Wstęp
W 2017 roku urodziłam syna, jednak tuląc go w ramionach, na moich barkach spoczął jeszcze jeden ciężar - kryzys wieku średniego. Nagle dwugodzinny dojazd z naszego domu w Nowym Jorku na Uniwersytet Pensylwanii, dotąd niewygodny, ale znośny, stał się koszmarem. Moje małżeństwo, które wcześniej wydawało się niedoskonałe w ten zwyczajny, niemal uroczy sposób, zaczęło się rozpadać. W pracy dostawałam coraz więcej odmów i nie mogłam pozbyć się wrażenia, że moi koledzy - niektórzy ubiegający się o stałe zatrudnienie wiele lat przede mną - po prostu mieli więcej czasu. W innych obszarach też nie czułam, żebym stanęła na wysokości zadania: nieustannie porównywałam się z innymi - ich domy były ładniejsze, ich dzieci lepiej ubrane, a oni sami zdawali się mieć więcej czasu, by godzić macierzyństwo, pracę i całe to życie pomiędzy. Najtrudniejszy był chyba okres remontu torów mojej linii kolejowej - spędzałam sześć godzin dziennie w dojazdach, a tylko cztery w biurze. Odciągałam pokarm w pociągowej toalecie, płacząc, że znowu nie zdążę położyć syna spać. Miałam wrażenie nie tylko, że nie mam "wszystkiego, czego potrzeba", ale że nie mam niczego: ani kariery, o jakiej marzyłam, ani szczęśliwego życia rodzinnego, którego pragnęłam. Nie byłam już nawet tą samą osobą co kiedyś - tą, która podróżowała, śmiała się i czerpała radość z życia. Byłam po prostu Strasznie. Nieustannie. Zmęczona.
To mantra, którą słyszę bez przerwy z ust pracujących kobiet - czują się, jakby nieustannie żonglowały, a kolejne piłki wciąż wypadały im z rąk. Jedna z moich znajomych prawniczek powiedziała mi, że jej życie sprowadza się do trzech rzeczy: pracy, macierzyństwa i snu. "Jestem tak zmęczona - mówi - tak zajęta, że nie mam czasu na nic. A jednocześnie nie stać mnie na to, żeby zarabiać mniej, więc nie mogę odejść z korporacyjnej kancelarii". Inna przyznaje, że jest tak wypalona, że przestała czerpać radość z pracy, którą kiedyś tak kochała, łapie się na tym, że warczy na męża i nie jest taką mamą, jaką chciałaby być dla swoich dzieci. Kiedy zbliża się Dzień Matki, jej największym marzeniem nie jest świętowanie, lecz odpoczynek... z dala od rodziny. Jeszcze inna młoda mama, której kariera dynamicznie się rozwija, mówi: "Nie biegałam od czterech lat, odkąd urodził się mój syn". Słysząc to, trudno nie zauważyć kontrastu - zwłaszcza że chwilę wcześniej jej mąż opowiadał, że codziennie pływa przez godzinę.
Te kobiety są utalentowane, kompetentne i zdeterminowane. Jak to możliwe, że znalazły się w sytuacjach tak trudnych, przytłaczających i pozornie nie do ogarnięcia? I jak to się stało, że ja również się w niej znalazłam?
Nie tylko one próbują odnaleźć się w świecie, który często zdaje się działać na ich niekorzyść. Podczas jednego z moich dyżurów studentka zapytała mnie: "Czy powinnam zerwać z chłopakiem? Prawie nie angażuje się w obowiązki domowe, a przecież nie mamy jeszcze dzieci - czy potem będzie tylko gorzej?". Inna mówi z niepokojem: "Chcę mieć taką karierę, o jakiej marzą moi koledzy. Ale wiem też, że chcę mieć dzieci. Jeśli zostanę matką, czy wszyscy uznają, że nie traktuję swojej kariery poważnie?". Jej koleżanka z grupy odpowiada: "Ja właściwie nigdy nie chciałam mieć dzieci", po czym dodaje: "Tylko czy da się to jakoś zakomunikować szefom, żeby nie zaczęli traktować mnie inaczej niż mężczyzn?".
Choć nie są to pytania, z którymi mierzy się większość profesorów ekonomii, dla mnie są codziennością. Moje badania koncentrują się na decyzjach kształtujących życie kobiet oraz na ekonomicznych i społecznych ograniczeniach, z jakimi muszą się one mierzyć, podejmując je. Rozmawiam o tym ze studentami na zajęciach, więc nasze spotkania w moim gabinecie rzadko kończą się na omówieniu kolejnego zadania. Studenci - zarówno na poziomie licencjackim, jak i magisterskim - często przychodzą po radę dotyczącą własnych wyborów życiowych. Tym bardziej uderzające było dla mnie uświadomienie sobie, że sama w pewnym momencie tak bardzo zboczyłam z kursu we własnym życiu.
Wydostanie się z tego mrocznego miejsca - z tej metaforycznej toalety w pociągu, w której czułam się uwięziona - pozwoliło mi spojrzeć na badania, którymi zajmowałam się od czasów doktoratu na Uniwersytecie Columbia, z innej perspektywy. Zaczęłam zastanawiać się nie tylko nad niewidzialnymi siłami ekonomicznymi kształtującymi życie kobiet, lecz także nad tym, jak możemy świadomie układać swoje życie - zarówno w ich ramach, jak i wbrew nim. A pytania i prośby o radę wciąż napływały - nie tylko od studentów, ale i od koleżanek, które próbowały odnaleźć się w zawiłościach kariery, związków, decyzji o rodzicielstwie i wielu innych obszarach życia.
W niniejszej książce chcę poruszyć przed szerszą publicznością tematy, które od lat są ważne zarówno dla mnie, jak i wszystkich kobiet w różnym wieku i z różnych środowisk. Chcę, żebyście wiedziały, że jesteście widziane i że nie jesteście same w mierzeniu się z tymi wyzwaniami. I że nie robicie nic złego - choć społeczeństwo potrafi skutecznie wmówić nam coś przeciwnego. Przyjrzymy się temu, jak wiele naszych systemów społecznych i norm w miejscu pracy powstało bez uwzględnienia potrzeb kobiet - a czasem wręcz po to, by je wykluczać. Ale dam wam też konkretne, oparte na badaniach narzędzia, z których możecie korzystać już teraz, by odzyskać poczucie sprawczości i poprawić jakość swojego życia, nawet jeśli równolegle toczy się dłuższa walka o zmiany systemowe. Na poziomie osobistym ta praca zaczyna się od zatrzymania się i zadania sobie kilku kluczowych pytań: co naprawdę oznacza dla mnie lepsze życie, co w dłuższej perspektywie przyniesie mi najwięcej szczęścia i poczucia bezpieczeństwa oraz czy jestem gotowa porzucić ideę "posiadania wszystkiego", do której zostałyśmy uwarunkowane. Bo choć brzmi to kusząco, w praktyce często oferuje jedynie pozorne lub krótkotrwałe korzyści - w zamian za ogromny koszt czasu, energii i stresu.
Wpojono nam przekonanie, że optymalizacja życia polega na robieniu jak największej liczby rzeczy w ciągu dnia albo na posiadaniu jak największej liczby dóbr. Ja jednak uważam, że naprawdę dobre decyzje to te, za które twoje przyszłe "ja" - za pięć, dziesięć czy dwadzieścia lat - będzie ci najbardziej wdzięczne. Moje badania pokazują, jak wiele dodatkowych czynników kobiety muszą brać pod uwagę, próbując zbudować szczęśliwą przyszłość. Z powodu kilku biologicznych uwarunkowań oraz licznych nierównych norm kulturowych i instytucjonalnych mężczyźni po prostu nie mierzą się z takim samym poziomem złożoności i potencjalnych konsekwencji przy podejmowaniu kluczowych decyzji życiowych - takich jak wybór wykształcenia, ścieżki kariery, decyzja o małżeństwie i/lub dzieciach, zakończenie nieudanego związku czy nawet wybór miejsca do życia.
A jednak większość konwencjonalnych porad dla kobiet wciąż sprowadza się do jednego: mamy naginać się do korporacyjnych i kulturowych standardów, które po prostu nie odpowiadają naszej rzeczywistości. Skup się na karierze. Przestań przepraszać. Łącz nawyki. Miłe dziewczyny nie zasiadają na fotelach dyrektorów. Półki na lotniskach uginają się od książek, które uczą kobiety, jak odnieść sukces w biznesie - zmieniając swoje podejście, podejmując "lepsze" decyzje, znajdując właściwy styl. Jeśli nie jesteś zadowolona ze swojej kariery albo życia, ukryty przekaz jest prosty: zawsze możesz zacisnąć zęby, zmienić nastawienie i pracować jeszcze ciężej.
Odrzucam założenie, że przeszkodą stojącą między kobietami a lepszym życiem - a nawet zwykłym poczuciem szczęścia - jest nasza rzekoma niezdolność do włożenia wystarczającego wysiłku w to, by mieć wszystko i robić wszystko. W tej książce proponuję inne, bardziej radykalne ramy myślenia o życiu kobiet - i o tym, jak je uformować, by były bardziej korzystne: uznać kobiety za pełnoprawne podmioty ekonomiczne i podejmować decyzje z uwzględnieniem rzeczywistych ograniczeń, z którymi się mierzymy. Co to oznacza w praktyce? Że te same modele, których ekonomiści używają do badania ludzkich zachowań, powinny być stosowane również do analizy doświadczeń kobiet. Oznacza to spojrzenie na kobiety jak na racjonalne jednostki, które robią wszystko, co w ich mocy, by optymalizować swoje życie - nawet w świecie, w którym możliwości są ograniczone, a szanse często działają na ich niekorzyść, niezależnie od tego, jak ciężko pracują i jak bardzo się starają. Ta książka stawia więc inne pytanie: co by się zmieniło, gdybyśmy przestali zakładać, że trudności w życiu kobiet wynikają z ich wyborów, a zaczęli dostrzegać strukturalne, ekonomiczne i biologiczne czynniki, które te wybory kształtują i ograniczają?
Kobiety stoją dziś w obliczu przeciążeń, których nie da się długofalowo udźwignąć - zarówno czasowych, jak i finansowych. W dużej mierze wynika to z faktu, że zmiany ekonomiczne doprowadziły do sytuacji, w której role płciowe zaczęły się wyrównywać w pracy, ale nie w domu. Kiedyś podział obowiązków w małżeństwie był jasno określony i społecznie utrwalony - jedna osoba zarabiała, druga zajmowała się domem. Wejście kobiet na rynek pracy rozbiło ten uporządkowany model. W teorii miało to oznaczać bardziej sprawiedliwy podział obowiązków i szans - zarówno zawodowych, jak i domowych. W praktyce jednak ta obietnica nie została spełniona. W pracy to, co początkowo wyglądało jak rewolucja - kobiety zaczęły zarabiać, awansować i zwiększać swoją obecność na wyższych stanowiskach - z czasem wyhamowało: wzrost wynagrodzeń się zatrzymał, a procent kobiet na najwyższych szczeblach zarządzania przestał rosnąć. W domu natomiast niewiele się zmieniło - to kobiety nadal wykonują większość obowiązków, niezależnie od tego, czy zarabiają więcej, czy mniej od swoich partnerów. Uwierzono w wizję "posiadania wszystkiego" - kariery i życia rodzinnego - ale dla wielu kobiet oznacza ona dziś przede wszystkim jedno: chroniczne wyczerpanie.
Jako ekonomistka uważam, że uzasadnienie wielu naszych decyzji można sprowadzić do jednego prostego pytania: czy to się opłaca? Kiedy przyjmujesz pracę, wchodzisz w małżeństwo czy decydujesz się na dzieci, zawierasz pewien "układ". W ramach każdego z nich inwestujesz swój czas, pieniądze i wysiłek w zamian za oczekiwane korzyści. Razem te wszystkie wybory - ze swoimi zyskami i kosztami - składają się na doświadczenie twojego życia.
W pracy sytuacja finansowa kobiet zbyt często pozostaje gorsza niż sytuacja mężczyzn: zniechęca się je do wybierania najlepiej opłacanych ścieżek, zwłaszcza w branżach związanych z technologią, nauką i analizą danych, częściej kieruje na mniej prestiżowe stanowiska, obciąża zadaniami, które rzadko przekładają się na awans, doświadczają dyskryminacji w procesach rekrutacji i rozwoju[1], a w momencie zakładania rodziny częściej niż mężczyźni są zmuszone ograniczyć aktywność zawodową lub zmienić ścieżkę kariery. W efekcie wiele z nich w połowie życia zawodowego odkrywa, że - mimo porównywalnych kompetencji i wysiłku - zarabia wyraźnie mniej niż ich koledzy.
W przeszłości dawny "kontrakt małżeński" był może niedoskonały, ale przynajmniej klarowny: jedna osoba odpowiadała za dochód, druga za funkcjonowanie gospodarstwa domowego. Dziś, choć kobiety w coraz większym stopniu przejmują odpowiedzialność finansową, nie towarzyszy temu proporcjonalna zmiana po stronie mężczyzn w zakresie obowiązków domowych. W praktyce oznacza to, że nawet w parach, w których kobieta jest główną żywicielką, to ona nadal bierze na siebie większą część codziennych prac domowych[2].
Zbyt długo oczekiwano od kobiet, że będą godzić się na niesprawiedliwe, obciążające i w zasadzie nie do utrzymania układy - zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym - a następnie "nadganiać" wszystko większym wysiłkiem, lepszą organizacją, a gdy to zawodzi, kolejnymi formami "dbania o siebie". To jednak nie działa. Dobrostan i zdrowie psychiczne kobiet wyraźnie się pogarszają. Oznaki przeciążenia widać na całym świecie i we wszystkich grupach społeczno-ekonomicznych. Nie możemy dalej podążać tą drogą. Coś musi się zmienić.
Jeszcze zanim pandemia zatarła granice między pracą a życiem prywatnym, znalezienie równowagi między tymi sferami od dawna było dla kobiet wyzwaniem. Pragniemy jednocześnie produktywności i poczucia sensu, bliskości i sukcesu, a także czasu wolnego, który pozwala cieszyć się życiem, na które tak ciężko pracujemy. Badanie nad dążeniem do szczęścia i spełnieniem od lat stanowi domenę psychologii behawioralnej, a liczne bestsellery zachęcają nas do "programowania" podświadomości poprzez architekturę wyboru czy do bardziej świadomego łączenia intuicji z analitycznym myśleniem. Jednocześnie choć ogromne zasoby poświęcono zrozumieniu, jak ludzie popełniają drobne błędy decyzyjne - w banku czy sklepie - znacznie mniej uwagi skierowano na to, w jaki sposób najważniejsze decyzje życiowe, zwłaszcza w przypadku kobiet, są kształtowane przez głęboko zakorzenione mechanizmy, które często sprawiają, że mimo przekonania, iż działamy właściwie, kończymy wyczerpane i niespełnione. Wchodzimy w "układy", kierując się tym, co w danej chwili wydaje się słuszne - angażujemy się w wymagającą pracę, bierzemy na siebie dodatkowe obowiązki, by pomóc bliskim - nie skupiając się na tym, by dokładnie przemyśleć długofalowe konsekwencje tych wyborów.
Chcę przyjrzeć się temu, jak możemy poprawić nasze życie, stosując podejście oparte na dowodach. Mam zamiar dokładnie analizować "drobny druk" każdego zawieranego przez nas układu i zastanowić się, dlaczego tak często podejmujemy decyzje, które wydają się słuszne w danej chwili, ale nie wspierają naszych długoterminowych celów. Częścią tej analizy jest zrozumienie, w jaki sposób miłość i troska - jako siły ewolucyjne - wywierają szczególnie silny wpływ na kobiety, działając podobnie jak "pokusy" i "uprzedzenia", które sprawiają, że ludzie podejmują nieoptymalne decyzje finansowe.
Wiem, że nie brzmi to tak prosto, jak mogłoby się wydawać. Choć zawsze byłam dumna z tego, że w swoich badaniach stosuję niezwykle racjonalne podejście do modelowania decyzji kobiet i skrupulatnie analizuję dane, w moim własnym życiu znalazłam się w wyjątkowo niekorzystnej sytuacji. Pracowałam ponad miarę, skupiając się na każdej jednej rzeczy - próbując wycisnąć maksimum z czegoś, co niewiele mogło już dać. Im bardziej byłam nieszczęśliwa, tym ciężej pracowałam - nad sobą, nad swoją karierą, nad swoim związkiem.
Musiałam dojrzeć do radykalnych zmian - w moim przypadku do zakończenia małżeństwa, przeprowadzki do Filadelfii i zamiany dwuipółgodzinnego dojazdu pociągiem na siedmiominutową podróż rowerem. W Filadelfii mogłam pozwolić sobie na większe mieszkanie, dzięki czemu zamieszkała ze mną współlokatorka au pair, co po raz pierwszy oznaczało realne wsparcie w opiece nad moim synem. Nawet gdy było już jasne, że moje małżeństwo się nie układa, tak bardzo bałam się perspektywy samotnego rodzicielstwa, że gotowa byłam akceptować rozwiązanie, które nie było dla mnie dobre. Tym większym zaskoczeniem okazało się to, że zamiast trudniej - stało się łatwiej. Miałam więcej czasu, więcej energii i nowe pomysły na pracę. Śmiem twierdzić, że byłam nawet bardziej wypoczęta - dane zresztą potwierdzają moje doświadczenie: rozwiedzione matki śpią więcej niż zamężne[3].
Kolejna zmiana, która nastąpiła po rozwodzie, miała jednak głębszy wymiar dla mojej tożsamości. W młodości spotykałam się z mężczyznami, ale nigdy nie czułam się w pełni "hetero". W trakcie małżeństwa zaczęłam coraz wyraźniej dostrzegać, jak bardzo dobijają mnie heteroseksualne role płciowe. Dlaczego to ja śledziłam szkolne wydarzenia, pisałam długie e-maile do opiekunki i szczegółowe instrukcje dotyczące zakupów czy przygotowywania posiłków, skoro dojeżdżałam do innego stanu i byłam główną żywicielką rodziny? To płeć w dużej mierze kształtowała decyzje, które wcześniej uważałam za w pełni własne. Po rozwodzie nie miałam ochoty ponownie wchodzić w relację z mężczyzną. Moja teoretyczna biseksualność ustąpiła miejsca bardziej określonej queerowej tożsamości. Zaczęłam spotykać się z kobietami.
Dwa lata po rozstaniu, mając zapewniony etat, siedziałam na słonecznym ganku, otoczona przyjaciółmi i sąsiadami, z synem radośnie biegającym z innymi dziećmi, i zastanawiałam się: dlaczego ekonomistka taka jak ja potrzebowała tyle czasu, żeby wynegocjować dla siebie dobre warunki w pracy i w domu?
Moja własna historia oraz historie innych kobiet zainspirowały mnie do napisania tej książki - chcę pomóc innym kobietom, aby z taką samą wytrwałością szukały dla siebie tylko tych dobrych "układów", z jaką my często dbamy o to, by wszystko właściwie działało dla wszystkich wokół. Chcę zachęcić cię, abyś przy podejmowaniu decyzji życiowych zaczęła myśleć jak ekonomistka. Oznacza to między innymi rozpoznanie swojej osobistej funkcji użyteczności - pojęcia używanego przez ekonomistów do opisania tego, że każda osoba ma własny, unikalny sposób definiowania i maksymalizowania życiowego "zysku", podobnie jak firma maksymalizuje zysk finansowy.
Czasem zachęcam moje studentki, by traktowały swoją użyteczność jak wynik w grze wideo, w której punkty przyznawane są w różnych kategoriach. Tylko ty wiesz, jak najlepiej zdobyć punkty i jakich umiejętności do tego użyć. Część z nich może wynikać z dochodów, ale z pewnością nie wszystkie. Często obserwuję, jak ludzie podejmują decyzje lub wchodzą w układy, które w dłuższej perspektywie prowadzą do niezadowolenia - albo skupiają się nadmiernie na jednej kategorii (jak zarobki czy poświęcanie się rodzinie), albo priorytetyzują rzeczy, które wydają się korzystne krótkoterminowo (bycie "najlepszym graczem zespołowym", zadłużanie się, by dorównać innym, czy trwanie w relacji, która nie daje wzajemności), ale nie przekładają się na realny przyrost "punktów" użyteczności w dłuższym czasie. Dotyczy to szczególnie kobiet, które często mierzą się z wyjątkową presją, by stawiać potrzeby innych ponad własną satysfakcję i trwałe poczucie szczęścia.
Chcę, aby ta książka oferowała możliwość zatrzymania się i zastanowienia, czy naprawdę zdobywasz "punkty", których pragniesz, opierając się na najgłębszych wartościach. Oznacza to, że zmiany, które wprowadziłam w swoim życiu, mogą być zupełnie inne niż te, które wybierzesz dla siebie - twoja funkcja użyteczności jest unikalna. Jednocześnie chcę podkreślić, że jeśli żyjesz w związku, warto grać do jednej bramki: mówię o tym, byś absolutnie nie czuła presji, aby wszystko rozwiązywać samodzielnie. Na przykład warto zadać sobie (i swojemu partnerowi lub partnerce) pytanie: czy jako rodzina możecie znaleźć sposoby na zwiększenie dochodów, aby stworzyć choć niewielki margines pozwalający "kupić" czas i odciążyć codzienność? Gdybyście mogli delegować niektóre obowiązki lub zadania innym, jakie nowe możliwości by się przed wami otworzyły? Istnieją też strategie odzyskiwania czasu nawet wtedy, gdy płacenie za pomoc nie wchodzi w grę: czy możecie wymieniać się zadaniami z przyjaciółkami i znajomymi, organizować wspólne dojazdy do pracy albo świadomie upraszczać codzienne życie, ograniczając liczbę spraw wymagających zarządzania? To właśnie tego rodzaju pytania ta książka pomoże ci sobie zadać - w zależności od tego, gdzie twój czas jest najbardziej ograniczony, a gdzie możesz odzyskać przestrzeń i więcej radości.
Niniejsza książka to mój przewodnik po tym, jak czerpać możliwie najwięcej szczęścia i satysfakcji z życia i kariery w świecie pełnym ograniczeń. To praktyczne wprowadzenie do tego, jak wykorzystywać najnowsze badania i dane do tworzenia strategii, które wzmacniają cię w każdej sferze. To także wezwanie do działania skierowane do firm, decydentów i wszystkich, którzy mają choć odrobinę wpływu - by podjęli trudniejsze wyzwanie zmiany ograniczeń, zamiast sięgać po łatwiejsze rozwiązanie, do którego często automatycznie zmierzamy: obarczanie winą kobiet. Książka redefiniuje ideę "posiadania wszystkiego", pokazując, czego naprawdę potrzebujesz i jak możesz to osiągnąć w rzeczywistości, która zbyt często nie sprzyja kobietom i skłania je do robienia więcej przy jednoczesnym zadowalaniu się mniej.
Ta publikacja nie jest przeznaczona wyłącznie dla kobiet pracujących w korporacjach - choć i te obszary będziemy poruszać - ani wyłącznie dla matek czy kobiet planujących macierzyństwo, chociaż wiele miejsca poświęcimy także łączeniu obowiązków rodzicielskich z innymi rolami. Ta książka jest dla każdej osoby, która próbuje odnaleźć równowagę w byciu kobietą w świecie zaprojektowanym z myślą o mężczyznach. Opiera się na badaniach prowadzonych na całym świecie - w Ameryce Północnej i Południowej, Azji, Europie, Afryce i Australii. Kierowana jest do kobiet działających w różnych środowiskach - medycynie, prawie, środowisku akademickim, technologii i biznesie, a także do tych pracujących w edukacji, ochronie zdrowia i wielu innych dziedzinach. To książka dla kobiet rozpoczynających karierę i szukających swojej drogi, jak i dla tych, które są w jej połowie i rozważają zmianę, gdy ich obecne miejsca pracy nie spełniają ich oczekiwań. Również dla kobiet, które myślą o relacjach lub dzieciach w kontekście planowania życia zawodowego, dla tych, które już mają dzieci i próbują ułożyć tę wymagającą układankę, oraz tych, których dzieci są już dorosłe i zastanawiają się, co dalej. Jest także dla kobiet poszukujących partnera, starających się budować trwały związek oraz dla tych, które przeszły przez rozwód. Na każdym z tych etapów kobiety mierzą się z wyjątkowymi ograniczeniami narzuconymi przez system ekonomiczny, który często nie docenia ich wkładu ani nie wspiera ich dobrostanu.
Na kolejnych stronach znajdziesz wiele frustrujących dowodów na istnienie sił, które utrudniają nam życie, ale nie zamierzam wmawiać ci, że to ty jesteś elementem wymagającym zmiany. Robisz więcej, niż powinnaś - tak naprawdę dźwigasz niemal wszystko. Zamiast tego podzielę się praktycznymi wskazówkami, jak radzić sobie z tymi ograniczeniami, i wyposażę cię w narzędzia, dzięki którym możesz uzyskać więcej tego, czego potrzebujesz: od swojego partnera, od swojego przełożonego i od samego systemu. Potraktuj tę książkę jak podręcznik ekonomii życia kobiety - mam tylko nadzieję, że będzie odrobinę bardziej przystępny i ciekawy niż typowy materiał dydaktyczny.
1Zarabiać na chleb i jeszcze go piec
Jako grupa kobiety są bardzo dobre w "sprawianiu, żeby się udało". Ludzie z natury są istotami adaptacyjnymi, ale kobiety - czyli my - radzimy sobie wyjątkowo dobrze. W obliczu trudności staramy się jeszcze bardziej. Znajdujemy magiczne drzwiczki, które otwierają przed nami drogę do kolejnych możliwości, opracowujemy kreatywne rozwiązania, jesteśmy w stanie wyczarować czas i przestrzeń tam, gdzie ich nie ma. To jak oszczędzanie na codziennej kawie, żeby uzbierać na wakacje, z tą różnicą, że tym, na czym oszczędzamy, jest nasze szczęście - nasze dusze. Chodzi o to, że kobiety, próbując dostosować się do bieżącej sytuacji, coraz częściej się załamują.
Nie jesteśmy jednak w stanie sprawić, by dzień cudownie się wydłużył, ani rozwiązać jednego z najbardziej uciążliwych problemów, które uprzykrzają nam życie: nie da się pogodzić pięćdziesięcio- czy nawet osiemdziesięciogodzinnej pracy zawodowej z pełnoetatowym prowadzeniem domu oraz - w przypadku matek - z ciężarem rodzicielstwa (i całej pracy emocjonalnej oraz mentalnej, która się z nim wiąże).
Oto - moim zdaniem - prawdziwa opowieść o ostatnich siedemdziesięciu latach przemian gospodarczych, które tak często przedstawia się jako radosną historię o wzmocnieniu pozycji kobiet i feministycznej rewolucji. Ja jednak dostrzegam w niej znacznie mroczniejszy wątek ukryty pod powierzchnią.
Rewolucja kobiet?
Między 1955 a 1985 rokiem udział kobiet w rynku pracy gwałtownie wzrósł, z 35 procent do 55%[4]. Dokładniej, udział zamężnych kobiet na rynku pracy podwoił się. Kobiety samotne już wcześniej miały wysoki wskaźnik udziału w rynku pracy. I tak naprawdę dotyczyło to również kobiet czarnoskórych, do czego wrócimy za chwilę. Zamężne białe kobiety nie uczestniczyły w rynku pracy w połowie XX wieku, w ramach układu, który ekonomiści nazywają "specjalizacją małżeńską", gdzie jeden z partnerów pracuje zawodowo, a drugi angażuje się w obowiązki domowe i wychowanie dzieci.
Słynny model ekonomiczny małżeństwa, za który Gary Becker otrzymał Nagrodę Nobla, zakłada, że dwie osoby tworzą gospodarstwo domowe, wykorzystując różne rodzaje efektywności[5]. Jednym z nich są korzyści skali, czyli fakt, że bardziej opłacalne jest, gdy dwie osoby sprzątają jeden salon i koszą jeden trawnik, niż gdy każda z nich dba o własny dom (i płaci za niego własny czynsz!). Drugim rodzajem jest specjalizacja. To możliwość skupienia się na jednym typie zadań i wykonywania ich wydajniej, zamiast dzielić czas między dwa obszary. W gospodarstwie domowym oznaczało to kiedyś, że jedna osoba pracowała zawodowo, a druga zajmowała się... wszystkim innym (tj. pracami i obowiązkami domowymi, wychowaniem dzieci, a nawet tym, co czasem nazywa się "ogarnianiem dorosłego życia"). W ekonomii ten rodzaj pracy określa się mianem produkcji domowej, co podkreśla, że wnosi ona do gospodarstwa domowego wartość przybliżoną do tej, którą wnosi wynagrodzenie.
W tym modelu osobą, która zazwyczaj pracowała zawodowo, był mężczyzna, a osobą koncentrującą się na produkcji domowej - kobieta. Uważam, że ten układ miał wiele wad, i nie opowiadam się za przywróceniem dawnego porządku społecznego. Warto jednak zauważyć, że dla wielu kobiet był on zarówno przywilejem, jak i aspiracją. W rzeczywistości kobiety uboższe oraz kobiety kolorowe zazwyczaj nie funkcjonowały w gospodarstwach domowych opartych na tym modelu, ponieważ ich rodziny po prostu nie mogły sobie pozwolić na utrzymanie się z jednej pensji. Tak więc choć niektóre aspekty tego rozwiązania były problematyczne, był to jednak określony układ - z jasno zdefiniowanymi zasadami - który zapewniał kobietom bezpieczeństwo finansowe, a często także znaczną ilość wolnego czasu.
Nasz model mentalny dla tego układu, lata 50. w USA, to szczególny moment w historii, gdy populacja urbanizowała się, powojenna gospodarka rozkwitała, pojawiały się nowe, oszczędzające czas technologie domowe - takie jak mleko modyfikowane dla niemowląt i odkurzacze[6] - co wszystko razem przekładało się na skrócenie czasu pracy kobiet. Zawsze z pewnym sceptycyzmem reaguję na twierdzenia, że kobiety "dopiero wtedy zaczęły pracować", bo przecież w każdej gospodarce agrarnej wykonywały one ogromną ilość pracy. Prace ekonomistek takich jak Valerie Ramey, a ostatnio Rachel Ngai, Claudia Olivetti i Barbara Petrongolo, idealnie to obrazują - historyczne badania wykorzystania czasu dokumentują, że kobiety na terenach wiejskich często pracowały nawet sześćdziesiąt godzin tygodniowo[7]. Jednak w latach 50. wśród miejskich, zamężnych białych kobiet to podział obowiązków był dominującym modelem ekonomicznym.
Robienie zakupów, gotowanie, papierkowa robota, sprzątanie domu, czekanie na elektryka, wyprowadzanie psa, oddawanie samochodu do naprawy, opłacanie rachunków, wychowywanie dzieci i niezliczone obowiązki, które się z tym wiążą - niektóre gospodarstwa domowe miały to szczęście, że mogły pozwolić sobie na pełnoetatową profesjonalistkę od zarządzania domem w roli żony, podczas gdy mąż mógł skupić się na karierze. Gdyby żywiciel rodziny musiał dodatkowo brać na siebie pracę w domu, miałby co najwyżej pracę, ale nie karierę. Dobrze płatne stanowiska wymagały "inwestycji w kapitał ludzki", co oznaczało pracę nocami i w weekendy oraz stałą dyspozycyjność - a to nie byłoby możliwe bez kogoś, kto dbałby o to, aby w domu wszystko działało jak w zegarku. Wymagające poświęcenia stanowiska zdominowały segment wysokich wynagrodzeń, gdy Ameryka i inne kraje rozwinięte przekształciły się w gospodarki oparte na usługach. Dziś jednak coraz rzadziej spotyka się "gospodynie domowe", które mogłyby przejąć ciężar domowych obowiązków.
Istnieje wiele teorii wyjaśniających, dlaczego zamężne (białe) kobiety zaczęły tak masowo wchodzić na rynek pracy w latach 60.: feminizm i zmiany kulturowe, rozwój technologii, spadek dyskryminacji, upowszechnienie antykoncepcji i liberalizacja prawa aborcyjnego, integracja płci w szkolnictwie wyższym - lista jest długa. Istniał jednak jeszcze jeden trend, który w równym stopniu napędzał tę zmianę, co podkreśla ekonomistka z Georgetown Mary Ann Bronson w przewrotnie zatytułowanym artykule Degrees Are Forever (tłum. "Dyplomy są wieczne"): usprawnienie procesów rozwodowych[8]. Wprowadzenie w wielu stanach USA przepisów o rozwodzie bez orzekania o winie oznaczało, że mężczyźni mogli odejść z małżeństwa, zabierając ze sobą swoją pensję (klasyczny przykład - mąż zakochujący się w sekretarce - został spopularyzowany właśnie w tym okresie, nie bez powodu). Żony mogły spędzić lata, inwestując w produkcję domową i wspierając karierę partnera, z której same nie mogły już skorzystać. Liczne badania pokazują, że w tym czasie kobiety po rozwodzie znajdowały się w znacznie gorszej sytuacji finansowej niż ich mężowie - zamiast korzystać z dochodów wspólnego gospodarstwa domowego, musiały polegać na zasądzonych przez sąd alimentach na dzieci i świadczeniach alimentacyjnych[9]. Jednym z powodów, dla których kobiety zaczęły wówczas podejmować pracę zawodową, była potrzeba zabezpieczenia się na przyszłość. Badania Bronson wskazują, że wzrost liczby kobiet zdobywających wyższe wykształcenie - ostatecznie przewyższających pod tym względem mężczyzn - nastąpił po wprowadzeniu przepisów o rozwodzie bez orzekania o winie. I nie dotyczyło to wyłącznie Stanów Zjednoczonych - w tym samym czasie liczba rozwodów gwałtownie rosła na całym świecie, podważając wcześniejsze poczucie stabilności małżeńskiej.
Wyobrażam sobie młode kobiety dorastające w przekonaniu, że nie chcą skończyć jak ciotki i przyjaciółki swoich matek - kobiety, które poświęciły "najlepsze lata" małżeństwu, a potem "zostały z niczym". Jak te, które spędzały niezliczone godziny na tworzeniu domu, wychowywaniu dzieci i pilnowaniu, by garnitur męża był zawsze świeżo wyprasowany, tylko po to, by w wieku czterdziestu lat rozważać pracę na pół etatu, podczas gdy on związał się z kimś piętnaście lat młodszym. Specjalizacja w produkcji domowej, podczas gdy tylko jeden małżonek buduje karierę, opłaca się tylko wtedy, gdy związek pozostaje nienaruszony. Badania Bronson pokazują, że młode kobiety nie chciały stawiać swojej przyszłości na szali i wolały wziąć ją w swoje ręce. W końcu dyplomy są wieczne.
Przetestowałam tę teorię, prowadząc - ponownie wspólnie z Jeanne Lafortune - własne badania, opublikowane w artykule zatytułowanym Collateralized Marriage (tłum. "zabezpieczone małżeństwo")[10]. Przedstawiamy w nim bezpośrednie dowody na to, że kobiety są bardziej skłonne specjalizować się w obowiązkach domowych, gdy ich małżeństwa dają im poczucie bezpieczeństwa. Sprzyja temu między innymi fakt, że w przypadku rozwodu amerykańskie prawo przewiduje podział majątku zgromadzonego w trakcie trwania małżeństwa. W warunkach rosnącej liczby spraw o alimenty na dzieci w związkach pozamałżeńskich oraz coraz łatwiejszego dostępu do rozwodu jest to jedno z nielicznych zabezpieczeń relacji, które można uzyskać wyłącznie poprzez zawarcie małżeństwa.
Wdrożenie przepisów dotyczących rozwodów jednostronnych było mieczem obosiecznym. Chociaż umożliwiły one kobietom odejście od przemocowych partnerów, z którymi nie dało się prowadzić wspólnego życia - jak udokumentowali ekonomiści Betsey Stevenson i Justin Wolfers, pokazując, że zmiana prawa rozwodowego zmniejszyła problemy ze zdrowiem psychicznym kobiet i obniżyła odsetek samobójstw - pozostawiły również kobiety, których mężowie chcieli odejść, w znacznie gorszej sytuacji finansowej[11]. Przed wprowadzeniem tych przepisów partner, który chciał rozwodu, musiał uzyskać zgodę drugiej strony, co często wiązało się z wypłatą pokaźnego odszkodowania. W serialu Mad Men problem ten dobrze zobrazowano w scenie, gdy mąż mówi żonie, że chce rozwodu, a ona odpowiada: "Wiem, ale będzie cię to słono kosztować", po czym on wyciąga książeczkę czekową. W przypadku rozwodu jednostronnego zgoda drugiej strony nie jest potrzebna - wystarczy, że jedna ze stron chce zakończyć małżeństwo, a para może albo osiągnąć ugodę finansową przez mediatora, albo powierzyć jej ustalenie sędziemu. Jeśli kobieta w trakcie trwania małżeństwa zainwestowała więcej czasu i środków w produkcję domową i wychowywanie dzieci, a w związku z tym mniej zarabiała, mało prawdopodobne jest, aby alimenty i świadczenia zasądzone przez sąd w pełni zrekompensowały tę różnicę.
Ale mając majątek do podziału, otrzymałaby jednorazową kwotę, która złagodziłaby ten cios. Jeśli wspólnym majątkiem jest dom, oprócz połowy uzyskanej z niego kwoty często przyznawano jej prawo do pozostania w nim do czasu, aż dzieci dorosną (podczas pisania tego artykułu odkryłyśmy świetny cytat przypisywany różnym komikom: "Po co komu żona. Można po prostu znaleźć kobietę, której się nie lubi, i oddać jej dom"). Dlatego małżeństwa z majątkiem, zwłaszcza z domami, nazywamy zabezpieczonymi, ponieważ są one umową z zabezpieczeniem finansowym. Wiem, wiem, bardzo romantyczne.
Następnie przyjrzałyśmy się różnicom między osobami, które w momencie zawierania małżeństwa były bardziej skłonne kupić dom - a więc budować majątek małżeński - a tymi, które częściej decydowały się na wynajem. Ponieważ rynki nieruchomości podlegają cyklom, część par zawierała małżeństwa w latach, gdy ceny domów w ich stanie były bardziej przystępne, co zwiększało prawdopodobieństwo zakupu własnego lokum. Wykorzystujemy tę zmienność cen, zamiast koncentrować się wyłącznie na tym, kto jest właścicielem, a kto najemcą, ponieważ pary same podejmujące taki wybór mogą różnić się pod wieloma względami. Nasze podejście pozwala natomiast porównać ich pod innymi względami, które różni przede wszystkim poziom cen nieruchomości, a tym samym odmienne prawdopodobieństwo posiadania domu.
Rozwijając naszą teorię, że "ubezpieczenie rozwodowe" ma znaczenie dla kobiet przy wyborze specjalizacji, odkryłyśmy, że pary posiadające nieruchomości częściej funkcjonowały w bardziej "tradycyjnym" podziale obowiązków. Ona pracowała krócej, zarabiała mniej i spędzała więcej czasu w domu. Mężczyźni w tych "zabezpieczonych" związkach pracowali więcej i osiągali wyższe dochody - kobieta przejmowała większą część obowiązków domowych, co pozwalało mu rozwijać karierę bez dodatkowego obciążenia.
W przypadku badanych przez nas par, które nie "wygrały na loterii cen nieruchomości" i były skazane na wynajem, zaobserwowałyśmy, że żony nie tylko pracowały więcej i osiągały wyższe dochody, lecz także poświęcały mniej czasu na rodzicielstwo oraz inne zadania związane z produkcją domową. Brak zabezpieczenia na wypadek rozwodu oznaczał, że musiały w większym stopniu same zadbać o swoje bezpieczeństwo finansowe - co już wcześniej sugerowała Mary Ann Bronson w swoim artykule.
Uważamy, że jest to jeden z powodów, dla których osoby z mniejszym majątkiem rzadziej wchodzą w związki małżeńskie (podczas gdy wskaźniki małżeństw wśród osób zamożniejszych, które mogą sobie pozwolić na "zabezpieczenie", pozostają wysokie) i częściej wybierają bardziej elastyczne podejście do płodności w związkach pozamałżeńskich. Małżeństwo oferuje dziś ludziom mniejszą wartość niż kiedyś. Pełni ono częściowo funkcję kontraktu chroniącego kobiety specjalizujące się w produkcji domowej, a kiedy rozwód może postawić je w niekorzystnej sytuacji, mają one większą motywację, by inwestować w pracę zawodową, a nie w dom i pośrednio w karierę męża. Rewolucja feministyczna była więc w pewnym sensie upadkiem tradycyjnej gospodarki małżeńskiej. Zamężne kobiety ruszyły do pracy, aby zdobyć własne źródło dochodu - pewne i dostępne niezależnie od tego, jak potoczą się ich losy.
Kiedy "wszystko, czego potrzeba" to zbyt wiele
Przez pewien czas - w latach 70. i 80. - wydawało się, że nowy porządek społeczny może się sprawdzić. Technologie oszczędzające czas w domu - od zmywarek przez gotowe mrożone posiłki po mikrofalówki do ich podgrzewania - ułatwiały wykonywanie prac domowych, jednocześnie pozwalając pracować w biurze, co skłoniło ekonomistów do nadania im przydomka Silniki Wyzwolenia[12]. Różnica w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn zaczęła się zmniejszać. Czy nadchodziła nowa przyszłość, w której mężczyźni i kobiety mogliby być równi zarówno w pracy, jak i w domu?
Niestety, lata 90. przyniosły zupełnie inny obraz sytuacji. Wskaźniki aktywności zawodowej kobiet ustabilizowały się, podobnie jak różnica w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn - nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale też w Wielkiej Brytanii, Australii, Francji, Korei Południowej i innych krajach. Po raz pierwszy produkcja domowa stała się trudniejsza, a nie łatwiejsza. Dlaczego? Jak udokumentowano w pracy Valerie i Gareya Rameyów The Rug Rat Race, rodzice - zwłaszcza matki, a w szczególności te z wyższym wykształceniem - zaczęli poświęcać dzieciom znacznie więcej czasu[13]. Między 1993 a 2003 rokiem liczba godzin spędzanych przez matki z wyższym wykształceniem z dziećmi wzrosła niemal dwukrotnie - z około dwunastu do ponad dwudziestu dwóch godzin tygodniowo. Ten czasochłonny i często obciążony poczuciem winy model wychowywania dzieci - codzienne rozmowy, karmienie piersią, noszenie w chuście, uczęszczanie na zajęcia dla maluchów, zawożenie na treningi, godziny spędzone w aucie, dowożąc dzieci na różne zajęcia dodatkowe - dosłownie nie istniał trzydzieści pięć lat wcześniej. W przeszłości całkowicie akceptowalne było podać dziecku butelkę, zostawić je w łóżeczku, wyjść na krótki spacer, a potem pozwolić maluchowi spędzać czas przed telewizorem. Wielu dorosłych z pokolenia X i milenialsów wspomina z nostalgią dzieciństwo, gdy swobodnie włóczyli się po okolicy aż do zachodu słońca, jedząc wszystko, co znaleźli w szafkach, i oglądając telewizję przez długie godziny. Oznaczało to, że ich rodzice - a głównie matki - byli gdzie indziej (czyt. mieli czas dla siebie).
Pamiętam, jak w 2012 roku czytałam viralowy artykuł Anne-Marie Slaughter w "The Atlantic" pod tytułem Why Women Still Can't Have It All (tłum. "Dlaczego kobiety wciąż nie mogą mieć wszystkiego") i z entuzjazmem przyjmowałam jego prawdziwość, próbując godzić konkurujące ze sobą wymagania w moim życiu. Tak wyraźne zaznaczenie trudności i sprzeczności, z jakimi mierzą się kobiety, ukształtowało sposób, w jaki od tamtej pory myślałam o idei posiadania "wszystkiego, czego potrzeba": być może pokolenie przed nami, które widziało poświęcenie jako drogę do sukcesu, się myliło. Ale istniała też siła strukturalna, która z biegiem czasu uległa zmianie - coś, co Slaughter odczuła bardzo osobiście, gdy zdecydowała się opuścić Waszyngton, by wesprzeć swojego nastoletniego syna. Zmieniło się bowiem to, ile czasu rodzice poświęcają dziś opiece nad dziećmi[14].
Rys. 1. Zmiany w sposobie wykorzystania czasu przez kobiety i mężczyzn na przestrzeni lat (osoby w wieku 25-45 lat)
Źródło: Badanie panelowe Panel Study of Income Dynamics (praca zarobkowa i prace domowe); badanie American Heritage Time Use (opieka nad dziećmi); kobiety i mężczyźni w wieku 25-45 lat[15].
Korzystając z danych Panel Study of Income Dynamics dotyczących zmian w czasie pracy zarobkowej i prac domowych oraz z American Time Use Study - ogólnokrajowego, reprezentatywnego badania dzienników aktywności - przeanalizowałam zmiany w czasie poświęcanym na opiekę nad dziećmi i opracowałam własne wykresy (zaprezentowane powyżej). Wynika z nich, że w przypadku kobiet wzrost liczby godzin przeznaczanych na pracę zawodową (z około dwudziestu do około trzydziestu tygodniowo) niemal dokładnie równoważy spadek czasu poświęcanego na prace domowe (z około dwudziestu pięciu do około piętnastu godzin), jednak w tym bilansie nie widać rosnącego czasu przeznaczanego na opiekę nad dziećmi (a to średnia dla wszystkich kobiet, w przypadku matek wzrost byłby jeszcze wyraźniejszy).
Jak pokazują Ilyana Kuziemko i współautorzy, którzy ukuli pojęcie The Mommy Effect, kobiety wchodzące na rynek pracy w latach 2000., mając około trzydziestu lat, pracowały mniej, niż jako nastolatki i młode dorosłe przewidywały, że będą pracować, a jednocześnie odkrywały, że rodzicielstwo jest znacznie bardziej wymagające, niż było wśród pokolenia ich matek[16]. Wychowywały się w przekonaniu, że ich matki rzeczywiście miały "wszystko, czego potrzeba", więc zakładały, że im również się to uda. Tymczasem zamiast epoki mleka modyfikowanego i obiadów przed telewizorem same zostały matkami w świecie przedłużonego karmienia piersią, limitów czasu ekranowego i intensywnego zaangażowania rodzicielskiego, w którym zabawa z dzieckiem na podłodze, mówienie do niego dwóch tysięcy słów na godzinę, wspólne odrabianie lekcji przy kuchennym stole i zapisywanie na niezliczone zajęcia dodatkowe oznaczały, że coraz większej części pracy wychowawczej nie da się po prostu zlecić. Dzieci w nowym modelu wymagały inwestycji w "budowanie kapitału ludzkiego": grupowa opieka, w której dwadzieścioro dzieci ogląda telewizję, mogła być dostępna dla większości rodzin, ale indywidualna opieka z wykształconym opiekunem już nie. To swoisty paradoks: w momencie gdy załamała się struktura specjalizacji, która wcześniej dawała kobietom czas na inwestowanie w produkcję domową, rodzicielstwo stało się nieporównanie bardziej intensywne. Być może system ten nadal mógłby działać, gdyby - zgodnie z feministyczną wizją przyszłości - partnerzy rzeczywiście przejęli połowę rosnących obowiązków domowych, w praktyce jednak, choć role kobiet i mężczyzn zbliżały się do siebie na rynku pracy, w domu ta konwergencja nie nastąpiła.
Specjalizacja oznacza, że jedna osoba wykonuje pracę zawodową, a druga zajmuje się produkcją domową, więc wraz ze wzrostem siły nabywczej kobiet mężczyźni powinni wykonywać więcej prac domowych. Zamiast tego dane pokazują, że chociaż wiele kobiet zarabia obecnie tyle samo - lub więcej - niż ich małżonkowie czy partnerzy, ilość czasu, którą mężczyźni przeznaczają na pomoc w obowiązkach domowych, nie ma odwzorowania we wzroście płac kobiet. Jak pokazuje powyższy wykres, wobec drastycznych zmian w sposobie wykorzystania czasu przez kobiety liczba godzin przeznaczona na prace domowe w przypadku mężczyzn nie zmieniła się. W rezultacie wiele kobiet znajduje się teraz w sytuacji, w której muszą "zarabiać na chleb i jeszcze go piec", czyli nastąpiło to, o czym mówię w artykule napisanym we współpracy z Jeanne Lafortune i Kyle'em Hancockiem.
Korzystając z danych z American Time Use Survey, w których uczestnicy szczegółowo rejestrowali, jak wykorzystują swój czas, odkryliśmy, że w związkach heteroseksualnych czas poświęcany przez mężczyzn na prace domowe praktycznie się nie zmienia, niezależnie od tego, ile zarabia ich żona w porównaniu z nimi. Mężczyzna, którego dochód stanowi 20 procent budżetu domowego, wykonuje mniej więcej tyle samo prac domowych, co mężczyzna, którego dochód stanowi 80 procent! W heteroseksualnych związkach, w których mężczyzna jest głównym żywicielem rodziny, osoba niebędąca żywicielem wykonuje naturalnie więcej prac domowych, a osoba żywiciel - mniej. Podobny wzorzec obserwuje się również w związkach osób tej samej płci. Jednak w heteroseksualnych związkach, w których kobieta jest głównym żywicielem, schemat ten zostaje zaburzony: kobieta wykonuje więcej prac domowych, mimo że to ona przynosi większość dochodów. Zaskakujące jest to, że różnice te wynikają nie tylko z opieki nad dziećmi czy innych obowiązków domowych - kobiety gotują i sprzątają w domu dwa razy częściej niż ich partnerzy, co zrobiło na mnie ogromne wrażenie, gdy po raz pierwszy się z tym zetknęłam. (Często żartuję przy prezentacji tego wykresu, że dla ekonomistki takiej jak ja bycie lesbijką to decyzja poparta dowodami). Zjawisko to nie ogranicza się do USA: podobne wzorce widać w danych z Australii i Wielkiej Brytanii, a najnowsze badania potwierdzają je także w Niemczech[17].
Tak więc jeśli kobiety zaczynają wchodzić w dotychczas "męskie" role w miejscu pracy, ale nie widzimy, by mężczyźni w tym samym stopniu przejmowali obowiązki w domu, oznacza to, że od kobiet oczekuje się konkurowania zawodowego przy znacznie ograniczonych zasobach w porównaniu z mężczyznami. Kobiety na rynku pracy po prostu nie są w stanie wygospodarować tyle czasu, co mężczyźni. A czas to tylko jeden z zasobów; kobiece zasoby psychiczne, emocjonalne i fizyczne są już wyczerpane ogromną ilością obowiązków, którą wykonują w domu, zanim w ogóle pojawią się w pracy. Przeciętnie mężczyźni są w związkach z osobami, które zarabiają mniej niż oni sami (i których kariera jest postrzegana jako mniej wymagająca), podczas gdy kobiety są w związkach z osobami, które zarabiają więcej. Niezależnie od podziału dochodów mężczyźni w heteroseksualnych małżeństwach mają z zasady partnerkę, która wykonuje więcej prac domowych, natomiast kobiety mają partnera, który robi mniej (znacznie mniej). Jeśli szukamy kogoś, kto mógłby "wspomóc" rozwój kariery kobiet, warto zacząć od mężczyzn w domu, a nie od kobiet w biurze, które i tak robią wszystko, co w ich mocy (rozdział 8 omawia szczegółowo, jak przeprowadzić taką rozmowę w związku).
Obecny problem z małżeństwami polega na tym, że zachowały one swoją tradycyjną rolę społeczną, jednocześnie przyjmując zupełnie inną strukturę kontraktową i oferując kobietom całkowicie inną propozycję wartości. To poważne zmiany kulturowe, które mają daleko idące konsekwencje wykraczające poza same związki małżeńskie. Zmiany, które przekształciły życie małżeńskie, wpłynęły również na życie singli. Wraz z rewolucją w aktywności zawodowej kobiet nastąpiła rewolucja w zakresie kontroli reprodukcji, która pozwoliła kobietom swobodniej inwestować w karierę przez dłuższy czas bez konieczności zawierania małżeństwa, aby uzyskać dostęp do antykoncepcji lub uniknąć stygmatyzacji związanej z ciążą pozamałżeńską, jak udokumentowali Claudia Goldin i inni[18]. Oczywiście większa kontrola reprodukcyjna jest istotna - wręcz kluczowa - dla pełnego uczestnictwa kobiet w życiu społecznym. Jednak szerszy dostęp do antykoncepcji pozwolił także heteroseksualnym parom randkować dłużej, zanim zdecydują się na dziecko, co jest znacznie bardziej kosztowne dla kobiet z ograniczonym okresem płodności niż dla mężczyzn. I choć struktury związków alternatywnych, takie jak etyczna niemonogamia czy poliamoria, oferują kobietom większe możliwości, słyszałam też od wielu młodych heteroseksualnych kobiet na rynku matrymonialnym, że te "wolnościowe" etykiety coraz częściej stają się pretekstem dla mężczyzn do uprawiania seksu z wieloma partnerkami, bez ponoszenia jakiejkolwiek odpowiedzialności.
Pośród tych wszystkich wyzwań kobiety, które zdają sobie sprawę, jak trudno znaleźć związek ze sprawiedliwym podziałem obowiązków lub pogodzić karierę z życiem rodzinnym - i dlatego decydują się pozostać singielkami lub nie mieć dzieci - spotykają się z nieustanną głośną dezaprobatą społeczną, sugerującą, że muszą wyjść za mąż i że ponoszą odpowiedzialność za spadający wskaźnik urodzeń, który rzekomo może doprowadzić do upadku społeczeństwa.
Tymczasem w pracy kobiety spotykają się z dyskryminacją, nękaniem, mikroagresjami i innymi formami uprzedzeń, które utrudniają im awans. W takim kontekście osiągnięcie sukcesu - przynajmniej przy zachowaniu dobrego samopoczucia - staje się strukturalnie niemożliwe. A mimo to eksperci wszelkiej maści wciąż namawiają nas do robienia więcej, pracowania ciężej, wcześniejszego wstawania czy lepszej organizacji, jakbyśmy nie były już przeciążone i nie odczuwały poczucia winy z powodu wszystkich niedociągnięć.
To właśnie dlatego jesteśmy ciągle tak strasznie zmęczone.
Przez całe życie wmawiano nam, że możemy robić wszystko to, co potrafią mężczyźni, i że powinnyśmy mierzyć się z tymi samymi wymaganiami. Ale nie dość, że jesteśmy oceniane na wielu różnych płaszczyznach, to jeszcze czasu, który możemy poświęcić na naukę, praktycznie nie mamy. W następnym rozdziale opowiem więcej o mojej historii "wielkiego zmęczenia" i o tym, jak wprowadzenie dużych zmian w moim życiu uświadomiło mi, że nie musimy godzić się na ten niemożliwy do utrzymania stan rzeczy.
Przypisy końcowe
[1] L. Babcock, B. Peyser, L. Vesterlund, L. Weingart, The No Club: Putting a Stop to Women's Dead-End Work, Simon & Schuster, New York 2022.
[2] K. Hancock, J. Lafortune, C. Low, Winning the Bread and Baking It Too: Gendered Frictions in the Allocation of Home Production, (working paper nr w33393), National Bureau of Economic Research, Cambridge, MA, 2025.
[3] J. Pepin, L. Sayer, L. Casper, Marital Status and Mothers' Time Use: Childcare, Housework, Leisure, and Sleep, "Demography" 55, nr 1 (2018), s. 107-133.
[4] K. Engemann, M. Owyang, Social Changes Lead Married Women into Labor Force, Federal Reserve Bank of St. Louis, 1.04.2006, https://www.stlouisfed.org/publications/regional-economist/april-2006/social-changes-lead-married-women-into-labor-force.
[5] G. Becker, A Theory of Marriage: Part I, "Journal of Political Economy" 81, nr 4 (1973), s. 813-846. G. Becker, A Theory of Marriage: Part II, "Journal of Political Economy" 82, nr 2 (1974), s. S11-S26.
[6] S. Albanesi, C. Olivetti, Gender Roles and Medical Progress, "Journal of Political Economy" 124, nr 3 (2016), s. 650-695; J. Greenwood, A. Seshadri, M. Yorukoglu, Engines of Liberation, "Review of Economic Studies" 72, nr 1 (2005), s. 109-133.
[7] V. Ramey, Time Spent in Home Production in the Twentieth-Century United States: New Estimates from Old Data, "Journal of Economic History" 69, nr 1 (2009), s. 1-47; L. R. Ngai, C. Olivetti, B. Petron-golo, Gendered Change: 150 Years of Transformation in US Hours (working paper nr w32475), National Bureau of Economic Research, Cambridge, MA, 2024.
[8] M.A. Bronson, Degrees Are Forever: Marriage, Educational Investment, and Life Cycle Labor Decisions of Men and Women (working paper), Georgetown University, 2015.
[9] R. Fernández, J.C. Wong, Free to Leave? A Welfare Analysis of Divorce Regimes, "American Economic Journal: Macroeconomics 9, nr 3 (2017), s. 72-115; H. Foerster, Untying the Knot: How Child Support and Alimony Affect Couples' Decisions and Welfare, "Review of Economic Studies" (2024), rdae105.
[10] J. Lafortune, C. Low, Collateralized Marriage, "American Economic Journal: Applied Economics" 15, nr 4 (2023), s. 252-291.
[11] B. Stevenson, J. Wolfers, Bargaining in the Shadow of the Law: Divorce Laws and Family Distress, "Quarterly Journal of Economics" 121, nr 1 (2006), s. 267-288.
[12] S. Albanesi, C. Olivetti, Gender Roles and Medical Progress, "Journal of Political Economy" 124, nr 3 (2016), s. 650-695; J. Greenwood, A. Seshadri, M. Yorukoglu, Engines of Liberation, "Review of Economic Studies" 72, nr 1 (2005), s. 109-133.
[13] G. Ramey, V. Ramey, The Rug Rat Race, "Brookings Papers on Economic Activity" (2010).
[14] A. Slaughter, Why Women Still Can't Have It All, "Atlantic" July/ August 2012, https://www.theatlantic.com/magazine/archive/2012/07/why-women-still-cant-have-it-all/309020/..
[15] K. Fisher, J. Gershuny, S. Flood, J.G. Roman, S.L. Hofferth, American Heritage Time Use Study Extract Builder: Version 1.2 [dataset], Minneapolis, MN: IPUMS, 2018; Institute for Social Research, Panel Study of Income Dynamics, public use dataset, Ann Arbor, MI: University of Michigan, 2024.
[16] I. Kuziemko, J. Pan, J. Shen, E. Washington, The Mommy Effect: Do Women Anticipate the Employment Effects of Motherhood?, working paper no. w24740, National Bureau of Economic Research, Cambridge, MA, 2018.
[17] J. Jessen, S. Schweighofer-Kodritsch, F. Weinhardt, J. Berkes, Separate Housework Spheres, discussion paper no. 17134, IZA, Bonn, Germany, 2024.
[18] C. Goldin, L. Katz, The Power of the Pill: Oral Contraceptives and Women's Career and Marriage Decisions, "Journal of Political Economy" 110, no. 4 (2002), s. 730-770.