2
Wszystkie drżą
Przenoszenie swojego ciała, wsuwanie się w przestrzeń, jest jej burzeniem, dość gwałtownym, mimo że dla naszych oczu niewidzialnym. Kiedy przejdziemy zaledwie kilka kroków gdziekolwiek, to poza nami, właściwie niezmiennymi, patrzącymi tylko na nieco inne światło i innym światłem okrytymi, poza odmiennym też rysunkiem naszego cienia, szmerem dotyku ziemi i jego pulsem ciepła, który zaraz gaśnie - wtedy w powietrzu wydarza się rewolucja.
Powietrze to materia. W jednym jego metrze sześciennym jest ponad kilogram dygoczących cząsteczek, które przy spotkaniu z naszym ciałem biją w nie, dziko tłuką, niektóre się odbijają, inne na krawędziach rąk, nóg, nad głową, wokół twarzy przesuwają się przezroczystością, suną podmuchami z ust, by zaraz wpaść w wiry i turbulencje, gdy tylko zwolnimy po sobie miejsce. Tam się to dzieje, w pustce za nami. Człowiek przechodzi, kot stąpa, przelatuje kos, a atomy w miejscu po nich wirują. Te niewidoczne wstążki, smugi wzruszonej materii, będą rysowały geometrie, które są fizyczną odpowiedzią na to, kto szedł. Im większa postać, szersza lub bardziej kanciasta, i w im większym będzie podążała pędzie, tym większe wiry wznieci. Liczby Reynoldsa, te straszliwe liczby, od których nie da się uciec na Ziemi, mówią, że jaskółka, która błyskawicznie tnie powietrze, wzburza je gwałtowniej od innych, siłami inercji zamiesza cząsteczki, zamaże i zaraz je chyżo za siebie wyrzuci, wypluje w wiry, pukle, zapaści przewietrzone, i trzeba będzie prawdziwego czasu, by powietrze wróciło do stanu sprzed chwili, tego względnego i pozornego porządku materii.
Ale bywa tak (albo może stale tak jest, inaczej), gdy samo powietrze, poruszone, sunie, płynie, przenosi swoją materię, opływa, supła, a istoty nieruchome stoją w nim zanurzone, poddając mu się całkowicie. To właśnie jest wiatr i na wietrze rośliny. Rośliny zakleszczone w ziemi przez całe życie doświadczają przetaczającej się wokół nich materii. Żyją w potokach przepływów cząsteczek i próżni między nimi. Są schowane w masie, w ruchomej materii, która sama będzie je też poruszać, szturchać, zadzierać ich liście do góry, porywać ich nasiona i nieść ze sobą przez chwilę, będzie też mogła wyrywać je całe z ziemi i pnie łamać na pół. Wiatr rzeźbi rośliny od samego ich początku.
Zatem formy drzew żyjących w wietrze o jednym kierunku będą przypominały zastygłe powietrze, pokładającymi się gałęziami będą rysować jego przepływy, które oddziaływały na nie przez dziesiątki lat, co pokazują drzewa nad morzem lub w kotlinach, gdzie powietrze ma tylko jedną drogę ucieczki. Ale właściwie to przecież nieważne, gdzie rosną, rośliny zawsze zdradzą samym tylko drżeniem liści i pędów pojawienie się tych niewidzialnych przepływów. One zaś kreować będą napięcia wewnątrz ich ciał, które zapisywać się będą coraz głębiej. W szaleństwie wichury liście tworzą żagiel o ogromnym oporze aerodynamicznym, który zacznie pochylać cały maszt pnia. Pień przeginający się w jedną stronę będzie musiał przeciwdziałać naprężeniom ściskającym, rozciągającym i ścinającym, które mogą całkowicie zmienić nacisk, gdy wiatr niespodziewanie zawiruje i dmuchnie z innej strony. Takie gwałtowne zmiany wektorów sił są nieznośne dla drzew. Pochylanie się i przeginanie z ogromną dynamiką to dla nich stan najwyższego ryzyka. To wtedy pnie pękają albo i przewracają się całe drzewa. To nie ich czas na reakcje.
Dlatego wydawało mi się kiedyś, że najlepiej byłoby roślinom bez końca się wzmacniać, zanurzać niżej korzenie, czyniąc z nich silniejsze kotwice, wiązać się włóknami, tak jak ludzie budują mięśnie i noszą tarcze, zbroić się od środka, by zdołać przeciwdziałać obcym siłom i stawiać im opór, wygrywać potyczki - i że to jedyna droga do doskonałości mechanicznej życia. Ale raz przestałam zadzierać nos w puszczy do dębów, tylko spojrzałam pod płot przy chodniku, którym akurat szłam. Rosły tam skrzypy. Kilka sztuk sięgających mi do połowy łydki.
Wszystko zmieniły mi skrzypy.
Te współczesne, nazywane ocalałymi z dewonu, są rozbitkami tragedii ciągnących się na Ziemi przez czterysta milionów lat, od kiedy w ocenach pływały potwory o zębatych paszczach, zaśluzowane prymitywne płazy wygrzebywały się dopiero leniwie na ląd, a dinozaury miały pojawić się za jakieś dwieście milionów lat. Już wtedy żyły skrzypy, w bogactwie form. Przeżyły wielkie wymierania, zlodowacenia i inne rozmaite gwałtowności, które jednoznacznym gestem tasowały drogi ewolucji. Homo sapiens może dziś dotykać jedynie piętnastu gatunków ocalałych z tamtego niemożliwie odległego czasu, dotykiem dłoni teleportować się do wilgotnych lasów karbonu, stumilowym krokiem przeskoczyć odległe ery, pobyć tam nawet i pooddychać, przez kontakt opuszkami palców, obejmującymi wątłą łodyżkę przydrożnego chwastu.
Skrzypy dzisiejsze są miniaturą niegdysiejszych. Tamte osiągały kilkadziesiąt metrów wysokości, były jak drzewa. Niepodobna wyobrazić sobie, jaką drogę przeszły, by tu trafić. Nie sposób też odgadnąć, dokąd podążają teraz.
Czym jest zatem dla nich wiatr? Jak to możliwe, że przez tyle lat ewolucji strategia życiowa tej niebywale prostej rośliny okazała się wprost doskonała, czego dowodem jest fakt, że one wciąż tu są? Jest wiele prac ewolucjonistów snujących wspaniałe ciągi badań udowadniających, że skrzypy, poza rozmiarem, nie zmieniły się niemal wcale, że ich anatomia jest jedynie zeskalowaną matrycą, że ich morfologia jest wciąż tym samym! W jaki sposób walczą więc z wiatrami, skoro dominującą częścią ich łodygi jest prawie nic - bo wypełnia je powietrze? Łodygi mają lekkie i bardzo puste. Jak się to ma do silnych drzew, pełnych twardego drewna, do dębów mocarnych i sekwoi do samego nieba?
Skrzyp zimowy
Heretycko prosta postać tej rośliny, prostego badyla, z którego nigdy nie wyrastają gałęzie boczne, która jest tylko podzieloną na segmenty wąską rurką, wznoszącą się chyżo niemal do metra wysokości, czyni ją przedmiotem żywych zainteresowań botaników rozmaitych pasji. Nie szkicują jej jednak artyści, wymagałaby to przecież tylko jednej kreski i żadnego cieniowania.
Skrzyp zimowy przypomina źdźbło trawy, ale bez liści. Zasadza się w niedostępnych obniżeniach współrzędnych geograficznych, w zawilgotniałych, spowitych cieniem norach, wypełnionych dusznym, gęstym odorem, przy butwiejącej materii wątpliwych stawików, przy granicach rzek leniwie przetaczających się między pokrzywami i umierającymi olszami. On rośnie tam. Skrzyp zimowy. Parsknięcie botanicznych estetów, ciężki oddech ewolucjonistów, brak uwagi pozostałych. Wciąż jest. Spójrz na niego. Jakiż on inny od smukłych sosen i strzelistych świerków, inny od łąk bogatych, inny od tęgich baobabów.
Skrzypy nie tworzą drewna, jakie potrafi budować drzewo. Nie wie nawet, że coś takiego istnieje, że są rośliny, które posiadają moc tworzenia drewna co każdy rok. Skrzypy nigdy więc nie będą twarde i naprężone. Ich łodyga jest podzielonym na segmenty cylindrem. W środku dominuje kanał powietrzny, czyli pustka, która pojawia się też w jej tkankach, gdzie są inne kanały powietrzne, inne puste nic, i jeszcze mniejsze kanały powietrzne, tę łodygę tworzy nicość rozdrobniona. Ale skrzypy jednak będą rosły w górę, ryzykując utratę stabilności, załamania, wyboczenia, będą rosły w górę, bo tylko tak zyskają szansę na więcej.
Wzdłuż łodygi ciągnąć się będzie sklerenchymatyczna, czyli bardzo sztywna warstwa włókien o kształcie dwuteownika (tkanka wybarwiona na żółto, wskazują ją białe strzałki). Będzie ona ograniczała nadmierne wygięcia łodygi. Gdy spojrzymy na łodygę z boku, to w przybliżeniu uwidoczni się bogata kaskada komórek, które zbierają światło, wyglądających jak baterie słoneczne. Są one bardzo gęsto upakowane - pewnie muszą, przecież skrzyp żyje w mrokach lasu.
Każda łodyga podzielona jest na segmenty o takiej samej budowie wewnętrznej. Im wyższa roślina, tym więcej segmentów, ale w środku wciąż wyłącznie twórczy minimalizm. Skrzypy nie potrafią niczego innego, jak tylko powtarzać ten sam wzór. Jak u dżdżownicy. I żadnych rozgałęzień ani wielkich liści. Paranoja botaniczna. Ustawiczny autoplagiat, tyle że to w nim właśnie wydarza się to niezwykłe. Jak w przypadku ludzi - to wielka sztuka dla roślin wreszcie stanąć pionowo. Podobnie jak nam musiały zmieniać się kręgosłupy, długości nóg i innych składowych ciała, tak i roślinom wnętrza metamorfizowały w coraz bardziej złożone struktury i coraz bardziej zgodne ze strzałką grawitacji. Nieprzewracanie się człowieka stojącego na dwóch małych stopach i nieprzewracanie się roślin, wypełniających całe otoczenie pełne światła, wyciągających się ku górze, jest prawdziwym osiągnięciem żywych. Dlatego skrzypy są tu ewenementem - ponieważ są inne. One nie będą się przebudowywać i mobilizować, a tylko minimalnie zmienią wymiary poszczególnych segmentów, bo to właśnie w ich geometrii ukryty jest pomysł na postawę wyprostowaną. Łatwo jest bowiem złamać długi patyk na kolanie, ale trudniej to zrobić, gdy jest krótki. Tak samo trudno złamać cieniutką zapałkę, która została podzielona tylko na pół. Segmenty skrzypu skracają się albo wydłużają - naprawdę nic więcej - osiągając w ten sposób kosmiczne uniwersum. I te blisko ziemi są krótkie, te w środku naprawdę długie, a te przy szczycie znowu się skracają. Lecz po co te starania? Na szczycie łodygi tworzy się przecież to najważniejsze w życiu: finał szlaków selekcji, apogeum odwiecznej bitwy ze środowiskiem, cały sens - to, o czym wrzeszczał Darwin, o rozszerzaniu genów, o mieszaniu się oddziaływań. Tak i na szczycie skrzypu jest nadzieja na nowe lądy - kłos zarodnionośny, a w nim nieśmiałe zarodniki. Kapsułki genów, skromna propozycja na przyszłość gatunku. Nie mają skrzydełek, nie mają haczyków, by przyczepić się do dzików, które poniosłyby je w szczecinie borami i łąkami. Będą polegały tylko na wietrze. Ale jak czarować wiatr, by je porwał, kiedy macierzysty maszt jest wątły, poza tym znacznie niższy niż pobliskie krzewy i drzewa, schowany w przemoczonych cudzych liściach i przycupnięty tak od wieków? Co zrobić, by wiatr je porwał? Nic. Poddać mu się. Nie siłować. Wiatr będzie oddziaływał na łodygę skrzypu, będzie ją szturchał i pobudzał, a wszystko po to, by wreszcie zaczęła drżeć.
Tak mi się wydawało, dlatego kępy wykopanych, ukradzionych z lasu skrzypów oglądałam w tunelu aerodynamicznym politechniki, gdzie wiatr kontrolowany jest pokrętłem, nie ma wilków, kleszczy ani nocy.
Wszystkie falowały w tym sztucznym wietrze, rytmicznie pulsowały, pochylając się sprężyście, by zaraz się prostować. Wciąż wracały, wciąż drżały, uderzały się jeszcze lekko, wzmagając drgania. Nie mogłam oderwać oczu. Kiedy bryza zmieniła się w wichurę, drgania zwiększały częstotliwość. Chciałam udowodnić, że zmienna długość segmentów łodygi ma sens, że czemuś to służy. Poszukiwałam roślinnych sposobów na twardą fizykę świata, wtedy, kiedy własne ciało - ciało skrzypu - jest pierwotne w ewolucji, czyli nie za wiele jeszcze potrafi.
Po to przycięłam wierzchołki, pozbywając łodygi ostatnich trzech króciutkich segmencików, kilku ostatnich centymetrów życia, i patrzyłam, jak pozostałe będą tańczyć z wiatrem. A one właśnie wtedy zamarły. Pochyliły się tylko w podmuchu, przygniecione jego siłą. Wygięły się jak metalowa rurka, jak trup, i tak zastygły. A naturalne pędy wciąż drgały.
I to układa się nagle w prostą opowieść o roli geometrii w niemocy twórczej pierwszych roślin, które nie były jeszcze w stanie tworzyć zawiłych zdań anatomicznych tworów, zachowując prostotę pierwotnego rysunku. Krótkie odcinki na szczycie łodygi usztywniają ją tam, długie segmenty w środkowej części zwiększają jej elastyczność, by przy podstawie znowu skurczyć się i nie dać się złamać.
Poszłam z tym dalej, w poszukiwaniu liczb tworzyliśmy przeróżne modele komputerowe rośliny, którymi można do woli wirtualnie się bawić, dokumentnie pieprząc ewolucję i nasz krótki byt na Ziemi, kreując łodygi-mutanty. Więc były łodygi z pomieszanymi segmentami, jak wieża z dowolnie wybranych klocków, były łodygi grzeczne, o równych segmentach, albo łodygi skromne, zbudowane z jednego odcinka, prostej rurki - a potem twory te owiewaliśmy cyfrowym wiatrem i patrzyliśmy, jak każda jedna natychmiast się łamie, gdy przekroczy naprężenia krytyczne. Wszystkie leżały i komputerowo ginęły - oprócz tych naturalnych.
Skrzyp rozsiewa zarodniki zamaszystym gestem, wyrzuca je szarpnięciem i czule układa na wstążkach wiatru niosącego je po prostu gdzieś, gdzie może uda się rozpocząć nowe. Zarodniki łączą się ze sobą hapterami, długimi mackami, chyba nigdy nie lecą w pojedynkę. To jedyna szansa, że kiedy uda się dalej żyć, rośliny będą rosły blisko siebie, w kępie, w zielonym mikropolis. Łodygi na wietrze poruszą się, będą dygotać, stukać się też lekko o siebie, uwalniając zarodniki, jak strzepuje się mąkę z rąk, a ona wtedy gdzieś w powietrzu się rozpływa. Nie wiadomo, gdzie są te jej drobiny. Nikt nie wie, gdzie lecą zarodniki skrzypu. Można to jednak zobaczyć, podświetlając laserowym wskaźnikiem: kiedy jest późno i nikogo w laboratorium nie ma, zgasić światło, kucnąć, odgiąć łodygę i ją wreszcie uwolnić, a ona rozprószy je przed twoimi oczami gwiezdnym pyłem. A wtedy ty, mimo że tkwiąca w czasie przepędzonym, po wielu miesiącach badań, mierzenia, modelowania, analizowania - gdy wreszcie zobaczysz to, na co przecież zebrałaś tyle liczb i dowodów, co wyżebrałaś od losu, by się wyniki objawiły chociaż numerycznie, gdy wreszcie uwidoczni ci się to tak po prostu, obrazem, w tym dusznym, czarnym laboratorium - uznasz, że właśnie dotykasz jakiejś całości, absolutu, a ty sama właściwie już możesz się skończyć. Ten stan bardzo szybko znika, chociażby dlatego, że w tym brzuchu okropnie głośno zaczyna burczeć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki