręgosłupa, widzisz?" Zastukała palcami w klawiaturę i zrobiła zbliżenie. "To serce. Śliczne. Pokażę wam twarz. Oto ona. Urocza".
Trwało to jeszcze jakiś czas. Zacząłem się zastanawiać, czy jej akcent nie jest odrobinę złowieszczy, i natychmiast dodałem ksenofobię do mojej rosnącej listy powodów, dla których siebie nienawidziłem. Czy robiła to specjalnie dla nas? Może powinienem powiedzieć jej, żeby trwało to krócej? Po rozmowie z lekarzem myślałem, że pójdzie znacznie szybciej: znajdź dziecko, sprawdź tętno, zmierz grubość szyi, idź do domu. Ale technik najwyraźniej miał inne rzeczy do roboty. Kobieta wpisała kilka poleceń do komputera i wydrukowała dla nas serię zdjęć. Potem przybliżyła obraz tak, że zaglądaliśmy prosto do głowy dziecka. "Mózg. Lewa półkula, prawa półkula. Patrzymy prosto w mózg".
Dwie połówki mojego własnego mózgu zwarły się ze sobą w walce. Pokusa wtrącenia się została zduszona przez pragnienie, by nie wyjść na szalonego hipisa oraz za sprawą sympatii, jaką poczułem do tej Bogu ducha winnej kobiety, która bez wątpienia podążała za wytycznymi ustalonymi przez kogoś z góry. A zatem, jak to często bywa po przekroczeniu przeze mnie progu szpitala, siedziałem cały w nerwach, speszony i kompletnie pozbawiony kontroli nad sytuacją.
Nie chciałem "przemysłowego" porodu, ale nie chciałem też pogrążyć się w drugim ekstremum. W San Francisco znalazłem kilka ośrodków położniczych takich jak Jade Lotus, Rites of Passage czy Sage Femme, ale wykluczyłem każdy z nich - pewnie niesłusznie - z powodu ich nazw. Szukałem czegoś w stylu: Oparte na Dowodach, Pozbawione Nonsensu Położnictwo. Chciałem żyć w świecie, gdzie model porodu prowadzonego przez położną - zapoczątkowany przez Frontier Nursing Service - był ogólnoprzyjętą normą i gdzie kobiety i dzieci, które tego potrzebowały, mogły otrzymać działające cuda, wysoko wyspecjalizowane leczenie, jakie może zaoferować radiologia interwencyjna i oddział intensywnej opieki dla noworodków. Chciałem, aby położne hipiski i sumienni lekarze żyli w jednym świecie. Gdy Beth i ja rozpytywaliśmy o nasze miejscowe szpitale, przyłapałem się na myśleniu o historii Dedala z Krety. Chciałem dać ponieść się skrzydłom technologii, bez konieczności cierpienia z powodu ich nadużycia.
Istnieją organizacje, którym się to udało. W 1999 roku mieszcząca się w stanie Utah Intermountain Healthcare zaczęła analizować swoje metody odbierania porodów, stosując ten sam koncept poprawy jakości, którego Toyota użyła do usprawnienia swoich fabryk. Wniosek audytu Intermountain był sprzeczny z logiką: zamiast stosować coraz większy medyczny dozór lub bardziej zmechanizowany poród, zalecano więcej porodów w stylu "mniej techniki, więcej dotyku". Statystki pokazały to, czego ludzkie oko nie potrafiło dostrzec: że industrialna logika minęła punkt, zza którego nie ma już powrotu.
Z początku skuteczna nowa technologia oferuje osiągnięcie naprawdę dobrego efektu w stosunku do kosztów. Gdy FNS zbudowała szpital i zaczęła wykonywać cesarskie cięcia kobietom z Hyden w Kentucky, każda operacja miała na celu uratowanie życia. Jednak podobnie jak lot Ikara, skutki nadmiernego zaufania do technologii kończą się inaczej niż zakładano. Coraz częstsze zastosowanie innowacji jest z początku niewiarygodnie dochodowe. Później koszta zaczynają się piąć - aby uratować jedno życie, trzeba przeprowadzić sto cesarskich cięć zamiast jednego, potem pięćset, a potem tysiąc. Krzywa ulega spłaszczeniu, po czym biegnie w dół. Wosk zaczyna się topić, a im energiczniej machamy, tym bardziej zniszczone są skrzydła. Jeśli zwiększy się wskaźnik cesarek, liczba istnień, których nie udało się uratować, zacznie przekraczać liczbę tych uratowanych. W tej sytuacji logika podpowiada, aby zwolnić. Właśnie do tej taktyki zastosowało się Intermountain Healthcare.
Szpitalny system wprowadził kilka niewielkich zmian, skupiając się najpierw na zmniejszeniu liczby kobiet, u których wywoływano sztucznie poród bez żadnego medycznego powodu. Efekty były bardzo zadowalające. Matki mogły znacznie wcześniej wrócić do domów. Komplikacje i przyjęcia na oddział intensywnej opieki dla noworodków stały się rzadsze. Ale jest w tym pewien haczyk. Ponieważ szpitale wykonywały mniejszą liczbę zabiegów i zatrzymywały kobiety na krócej, poskutkowało to uszczupleniem dochodów. Reformy oszczędziły pacjentom około miliona dolarów rocznie. "Intermountain jest organizacją non-profit i to sprawia, że łatwiej jest nam podejmować takie kroki", powiedział mi reprezentant firmy. "Jednak pobudką dla większości organizacji jest nie mniejsza, lecz większa opieka".
Pomimo moich wątpliwości, po badaniu ultrasonograficznym, szpital św. Łukasza okazał się najbardziej zbliżony do tego, czego szukaliśmy. Podobnie jak Intermountain, jego właścicielem była organizacja non-profit, a sam szpital był niechętnie nastawiony do wczesnego wywoływania porodu. Podobnie jak w przypadku FNS, porody odbierały tu siostry położne. Budynek szpitala był stary i zniszczony, ale jego polityka bardzo nowoczesna. Jednak okazało się, że położne ze św. Łukasza nie będą towarzyszyć Beth w trakcie całego porodu, a już na pewno nie będą dla niej żonglować. Zasugerowały zatrudnienie douli, czyli osoby zapewniającej stałe wsparcie dla matki i rodziny podczas ciąży, porodu i po porodzie na wypadek, gdybyśmy chcieli pomocy profesjonalisty, który zapanuje nad emocjonalnymi aspektami porodu. Pomoc douli nie jest tania - większość ofert, które sprawdziliśmy, mówiła o wydatku tysiąca do trzech tysięcy dolarów lub około pięciuset, jeśli doula miała bardzo małe doświadczenie. Spotkaliśmy się z trójką, a każda wizyta była trochę jak niezręczna pierwsza randka. Trudno jest ocenić w przeciągu czterdziestu pięciu minut, czy dana osoba posiada zdolności do opanowania kryzysu, niezbędne do uczynienia tego wyczerpującego doświadczenia mniej stresującym. Nie potrafiliśmy wybrać osoby, która podobałaby się nam obojgu, więc uznaliśmy w końcu, że moja obecność przy porodzie wystarczy. Jednak wydaje mi się, że nasza decyzja związana z niezatrudnieniem douli sprowadzała się do kwestii pieniędzy. Gdyby szpital zaoferował kogoś, kto mógłby zapewnić wsparcie w całym pakiecie, nie wahalibyśmy się ani chwili.
Półtora tygodnia po wyznaczonej dacie porodu dziecku nadal nie spieszyło się na świat, więc niechętnie udaliśmy się do szpitala, aby sztucznie wywołać poród. Żadne z nas nie było zadowolne z tego pomysłu, ale istniało niewielkie statystyczne ryzyko poronienia w przypadku dzieci urodzonych po czterdziestym drugim tygodniu ciąży. Ryzyko było małe, jeden na tysiąc przypadków, a ryzyko cesarskiego cięcia jeszcze mniejsze. Nie mogłem jednak posłużyć się statystyką, aby wykazać niesłuszność drugiego, ignorując dane pierwszego. To byłoby niewłaściwe.
W noc poprzedzającą wywołanie porodu Beth zaczęła płakać. Wyjaśniła mi, że nie martwiło jej indukowanie porodu, obawiała się roli pacjenta. Wiązało się to z rezygnacją z kontroli nad własnym ciałem i przekazaniem go zespołowi medycznych profesjonalistów. Współczułem jej, ponieważ z jej ciałem było wszystko w porządku. "Moje ciało było świetne", odparła Beth, śmiejąc się przez łzy. "Rządziło".
Beth promieniała w ciąży. Cierpiała minimalnie na poranne nudności, nie miała problemów ze snem i nie odczuwała żadnych bólów, na które narzekały inne kobiety. Dziecko wierciło się energicznie, pozostawiając odwrócone ślady stópek na jej nabrzmiałym brzuchu. Wizja tego, że z jej ciążą było coś nie tak, że stawała się groźna, była sprzeczna z intuicją. Do sztucznego wywołania porodu Beth musiała mieć podawany dożylnie Pitocin i przez cały czas nosić monitory akcji serca płodu. Nie chciałem, aby technologia medyczna zmieniła moją promieniejącą zdrowiem żonę w inwalidkę.
Położne cierpliwie pomogły nam podjąć właściwa decyzję. Gdybyśmy woleli zaczekać (w celu uniknięcia wywołania porodu), musielibyśmy udać się do szpitala z zaawansowanym oddziałem intensywnej opieki dla noworodków. Podążając za wytycznymi ustalonymi przez Aarona Caugheya i innych badaczy, szpital św. Łukasza spowalniał indukcje przez dwadzieścia cztery godziny i dłużej, co w odróżnieniu od standardowych procedur nie zwiększało ryzyka cesarskiego cięcia. Po tej rozmowie Beth była gotowa pójść naprzód, tak samo jak ja - a przynajmniej ta część mnie, którą dało się przekonać konkretnymi informacjami. Mimo to byłem rozczarowany. Podobał mi się pomysł, że ten niewyobrażalny proces dzieje się magicznie, a nie mechanicznie. Oczami wyobraźni widziałem siebie i Beth, jak zostajemy do ostatniej chwili w naszym małym, przytulnym mieszkaniu, słuchając muzyki, tańcząc między skurczami, przygotowując coś pysznego na kolację, a potem łapiąc taksówkę do szpitala, gdy zacznie się aktywna część porodu.
Zamiast tego poszliśmy do szpitala, niosąc wielki wazon kwiatów do rozjaśnienia pokoju. Po niespokojnej nocy skurcze rozpoczęły się na dobre. Beth robiła wrażenie opanowanej, lecz w miarę upływu czasu stała się zmęczona i spięta. Walczyła z każdym skurczem, a patrzenie na nią sprawiło, że wnętrzności skręciły mi się w supeł. Moje próby uspokojenia jej momentalnie spaliły na panewce, a sugestie zaczęły brzmieć jak zastraszanie, nawet dla mnie. Gdy znów zapadła noc, Beth wzięła dawkę morfiny ułatwiającej sen i drzemała pomiędzy skurczami. Ja nie zmrużyłem nawet oka. W którymś momencie usiadła na łóżku, aby pójść do łazienki, ale kable od monitorów tętna owinęły się wokół jej rąk, zahaczając o rurkę przytwierdzoną do igły w jej nadgarstku. Szarpnęła węzeł w półśnie, po czym stwierdziła, że da sobie radę i położyła się ponownie.
W tym czasie zacząłem sympatyzować z amerykańskimi położnikami. Chęć zrobienia czegoś, niesienia pomocy, była przytłaczająca. Po raz pierwszy rozumiałem, jak obce musiało być to uczucie, aby poddać się frustrującym impulsom ciała będącego w trakcie porodu. W głowie mi huczało od wymyślania jednego planu działania po drugim. Położnicy są wyszkoleni do ratowania życia, do przejmowania kontroli, zmieniania tragedii w triumf, robienia cudów - miało zatem sens stwierdzenie, że używają tych umiejętności, gdy stają twarzą w twarz z problemem. Trzeba mieć nerwy ze stali, żeby siedzieć bezczynnie i nie wchodzić temu cudowi w drogę. Jednocześnie żałowałem tego, że Beth była dosłownie opleciona medyczną technologią i że pielęgniarki monitorowały tętno płodu z taką dokładnością, że nie zwracały uwagi na przeprowadzenie jej (a może to ja potrzebowałem wskazówek) przez psychologiczny labirynt narodzin. Ponownie przemyślałem naszą decyzję. Uznałem, że wywołanie porodu było błędem. Powinniśmy byli wybrać poród domowy. Wszystkie moje badania poszły na marne. Stało się jasne, że przypadek krwawienia poporodowego mojej matki - wydarzenia, które zapoczątkowało moje śledztwo - wcale nie był taki straszny. W trakcie badań dowiedziałem się, że konkretne powikłania są rutynowe i każda dobrze przeszkolona położna jest w stanie sobie z nimi poradzić. Być może powinienem zapomnieć o wszystkich danych i zaufać naturze. A może moje błędy zaczęły się jeszcze wcześniej i powinienem był poślubić kobietę, która ufała swemu ciału na tyle, aby móc urodzić poza szpitalem. Dopiero w tym momencie uświadomiłem sobie, że zaczyna mi trochę odbijać. Zbyt zdenerwowany, aby usiedzieć w miejscu, odszukałem położną i zwierzyłem się jej ze swoich obaw. Pokiwała ze zrozumieniem głową. "Gdziekolwiek występuje niepewność oraz dyskomfort, ludzie mają skłonność do chęci naprawienia ich", powiedziała. "W naszej kulturze nie mamy absolutnie żadnej możliwości, jak tylko zaakceptować ten stan, ale czasami tak właśnie należy postąpić".
Jakimś cudem poczułem się lepiej. Wróciłem do Beth spokojniejszy, a ten rozedrgany spokój utrzymał się przez całą noc. Wczesnym rankiem Beth zaczęła rodzić. Stałem u jej boku, pokorny i cichy, nie ufając swemu mózgowi, że będzie w stanie wyprodukować coś sensownego w tym oszołomieniu. Beth nie potrzebowała mojej pomocy. Po prostu dostosowała się gładko do przebiegu akcji porodowej. Ale wtedy siostra położna zaczęła mieć problemy z odnalezieniem tętna dziecka, a gdy już jej się to udało, mruknęła pod nosem, że "muszą wydostać to dziecko, natychmiast". Moje zszargane nerwy znów zaczęły szaleć. Chwilę później zobaczyłem włoski na główce dziecka, a potem, po kolejnym parciu, pojawiła się twarz, ramiona i malutkie rączki. Gdy zaczęła kwilić, trzymałem jej szokująco ciepłe ciałko, a ona zaczęła ssać mój palec - mój strach przeobraził się w coś nowego. Potworna niepewność nie skończyła się wraz z narodzinami mojej córki, ale chyba zaczynałem godzić się z faktem, że to dziecko było i zawsze będzie motorem niepewności. Bez względu na to, jak bardzo staraliśmy się ochronić ją podczas porodu i potem, prędzej czy później stanie się jej krzywda, będzie cierpieć, aż w końcu umrze.
Po jakimś czasie pozwoliłem sobie odrobinę się rozluźnić. Gdy wracałem do domu, mrużąc oczy w porannym słońcu, zmordowany, wyczerpany i z dziko bijącym sercem, zdałem sobie sprawę, że gorączkowy etap planowania i organizacji - który zaczął się, gdy po raz pierwszy zadzwoniłem do rodziców, wypytując o własne narodziny, a osiągnął punkt krytyczny w noc czuwania poprzedzającą poród - zakończył się. W jego miejsce pojawiła się pogoda ducha. Od razu rozpoznałem to uczucie. Już kiedyś czułem to samo oszałamiające połączenie strachu, uniesienia i nadziei: gdy jako nastolatek wracałem nad ranem w podobny, słoneczny dzień do domu po nieprzespanej nocy, i potem, tamtego ranka, gdy po raz pierwszy pocałowałem Beth. Zadziwiające, ale akceptacja cierpienia i niepewność, jaką niesie nowe życie, wyglądały tak samo, jak zakochiwanie się.
Zasadnicza różnica pomiędzy ludźmi popierającymi naturę, a popierającymi technologię przybiera postać otchłani, gdy dotyka tematu dzieciologii, ponieważ pod wieloma względami niemowlę reprezentuje naturę - jest dzikim, niezsocjalizowanym stworzeniem. Dla logicznie zarządzanego gospodarstwa domowego o stłumionym wystroju kolorystycznym, udekorowanego dziełami sztuki, nieokiełznane dziecko jest poważnym zagrożeniem. Żadna inna forma dzikości nie stwarza takiego wyzwania dla porządku. Termity można zagazować, pleśń wybielić, myszy wytruć, a watahy wilków wytłuc strzelbą, ale nie istnieją środki bezpieczeństwa przeciwko dziecku. Nawet w najgłębszych sanktuariach cywilizacji, gdzie natura została odsunięta na boczny tor, dziecko skupia najbardziej prymitywne aspekty życia - nagość i wydalanie w swej najdzikszej postaci - centralny punkt życia. Nic więc dziwnego, że większość literatury dotyczącej wychowania koncentruje się na okiełznaniu dziecka i jak najszybszym uformowaniu go według cywilizowanych norm.
Jednak moi rodzice byli zdeterminowani, aby dopasować się do moich pragnień. Według nich mój brak socjalizacji dawał mi specjalną władzę. Byłem niczym Roussowski szlachetny dzikus - mały, pulchny i niewstrzemięźliwy, ale i tak szlachetny. Jadłem wtedy, kiedy chciałem, i - ponieważ byłem szczęśliwszy w obecności swoich rodziców - spałem na karimacie przy ich łóżku (przenieśli materac na podłogę, żebym był w zasięgu ręki). Równie dobrze mogłem spać z nimi, ale tata był przeciwny pieluchom, a mama sprzeciwiała się niespodziankom. Tata używał więc bawełnianych szmatek, aby zbudować coś na kształt zatrzymującej odchody laguny wokół mojej pupy, i sprzątał, zanim przekazał mnie mamie na czas nocnych posiłków. Zrobił to, ponieważ w książce masażystki Idy Rolf widział zdjęcia dzieci, które miały powykrzywiane nogi i zdeformowane stopy od ciągłego ucisku, jaki pieluchy wywierały na rozwijające się kości - cud natury wypaczony przez technologię.
Uprzedzenia wobec pieluch stawiały moich rodziców w zdecydowanej mniejszości. Można się było domyślić, jak postąpią, bo robili zwykle odwrotnie niż większość ludzi w danej sytuacji. Na przykład większość rodziców już od samego początku lubi mieć uporządkowaną dokumentację swojego dziecka, tak że jest ono prawnie uznane przez państwo. Moi rodzice zdecydowali, że niepotrzebne im moje świadectwo urodzenia. Zamiast przejmować się, że nie będę kwalifikował się do żadnej szkoły, martwili się, że któregoś dnia rząd wywoła mój numer w niewiadomych celach. Ponieważ urodziłem się w domu, z dala od medycznych statystyk, podpisów lekarzy i innych narzędzi systemu, uznali, że lepiej trzymać mnie z dala od wścibskich oczu i od rejestrów.
Gdy zaś przyszło do chronienia mnie przed dzikimi mikrobami, rodzice również podążyli mniej uczęszczaną drogą. Gdy przyjaciele wytykali, że miałem zamiar włożyć coś paskudnego do ust, tata zbywał ich troskę machnięciem ręki i mówił: "Nie wierzę w teorię zarazków. Johnsonowie nigdy nie chorują". Wolny od strachu przed zarażeniem mogłem hasać do woli, jak dziecko z wolnego chowu. W swoim najwcześniejszym wspomnieniu siedzę w słońcu pod starym, strzelistym gruboszem, a mama pracuje w ogrodzie przed wejściem do domu. Zdaje się, że miałem wtedy trzy lata. Byłem chłopcem o okrągłej twarzy i jedwabistych włosach, z poważnym usposobieniem, wykazującym kompletną pogardę względem spodni - była to modowa krucjata, którą mój młodszy brat i ja prowadziliśmy latami, skłaniając jednego z sąsiadów do nazwania nas "półnagimi bachorami". Z każdej strony otaczały mnie niewidzialne zagrożenia: trujące rośliny, psie kupy, pajęczyny i pasożyty, które z przyjemnością wypełzłyby spod ziemi w stronę siedzenia jakiegoś półnagiego bachora. Podczas gdy inni woleli trzymać swoje potomstwo w bezpiecznym żłobku - lub uzbroić je w sztuczny egzoszkielet z nadających się do prania, antybakteryjnych materiałów, wolnych od wszelkiego skażenia pochodzenia biologicznego - moi rodzice woleli zarazki, pająki i robaki.
Ogród był domem dla wielkich wędrujących hord tych niższych form życia. Spotkanie ich było tylko kwestią czasu. Moja siostra pamięta, jak pewnego ranka wyszła zza rogu domu i znalazła mnie polującego na winniczka. Ślimaki były wielkie i skupiały się w dużych grupach, a ja siedziałem na ziemi, w zamyśleniu przeżuwając jednego na śluzowatą papkę. Moja siostra, której opinia na temat wrodzonej wartości odżywczej mięczaków ewidentnie różniła się od mojej, wpadła do domu, wrzeszcząc z taką werwą, że mama pomyślała, że potrącił mnie samochód. W końcu uznała, że najzwyczajniej posłuchałem swoich instynktów, i miałem rację.
Nie byłoby fair, gdybym napisał, że moi rodzice byli wrogo nastawieni do nauki. Po prostu szli przez życie z oczami otwartymi szerzej niż większość ludzi, odrzucając łatwą akceptację tego, co inni uważali za oczywistość. Byli zachwyceni naukową obietnicą, że wiedzę można odnaleźć w obserwacji natury. Tata pracował nad przekazaniem mi ciekawości poznawczej, zabierając mnie do muzeów rozsianych po San Francisco. Pamiętam, że patrzyłem jak zahipnotyzowany w błękitną toń Steinhart Aquarium, gdzie płaszczki i tuńczyki większe ode mnie pływały w swym niekończącym się, okrągłym basenie. Lubię myśleć, że dzięki tym wycieczkom wywierałem wpływ na swojego ojca. Jest na to pewien powierzchowny dowód. Tata oprowadzał mnie po muzeach, niosąc mnie w plecaku i w końcu ściął swe długie, "kontrkulturowe włosy", aby ukrócić mój zwyczaj ciągnięcia go za grzywę i wołania "Jazda!". Mam także przeczucie, że te godziny obserwacji skomplikowały uczucia mojego ojca wobec względnych zagrożeń natury i technologii. W jego dzienniku jest wpis z dnia, gdy po raz pierwszy zabrał mnie do zoo, opowiadający o tym, jak wierciłem się w swoim plecaku, wyciągając rączki w stronę niedźwiedzi.
"Jak mam cię nauczyć, że świat składa się z maskotek, grzechotników i grzechotników wyglądających jak maskotki?", napisał tata. "Jak nauczysz się przez niego iść, uzbrojony w bezgraniczne zaufanie i ostry kij?".
Gdy wspominałem rezultaty alternatywnych teorii wychowawczych moich rodziców, z łatwością można było zidentyfikować kilka zasługujących na ostry kij. Pomimo uwolnienia mnie od pieluch, moja miednica jest dzisiaj asymetryczna. Gdybym miał stanąć twarzą do tarczy zegara, moja lewa stopa wskazywałaby dwunastą, a prawa drugą. Mój chód jest o dziewięćdziesiąt procent gorszy od chodu profesjonalnych atletów, którzy spędzają lata na ćwiczeniach. Jako nowy ojciec szybko nauczyłem się doceniać wartość pieluch. Nakład pracy, zarówno fizycznej, jak i socjalnej, jaką moi rodzice musieli włożyć w to, aby wesprzeć mój nieskrępowany niczym styl życia, spędzał sen z powiek - zwłaszcza, że lwią część swojego dzieciństwa spędziłem na werandzie wystającej ponad plac zabaw w żłobku mojej mamy. Musiałem być zatem ekwiwalentem gigantycznego, paskudnego gołębia, bombardującego wszystkich z góry.
Moi rodzice doszli do wniosku, że ich założenia mające na celu ukrycie mnie przed rządem były błędne, i uświadomili sobie, że ograniczą moje przyszłe wybory kariery do łowcy-zbieracza, kryminalisty lub bezdomnego spod mostu. Jednak ich trzyletnie opóźnienie w zdobyciu mojego świadectwa urodzenia wystarczyło, aby skonfundować aparat biurokratyczny w sposób, którego się nie spodziewali. Wiele lat później - gdy próbowałem odnowić paszport w kraju pogrążonym w paranoi po jedenastym września - znalazłem się w osobliwej sytuacji, w której musiałem udowodnić własne istnienie przed urzędnikami State Department - woleli oni zaufać biurokracji niż żywemu, oddychającemu dowodowi, który mieli przed oczami.
Nie mogłem jednak pogodzić się z pomysłem, że dzieci powinny być narażone na działanie zarazków. Im głębiej studiowałem to zagadnienie, tym bardziej intrygujące się ono stawało. Przetrwałem entuzjazm rodziców, jaki żywili względem ślimaków i zarodników grzybów, bez odniesienia trwałych obrażeń. W rzeczywistości istnieją dowody na to, że zaadaptowanie dzikich mikroorganizmów w dzieciństwie mogło uczynić mnie zdrowszym. W 1989 roku David Strachan wysunął "teorię higieny", według której nadmierna czystość może powodować problemy, a pewne infekcje zapobiegać alergiom.
Jeden z najbardziej interesujących dowodów w tej dziedzinie wziął się z badań nad mlekiem. Latami naukowcy zakładali, że przeciwciała klasy IgA obecne w mleku matki służą do unieszkodliwiania i usuwania bakterii z przewodu pokarmowego. Gdy jednak poddali to założenie testom, odkryli, że prawda wygląda zupełnie inaczej. W obecności IgA bakterie lepiej przylegały do ludzkich komórek. Przeciwciała tworzyły podstawę, na której bakterie budowały odnawialną warstwę śluzu - biofilm. Wyglądało na to, że mleko matki zachęcało do rozwijania się infekcji bakteryjnych w układzie pokarmowym dziecka, a to mogło znaczyć, że pewne infekcje są pożądane.
Mleko przez długi czas służyło jako waluta w wymianie międzygatunkowej. Oprócz oczywistego powiązania z mikrobami, łączy nas ono z udomowionymi ssakami. Przodkiem krowy był tur, Bos primigenius, który mierzył w kłębie 1,8 metra i miał siejące postrach, wielkie rogi. Te bestie, które możemy obserwować w inspirowanej nimi sztuce, musiały wzbudzić w naszych przodkach religijną cześć (to nie prehistoria: ostatni tur został zabity w Polsce w 1627 roku). A mimo to, prawdopodobnie dzięki sile mleka, te przerażające zwierzęta wkroczyły do udomowionego świata Homo sapiens. Pierwsze tury, które poddały się udomowieniu, zaakceptowały przemianę traw w formę pożywienia, z którego mogli korzystać ludzie w zamian za ochronę. Możliwość przypieczętowania obopólnej umowy mlekiem, a nie mięsem, była ogromnie korzystna dla obu stron. U ludzi dowód tej umowy widać zwłaszcza w dominacji mutacji umożliwiającej dorosłym trawienie laktozy, głównego cukru zawartego w mleku. Mutacja nastąpiła około dziesięciu tysięcy lat temu gdzieś w Europie i swym zasięgiem objęła populację w tym regionie w przysłowiowym mgnieniu oka. Zdolność do przyswajania laktozy tak bardzo wpłynęła na zwiększenie prawdopodobieństwa przetrwania, że dziewięćdziesiąt pięć procent Europejczyków z północy wywodzi się od tych tolerujących laktozę pionierów. Podobnie jak mleko matki, mleko turów zawierało w sobie kultury bakterii. Historycy badający jedzenie wykazali, że picie świeżego, pozbawionego kultur bakterii mleka było rzadką anomalią, która występowała tam, gdzie produkty mleczne mogły być przechowywane w chłodzie. Historyczka jedzenia Anne Mendelson zauważyła, że znaczna większość tradycyjnych potraw mlecznych spożywanych na świecie nie jest ani gotowana, ani świeża, tylko przybiera postać sfermentowanego jogurtu, sera albo kwaśnego mleka.
Oczywiście większość mleka sprzedawanego w sklepach jest pasteryzowana - czyli podgrzewana przez piętnaście sekund do temperatury stu sześćdziesięciu jeden stopni w skali Farenheita - dzięki czemu zawiera znacznie mniej bakterii i jest dłużej zdatne do użycia. Zanim nauka zaczęła podpowiadać, że wymiana między gatunkami - zarówno małymi, jak i dużymi - może poprawić ludzkie zdrowie, niewielka grupka ludzi zajęła się promocją surowego, pełnego kultur bakterii mleka jako leku na wszystko. Gdy moja rodzina przeniosła się do Nevada City, znaleźliśmy się w istnym niebie surowego mleka. Zanim zacząłem poznawać metody wychowawcze moich rodziców, na początku nowego milenium, miasto było w ferworze kupowania surowego mleka. Można je było dostać w sklepach ze zdrową żywnością, a wtajemniczeni brali je prosto od drobnych farmerów, którzy hodowali po kilka kóz na łąkach między sosnami a pstrolistką. Ci ludzie nie potrafili wytłumaczyć, w jaki sposób mleko miało leczyć. Niektórzy głosili pseudonaukowe teorie. Ale nie wszystkie z ich twierdzeń nie zdały egzaminu. Zamiast tego przeistoczyły się w coś bardzo dwuznacznego, niczym dojrzały ser budzący jednocześnie apetyt i wstręt.
Pasteryzacja, proces przeprowadzony po raz pierwszy przez Ludwika Pasteura w 1862 roku, neutralizuje potencjalnie zagrażające życiu bakterie typu Campylobacter jejuni, Listeria monocytogenes, Escherichia coli i salmonella. (Można powiedzieć, że Pasteur odkrył proces pasteryzacji, tak samo jak o Kolumbie można powiedzieć, że odkrył Amerykę. Chińczycy pasteryzowali bowiem produkty alkoholowe od co najmniej XII wieku). Między rokiem 1919, gdy zaledwie jedna trzecia mleka w Massachusetts była pasteryzowana, a 1939, gdy procesowi pasteryzacji poddawano niemal całe zebrane mleko, liczba chorób, których było przyczyną, spadła o niemal dziewięćdziesiąt procent. Pasteryzacja jest zaledwie niewielkim fragmentem kordonu ochronnego zbudowanego (z rosnącą desperacją) w przeciągu ostatniego stulecia. Oczyszczalnie ścieków, spłuczki w toaletach, mydło antybakteryjne i żel sanitarny Purell stoją na straży granicy między naturą i cywilizacją. I choć nasza gorliwość w chęci ulepszenia warunków sanitarnych wkroczyła teraz w etap barokowy, oczywistym jest, że początkowe wysiłki przyczyniły się do mniejszej liczby przypadków zachorowalności na większość chorób i do wzrostu długowieczności.
Pomimo ryzyka ludzie walczyli o prawo do picia surowego mleka, odkąd obowiązkowa pasteryzacja stała się ogólno przyjętą normą. Gdy w 1980 roku spór zrobił się głośny, "Los Angeles Times" nazwał go "świętą wojną". To było coś więcej niż rozbuchana gazetowa retoryka. Ludzie zaangażowani w tę walkę po obu stronach byli - i nadal są - religijni w swoich przekonaniach. Stawką było coś więcej niż mleko. Podczas każdego heretyckiego powstania istotą problemu - czy to będzie sposób przetwarzania mleka (pasteryzowane kontra surowe), czy modlenia się (na stojąco kontra na klęczkach) - jest ogólniejszy system przekonań. W tym przypadku rewolucyjną ideą - motorem działania herezji rozwścieczającej przedstawicieli systemu zdrowia i zagrażającej współczesnemu przemysłowi mleczarskiemu - jest twierdzenie, że ojciec pasteryzacji był w błędzie.
Pasteur był zdania, że zarazki przyczyniają się do powstawania w ciele ognisk choroby, podczas gdy jego przyjaciel i naukowiec, Claude Bernard, wykazał, że związek przyczynowy był odwrotny. Bernard był zdania, że zarazki mnożą się, gdy milieu intérieur - ciało żywiciela - zostaje zakażone. Podobno Pasteur wyparł się zarazkowej teorii chorób na łożu śmierci, mamrocząc pod nosem: "Bernard miał rację. Zarazki to nic, milieu jest wszystkim". Dowody, że Pasteur faktycznie to powiedział, są mgliste, ale to nie powstrzymało zwolenników surowego mleka od usilnego uczynienia z Bernarda swojego czempiona. To oczywiste, że zarazki nie są niczym. Jest aż za dużo przykładów chorób zabijających całkiem zdrowe osoby (wyobraź sobie epidemię ospy wietrznej w obu Amerykach), żeby brać żart mojego ojca o niewierze w teorię zarazków na poważnie. Jeśli prześledzisz swoje drzewo genealogiczne aż do czasów pradziadka, z pewnością odkryjesz, że ktoś z jego rodzeństwa zmarł z powodu choroby zakaźnej. Dawniej zarazki były wrogiem, który wypełzał z mroku i porywał dzieci. Ale teraz, gdy teoria Pasteura pomogła nam pokonać ospę, odrę, szkarlatynę, jest pewne, że wiele pozostałych przypadłości (na przykład cukrzyca i choroby serca) są spowodowane przez otoczenie - nasze zewnętrzne i wewnętrzne środowisko. Nasz system zwalczania zarazków jest słabo przygotowany do radzenia sobie z tymi chorobami.
W przeciągu kilku ostatnich dekad coraz więcej ludzi z rozwiniętych krajów zaczęło przychodzić do gabinetów lekarskich z zaburzeniami autoimmunologicznymi. Przez ostatnie trzydzieści lat wskaźniki stwardnienia rozsianego, cukrzycy typu pierwszego i choroby Leśniowskiego-Crohna podwoiły się, a w niektórych miejscach nawet potroiły. Między moimi pierwszymi urodzinami a pierwszym rokiem studiów liczba przypadków astmy wśród dzieci w Stanach wzrosła o siedemdziesiąt pięć procent. Niemal połowa ludności z krajów biorących udział w pierwszej wojnie światowej cierpi na połączenie alergii, astmy i egzemy. W krajach mniej rozwiniętych te schorzenia są niemal całkowicie nieznane. Naukowcy teoretyzowali, że staliśmy się zbyt czyści - bez wrogów do atakowania nasze systemy obronne mogą zwrócić się przeciwko własnym komórkom. Ponieważ mleko jest tak skutecznym czynnikiem w wymianie międzygatunkowej, stało się symbolem w wielkiej walce z mikrobami. Ta sama rzecz, która czyni surowe mleko niebezpiecznym - czyli brud - może być dokładnie tym, co czyni ludzi zdrowszymi.
Sprzedaż surowego mleka do konsumpcji dla ludzi jest nielegalna w Kanadzie i niemal w połowie stanów USA. Jednak tysiące entuzjastów surowego mleka stworzyło czarny rynek, a władze od czasu do czasu stosowały wobec nich sankcje dyscyplinarne. W październiku 2006 roku policja zniszczyła ciężarówkę pełną produktów mlecznych w Michigan. Miesiąc wcześniej Departament Rolnictwa w Ohio zamknął mleczarnię Carol Schmitmeyer. W marcu 2006 roku zatrzymano Gary'ego Oaksa, gdy rozładowywał mleko na parkingu kościoła św. Bernarda w Cincinnati. Gdy zdezorientowani mieszkańcy zebrali się wokół ciężarówki, urzędnik państwowy powiedział im, aby odsunęli się od tej "białej, płynnej substancji". We wrześniu 2005 roku tajny agent poprosił amisza Arliego Stutzmana o dzbanek mleka. Stutzman odmówił przyjęcia zapłaty, ale gdy agent zaoferował pozostawienie datku, rolnik powiedział, że może dać wszystko, co uzna za sprawiedliwe. Skucha.
Choć mój ojciec dorastał, pijąc surowe mleko prosto od krów, ja już nie. Moim rodzicom po prostu nigdy nie przyszło to do głowy. Spór o mleko mógł posłużyć za przykład potwierdzający teorię moich rodziców, że najzdrowiej jest zaprzyjaźnić się z dziką naturą wokół i wewnątrz swego ciała.
Proste odpowiedzi nie istnieją. Argumenty prezentowane przez obydwie strony były okropnie zagmatwane - przypominały karambol na autostradzie spowodowany nadmierną prędkością mistycyzmu, dogmatów i płytkiego, biurokratycznego myślenia, które się ze sobą zderzyły. Wtedy, w samym środku mojego śledztwa, ponownie doszło do wybuchu świętej wojny, tym razem w Kanadzie. Rolnik Michael Schmidt wszczął serię dramatycznych protestów po tym, jak lokalne władze przechwyciły jego sprzęt do wytwarzania sera i pozwały do sądu za sprzedaż surowego mleka. Zadzwoniłem do Schmidta z nadzieją na poznanie jego historii i by samodzielnie ocenić zagrożenie, jakie wiązało się z jego farmą. Gdybym mógł uporządkować ten bałagan, udałoby mi się także poukładać zamęt logiki i prowokujących nielogiczności, które utwierdziły mojego ojca w przekonaniu, że nie wierzy w teorię zarazków.
Agenci zjawili się przed świtem, ukrywając swe pojazdy za drzewami rosnącymi wzdłuż drogi biegnącej obok farmy Michaela Schmidta w mieście Durham, leżącym w prowincji Ontario. Czekali, aż mleczarz zrobi jakiś ruch. To nie był pierwszy raz, gdy obserwowali w ciemności, jak Schmidt parkuje na podjeździe swój stary, niebieski autobus. Zespół z Ministerstwa ds. Zasobów Naturalnych obserwował go od miesięcy, śledząc podczas cotygodniowych wyjazdów do Toronto. Dwóm tajnym agentom udało się nawet przedostać do jego wewnętrznego kręgu i zdobyć próbki produktów, które przewoził. Testy laboratoryjne okazały się jednoznacznie obciążające. To było mleko, w dodatku surowe. Nadszedł czas, aby przyskrzynić mleczarza.
Schmidt wstał o czwartej rano. Wydoił krowy, załadował towary i odpalił silnik autobusu. Zanim jednak zdołał dotrzeć do końca podjazdu, zatrzymały go dwa samochody. Na drogę wyszedł policjant z uniesionymi rękami. Drugi zaczął walić w drzwi. Reszta obeszła tyły. Ostatecznie dwudziestu czterech oficerów policji z pięciu różnych departamentów przeszukało farmę. Wielu z nich miało broń. "Zalali moją farmę niczym powódź. Nadchodzili z każdej strony", powiedział Schmidt z melodyjnym niemieckim akcentem. "Wyglądało to jak atak rosyjskiej armii. Wszyscy mieli czapki z nausznikami".
Schmidt oprowadzał inspektorów po obejściu, na przemian poirytowany i rozbawiony absurdalnością całej sytuacji. Według racjonalnych standardów to naprawdę był absurd. Gdyby w trakcie tego tajnego śledztwa rząd zajął się sprawdzaniem własnych dokumentów, odkryłby, że dwanaście lat wcześniej Schmidt napisał listy do ustawodawców, informując ich, że produkuje surowe mleko. Jednak te informacje podkopałyby zasady związane z teatralnością policyjnego nalotu, który wymagał ujawnienia czegoś, co zostało ukryte.
Schmidt zareagował na nalot ze spektakularnym rozmachem. Natychmiast ogłosił strajk głodowy. Przez miesiąc spożywał wyłącznie szklankę mleka dziennie. Doił krowę na trawniku przed parlamentem prowincjonalnym Ontario. Powiedział, że to była walka, podczas której przygotował się na utratę farmy. Był gotów pójść do więzienia. Zamiast załamać się podczas nalotu, rzucił się w bój z długo powstrzymywanym entuzjazmem. To miało sens. Czekał na aresztowanie od ponad dekady. Powiedział mi, że przez cały ten czas nosił ze sobą aparat, aby móc zrobić zdjęcia, gdyby władze po niego przyszły.
- Przez jedenaście lat nosiłeś ze sobą aparat? - spytałem.
- Dwanaście - odparł. - Zmodernizowałem go. Najpierw były zdjęcia, potem wideo, a potem kamera cyfrowa.
Schmidt nie ma usposobienia podżegacza. W rzeczywistości jego charakter nie odbiega wcale od natury krów, którymi się zajmuje. To wielki facet o łagodnym głosie, poruszający się z wdziękiem i reagujący stoickim spokojem na prowokacje. Ma rzadkie blond włosy, jasnoniebieskie oczy i policzki z drobnymi śladami po ospie. Uściśnięcie jego dłoni jest trudne, ponieważ ma bardzo szeroką rękę. Jego strój składa się z czarnych dżinsów, białej koszuli i czarnej kamizelki. W lecie nosi słomiany kapelusz z szerokim rondem, a zimą czarny kaszkiet.
Gdy Schmidt wyemigrował z Niemiec w 1983 roku, chciał założyć farmę, która działałaby na zupełnie innych zasadach niż te obowiązujące przeciętną przemysłową mleczarnię. Zamiast uwięzić swoje krowy w pełnych nawozu zagrodach, zapewnił im obszerne pastwiska. Zamiast karmić je kukurydzą i kiszonką, dał im trawę. Zamiast zarządzania setkami anonimowych zwierząt w celu zwiększenia dochodów, dbał o około pięćdziesiąt krów, zapewniając im dobre zdrowie i ekologiczną harmonię. Wierzył, że jeśli będzie dbał o kondycję pastwisk, krów, świń i pozostałych komponentów ekosystemu farmy, bakteryjny ekosystem w mleku również będzie zdrowy, a dzięki niemu i jego klienci. Schmidt kupił sześćset akrów ziemi oddalonej o trzy godziny jazdy na północny zachód od Toronto. To tam założył stado krów kanadyjek - pięknych, brązowo-czarnych zwierząt z rogami o czarnych końcach. Większość hodowców bydła przypala zawiązki rogów - to gwarancja uniknięcia obrażeń - ale Schmidt był zdania, że jeśli tylko można, należy zostawiać wszystko w swojej naturalnej postaci. Zagrożenia związane z rogami (podobnie jak te dotyczące picia niepasteryzowanego mleka) ciążyły mu mniej niż ryzyko zakłócenia nieznanego elementu, jaki stworzyła natura.
Nie doszedł do tych wniosków sam. W Niemczech Schmidt studiował zarówno rolnictwo, jak i muzykę klasyczną. Na poważnie rozważał karierę profesjonalnego muzyka. (W Kanadzie co jakiś czas zbiera zespół kameralny na strychu na siano i dyryguje, poruszając wielkimi jak bochny dłońmi z nieprawdopodobnym wręcz wdziękiem). Jednak ostatecznie Schmidtem zawładnęła idea mistyka agronoma Rudolfa Steinera (założyciela szkoły waldorfskiej). Steiner, twórca rolnictwa biodynamicznego, postrzegał gospodarstwo rolne jako coś w rodzaju muzycznego dzieła - trwający latami proces pielęgnowania zwierząt na roli był podobny do komponowania melodii.
Farma kwitła pod rządami Schmidta. Stworzył program podziału krów, w którym zamiast kupować surowy nabiał, klienci wynajmowali krowę i płacili "koszty utrzymania" przy odbieraniu swojego mleka. Zwierzęta nadal były własnością Schmidta, ale ten system sprawił, że naginanie prawa wyglądało na mniej rażące, a urzędnicy Ministerstwa Zdrowia przymykali na nie oko. Wtedy, w 1994 roku, Radio-Canada stworzyło program dokumentalny o Michaelu Schmidcie i jego niepasteryzowanym produkcie. Kilka miesięcy później został oskarżony o narażanie zdrowia publicznego.
To w tamtym czasie, gdy gazety cytowały wypowiedzi Schmidta o wyższości surowego mleka, wokół jego farmy zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Wandale włamali się do jego stodoły. Schmidt znalazł na podwórku dwie martwe krowy, które najwyraźniej zostały otrute. Potem nieoznakowana furgonetka zepchnęła z drogi samochód jego kuzyna. Wyskoczyli z niej mężczyźni, wepchnęli go do środka i przetrzymywali przez dwie godziny. Schmidt nie był przygotowany na to, że walka przybierze taki obrót. Wysłał kuzyna z powrotem do Niemiec, zgodził się przyznać do winy przed sądem i sprzedał niemal całe gospodarstwo, nie licząc stu akrów, by pokryć rządowe koszty i utratę dochodów.
Schmidt to człowiek "teutońskiej niezawodności", ale gdy wyszedł w pole po tym, jak sprzedał ziemię, ogarnęły go wątpliwości. Poranne słońce zabarwiło niebo czerwienią, a wokół krowich nóg zebrała się mgła. Gdy popchnął lekko kijem byka o imieniu Xamos, aby zawrócić go od krów, Schmidt zaczął się zastanawiać, czy jego marzenie o uprawianiu ziemi zgodnie z naturą nie było przypadkiem nieudaną próbą wskrzeszenia przeszłości. Gdyby zaczął sprzedawać mleko po cenach przemysłowych, zniszczyłoby to jego pedantyczny styl rolnictwa. Straciłby bezpośredni kontakt z klientami. Musiałby skłonić swoje krowy do produkowania większej ilości mleka. Z konieczności musiałby przyjąć nowe strategie żywieniowe, zakupić suplementy dla zwierząt i nowy sprzęt.
Schmidt nie zauważył nadciągającego Xamosa. Poczuł jedynie potężne uderzenie, gdy wpadł na niego rozpędzony byk. Gdy uderzył o ziemię, zwierze rzuciło się na niego, porykując. Byk dźgnął go jednym rogiem, potem drugim, ryjąc ziemię i drąc ubranie Schmidta. Jeden róg wbił się w jego brzuch, drugi rozerwał klatkę piersiową i ramię, zahaczając o płuco. Dopiero gdy żona Schmidta, Dorothea - otoczona warczącymi psami - wbiegła na pole, Xamos się wycofał. Ktoś inny wziąłby ten atak za jasny sygnał, dowód, że szukanie harmonii w naturze jest głupotą. Lecz gdy Schmidt leżał na ziemi, oszołomiony tym, że żyje, zostawiając plamy krwi na trawie, czuł jedynie pokorę. "Owszem, natura jest niebezpieczna", powiedział mi później. "Ale nie jestem w stanie jej kontrolować ani od niej uciec. Mogę się jedynie nauczyć jak najlepiej z nią żyć".
Zanim Schmidt znów mógł chodzić, co nastąpiło niemal sześć tygodni później, zdecydował się prowadzić dalej farmę na własnych warunkach. Ogłosił swoje intencje publicznie, ale urzędnicy państwowi musieli odczuć, że dopięli swego. Schmidt latami kontynuował po cichu pracę farmy jako człowiek wyjęty spod prawa, aż do tamtego ranka, gdy agenci rządowi najechali jego mleczarnię. Po strajku głodowym i innych publicznych aktach protestu Schmidt zaangażował się w długą walkę. Wynajął najlepszego adwokata w nadziei obalenia zakazu prowincji Ontario do sprzedaży surowego mleka.
W ciągu trzydziestu pięciu lat działalności mleczarni Michaela Schmidta nikt nigdy nie zgłosił żadnego przypadku zachorowania po wypiciu jego mleka. Mimo to choroby wywołane spożyciem surowego mleka mnożą się. Według amerykańskiego Centrum Zwalczania i Zapobiegania Chorobom w Stanach Zjednoczonych co roku odnotowuje się około stu przypadków zatrucia nieprzetworzonym nabiałem z blisko dziewięciu milionów ludzi pijących mleko (według danych Centrum trzy procent ludzi powiedziało, że piło surowe mleko w poprzednim tygodniu). Jesienią 2006 roku przedstawiciele stanu Kalifornia ogłosili, że niepasteryzowane mleko skażone bakteriami Escherichia coli powiązano z szeregiem chorób. Sprzedaż niepasteryzowanego mleka w Kalifornii jest legalna, a podejrzane mleko pochodziło z Organic Pastures we Fresno, największej z kilku farm dostarczających towar do krajowych sklepów ze zdrową żywnością. Nawet gdy weterynarze polecili kierownikom sklepów zniszczenie mleka, jakie mieli na składzie, klienci Organic Pastures w pośpiechu wykupili wszystko, co się dało. Zlekceważyli obawy, mówiąc, że za każdym razem, gdy wybucha epidemia, pracownicy opieki zdrowotnej dochodzą do tego mniej w oparciu o dowody, z góry zakładając, że niepasteryzowane mleko jest trujące. Gdy inspektorom sanitarnym nie udało się znaleźć żadnej bakterii E. coli w mleku Organic Pastures, która rzekomo spowodowała zatrucie pokarmowe u dzieci, okazało się, że ci ludzie mogą mieć rację. Gdy zadzwoniłem do Marka McAfee, właściciela Organic Pastures, powiedział, że inspektorzy nie działali pod wpływem złowrogich intencji, lecz rażącej niekompetencji, typowej dla fajtłapowatych policjantów rodem z filmów Macka Sennetta. Zjawili się na jego farmie odziani w białe kombinezony ochronne, pobierając wymazy z krowich odbytów i odeszli z niczym. "Nie znaleźli ani jednego patogenu na mojej farmie, nie wspominając już o patogenach w mleku", powiedział mi.
Do tego czasu zdążyłem usłyszeć kilka podobnych historii od kilku mleczarzy, którzy również zostali poddani nalotom. Te wycinki prasowe, które udało mi się zebrać z podróży po prowincji, przedstawiały ludzi kupujących surowe mleko jako biednych, pogrążonych w mrokach barbarzyństwa obywateli, którzy zasłużyli na swój los, bo sprzeciwili się jedynie słusznym poglądom. Reporterzy karnie powtarzali wyniki oficjalnych analiz, ani razu nie wspominając o możliwości pomyłki. Jednak wyśledzenie źródła choroby to czasami kwestia bardziej sztuki niż nauki, wymagająca od śledczych wyeliminowania potencjalnych poszlak (szpinak, hamburger, jajko, sushi?) i skupienia się na najbardziej prawdopodobnych tropach. Bardzo możliwe, że w niektórych przypadkach pracowników ochrony zdrowia zaślepił gniew na mleczarzy. Postanowiłem więc uczynić przykład z tej sprawy, zbadać ją osobiście i z otwartym umysłem prześledzić kroki powzięte przez urzędników.
Gdy zadzwoniłem do Tony'ego Martina, powiedział mi, że stał w sklepie ze zdrową żywnością w Temecula w Kalifornii, w alejce z produktami sieci Sprouts, przeżywając śmiertelne męki nad butelką mleka Organic Pastures z rysunkową krową na etykiecie z przodu. Wiedział, że mleko pasteryzowano nie bez powodu, ale słyszał też, że mogło pomóc wyleczyć jego syna z alergii. "Co chwila zdejmowałem i odkładałem je z powrotem na półkę", powiedział.
W końcu zabrał je do domu. Chris, jego siedmioletni syn, pił mleko Organic Pastures przez trzy dni z rzędu w trakcie weekendu święta pracy. We wtorek obudził się blady i ospały. W czwartek dostał biegunki i zaczął wymiotować. W piątek rano okazało się, że ma krew w stolcu, więc Martinowie błyskawicznie pojechali do szpitala. Wkrótce potem kilkoro innych dzieci zjawiło się w szpitalach południowej Kalifornii. Wszystkie wypiły niepasteryzowane mleko Organic Pastures i wszystkie zaraziły się złośliwą odmianą pałeczki okrężnicy, znaną jako szczep O157:H7. Część dzieci szybko odzyskała zdrowie, ale dwoje z nich, Chris Martin i Lauren Herzog, zostało przeniesionych z jednego szpitala do drugiego, gdy ich stan znacznie się pogorszył. Szczep O157:H7 uwalnia strumień toksyn, gdy wchodzi w kontakt z antybiotykami - co postawiło lekarzy przed straszliwym wyborem. Mogli zaczekać i dać zadziałać naturze albo interweniować, ryzykując dalsze szkody. Lekarze Chrisa podali mu antybiotyki. Lekarze Lauren nie zrobili tego. Mimo to u obojga dzieci wystąpiła niewydolność nerek. Gdy Chris był na dializie, jego ciało spuchło tak bardzo, że jego ojciec, jak przyznał, nie rozpoznałby go na ulicy. Chris spędził w szpitalu pięćdziesiąt pięć dni. Lauren wypisano do domu po miesiącu, ale wtedy nastąpił u niej nawrót choroby i musiała wrócić. W końcu obojgu udało się wyzdrowieć, ale już zawsze mogą cierpieć z powodu trwałego uszkodzenia nerek.
Dla Tony'ego Martina i mamy Lauren, Melissy Herzog, ta sprawa wyglądała na zamkniętą: oboje obwiniali mleko. Jednak dla ojca Lauren, Pete'a Herzoga, kilka faktów stanęło na drodze do wystawienia podobnej opinii. Jego dziewczyna, Chelsea Higholt, zrobiła koktajl na bazie surowego mleka, który Lauren wypiła. Zastanawiające było to, że sama Higholt i jej dwóch synów w wieku trzech i pięciu lat, wypili ten sam koktajl, z tego samego blendera, i nie mieli nawet biegunki. Higholt przekazała resztki mleka pracownikom służby zdrowia (wygrzebali butelkę ze śmieci), ale testy na obecność szczepów E. coli wyszły negatywnie. Mieszkanka San Diego Kari Way, która podała surowe colostrum marki Organic Pastures (colostrum to pierwsze mleko wytwarzane przez samice ssaków po porodzie, bogate w składniki odżywcze i przeciwciała) ośmioletniemu sąsiadowi, również drapała się po głowie ze zdziwienia. Chłopiec wypił około stu osiemdziesięciu mililitrów i zachorował (doznał niewielkiego zatrucia pokarmowego). Jej syn wypił pozostałą zawartość kartonu i miał się dobrze. Pracownicy służby zdrowia zidentyfikowali jeszcze dwóch chłopców zarażonych pałeczkami okrężnicy z kodem genetycznym pasującym do bakterii wykrytych u Lauren. Jeden wypił mleko. Drugi powiedział, że nie.
Te fakty się ze sobą nie zgadzają. McAfee, który zadzwonił do mnie, aby sprawdzić postępy badań, podsunął alternatywne wyjaśnienie. Co, jeśli ta gadka o rozdzielaniu kodu genetycznego bakterii (dzięki elektroforezie żelowej stosowanej do rozdzielania mieszaniny związków chemicznych na jednorodne frakcje, przez wymuszanie wędrówki ich cząsteczek w polu elektrycznym) była zwykłym naukowym bełkotem stosowanym w celu skonfundowania laików i przekonania niedowiarków, że tracili grunt pod nogami? Po wybuchu choroby, o który obwiniono mleczarnię Clearview w Wisconsin, urzędnicy państwowi ogłosili, że znaleźli te same genetyczne "odciski palców" bakterii w mleku i w stolcu chorych osób. Mleczarz powiedział mi jednak, że gdy protestujący chcieli zmusić ich do ujawnienia prawdy, inspektorzy z departamentu zdrowia odmówili pokazania pasujących do siebie wzorów. Co tydzień do szpitali zgłaszają się ludzie narzekający na objawy zatrucia pokarmowego, powiedział McAfee. Co, jeśli w tamtym konkretnym tygodniu kilkoro z nich wspomniało, że wypiło jego mleko?
Wydawało się mało wiarygodne, aby państwo chciało wrobić McAfiego, ale istniała możliwość, że inspektorzy zaprzestawali wypytywania rodziców o to, co zjadły ich chore dzieci w momencie, gdy usłyszeli, jak ich pacjenci mówią "surowe mleko". Urzędnicy państwowi mogli dać się zwieść własnym założeniom. Gdy stanowi weterynarze zjawili się na farmie, szukając szczepów E. coli, zaskoczył ich fakt, że wszystkie wymazy kału pobrane od krów były wodniste i zawierały mniej bakterii niż normalnie. Patrick Kennelly, naczelnik sekcji ds. bezpieczeństwa żywności w departamencie zdrowia, skonfrontował McAfiego z tymi faktami w e-mailu, pisząc: "Nie tylko jest to nienaturalne, ale i zgodne z typem reakcji, jakie zwierzę może mieć po podaniu wysokiej dawki antybiotyków... Dlaczego twoje krowy znalazły się w takim stanie, Mark?".
McAfee nie używa antybiotyków na swej organicznej farmie. Rząd sprawdza każdą dostawę jego mleka na obecność ich śladów i nigdy żadnych nie znalazł. Allan Nation, ekspert od wypasania zwierząt, podsunął inne wytłumaczenie. Krowy były karmione trawą. Takie zwierzęta noszą w sobie mniejszą liczbę patogenów. A podczas kilku dni na wiosnę i w trakcie jesieni, gdy zmienia się pogoda i zaczyna rosnąć nowa trawa, krowy mają skłonności do "samoistnych wycieków". Jednak wypasanie na pastwisku stało się zjawiskiem tak rzadkim, że dla Kennelly'ego i weterynarzy musiało się wydać nienaturalne. Normy mleczarstwa przemysłowego zakorzeniły się głęboko w umysłach ludzi. Jakiś urzędnik mógł dojść do pochopnego wniosku, że całe mleko jest śmiertelnie zabójcze, dopóki nie podda się go pasteryzacji.
Mniej więcej w czasie, gdy w 1908 roku Chicago zatwierdziło pierwszą ustawę dotyczącą pasteryzacji, wiele mleczarni zaopatrujących miasta urbanizowało się. Były zatłoczone, jałowe i brudne. Pozbawieni skrupułów właściciele dodawali sproszkowanej kredy i gipsu modelarskiego do mleka, aby zwiększyć jego objętość. Chorzy pracownicy kaszleli do wiader, rozprzestrzeniając gruźlicę. Dzieci zarażały się szkarlatyną po spożyciu nabiału. Pasteryzacja była łatwym rozwiązaniem. Dała również rolnikom wymówkę do bycia brudnym. Wiedzieli, że jeśli bakterie kałowe przedostaną się do mleka, proces podgrzewania i tak zrobi swoje. Nikt nie zwrócił uwagi na to, że ludzie piją martwe ciała tysięcy patogennych bakterii. W rezultacie rolnicy, którzy kładli nacisk na zdrowie zwierząt i czystość, znaleźli się w niekorzystnej sytuacji, w przeciwieństwie do tych, którzy zwyczajnie zmuszali krowy do większej wydajności. Po stu latach nowoczesne mleczarnie - mówiąc bez ogródek - nurzają się w odchodach. Większość z nich ma ich pełną, lepką hałdę, na której leżą krowy. Ścieki są poddawane recyklingowi, aby spłukać betonowe alejki, w których krowy jedzą. Farmerzy starannie dezynfekują krowie wymiona przed dojeniem i przestrzegają ściśle standardów, które nakazują tylko, aby liczba zarazków pływająca w wielkich zbiornikach na mleko nie przekraczała stu tysięcy na mililitr.
Gdy pracowałem jako reporter w hrabstwie Cassia w Idaho, lokalny mleczarz Brent Stoker chciał wyhodować na swojej farmie tysiące jałówek i sprzedać je mleczarniom jako zamiennik ich wyeksploatowanych krów. Rozwścieczeni perspektywą zalegania całych stert gnoju nieopodal ich domów, sąsiedzi Stokera zablokowali projekt. Mleczarnia Stokera nie była specjalnie brudna - wręcz przeciwnie, spółdzielnie mleczarskie pokazywały jego farmę na wycieczkach objazdowych. Jednak, aby przetrwać, mleczarnie muszą produkować mnóstwo mleka, co oznacza generowanie wielkich ilości odchodów. Gdy badałem historie chorych dzieci i zamęczałem Kalifornijski Departament Zdrowia prośbą o dostęp do państwowych archiwów, natknąłem się na numer Stokera w swoim wizytowniku i pod wpływem chwili zadzwoniłem do niego, aby nadrobić informacje. Był w trakcie kolejnej walki z sąsiadami. Tym razem chciał zbudować wielką organiczną mleczarnię.
- Nigdy bym nie pomyślał, że jesteś zwolennikiem organicznego trybu życia - powiedziałem.
- Zapłać mi wystarczająco dużo, a nim będę - odparł.
Organiczny niekoniecznie oznacza jednak karmiony trawą. Krowy Stokera dają kolosalną liczbę niemal stu osiemdziesięciu litrów mleka na dzień. Dzieje się tak dlatego, że są karmione niczym olimpijscy atleci. Jedzą starannie dobraną mieszankę paszy i wysokoenergetycznych zbóż. "Gdybyś zaczął je wypasać, produkcja mleka zmniejszyłaby się o prawie dziewięćdziesiąt litrów", wyjaśnił Stoker. "Oczywiście, krowa pożyłaby dzięki temu znacznie dłużej".
Krowy zostały stworzone do jedzenia trawy, nie zboża. Większość ssaków nie może strawić celulozy zawartej w źdźbłach trawy, ale zwierzęta przeżuwające są w stanie wchłonąć energię słoneczną zamkniętą w zielonym pastwisku dzięki pomocy drobnoustrojów. Te bakterie są specjalistami w dziedzinie rozkładu celulozy, zmieniają trawę w budulec odżywczy, którego potrzebują roślinożerne zwierzęta. W zamian krowy zapewniają bakteriom miejsce bytowania i stały dopływ pokarmu. Ta zależność zmienia się, gdy krowa zaczyna jeść zboże. Drobnoustroje wyspecjalizowane w rozkładzie celulozy zostają zastąpione przez te, które są dostosowane do nowego źródła pokarmu, lecz niekoniecznie są dobre dla krowy. Nowe bakterie wydzielają kwasy, które w ekstremalnych przypadkach mogą wywołać u zwierzęcia szok. Przekarmianie krowy wysokoenergetyczną paszą może doprowadzić do skrętu kiszek. Takie zapętlenie blokuje ruchy perystaltyczne jelit. Krowa przestaje jeść, a pod skórą można czasami zobaczyć wybrzuszone wnętrzności. Inne schorzenia również są skutkiem mariażu pasz wysokoenergetycznych i masowej produkcji: owrzodzenie wątroby, owrzodzenie żwacza, gnijące kopyta czy zapalenia wymion. W interesie rolnika jest, aby krowa była zdrowa - lecz nie nadmiernie. Gdyby mleczarz zmniejszył dawkę paszy w pożywieniu krowy do poziomu, który eliminuje problemy zdrowotne, straciłby pieniądze. Musi zostać zachowana równowaga pomiędzy zdrowiem a korzyściami. Nie jest zatem zaskoczeniem, że rolnicy wysyłają karmione paszą krowy do wytwórni hamburgerów w o wiele młodszym wieku niż ich odpowiedniki wypasane na pastwiskach. Przeciętnie mleczarze posyłają co roku do ubojni jedną trzecią swojego bydła. Jak to ujął Brent Stoker: "Eksploatujemy krowy".
Znani są inni bakteryjni oportuniści, którzy rozwijają się w organizmie krowy, gdy środowisko w jej przewodzie pokarmowym zostaje zakłócone przez zmianę diety. Zmęczone krowy stłoczone razem i wszechobecne odchody tworzą idealne warunki do przenoszenia się patogenów. W trakcie inspekcji amerykańskich farm przeprowadzonej w 2002 roku Departament Rolnictwa USA znalazł niebezpieczne szczepy pałeczki Campylobacter jejuni w dziewięćdziesięciu ośmiu procentach wszystkich mleczarni oraz E. coli O157:H7 w ponad połowie farm posiadających pięćset bądź więcej krów. Gdy mleko z tych gospodarstw zostało przebadane, pracownicy laboratoriów odkryli patogeny w wielu zbiornikach. Gdyby to mleko zostało wysłane do supermarketów bez uprzedniej pasteryzacji, zachorowałoby mnóstwo ludzi.
Spytałem Stokera, czy kiedykolwiek rozważał powrót do zdrowszego stylu rolnictwa na mniejszą skalę. "Gdybym miał sposób na wyżywienie szóstki moich dzieci i porównywalny standard życia, to owszem, zrobiłbym to", powiedział. "Obecna sytuacja wygląda tak, że ja jestem zestresowany, zwierzęta tym bardziej i nasze plony prawdopodobnie też. Z przyjemnością wróciłbym do czasów, gdy wszystko wyglądało inaczej, ale jestem zbyt głupi i nie wiem, jak to zrobić".
Problemem nie jest inteligencja Stokera, tylko coś, co nazywa się "nieuczciwością rynku", obietnicą reklamodawców, że konsumenci mogą mieć najzdrowsze jedzenie pod słońcem od szczęśliwych zwierząt żyjących w idyllicznej scenerii, i to po bardzo niskich cenach. To kłamstwo, które jest wygodne dla klientów - większość z nas je akceptuje. W efekcie ludzie są niekiedy rozwścieczeni realiami współczesnego rolnictwa, ale nigdy nie przestają wymagać tańszego jedzenia. Stokerowi nie przeszkadza obecna sytuacja. Jest dobry w produkowaniu taniego jedzenia. Ostrzega jednak, że "tanie jedzenie wymaga kosztownej opieki zdrowotnej".
Po wielomiesięcznym opóźnieniu Kalifornijski Departament Zdrowia odpowiedział na moje prośby dotyczące skorzystania z zasobów archiwów państwowych. Jednak zamiast wysłać próbki DNA lub zredagowane historie przypadków, otrzymałem paczkę wycinków prasowych, które z łatwością można było ściągnąć ze strony Departamentu. Gdy wytknąłem brak kilku istotnych informacji, doszło do dalszej zwłoki. Rzecznik Departamentu powiedział mi, że uzupełnianie materiału może potrwać kolejny miesiąc. W tym czasie odwiedziłem Michaela Schmidta w Ontario. Dotarłem na farmę w lutym, dość niekorzystnym okresie w roku. Drzewa wyglądały jak szkielety, a lodowaty wiatr przenikał do kości. Śnieg roztapiał się w brudną breję w ciągu dnia, aby ponownie zamarznąć nocą. Mimo to farma była piękna - stanowiła idealny obraz sielankowej harmonii, w której zakochałem się jako dziecko podczas lektury książek Laury Ingalls Wilder. Nie licząc śniegu i wszędobylskich stworzeń (krów, kurczaków, świń, gęsi oraz robotników), ziemia wcale nie była błotnista - woda spływała do niewielkiego strumyczka. Stodoła okazała się solidną, drewnianą konstrukcją. Belki były ze sobą połączone czopowo. Na strychu na siano Schmidt powiesił wielkie pęki wonnych gałęzi. Zauważył, że latem krowy skubały liście z drzew i krzewów na skraju jego pola, więc skrzętnie zanotował gatunki roślin, które jadły, i zaczął ścinać zielone gałęzie i odkładać je na zimę. Podobnie jak moi rodzice pokładali wiarę w to, że ich dziecko było mądrzejsze od nich, Schmidt ufał, że krowy same zoptymalizują własne odżywianie. Metodą prób i błędów doszedł do tego sposobu - dodawania zmielonych gałęzi do paszy - który utrzymywał w zdrowiu stado przez cały okres bez trawy.
Wstałem ze Schmidtem o czwartej rano, aby zobaczyć, jak doi krowy. Choć na dworze temperatura spadła poniżej zera, w stodole było ciepło od gorąca bijącego od zwierząt. Unosiła się w niej słodkawa woń lucerny i odchodów - nieprzytłaczający odór obory do opasu bydła, coś w rodzaju zapachu sklepu zoologicznego. Krowy czekały w środku. Każda z nich miała białą plakietkę z imieniem nad głową: Anna, Sofia, Cantate, Laura. Były krzepkie i miały lśniącą sierść. Schmidt powiedział, że od piętnastu lat nie musiał przycinać im kopyt. Chodziło tu o coś więcej niż estetykę, mówił to, dotykając i oglądając każde zwierzę osobno. Wygląd jego farmy był produktem ubocznym skupienia się na dalszej perspektywie (stodoła została zbudowana tak, aby przetrwać stulecia) i uwagi, jaką przykładał do każdej części farmy. Uważał, że kwitnące drzewa, aktywna pryzma kompostowa i zdrowe żaby w strumieniu były równie istotne w drodze do sukcesu, co jego dobrze prosperujące stado krów. Gdy organizmy żyją ze sobą przez długi czas, adaptują się do siebie. "Obchodź się delikatnie z gospodarstwem przez kilka dekad, a zamieszkujące je gatunki - krowy, rośliny, drobnoustroje i ludzie - same zniwelują dzielące ich różnice", powiedział Schmidt.
W jego logice brakuje miejsca na wydajność żywienia - podstawowy miernik, który determinuje sukces współczesnych farm hodowlanych. Jego krowy dają jedynie pięćdziesiąt pięć litrów mleka dziennie, jedną trzecią produkcji zwierząt Brenta Stokera. Jednak Schmidt może czerpać inne korzyści. Nie musi płacić zbyt wiele za usługi weterynarza. Nie musi bić krów po zadach, aby zmusić wyczerpane zwierzęta do wstania z posłań. Przewidywalna długość życia przeciętnej mlecznej krowy wynosi mniej niż pięć lat. Schmidt pokazał mi krowy, które miały po osiem, dziewięć, a nawet dwanaście lat - i były zdrowe.
Gdy skończył doić pierwsze osiem krów, potruchtały one przez stodołę i wyszły na śnieg. Gdy przystąpił do dojenia kolejnej grupy, jego pomocnicy przynieśli siano i świeżą słomę do podłożenia dla pozostałych zwierząt: maciory z prosiakami, krowy z dwoma cielętami i wielkiego jak góra byka o imieniu Leif. Jedna z pomocniczek podniosła prosiaka i pogłaskała go po pomarszczonym nosku, a zwierzę delikatnie skubnęło ją w palce. Gdy proces dojenia dobiegł końca, a wszystkie krowy znalazły się na dworze, pracownicy farmy wynieśli łopatami nawóz, rozścielili świeżą słomę w boksach i nasypali sterty siana do żłobów. "Patrz", powiedział Schmidt i otworzył wrota. Krowy wbiegły do środka, zajmując miejsca pod plakietkami ze swoim imieniem, i wsadziły głowy w siano. Schmidt promieniał z radości.
Po porannych obowiązkach i śniadaniu załadował swój niebieski autobus na cotygodniową wyprawę do miasta. Zatrzymaliśmy się na parkingu niedaleko szkoły waldorfskiej w Toronto. Schmidt rozniecił ogień w piecyku węglowym stojącym na tyłach autobusu i rozłożył ladę. Zainstalował drewniane półki w miejsce siedzeń. Były załadowane jedzeniem. Najbliżej zakrzywionego dachu leżały jeden po drugim bochenki ciężkiego niemieckiego chleba. Poniżej, wzdłuż okien, stały kubeczki jogurtów, słoiki musu jabłkowego i miodu, koszyczki ciastek, prostokątne kawałki ciasta, babeczki i ciasto czekoladowe. Skrzynki jajek stały ściśnięte obok koszy pełnych warzyw z ziemianki. Jeśli zaś chodzi o mleko, Schmidt wziął pieniądze i dał znak asystentowi dostarczającemu produkty na drugą stronę ulicy, aby uniknąć bezpośredniej wymiany, którą urzędnicy mogli sklasyfikować jako sprzedaż.
Myślałem, że odbiorcami Schmidta będą młodzi, biali hipisi taszczący ze sobą maty do jogi - następne pokolenie ludzi, którzy, podobnie jak moi rodzice, stracili wiarę w konwencjonalną wiedzę z zakresu zdrowia. Zamiast tego wielu było imigrantami - młody ojciec rozmawiał ze swoją córką po rosyjsku, para Niemców w podeszłym wieku, mężczyzna z Rumunii, kolejny z Bliskiego Wschodu, jeszcze jeden z Chin. Dorastali, pijąc surowe mleko, i byli przekonani, że czyni to ich zdrowszymi. Gdy powiedziałem jednemu z mężczyzn, że przyjechałem, aby zobaczyć, czy prowincja wymusi nakaz zaprzestania działalności, wciągnął gwałtownie powietrze. "Pieprzyć ich! Pieprzyć! To, co robi Michael, to świetna sprawa". Zaśmiał się przepraszająco z powodu własnego wybuchu. "Jestem Grekiem, rozumiesz. Zawsze mam ochotę zabijać ludzi".
Potem dołączyła grupa fanatycznych ekstremistów. W ciągu dnia naszli nas trzej mężczyźni, aby wyłożyć mi swoje teorie dotyczące surowego mleka - i to dość obszernie. Wszystkie monologi sprowadzały się do tego samego wzoru. Zaczynali od historii o leczącym raka surowym mleku, przechodzili (z dezorientującym brakiem powiązań) do rządowej konspiracji, dorzucając trochę pseudonaukowych zwrotów (długołańcuchowe kwasy tłuszczowe, enzymy, probiotyki). Ich argumentacja przypominała próbę udowodnienia wyższości piratów nad wojownikami ninja. Gdybym w którymś momencie nie powziął decyzji o ucieczce, wykład przedłużyłby się o nowe tematy, takie jak porwania przez kosmitów czy korzyści z lewatyw. Spodziewałem się tego. Jedna na dziesięć rozmów w Nevada City przebiega niemal identycznym torem. Zaskoczyło mnie to, jak normalnie prezentowała się reszta klientów. Gawędzili między sobą, czekając w kolejce do autobusu.
- Zasugerowałem, żeby miał dwóch sprzedawców - powiedział brodaty mężczyzna z angielskim akcentem - ale nie chciał się na to zgodzić. Chce osobiście obsługiwać swoich klientów.
- Witaj, Paul - przywitał się z nim Schmidt. - Wiesz, co to za muzyka? - Wskazał na głośniki w zaokrąglonym dachu, pogrążony przez moment w transie. - To Beethoven. Fidelio.
Następna kobieta zaczęła narzekać, gdy Schmidt podliczył jej rachunek.
- Nie zapomnij napisać, że Michael to jedyny biznesmen, który policzy swoim klientom za mało - powiedziała mi.
- Nie wspomina jednak ani słowa o tym, że zawsze przynosi mi zupę - odparł Schmidt, unosząc wieczko tekturowego kartonu, który mu dała.
Zimowe słońce zaszło, więc Schmidt zapalił kilka świeczek na pustych górnych półkach. W niemal całkowitym mroku, gdzie piecyk promieniował przyjemnym ciepłem, było bardzo przytulnie. W środku odpoczywało sześć osób, rozmawiając przyciszonymi głosami.
- To mój ochroniarz - powiedział Schmidt, mrugając do włoskiego restauratora, z którym rozmawiałem. - Zadba o to, żeby mnie nie aresztowali.
- Nie ma mowy, żeby go aresztowali - odparł restaurator. - Mówimy tu o biurokratach. Zaczekają do procesu. Zapomnij o tym.
Był wielkim facetem, który, choć z łatwością dźwigał swój ciężar, z pewnością był otyły. Uderzyło mnie, że około sto pięćdziesiąt osób, które przyszły do autobusu tego dnia, było szczupłych pomimo uwielbienia dla pełnotłustego mleka. Ludzie kupujący u Michaela Schmidta wierzą w aksjomat Stokera dotyczący taniego jedzenia i kosztownej opieki zdrowotnej, tylko go modyfikują. Płacą za świetnej jakości jedzenie, wierząc, że utrzyma ich w dobrym zdrowiu. Do tej pory to działało. Drobnoustroje, które znalazły się w mleku Schmidta, mogły być łagodne, a nawet dobroczynne.
Wygląda na to, że czarnorynkowi klienci nie są jedynymi, którzy są zdania, że pełne bakterii mleko jest zdrowe. Jogurtowy potentat Danone zainwestował ogromne pieniądze w zrozumienie korzyści, jakie dają bakterie, a firma sprzedaje teraz produkty mleczne pełne zdrowych lub "probiotycznych" drobnoustrojów: DanActive, "sprzymierzeniec twojego układu odpornościowego", produkowany w małej, podobnej do fiolki buteleczce i zapewniający dzienną dozę bakterii w pełni opatentowanych przez Danone, zwanej L. cassei immunitas. Są też Danimals, zabawnie zapakowane napoje mleczne naładowane bakteriami, pomyślane tak, aby podobały się dzieciom, oraz Activia, czyli jogurt zawierający szczep bakterii o firmowej nazwaie Bifidus regularis, który "ma poprawiać powolną perystaltykę jelit, co zostało naukowo udowodnione". Danone stonował jednak to zapewnienie po procesie o fałszywej reklamie, twierdząc jedynie, że produkt "pomaga regulować trawienie".
Zarówno Michael Schmidt, jak i firma Danone pracują nad ponownym wprowadzeniem bakterii do współczesnej diety, ale ich sposoby działania całkowicie się od siebie różnią. Schmidt kieruje się zasadą perswazji. Stara się czynić swoje mleko zdrowym dzięki namawianiu gatunków do wspierania siebie nawzajem. W przeciwieństwie do niego filozofią Danone jest mistrzowskie opanowanie przedmiotu. Mleko w cysternach trafia do fabryki Danone Fort Worth w Teksasie, dzikie i pełne własnych bakterii. Opuszcza ją ucywilizowane i bezpieczne, w studziesięciogramowych kubeczkach. Aby je oswoić, potrzeba mnóstwa maszynerii: ciągnących się milami rur z nierdzewnej stali, olbrzymich kadzi fermentacyjnych i wielu pracowników w białych kombinezonach z siatkami zakrywającymi włosy. Choć sam proces jest bardzo złożony, idea jest prosta: zabić bakterie i dodać bakterie.
Cały jogurt powstaje, gdy korzystne bakterie są mieszane z mlekiem. Danone dodaje też swoje specjalne, probiotyczne bakterie. Właśnie to chciałem obejrzeć, gdy zwiedzałem ich fabrykę. Pracownicy Danone spojrzeli na siebie nerwowym wzrokiem. Szczepy bakterii były zastrzeżoną własnością, tak samo jak metody dotyczące ich użytkowania. Mój spec od public relations, Michael Neuwirth, zamienił kilka słów z J. Erskinem, przyjaznym menadżerem fabryki, po czym pokiwał głową. "Możemy zobaczyć to miejsce", powiedział Neuwirth.
W pomieszczeniu stały rzędy zamrażarek. Neuwirth otworzył jedną, a z jej wnętrza buchnęły kłęby lodowatego powietrza. W środku znajdowało się coś, co wyglądało jak półlitrowe kartony mleka oszronione lodem.
- To do Activii? - spytał Neuwirth.
- Tak - odparł Erskin. - Regularis.
Pracownicy Danone wyjaśnili, że w każdym kartonie znajdowały się tysiące malutkich grudek składających się z zamrożonego mleka i bakterii. Kartony ze zwykłymi bakteriami można kupić średnio za trzydzieści dolarów. Nikt nie chciał zdradzić mi kosztów tych opatentowanych szczepów, ale Erskin powiedział: "Gdy nasi mali przyjaciele umierają, drogo nas to kosztuje".
Pracownicy czekają, aż mleko osiągnie idealną temperaturę, po czym dodają bakterie. Na pierwszy ogień idzie Lactobacillus bulgaricus, zmieniając cukier w kwas i przygotowując środowisko dla Streptococcus thermophilus. Domyśliłem się, że pod koniec dodawane są jeden bądź dwa opatentowane szczepy. Każdy ruch bakterii jest precyzyjnie zaplanowany.
Choć ludzie z Danone nie chcieli pokazać tego procesu, zaspokoili moje pragnienie, pozwalając mi przespacerować się po pomieszczeniu obok, w którym butelkowało się jogurty pod tą samą ścisłą kontrolą - choć w tym przypadku bardziej mechaniczną niż biologiczną. Nad naszymi głowami biegły rury przenoszące jogurt do maszyn, które ku mojemu zachwytowi wyglądały jak coś, co mógł stworzyć genialny dwunastolatek z mnóstwem sprzętu. Najpiękniejszą maszyną okazała się ta napełniająca małe buteleczki DanActive. Buteleczki sunęły po suficie metalowymi torami, popychane przez skompresowane powietrze, na chwilę zwalniały, po czym mknęły naprzód jak pingwiny. Świder chwytał je w swoje kleszcze, wiercąc otwory i posyłając w niekończącą się podróż między przekładniami i zębatkami. Maszyna czyściła butelki kwasem, nabijała wieczka, prześwietlała zabijającymi bakterie promieniami UV, napełniała, zamykała, pakowała i układała w tempie czterystu sześćdziesięciu pojemników na minutę.
Erskin stał obok mnie, przyglądając się wszystkiemu przez pleksiglasową szybę. "Prawie jak balet", powiedział.
Michaelowi Schmidtowi spodobałaby się ta maszyna, pomyślałem, choć stanowiła całkowitą odwrotność tego, czym się zajmował. Firma Danone i Michael Schmidt są do siebie tak podobni w kwestii celów, że różnica w ich metodach razi kontrastem. Przykładają fanatyczną uwagę do szczegółów, ale są to kompletnie różne szczegóły. Danone zna nawyki L. casei. Schmidt zna każdą ze swoich krów. Danone polega na próbach klinicznych, które wykazały nieznaczne korzyści zdrowotne po spożyciu zaledwie kilku szczepów bakterii, jakie akurat posiada. Schmidt polega na tradycji i nienaukowej obserwacji, z której wynika, że setki (tysiące?) różnorodnych bakterii w jego mleku czynią klientów zdrowszymi. Metoda Danone jest atomistyczna: polega na podzieleniu ekosystemu mleka na pojedyncze części tak, aby móc zidentyfikować, zabutelkować i sprzedać ten składnik, który rzekomo poprawia ludzkie zdrowie. Metoda Schmidta jest holistyczna: pojmuje zdrowie jako rezultat niepodzielnego systemu. Danone zabija swe anonimowe bakterie z totalitarną bezwzględnością, zaś Schmidt to drobnoustrojowy wolnorynkowiec, tworzący środowisko - na polach, w paszy i w organizmach zwierząt - zachęcające dobroczynne bakterie do rozwoju i odstraszające patogeny. Schmidt to facet myślący długofalowo. Nie obchodzi go dokładny biochemiczny skład jego mleka, ale wierzy, że to istotne, aby utrzymać swe strumienie w czystości, bo krowy będą zadowolone, a jego farma będzie miejscem, w którym poczujesz się naprawdę dobrze. Danone skupia się na efekcie krótkofalowym. Otacza kordonem malutki kawałek świata - kubeczek jogurtu - i z niesłychaną precyzją kontroluje jego zawartość. Nie musi martwić się środowiskiem zewnętrznym - stertami cuchnących odchodów i odpornymi na antybiotyki bakteriami - tak długo, jak długo jest w stanie prowadzić te malutkie pojemniczki pełne wartości odżywczych przez krajobraz pełen pełzających, nieznanych zarazków. I choć fabryka Danone jest na swój sposób piękna i fascynująca, nie chciałbyś tu zamieszkać. Danone stawia na pierwszym miejscu bakterie, Schmidt środowisko. Wystarczy znaleźć sposób na połączenie obu tych światów, a otrzymamy utopię.
Próby znalezienia przez przemysł żywnościowy drobnoustrojów czyniących ludzi zdrowszymi - które wygenerowały więcej reklamowych trików niż skutecznych produktów - przydały nieco wiarygodności teoriom o konieczności spożywania bakterii głoszonym przez Schmidta i innych zwolenników niepasteryzowanego mleka. Jakkolwiek ostrożnie, naukowcy również zaczęli się zastanawiać, czy takie technologie jak pasteryzacja nie usunęły z pożywienia nieodzownych drobnoustrojów. Gdy zacząłem rozmawiać z ekspertami od mleka, kilku z nich powiedziało mi, że muszę pomówić z Bruce'em Germanem.
Jako technolog żywności na Uniwersytecie Kalifornijskim w Davis, German ma rzadką możliwość pracowania nad najdrobniejszymi szczegółami nauki i jednocześnie może w sposób kreatywny łączyć je z większymi, ogólniejszymi teoriami. Gdy odwiedziłem go po raz pierwszy, German był gospodarzem przyjęcia zorganizowanego dla Agilent, która umożliwiła zaprojektowanie maszyny zdolnej do analizowania oligosacharydów, polimerów cukru zawartych w mleku matki. Gdy spacerowaliśmy po kampusie, German wprowadził mnie w temat. Był smukłym, energicznym mężczyzną z twarzą poprzecinaną zmarszczkami od uśmiechania się. Jego pasja związana z pracą jest zaraźliwa.
Oligosacharydy stanowią sporą część ludzkiego mleka. Jest ich niemal tak dużo, jak białek. German powiedział, że ich najciekawszą cechą jest to, że są niestrawne. Ludzki organizm nie jest w stanie ich rozłożyć. To oznacza, dodał, wymachując jedną ręką, że ich obecność jest niezbędna do żywienia drobnoustrojów żyjących w żołądku dziecka, a nie dla samego dziecka. Tylko garstka bakterii żywi się tymi cukrami, w szczególności jedna grupa, Bifidobacterium infantis. "Zadaliśmy sobie pytanie: czym jest ta bakteria? Czy jest podobna do innych? Okazuje się, że jej genom całkowicie różni się od genomów innych bakterii. Istnieje mnóstwo dowodów na to, że wyewoluowaliśmy wspólnie z tym mikroorganizmem - został stworzony wyłącznie dla ludzi i na odwrót. Można powiedzieć, że matki zatrudniają inną formę życia, aby opiekowała się ich dziećmi. Możemy się jej przyjrzeć, dostrzec różne dziwne rzeczy, za które jest odpowiedzialna, i zadać sobie pytanie: po co to robi? Do czego jest nam to potrzebne?"
Im bardziej naukowcy przyglądali się mleku, tym więcej znajdowali w nim składników, których zadanie nie polegało na żywieniu dziecka, ale na stworzeniu specyficznego, bakteryjnego ekosystemu składającego się z: laktoferyny, lizosomu i laktoperoksydazy, które wybiórczo pozbywają się niektórych mikrobów, pozwalając innym egzystować. Zastanów się, powiedział German, dlaczego mleko rozwinęło tak zaawansowany system chemiczny zaspokajający potrzeby naszych małych przyjaciół. Nasuwa się wniosek, ciągnął podekscytowanym głosem, że bakterie są dla nas niesłychanie ważne. Tak ważne, że naukowcy badający drobnoustroje żyjące w ciele człowieka mówią, że nie wiadomo, gdzie kończą się ludzkie funkcje życiowe, a zaczyna się rola tych mikroorganizmów. W 2006 roku grupa badaczy analizująca bakterie z wnętrza ludzkiego ciała opublikowała artykuł w czasopiśmie Science, pisząc m.in.: "Ludzie są superorganizmami, których metabolizm to połączenie właściwości bakteryjnych i ludzkich".
Ten świat należy do drobnoustrojów. Opanowały one subtelną sztukę ewolucji trzy miliardy lat przed pojawieniem się pierwszych organizmów wielokomórkowych. Rozwijają się i adaptują w tak krótkim czasie, jaki nam jest potrzebny, żeby się rozmnożyć. Rozwijają się pod lodowymi czapami, we wrzących kwasach i w toksycznych odpadach. Żyjemy tylko dlatego, że część z nich uznała nas za pożytecznych. Dziewięćdziesiąt procent komórek w naszym ciele należy do bakterii. Ewolucja człowieka nastąpiła w środowisku przesiąkniętym bakteriami. Ludzie są tak mocno przywiązani do dawania schronienia sojusznikom i do odrzucania wrogów, że usunięcie któregoś z nich może zrujnować nasze systemy obronne. Niektóre z naszych komórek odpornościowych - jak te znajdujące się w trzewiach - zwyczajnie nie rozwiną się bez udziału bakterii. Zdrowy układ odpornościowy brzęczy od czegoś, co naukowcy nazywają "przesłuchem" - sygnałami przesyłanymi tam i z powrotem między komórkami ludzkimi i bakteriami. To cudownie skomplikowany mechanizm z reakcjami łańcuchowymi i systemem hamulców oraz równowagi. Reguluje swoje funkcje i reaguje na bodźce czymś na kształt świadomości. Jeśli zabierze się stamtąd bakterie, to tak, jakby wyjąć z maszyny dziesiątki śrubek i dźwigni.
A jednak przez ostatnie stulecie nie zajmowaliśmy się niczym innym. Ludzie zaczęli zdawać sobie sprawę, że możemy ponieść nieprzewidywalne konsekwencje separowania się od bakterii po tym, jak Erika von Mutius, pediatra z zachodnich Niemiec, opublikowała zbiór sprzecznych z intuicją wniosków. W późnych latach osiemdziesiątych zajmowała się badaniem powszechnego występowania astmy w Monachium i chciała porównać wskaźniki z tymi z Niemiec wschodnich, gdzie spaliny z silników diesla pozostawiały na wszystkim cienką, tłustą warstwę, a obecność chemikaliów zmieniła kolor rzeki Saale na fioletowy. Rozszerzyła zakres swych badań po upadku muru berlińskiego, mając nadzieję na całkowite powiązanie astmy z zanieczyszczeniem. Zamiast tego odkryła, że wskaźniki były niższe na brudniejszym wschodzie. Po dokładnym przeanalizowaniu danych von Mutius dowiodła, że u dzieci z zaledwie kilkoma przebytymi infekcjami bakteryjnymi prawdopodobieństwo wystąpienia astmy znacznie wzrastało.
W ciągu kolejnych lat wiele badań przyczyniło się do udoskonalenia tej teorii. Nie chodziło tylko o problemy związane z genetyką. Dzieci Pakistańczyków, którzy wyemigrowali do Anglii, były o wiele bardziej podatne na rozwinięcie cukrzycy typu pierwszego niż członkowie ich rodzin, którzy pozostali w rodzinnym kraju. Co więcej, naukowcy ustalili, że problemem nie była również higiena. Zachorowalność na astmę wśród ludzi, którzy nigdy wcześniej nie używali mydła antybakteryjnego, była taka sama jak u tych, którzy bielili ściany. Tak naprawdę liczyła się grupa starych znajomych - bakteryjnych przyjaciół, którzy towarzyszą nam niezmiennie od samego początku ewolucyjnej podróży. Dzięki temu genetyka człowieka mogła zająć się nimi, budując na ich podstawie bastiony logiki. Z tego powodu Graham Rook, lekarz mikrobiolog z University College w Londynie, zasugerował, że termin hipoteza higieniczna powinien zostać zastąpiony przez hipotezę starych przyjaciół.
Wygląda na to, że przynajmniej część z tych starych przyjaciół jest związana z krowami. Dzięki badaniu z 2006 roku dotyczącego tysięcy dzieci zamieszkujących farmy w Shropshire w Anglii, David P. Strachan oraz inny naukowiec, Michael Perkin, na podstawie punktowych testów skórnych odkryli, że prawdopodobieństwo wystąpienia egzemy lub reakcji alergicznych wśród dzieci pijących surowe mleko było bardzo nikłe. "Efekt ochronny niepasteryzowanego mleka był nadzwyczajny", napisali Strachan i Perkin. Wtedy, w maju 2007 roku, grupa naukowców, która zajmowała się badaniem niemal piętnastu tysięcy dzieci na terenie całej Europy, potwierdziła to odkrycie. Perkin napisał, że albo w przemysłowym mleku jest coś szkodliwego, albo jest coś dobroczynnego w surowym mleku.
Jednak żadna z tych konkluzji nie potwierdziła, że niepasteryzowane mleko jest bezpieczne. Każda analiza zawiera ostrzeżenie, że w surowym mleku często znajdują się patogeny. Z epidemiologicznego punktu widzenia zachęcanie do picia surowego mleka "byłoby szaleństwem", powiedział Bruce German.
Jak dotąd pasteryzacja to pewna metoda. Jednak zazwyczaj dotyczy fałszywej kartezjańskiej teorii, że zdrowie można osiągnąć dzięki oddzieleniu ludzi od pierwotnego brudu. Jesteśmy wielkimi chodzącymi workami pierwotnego brudu. Zawieramy go całe mnóstwo. Jesteśmy superorganizmami. Nie możemy przeskoczyć naszych ewolucyjnych sojuszy i waśni, by żyć jak bogowie w sterylnych kulach ze stali nierdzewnej. Nasze próby dokonania tego podziału doprowadziły do coraz większego osłabienia odseparowanych układów odpornościowych i jeszcze bardziej przerażających zarazków czyhających na zewnątrz.
Po powrocie z Kanady w skrzynce pocztowej czekał na mnie e-mail z Kalifornijskiego Departamentu Zdrowia z załączonymi zdjęciami "genetycznych odcisków palców". Przesłałem je zaprzyjaźnionemu mikrobiologowi i wydrukowałem. Na zdjęciach widać było dwie kolumny z niewyraźnymi czarno-białymi liniami, rzekomo przedstawiającymi bakterie E. coli, pobrane od dwojga różnych chorych dzieci. Gdyby do siebie pasowały, oznaczałoby to, że E. coli wywodziły się z tej samej rodziny. To z kolei byłby dowód na to, że pacjenci prawdopodobnie zatruli się tym samym jedzeniem. Gdyby nie pasowały, McAfee zostałby oczyszczony z zarzutów.
Otrzymałem też dokumentację z badań nad źródłem epidemii. Zgodnie ze słowami McAfiego, inspektorzy sanitarni nie znaleźli żadnych pałeczek E. coli w jego mleku. Nie stawiało go to jednak w pozytywnym świetle. Teraz, gdy zdążyłem już nieco poznać ekologię mleka, zacząłem się skłaniać ku wersji urzędników. Zadzwoniłem do McAfiego, spakowałem dokumenty i pojechałem na farmę Organic Pastures.
Oto zdjęcia genetycznych "odcisków palców" bakterii. Z jakiegoś powodu rozdzielczość jednego zdjęcia jest gorsza od drugiego. Zakładałem, że reprezentują dwie wyizolowane próbki pochodzące ze stolca dwojga różnych dzieci. Dla niewprawnego oka wyglądają, jakby do siebie nie pasowały.
Gdy spojrzy się na to z perspektywy zarazków, wydarzenia z Kalifornii nie mają sensu. Gdyby to była tylko kwestia przedostania się kilku bakterii poza mury instalacji sanitarnych, każdy narażony na styczność z nimi powinien był zachorować. Inspektorzy powinni byli znaleźć zarazki w butelce mleka Chelsea Higholt. Gdy jednak ponownie przyjrzałem się tym faktom, tym razem skupiając się na środowisku, wszystko nabrało większego sensu. Bakterie obecne w mleku matki występują też w mleku krowim, tak samo jak przyjazne bakterie żywiące się kwasem mlekowym i pozbywające się innych. Patogeny w surowym mleku mają tendencję do zanikania, a nie powielania. Pałeczki okrężnicy mogły obumrzeć, zanim inspektorzy mieli szansę zbadać próbkę, jednak nie po tym, jak wypili ją ludzie. A gdy już ją wypili ci, których wewnętrzny ekosystem nie przystosował się do mlecznych bakterii, byliby jedynymi, którzy zachorowali. Dzieci, u których wystąpiły objawy choroby, próbowały surowego mleka po raz pierwszy. W 1987 roku czasopismo Amerykańskiego Towarzystwa Medycznego opublikowało badania, z których wynikało, że kilku ludzi zamieszkujących gospodarstwa mleczne rozwinęło odporność na Campylobacter jejuni. Naukowcy nieoficjalnie powiedzieli mi, że byli pewni, że to samo mogło dziać się w przypadku szczepu E. coli O157:H7.
Departament Rolnictwa Stanów Zjednoczonych również wysłał mi swoją dokumentację. Znaleziono pałeczki O157:H7 w nawozie krów McAfiego, choć szczep E. coli różnił się od tego, który zaraził dzieci, a żadna z krów, u której test był pozytywny, nie pochodziła z mlecznego stada. Zacząłem się jednak zastanawiać nad przypadkiem McAfiego, który z taką dumą głosił, że jego krowy były wolne od patogenów, dlatego że jadły trawę. Według potocznej wiedzy szczep O157:H7 występuje wyłącznie u krów karmionych paszą. Patogen pojawił się we wczesnych latach osiemdziesiątych, więc mógł rozwinąć odporność na kwas (potrzebną do przeżycia w ludzkim układzie pokarmowym) w nowo powstałym kwasowym środowisku w żwaczach karmionego paszą bydła. Zewsząd zaczynały jednak napływać raporty o tym, że O157:H7 można znaleźć również w organizmach krów wypasanych na pastwiskach. Naukowcy spekulowali, że może odporny na środowisko kwasowe szczep O157:H7 istniał od zawsze, a my zwróciliśmy na niego uwagę dopiero, gdy straciliśmy na niego odporność. Naukowcy z Brazylii zaobserwowali, że kobiety posiadają antyciała chroniące je przed tą odmianą i przekazują je swym dzieciom przez łożysko i mleko z piersi. Zgodnie z tym Brazylijczycy nie chorują, bo są często narażeni na podobne zarazki (zanotowano nieliczne przypadki hospitalizacji w przypadku O157:H7). Być może istotna zmiana prowadząca do epidemii tego szczepu nie zaszła w organizmach krów, lecz w ludzkich organizmach.
Na mleczarnię McAfiego składa się kilka podwójnych przyczep z prefabrykatów stojących na czterystu pięćdziesięciu akrach pastwiska, rozciągającego się po mglistym płaskowyżu Doliny Kalifornijskiej. Gdy przyjechałem, około dwieście krów żuło równo przyciętą trawę na pozbawionej cienia działce. McAfee powitał mnie żelaznym uściskiem dłoni, sypiąc żartami, które zwolniły tempa, gdy tylko mu przerwałem. Lata temu zajmował się produkcją ultrapasteryzowanego organicznego mleka dla giganta spożywczego Dean Foods, gdy Janet Sheen (żona aktora Martina Sheena) zatrzymała się i spytała, czy nie sprzeda jej trochę surowego mleka. Zapłaciła mu trzysta dolarów. To dało mu do myślenia. Dzięki finansowej pomocy brata, który zbił fortunę na biopaliwach, McAfee założył Organic Pastures.
Wyruszyliśmy na spacer po polach. Jedna z krów wylegiwała się z wymionami wystawionymi na słońce. "Mógłbyś przysiąc, że nie żyje", powiedział McAfee. "W boksie nie mogą się tak zrelaksować". Zagwizdał, a krowa wstała i odeszła spokojnym krokiem. Podeszły do nas inne. Ponieważ zwierzęta McAfiego żyją dłużej, musi on radzić sobie z podwyższoną liczbą schorzeń związanych z kopytami - wskazał na jedną utykającą krowę, tłumacząc, że ma "włochatą kurzajkę kopyta". McAfee oddaje do ubojni około czternaście procent swojego stada, znacznie mniej niż wynosi średnia przemysłowa, ale więcej od Schmidta. Gdy ma się mniej niż pięćdziesiąt krów, jak w przypadku Schmidta, sprawa wygląda inaczej, powiedział McAfee. "Człowiek ma czas wyszorować kopyta każdej z nich. Co rano można uprawiać z nimi jogę".
Usiedliśmy w jego biurze, a ja pokazałem mu wydruki DNA. Parsknął drwiącym śmiechem. "Nie są identyczne. Widziałem już wyniki elektroforezy żelowej, wzory powinny być uszeregowane".
Miał rację. Dla mojego niedoświadczonego oka te dwie próbki nie wyglądały tak samo. Drążyłem ten temat jednak dalej. Wyjaśniłem mu, że udało mi się odnaleźć i porozmawiać ze wszystkimi rodzinami chorych dzieci, prócz jednej (osiemnastolatek z Nevada City nie zgodził się na rozmowę - twierdził, że nie pił mleka, ale stało w jego lodówce). Wysunąłem hipotezę usłyszaną od naukowców mówiącą o tym, że nasz brak przeciwciał odpowiada za epidemię E. coli na równi z producentami żywności. "To stara historia", powiedział. "Co rusz widuje się ją na liście przyczyn epidemii. Miejskie dzieciaki wyjechały na wieś, napiły się mleka prosto od krowy i zachorowały. Wiejskie dzieci nie chorują".
Zauważyłem jednak, że to wytłumaczenie w dalszym ciągu wskazywało na Organic Pastures. McAfee pokręcił głową. "Posłuchaj, jeśli przeze mnie zachoruje czwórka dzieci, to zachoruje czwórka. Pokaż mi jednak pięćdziesiąt tysięcy dzieci, które dzięki mnie są zdrowe. Nie gwarantujemy zerowego ryzyka. Nie martwi nas jednoprocentowe ryzyko, że ktoś zachoruje. Martwi nas dziewięćdziesięciodziewięcioprocentowa pewność, że zachorujesz, jeśli zjesz całkiem sterylny, anonimowy, jednolity posiłek".
Problemem McAfiego jest to, że ten jeden procent jest szokujący i oczywisty. Umierające dziecko może sprawić, że ludzie zmienią zachowanie. Problemy spowodowane brakiem bakterii są znacznie bardziej subtelne. Powoli to do nas dociera. Trudno jest dopasować do siebie przyczynę i skutek. Przedsiębiorstwa, które przyczyniają się do chronicznych chorób, często kwitną. Przedsiębiorstwa, które przyczyniają się do ostrego przebiegu choroby, zostają zamknięte. Jednak McAfee był wzburzony i już nic nie mogło go powstrzymać. "Jeśli moje mleko sprawi, że ktoś zachoruje, należy mnie obwiniać, ale nie o wszystko. Ludzie muszą brać odpowiedzialność za utrzymanie swoich układów odpornościowych w dobrej kondycji. Musimy patrzeć na to, biorąc pod uwagę również środowisko. Skąd się wzięły te zarazki? E. coli O157:H7 ewoluowała wraz z karmionym paszą bydłem. To zadziwiające, że przyglądaliśmy się bezczynnie, jak rolnicy dają zwierzętom ponad połowę antybiotyków w kraju i hodują odporne na nie bakterie. Jednocześnie przemysł spożywczy niszczy nasz układ odpornościowy. Nasi ojcowie chwyciliby za muszkiety i wystrzelali wszystkich".
Zamiast chwytać za muszkiet, McAfee chce poszerzyć działalność. Wysyła swoje mleko na cały świat, między innymi do Australii i Kuala Lumpur jako jedzenie dla zwierząt. Spytałem go co zrobi, gdy urzędnicy znów przyjdą go zamknąć. "Mam listę ośmiu tysięcy osób gotowych do podjęcia natychmiastowej, rewolucyjnej akcji'.
Gdy wracałem do domu, mój przyjaciel mikrobiolog zadzwonił do mnie ze swojego laboratorium na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley. Choć, zachowując sto razy większą ostrożność, powiedział mi to samo, co McAfee: próbki DNA nie pasowały do siebie.
- Powinno być więcej wzorów - powiedział. - Zazwyczaj powtarzamy procedurę dwa razy, z innymi enzymami, które rozbijają DNA. Upewniamy się, że wzór pasuje do obu próbek. Powinny być dwa wzory dla każdej próbki. Nie mówiłeś czasem, że dzieci było sześcioro?
- Tak, ale znaleźli bakterie wyłącznie u pięciorga.
- Więc powinni mieć dziesięć wzorów - odparł. - To, że wysłali ci tylko dwa, nie ma żadnego sensu.
Gdy zacząłem być dociekliwy, technik wyjaśnił mi, że wysłał mi ten sam odcisk uzyskany za pomocą dwóch różnych enzymów.
- A więc to dwa zdjęcia tej samej bakterii? - spytałem.
- Oględnie mówiąc - powiedział.
- W porządku. Ale czy nie powinno być pięć różnych próbek bakterii od pięciu różnych pacjentów?
- Powinno.
- No więc... Zrobił Pan dla nich wzory?
- Tak.
- Okej. Mogę je zobaczyć?
- Cóż, wszystkie wyglądają tak samo. Są identyczne.
Przypomniałem mu, że poprosiłem o wszystkie próbki, identyczne lub nie. O dziwo, nazajutrz pojawiły się w mojej skrzynce pocztowej. Było dziesięć wzorów, po dwa na każde dziecko, dokładnie tak, jak wytłumaczył mój znajomy. Widziałem na własne oczy, że do siebie pasowały. Departament Zdrowia nie był celowo nieuchwytny. Był po prostu niezrozumiale obojętny w sposób, który wyglądał na celowy. Teraz, gdy już trzymałem w rękach dowody, byłem przekonany, że każde z tych pięciorga dzieci rozsianych po całym stanie zachorowało z tego samego powodu. To mogło być coś oprócz mleka, jakiś inny produkt, który wszystkie zjadły, ale szanse na taki przypadek były zerowe.
McAfee nie wyglądał na speszonego.
- Dopóki nie pokażesz mi próbki pasującej wzorem do mojego mleka, to nic nie znaczy - powiedział. Nie miałem jednak wątpliwości, że gdyby taki dowód się pojawił, również uznałby go za bezsensowny.
Patrzymy tutaj na DNA E. coli O157:H7 pobrane od pięciorga chorych dzieci zamieszkałych w tym samym stanie, przygotowane przy użyciu dwóch różnych enzymów. E. coli mutuje na tyle szybko, że O157:H7, który nie pochodzi z tej samej rodziny, nie układa się szeregowo. Jest jednak jasne, że pasują do siebie idealnie.
Wcześniej McAfee poradził mi odnieść się do przypadku mleczarni Clearview w Wisconsin, gdzie inspektorzy sanitarni rzekomo nigdy nie znaleźli dowodów istnienia bakterii odpowiedzialnych za epidemię wywołaną mlekiem. Gdy poprosiłem o informacje, departament zdrowia Wisconsin wysłał mi odciski DNA bez żadnego opóźnienia. Trzy próbki bakteryjnego DNA wyizolowane z mleka pasowały idealnie do próbek pobranych od czternastu różnych osób. Gdy spytałem o to McAfiego i przedstawiciela Clearview, zmienili zasady gry, mówiąc, że muszą obejrzeć takie same wyniki dostarczone z pozarządowego laboratorium.
Czytałem o pierwszych bataliach o mleko i zacząłem rozpoznawać pewien wzór zaprzeczania. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku właściciele mleczarni Alta Dena - giganta produkującego niepasteryzowane mleko, obsługującego jakieś dwieście tysięcy klientów w samej tylko Kalifornii - zademonstrowali, że żaden dowód nie był w stanie przekonać ich, że czynili ludziom krzywdę. W tamtych czasach Alta Dena była największą mleczarnią w Stanach. Jej zatłoczone tuczarnie w leżącym na wschód hrabstwie Los Angeles mieściły osiemnaście tysięcy krów. Między rokiem 1977 a 1983 prywatne i rządowe laboratoria znalazły pałeczki salmonelli w mleku Alta Dena aż sto dziewięćdziesiąt jeden razy. Jak podawał artykuł zamieszczony w Bristish Medical Journal, mleczarnia stała się odpowiedzialna za co najmniej dwadzieścia dwa zgony. Badanie z 1986 roku, które sfinansowała sama mleczarnia, wykazało, że mleko było niebezpieczne dla ludzi z upośledzonym układem odpornościowym.
Właściciele Alta Dena na każde z tych odkryć zareagowali wzmożoną ofensywą. Doszło do tego, że potępili badania, za które sami zapłacili, a winę za swoje kłopoty zrzucili na pazerną koterię polityków i rywali. Harold Stueve, twórca Alta Dena, powiedział, że "mamy do czynienia ze spiskiem rządowych biurokratów, którzy chcą nas wyeliminować z gry".
Byli też tacy urzędnicy, którzy popierali stanowisko mleczarni. Alta Dena była jedyną farmą kontrolowaną przez Komisję ds. Mleka i Produktów Mlecznych z hrabstwa Los Angeles, która w zamian była dofinansowywana w całości przez mleczarnię. Alta Dena miała również swojego przewodniczącego komisji - pediatrę Paula Fleissa (ojca słynnej "hollywoodzkiej burdelmamy" Heidi Fleiss), który znalazł się na liście płac jako konsultant.
W Sacramento republikańscy politycy walczyli zawzięcie i z powodzeniem o interesy mleczarni, podczas gdy grupy, takie jak Public Citizen Health Resource Group założona przez Ralpha Nadera, naciskały na wprowadzenie ustaw. W 1992 roku, po tym jak kalifornijski sędzia nakazał mleczarni umieszczać ostrzeżenie na etykietach mleka, rodzina Stueve sprzedała swoją firmę.
Pomimo wniosków płynących z tej historii, nie powinniśmy zapominać, że picie niepasteryzowanego mleka jest prawdopodobnie bardziej bezpieczne dla większości ludzi niż jazda samochodem. Niemal każdy, kto zachorował z powodu mleka, był dzieckiem lub dorosłym z upośledzonym układem odporności. Pomiędzy wściekłymi atakami na Alta Dena, Joshua Fierer, specjalista od chorób zakaźnych walczący o zaostrzenie przepisów związanych ze sprzedażą surowego mleka, zauważył, że ryzyko zachorowania w przypadku zdrowych dorosłych było "bliskie zeru". Historia Organic Pastures oraz ta są swoistymi przypowieściami o szaleńczych zamiarach połączenia ideologii dotyczącej natury z przemysłową ekonomią. Niebezpiecznie jest oddawać dzikie bakterie w niewidzialne (i ślepe) ręce rynku. Gdyby kultury bakterii udało się okiełznać dzięki uwadze ludzi, morał tej historii mógłby być inny. Fakt, że Schmidt obstaje przy spotkaniu się osobiście z każdym klientem, oznacza, że może mu opowiedzieć o zdrowiu swoich krów i zaoferować kilka porad komuś, kto próbuje surowego mleka po raz pierwszy (tłumacząc na przykład, jak można wzbogacić mleko mikrobami, które skutecznie zahamują liczbę patogenów w trakcie początkowego okresu przystosowywania się). Rolnik w sytuacji McAfiego, produkujący na mniejszą skalę, mógł dokonać takich poprawek na tydzień przed wybuchem epidemii, gdy temperatura w lecie podskoczyła, a mleczne krowy z Doliny Kalifornijskiej umierały z gorąca. Taki rolnik mógł przerobić mleko przegrzanych krów na masło (bakterie nie są w stanie przetrwać w skoncentrowanym tłuszczu) albo kefir (gdzie dodatek innych bakterii eliminuje patogeny).
Po epidemii w 2006 roku produkty mleczne Organic Pastures były ponownie podejrzane o obecność Listeria monocytogenes i różnych szczepów Campylobacter - dwa razy w 2007 roku i raz w 2008. Między sierpniem a październikiem 2011 roku kolejnych pięcioro dzieci zatruło się pałeczkami okrężnicy O157:H7 z pasującymi odciskami DNA. Troje z nich hospitalizowano. Wszystkie spożyły produkty mleczne Organic Pastures. Śledczym znów nie udało się znaleźć bakterii w mleku, choć wykryli je w zagrodzie dla cieląt.
Dla wielu promotorów niepasteryzowanego mleka nie istnieją niemal żadne dowody, które mogłyby przekonać ich, że surowy nabiał, pochodzący nawet od takich przemysłowych gigantów jak Alta Dena, może być szkodliwy. To oddanie bierze się z autopsji. Zauważają oni, że podczas gdy ich znajomi narzekają na alergię na krostawiec, oni mogą się cieszyć wiosennym powietrzem. Widzą, że gdy wszyscy poświęcają jeden dzień urlopu na dojście do siebie, oni nigdy nie cierpią na "biegunkę podróżnych". Jednak najważniejszym wnioskiem dla nich jest ten, że lata picia niepasteryzowanego mleka nigdy nie sprawiły, że zachorowali - pomimo zapewnień ze strony medycznego mainstreamu, że było to możliwe. Gdy już raz straci się wiarę w wyznawany pogląd, małe jest prawdopodobieństwo, że człowiek przekona się do kolejnych naukowych dowodów.
Strona przeciwna może być równie niepoprawna. Trudno skalkulować na zimno przyszłe korzyści po usłyszeniu historii dzieci takich jak Lauren Herzog i Chris Martin, ale dla większości ludzi ryzyko zatrucia pokarmowego niepasteryzowanym mlekiem jest podobne do ryzyka zatrucia się sushi. Współczesne regulacje prawne dotyczące mleka nie dzielą produkcji na przemysłową i pasterską ani nie oddzielają przypadków niemowląt z nierozwiniętym układem odpornościowym od dorosłych ludzi.
Przez jakiś czas trwania podróży do samego serca mlecznej herezji nie widziałem powodu, dla którego sam miałbym pić surowe mleko. Dopiero gdy Beth zaszła w ciążę, przypomniałem sobie o badaniach dotyczących kobiet w Brazylii, według których możliwe jest przekazanie odporności na szczepy E. coli dziecku. Być może, gdybyśmy znaleźli dobre niepasteryzowane mleko, mogliśmy przekazać jakiś rodzaj wytrzymałości albo odporności na alergie, "zaszczepiając" nasze dziecko przeciwko lekom na alergie, preparatom do inhalacji i pompom insulinowym. Znalazłem zaufanego rolnika, a Beth zaczęła po urodzeniu dziecka co jakiś czas popijać mleko. Zamysł był taki, że organizmy w mleku mogły zapoczątkować produkcję matczynych przeciwciał, które Beth mogła przekazać w mleku z piersi. Służyła za bufor między mlekiem a dzieckiem, eliminujący wszelkie paskudztwa. Czułem się nieco skołowany sposobem, w jaki to logiczne rozumowanie dorzucało ziarno spekulacji do naukowych założeń.
Był jednak ważniejszy powód, dla którego czułem pociąg do tego mleka. Farma, z której pochodziło moje mleko, była pięknym miejscem - choć nie aż tak sielankowym, jak gospodarstwo Schmidta - i myślałem o niej za każdym razem, gdy podnosiłem szklankę do ust. Skoro miała siłę, aby na nowo ukształtować świat dla moich dzieci, chciałem, aby wyglądała bardziej jak farma Michaela Schmidta niż jak przemysłowa tuczarnia. Oczywiście świat zmierzał w całkiem innym kierunku. Mleczarnie stawały się coraz większe i brudniejsze, a konsumenci domagali się niższych cen, jednocześnie żądając zwiększenia ochrony ich coraz delikatniejszych układów odpornościowych. Pasteryzacja wydawała się być najlepszym rozwiązaniem. Pasteryzujemy dziś migdały, a być może w przyszłości będziemy napromieniowywać warzywa i sterylizować jajka. Niedługo może nadejść taki moment, że zareagujemy z obrzydzeniem, gdy ktoś wspomni, że jadł surowy szpinak. Odcinając się od niebezpieczeństw natury, rezygnujemy również z piękna i smakowitości.
Gdy spytałem Bruce'a Germana o to, jak wielką rolę bakterie odgrywają w naszym życiu, wspomniał o odkryciu, które dowiodło, że ludzie z pewnymi szczepami bakterii jelitowych byli bardziej narażeni na otyłość. "Dotąd zawsze postrzegaliśmy infekcję jako coś, co wpływa na nasz system odporności", powiedział. "Cóż, teraz już wiemy, że może ona mieć wpływ na nasz metabolizm. Na co jeszcze może oddziaływać? Wrażenia? Węch? Jezu, możliwe, że bakterie wpływają na nasz zmysł węchu. Powinniśmy przebadać florę bakteryjną Mozarta i sprawdzić, skąd naprawdę brała się ta wspaniała muzyka".
To tylko kwestia czasu, powiedział, zanim ktoś udowodni, że bakterie każą nam pożądać pewnych rodzajów pożywienia. Być może są nawet w stanie wpływać na nasze uczucia. To wszystko żartobliwe domysły, a jednak są pokarmem dla myśli. Co jeszcze zniknie, gdy uda nam się odciąć od międzygatunkowej wymiany z naszymi starymi przyjaciółmi?
Pasteryzowany świat czyni działanie przedsiębiorstw bardziej wydajnym. Pozwala na istnienie scentralizowanych gospodarek i ograniczenie nadmiaru. Michael Schmidt jest właśnie takim nadmiarem, ale wolę mieć go w pobliżu jako dyplomatę w sprawach ludzko-bakteryjnego pokoju. Jeśli istnieje jakaś szansa na zbudowanie wzajemnych stosunków z naszymi bakteriami innych niż bojowe, potrzeba nam orędowników takich jak on.
Sędzia ostatecznie ogłosił wyrok na korzyść Schmidta - zaskakujące orzeczenie, biorąc pod uwagę, że zwolnił on prawnika i sam zaczął siebie reprezentować. Stan odwołał się do sądu wyższej instancji, który unieważnił orzeczenie. Schmidt ponownie ogłosił strajk głodowy. Walka bez wątpienia będzie miała ciąg dalszy, w sądzie czy poza nim. Któregoś dnia nauka może zapewnić nam więcej informacji, ale na razie musimy przeprowadzać własne obliczenia, aby ustalić, jak naprawić relacje z naszymi bakteryjnymi wrogo-przyjaciółmi. Gdy pierwszego dnia mojej wizyty siedziałem ze Schmidtem przy śniadaniu, wziąłem szklankę mleka i powoli obróciłem ją w palcach. Rozumiałem możliwe konsekwencje wynikające z mojego wyboru. Miałem w pamięci wszystkie współzawodniczące ze sobą naukowe podejścia oraz zasłyszane epickie historie chorób. Muszę przyznać, że przeszło mi przez myśl, że jeśli zachoruję, napiszę dzięki temu kawał dobrej książki. Ale tak naprawdę istniał inny powód, dla którego wypiłem surowe mleko. Wzeszło słońce, a my dopiero co skończyliśmy ciężką trzygodzinną pracę w stodole. Byłem głodny jak wilk. Stół był zastawiony jajkami prosto od kur, wieprzowym salami, dżemami, parującą owsianką, serem i jogurtem. I choć nabiał nie jest dla wszystkich, ja wywodzę się od zwolenników wymion. Przez całe stulecia, a może nawet w czasach turów, moi przodkowie zasiadali do posiłków takich jak ten, po porannym dojeniu krów. Jestem pierwszym pokoleniem, które dorastało bez tego inwentarza. Czułem się niedwuznacznie dobrze. To oczywiście pełna definicja uprzedzenia: połączenie tego, co właściwe, z tym, co naukowo poprawne. Jak się jednak okazało, mogłem mieć jedynie nadzieję, że poczucie naturalnej dobroci było zakorzenione w czymś więcej niż tylko w nostalgii. Możliwe, że było. Wrażenia dotyczące pobytu w danym miejscu nie powiedzą ci nic o tym, czy bakterie przedostały się przez zaporę systemu sanitarnego, ale ujawnią coś o ogólnym stanie zdrowia ekosystemu. Ludzie od zawsze polegali na takich wrażeniach, aby ocenić jakość pożywienia. Nie mając naukowego potwierdzenia, muszę zawierzyć własnemu brzuchowi. Opróżniłem szklankę i polałem swoją owsiankę gęstym, kwaśnym mlekiem i syropem jabłkowym. Jeśli jakiekolwiek bakterie nie zgadzały się z moim ciałem, konflikt był zbyt mały, aby go wykryć.