Giriri - przeszłość
Gdyby w RCA poprosić przeciętnego młodego człowieka ze szkoły średniej: "Opowiedz mi, proszę, o historii twojego kraju", to jest rzeczą uderzającą, że ten, mając za sobą elementarny kurs dziejów swej ojczyzny, odpowie: "13 sierpnia 1960 roku - ogłoszenie niepodległości Republiki Środkowoafrykańskiej". No dobrze, ale co było wcześniej? Nicość? Niebyt? A może dżahilijja - pogańska ignorancja, jak z pogardą mówią muzułmanie o okresie preislamskim? I doprawdy trudno ze statystycznego obywatela wydobyć coś więcej o tym, jak to było dawniej. Może jeszcze prości ludzie ze wsi przypomną sobie bajania dziadków, ale tego przecież nie łączy się z wiedzą nauczaną w szkole. Ta dychotomia jest porażająca, zważywszy na twierdzenie, że naród nieznający swej historii nie ma przyszłości... Są jednak światełka w ciemnym tunelu.
*
Brat Umberto Vallarino to bardzo barwna postać i osobna historia warta opowiedzenia. Pionier włoskich misjonarzy, przyjechał do Afryki Centralnej jeszcze w czasach kolonialnych, w 1952 roku, wraz z grupą współbraci z Ligurii. Swoim przykładem pociągnął też pół swojej rodziny: dwaj młodsi bracia, Valentino i Pio, są kapucynami tak jak on i do tej pory pracują w RCA, a siostra Izabela w seminarium w Yolé spędziła dwadzieścia lat jako świecka misjonarka. Sam Umberto już przed nastu laty wrócił do Italii, ale choć ma sporo po dziewięćdziesiątce, nadal pozostaje dziarskim i bardzo aktywnym dziadkiem. Bo takim też był przez całe swe życie. Charakteryzował się twórczym wizjonerstwem, wprawdzie nieco uciążliwym dla otoczenia i braci, ale za to owocnym. Zawsze pięć minut przed innymi, rwał się przed szereg, zapalał do nowych pomysłów i trzeba przyznać, że miał wyczucie tego, co jest potrzebne dla "jutra", dla dalszego rozwoju. On miał intuicję, by zakładać szkoły dla katechistów, centrum rolnicze Ngaoundaye czy też nowicjat w Ndim, położony w odkrytym przez niego pięknym zakątku. Niecierpliwy i niestały z natury, nie potrafił zagrzać miejsca, a bracia jakoś za nim nadążali. Gdy mu przybyło lat, odkrył, że warto by zachować dla potomności świadectwa starych ludzi, którzy pamiętają jeszcze, jak to było przed przybyciem białych i opowiadają wieczorami przy ognisku o swych perypetiach, a sami masowo odchodzą do wieczności. Począwszy od lat siedemdziesiątych dał się poznać ludziom jako kolekcjoner staroci. Chętnie mu znoszono bezużyteczne "szpeje" w zamian za ubrania, których miał całe worki, odkąd z Italii dało się je przywozić w kontenerach. Przemierzał też dziesiątki wiosek z magnetofonem i aparatem w ręku, by wynajdować żyjących tam jeszcze ambakoro zo (w sango: starców) - przetrwałe korzenie łączące nas ze światem akotara (w sango: przodków).
W bałaganiarskiej formie, bez metodyki, bo to sprzeczne z jego wybujałą naturą, ale spisywał ich świadectwa i publikował w zeszytach Tengbi (w sango: spotkanie), a potem w kolekcji Histoire officieuse (po francusku: nieoficjalna historia), by zachować je dla potomności. Ze staroci zorganizował całą ekspozycję w kilku salach seminarium w Yolé. Ci, którzy mają nieco zamiłowania do historii, muszą teraz staremu Umberto okazać wdzięczność i oddać honor za wykonanie tej mrówczej pracy. Ocalił od zapomnienia dużą część materialnej historii i oralnej tradycji ludzi z północnego zachodu RCA. Dziesięć lat temu moi bracia postanowili jeszcze lepiej zabezpieczyć dziedzictwo kulturalne przekazane przez br. Umberto i przenieśli muzeum do nowych lokali wybudowanych przy naszym wyższym seminarium Saint Laurent, by ta unikatowa na skalę nie tylko kraju, ale i całego centrum kontynentu afrykańskiego kolekcja stała się jeszcze bardziej dostępna dla chętnych do zwiedzania. Francuski wolontariusz Alain Degras opracował "bałaganiarskie" materiały piśmienne, ujmując je składnie w formę tryptyku - dla zainteresowanych to kopalnia źródłowej wiedzy na temat kraju widzianego oczami prostych ludzi.
Używając określenia "unikatowy" nie przesadzam, bo w tym kraju wstrząsanym co rusz paroksyzmami przewrotów wojskowych i walk nieodłącznie związanych z rabunkiem nic się nie ostanie. W Bangi istnieje teoretycznie muzeum Barthélemy'ego Bogandy, fundatora RCA, ale w praktyce nawet to niewiele, które kiedyś tam zgromadzono, zostało rozkradzione i dziś zdewastowany budynek świeci pustkami.
Incydent sprzed kilkunastu lat: w Bouar ktoś wziął się za remont pewnego budynku stojącego od lat w ruinie. Dom był mały, ale na eksponowanym miejscu w centrum miasta. "Będzie tu coś ładnego i z pożytkiem" - myśleliśmy, obserwując przejazdem postęp w pracach. Zrzedły nam miny, gdy do Yolé przyszło pismo z ministerstwa kultury żądające wydania eksponatów zgromadzonych w naszym muzeum, bo potrzebują zapełnić nimi nowo powstałe w Bouar muzeum regionalne - temu właśnie miał służyć ów odnowiony domek. Trzeba było widzieć Pio, młodszego brata Umberto, jak mu nerki zadrżały. Normalnie to jest człowiek jak do rany przyłóż - wręcz pobłażliwy. Ale na taki tupet odpalił odpowiedź proporcjonalną do braku fundamentalnej kultury w instytucji, od której właśnie tego wypadałoby się spodziewać. Z żądanego transferu nic oczywiście nie wyszło. W odnowionym domu ostatecznie znalazło swe miejsce przedszkole, ale długo miejsca nie zagrzało, bo przyszła rebelia i to miejsce będące w pobliżu więzienia stało się bardzo nieodpowiednie dla gromadzenia tam dzieci. Wkrótce podzieliło też los wielu sobie podobnych instytucji publicznego użytku - straciło dach i stolarkę. Teraz ponownie gołe mury świecą oczodołami pustych okien. Nasze muzeum natomiast istnieje - usytuowane zaraz przy klasztorze, otoczone murem i strzeżone przez stróża.
*
Afrykańskie Stonehenge
Tazunu to tajemnicze kręgi kamiennych megalitów świadczących o pradawnej obecności ludzi na północno-zachodnim terenie dzisiejszej Republiki Środkowoafrykańskiej. Chodzi o różnej wielkości, ale często mające po kilka metrów wysokości, "ogórkowate" granitowe głazy postawione na sztorc i na planie zakreślającym okrąg. 40 tysięcy lat przed Chrystusem ten region zamieszkiwali ludzie. Trudno jest jednak określić na podstawie pozostawionych przez nich narzędzi z kamienia łupanego, czy byli to pigmoidzi (przodkowie małych mieszkańców dżungli) czy negroidzi (protoplaści wysokich czarnych z terenów sawann). Ubogie znaleziska archeologiczne wskazują na prymitywną gospodarkę opartą jedynie na myślistwie, zbieractwie i rybołówstwie, co raczej wskazywałoby na tych pierwszych.
Na trzy tysiące lat przed Chrystusem następuje epoka kamienia gładzonego, z pierwszymi próbami życia osiadłego, uprawy ziemi i udomawiania zwierząt. Francuski administrator i archeolog z zamiłowania Pierre Vidal w latach 50. XX wieku opisał tę kulturę z północno-zachodniej RCA jako Tazunu (w lokalnym języku gbaya: ta - kamień, zu - stać, nu - ziemia, co znaczy: "kamień stojący na ziemi"). Obecną nazwę, pod którą są znane te kamienie, nadali im Gbaya, a choć zakres występowania tego fenomenu archeologicznego pokrywa się z zasiedlonym przez nich terytorium, to jednak nie ich przodkowie zbudowali te kręgi. Są nieporównywalnie starsze niż obecność Gbaya na tych ziemiach. Żadne zresztą z innych zamieszkujących tutaj plemion nie jest w stanie wykazać się wiedzą o ich pochodzeniu ani wyjaśnić, jaki był cel stawiania tych kamiennych konstrukcji. Analizy lingwistyczne sugerują, że przodkowie obecnych mieszkańców przyszli na terytorium RCA z północnego zachodu. Są oni zdecydowanie różni pochodzeniem od przedstawicieli innej wielkiej grupy ludów Bantu, których można znaleźć tylko na południowych obrzeżach RCA (np. lud Mbimu na pograniczu z Kongo i Kamerunem).
Podobnie jest i z licznymi jaskiniami, które pierwotni ludzie wykorzystywali do zamieszkania i pozostawili po sobie niekiedy ścienne malowidła. Jak dotąd nie było komu zrobić pogłębionych badań, by wytyczyć choćby hipotezy ich pochodzenia. Na przykład takie stanowiska paleologiczne są na południowym wschodzie koło Bambari czy Bakoma, ale jak do nich dotrzeć - wiedzą tylko miejscowi. I trzeba się tam przedzierać po kilka kilometrów przez busz, bo to nieuczęszczane miejsca. Idea zabytku nie istnieje w ogóle w umysłach autochtonów, nie potrafią zrozumieć, po co ten biały chce się tam pchać. Oglądanie takich miejsc może co najwyżej wzbudzić w nich dreszcz zabobonnego strachu, jak to bywa w wypadku spotkania z czymś niezrozumiałym, tajemniczym. Tym bardziej więc w ich mentalności powinno się takie miejsca omijać szerokim łukiem.
W hymnie narodowym RCA Barthélemy Boganda wyraził się o Afryce Środkowej jako "kolebce ludów Bantu", ale wypada tę ideę zachować raczej jako wyraz marzeń o szczytnej przeszłości niż fakt naukowy. To przekonanie o pochodzeniu stąd Bantu, powtarzane jeszcze przed półwiekiem, niestety nie znajduje dziś potwierdzenia w opiniach etnografów. Inny "sen o świetlanej przeszłości", bardzo popularny wśród twórców eposów różnych narodów w Afryce, to nagminnie adoptowany mit o pochodzeniu od Nubijczyków z Górnego Egiptu. Wprawdzie można czasem znaleźć pewne podobieństwa form przedmiotów użytkowych, ale egiptolodzy oganiają się przed taką modą doszukiwania się swych przodków nad górnym Nilem przez połowę Czarnej Afryki.
Dla przykładu. Na ekspozycji w muzeum w egipskim Asuanie znajduje się taboret wyjęty z wyposażenia starożytnego grobu, który łudząco przypomina te używane obecnie przez kobiety w gospodarstwach domowych Afryki Centralnej. Przypadek? Albo inny przykład. Profesor Andrzej Niwiński twierdzi, że owa dziwna w swym jajowatym kształcie korona Górnego Egiptu musiała być po prostu kalabasą, czyli rodzajem dyni o drewniejącej skórze, z której po wydłubaniu miąższu robi się pojemniki. Odpowiednio docięta, mogła też być wsadzona na głowę władcy jako specyficzny atrybut nadający powagi. Podobne obrazki są udokumentowane na archiwalnych zdjęciach pierwszych eksploratorów Czarnej Afryki. Owszem, istnieją w tych fenomenach pewne analogie, może ślady jakichś wpływów, ale wyciąganie z nich wniosków o starożytnym pokrewieństwie to za daleko idące wycieczki. RCA pozostaje nadal prawie dziewiczą, nietkniętą przez archeologów ziemią, która czeka na swój czas, czyli konieczny spokój w kraju i na tyle zapewnioną prosperitę, by komuś z rządzących przyszło do głowy wyłożyć pieniądze na takie badania. Ale jak na razie to sprawa równa programom lotów kosmicznych.
Najsłynniejszym, bo i najbardziej dostępnym kręgiem tazunu był ten na płaskim wzniesieniu górującym nad miastem Bouar. Piszę w czasie przeszłym, bo to miejsce wyeksponowane na rozległej goliźnie litego granitu przez lata pozostawało w zasięgu wzroku i było osiągalne dla kogokolwiek po krótkiej tylko wspinaczce. Kiedyś najlepiej je chronił zabobonny strach przed nieznanym. Dziś, wraz z jego stopniowym zanikiem, poobalane obeliski komuś się "przydały".
Sprzed lat dwudziestu kilku pamiętam podróż w towarzystwie naszego "brata od staroci" Umberto, który po przejechaniu wsi Mbotoga (90 km na północ od Bouar) zachęcił nas do małego postoju i wycieczki na miejsce tazunu. Faktycznie, niedaleko drogi, w szczerym buszu stał sobie krąg takich granitów, raczej skromnych rozmiarów, ale robiący wrażenie. Nasz starszy brat był dumny z tego, że to on przed laty odkrył to stanowisko, a pan Vidal poinformowany o tym fakcie miał satysfakcję, że w swych danych naukowych poszerzył strefę kultury kręgów kamiennych daleko na północ. Po kilkunastu latach postanowiłem odnaleźć to miejsce i zobaczyć, w jakim jest stanie. Ludzie ze wsi pomogli mi je zlokalizować, bo otoczenie rzeczywiście się zmieniło. Komuś przyszło do głowy, by akurat tam urządzić sobie pole uprawne. Parę większych kamieni jeszcze się ostało, ale wszystkie już obalone i najwidoczniej służące za wtórny materiał budowlany. Zabytek padł ofiarą ludzkiej ignorancji niezawinionej i imposybilizmu lokalnej administracji, mającej całkiem inne sprawy na głowie.
Zapraszam za to do odwiedzenia kręgu tazunu, o którym mam prawie pewność, że zachował się do tej pory. Trzeba wyzerować licznik w samochodzie i wystartować w centrum Bouar na północny zachód w stronę miejscowości Niem, a następnie podążać dalej w kierunku Yelowa. Dokładnie na setnym kilometrze, po przejechaniu mostka, po prawej stronie na zboczu lesistej górki będzie kamienny krąg. Trzeba poszukać go nieco, bo zarośnięty jest buszem, ale ta okoliczność właśnie zwiększa szanse, że przetrwał do tej pory. Tyle że obecnie cały ten region jest okupowany przez rebeliantów z 3R, więc nie polecam jazdy, póki się nie uspokoi.
Pojedyncze monolity tazunu można zobaczyć przed budynkiem radia Siriri (w sango: pokój) i muzeum Da ti aKotara (sango: dom przodków) na Saint Laurent w Bouar albo przy wejściu na werandę do II cyklu seminarium kapucynów w pobliskim Yolé, lecz te relikty przeniesione ze swego pierwotnego kontekstu historycznego i bez wcześniejszej dokumentacji, mają już tylko amputowaną do muzealnej wartość.
Zwiedzając Da ti aKotara
Podzielone na sale ekspozycje obrazują poszczególne aspekty prymitywnego społeczeństwa. Przejście przez muzeum Da ti aKotara może pomóc w wyobrażeniu sobie, jak to drzewiej bywało...
Populacja
Eksploratorzy przybyli na te tereny znajdują ludność rozsianą na modłę archipelagów wysp na oceanie wszechobecnego lasu pierwotnego. Poszczególne grupy plemienne żyją na swym terytorium dobrze zagospodarowanym, ale odseparowanym od innych przez całe połacie niezamieszkanych przez nikogo, stanowiących neutralne bufory ziem. Jeżeli decydują się na kontakty z innymi, to jedynie w dwóch przypadkach: w celu wymiany handlowej albo wojny i łowów na niewolników.
Jan Dybowski, w ostatnich latach XIX wieku przecierając szlak w stronę Czadu, na swej drodze znajdował po drodze duże pola sorgo i kukurydzy, sezamu i orzeszków ziemnych, ignamu i taro (lokalne okopowe), manioku i gombo (warzywo na specyficzny sos o ciągliwej konsystencji), bananów i słodkich patatów oraz gaje palmy oleistej. Ścieżki do nich wiodące były wygodne, a wioski czysto utrzymane, pełne drobiu i kóz. Ludzie odsprzedawali z łatwością swoje produkty rolne i zwierzęta hodowlane, co świadczyło o tym, że mają pożywienie ponad miarę swoich potrzeb. Bardziej na północ uprawy manioku stopniowo zanikały, a zaczynało się królowanie typowego dla strefy Sahelu sorgo. Badania archeologiczne potwierdzają, że współcześni mieszkańcy RCA praktykują ten sam sposób uprawy roli, co ich antenaci sprzed 2 tysięcy lat: nieprzekraczająca jednego hektara powierzchni parcela na jedną rodzinę, obrabiana jest przy pomocy motyki i ognia. Dopiero ostatni wiek i stymulowany przez kolonizatorów napływ pasterzy bydła otworzył stopniowo perspektywę zastosowania krów do zaprzęgu i orki jednoskibowym pługiem.
Mieszkańcy całej Afryki Centralnej mieli w zwyczaju osadzać się na całym terytorium plemienia, rozsiani w niedużych wioskach, po maksimum kilkaset osób, opartych na więziach klanowych. Wprawny obserwator dostrzeże, że tradycyjna wioska składa się z pomniejszych zbiorowisk chat. Do dziś tak jest: patriarchalna rodzina gromadzi się bowiem wokół ojca, a jego synowie stopniowo wraz z dorastaniem stawiają swe domki w pobliżu. Klasyczna chata jest okrągła, z postawioną obok kuchnią. Ilość satelitarnie ustawionych domków zdradza też, ile gospodarz ma żon, bo poligamia miała wzięcie w tutejszym społeczeństwie. Postęp cywilizacyjny sprawił, że coraz częściej na boku powstają formy małych parawanów czy też pomieszczeń bez dachów kryjące toalety - przez długie wieki sprawy fizjologiczne załatwiano bowiem po prostu w okolicznych ustroniach leśnych.
Pierwotne rzemiosło
Z drewna autochtoni wyrabiali rękojeści do włóczni i narzędzi rolniczych oraz łuki i strzały. Pirogi dla rybołówstwa i transportu były dłubane w lesie z litego pnia drzewa, a następnie wspólnymi siłami przenoszone na brzeg rzeki. Ze specjalnego gatunku drewna dobieranego pod każdy rodzaj potrzebnego przedmiotu wyrabiano naczynia kuchenne. I tak dla przykładu "żelazne", czyli bardzo twarde, czerwone drewno służyło do produkcji koniecznych w kuchni na co dzień charakterystycznych tłuczków. W sango są one nazywane kpu, co pochodzi od onomatopei naśladującej głuche uderzenie tłuczka o dno drewnianego moździerza. Zewsząd i stale słyszany ich powtarzający się odgłos niosący się po wsi dał opisowemu językowi sango podstawę dla stworzenia wyrażenia: wieczność - coś, co jest zawsze, jak kpu na kpu, niekończące się stuk-puk... Wytwarzano duże talerze do spożywanych w kręgu rodzinnym posiłków, duże łyżki, ale raczej do mieszania w garach, bo jadło się rękami, i butelki-zasobniki z tykw owoców kalabasy, pnącej się rośliny, kuzynki dyni i ogórka, której owoce mają twardniejącą grubą skórę.
Garncarstwo dostarczało dużych, wypalanych z gliny zasobników na wodę i pożywienie. Po dziś dzień w wielu domach woda przechowywana w takich dużych stągwiach przez długi czas konserwuje swą czystość i przyjemny chłód. Nieodłącznym wyposażeniem gospodarstwa domowego była forma najprymitywniejszych żaren, czyli płaskiego kamienia, który z czasem stawał się wklęsły na skutek ciągłego pocierania go drugim okrąglakiem w ręku kobiety. Wiele drobniejszych elementów można było na nim rozdrobnić bez używania wspomnianego wyżej moździerza.
Ze skór zwierząt potrafiono zrobić sandały, rzemienie, pewne elementy ubioru i ozdoby, ale technika garbowania skór nie posunęła się tu daleko. Gorący klimat nie stwarzał potrzeby na grube i ciężkie odzienie. Kawałek świeżej skóry naciągniętej kołkami na wydrążony od środka pień to tajemnica afrykańskiego bębna. Ale zasadniczo skóry oczyszczone z włosia były najczęściej zjadane. Tradycyjnie przepaski biodrowe wyrabiano z włókien roślinnych, a ludzie normalnie chodzili półnadzy i z reguły na bosaka, zadowalając się zgrubiałą skórą własnych podeszw. Pigmeje potrafili ze specjalnego włókna w korze drzewnej wyrabiać sztuki materiału, który służył za wierzchnie odzienie chroniące przed deszczem czy też do osłony w czasie snu.
Starzy ludzie, niezdolni już do dalekich wędrówek, zajmowali się wyplataniem z witek lokalnych krzewów różnych form koszyków, sztywnych materaców, a nawet wiklinowych łóżek. Misteryjne są nieraz wzory na kolorowych matach zszywanych z prefabrykowanych pasów o szerokości 15 cm. Inne rodzaje sztywnych traw pozwalają na produkcję stojących ogrodzeń, pomocnych np. w odseparowaniu się od drogi, czy też pułapek na ryby - dzwonowate w kształcie, ze zmyślnym wejściem w formie zapadki, instalowane później wlotem pod prąd rzeki, często z przynętą. Ryba, raz już zachęcona zawartością pułapki, po wejściu do niej nie była w stanie się uwolnić. Albo pleciono też inne, duże, owalne, półotwarte kosze, zakładane później na rozwidlenia konarów drzew, by zachęcić dzikie pszczoły do zadomowienia się w nich. Po upływie roku takie ule "jednorazowego użytku" rozwala się przy osłonie mroku i dymu, by zrabować owadom cenną ciecz. Jak do tej pory nikt nie potrafił wprowadzić innej, niż ta rabunkowa, metody pozyskiwania miodu.
W I wieku po Chrystusie w regionie Adamaoua (czyt. Adamaua) (północny Kamerun) opanowano technikę wytopu żelaza z lokalnych rud w prymitywnych dymarkach. Stamtąd sztuka ta przyszła na terytorium RCA wraz z postępującą emigracją ludów. Koloniści zastali już eksploatację żelaza i umiejętność jego obróbki. Wyrabiano narzędzia rolnicze, kopaczki i kilofy, ostrza do dzid i strzał, siekiery oraz słynne noże do rzucania - budzącą postrach broń ofensywną. Przypomina on płaską gwiazdę złożoną z wielu ostrzy scalonych w przedziwnych formach, charakterystycznych dla każdego plemienia. Jeżeli taki wirujący w locie nóż rzucony w stronę przeciwnika osiągnął swój cel, siłą rzeczy musiał zadać ranę którymś z licznych zadziorów. Zasługą muzeum Da ti aKotara w St. Laurent jest to, że gromadzi największą miejscową kolekcję tych noży. Istnieją wprawdzie większe od niej, ale poza granicami Afryki.
Tradycyjna siekiera przypomina w swej formie krzyżówkę z pałką. Półmetrowy trzonek zakończony jest wydatną buławą, w której głowie osadzone jest długie, trójkątne ostrze. Ten długi klin przekłuwa na wylot głowicę, a szeroki na 10 cm bok jest zaostrzony i służy do cięcia. Wraz z każdym uderzeniem ostrze jednocześnie utwierdza swe osadzenie w rękojeści.
Każdy Afrykańczyk od swej młodości nosi ze sobą wszędzie przydatny nóż. Jest to dwustronnie zaostrzony sztylet, przechowywany w skórzanej pochwie, jednak nie przy przepasce na biodrach, ale tradycyjnie najczęściej u szyi na sznurku. Z północnego zachodu od zislamizowanych Hausa można było nabyć rodzaj obosiecznego miecza, o zadziwiająco giętkim brzeszczocie i ozdobnej rękojeści - rzadko kto jednak mógł sobie na taki rarytas pozwolić.
Wydaje się, że maczeta jako taka przyszła tu później, jako pomysł zrodzony w dżungli amazońskiej. Afrykańczycy posługiwali się specyficznym skrzyżowaniem kosy z sierpem, najlepiej dostosowanym do wycinania tutejszych twardych traw, które wyrosłe z niewinnych źdźbeł na wiosnę, jesienią stają się grubymi na centymetr i długimi na trzy metry badylami. Jest to więc metrowej długości pręt metalowy zakończony spłaszczonym obosiecznym ostrzem, półkoliście wygiętym do przodu, a tnie się nim, machając na przemian w obie strony.
Podziw ogarnia, że tutejsi kowale w swoich prymitywnych kuźniach (palenisko to dysza ze skórzanymi miechami pośrodku kilku kamieni, a pracuje się w kucki na kowadle osadzonym w ziemi) potrafią wykonać w metalu bardzo nieraz wierne imitacje potrzebnych do uruchomienia jakiejś maszyny części zamiennych. Posiedli też intrygującą sztukę odlewania garnków czy innych przedmiotów. Jeśli tylko posiadają wymagany wzorzec, to potrafią go powielić dzięki pomysłowej technice dziury w ziemi i drobnemu paskowi. Jak Afryka długa i szeroka, kowale z powodu swych imponujących umiejętności byli postrzegani jako ludzie pod wpływem zaświatów. W jednych regionach prawie deifikowani, jako posiadający coś z boskiego ducha, a więc dobrzy czarownicy, w innych zaś przeciwnie, podejrzewani o przynależność do sfery mrocznych sił, kuzyni Hefajstosa, rodem z Hadesu, odpowiedzialni za czarną magię.
Dwa główne plemiona występujące obecnie na terytorium RCA, Gbaya i Banda, znały się na wytapianiu. Oprócz narzędzi fabrykowali też półprodukty, sztabki żelazne w formie długiego klina, by następnie odstąpić je sąsiednim plemionom w zamian za inne produkty. Owe sztabki żelaza zaczęły pełnić funkcję swego rodzaju monety. W języku sango nazwano je nginza i tę nazwę po nich odziedziczyły w sango wprowadzone później pieniądze.
Handel
Owe nginza, żelazne sztabki, stały się w okresie przedkolonialnym formą lokaty kapitału i środkiem płatniczym w handlu, zasadniczo jednak bazującej na wymianie produktów. I tak rybacy znad wielkiej rzeki wymieniali suszone ryby za kozy od rolników z sawanny, a te były odsprzedawane dalej. Yakuma kontaktowali się na wschodzie z Nzakara i Zande, a ci przez dorzecze Nilu z Egiptem - w zamian za niewolników nabywali strzelby. Europejczycy po swym osiedleniu na wybrzeżach Zatoki Gwinejskiej przez basen Kongo od południowego zachodu skupowali oprócz żywności także kość słoniową i niewolników w zamian za tkaniny, ubrania i szklane ozdoby. Każda grupa plemienna kontrolowała swój sektor transportu i handlu nad rzeką. Jeśli od początków notuje się ataki na białych, to u podstaw tej wrogości jest słuszna w swej logice obawa o utratę wpływów komercyjnych. Ich przybycie i wprowadzane nowe porządki zachwiały bowiem poważnie dotychczasowym podziałem ról usankcjonowanym przez wieki.
Obok rodziny targowisko było najstarszą i najbardziej trwałą instytucją zastałą w afrykańskim społeczeństwie. Wymiana handlowa to tylko zewnętrzna oprawa, pretekst, by się spotkać z innymi, pogadać i scementować przyjaźń przy piciu lokalnego piwa. Trwałość tej instytucji sprawdza się nawet w tak ekstremalnych warunkach jak wojna domowa. Nawet dzisiaj, podczas okupacji przez rebeliantów, która zmusza ludzi do opuszczenia wioski i krycia się w szopach na ich rozproszonych polach, choć wieś jest wyludniona, to jednak w dzień targowy muszą się spotkać. Jarmark jest skromniejszy, ale musi mieć miejsce. Sami rebelianci przedzierzgają się wtedy w klientów i potrafią coś kupić za pieniądze, które chwilę wcześniej wyłudzili od tych samych ludzi...
Polowanie i zbieractwo
Mięso zawsze należało do rzadkich potraw i pochodziło tradycyjnie z hodowanego przy domu drobnego inwentarza: drobiu, kóz i świń. Do dziś tak się przyjęło, że zwierzęta żyją obok swych właścicieli w stanie na półdzikim, luzem wałęsające się po wsi i w większości same poszukujące sobie pożywienia. Co ciekawe, w tej mieszaninie ludzi i ich dobytku wiadome jest, które zwierzę do kogo należy. Codzienne menu afrykańskie nie z wyboru, ale z musu było i nadal jest wegetariańskie. Mięso kojarzy się ze świętem. Konieczne stało się więc uzupełnienie diety przez sezonowe polowania prowadzone zazwyczaj w grupach. Afrykańczyk żyjący na wsi to urodzony myśliwy. Do pola zawsze udaje się uzbrojony w dzidę - nie tyle dla ochrony, co raczej, by nie stracić nadarzającej się niespodziewanie okazji do upolowania jakiegoś zwierzęcia. Dzikie zwierzęta bowiem podchodzą pod ludzkie pola w poszukiwaniu łatwej karmy i ten hazard kosztuje je czasem drogo. Nieodłącznym towarzyszem człowieka w buszu są nieduże krótkowłose pieski. Ukształtowana lokalnie rasa - może niezbyt urocza, ale za to obdarzona wyśmienitym węchem - bardzo dobrze wystawia swemu panu na cel potencjalną zdobycz.
Kolekcja włóczni zgromadzonych w Da ti aKotara dzieli się na trzy zasadnicze typy. Najbardziej charakterystyczna dla tego regionu jest włócznia na wysokość człowieka, zakończona u góry lancowatym ostrzem, a u dołu dzirytem. Piechur, udając się w drogę, opiera się na niej i w każdym momencie, od góry czy od dołu, jest w stanie jej użyć bez zbędnej straty czasu na przekierowywanie ostrza. Są też inne podobne, o półtorametrowej rękojeści, z dużym nieraz ostrzem u góry, ale u dołu zakończone płaskim drzewcem - to lance dla jeźdźców z północy, arabskich łowców niewolników. Te nie mogłyby być zaostrzone u dołu, bo wiązałoby się to z ryzykiem poranienia wierzchowca lub nogi jeźdźca. Trzeci natomiast rodzaj włóczni jest najbardziej kuriozalny: drzewce długie nawet na trzy metry, z ostrzem pełnym zadziorów i luźno osadzonym na końcu kija, przywiązanym natomiast doń sznurkami, dającymi pewną swobodę dla jego uwolnienia. To wymysł Pigmejów do polowania w gąszczu leśnym lub w wodzie. Raz już dosięgnięte przez ostrze zwierzę czy ryba nie może się już odeń uwolnić z powodu zadziorów zatapiających się w ciele tym bardziej, im więcej się szarpie. Salwując się ucieczką, ciągnie za sobą ową długą rękojeść, która nie powinna się jednak złamać, więc nie tkwi sztywno w ostrzu, ale uwolniona zeń, zwisa swobodnie na sznurkach. Tymczasem myśliwy, zachowując bezpieczny dystans, może śledzić swą ofiarę, trzymając za przeciwległy koniec kija.
Imponujący arsenał zajmują też zachowane łuki i kusze. Te pierwsze, wykonane ze sprężystego kija, miały często cięciwę uwalnianą na czas spoczynku, natomiast strzały były bez lotek. To metalowe ostrze pełniło rolę ciężarka wytyczającego linię lotu całej strzały. Ich zasięg i skuteczność nie były raczej imponujące. Za to używana przez Pigmejów kusza budzi respekt. Zdolna na dużą odległość szyć małymi strzałkami, z podwójną lotką i najczęściej z zatrutym ostrzem. Efekt polowania gwarantowany.
Do rozmiaru plagi wybujał tradycyjnie praktykowany zwyczaj wypalania traw w okresie suchym. Całe wieki należało to do naturalnego rytmu: wypalone długie i zdrewniałe trawy zamienione w popiół użyźniają ziemię i ułatwiają nowej trawie szybszy odrost. I nie jest to uwarunkowane nowymi opadami, bowiem pod skorupą zeschłej od góry ziemi wody jest pod dostatkiem, a korzenie traw sięgają głęboko. Na spalonych połaciach bardzo szybko więc pojawiają się źdźbła świeżutkiej trawy, mimo że to szczytowy okres pory suchej i na deszcze trzeba będzie jeszcze poczekać dwa miesiące. Problem powstaje jednak, gdy dochodzi do przesady. Kiedyś tym niebezpiecznym procederem kontrolowanych pożarów buszu zajmowali się dorośli mężczyźni - dziś bandy podrostków. Chłopakom nie chodzi już o przygotowanie pól pod zasiew, ale o polowanie na pogorzelisku. W odsłoniętych norach kryją się przyduszone ogniem szczury, a czasem i węże. Złapane gryzonie czy gady są świetnym uzupełnieniem dla posiłku. Ale często dochodzi też do tragedii, gdy ktoś zostanie ukąszony. Bywa też, że mocny i zmienny wiatr przerzuci ogień w niespodziewane miejsce i zaskoczy tam starego człowieka albo dziecko. Notorycznie dochodzi też do akcydentalnego spalenia pól czy chat, a co za tym idzie - strat materialnych i w efekcie wytaczanych sobie procesów w sądach.
Zbiór gąsienic, termitów, szarańczy czy ślimaków w niektórych regionach sezonowo stanowił opatrznościowe wsparcie ze strony natury. Zwłaszcza na przednówku, gdy oczekuje się jeszcze na nowe plony i realny głód zagląda w oczy wielu rodzin, kobiety z dziećmi wiedzą, gdzie i kiedy w buszu szukać tych wiktuałów. Rzecz robiąca wrażenie, gdy ludzie wiedzą z dokładnością do jednego dnia, w której termitierze pojawią się grzyby. Osobliwością natury jest bowiem rodzaj grzyba, który swą formą raczej nie przypomina tych klasycznych: coś na modłę dużej, białej trufli, która w symbiozie z termitami wiedzie swoją egzystencję i ze szwajcarską precyzją wyrasta konkretnego dnia. A ludzie eksploatujący busz, w okolicy swego zamieszkania znający każdą jego termitierę, nie przepuszczą takiej okazji.
Maniok - rewolucja w menu
W filmie o RCA Cisza lasu na początku jest scena na promie, kiedy prosty człowiek ironizuje na temat zawężonych perspektyw statystycznego Środkowoafrykańczyka: "Gozo na ndapelele, gozo na kota la, gozo na lakwi" (w sango: maniok rano, w południe i na wieczór), czyli nic innego w głowie, jedynie monotematyczny kurs za zapewnieniem sobie w kółko tego samego posiłku. Gdy budowano linię kolejową Ocean - Brazzaville, zatrudnieni tam robotnicy nie skarżyli się na brak pożywienia, ale na to, że nie mieli wystarczająco manioku na zapchanie żołądka.
Maniok - dziś podstawa wyżywienia większości Afrykańczyków - nie jest jednak rośliną afrykańską. Przywieziony na początku XIX wieku do Zatoki Gwinejskiej przez Portugalczyków wraz ze słodkimi ziemniakami i kukurydzą, rozprzestrzenił się po Afryce w rewolucyjnym tempie, o wiele szybciej niż sami biali propagatorzy tej rośliny. Gdzie spoczywa tajemnica tego spektakularnego sukcesu, który zrewolucjonizował sposób odżywiania się Afrykańczyków w ciągu całego XX wieku? Ta roślina tworząca krzewy o łodygach 2-3 m wysokości posiada jadalne liście, ale to przede wszystkim jej spichrzowy korzeń jest najbardziej pożądany. Do zalet manioku należy zdolność adaptacji w różnych strefach klimatycznych: tych o obfitych opadach, jak i słabych. Nie wymaga dużej opieki, wystarczy na oczyszczone pole powsadzać pochylone trzydziestocentymetrowe kawałki łodyg manioku w odstępie jednego metra i z tego po kilku lub kilkunastu miesiącach (w zależności od odmiany) wyrośnie cały krzak. Można dosiać arachidów czy sorga, bo te dojrzeją szybciej, i wystarczy jedynie zadbać o plewienie pola na samym początku. Nie ma się co obawiać zmian klimatycznych, chorób czy pasożytów, bo samo rośnie! Bulwy dobrze konserwują się w ziemi, więc można wykopywać je stopniowo. Pokrojony trzeba wymoczyć, by pozbyć się pewnych szkodliwych kwasów, następnie połamać na grudki i po wysuszeniu w słońcu poubijać na mąkę. A z tej na wrzącej wodzie robi się wielką kluchę - podstawowe danie dla całej rodziny. Afrykańczycy mają dwa słowa na opis klasycznej potrawy: kobe, czyli baza, masa pokarmowa (za nią służy maniok) oraz kasa, czyli towarzyszący bulwie sos. I to wystarczy; dzień w dzień, i się nie znudzi.
Ta nowa uprawa, która wymaga o wiele mniej opieki i obecności plantatorów w polu, stała się też przekleństwem dla tubylców. U początków kolonizacji brak dróg i środków transportu wymagał dla funkcjonowania ekonomii dużej liczby przymusowych tragarzy. Wcześniej Afrykańczycy mogli się jeszcze usprawiedliwiać koniecznością stałej opieki nad polami - biali znaleźli więc rozwiązanie, przynosząc im roślinę o minimalnych wymaganiach. A przy tym Afrykańczycy docenili jej "magiczną" wręcz moc: zapycha wnętrzności i na długi czas pozostawia błogie uczucie sytości. To fundamentalnie ważne dla głodnego wciąż Afrykańczyka, ale i zdradliwe na dłuższą metę. Bulwa z manioku wyparła z tradycyjnego menu bulwę z sorgo, a ta druga miała o wiele wyższe walory odżywcze. Maniok jest prawie bezwartościowy - ot, nieco skrobi, smakuje jak krochmal, i to wszystko. Zwłaszcza w diecie dzieci widać destrukcyjny wpływ - ciągłe serwowanie go dzieciom powoduje u maluchów charakterystyczne wydęte brzuchy. Oznaka nie otyłości bynajmniej, ale trwałego niedożywienia. Taki monotematyczny jadłospis domaga się koniecznie urozmaicenia, czego matki najczęściej nie rozumieją.