Ekonomia miłości. Szczęście w związku a zmywanie naczyń - Paula Szuchman, Jenny Anderson


Reflow text when sidebars are open.
Robert, przystojny trzydziestoośmioletni przedsiębiorca z San Francisco, miał wczoraj wieczorem ochotę na seks. Ostatnie tygodnie były dla niego trudne: z jego firmy produkującej napoje energetyczne wycofał się jeden z głównych inwestorów, dyrektor marketingu odszedł do nowo założonej firmy konkurencyjnej, a na domiar złego właśnie tego popołudnia dostawca tajemnego balijskiego składnika zagroził, że podniesie cenę swojego produktu o sto procent.
Joanne, żona Roberta, zupełnie nie miała nastroju. Była wykończona. Cały dzień spędziła na telekonferencjach ze zrzędliwymi inwestorami giełdowymi z Nowego Jorku, nie miała czasu na lunch, omal nie wjechała w cadillaca escalade, gdy pędziła po dzieci, które miała odebrać z treningu piłki nożnej, a jeszcze czekał na nią stos zaległych rachunków do zapłacenia. Chciała pooglądać powtórki serialu 24 godziny, zjeść parę czekoladek i położyć się spać.
Czy Joanne powinna zgodzić się na seks z Robertem?
Robert powiedziałby, że tak. W końcu jest jego żoną, na litość boską - na to się pisała. Czy to przesadne wymagania - poprosić własną żonę, żeby od czasu do czasu się z nim przespała, zwłaszcza kiedy on jest totalnie wypompowany, a ostatni raz kochali się trzy tygodnie temu? Czy ona nie rozumie, że on ma pewne potrzeby?
Przyjaciółki Joanne, gdyby je o to spytała, odparłyby, że nie ma mowy - nie musi rozkładać nóg za każdym razem, kiedy Robert ma ochotę. Nie jest jakąś nałożnicą w jego haremie. Musi wyznaczyć granice, wsłuchać się we własne libido. Czy on nie rozumie, że ona też miała ciężki dzień?
Jest jeszcze jednak trzecia odpowiedź na to pytanie: odpowiedź ekonomisty. A ten poradziłby Joanne, żeby odsunęła na bok wzajemne urazy oraz licytowanie się, kto jest bardziej zmęczony, a kto mniej napalony, i przeprowadziła prostą analizę kosztów i korzyści: czy krańcowy koszt seksu z Robertem - dziewięć minut snu, trzecia czekoladka - przeważa nad korzyściami - orgazmem, zadowolonym mężem, spokojem w domu?I
Witamy w świecie "ekonomii miłości": sztuki stosowania ekonomii do minimalizowania konfliktów i maksymalizowania zysków z największej życiowej inwestycji - twojego małżeństwa.
DLACZEGO EKONOMIA (A NIE NA PRZYKŁAD AROMATERAPIA)?
Wielu ludzi uważa ekonomię za coś nudnego, niepewnego i oderwanego od codziennego życia. Wcale się tak bardzo nie mylą. Nie bez powodu nazywa się ją "ponurą nauką". To prawda, że ekonomiści piszą artykuły rojące się od niezrozumiałych równań, greckich liter i takich słów jak "autarkia" i "monopson"II. Ale to tylko po to, żeby nikt inny nie zrozumiał, o czym mówią.
Tak naprawdę ekonomia jest o wiele prostsza. To nauka o tym, w jaki sposób ludzie, firmy i społeczeństwa dokonują podziału skąpych zasobów. A tak się składa, że to ta sama łamigłówka, którą ciągle usiłujecie rozwiązać ze swoim życiowym partnerem: jak wydatkować ograniczone zasoby czasu, energii i libido, żebyście wy byli szczęśliwi, a wasze małżeństwo kwitło.
Pomyśl tylko: dwoje ambitnych dorosłych ludzi, mających własne zdanie, narażonych na sporą dawkę stresu, próbuje żyć razem pod jednym dachem, rozwijać skrzydła, może wychowywać dzieci, a jeśli szczęście dopisze, z przyjemnością spędzić wspólnie resztę życia, jakie dała im natura. Nie jest to łatwe. Na dobrą sprawę twoje małżeństwo to firma, biznes, który w czasach boomu rozkwita, ale kiedy indziej przypomina udział w maratonie po nocy zakropionej zbyt wieloma margaritami. Zupełnie jak praca.
Praca najróżniejszego rodzaju.
Mamy tu pracę administracyjną, którą trzeba włożyć w utrzymanie pewnych pozorów domowego ładu, co staje się znacznie bardziej skomplikowane, kiedy w grę wchodzi dwoje ludzi. Ktoś może na przykład konsekwentnie po sobie sprzątać, podczas gdy ktoś inny zostawia za sobą szlak znaczony ogryzkami, nieposłanymi łóżkami i przepoconymi ciuchami z siłowni. Jeśli para ma dzieci, to ktoś musi dopilnować, żeby odrabiały lekcje, były nakarmione, ubrane i leżały w łóżkach o siódmej wieczorem. Czasami ten ktoś niespodziewanie robi to wszystko sam, bo druga osoba postanowiła wyskoczyć ze znajomymi z pracy na drinka, który zmienił się w kolację, a ta z kolei - w nocny turniej piwnego ping-ponga.
Jest też praca emocjonalna, wiążąca się z mieszkaniem z kimś, kto nie jest tobą i kto wobec tego ma inne upodobania i odmienny styl porozumiewania się. Ona lubi rozmawiać przez trzy dni z rzędu, jeśli ma to rozstrzygnąć spór, podczas gdy ty wolałbyś już raczej napełnić kieszenie kamieniami i wejść do oceanu. On kocha wyjazdy pod namiot, a ty operę, a skoro macie tylko jeden weekend, żeby zrobić razem coś fajnego, to albo ktoś się ugnie, albo oboje zostaniecie w domu i będziecie oglądać telezakupy.
Małżeństwo to mnóstwo drobiazgów - osiąganie kompromisu przy wyborze idealnego domu, liczenie, które wydatki trzeba obciąć, gdy krucho z pieniędzmi, ustalanie, czy wielkim okrucieństwem byłoby nadanie pierwszemu dziecku imienia Flora po ciotce. To także sprawy poważne - konieczność pogodzenia się po potwornej kłótni, w której trakcie padły przykre słowa, nieprzespana noc spędzona na zamartwianiu się, czy podjąłeś słuszną decyzję, przeprowadzając się do tego miasta, bo ona dostała tu pracę, pozwolenie mu na uczenie dzieci dyscypliny, ustalanie priorytetów, wychodzenie sobie naprzeciw, odpuszczanie pewnych rzeczy.
Wszystko to wymaga sięgnięcia do tych wspomnianych wcześniej ograniczonych zasobów. Znalezienia czasu, wykrzesania energii, odczuwania miłości, rozważenia kosztów bycia elastycznym i korzyści z trwania przy swoim.
Tu właśnie przydaje się odrobina wiedzy ekonomicznej. Myśląc jak ekonomista, możesz sprawić, że twoje małżeństwo nie tylko będzie wymagać mniejszych nakładów pracy, ale wręcz przypominać urlop. Sztuczka polega na: a) zwiększeniu tych cennych zasobów, b) rozdzielaniu ich w inteligentniejszy sposób. Wtedy ani się obejrzysz, a będziesz na prostej drodze do uzyskania lepszego zwrotu ze swojej inwestycji w małżeństwo.
Wierzymy w ekonomię, bo nie dyskryminuje ona żadnej z płci, nie rozróżnia, kto "ma rację", a kto "się myli", kto się lepiej komunikuje, a kto gorzej. Nie popada w protekcjonalny ton i nie próbuje nikogo poddawać psychoanalizie. Nie obchodzi jej, kto był górą w czasie ostatniej sprzeczki ani czyja kolej na dzierżenie pilota. Oferuje za to obiektywne, logiczne rozwiązania domowych sporów, które często wydają się drażliwe, nielogiczne i naładowane emocjami.
W tej książce pokażemy, jak stosować podstawowe zasady ekonomii, aby wycisnąć jak najwięcej z dostępnych ci zasobów. Czyli jak częściej uprawiać seks, rzadziej zmywać naczynia, skuteczniej się kłócić, częściej uprawiać seks, przetrwać chude lata, negocjować z większym sukcesem, częściej uprawiać seks, a także, co może brzmieć niewiarygodnie, przekonać twojego małżonka do robienia rzeczy, których nigdy wcześniej nie robił, jak na przykład wyczyszczenie rynny. Albo słuchanie.
DLACZEGO MY?
Bo większość ostatniej dekady spędziłyśmy, harując w okopach "The Wall Street Journal" i "New York Timesa", gdzie informacjami z zakresu ekonomii i biznesu oddycha się jak powietrzem. Bo pisałyśmy o krachach finansowych, analizowałyśmy dane dotyczące PKB, ślęczałyśmy nad raportami dla Komisji Papierów Wartościowych i Giełd (SEC), rozszyfrowywałyśmy żargonowe akronimy w rodzaju TARP, RMBS i ABS CDO, a także rozmawiałyśmy z takimi szychami świata finansów i ekonomii, jak Tim Geithner, Hank Paulson, Lloyd Blankfein i Buzz Aldrin (no dobra, Buzz nie jest właściwie finansistą, ale za to był na Księżycu!).
A poza tym w pewnym momencie wyszłyśmy za mąż.
Co oznacza, że zaczęłyśmy zmagać się z problemami, o jakich nasi zaobrączkowani znajomi od dawna nam mówili, ale my albo ich nie rozumiałyśmy, albo zadowolone z siebie myślałyśmy, że im przejdzie. Na przykład: jak znaleźć czas dla siebie, kiedy oboje pracujecie po sześćdziesiąt godzin w tygodniu. Jak się dogadywać, kiedy jedno z was jest w ciąży i rzyga, a drugie... nie. Jak podzielić się domowymi obowiązkami i płaceniem rachunków bez rozlewu krwi. Jak pójść na kompromis, kiedy to wszystko jego wina. Jak być dalej grzecznym dla teściów, kiedy są już oficjalnie twoimi teściami. Jak szanować różnicę zdań w kwestii definicji określenia "zbyt ryzykowne" w kontekście rodzicielstwa i motocykli. Jak podsycać żar. Jak dawać sobie swobodę. Jak przestać się kłócić w samochodzie.
Chciałyśmy rozwiązań.
JAK TO ZROBIŁYŚMY
Postawiłyśmy na podejście dwustopniowe: najpierw ekonomia, potem miłość.
Jeśli chodzi o ekonomię, ruszyłyśmy do biblioteki, poczytałyśmy klasyków, wykorzystałyśmy limity na naszych kartach kredytowych na zakupy w księgarni Amazon, zanurzyłyśmy się w ekonosferze (tak, to blogi ekonomistów) i obkułyśmy się z najnowszych badań dotyczących wszystkiego - od motywacji do teorii gier i sztuki kompromisu. Zgłębiłyśmy różne szkoły myśli ekonomicznej, w tym neoklasyczną, uznającą, że ludzie zachowują się racjonalnie, i behawioralną, która wiele zapożycza z psychologii i zakłada, że racjonalni nie jesteśmy w ogóle. Przeprowadziłyśmy wywiady z kilkudziesięcioma ekonomistami - w tym paroma naprawdę sławnymi - i przycisnęłyśmy ich, żeby podzielili się z nami całą swoją wiedzą dotyczącą nie tylko badań, jakie przeprowadzają, ale także tego, jak zastosować wyniki tych badań do małżeństwa. (Wyobraźcie sobie, nikt nie rzucił słuchawką). Okazali się zaskakująco romantyczni i dawali nam rady w rodzaju: nie pozwól, żeby twoje własne szczęście stało się dla ciebie ważniejsze od szczęścia męża (żony). Zawsze staraj się przewidzieć jego następny ruch, zanim rozpoczniesz negocjacje. Podzielcie się domowymi pracami nie pół na pół, ale zgodnie z tym, co komu lepiej wychodzi. Nie bój się wykorzystywać zachęt, aby uzyskać to, czego chcesz. Bądź gotów ustąpić. Czasem połóż się spać zły.
Kiedy już ekonomię miałyśmy rozgryzioną, zajęłyśmy się miłością. Zaangażowałyśmy profesjonalistów do przeprowadzenia naszej Wyczerpującej, Nowatorskiej i Bardzo Kosztownej Ankiety Małżeńskiej, w której mniej więcej tysiąc osób z całego kraju odpowiedziało na ponad sześćdziesiąt wnikliwych pytań dotyczących blasków i cieni życia w parze. Pytałyśmy respondentów, jak przekonują partnerów do zrobienia czegoś, na co ci nie mają chęci (odpowiedź: seksem), dlaczego decydują się na seks, kiedy nie mają na to ochoty (odpowiedź: żeby skłonić partnerów do zrobienia czegoś, na co ci nie mają chęci), czy po ślubie przytyli, czy schudli (odpowiedź: przytyli), ile odkładają (odpowiedź: za mało), a ile chcieliby odkładać (odpowiedź: znacznie więcej) na emeryturę.
Na koniec ruszyłyśmy w trasę po całych Stanach. Nabijając sobie tysiące mil w programach linii lotniczych frequent flier i spędzając niezliczone godziny w samochodzie, przemierzałyśmy kraj w imię zbierania materiałów i pakowałyśmy się do salonów różnych par od Nowego Jorku po San Francisco i od Minneapolis po Miami. Uczestniczyłyśmy w weekendowych warsztatach małżeńskich w Seattle, gdzie zapytałyśmy uznanych ekspertów, Johna Gottmana i Julie Schwartz Gottman, o sposoby na udany związek (jedna z odpowiedzi: opanowywanie "godnych pożałowania incydentów"). Rozmawiałyśmy z bankierami, lekarzami, trenerami, pisarzami, agentami nieruchomości, komikami, prawnikami, nauczycielami, architektami, kucharzami, inżynierami, profesorami angielskiego, budowlańcami, muzykami, niepracującymi zawodowo matkami i niepracującymi zawodowo ojcami. Prosiłyśmy setki całkowicie obcych osób - a także paru bliskich przyjaciół - o ujawnienie intymnych aspektów ich prywatnego życia. A oni, zachęceni odrobiną jedzenia (i piwa), te prośby spełniali!III
Kiedy było już po wszystkim, zyskałyśmy pewność, że ekonomia to najpewniejsza droga do małżeńskiego szczęścia. Na przykład, kiedy zrozumie się koncepcję podziału pracy, można raz na zawsze rozwiązać spory dotyczące sprzątania, prania i zmywania. Czujecie, że jedno z was - lub oboje - ostatnio się zapuściło, może trochę sobie spowszednieliście i przestaliście się starać? Prawdopodobnie winę za to ponosi pokusa nadużycia. Problemy z dotrzymywaniem obietnic, planowaniem długoterminowym? To wszystko kwestia dokonywania lepszych wyborów międzyokresowych, a następnie konsekwentnej ich realizacji. Rozwiązanie zawiłych sporów, które zdają się ciągnąć całą noc: przestań wykazywać taką niechęć do straty. No i seks. Seks! Jedna z odwiecznych zagadek życia małżeńskiego - to tylko funkcja podaży i popytu.
W efekcie naszych starań powstała, jak wierzymy, zupełnie wyjątkowa książka o związkach. Ekonomia miłości nie jest ckliwa. Nie wymaga, żebyście patrzyli sobie w oczy, aż pojawią się w nich łzy skruchy. Nie każe prowadzić dzienniczka gniewu, pamiętnika odwagi ani kalendarza uczuć. Jest prosta, konkretna, oparta na rozwiązaniach. I skuteczna. To coś dla każdego, komu zależy na silniejszym, szczęśliwszym, fajniejszym małżeństwie, a kto przy okazji nie ma nic przeciwko dowiedzeniu się paru rzeczy o malejących krzywych popytu i mózgowcach nazwiskiem Schumpeter.
O METODOLOGII
Każda z historii przedstawionych w następnych rozdziałach jest prawdziwa. Jednak nazwiska, daty i inne zdradzające tożsamość szczegóły - już niekoniecznie. To dlatego, że setki ludzi podzieliły się z nami niezwykle intymnymi informacjami, a ponieważ nie chciałyśmy odpowiadać za falę rozwodów i zerwanych przyjaźni, obiecałyśmy im anonimowość. Natomiast niczego takiego nie przyrzekłyśmy naszym własnym mężom, więc pojawią się oni w dalszej części książki. Jednak jako lojalni wyznawcy ekonomii miłości obaj przeprowadzili analizę kosztów i korzyści i doszli do wniosku, że korzyść płynąca z przyczynienia się do naszego dobrego samopoczucia (czytaj: zrobienia wszystkiego, co trzeba, żeby pomóc nam napisać książkę) znacznie przewyższa koszt utrzymania w tajemnicy specyficznych (czytaj: uroczych) cech ich charakteru.
ZASADA. CZĘŚĆ I
Kto czym powinien się zajmować?
To jedno z pierwszych pytań, na jakie muszą sobie odpowiedzieć firmy z listy Fortune 500, rządy i stacje benzynowe, jeśli chcą, żeby ich działalność przyniosła jakiekolwiek efekty.
Weźmy sieciową stację paliw, taką jak ta w twojej okolicy. Nie powstałaby bez kierowców ciężarówek, którzy dostarczyli beton, następnie wylany i przekształcony w fundamenty przez brygadę robotników budowlanych. Potem inna ekipa robotników zbudowała na stacji sklep, w którym za kontuarem stoi teraz kasjer w firmowej kamizelce i sprzedaje batoniki przywiezione przez handlowca w koszulce z napisem "FBI: Female Body Inspector". Jest jeszcze facet, który napełnia benzyną podziemne zbiorniki, i inny, nalewający ci paliwo do baku. Nie zapominajmy też o operatorze podnośnika, który unosi w górę innego pracownika stacji, a ten zmienia na pylonie cenowym siódemkę widniejącą obok napisu "Premium" na ósemkę, tak że kiedy podjeżdżasz, możesz zdecydować, czy chcesz zapłacić 3,08 dolara za galon najlepszej ropy.
Każdy musi wykonać swoje zadanie, żeby powstał produkt końcowy: funkcjonująca - a jeśli sieć ma szczęście, świetnie prosperująca - stacja benzynowa. Facet nalewający benzynę nie może rzucić węża od dystrybutora i zająć się dostarczaniem paliwa, tak jak człowiek zmieniający cyferki na pylonie cenowym nie może nagle zająć się obsługą podnośnika, bo skończy się to zrobieniem wielkiej dziury w dachu sklepu, gdzie siedzi kasjer, który drukuje kupony lotto i tłumaczy klientom, jak dojechać do najbliższego McDonalda.
To właśnie nazywamy "podziałem pracy" i dzięki niemu działa gospodarka.
Rozejrzyj się wokół. Każdy mebel w twoim domu, pierś kurczaka, którą jesz na obiad, samochód, którym jeździsz, oraz ciuchy na twoim grzbiecie - wszystko to zawdzięcza swoje istnienie podziałowi pracy. Nawet książka, którą właśnie trzymasz w dłoniach, powstała dzięki drwalom, wytwórcom tuszu, drukarzom, producentom kleju, dyrektorom artystycznym, redaktorom, zadręczanym przez nich utalentowanym pisarkom, facetom w garniturach podpisującym czeki i grupie nadzianych niemieckich wydawców, którzy płacą "garniturom" pensje. Wykluczone, żeby owe utalentowane pisarki same ścięły drzewo albo wypłaciły komuś pensję, nie mówiąc już o własnej. Może wytwórcy atramentu mogliby pewnego dnia poznać sztukę produkcji kleju, ale nie stałoby się to z dnia na dzień, a jakość kleju prawdopodobnie by na tym ucierpiała i... no, rozumiesz, w czym rzecz.
To, że firmy prosperują, kiedy pracownikom przydziela się wyspecjalizowane zadania, nie jest żadnym odkryciem. O pożytkach z podziału pracy wiedzieli zapewne już jaskiniowcy, wśród których pewnych łowców ceniono za to, że dobrze celują, inni zaś po mistrzowsku potrafili oskórować i oprawić bizona. Ale w czasach mniej odległych koncepcję tę przypisuje się często Adamowi Smithowi, ojcu współczesnej ekonomii.
W 1776 roku Smith opublikował doniosłe dzieło Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów. Wśród licznych cennych spostrzeżeń, stanowiących do dziś podstawę teorii ekonomii, znalazło się także to, że sekret owego bogactwa kryje się nie w pieniądzach, lecz w pracy, a konkretnie - w jej podziale wynikającym ze specjalizacji.
Na poparcie swojej tezy Smith podał przykład fabryki szpilek, twierdząc, że w ciągu jednego dnia można wyprodukować ich znacznie więcej, kiedy każdą z osiemnastu specjalistycznych czynności składających się na cały proces przydzieli się konkretnym robotnikom, niż kiedy każdy pracownik wytwarza całą szpilkę od początku do końca. Dziesięciu pracowników, pisał Smith, jest w stanie wyprodukować czterdzieści osiem tysięcy szpilek dziennie, jeśli wyspecjalizują się w poszczególnych zadaniach, a bez podziału czynności wyprodukują może po dziesięć sztuk: "Jeden robotnik wyciąga drut, drugi go prostuje, trzeci tnie, czwarty ostrzy, piąty szlifuje przed osadzeniem główki". I tak dalej.
Adam Smith: niezwykle mądry facet, o którym powinieneś coś wiedzieć
Urodził się w 1723 roku w Szkocji. Filozof, profesor, prywatny nauczyciel. Przez całe życie był kawalerem, mieszkał ze swoją matką. Lubił mówić do siebie. Wymyślił termin "niewidzialna ręka rynku" obrazujący naturalną efektywność rynków i ich zdolność do samoregulacji. Chociaż nigdy się nie ożenił, był kimś w rodzaju współczesnego psychologa-celebryty, głoszącego rewelacje na temat paradoksalnej natury miłości. Uważał na przykład, że trwa nieustanny konflikt między naszymi namiętnościami z jednej strony, a tkwiącym w nas obojętnym "bezstronnym obserwatorem" z drugiej. Był również zdania, że kieruje nami zarówno egoizm, jak i altruizm, czyli chęć poprawy własnej sytuacji przy jednoczesnym dbaniu o dobro innych. Trochę jak wtedy, gdy chcesz po drodze do domu kupić kwiaty dla żony, ale zamiast tego zostajesz do późna w biurze, żeby zrobić dobre wrażenie na szefie.
Wydaje się to jasne jak słońce dziś, w czasach, kiedy wielu z nas traktuje specjalizację pracy jako coś oczywistego. W Kansas kupujemy iPody zmontowane w Chinach z części wyprodukowanych w Japonii i na Filipinach, a pracujemy w biurach, w których jedni ludzie odpowiadają za wieszanie dzieł sztuki na ścianach, a inni za przepychanie toalet. Ale dopóki Adam Smith nie przyłożył pióra do pergaminu, nikt nie wpadł na to, jakie korzyści płyną z podziału pracy na części składowe, ani nie przedstawił tak przekonujących argumentów za zorganizowaniem świata na tej podstawie.
ZASADA. CZĘŚĆ II
Wróćmy teraz do kwestii tego, kto powinien się czym zająć. Idea podziału pracy to tylko część odpowiedzi. Z koncepcji tej wynika, że nikt nie powinien robić wszystkiego i że każdy powinien się w czymś specjalizować. Ale nic nam ona nie mówi o tym, w jaki sposób zdecydować, kto najlepiej nadaje się do ozdabiania ścian dziełami sztuki, a kto do nalewania benzyny, i który kraj powinien produkować wyświetlacze iPodów, a który twarde dyski. Aby znaleźć odpowiedź na to pytanie, warto zajrzeć do dzieł brytyjskiego ekonomisty Davida Ricarda, twórcy teorii "przewagi komparatywnej" (lub kosztów komparatywnych), powstałej czterdzieści lat po Bogactwie narodów Smitha.
Teoria ta mówi, że wydajność rośnie nie wtedy, gdy podejmujemy się każdego zadania, w którym jesteśmy dobrzy, ale kiedy wykonujemy tylko te, z którymi radzimy sobie stosunkowo lepiej w porównaniu z innymi czynnościami. (Patrz: krótka kariera baseballowa Michaela Jordana). Czyli, jak ujęliby to ekonomiści, liczy się nie czyjaś absolutna zdolność do wytwarzania dóbr, ale zdolność do produkcji jednego dobra w stosunku do drugiego. To w tym tkwi nasza przewaga komparatywna.
Przewaga komparatywna stanowi podstawę wolnego handlu. Poszczególne kraje, zamiast produkować wszystko, co potrzebne ich mieszkańcom, powinny specjalizować się w tym, co wytwarzają stosunkowo lepiej od innych, a następnie sprzedawać te produkty i usługi innym krajom. To, że dany kraj specjalizuje się w określonej gałęzi gospodarki, wynika z różnych przyczyn. Być może kraj ten kontroluje ograniczone zasoby, tak jak to się dzieje w przypadku Arabii Saudyjskiej i ropy. Być może zamieszkują go miliony ludzi gotowych produkować telewizory płaskoekranowe za grosze, jak Chiny. Może ma specyficzny klimat, jak Hiszpania, gdzie dzięki wietrznym równinom rozkwita energetyka wiatrowa. A może być i tak, że atutem danego kraju stanie się to, że jest położony na końcu świata: Nowa Zelandia na przykład odnotowała wzmożony ruch turystyczny po atakach terrorystycznych z 11 września, kiedy podróżnicy szukali miejsc, w które nie zapędzają się terroryści.1
Dla Davida Ricarda, który w 1817 roku siedział w swojej posiadłości w Gloucestershire i rozmyślał nad koncepcją przewagi komparatywnej, energetyka wiatrowa i płaskoekranowe telewizory były czystym science fiction. Swoją teorię oparł na znacznie bliższym mu przykładzie handlu winem i suknem między Anglią a Portugalią. Ricardo twierdził, że nawet jeśli Portugalia potrafi wytworzyć oba te towary szybciej niż Anglia, i tak w jej interesie leży wyspecjalizowanie się w jednym wyrobie - tym, z którego produkcją radzi sobie stosunkowo lepiej - i wymienianie go z Anglią na drugi.
Teraz prosimy o uwagę, bo wyjaśnimy dokładnie, jak i dlaczego opłaca się handlować. Przyjrzyj się najpierw (hipotetycznym) czasom pracy potrzebnym Anglii i Portugalii do wytworzenia jednej butelki wina i jednej pary bryczesów (sukno), kiedy oba państwa polegają tylko na krajowej produkcji i nie handlują z sobą.
BEZ WYMIANY HANDLOWEJ
Produkt
Portugalia
Anglia
1 para bryczesów
20 minut
30 minut
1 butelka wina
10 minut
60 minut
Czas ogółem
30 minut
90 minut
Skoro Portugalia znacznie szybciej wytwarza i wino, i sukno, można by pomyśleć, że powinna produkować wszystko sama, prawda? Nieprawda.
A oto dlaczego.
Polegając tylko na sobie, Portugalia poświęca pół godziny na produkcję jednej pary bryczesów i jednej butelki wina, podczas gdy Anglii zajmuje to półtorej godziny.
Wyobraźmy sobie, że te dwa kraje postanawiają z sobą handlować. Portugalia wytwarza dwie butelki wina, bo produkcja wina idzie jej szybciej niż produkcja sukna - w końcu wszędzie rosną tam winogrona. Anglia szyje dwie pary bryczesów, bo ma zdecydowanie więcej owiec niż winnic. Po czym dokonują wymiany - para bryczesów za butelkę wina... i nagle okazuje się, że Portugalia ma po jednej sztuce obu towarów po zaledwie dwudziestu minutach pracy. Anglia musiała poświęcić na to tylko sześćdziesiąt minut zamiast dziewięćdziesięciu.IV
Z WYMIANĄ HANDLOWĄ
Produkt
Portugalia
Anglia
2 pary bryczesów
-
60 minut
2 butelki wina
20 minut
-
Czas ogółem po wymianie
20 minut
60 minut
Można by pomyśleć: czary. Tylko że to nie czary, to matematyka. Przyznajemy, że trochę uproszczona - nie uwzględnia wszystkich innych produktów wytwarzanych przez oba kraje ani cen, za które mogłyby one sprzedawać swoje towary na wolnym rynku. Poza tym angielscy robotnicy nadal pracują dłużej na te same efekty niż ich koledzy z Portugalii, ale nie da się zaprzeczyć, że oszczędzają czas w porównaniu z sytuacją sprzed wymiany handlowej.
Model Ricarda ilustruje uniwersalną prawdę: mądra wymiana może przynieść ogromne korzyści, a próby robienia wszystkiego samemu czy nawet dzielenia się pracą po połowie mogą prowadzić do olbrzymich strat czasu i energii.
I tu dochodzimy do tematu, na który zapewne czekasz: twojego małżeństwa. Pomyśl o swoim związku w kategoriach firmy założonej przez dwoje wspólników. Jesteście nie tylko partnerami biznesowymi w sensie wspólnej pracy dla dobra firmy, ale także partnerami handlowymi, którzy prowadzą wymianę usług, często w formie domowych obowiązków. W jaki sposób powinniście ustalić, kto co robi? Kto powinien wyspecjalizować się w kupowaniu soku pomarańczowego, a kto w myciu okien? Kto powinien zapewniać świeżo uprane i ładnie złożone ubrania, a kto jedzenie na stole w porze obiadu? Wszyscy chcielibyśmy, żeby istniały łatwe odpowiedzi na takie pytania, ale kwestie podziału prac domowych często należą do najbardziej konfliktogennych dla małżeństw. Ekonomia oferuje jasne rozwiązania. Za chwilę poznasz trzy pary, których związki omal się nie rozpadły z powodu zupełnie nieodpowiedniego podziału pozornie błahych obowiązków. W pierwszej małżonkowie, myśląc, że najlepszy jest podział fifty-fifty, popełnili błąd, całkowicie lekceważąc specjalizację. Druga źle oceniła przewagi komparatywne każdego z partnerów, a trzecia odkryła, że specjalizacje nie są statyczne i mogą się czasem zmienić, kiedy zmienia się samo małżeństwo.
STUDIUM PRZYPADKU NR 1
Osoby: Eric i Nancy
Kiedy Eric i Nancy zakochali się w sobie i postanowili zostać partnerami handlowymi na całe życie, nic nie wiedzieli o istnieniu Davida Ricarda. Nie znali teorii przewagi komparatywnej, a gdyby temat ten wypłynął na jakimś przyjęciu - co, szczerze mówiąc, nigdy się nie zdarzyło - najprawdopodobniej spojrzeliby nierozumiejącym wzrokiem. Eric był fotografem i pracował dla ilustrowanych magazynów kulinarnych, a Nancy projektowała ubrania dla nastolatków sprzedawane w jednej z tych sieci odzieżowych, które mają sklep w każdym centrum handlowym w Ameryce. Bliżej im było do artystów niż ekonomistów.
A jednak ekonomia - zła ekonomia - zdominowała ich życie. Nieświadomie prezentowali modelowy przykład szkód, jakie może wyrządzić dobrze dobranej parze niewłaściwy podział pracy. Problem polegał na tym, że Eric i Nancy podzielili się obowiązkami, opierając się nie na tym, co komu wychodziło najlepiej, ale na tym, co wydawało się sprawiedliwe. A sprawiedliwy, w ich mniemaniu, był ścisły podział fifty-fifty.
Podzielili na pół wszystko. Mieli wspólne konto, na które wpływały ich mniej więcej równe pensje i z którego co miesiąc przelewali na swoje konta indywidualne takie samo "kieszonkowe", żeby wydawać je, na co mają ochotę. Swojego psa, kundla imieniem Moo Shoo, wyprowadzali rano na zmianę. Kiedy Eric gotował, Nancy sprzątała. Kiedy Nancy gotowała, sprzątał Eric. Na zmianę robili pranie, płacili rachunki, dzwonili do teściów i wyrzucali śmieci. Eric odpowiadał za sprzątanie łazienki na górze. Nancy zajmowała się tą na dole.
Z pozoru z takim systemem Eric i Nancy wydawali się idealną nowoczesną parą. Znajomych zachwycało, że przeczą stereotypom: "Eric potrafi używać mopa! Nancy daje mu tyle swobody! On jest taki uczynny! Ona chodzi sama do marketu budowlanego!".
Był tylko jeden szkopuł: Eric i Nancy nie czuli się szczęśliwi.
Problem: Małżeństwo fifty-fifty
Zadanie: wymień odnoszące sukcesy firmy, w których wszyscy pracownicy wykonują dokładnie taką samą ilość pracy, poświęcają na nią dokładnie tyle samo czasu i dostają dokładnie takie samo wynagrodzenie.
Żadna nie przychodzi ci do głowy?
To dlatego, że poza tymi, gdzie są linie montażowe, wielu takich firm nie ma.
Przedsiębiorstwa, od sklepu spożywczego w twojej okolicy, przez biuro doradztwa inwestycyjnego, do serwisu internetowego, z którego czerpiesz wiadomości, są zorganizowane na zasadzie specjalizacji. Pracownicy mają różne zadania, wymagające różnych kompetencji i związane z wyższymi lub niższymi pensjami. Dealerzy obligacji znają rynek obligacji jak własną kieszeń, dealerzy akcji mają lepsze rozeznanie w akcjach. W zespole serwisu internetowego "The Wall Street Journal" są ludzie zajmujący się sprzedażą reklam, które ukazują się na stronie, i ludzie piszący artykuły, a każda z tych grup ma niewielkie pojęcie o tym, czym przez cały dzień zajmuje się druga.
Wyobraź sobie, co by się działo, gdyby ci od reklamy zaczęli poświęcać połowę czasu pracy na pisanie artykułów, a reporterzy połowę swojego czasu na sprzedawanie reklam - wszystko w imię sprawiedliwości. To byłaby jakaś katastrofa.
Model oparty na specjalizacji ma także zastosowanie w gospodarce światowej. Niektóre kraje uprawiają banany, inne produkują samochody, jeszcze inne szyją koszulki na ramiączkach.
Ta sama logika dotyczy małżeństwa. Upierając się przy "sprawiedliwym" podziale pracy, Eric i Nancy stworzyli potwora. Tak bardzo koncentrowali się na tym, żeby było sprawiedliwie, że czasem z tą równością przesadzali.
Na przykład, kiedy brudne ubrania wysypywały się z kosza i wykończona Nancy mówiła do Erica, który był zajęty szukaniem w internecie starego sprzętu fotograficznego do kupienia: "Ja robiłam pranie ostatnio - teraz twoja kolej".
Albo kiedy Eric, krojąc cebulę na tadżin z jagnięciny, zobaczył, że Nancy ogląda serial Prawo i porządek, i pomyślał: "Zaraz, zaraz, dlaczego ja poświęcam tyle czasu na gotowanie frykasów, a ona zawsze robi tylko makaron z serem?".
Albo kiedy rodzice Nancy mieli przyjść na obiad, a ona przez cały dzień kłóciła się z mężem, czy posprzątanie przez niego swojego gabinetu liczy się na równi z umyciem przez nią wszystkich podłóg - skoro, jak twierdziła, jego gabinet nie należy do "wspólnej przestrzeni mieszkalnej".
Tak wyglądało życie w domu Erica i Nancy. Każde z nich bezustannie pilnowało, ile zrobiło drugie, wciąż mieli w głowie wykresy pokazujące, kto się napracował, a kto ma zaległości, i bili na alarm, kiedy się wydawało, że podział obowiązków zaczyna się przechylać w stronę - o zgrozo! - proporcji sześćdziesiąt do czterdziestu.
- Wszystko było kwestią sporną - opowiadała Nancy. - Kłótnie o to, kto robi więcej, a kto musi przestać się obijać, zajmowały nam tyle czasu, że to cud, że w ogóle udawało nam się coś zrobić.
- Doszło do tego, że jeśli ja ścierałem kurze, a Nancy malowała paznokcie, rzucałem ścierkę i sprawdzałem mejle, żeby nie wyszło na to, że robię więcej od niej - stwierdził Eric.
Przed wejściem do kuchni powiesili dwie listy obowiązków i często je sprawdzali, pilnując, żeby nikt się nie migał.
Jak widać na przedstawionej poniżej "podstawowej liście obowiązków", którą sporządziła Nancy, do prac domowych zaliczało się nawet otwieranie listów. No cóż, kiedy Nancy uświadomiła sobie, ile czasu zajmuje jej sortowanie poczty, uznała, że może z czystym sumieniem scedować ścielenie łóżka na Erica.
Żeby nie być gorszym, Eric opracował "rozszerzoną listę obowiązków" obejmującą jednorazowe prace, które zwykle były bardziej czasochłonne i wymagające. Za szczególnie sprytne posunięcie uznał podzielenie swoich zadań na kategorie "łatwe", "trudniejsze" i "upierdliwe", żeby Nancy nie myślała sobie, że on ma ulgowo, bo robi same proste rzeczy.
Rysunek 1. Podstawowa lista obowiązków
Rysunek 2. Rozszerzona lista obowiązków
Do pewnego stopnia oboje zdawali sobie sprawę, że potrafią być, mówiąc eufemistycznie, "małostkowi", jeśli chodzi o prace domowe, ale sami nie wiedzieli, kiedy wpadli w paranoję. Nancy nie chciała stać się stereotypową "kurą domową", która wyręcza męża we wszystkim - wystarczyło, że obserwowała swoją matkę w tej roli. I co matka z tego miała? Kłopoty z kręgosłupem i męża, który nie potrafił powiedzieć "dziękuję".
Eric zaś nie chciał wpaść w rolę pantoflarza. Miał własny bagaż - dawne dziewczyny, które wykorzystując jego bezkonfliktowy charakter, potrafiły go przekonać, by spełniał wszystkie ich zachcianki. Nancy taka nie była, ale bagaż doświadczeń robił swoje i Eric nadal miał się na baczności.
Jednak to ciągłe licytowanie się na domowe obowiązki wydobywało z Erica i Nancy wszystko, co najgorsze. Zmieniali się w Bickersonów - wiecznie kłócącą się parę ze starych radiowych skeczy.
Nie był to zresztą jedyny problem z systemem fifty-fifty. Kolejny polegał na tym, że mieli różne podejście do poszczególnych prac. Eric nie cierpiał wyprowadzać psa. Czy jest coś bardziej obrzydliwego od sprzątania psich kup? Nancy zaś uważała spacery z psem za zajęcie o charakterze medytacyjnym, okazję do relaksu. Jeśli chodzi o pranie, Eric oddzielał białe rzeczy od ciemnych, a Nancy wrzucała do pralki wszystko razem, co go potwornie irytowało.
Dlaczego więc Nancy dalej robiła pranie, a Eric nadal wychodził z psem?
Gdyby zadać im to pytanie, nie potrafiliby udzielić sensownej odpowiedzi. Rzeczywiście im je zadałyśmy, na co przedstawili takie argumenty:
Nancy: "Eric nie chce się przekonać, że wyprowadzanie psa może być przyjemne. Poza tym myśli, że jak ponarzeka, to ja się złamię i będę wszystkie spacery załatwiać sama. Nic z tego. To swoją drogą ciekawe, że on chciałby cieszyć się wszystkimi urokami posiadania psa, nie wykonując żadnych związanych z tym obowiązków".
Eric: "Oddzielenie ciemnych rzeczy od jasnych zajęłoby Nancy dwie dodatkowe minuty. Dwie minuty! Ale nie. Nie chce tego robić. Tak jakby celowo starała się nakłonić mnie, żebym robił pranie sam. Nie ma mowy, nie dam się na to złapać".
Eric i Nancy kiedyś uważali się za "partnerów" - dzielących z sobą życie, łączących swoje światy, tworzących mocny związek. Ale z czasem przestali zachowywać się jak partnerzy, a zaczęli jak księgowi. A to po prostu złe podejście ekonomiczne.
Rozwiązanie: specjalizacja i przewaga komparatywna
Eric i Nancy musieli wrócić do ekonomicznych korzeni małżeństwa. Od wieków instytucja małżeństwa kwitła dzięki specjalizacji. Mężowie i żony zajmowali się tym, w czym każde z nich miało postrzeganą przewagę komparatywną. Mężowie specjalizowali się w sprzedawaniu encyklopedii i piciu drinków. Żony - w przygotowywaniu zapiekanek i tłumieniu furii. Jak mogliby się kłócić o to, czyja kolej zrobić pranie, skoro mąż przez cały dzień finalizował transakcje poza domem i nie odróżniłby tary do prania od szachownicy?
W ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat zmieniła się gospodarka rynkowa, a wraz z nią instytucja małżeństwa. Dzięki takim innowacjom technologicznym jak pralka kobiety nie musiały już poświęcać całych dni na pranie. W centrach handlowych pojawiły się gotowe ubrania, więc szycie stało się zbędne. Mrożonki i mikrofalówki sprawiły, że przygotowywanie posiłków stało się szybsze i łatwiejsze. Kobiety masowo weszły na rynek pracy, a mężczyźni byli zmuszeni podciągnąć się w pracach domowych, zrobić czasem dla siebie obiad i nauczyć się zmieniać pieluchy.
Małżeństwo, jak ujęli to ekonomiści Betsey Stevenson i Justin Wolfers, zaczęło się zmieniać z "forum wspólnej produkcji w forum wspólnej konsumpcji"2. Kiedyś mężczyzna i kobieta decydowali się na wspólne życie, ponieważ tego potrzebowali, natomiast teraz robią to dlatego, że chcą. "We współczesnym małżeństwie chodzi o miłość i towarzystwo - piszą Stevenson i Wolfers. - Większość rzeczy, które w życiu robimy, sprawia nam po prostu więcej radości, jeśli dzielimy się nimi z drugą osobą: od prostych przyjemności, takich jak oglądanie razem filmu czy wspólne hobby, przez wspólne więzy społeczne, takie jak chodzenie do tego samego kościoła, aż do wspólnego projektu wychowywania dzieci. Wracając do języka ekonomii, kluczową sprawą w małżeństwie są dziś komplementarne dobra konsumpcyjne - zajęcia, które nie tylko są przyjemne, ale stają się przyjemniejsze, kiedy dzieli się je z życiowym partnerem lub partnerką".
A zatem pobieramy się dlatego, że małżeństwo jest fajne. I jest! Czasami. Ale i tak wiąże się z nim mnóstwo pracy - a problem polega na tym, że nie ma już jasnej linii podziału między zadaniami. Kwestia tego, kto ma się zająć domem, dziećmi, rachunkami, całym małżeńskim biznesem - kto robi co - stała się wielkim znakiem zapytania. Mimo ogromnych postępów w tej materii wielu z nas przypomina Erica i Nancy - wciąż kłócących się o to, kto powinien pozmywać.
Jeśli sprzeczanie się o domowe obowiązki wydaje ci się małostkowe, weź pod uwagę dane z przeprowadzonego w 2007 roku przez Pew Research Center badania opinii publicznej, w którym postawiono pytanie: "Co decyduje o dobrym funkcjonowaniu małżeństwa?". Wśród odpowiedzi na pierwszym miejscu znalazła się wierność, a na drugim seks. Ma to sens. Ale na trzecim miejscu, przed dziećmi, pieniędzmi i religią, było dzielenie się domowymi obowiązkami.3
Inne badania to potwierdzają. Według ankiety przeprowadzonej wśród pracujących kobiet przez Boston Consulting Group w 2009 roku drugim najczęstszym powodem do kłótni z partnerem są obowiązki domowe. Znalazły się za pieniędzmi, ale przed seksem, pracą i wychowywaniem dzieci. W naszej własnej Wyczerpującej, Nowatorskiej i Bardzo Kosztownej Ankiecie Małżeńskiej 73 procent kobiet stwierdziło, że wykonuje ponad 50 procent prac domowych, podczas gdy to samo powiedziało o sobie tylko 40 procent mężczyzn (trzeba panów przynajmniej docenić za szczerość). Motywacje brania na siebie więcej niż połowy obowiązków także były różne - kobiety najczęściej przytaczały jako powód: "Jeśli ja tego nie zrobię, nikt tego nie zrobi", natomiast mężczyźni: "Dzięki temu czuję się dobrym partnerem".
Trochę to niepokojące, że kobiety mają skłonność do wpędzania się w kompleks męczennicy, podczas gdy mężczyźni po prostu chcą być pomocni, ale zostawmy to. Rzecz w tym, że Eric i Nancy nie byli jedyną parą w Ameryce, która "po aptekarsku" liczyła, jak dużo każde z małżonków robi w domu. I, miejmy nadzieję, niejedyną, która znalazła rozwiązanie.
- Jeśli miało się między nami ułożyć - powiedział nam Eric - wiedziałem, że musimy przestać się licytować.
W tym celu zastosowali jedną z najstarszych koncepcji ekonomicznych: podział pracy według przewagi komparatywnej.
Tak jak dwa kraje, dwoje małżonków także prowadzi wymianę towarów i usług, mając do zaoferowania różne zdolności i zainteresowania. Po ustaleniu, które z nich ma przewagę komparatywną w rozmaitych zadaniach, od zmywania, przez wyprowadzanie psa, po sadzenie cebulek, Eric i Nancy mogli następnie zdecydować, kto będzie się w czym specjalizował. A wtedy być może uda im się osiągnąć odprężenie we wzajemnych stosunkach.
Na przykład: Nancy była lepsza i szybsza zarówno w zmywaniu, jak i w robieniu porządków. Potrafiła się skoncentrować na tych czynnościach i uporać się z nimi w mgnieniu oka. Te cechy nie napawały jej szczególną dumą, ale wiedziała, że je ma. Eric też był tego świadomy. W żargonie ekonomicznym: Nancy miała przewagę absolutną zarówno w zmywaniu, jak i w porządkach.
Tak się składa, że wykonanie każdego z tych zadań zajmowało Ericowi i Nancy akurat tyle czasu, ile Portugalii i Anglii wyprodukowanie wina i bryczesów w naszym wcześniejszym przykładzie. Coś podobnego.
DZIENNA INWESTYCJA CZASU
Zadanie
Nancy
Eric
Zmywanie
20 minut
30 minut
Robienie porządków
10 minut
60 minut
Czas ogółem
30 minut
90 minut
PODSUMOWANIE TYGODNIOWE
Zadanie, częstotliwość*
Nancy
Eric
3 wieczory zmywania
60 minut
90 minut
3 wieczory porządkowania
30 minut
180 minut
Czas ogółem
90 minut
270 minut
* Zakładamy, że niedziela jest dniem wolnym od prac domowych.
Jeśli weźmiemy pod uwagę to, o ile szybciej Nancy zmywa i sprząta, a obowiązki te w jej domu wykonuje się sześć razy w tygodniu, czy dzielenie się nimi z Erikiem po połowie ma sens? Nie bardzo, ale nie ma też sensu, żeby Nancy robiła wszystko sama, podczas gdy Eric siedzi i gapi się w sufit.
Sensowny jest za to system oparty na przewadze komparatywnej. Nancy ma przewagę komparatywną w robieniu porządków, Eric zaś - w zmywaniu.
Jeśli zamiast dzielić się każdym zadaniem po równo, wyspecjalizują się w jednym z nich, Nancy będzie przez sześć wieczorów w tygodniu robić porządki, a Eric zmywać. Wyglądałoby to mniej więcej tak:
SYSTEM WYMIANY WEDŁUG PRZEWAGI KOMPARATYWNEJ
Zadanie, częstotliwość
Nancy
Eric
6 wieczorów zmywania
-
180 minut
6 wieczorów porządkowania
60 minut
-
Czas ogółem
60 minut
180 minut
W ciągu tygodnia Nancy zaoszczędziła trzydzieści minut, a Eric dziewięćdziesiąt minut. Nowy system nie jest "sprawiedliwy" według ich wcześniejszej definicji "sprawiedliwości", bo Eric poświęca na pracę więcej czasu niż Nancy. Ale czy stary system fifty-fifty, kiedy Ericowi uporanie się z tymi obowiązkami zajmowało o trzy godziny więcej niż Nancy, był "sprawiedliwszy"? Eric i Nancy po prostu założyli, że stary system jest fair, bo żadne z nich nie zostawało samo z całą robotą. W efekcie tracili mnóstwo czasu - miesiące, których nigdy nie odzyskają.
- Magia przewagi komparatywnej polega na tym, że każdy ma taką przewagę w produkowaniu czegoś - mówi ekonomistka Lauren F. Landsburg. - Efekty są zdumiewające: każdy może skorzystać na wymianie handlowej. Nawet ci, którzy ze wszystkimi zadaniami radzą sobie gorzej od pozostałych, nadal mają coś cennego do zaoferowania.4
Rysunek 3. Zyski Nancy i Erica ze specjalizacji
W żargonie ekonomicznym czas, jaki zaoszczędzili łącznie Nancy i Eric - 120 minut, czyli dwie godziny - stanowi ich wspólny zysk ze specjalizacji, co można przedstawić na poręcznym wykresie. Wykres przedstawiający zależność między pracą a czasem wolnym obrazuje zazwyczaj podstawową zasadę ekonomiczną: im więcej pracujesz, tym więcej zarabiasz, ale tym mniej masz wolnego czasu. I odwrotnie: im więcej odpoczywasz, tym mniej czasu możesz poświęcić pracy i tym mniej zarabiasz. Proste. Oczywiste. Wspaniałe.
Tradycyjnie na takim wykresie oś y (linia pionowa) pokazuje sumę pieniędzy, jaką przynosi ci praca, a oś x (linia pozioma) - ilość wolnego czasu, jaką dysponujesz. W naszym przykładzie praca prowadzi do zapewnienia sobie przez Erica i Nancy posprzątanego domu (no, może nie wysprzątanego na wysoki połysk, ale uporządkowanego i z pozmywanymi naczyniami), co zaznaczamy na osi pionowej, pozioma zaś przedstawia ich czas wolny. Im więcej czasu zajmuje im sprzątanie, tym mniej go mają na oglądanie telewizji.
Jeśli Eric i Nancy chcą mieć przez sześć dni w tygodniu wysprzątany dom, ale nie zastosują przewagi komparatywnej, będą musieli poświęcić na to cały swój wolny czas, więc na oglądanie telewizji nie zostanie im ani minuty. Jeśli wystarczy im, że w domu będzie w miarę czysto, będą mieć na telewizję dwie godziny tygodniowo. Świetnie.
Ale jeśli zdecydują się skorzystać z przewagi komparatywnej, idealne wysprzątanie domu zajmie im o dwie godziny mniej, dzięki czemu zostanie im czas na oglądanie telewizji.
Pamiętaj przy tym, że zysk ze stosowania przewagi komparatywnej, czyli dodatkowy czas wolny, mogą wykorzystać nie tylko na telewizję. Mogą też przeznaczyć go na inne rzeczy, które lubią robić, takie jak gra w Mastermind, siedzenie w ogrodzie o zachodzie słońca albo seks. Morał z tej historii: codzienne zmywanie prowadzi do częstszego uprawiania seksu. Dziękujemy panu Davidowi Ricardo z Gloucestershire!
STUDIUM PRZYPADKU NR 2
Osoby: Nora i Andrew
Co się dzieje, kiedy sytuacja życiowa pary się zmienia i dobrze skalibrowany system przewagi komparatywnej nagle przestaje działać?
W przypadku Nory i Andrew taka zmiana nastąpiła po przyjściu na świat dzieci. Poznali się, kiedy mieli po dwadzieścia parę lat i mieszkali w Filadelfii. Zadziałała tu zasada przyciągania się przeciwieństw. Andrew urodził się w zachodniej Pensylwanii i nigdy nie mieszkał poza granicami swojego stanu. Za to Nora w dzieciństwie co kilka lat się przeprowadzała, a część życia spędziła za granicą. Andrew miał zdolności manualne, lubił oglądać w barach sportowych mecze Eagles - filadelfijskiej drużyny futbolu amerykańskiego - i miał zgraną paczkę kumpli ze szkoły średniej, z którymi nadal spotykał się w każdy weekend. Nora mówiła po francusku i niemiecku, jej znajomi rekrutowali się spośród artystów, bezrobotnych albo bezrobotnych artystów, i myślała, że Eagles to drużyna baseballowa.
Mieszkali przy tej samej ulicy i pewnego dnia Andrew zauważył Norę w delikatesach na rogu, gdzie przychodziła rano po kawę i gazetę. Spodobała mu się i zaczął jej mówić "cześć", następnie przeszedł do dyskusji o pogodzie, aż wreszcie zaprosił ją na randkę.
Na jednym z pierwszych spotkań zapytał ją, co lubi robić ze swoimi znajomymi. Odparła, że spędzają dużo czasu w kawiarniach ("To było na początku lat dziewięćdziesiątych - wyjaśnia Nora - przed erą Starbucksa"), i była zszokowana, ale też oczarowana, kiedy Andrew stwierdził, że nigdy nie był w kawiarni, ale chciałby się z nią kiedyś do jakiejś wybrać.
- Na początku pomyślałam sobie: "Skąd się ten facet urwał?" - powiedziała nam. - Ale to, że był w tej kwestii szczery i wcale nie wydawał się zakłopotany, zwróciło moją uwagę. Mieliśmy zupełnie różne doświadczenia życiowe, ale Andrew nigdy nie pozwolił, by jego doświadczenia go definiowały, jest człowiekiem z natury ciekawym świata. - Norę ostatecznie przekonało do Andrew to, że najwyraźniej świetnie nadawał się na ojca. - Widziałam, jak bawi się ze swoimi siostrzeńcami, i wyglądało to uroczo. Angażował się w to całym sercem. Wychodził na środek pokoju i siłował się z nimi. Bardzo mi się to spodobało.
Andrew też dostrzegł w Norze wspaniałą matkę, która, miał nadzieję, będzie pewnego dnia tak oddana ich dzieciom jak jego mama jemu i jego rodzeństwu.
- Nora miała w sobie niezależność, którą podziwiałem, ale nie popadała w skrajność - opowiadał. - Chciała też założyć rodzinę i żyć nie tylko dla siebie, ale również i dla innych.
Przez pierwsze trzy lata małżeństwa oboje pracowali poza domem - on był analitykiem w liniach lotniczych, ona zajmowała się tworzeniem stron internetowych. W domu ustalili system podziału pracy, który się sprawdzał - uwzględniał ich umiejętności i zainteresowania, w dużej mierze wykorzystując koncepcję przewagi komparatywnej.
Na przykład: Nora robiła zakupy spożywcze, bo miała bardziej wyrobione zdanie w kwestii kupowanego przez nich jedzenia, a Andrew zamiatał podłogi i ścierał kurze, które to czynności doskonale wpisywały się w jego obsesyjną pedanterię. Nora zajmowała się ich planami towarzyskimi, Andrew zaś podtrzymywał kontakty z rodzicami i teściami. Czasem podział obowiązków przebiegał w sposób tradycyjny: Andrew wyrzucał śmieci, sortował surowce wtórne i naprawiał to, co się zepsuło, a Nora robiła pranie, sprzątała łazienkę i sadziła kwiatki w skrzynkach na oknach.
Przez te trzy lata - które Nora nazywa "złotymi" - byli zaprzysięgłymi mieszczuchami, przeciwieństwem stereotypowych mieszkańców domków na przedmieściach. Do pracy chodzili na piechotę albo jeździli rowerem, prowadzili życie bezsamochodowe i bezdzietne. Jeśli zabrakło im kawy albo w środku nocy zachciało im się lodów, mogli zbiec na dół do delikatesów, tych samych, w których Andrew po raz pierwszy zobaczył Norę. Ale kiedy Nora zaszła w ciążę, zaczęli dostrzegać inną stronę życia w mieście. Wdrapywanie się po schodach na trzecie piętro do ich ciasnego mieszkania już nie wydawało się tak romantyczne. Perspektywa pchania wózka po brukowanych uliczkach też była mało kusząca. Wyboru między śródmiejskimi kiepskimi szkołami publicznymi a rujnującymi domowy budżet szkołami prywatnymi woleliby nigdy nie dokonywać. Owszem, marzyło im się, żeby ich dzieci zasmakowały miejskiego życia, ale nie chcieli przy tym paść z wyczerpania ani zbankrutować.
W końcu więc postąpili tak jak wiele innych par - sześć miesięcy przed urodzeniem się dziecka przeprowadzili się na przedmieścia. Znaleźli stuletni dom do remontu w podmiejskim rejonie zwanym Main Line i zaczęli go odnawiać. Chociaż Nora była w coraz bardziej zaawansowanej ciąży i z każdym dniem odczuwała coraz większy fizyczny dyskomfort, twierdzi, że renowacja domu była jedną z najbardziej satysfakcjonujących rzeczy, jakie w życiu zrobiła.
Potem przyszło na świat ich pierwsze dziecko, a dwa lata później - bliźniaki. Nora postanowiła przestać pracować na pełny etat i wziąć na siebie większość obowiązków związanych z opieką nad dziećmi. Andrew zarabiał na tyle dobrze, że wystarczało im na wygodne życie, i w pełni popierał pomysł, żeby dzieci wychowywała mama, a nie niania.
Nie zastanowili się jednak nad tym, czy Nora ma przewagę komparatywną w zajmowaniu się dziećmi: czy ma odpowiednie zdolności, wystarczająco dużo cierpliwości i czy sprawia jej to przyjemność. Podjęli decyzję, kierując się raczej takimi czynnikami, jak pieniądze (Andrew zarabiał więcej niż Nora, więc rzucenie przez niego pracy odbyłoby się większym kosztem dla rodziny niż rezygnacja z aktywności zawodowej Nory) i normy społeczne: oboje zakładali, bo tak zostali wychowani, że matki mają z natury większe predyspozycje do wychowywania dzieci niż ojcowie.5
Na tym nie koniec komplikacji: nie zdawali sobie sprawy, że Nora przejmie wiele domowych obowiązków, które wcześniej wykonywał Andrew, po prostu dlatego, że będzie dłużej przebywała w domu. Ani że ilość prac domowych wzrośnie pięciokrotnie. Wyznaczyli sobie nowe specjalizacje, bazując głównie na spekulacji.
- Wszystkie moje znajome, które zostały w domu z dziećmi, mówiły, że domowe obowiązki stały się ogromnym źródłem konfliktów z mężem, bo zmienił się układ sił i równowaga została zaburzona - stwierdziła Nora. - Z nami było tak samo. Andrew zarabiał, to on spłacał hipotekę. Chociaż nigdy nie powiedział tego wprost, wydawało się oczywiste, że skoro ja jestem w domu, to ja sprzątam, gotuję, piorę.
PO LUDZKUSpekulacja
Zły pomysł. W świecie finansów spekulantami nazywa się osoby, które chcą w łatwy sposób osiągnąć szybki zysk. (Silikonowe gumki są modne? Kupmy sto tysięcy!) Problem ze spekulacją polega na tym, że zwykle nie opiera się na drobiazgowych badaniach, dalekowzrocznym myśleniu czy nawet na faktach. Opiera się na założeniach - optymistycznych założeniach.
Małżeństwo to jedno z największych przedsięwzięć spekulacyjnych. Nie ma przekonujących powodów, by sądzić, że się opłaci - mniej więcej połowa wszystkich małżeństw nie przynosi oczekiwanych korzyści - ale i tak się na nie decydujesz, mając nadzieję, zakładając, stawiając na to, że należysz do tych 50 procent, którym przyniesie oczekiwane korzyści. Sęk w tym, że szanse na sukces masz tylko wtedy, kiedy traktujesz swoje małżeństwo jak długoterminową inwestycję i przetrzymujesz trudne czasy, kiedy zyski nie rosną, a akcjonariusze się buntują.
Teoretycznie Nora to akceptowała. W praktyce od razu zaczęły się napięcia. Zazwyczaj udawało jej się uporać z całą robotą, ale wystarczyła choroba jednego dziecka albo jeden dzień wolny od szkoły i cały jej starannie obmyślony system się walił. Ledwie Andrew pokazał się w drzwiach, już żądała od niego pomocy.
- Stałam się wiecznie zrzędzącą jędzą - przyznała.
Nora uznała, że ma za dużo na głowie, a żadne z zajęć nie przynosi jej szczególnej satysfakcji. Ponieważ musiała nakarmić dzieci przed siódmą, kiedy wracał do domu Andrew, codziennie robiła dwa obiady: jeden dla dzieci i jeden dla dorosłych. Skoro i tak prała ubrania dzieci, dorzucała też rzeczy swoje i Andrew - a potem je składała i chowała do szaf. Robiła teraz zakupy dla pięciu osób, zajmowała się planami towarzyskimi dzieci - wcześniej nawet jej się nie śniło, ile czasu to zajmuje - odstawiała rzeczy na miejsce, po czym chowała je ponownie, kiedy znów ktoś je wyjął, a nawet przyszywała brakujące guziki. Przyszywanie guzików - czyżby to były wczesne lata pięćdziesiąte?
Problem: zawodność rynku
System, który Nora i Andrew wprowadzili, właściwie bez wcześniejszego przedyskutowania, opierał się na następującej zasadzie: wartość zajmowania się przez Norę domem i dziećmi jest równa wartości wypłaty Andrew. On pracował poza domem w zamian za jej pracę w domu i vice versa.V
Ale kiedy Nora czuła coraz większy żal, że tyle rzeczy spada na jej barki - a nie udawajmy, że prace jej i Andrew były choć w pewnym stopniu równoważne - ich system wymiany towarów i usług (ich rynek) znalazł się na skraju załamania. Czyli, jak byśmy powiedzieli w żargonie ekonomicznym: ich rynek zaczynał zawodzić. Jedną z oznak zawodności rynku było to, że Nora prawie zawsze była w złym nastroju, prawie cały czas zachowywała się jak "wiecznie zrzędząca jędza".
Kiedy rynek zawodzi, ekonomiści mówią czasem: to nie wina rynku, tylko braku rynku.
Steven Landsburg, ekonomista z Uniwersytetu w Rochester, podaje przykład fabryk zanieczyszczających środowisko. Jeśli zostawimy je wolnemu rynkowi, twierdzi Landsburg, będą nadal zanieczyszczać powietrze, ze szkodą dla środowiska i okolicznych mieszkańców. Ale czy świadczy to o zawodności wolnego rynku, czy też o tym, że nie powstał rynek czystego powietrza? Jeśli takiego rynku nie ma, nie można pobierać opłat za zanieczyszczanie powietrza, co oznacza, że właściciele fabryk nie mają motywacji, żeby używać czystych paliw. Stwórzmy rynek powietrza, nałóżmy opłaty za jego zanieczyszczanie, a właściciele fabryk będą mieli motywację, żeby albo nie zanieczyszczać, albo płacić za przywilej zanieczyszczania. "Nieefektywność wynika z braku rynku - pisze Landsburg. - Wszędzie tam, gdzie pojawia się nieefektywność, można śmiało stawiać na to, że gdzieś w tle czai się (czy też dokładniej: właśnie się nie czai) brakujący rynek"6.
W małżeństwie Nory i Andrew, tak jak w wielu innych, nie istniał właściwie rynek wychowywania dzieci. W przeciwieństwie do domowych obowiązków, którymi - po oszacowaniu ich wartości - tak bezproblemowo się podzielili, kiedy jeszcze mieszkali tylko we dwoje, nigdy nie omówili ani nie wycenili niekończącej się pracy związanej z dziećmi. I dlatego ich podział pracy przestał mieć sens.
Dziesięć oznak zawodności rynku małżeńskiego
Przepalone żarówki w kuchni, niezmienione od sześciu tygodni. Większe zainteresowanie robieniem pompek niż seksem. Butelka wina. Na osobę. Co wieczór. Wał powstały pośrodku łóżka i pościel, która nie była prana od ostatniej obowiązkowej sesji miłosnych igraszek, czyli od siedmiu miesięcy. Kłopoty z podjęciem decyzji, zwłaszcza w kwestii tego, co zjeść na obiad, co robić w piątek wieczorem, czy iść do łóżka o wpół do dziesiątej, czy o dziewiątej czterdzieści pięć. "Oponka", męskie cycki, włosy łonowe, które można zapleść w warkoczyki. Chęć wybrania się w sobotę do dentysty. Kolejna próba zagłębienia się w lekturę Braci Karamazow, by odeprzeć zaloty partnera. Nagłe zainteresowanie korzenioplastyką. Uwiąd duszy.Rozwiązanie: efektywniejszy rynek
Nora i Andrew mieli kilka wyjść. Pierwsze: mogli zatrudnić nianię, a Nora mogłaby wtedy wrócić do pracy. Drugie: Nora mogła wrócić do pracy, a Andrew zostać w domu z dziećmi. Trzecie: obydwoje mogli pójść do pracy na pół etatu i podzielić się obowiązkami związanymi z wychowywaniem dzieci. Wszystkie te opcje oznaczałyby jednak niższy dochód rozporządzalny, a żadnemu z małżonków taka perspektywa się nie uśmiechała.
Czwartym - i naszym zdaniem lepszym - wyjściem było trzymanie się przez Norę i Andrew dotychczasowych ról, ale przy jednoczesnym stworzeniu rynku, lub rynków, niektórych określonych zadań wchodzących w zakres obowiązków Nory. Wymagało to wycenienia tych zadań, a następnie dokonania wymiany z Andrew na rzeczy o podobnej wartości. Na przykład, jak stwierdziła Nora, tydzień robienia zakupów żywnościowych, gotowania i prania dla pięciu osób jest wart co najmniej jednego wieczoru spędzonego w kinie albo na spotkaniu ze znajomymi - na te dwie rzeczy w ogóle nie miała teraz czasu. Andrew mógł wrócić jednego dnia wcześniej, a ona miałaby wolne.
- Musiałam nauczyć się jaśniej mówić, czego potrzebuję - powiedziała nam Nora. - A kiedy się nad tym zastanowiłam, okazało się, że wcale nie potrzebuję tak wiele. Wystarczyło: "Hej, Andrew, w sobotę spotykam się z taką a taką przyjaciółką, więc musisz być w domu".
Takiej ceny była skłonna zażądać od Andrew za swoje usługi szefowej działu obowiązków domowych. Jak się okazało, tę cenę Andrew był gotów zapłacić ze śpiewem na ustach. Dzięki takiej wymianie stali się efektywniejszym zespołem.
Nawiasem mówiąc, przez pojęcie "efektywny" rozumiemy specyficzny rodzaj efektywności ekonomicznej, zwany efektywnością Pareta (lub "w sensie Pareto"), który nieco się różni od potocznego znaczenia tego słowa. Sytuacja efektywna w sensie Pareto to taka, w której nikomu nie może się polepszyć, żeby jednocześnie komuś innemu się nie pogorszyło. Nie jest może idealna, ale optymalna na tyle, na ile to możliwe w danych okolicznościach. Jeśli zadowolenie jednej strony może wzrosnąć bez zmniejszania zadowolenia drugiej, to sytuacja nie osiągnęła jeszcze optimum Pareta.
Vilfredo Pareto: człowiek, który kochał koty
Termin "efektywność Pareta" pochodzi od nazwiska włoskiego ekonomisty z końca XIX wieku, Vilfreda Pareta. Był jednym z twórców mikroekonomii, ale jeśli chodzi o miłość, wykazał się znacznie mniejszym geniuszem. Jego pierwsza żona odeszła z ich kucharzem.7 Z drugą mieszkał w willi, w której oprócz nich żyło ponad dwadzieścia angorskich kotów.8 To nie żona dawała mu natchnienie, tylko koty, które siadały mu na ramieniu, kiedy pracował.
Wyobraźmy sobie, że jemy na spółkę dużą pizzę, którą postanawiamy podzielić na pół: po cztery kawałki dla każdego. Po zjedzeniu trzech kawałków czuję się najedzona. Ty zjadasz swoje cztery i nadal jesteś głodny. Czy powinnam oddać ci kawałek, który mi został? Jeśli go zatrzymam, ty będziesz głodny, a ja nie będę bardziej zadowolona, niż już jestem. Teoretycznie zatrzymanie przeze mnie ostatniego kawałka jest najzupełniej fair, bo dotrzymujemy naszej pierwotnej umowy fifty-fifty. Ale nie jest efektywne. A to dlatego, że istnieje możliwość podniesienia twojego zadowolenia bez zmniejszania mojego - przekazanie ci mojego ostatniego kawałka. Kiedy ci go oddam, osiągniemy efektywność w sensie Pareto.
Pary często dzielą się obowiązkami, nie myśląc o takiej efektywności. Obstają przy danym systemie, nawet jeśli można go w prosty sposób zmienić, tak by jedno z nich lub oboje byli bardziej zadowoleni, bez pomniejszania zadowolenia drugiego.
Nora i Andrew tkwili w takim właśnie systemie. W rezultacie Nora czuła się przepracowana i pełna urazy, a Andrew - sfrustrowany i skołowany zachowaniem żony.
- Zawsze chciałem wypracować z nią jakiś sposób rozwiązywania problemów, tylko nie miałem pojęcia, czego ona chce. Mówiła mi, żebym położył dziecko do łóżka, a za chwilę wyrzucała mnie z pokoju, żądając, żebym dał jej to zrobić - powiedział nam Andrew. - O co ci chodzi, dziewczyno?
Dla Nory odpowiedź na to pytanie nie dotyczyła wcale usypiania dziecka, ale tego, że potrzebowała więcej czasu dla siebie.
- Dopóki to ja jestem tą osobą, która siedzi w domu, nigdy nie będziemy mieć podziału fifty-fifty - przyznała Nora. - Ale nadal może to być podział, który oboje uznajemy za sprawiedliwy.
Nie trzeba się dzielić obowiązkami pół na pół, żeby wszyscy byli zadowoleni. Może to być proporcja sześćdziesiąt do czterdziestu, siedemdziesiąt do trzydziestu czy nawet dziewięćdziesiąt dziewięć do jednego, w zależności od osób, sytuacji oraz gotowości do odłożenia kalkulatora i zastosowania metod, które rzeczywiście się sprawdzają, zamiast sposobów, które naszym zdaniem działać powinny.
Na grząskim gruncie prac domowych dążenie do osiągnięcia efektywności Pareta jest kolejnym sposobem na dokonanie ponownego podziału obowiązków, by żyć długo i szczęśliwie (przynajmniej do czasu, kiedy życie znów cię zaskoczy - na przykład kolejnym dzieckiem). Nora i Andrew, tak jak Eric i Nancy, spełnili marzenie każdego ekonomisty: wytworzyli nowe zasoby - w tym przypadku czas wolny dla Nory i spokój w domu - tam, gdzie wydawały się one ograniczone.