Adagio pastorale
Na początek Heini. Tak, Heini na początek.
Heini, Heini.
Heini jak dawniej. Pochylony nad książką z obrazkami. Pluszowy zmierzch, zielony fotel przy oszklonej gablotce, połyskującej w gęstym świetle lampy. Nie ma nic, prócz tego, czego nie ma. Żelaznych żuków z rodziny Scarabaeidae i chrząszcza o imieniu Ukrytek mauretański - Tenebrioides mauritanicus, ażuru ciała, poprzez który świecą granatowe i czerwone struny, górskiego kwarcu, dorzeczy Amazonki, przekroju gleby, huzarskiego szamerunku, Andreasa Hofera na łące tyrolskiej krwi, wróbelków panajezusowych, zaglądających przez okno w stajence Stephana Lochnera, Teuttoburskiego Lasu, skarbów z grobu króla Priama.
No i Heiniego, którego nie ma najbardziej.
Ten obrazek, wiele lat później, jest wyblakły: barwy dawno już wsiąkły w pożółkły karton, ale Heini widzi żywe, jasne kolory. Bo pochyla się nad nim wtedy właśnie: wkrótce potem jak obrazek powstał. Wtedy, w nowym świecie, pierwszym świecie, który jest.
Nie, to nie Heini namalował obrazek. Zapewne zrobiła to Frieda Gruber, której powierzono odpowiedzialne zadanie prowadzenia Kroniki. A może i nie ona, bo Frieda otrzymała to zadanie głównie ze względu na talent do kaligrafii: litery stawia okrągłe i bardzo uroczyste. Szczególnie więc nadające się na słowa, w które się tutaj składają. Na przykład "niewzruszona przyjaźń". Te słowa podobają się Heiniemu każde osobno, ale zwłaszcza oba razem. Wracając jednak do Friedy: nie można wykluczyć, że nie tylko litery, lecz również drobne ilustracje, ornamenty, które słowa Kroniki zdobią, są jej dziełem. Owe liry, laury, trąbki z proporcami, werble o skrzyżowanych pałeczkach, uśmiechnięte i płaczące maski, kratownice szachowych pól to rysunki schematyczne, kto wie, czy po prostu nie skopiowane z jakiegoś szablonu. Co innego obrazek na pierwszej stronie - musiał go namalować ktoś całkiem inny.
Może Hedwig Masur, która ma kasztanowe, skręcone w pukle włosy i wilgotne, brązowe oczy, o których Erick Gärtner mawia, że mają krowi wyraz? Hedwig mogłaby tak malować; skrapia się jaśminową wodą, często się śmieje i pomagała kiedyś robić bibułkowe kostiumy do przedstawień dr. Thimma. A może Leni, która nie tylko wszystko potrafi, ale jest i pełna zapału do wszystkiego? Pan F. Hummel powiada o niej: nasz kwiatuszek, a częściej jeszcze: nasz promyczek. Tak, Leni Wiese z pewnością umiałaby tak namalować. Jej szczupłe palce skubiące nierówne włosie pędzelka, bo wyleniał już trochę od błękitu tła dla gołąbków pokoju i łopotu sztandarów. Palce Leni odłamujące trzy kawałki z kominiarskiej miotełki, na szczęście, tuż przed Bożym Narodzeniem czterdziestego pierwszego roku. Palce Leni mierzwiące włosy Heiniego: wiesz, one naprawdę pachną dymem. No, nie patrz tak na mnie. Ja się nie śmieję. Pachną jak suche liście. Paliliście ognisko?
A Heini zupełnie nie potrafi malować. Właściwie niczego nie potrafi naprawdę. Tym bardziej nie potrafi, im bardziej by chciał. Bo umieć coś naprawdę, myśli sobie Heini (zwłaszcza wtedy, gdy nikt go o to nie podejrzewa, czyli dość często), to znaczy mieć to coś na zawsze. Żeby można było z tym zasnąć i obudzić się z tym samym, niezmienionym. Żeby można było to zgubić, wyjechać bez tego, a przecież mieć to wciąż w kieszeni, na czubku języka, pod powiekami, w tym podróżowaniu i zapominaniu nieukruszone ani nienadgryzione wcale. Jak czarodziejską bułeczkę, którą zabiera się na drogę, a której nigdy nie ubywa.
A Heini niczego nie potrafi naprawdę. Nawet śpiewać i latać nie potrafi aż tak. Dlatego wpatruje się w obrazek, ile tylko ma sił i wcale nie zastanawia się nad tym, kto ten obrazek namalował.
Na obrazku widać dom. Piętrowy, chyba dość duży. Cały w ciepłych brązach i świetlistych oranżach. Jak liść klonu, z tego placu po drugiej stronie ulicy, którego nie widać na obrazku. Na obrazku najbardziej widoczne są schody, bo przedstawia on widok od frontu. U ich szczytu, niemal w połowie wysokości domu, namalowano drzwi.
Są zamknięte. Ale schody, u dołu szersze, zwężające się ku górze - zgodnie z zasadami perspektywy, choć niezgodnie z rzeczywistością - najwyraźniej celowo tak zostały ukazane. Bo sprawia to wrażenie, jakby dom zapraszał do środka. Kusił otwartością, a zarazem tym, co ukryte. Tajemniczy owoc w złotej łupince.
I jeszcze błękit nieba. I wodnista zieleń trawy. I nikogo wokół, przed domem, na całej kartce.
Tak się maluje pałace i zamki, ale nie takie jak zamek w S. - surowy, szary i ponury. Takie prawdziwe zamki. Jak z bajki. Takie jak nad Renem. W tamtych też nie widać żadnego komina, z którego unosiłby się dym.
Może dlatego zapomniano o kominie, zwyczajnym kominie, takim, z którego smuży się szary obłoczek, wstążka niebieska, a popielaty świderek dymu bardzo długo wydobywa się stąd przez okno. Konkretnie z rury sterczącej spomiędzy desek uszczelnionych papą. Rura połączona była z ogromnym, rozkraczonym pośrodku sali żelaznym piecem. Palono w nim wszystkim co wpadło w ręce. Gałęziami, które dało się przyciągnąć z okolic szpitala, bo drzew było wokół sporo, trocinami, szczątkami mebli, węglem, znajdowanym czasem jeszcze w jakiejś piwnicy, i wszechobecnym papierem o urzędowych, krzyczących czarnym drukiem, nagłówkach.
Piec zdawał się wtedy drżeć od ognia, który go wypełniał, a na zewnątrz, przez rurę w zabitym deskami oknie, buchał czarny, cuchnący dym. Ale ciepło rodziło się wątłe, takie, które na ogół ledwie zdołało rozpełznąć się po kątach, a już po schodach, na piętro, do sali widowiskowej, w której przecież dr Thimm od początku prowadził zajęcia, nawet nie próbowało się dostać.
Mimo to Heini dobrze pamięta ten piec. Bo piec to jedna z tych rzeczy, które najmocniej zapamiętał ze świata, który istnieje.
Pamięć Heiniego przesuwa się po rzeczach, miejscach i ludziach jak ręka; dłoń tamtego Heiniego sprzed lat, sunąca delikatnie po jabłkach leżących na kredensie w stołowym pokoju. Te jabłka leżą jedno obok drugiego, nie na porcelanowej paterze zwieńczonej srebrną figurką nagiego młodzieńca o uskrzydlonych piętach, ale ot tak, po prostu, na wiśniowym blacie kredensu. Żeby dobrze dojrzały. Wybierz sobie jedno, mówiła matka, takie dobrze dojrzałe. Nie mówiła: wybierz najładniejsze. Ani nawet: takie, na jakie masz ochotę. Może dlatego wydawało mu się, że to jabłka wybierają jego. I dlatego długo wodził opuszkami palców po ich gładkich skórkach, żeby zyskać na czasie, choć przez chwilę jeszcze zachować złudzenie wyboru.
Heini wybrał sobie piec. Piec wybrał sobie Heiniego. Jeszcze teraz płonie rozgrzany do czerwoności, jak ten ogień, który spalał brudne, zawszone ubranie i włosy obcięte w Kückenmühle, czarną, wilgotną pustkę, i głód, który był zimny jak goła ziemia.
Może dlatego Heini woli nawet, że na obrazku w Kronice dom nie ma komina. Ogień jest w środku, ukryty. Ukrytek mauretański. Jak to śpiewał Bruno? Żar twego serca na wskroś mnie przewierca. Nawet Alfred Bonkowsky nie znał takiego szlagieru.
Zawsze dużo tańczyli. Żeby się zabawić i żeby zarobić na coś więcej niż tylko zabawę. Więc mogli się rozgrzewać w tańcu. Tango, które polecał do tych celów Bonkowsky, było jednak źle widziane przez niektórych towarzyszy. Szwabskie i badeńskie poleczki grzały równie dobrze. Lecz przecież lepiej się stało, że Kierownik, pan Zygmunt, wydeptał po różnych szczeblach władzy i związków remont c.o. I Johann Lipke, woźny, może teraz siedzieć, nawet zimą, w samym tylko kusym serdaczku narzuconym na koszulę, a jego żona, Else, odbierając płaszcze w szatni, powtarzać: tak, tak, w ubraniu to byście się, ni ma co, jak w łaźni zgrzali. Johann i Else pochodzili z poznańskiego i pewnie dlatego ona miała ten - drażniący nie tylko Eryka - zwyczaj wtrącania polskich słów. Robiła to bezwiednie i nigdy nie potrafiła się tego przyzwyczajenia pozbyć. Tak zresztą jak i nigdy nie nauczyła się po polsku.
Pan Zygmunt zyskał sobie wiele sympatii, walcząc o ciepło dla ich domu. Ale Heini, chociaż nie ma nic przeciw kaloryferom, pamięta dobrze tamten piec.
Co wcale nie znaczy, że Heini patrzący na obrazek gotów jest zapomnieć, jak dom wygląda bez obrazka. Bo Heini poznał dom ze wszystkich stron - od sparszywiałego parkietu w holu po mocne belki strychu; nauczył się go od czternastu stopni schodów wejściowych po trzydzieści stopni wewnętrznych (dwa razy po piętnaście, u obu skrzydeł), prowadzących na piętro do sali widowiskowej; nauczył się go od szkoły po szpital, od boiska po zwały śmieci na placu, od żydowskiego cmentarza po starą zajezdnię tramwajową linii numer jeden.
Tak, że dom rozrósł się z czasem do obszaru kilku ulic i paru skwerów, potem maleńkiej, ale samodzielnej dzielnicy, a w końcu krainy rozleglejszej z każdym dniem, choć jej wcale nie przybywało, rosnącej jak ciasto w dzieży, a bardziej jeszcze w sobie samej, pełnej coraz silniejszych zapachów, mocniejszych barw, odleglejszych stanic nad swymi granicami.
Było to zjawisko o tyle zaskakujące, że niemal równocześnie odbywał się proces odwrotny: granice zbiegały się ku sobie, wonie gasły, barwy traciły aromat, a przestrzeń kurczyła się, zapadała w siebie, w nic. Aby wreszcie zmaleć do rozmiarów fotografii, na której widać kilkanaście osób, najwyraźniej zażenowanych swoją sytuacją, ubranych w odświętny uśmiech i popatrujących raczej po sobie niż w obiektyw. Choć przecież wcześniej żadna z nich nie omijała nigdy spojrzeniem tej małej, niewidocznej dziurki światła, w której czai się przyszłość. Albo przeszłość. Co w końcu nie ma też wielkiego znaczenia dla teraźniejszości.
A Heini? Heini widzi przed sobą obrazek w Kronice. I to on jest teraźniejszości zbawieniem: kiedykolwiek by się zdarzyła. I cokolwiek by miała znaczyć.
Dlatego tej fotografii jeszcze nie ma; jeszcze jej po prostu nie zrobiono (zrobi ją pan Zygmunt? nie, jego już wtedy tam nie będzie), gdy Heini trzymając na kolanach, raczej na stoliku w sali do polskiego, album do wklejania zdjęć, oprawny w czerwony plastik, to znaczy Kronikę, pożyczoną mu przez Friedę Gruber w ramach wyjątkowego przejawu jej dobrej woli (będącego z kolei wynikiem radości, że znalazła się Frieda na liście osób, które pojadą na wycieczkę do odbudowywanej przez cały Naród stolicy), wpatruje się w brązowo-pomarańczowy dom na tle bezchmurnego nieba. No, a jeżeli nie ma tamtej fotografii, a jest ten obrazek, wyblakła akwarela, to znaczy, że i tego świata nie ma naprawdę, więc z każdą chwilą coraz bardziej jest, wyłania się, unosi na powierzchnię i Heini już go widzi, lecz go nie dotyka, jak odbicia swej twarzy na wodzie. Żeby się nie rozpierzchło.
To miejsce. Ten świat. Ten czas.
Więc dom, na samym skraju rozległej parceli, która należy do szpitala Bethania. Dom z nietynkowanej, ciemnoczerwonej cegły. Od frontu tylko te co na obrazku schody, drzwi i pięć małych okien piętra przed salą widowiskową. I jeszcze drzewo, na prawo od schodów, lipa zbierająca cały kurz ulicy, a rozsiewająca zapachy jak fabryczka Pipera produkująca sztuczny miód na Lastadie. Dom jest rzeczywiście duży, ale raczej w głąb, wzdłuż bocznej ściany, na której mieszczą się dwa szeregi okien po piętnaście w każdym. Z tyłu rozległe podwórze i dwie szpetne, niskie kamienice, w których mieszka głównie pomocniczy personel szpitala i sporo szczurów. A dalej jest zarośnięty, zdziczały ogród, pełen czarnego bzu, wybujałych pokrzyw, krzewów róży i baldachów łopianu. A w tym zielsku, parzącym, dusznym, przepojonym wonią ziemi, kwiatów i gnicia (w gruncie rzeczy - w ich i naszym gruncie - jest to zresztą ta sama woń) na kamiennym, wysokim podeście stoi coś, co było chyba kiedyś szpitalnym prosektorium, a może kapliczką czy też jednym i drugim zarazem, a co zamieniono na magazyn nie wiadomo czego zamknięty na wielką, rdzewiejącą już wówczas kłódkę. Geometryczny ornament na ścianie budyneczku, tuż pod dachem, przypomina złamane fale.
Więc boisko, jeszcze dalej, i w stronę szpitala. Osiemdziesiąt na trzydzieści pięć metrów. To ma znaczenie, o ile się wie, że każdy z tych metrów to wynik poważnej, politycznej kalkulacji ludzi, biorących rzeczywistość tak serio, jakby była już w chwili swych narodzin historią. Skądinąd ludzie ci mają zwykle racje w tej mierze. Mierze czasu i przestrzeni.
Więc szkoła, obok domu, ale bliżej ulicy. Mały domek z drewnianą, zieloną przybudówką.
Cały ten obszar (wraz z kościołem, który też należy do szpitala) zamknięty jest w trójkącie Kreckower Strasse, Alleestrasse i zielenią terenów przylegających do boiska.
Heini mieszka niedaleko, przy Bethanienstrasse, a więc odległość ta nawet nazwą ulicy jest potwierdzona. Równolegle biegnie Henriettestrasse, a między obiema ulicami, w trawie, wśród brzóz, leżą, a czasem stoją jeszcze, kamienne nagrobki kirkutu.
Ze wszystkich rysunków, jakie Heini na nich odnalazł, największe wrażenie zrobiły na nim dłonie. Dłonie bez rąk, palce, które napominają, a może grożą. Jeśli to są żydowskie palce, to na pewno liczą, powiedział kiedyś Herman Noske, który też mieszka na Bethanienstrasse, i zawsze mówi właśnie Bethanienstrasse, a nie inaczej. Tak samo jak jego rodzice, no więc na pewno wie, co mówi, bo ostatecznie po co się ma rodziców, jeśli nie po to, żeby takie rzeczy wiedzieli?
Heini ich nie ma, więc takich rzeczy nie wie. Heini nie wie bardzo wielu rzeczy. I całego mnóstwa wcale nie chce wiedzieć. Ale wie za to kilka innych, z którymi jednak nie ma pojęcia, co robić? Podobnie jak z tymi rzeczami, które znosi do mieszkania przy Bethanienstrasse. Willy Peters, jego wujek, niebędący zresztą ani jego, ani też niczyim wujkiem, w wolnych chwilach wyrzuca te rzeczy przez okno. Całe szczęście takich wolnych chwil nie ma wiele. Całe szczęście dla rzeczy chowanych przez Heiniego w walizce pod łóżkiem, ale przede wszystkim dla Willego, który i bez wolnych chwil zupełnie nie wie, co dalej. Wie za to, co bliżej i dookoła.
Dlatego na wszelki wypadek nie nazywa ulic po imieniu. Ani takim, ani siakim. W końcu mogłoby mu się wymsknąć nie takie, jak należy, a Willy pracuje w porcie i bardzo musi na te sprawy uważać. Choć prawdę rzekłszy, Willy nie bardzo już wie, co by jego nowym pracodawcom sprawiło przyjemność: używanie nazw obowiązujących czy wierność wobec starych? Mówi więc zazwyczaj: na naszej ulicy, przy sklepiku starej Klary, tam, gdzie zakopano tych trzech sztywniaków, obok wejścia do administracji szpitala, przed domem z rzeźbą psa, tam, gdzie ten twój Albin się porzygał, tam gdzie, wiesz, miałem tę rozmówkę z tymi dwoma. Heini nie wie, co to jest administracja, ale wie, gdzie to jest. Pamięta, gdzie Albin się porzygał, chociaż wcale nie uważa go za swojego. I wiele razy chodził oglądać medalionowy relief na ścianie pałacyku: kamiennego psa wyjącego bezgłośnie ku kamiennym gwiazdom.
Heini ma wygodniej niż Willy Peters, nie musi się wcale zastanawiać, której nazwy ulicy użyć. Bo z nikim nie mówi o imionach ulic i placów. Niektórzy twierdzą, że Heini w ogóle bardzo mało mówi. A są i tacy, którzy uważają, że Heini nie mówi wcale.
Jest w tym wiele przesady, bo gdyby Heini wcale nie mówił, to przecież by również nie śpiewał.
A że Heini śpiewa, słyszeli chyba wszyscy.
Nawet ten rosyjski żołnierz w oknie szpitala na drugim piętrze. To było kilka lat temu. Heini łowił ryby w basenie przeciwpożarowym za blokiem C. Basen powstał całkiem niedawno, w oczekiwaniu nalotów tej pierwszej, powietrznej fazy wojny. Ale już był zarośnięty krzewami i okolony brzeźniakiem, posadzonym na tyłach szpitala od razu po wybudowaniu bloków. Właściwie Heini wcale ryb nie łowił, tylko sobie stał na betonowej obmurówce. Bo mu powiedziano, żeby tam poszedł i natargał dla wszystkich całą siatkę leszczy, okoni i pstrągów. Zjadłoby się smażoną rybkę. Albo i soliankę, według nowej mody. Choć dobrą soliankę można było zjeść już dawniej, zapewniał Alfred Bonkowsky, który jadł ją na przykład w berlińskim Adlonie (ale tam była z bieługą; nie! z jesiotrem!) i w jakiejś tawernie przy Kurfürstenstrasse, a nawet i tutaj, w S., w restauracji hotelu Preussenhof, acz miejscowy kucharz trochę przesadnie wzbogacał jej smak czarnymi oliwkami. Więc apetyt na rybkę. W końcu miasto pośród wód, z wonią śledzi unoszącą się jeszcze wciąż po Bollwerku, a tu trzeba żreć kartofle i cieszyć się, że są. Więc rybkę by się zjadło. Ale Heini niezbyt wierzył, żeby w basenie były ryby, zwłaszcza pstrągi.
Widział kiedyś okładkę partytury, może w nutach u matki, może na wystawie u Simona, przy teatrze, gdy poszli tam kiedyś razem. Matka szukała pieśni Wolfa do wiersza Goethego Pozdrowienie kwiatami, bo przyjechała Maria, jej bratowa, która miała piękny, choć niezbyt mocny sopran, więc matka chciała zrobić ze wspólnego wykonania tej pieśni niespodziankę ojcu, o czym Heini nie wiedział, ale ze zdumieniem spoglądał na złote sploty trąb, jakie wisiały na ścianie sklepu. A może okładkę partytury zobaczył dopiero w szpargałach Bonkowsky'ego, za którym nosił na próby pełną takich skarbów tekturową walizeczkę, dość że na tej okładce widniał tytuł Pstrąg i ryba wygięta w wyskoku ponad bryzgi wody. Pstrągi żyją w strumieniach, a nie w basenach na terenie szpitala.
Ale Heini poszedł nad ten basen i długim, rozwidlonym u końca kijem roztrącał gęstą rzęsę, na której osiadły brzozowe, sczerniałe już kotki. A że czuł się dosyć swobodnie, więc śpiewał. Chyba Meksykańską serenadę, której go nauczył Bruno. Czuł się swobodnie, bo krzewy zasłaniały go od strony bloku C, a brzozy i okryte dojrzałymi owocami czeremchy odgradzały od szpitalnego wjazdu na podwórze. Największe skupisko drzew okalało trawnik tuż przy murze, na który wychodziły czasem z taboretami kobiety z kuchni. Siedziały tam kiedyś i obierały ziemniaki, rzucając je do wielkiej balii, a Heini akurat tamtędy przechodził. Zatrzymał się, niepewny, czy iść dalej, bo wielokrotnie przeganiał go stąd stróż, Niemiec z ospowatą twarzą maszkarona, a i personel w białych kitlach zerkał na niego nieufnie. Lecz kobiety, najpierw jedna, potem druga i trzecia, zaczęły obrane już ziemniaki rzucać w jego stronę i śmiały się głośno, gdy nie umiał ich złapać. Nazbierał wtedy tych ziemniaków, zimnych i nagich, cały podołek koszuli.
Teraz kobiet nie było. Heini miał palce i usta pobrudzone purpurowoczarnym sokiem wisienek czeremchy. Czuł w ustach gorzką słodycz, a język aż sztywniał mu od szorstkiej cierpkości soku. Pomagało to jednak oszukać żołądek i tylko trochę utrudniało śpiewanie. A Heini śpiewał o gaucho, który nuci miłosną pieśń, gnając stado bawołów. Heini śpiewał i grzebał w wodzie kijem.
I jakoś tak zupełnie mimo woli, przypadkowo, a może wcale nie przypadkiem, może ściągnięty wzrokiem, jak kawałeczki papieru przyciąga potarty rękawem grzebień, co pokazał mu kiedyś, na samym początku, wujek Willy, może więc przyciągnięty cudzym spojrzeniem spojrzał właśnie tam. W okno na drugim piętrze. Chociaż oparty łokciami o parapet żołnierz wcale go nie wołał. Po prostu opierał się łokciami o parapet i patrzył na Heiniego. Z uśmiechem łagodnym i jakby nieobecnym. Może to zresztą nie był wcale uśmiech. Heini mógł się mylić, drugie piętro to drugie piętro, a piętra w Bethanien są wysokie.
Ale i tak od razu przestał śpiewać i wiercić kijem w okrytej rzęsą wodzie. Czuł niepokój, choć nie bardzo wiedział, dlaczego.
A wtedy rosyjski żołnierz, chory rosyjski żołnierz bez munduru, powoli uniósł w górę obie dłonie i przyłożył do siebie wskazujące palce, jeden za drugim, i to był pistolet maszynowy, karabin, którym wziął Heiniego na cel. Tym samym powolnym, niemal sennym ruchem. A potem bardzo cicho (lecz Heini i tak słyszał, słuch miał bardzo dobry) wypuścił powietrze przez ściśnięte wargi, naśladując dźwięk lecącej kuli.
Pocisku, który cię trafi, nigdy nie usłyszysz, mówił Erick Gärtner i wiedział, co mówi. Jego niebieskie oczy były chłodne, lecz gdzieś tam głęboko palił się w nich lodowaty płomyczek. Jego lewe ramię było częściowo bezwładne, co mu jako instruktorowi tańca nie ułatwiało pracy. Ale przy szwabskim Sidertanzu wystarczało do podparcia boku ramię prawe: Moja matka gotuje cebulę i ryby, hejże hop, hejże dydy!
Heini cisnął kij w wodę i rozgarniając krzaki, pomknął przed siebie. Za siebie, za dzisiaj, byle dalej.
Deten, gospodyni pana Hummela, zawsze w tym samym turbanie w biało-czarną kratę, jakby chciała się upodobnić do świata, w którym pan przewodniczący Hummel czuje się najlepiej, wygładza obrus energicznymi strzepnięciami dłoni. Bo to pan inżynier wie, dla Iwana najważniejsze dziecko: dom spali, kobiet nahańbi, ludzi pobije, a dziecko na ręce weźmie, przyhołubi, powie na, biery sachar, u niego i czułość, i krew, jak to w stepie. A ta zupa dobra? Bo to pan inżynier wie, mnie tam każda jedna kość koniną do dzisiaj, za przeproszeniem, śmierdzi. Uraz mam taki.
Heini biegł przed siebie, bo jeszcze wtedy nie potrafił latać. A nawet gdyby potrafił, to przecież nie po to, żeby uciekać. Bo latanie nikogo nie słucha. Biegł więc przed siebie i widział twarz tego żołnierza. I potem ciągle już ją widział, choć wcześniej widział tylu innych żołnierzy w różnych mundurach, z prawdziwymi karabinami, i słyszał prawdziwe strzały i prawdziwą krew, i trupy na ulicy oglądał. Na przykład trupy koni. Trupy koni wyglądają straszniej niż trupy ludzi.
Wiadro pełne czarnej, połyskliwej masy, w którą wsiąka szybko szary, cętkowany grubą sadzą śnieg. Kobieta w burym palcie stawia je za progiem z miną zdobywcy i chucha w zgrabiałe dłonie. Dziękuję pani, pani Peters, mówi matka, stojąc w otwartych drzwiach. Na jej twarzy widać z trudem maskowane obrzydzenie i chyba coś jeszcze, czego Heini nie rozumie. Może dumę, może pogardę. Ma na sobie tę gładką i pachnącą futerkiem brązową bluzkę, którą Heini tak lubi. Zza jej pleców, z dziecięcej sypialni, dobiega suchy kaszel Loremarie. Świeża wątróbka z ulicznego uboju, dla dzieci zdrowa, uśmiecha się sąsiadka. Twarz ma pokrytą sadzą, patrzy na Heiniego.
Dobra zupa, panie inżynierze? Dopytuje się Deten.
Tej kuli, która jest dla ciebie, nawet nie usłyszysz, powtarza Erick Gärtner i wcale na Heiniego nie patrzy.
Oczywiście, Heini ma również nazwisko.
Wasz nowy kolega nazywa się Heini Qualm, mówi pani Ilse Vetter. Jej siwiejące, choć nie siwe jeszcze, żywe ciągle włosy uplecione są w obwarzanek. Granatowa suknia z dwoma rzędami patek i srebrnych guzików czyni ją podobną do grenadiera pruskiej gwardii.
Ale Heini gapi się w okno: liście lipy bieleją podwiane wiatrem, tektura wetknięta w półksiężyc wybitej szyby wybrzuszyła się i lada chwila ustąpi pod naporem słońca.
Qualm? Nie ma takiego nazwiska! To gdzieś spod ściany, z rogu klasy. Chichoty, śmieszki. Wymyślił sobie: pan Dym. Towarzysz Dym. Nie będzie nam tutaj puszczał dymu w oczy. Rudy chłopak z bladą, mysią twarzyczką obraca się przez ramię i szuka poparcia: no nie, Noske? Pewnie, burczy Noske spod ściany, może Quark, taki ciapowaty twaróg, co? A może w ogóle jedna wielka bzdura, jakiś taki Heini Quach?
Pani Ilse Vetter jest zakłopotana, co nie przystoi grenadierom. Spokój, Noske, spokój, powtarza aż trzy razy, za każdym razem z mniejszym przekonaniem.
Już wiem, już sobie przypomniałem, Noske unosi w górę rękę i wszyscy milkną. To jest... Heini Quex! Noske triumfuje, ramiona na piersi splótł, a pełna napięcia cisza, która miała eksplodować śmiechem, robi się ciężka i nieznośna.
Policzki pani Vetter, i tak zawsze ceglaste, jakby je pokryła nazbyt grubą warstwą szminki, chociaż to popękane, podskórne naczyńka dają im ten wygląd, stają się buraczanoczerwone. Grenadierzy na mrozie i w ogniu walki: pani Vetter próbuje przejść do kontrataku na bagnety.
Jak śmiesz, Noske, przypominać nam tutaj, gdy tylu waszych kolegów, zaczyna pani Vetter opierając się dłonią o rozchybotany stolik, który służy jej za katedrę, gdy tylu chłopców, w imię obłąkańczej idei, pani Vetter traci początkowy impet, idei źle pojętej, oddało swoje życie, jak ty śmiesz przypominać nam ten szkodliwy, okropny film, film, który, głos pani Vetter przygasa, dłoń na stoliku drży razem z kulawym blatem.
Ja wcale nie przypominam, mówi Herman Noske i wzrusza ramionami, bo ja tego filmu wcale nie widziałem. My w ogóle byliśmy na to za mali, prawda? - mysia twarzyczka Albina Schwerdtfegera łasi się do oczu nauczycielki.
Bo Hitlerjugend nie było dla gówniarzy, prycha Noske. Ale Jungevolk, dopytuje się głupio rudy Albin, to był, no nie?
Już dobrze, mówi szybko pani Ilse Vetter i pociąga Heiniego za rękaw, to teraz sam się przedstaw koleżankom i kolegom.
Heini patrzy w okno, z którego słońce uparło się wypchnąć tekturową łatę. A potem w ogólnej ciszy odwraca się w stronę tych kilkunastu dziewcząt i chłopców w wieku od siedmiu do dwunastu lat i zaczyna śpiewać. A głos ma ładny, dźwięczny, choć z pewnością jeszcze nieustawiony. Spróchniałe piszczele świata, przed wielką wojną drżą. Przestań zaraz, dosyć! Jednak rozkaz pani Vetter nie dociera do Heiniego. A dla nas nieustraszonych w zwycięstwa surmy już dmą. Dosyć, dosyć! Pani Vetter podbiega do okna i zasłania je sobą, jakby przypuszczała, że Heini tamtędy wyskoczy, że wyfrunie za swą pieśnią, która - być może - już się na zewnątrz wydostała. Pójdziemy zwycięskim marszem, niszcząc za sobą ślad. Pani Vetter już nie krzyczy. Dziewczyny i chłopaki wlepiają w Heiniego nic nie rozumiejące oczy. Jest cicho i tym bardziej słychać jak silny, jasny głos ma Heini Qualm. Dziś do nas należą Niemcy, a jutro cały świat!
Dopiero teraz wybucha wrzask: ogólne buczenie, tupanie, walenie pięścią o stoły, ostry śmiech, nerwowe, szczekotliwe chichotania zlewają się w jeden narastający zgiełk. A Heini szybko odwraca spojrzenie do okna. Zrobiło mu się zimno. Lipa na wietrze srebrzy się i cichutko dzwoni.
A nie mówiłem, że Heini Quax, od razu mówiłem, rozgląda się wokół Noske i szerokim, pełnym ruchem odrzuca dłonią z czoła falę owsianożółtych włosów. Pani Vetter idzie w stronę drzwi, stawiając drobne, niepewne kroki, jakby szła po tej chwiejnej kładce, którą przechodzi co dzień. A nigdy dotąd nie spojrzała w dół.