PIĄTEK
Piątek wyznaczał mdlący odór ryb, wędrujący ze stołówki w piwnicy przez lodowate sypialnie chłopców, po korytarzach wyłożonych linoleum, aż do sekretariatu bez okien, w którym upływały moje dni. Smród był tak intensywny, że czułam go nawet na parkingu, kiedy o poranku dotarłam do Moorehead. Przed wejściem do budynku zawsze zamykałam torebkę w bagażniku. Wprawdzie w pokoju socjalnym za kancelarią mieliśmy szafki, ale nie ufałam personelowi. Ojciec ostrzegł mnie, gdy podejmowałam pracę w zakładzie jako naiwna dwudziestojednolatka, że w więzieniach najgroźniejsi są nie kryminaliści, tylko pracownicy służb więziennych. Nie mylił się. To była bodaj najcenniejsza wskazówka, jakiej udzielił mi w życiu.
Miałam z sobą lunch złożony z puszki tuńczyka i zawiniętych w folię dwóch kromek chleba z masłem. Był piątek, a ja, na przekór wszystkiemu, ani myślałam skończyć w piekle. Zmusiłam się, żeby z uśmiechem kiwnąć głową obu moim współpracownicom; były to wstrętne babska w średnim wieku, ze skorupą lakieru na włosach, które ledwie raczyły podnieść na mnie oczy znad swoich romansideł, chyba że dyrektor kręcił się w pobliżu. Ich biurka były zasłane żółtymi celofanowymi papierkami po cukierkach toffi, które te pańcie trzymały w czarkach ze sztucznego kryształu na rogach swoich biurek. Choć obie były antypatyczne, nie umywały się do prawdziwie odrażających osobników, jacy przewinęli się przez moje życie. Pracując w sekretariacie na dziennej zmianie, trafiłam w sumie nie najgorzej. Praca za biurkiem oznaczała, że rzadko miałam do czynienia z jednym z czterech czy pięciu groźnych wieprzów, tak zwanych wychowawców, których zadaniem było sprowadzanie na drogę cnoty młodych pensjonariuszy Moorehead. Jak kaprale w wojsku, lali pałkami od tyłu po nogach snujących się apatycznie chłopców bądź znienacka zakładali im zza pleców nelsona. Kiedy czułam, że robi się gorąco, starałam się nie patrzeć w tamtą stronę. Zwykle wpatrywałam się w zegar.
Nocni strażnicy kończyli zmianę o ósmej, kiedy ja zaczynałam pracę, nie miałam więc okazji ich poznać, choć pamiętam ich znużone twarze - jeden był skończonym durniem, drugi łysiejącym weteranem wojennym z palcami pożółkłymi od tytoniu. Obaj nie odegrali w tej historii żadnej roli. Ale jeden z dziennych strażników był niesamowicie przystojny. Miał wielkie oczy, a do tego, pomimo młodzieńczej delikatności rysów, zdecydowany profil. Spowijała go aura nieokreślonej melancholii, która działała na mnie piorunująco. Wypomadowane włosy zaczesywał w zadzierzysty czub. Randy. Lubiłam przyglądać mu się zza biurka. Z ciężkim pękiem kluczy u pasa urzędował w korytarzu łączącym sekretariat z resztą obiektu, ubrany, jak wszyscy strażnicy, w sztywny szary kombinezon i wyglansowane na błysk buty motocyklisty. Miał zwyczaj siedzieć na krześle półdupkiem, z szeroko rozstawionymi nogami, dzięki czemu prezentował swoje krocze jak na tacy. Zdawałam sobie sprawę, że nie jestem w jego typie, i bolało mnie to, choć nie chciałam się do tego przed sobą przyznać. Posądzałam go, że gustuje w długonogich blondynach o wydatnych ustach. Co dzień przez wiele godzin obserwowałam grę jego bicepsa, gdy przerzucał strony komiksu. Kiedy próbuję teraz przywołać w pamięci jego obraz, widzę, jak dłubie w zębach wykałaczką. W jego wydaniu ta czynność była piękna - czysta poezja. Spytałam go kiedyś, świadoma, że zachowuję się jak idiotka, czy zimą nie jest mu za zimno w krótkich rękawach. Wzruszył tylko ramionami. Cicha woda brzegi rwie - pocieszałam się, starając się nie zemdleć z wrażenia. Choć nie miałam u niego szans, fantazjowałam wytrwale, że pewnego dnia szyba na strychu zagrzechoce od żwiru, pod domem będzie czekał motocykl z rozgrzanym silnikiem i za chwilę zostawimy to okropne miasto w cholerę, na co często miałam ochotę.
Nie piłam kawy, bo wprawiała mnie w dygot, mimo to co i rusz wędrowałam do narożnika, gdzie na stoliku stał dzbanek z kawą, nad którym wisiało lustro. Przeglądanie się w nim uspokajało mnie, choć nie cierpiałam własnej twarzy. Tak właśnie wygląda życie osób zafiksowanych na punkcie własnego wyglądu. Do dzisiaj wierzyć mi się nie chce, ile lat zmarnowałam, zadręczając się mankamentami swojej urody.
Wyjęłam śpioch z kącika oka i przyrządziłam sobie filiżankę śmietanki z dodatkiem cukru i mleka w proszku, które trzymałam w szufladzie. Nikt nawet okiem nie mrugnął na tę dziwną kombinację. W sekretariacie traktowano mnie jak powietrze. Dwie zgorzkniałe nudziary trzymały tylko z sobą. Podejrzewałam je o to, że są lesbijkami. Tego rodzaju sugestie w tamtych latach robiły się coraz bardziej popularne, a mieszkańcy miast zawsze mieli się na baczności przed atakiem "utajonych homoseksualistów". Choć te podejrzenia napawały mnie lekką pogardą do obu pań, jednak współczułam im też, wyobrażając sobie, jak wracają wieczorem do domu, do swoich obrzydliwych mężów, samotne, rozgoryczone. Jednak gdy myślałam o tym, jak w rozpiętych bluzkach gmerają sobie w biustonoszach i rozkładają nogi, chciało mi się rzygać.
W jednej z książek w publicznej bibliotece znalazłam zdjęcia masek pośmiertnych Lincolna, Beethovena, Isaaca Newtona. Każdy, kto kiedykolwiek widział twarz nieboszczyka, wie, że ludzie nigdy nie umierają z pogodnym uśmiechem na twarzy. Jednak te zdjęcia zainspirowały mnie i ćwiczyłam pilnie przed lustrem, rozluźniając twarz i starając się nadać jej wyraz łagodnej niewzruszoności, jaka gościła na gipsowych odlewach oblicz sławnych mężów. Wspominam o tym dlatego, że właśnie taką twarz prezentowałam w pracy - własną maskę pośmiertną. Byłam bardzo młoda i nadwrażliwa, do czego nie chciałam się za żadne skarby przyznać. Przywdziewałam zbroję, która oddzielała mnie od świata więzienia Moorehead. Nie miałam wyjścia. Dręczył mnie wstyd, byłam nieszczęśliwa, ale nigdy nie zdarzało mi się biec do umywalni, żeby się wypłakać. Później tego samego ranka, kiedy dostarczałam pocztę do gabinetu dyrektora, położonego obok pomieszczeń, w których chłopcy uczyli się i spędzali czas wolny, minęłam strażnika o nazwisku Mulvaney, Mulroony czy może Mahoney - który wykręcał ucho klęczącemu przed nim chłopaczkowi.
- Myślisz, że jesteś Bóg wie kim?! - grzmiał. - Spójrz na podłogę! Jesteś mniej wart niż ten syf między kaflami. - Palnął chłopaka w głowę tak, że tamten poleciał twarzą na jego buty, wielkie, okute z przodu metalem, który pozwalał, jakby co, skopać więźnia na śmierć. - Liż! - rozkazał.
Widząc, że chłopiec otwiera usta, odwróciłam wzrok.
Sekretarka dyrektora była monstrualną grubaską o stalowym spojrzeniu - trudno było uwierzyć, że oddycha, a jej serce bije. Jej maska pośmiertna prezentowała się imponująco. Czasem tylko podnosiła palec do ust, żeby go zwilżyć koniuszkiem bladoliliowego języka - jedyna oznaka życia. Machinalnie przewertowała stertę kopert, którą dostała ode mnie, i zapatrzyła się gdzieś w bok. Postałam jeszcze z minutę czy dwie, udając, że liczę dni w kalendarzu ściennym obok jej biurka.
- Pięć dni do Gwiazdki - rzuciłam od niechcenia.
- No i chwała Najwyższemu - odparła.
Ilekroć myślę o Moorehead z jego zakrawającą na kpinę dewizą Parens patriae, skóra mi cierpnie. Wychowankowie Moorehead to byli młodzi chłopcy, nieomal dzieci. Bałam się ich, bo czułam, że mnie nie lubią, nie podobam się im z wyglądu. Starałam się ignorować ich jako dzikusów i tępaków. Niektórzy byli już dorośli, przystojni i wysocy. Oni też mnie pociągali, jak Randy.
Kiedy z powrotem usiadłam przy biurku, nie brakło mi tematów do rozmyślań. Był rok 1964 i wokół działo się bardzo wiele. Stale coś się rozpadało albo rodziło, ale ja najczęściej trawiłam własne nieszczęścia, porządkując długopisy w kubku czy wykreślając kolejny dzień z kalendarza. Wskazówka minutowa zegara zadrgała, po czym skoczyła desperacko do przodu, jak samobójca w przepaść, by nagle zastygnąć w locie. Moje myśli błądziły, najchętniej wokół Randy'ego. Kiedy w piątek przyszła wypłata, złożyłam czek i wsunęłam za stanik, który skrywał niewiele - dwa twarde wzgórki pod warstwą bielizny, bluzką i żakietem z wełenki. Wciąż dręczył mnie typowy dla okresu dojrzewania lęk, że moje ciało widać przez ubranie. Nie przypuszczam, żeby ktoś snuł fantazje erotyczne na mój temat, ilekroć jednak czyjś wzrok powędrował w dół, drżałam, że przygląda się moim strefom intymnym, próbując rozszyfrować dziwaczny labirynt fałd i zagłębień ciasno zwiniętych u styku moich nóg. Wciąż byłam, naturalnie, dziewicą.
Moja powściągliwość raczej wyszła mi na dobre, oszczędzając trudnego życia, jakie przypadło w udziale mojej siostrze. Była starsza ode mnie i co jak co, ale dziewicą nie była. Mieszkała kilka miasteczek dalej z człowiekiem, który nie został jej mężem - moja matka uważała ją za kurwę. Myślę, że Joanie była miłą dziewczyną, jednak pod młodzieńczą powierzchownością skrywała mroczne żądze. Opowiadała mi kiedyś, jak Cliff, jej chłopak, lubił jej wylizać rano. Śmiała się, widząc konsternację na mojej twarzy, która zdrętwiała i oblała się rumieńcem, gdy załapałam, o co chodzi.
- Nie śmieszy cię to? Nie uważasz, że to cudowne? - pytała, chichocząc.
Jasne, że zazdrościłam jej jak nie wiem co, mimo to nie zdecydowałam się puścić. Tak naprawdę nie pragnęłam tego, co było jej udziałem. Mężczyźni, chłopcy, perspektywa pieprzenia się z którymś z nich, to wszystko wydawało mi się śmieszne. W głębi duszy marzyłam o miłości bez słów. Ale nawet tego się bałam. Kręcił mnie Randy i paru innych, ale nigdy między nami do niczego nie doszło. Ach, te moje nieszczęsne strefy intymne, opakowane jak niemowlę w pieluchę, w bawełniane majty i wrzynający się pasek do pończoch po mamie. Używałam szminki nie po to, żeby wyglądać modnie, tylko dlatego, że moje gołe wargi były koloru sutków. Choć miałam dwadzieścia cztery lata, w odróżnieniu od innych młodych kobiet nie miałam cienia ambicji, żeby rozbudzać w samcach fantazje na temat swojego ciała.
Tamtego dnia w naszym więzieniu mieliśmy uroczystość z okazji przejścia na emeryturę doktora Frye'a, starszego pana, odpowiedzialnego za faszerowanie środkami uspokajającymi chłopców przez kilka dziesiątków lat, jakie przepracował jako psychiatra w tej instytucji. Musiał mieć koło osiemdziesiątki. Teraz sama jestem stara, ale w młodości starzy ludzie nie wzruszali mnie zbytnio. Czułam, że sama ich obecność mnie osłabia. Guzik mnie obchodziło odejście doktora Frye'a. Kiedy kartka pożegnalna dotarła do mojego biurka, podpisałam ją starannie dziecinnym pismem, wywijając komicznie nadgarstkiem: "Żegnaj". Pamiętam, że na odwrocie był rysunek piórkiem przedstawiający kowboja jadącego w dal, ku zachodzącemu słońcu. Jezu. Przez lata spędzone w Moorehead doktor Frye co jakiś czas przychodził przyjrzeć się odwiedzinom, które na co dzień były w mojej gestii; widziałam, jak staje w drzwiach do pokoju widzeń, kiwa głową, klekocząc sztuczną szczęką, i mamrocze. Parę razy widziałam, jak się wtrącał, celując długim drżącym palcem w jednego z chłopców, żeby się nie garbił, odpowiadał na pytanie, przeprosił i tym podobne. Ani razu nie powiedział mi "dzień dobry", czy "witam, panno Dunlop". Traktował mnie jak powietrze, jak jakiś mebel. Po lunchu - o ile pamiętam, puszka z tuńczykiem pozostała nietknięta w szafce - wezwano pracowników do stołówki, żeby przy kawie i cieście pożegnać na zawsze doktora Frye'a, ale nie chciało mi się iść. Siedziałam przy biurku i gapiłam się bezmyślnie w zegar. Nagle zaczęło mnie swędzieć w majtkach, a ponieważ w pokoju nie było nikogo, wsadziłam rękę pod spódnicę, żeby się podrapać, niełatwe zadanie, zważywszy na to, że moje strefy intymne były szczelnie opakowane. W tej sytuacji nie pozostawało mi nic innego, jak wsunąć rękę pod spódnicę i pasek do pończoch, a potem do majtek. Kiedy już się poskrobałam, powąchałam palce - ze zwykłej ciekawości. Później, pod koniec dnia, tę samą, nieumytą dłoń podałam doktorowi Frye'owi na odchodnym, życząc mu pogodnej emerytury.
Nie powiem, żeby praca w Moorehead była szczególnie bezpieczna, ale zdecydowanie podtrzymywała moją izolację od świata. Nie wychodziłam dużo z domu. Miasto, w którym mieszkałam i dorastałam - nazwę je X-ville - nie miało torów kolejowych, a więc tak zwanej lepszej i gorszej strony. Jednak nad morzem były usytuowane uboższe dzielnice, zamieszkane przez robotników i wszelkiej maści "element". Nieczęsto zdarzało mi się przejeżdżać obok ruder i ogródków, w których zabawki walały się wśród śmieci. Widok przechodniów, wyglądających na gniewnych lub apatycznych i wypranych z nadziei, napawał mnie lękiem i wstydliwą satysfakcją, że nie jestem aż takim nędzarzem jak oni. Z kolei jednak schludne, wysadzane drzewami uliczki w mojej dzielnicy i domy zadbane w duchu miłości rodzinnej i dumy obywatelskiej były dla mnie jak wyrzut, że sama jestem taka niechlujna, ponura i bez wyrazu. Nie wiedziałam, że oprócz mnie na świecie istnieje więcej tak zwanych nieprzystosowanych istot. W dodatku, jak wielu młodych, inteligentnych odludków, wyobrażałam sobie, że jestem jedyną osobą na świecie, która zauważa niezwykłość samego faktu istnienia, egzystencji na dziwnej planecie Ziemia. Oglądając Strefę mroku, wyczuwałam ten sam klimat mrocznego szaleństwa, jakie ogarniało mnie w X-ville. Dokuczała mi dotkliwie samotność.
Boston z jego cegłą i bluszczem napawał mnie nadzieją, że gdzieś istnieje jakieś lepsze życie, a młodzi ludzie robią, na co mają ochotę. Wolność na wyciągnięcie ręki. Byłam w tym mieście tylko raz, pojechałam tam z mamą, już umierającą, do doktora, który nie mógł jej wyleczyć, ale za to przepisał środek, rzekomo gwarantujący, że będzie się czuła, jak to określił, "komfortowo". W tamtej epoce podobna wyprawa wydawała mi się szczytem luksusu. Fakt, że miałam dwadzieścia cztery lata. Byłam dorosła, mogłam jechać, gdzie mi się podoba. Tamtego lata, w trakcie jednego z dłuższych ciągów alkoholowych ojca, wybrałam się na przejażdżkę nad morze. Skończyła mi się benzyna i tkwiłam na wiejskiej drodze, godzinę raptem od domu, dopóki jakaś starsza pani nie zatrzymała się i nie podwiozła mnie na stację. Dała mi dolara i poradziła, żeby "następnym razem staranniej przygotować się do drogi". W trakcie jazdy jej podwójny podbródek kolebał się dostojnie. Mieszkała na wsi i wzbudziła mój szacunek. Właśnie wtedy zaczęłam snuć plany ucieczki, wmawiając sobie coraz usilniej, że remedium na moją bolączkę - a było nią mieszkanie w X-ville - stanowi Nowy Jork.
Kiedy w radiu leciało Hello, Dolly!, czułam, że jeśli udam się na Manhattan i stać mnie będzie na pokój w byle pensjonacie, moje życie ułoży się samo, bez specjalnych starań z mojej strony. To był mit rozpowszechniony w tamtych czasach, teraz zresztą też aktualny.
Oczywiście były to mrzonki, ja jednak hołubiłam je ufnie. Zaczęłam odkładać pieniądze, które chowałam na strychu. Do moich obowiązków należało noszenie emerytury mojego ojca z komisariatu policji w X-ville do miejskiego banku, gdzie kasjerzy zwracali się do mnie per "pani Dunlop", jak do mojej matki, zakładałam więc, że nie powinnam mieć trudności z wyczyszczeniem naszego rodzinnego konta, jeśli poproszę o kopertę z banknotami studolarowymi, łżąc, że wydam je na zakup nowego samochodu.
Nigdy nie przyznawałam się przed sobą, że chciałabym wyjechać z X-ville w towarzystwie. Ale czasami, kiedy byłam bardzo zdołowana - łatwo poddawałam się czarnej rozpaczy - kiedy miałam ochotę zjechać z mostu do rzeki, a szczególnie pewnego poranka, kiedy czułam nieodparty impuls, żeby walić pięścią w drzwi samochodu, wiedziałam, że sprawiłoby mi niesłychaną ulgę, gdybym mogła choć raz położyć się na kozetce doktora Frye'a i wyznać, jak upadła gwiazda, że moje życie jest po prostu nieznośne, choć po prawdzie było całkiem znośne. Jakoś je przecież znosiłam. Tak czy owak, tamta młoda Eileen nigdy nie położyłaby się w obecności mężczyzny, jeśli nie liczyć ojca, bo jej drobne piersi nieuchronnie sterczałyby na sztorc. Choć byłam niska i chuda, czułam się niezdarną grubaską. Gdy szłam korytarzem, czułam, jak moje piersi i biodra kołyszą się wyzywająco. Wydawałam się sobie monstrualnie wielka i odrażająca. Miałam obsesję na tym punkcie. Moje urojenia stały się źródłem cierpienia i niepokoju. Teraz śmieję się z tego, ale wtedy przeżywałam męczarnie.
W więzieniu, rzecz jasna, nikogo nie obchodziły ani moje katusze, ani moje piersi. Kiedy mama zmarła i przyszłam do pracy w Moorehead, pani Stephens i pani Murray trzymały się na dystans. Żadnych kondolencji czy choćby współczujących spojrzeń. W życiu nie spotkałam kobiet tak dalece wyzutych z cech macierzyńskich; choćby dlatego doskonale nadawały się do pracy za biurkiem w zakładzie karnym. O dziwo, jednak nie były surowe i rygorystyczne, przeciwnie - rozlazłe, prymitywne i flejowate. Nie wątpię, że nudziły się na równi ze mną, ale nałogowo pochłaniały słodycze i prostackie powieścidła, bez skrępowania oblizywały palce po pączkach, bekały, wzdychały, stękały. Do dziś pamiętam, jak wyobrażałam je sobie, że leżą na waleta, wdychając swoje smrody i liżąc się językami lepkimi od toffi. Te fantazje dobrze mi robiły, może dlatego, że napełniały mnie poczuciem wyższości. Kiedy odbierały telefony, pańcie potrafiły ściskać nos w palcach, żeby mówić wysokim, afektowanym głosem. Myślę, że robiły to tylko dla hecy, chyba że istniał inny powód, który wyleciał mi z pamięci. Tak czy owak, ich maniery pozostawiały wiele do życzenia.
- Eileen, podaj mi kartotekę tego nowego gnojka, tego, no, jak mu tam - mówiła pani Murray.
- Tego ze świerzbem? - odpowiadała pani Stephens, stukając cukierkiem o zęby i śliniąc się lekko. - Brown, Todd. Słowo daję, z roku na rok przywożą tu coraz brzydszych i coraz bardziej tępych.
[...]
Wydawnictwo Pauza powstało jesienią 2017 roku
na Saskiej Kępie w Warszawie. Zrodziło się z pasji -
do czytania i dobrej prozy zagranicznej.
Pauza specjalizuje się w literaturze z wyższej półki,
która wciąga, pochłania, wywołuje emocje.
Czytelnicy znajdą u nas znane i nagradzane książki
z całego świata, ale też mocne debiuty literackie.
Eileen to sześćdziesiąta dziewiąta książka
Wydawnictwa Pauza.
Wcześniej ukazały się:
2018
Legenda o samobójstwie - David Vann
Pierwszy bandzior - Miranda July
Nasz chłopak - Daniel Magariel
Historia przemocy - Édouard Louis
Tirza - Arnon Grunberg
2019
Pasujesz tu najlepiej - Miranda July
O zmierzchu - Therese Bohman
Piękna młoda żona - Tommy Wieringa
Czekaj, mrugaj - Gunnhild ?yehaug
Floryda - Lauren Groff
Przyjaciel - Sigrid Nunez
Madame Zero i inne opowiadania - Sarah Hall
Mój rok relaksu i odpoczynku - Ottessa Moshfegh
Brud - David Vann
Koniec z Eddym - Édouard Louis
2020
Zgiń, kochanie - Ariana Harwicz
Linia - Elise Karlsson
Nocny prom do Tangeru - Kevin Barry
Ta druga - Therese Bohman
Dorośli - Marie Aubert
Turbulencje - David Szalay
Nikolski - Nicolas Dickner
Fauna Północy - Andrea Lundgren
Witajcie w Ameryce - Linda Boström Knausg?rd
Pełnia miłości - Sigrid Nunez
Przejście - Pajtim Statovci
Niebieska Księga z Nebo - Manon Steffan Ros
Dziennik upadku - Michel Laub
2021
Halibut na Księżycu - David Vann
Zabierz mnie do domu - Marie Aubert
Utonęła - Therese Bohman
Koniec dnia - Bill Clegg
Sempre Susan. Wspomnienie o Susan Sontag - Sigrid Nunez
Tęsknota za innym światem - Ottessa Moshfegh
Ostatnie stadium - Nina Lykke
Niepoprawna mnogość - zbiór opowiadań pod redakcją Lucy Caldwell
Wyznanie - Domenico Starnone
Za otrzymane łaski - Valeria Parrella
Trzymam wilka za uszy - Laura van den Berg
Kto zabił mojego ojca - Édouard Louis
Archiwum zagubionych dzieci - Valeria Luiselli
2022
Komodo - David Vann
Londyn - David Szalay
Wyspa kobiet - Lauren Groff
Wizyta - Katharina Volckmer
Ostatni wywiad - Eshkol Nevo
Strega - Johanne Lykke Holm
Intymności - Lucy Caldwell
Coś nie tak. Kobiecość i wstręt - Eimear McBride
Pomniejsi wędrowcy - Eimear McBride
Dla Rouenny - Sigrid Nunez
Zmagania i metamorfozy kobiety - Édouard Louis
2023
Odmawiam myślenia - Lotta Elstad
Elmet - Fiona Mozley
Mleko krew żar - Dantiel W. Moniz
Urugwajka - Pedro Mairal
Andromeda - Therese Bohman
2023
Czy muszę odchodzić? - Yiyun Li
Wcale nie jestem taka - Marie Aubert
Fatum i furia - Lauren Groff
Nędza - Andrzej Tichý
Długa odpowiedź - Anna Hogeland
W lasach ludzkiego serca - Antje Rávik Strubel
Zmiana - Édouard Louis
Dostatek - Jakob Guanzon
Lapvona - Ottessa Moshfegh
Ptaki - Samanta Schweblin
2024
Słabsi - Sigrid Nunez