Eichmann sprzed Jerozolimy - Bettina Stangneth

Reflow text when sidebars are open.
Dla mnie jeszcze długo te sprawy nie będą naprawdę jasne.
Hannah Arendt[1]
Nikt nie może mówić o systematycznej eksterminacji milionów mężczyzn, kobiet i dzieci, nie wymieniając jego nazwiska, ale już co do imienia nie jesteśmy tacy pewni. Jak Eichmann miał właściwie na imię: Karl Adolf? Czy Otto? Gdy już od dawna się nam zdaje, że wiemy, kim ktoś jest, takie całkiem proste pytania mogą nas zaskakiwać. Czyżby nasza wiedza o człowieku, będącym jednym z głównych tematów zarówno w nauce, jak i w mediach, rzeczywiście wykazywała jeszcze duże luki? Przecież Adolf Eichmann dystansuje nawet takie nazwiska jak Heinrich Himmler czy Reinhard Heydrich. Po co więc jeszcze jedna książka? To bardzo proste pytanie: kto znał Adolfa Eichmanna - a właśnie tego chciałam się dowiedzieć - zanim ten w słynnej akcji Mosadu został uprowadzony w Argentynie i stanął przed sądem w Izraelu?
Co Eichmann powiedział na ten temat w Izraelu, można się domyślić: "Moja prominentność do 1946 roku była równa zeru, dopóki ten dr Höttl [...] nie przypiął mi etykietki mordercy 5 czy 6 milionów Żydów"[2]. Trudno się dziwić, gdy tak mówi oskarżony, zwłaszcza taki. Ostatecznie zasłynął stwierdzeniem, że był "tylko drobnym trybikiem w eksterminacyjnej machinie Adolfa Hitlera". Można się jednak dziwić, że literatura naukowa do dziś to pokornie za Eichmannem powtarza. Mimo skądinąd dużych kontrowersji, jakie narosły wokół tego masowego mordercy, wszyscy są zgodni, że do czasu procesu w Jerozolimie nazwisko "Eichmann" znane było tylko nielicznym[3].
Podejrzenie, że zarówno w opowieści Eichmanna, jak i w nauce coś się nie zgadza, nasunęło mi się podczas lektury starych gazet. Dawid Ben Gurion, premier Izraela, 23 maja 1960 roku zaskoczył świat informacją o ujęciu Adolfa Eichmanna i zapowiedział proces sądowy. Ale reakcją na tę wiadomość nie była lawina znaków zapytania, jak można by się spodziewać, lecz wielostronicowe artykuły pełne szczegółów dotyczących człowieka, którego jakoby mało kto znał. Rzut oka na jeszcze wcześniejsze publikacje w pełni potwierdził moje przypuszczenia. Otóż na długo przed rozpoczęciem procesu ów rzekomo nieznany nikomu podsądny miał już więcej przezwisk niż większość nazistów: "Kaligula", "car Żydów", "architekt ludobójstwa", "wielki inkwizytor", "technik żydobójstwa", "likwidator", "biurokrata" i "masowy morderca". Wszystkie te etykietki przydano mu już między rokiem 1939 a 1960. I to nie po cichu, widniały bowiem w gazetach, broszurach i książkach - wystarczy je przeczytać, żeby się dowiedzieć, co, kto i kiedy wiedział i myślał o Adolfie Eichmannie. Tylko jedna grupa z tamtych lat zgodnie twierdzi, że było inaczej. To dawni komilitoni i powojenni naziści, za wszelką cenę starający się umniejszyć swoją wiedzę. Od razu rodzi się wobec tego pytanie: dlaczego ta wiedza kiedyś znikła? W jaki sposób człowiek na oczach wszystkich zdołał sam zniknąć? Odpowiedź na te pytania prowadzi w samo sedno problematyki wyjątkowej zbrodni przeciwko ludzkości - zbrodni nazywanej na przemian holokaustem, szoah albo zagładą Żydów.
Zbrodniarzy lubimy sobie wyobrażać jako ciemne typy, dopuszczające się niegodziwych czynów w całkowitej tajemnicy z obawy przed opinią publiczną, natomiast opinię publiczną lubimy sobie wyobrażać jako konsekwentną w potępianiu zdemaskowanych zbrodniarzy i pociąganiu ich do odpowiedzialności. W pierwszych próbach refleksji nad deprywacją, wypędzaniem i mordowaniem europejskich Żydów kierowano się jeszcze wyłącznie wyobrażeniem typa spod ciemnej gwiazdy, uprawiającego swój proceder za plecami wspólnoty narodowej. Ale nauka już dawno ma za sobą pojmowanie zbrodniarzy jako niewielkiej grupy patologicznych, aspołecznych odmieńców w łonie przyzwoitego narodu, który jak jeden mąż przeszedłby do ruchu oporu, gdyby tylko w ogóle cokolwiek wiedział. Dziś wiemy już niejedno o funkcjonowaniu nazistowskiego światopoglądu, o dynamice działania zbiorowego i o następstwach systemów totalitarnych. Zrozumieliśmy, że atmosfera przemocy może oddziaływać także na ludzi nieprzejawiających przesadnej skłonności do sadyzmu, sprawdziliśmy też, jak zgubny wpływ wywiera podział pracy na ludzkie poczucie odpowiedzialności. Ale co do tego, jak i gdzie dokładnie należy zaklasyfikować takiego sprawcę jak Adolf Eichmann, w dalszym ciągu panuje wielka niezgoda. W zależności od autora raz jest przedstawiany jako zupełnie normalny człowiek, z którego totalitaryzm zrobił bezmyślnego mordercę, raz jako skrajny antysemita zmierzający do wytępienia Żydów, to znów jako chory psychicznie, któremu reżim dostarczył jedynie przykrywki w folgowaniu sadystycznym skłonnościom. Roi się więc od sprzecznych wizerunków Eichmanna, które w sporze wywołanym przez Rzecz o banalności zła Hanny Arendt jeszcze się uskrajniły. Ale jedna perspektywa była do tej pory w dużej mierze pomijana: perspektywa opinii publicznej. Brakuje spojrzenia na "fenomen Eichmanna" sprzed Jerozolimy, czyli wizerunku Eichmanna w różnych okresach życia.
Od Jeana-Jacques'a Rousseau wiemy, że do uzurpacji i niesprawiedliwości, która za nią idzie, zawsze potrzeba dwojga: uzurpatora i tego, kto mu uwierzy[4]. Badając publiczne oddziaływanie Eichmanna, możemy się sporo dowiedzieć o tym, co w owej szczególnej współpracy jest tak niebezpieczne, zwłaszcza jeśli ma się do czynienia z kimś, kto tak jak osławiony "referent do spraw żydowskich" przejrzał tę interakcję na wylot. Nie opowiadam więc w swojej książce historii Eichmanna jako chronologii jego zbrodni czy ewolucji jego czynów, lecz rekonstruuję jego oddziaływanie jako osoby: kto i kiedy znał Eichmanna, co i kiedy o nim myślał i jak postępował w reakcji na to, co wiedział i myślał? Ile autokreacji tkwiło w wizerunku Eichmanna i jakie znaczenie dla jego zbrodniczej kariery i naszego obrazu historii miały odgrywane przezeń role?
To, że w ogóle możemy dzisiaj odtworzyć tę perspektywę, zawdzięczamy wyjątkowej sytuacji źródłowej: do badań nad Eichmannem istnieje bowiem więcej dokumentów, jego własnych świadectw i relacji świadków tamtych czasów niż w odniesieniu do wszystkich innych czołowych nazistów, nawet Hitlera czy Goebbelsa. Wynika to nie tylko z faktu, że Eichmann o siedemnaście lat przeżył koniec wojny, i nie tylko z imponującego dokonania policji, która w trakcie procesu gromadziła materiały, lecz przede wszystkim z niepohamowanej namiętności Eichmanna do mówienia i pisania. Na każdym etapie swojego życia i w zależności od publiczności i zamierzonych działań Eichmann wymyślał siebie na nowo. Czy to jako podwładny, przełożony, sprawca, zbieg, emigrant czy jako oskarżony - za każdym razem dokładnie obserwował, jakie robi wrażenie, i próbował daną konstelację optymalnie wykorzystać do swoich celów. W tym wzorcu działania była metoda, jak się niebawem okaże, gdy porównamy jego rozliczne pomysły na samego siebie.
Naprawdę znane i opisane jest jednak tylko wrażenie, jakie wywarł w Jerozolimie. Co zamierzał w ten sposób osiągnąć, trudno nie zauważyć: chciał zostać przy życiu i chciał usprawiedliwienia. Jeśli chcemy się dowiedzieć, co ta autokreacja Eichmanna w Jerozolimie ma wspólnego z Eichmannem zbrodniarzem i jego sukcesami w mordowaniu, nie możemy się nie przyjrzeć Eichmannowi sprzed Jerozolimy, a jednocześnie musimy pójść krok dalej i zajrzeć pod podszewkę interpretacjom opartym wyłącznie na późniejszym wizerunku.
Jeśli dać wiarę izraelskim opowieściom Eichmanna, prawdziwe życie, takie, o jakim zawsze marzył, zaczęło się dla niego dopiero w 1945 roku, kiedy obłąkańcza wizja tysiącletniej Rzeszy legła w gruzach. "Referent do spraw żydowskich" został nikomu niewadzącym hodowcą królików, jakim w głębi duszy był już zawsze, bo przecież zły był zawsze tylko reżim, źli byli przede wszystkim inni, a w ogóle to jego kariera za Adolfa Hitlera była jednym wielkim przypadkiem. Zdając sobie jednak sprawę, że wiele osób może się na to zapatrywać inaczej, Adolf Eichmann przezornie wyrzekł się nazwiska i nawet żonie pozwalał zwracać się do siebie tylko pierwszym imieniem otrzymanym po dziadku: Otto[5]. Gdy inni kapitulowali, on znikł w tłumie jeńców wojennych jako "Adolf Karl Barth", przed ucieczką z obozu był przesłuchiwany jako "Otto Eckmann", a jako "Otto Heninger" wespół z innymi mężczyznami, którzy także mieli nowe nazwiska, rąbał drzewa w Pustaci Lüneburskiej, potem hodował kury, a wieczorami grał na skrzypcach, wprawiając w zachwyt zwłaszcza damską część wiejskiej społeczności. Życie Ottona Heningera, bardzo już przypominające to, jakie będzie prowadził hodowca królików w Argentynie, miało tylko dwa zasadnicze minusy: nie mógł się kontaktować z rodziną i był ścigany jako "zbrodniarz wojenny". "W ciągu tych pięciu lat, które jako "kret" spędziłem pod powierzchnią, stało się moją drugą naturą, że na widok każdej nowo napotkanej twarzy zadawałem sobie kilka pytań, na przykład: Znasz tę twarz? Czy ten ktoś wygląda tak, jakby cię już kiedyś widział? Czy usiłuje sobie przypomnieć, że kiedyś cię spotkał? I nie opuszczała mnie przez te lata obawa, że ktoś może za mną stanąć i nagle zawołać: "Eichmann!""[6]. Nadzieja, że jak trawa z czasem porasta wszystkie groby, tak i nazistowski masowy mord pójdzie w niepamięć, w przypadku Eichmanna się nie spełniła. W końcu nie widział już innego wyjścia, jak tylko ucieczkę. Tak w 1950 roku znikł również Otto Heninger. Zamiast niego Europę opuścił w Genui Ricardo Klement, który potem otrzymał w Argentynie nową tożsamość i nowe prawdziwe dokumenty i rozpoczął życie, jakie zawsze chciał prowadzić: znalazł pracę przy projekcie budowy elektrowni wodnej, woził zespół geometrów wzdłuż i wszerz Tucumánu, podzwrotnikowego obszaru na północy Argentyny, górami i dolinami bardzo przypominającego Alpy, i miał dość czasu, by na końskim grzbiecie odbywać dalekie wycieczki, chodzić po górach, przemierzać rozległe obszary pampasów, a nawet dwukrotnie się zmierzyć z Aconcaguą, najwyższym szczytem Ameryki. A gdy dwa lata później dołączyła do niego żona z trzema synami, zabierał chłopców na wyprawy, uczył ich jeździć konno i łowić ryby, wpoił im też miłość do przyrody. Co prawda, upadek firmy projektowej zmącił na jakiś czas nastrój rodzinnej sielanki, bo Ricardo Klement musiał szukać nowej pracy, a nie zawsze miał do tego dobrą rękę, lecz od 1955 roku musiał już żyć w poczuciu pełni szczęścia: nie dość, że otrzymał posadę zarządcy na króliczej fermie, to jeszcze urodził mu się czwarty syn, choć żona przekroczyła już czterdziestkę. Ojciec w każdym razie był dumny z małego "Hasi". Cóż dziwnego, że chciał zbudować własny dom dla swej wspaniałej żony, czterech synów, jamniczki Fifi i suczki owczarka niemieckiego imieniem Rex, zegara z kukułką i alpejskich landszaftów[7]. I gdyby nie został porwany przez Mosad, dalej wiódłby poczciwe życie Ricarda Klementa...
W tej rzewnej historii jest jednak jedno zasadnicze ale: Ricardo Klement mógł się legitymować paszportem wystawionym na takie nazwisko, lecz nazista nawrócony na całkowicie apolitycznego miłośnika przyrody nigdy się w Argentynie nie odnalazł. Eichmann nie był stworzony do sielanki. Dla niego wojna - jego wojna - nigdy się nie skończyła. W stan spoczynku mógł przejść SS-Obersturmbannführer, ale nie fanatyczny narodowy socjalista. Chociaż nie miał już za sobą totalitarnego państwa, w którym można było mordować miliony, nie podnosząc ręki nawet na jednego człowieka, wcale nie czuł się bezbronny. Ale gdy w wieku około pięćdziesięciu lat po skończonej pracy zasiadał wieczorami przy lampce czerwonego wina na werandzie króliczej fermy 50 kilometrów od domu, nawet gra na skrzypcach najwyraźniej nie mogła go przekonać, że jego życie jest taką idyllą, na jaką wygląda. Nie tylko dlatego, że na 35 stopniu szerokości geograficznej nie ma ani zmierzchu, ani długiego zachodu słońca, że ciemno może się zrobić nagle, a noc zapada szybciej i mroczniejsza niż na północy Europy. Otóż w godzinach wieczornych Eichmann zaczynał czytać i pisać. A nie należało to do zajęć cichych i kontemplacyjnych. Nie był zadowolonym starszym panem, który się rozkoszuje lekturą - spokojny hodowca królików zamieniał się w kogoś, kto drze książki i miota nimi o ścianę, każdą opatruje na marginesach napastliwymi inwektywami i obelgami, jak szalony zapisuje tony papieru komentarzami i wywodami. Pisał z taką furią, że łamały mu się ołówki, ale jego wola walki pozostała niezłomna. Bojownik o światopogląd nie poddawał się i wcale nie był sam.
To, że dziś tak dużo o tym wiemy, zawdzięczamy szczęśliwemu trafowi. W ostatnich latach kilka archiwów odtajniło dokumenty, do których badacze nie mieli do tej pory dostępu. Po raz pierwszy można było odtworzyć i powiązać ze sobą materiały argentyńskie, czyli własne zapiski Eichmanna na emigracji oraz transkrypty i taśmy z nagraniami rozmów znane dotychczas pod nie do końca trafną nazwą wywiadów Sassena. Tych ponad 1300 stron nie przypadkiem wyjawia życie i myśli Eichmanna z czasów przed jego aresztowaniem. Pierwsza próba dokonania przeglądu i interpretacji powinna też dać impuls do podjęcia badań nad tym najważniejszym z powojennych źródeł dotyczących nazistowskich zbrodni przeciwko ludzkości. Powiązania, dotychczas nierozpoznawalne, nagle stają się widoczne. Ale aż nadto wyraźnie widać przede wszystkim jedno: że Eichmann nawet jako zbieg nie chciał działać w cieniu i po cichu. Że również w Argentynie chciał być widziany i oddziaływać tak jak dawniej: jako symbol nowych czasów.
Kto szuka światła, ten sam znajdzie się na widoku. Stosunki z Eichmannem po 1945 roku utrzymywało znacznie więcej osób, niż dotychczas przypuszczano. Śledząc schodzenie Eichmanna do podziemia, a potem drogę na obczyznę, widzimy nie tylko tropicieli i szwadrony śmierci, lecz przede wszystkim pomocników, sympatyków, a niebawem znowu admiratorów i przyjaciół, długo ukrywających się za parawanem kłamstwa, jakoby nie znali Eichmanna albo zetknęli się z nim tylko przelotnie. Większość z nich wypierała się stosunków ze ściganym, tak jak Willem Sassen, holenderski ochotnik w Waffen-SS i propagandysta wojenny, który przez kilkadziesiąt lat stanowczo twierdził, że był tylko "ghostwriterem" Eichmanna. Dziś już takich twierdzeń podtrzymać się nie da. Dzięki materiałom argentyńskim można nawet wykazać, kto szukał kontaktu z Eichmannem, aby z nim dyskutować o minionych czasach, a zwłaszcza o politycznych planach na przyszłość. Bo Eichmann w Argentynie tak samo nie był pariasem i rozbitkiem życiowym, jak Willem Sassen nie był jedynie ciekawym dziennikarzem, a I adiutant Himmlera Ludolf von Alvensleben nawróconym nazistą. Na przekór wszelkim próbom, aby ich nie dostrzegać, oni istnieli: naziści w Argentynie, którzy uciekli przed alianckimi sądami i teraz organizowali się znowu, bo chcieli czegoś więcej, niż tylko w spokoju rozpocząć nowe życie. Z dystansu i na wolności zbiegli naziści wokół Eichmanna komentują rozwój wydarzeń w Niemczech i na świecie. Snują ambitne plany politycznego przewrotu, pracowicie budują sieć podobnie myślących, zabierają się nawet do fałszowania dokumentów, aby wbrew rzeczywistości bronić swojego poglądu na chwalebny narodowy socjalizm - i Adolf Eichmann jest wśród nich. Pewny siebie, zaangażowany i mile widziany jako specjalista z doświadczeniem w mordowaniu milionów - dokładnie tak, jak przywykł do tego referent w Głównym Urzędzie Bezpieczeństwa Rzeszy.
"Eichmann w Argentynie" nie jest więc monodramą, lecz kroniką zdumiewającej drugiej kariery SS-Obersturmbannführera w stanie spoczynku - jako fachowca od historii i po raz kolejny od "kwestii żydowskiej". Choć później tak bardzo będzie się starał przekonać wszystkich, że koniec wojny nawrócił go i zmienił, jednak z badań nad jego sposobem myślenia i życiem towarzyskim wśród kamratów w Argentynie wynika zupełnie coś innego. Jeśli Eichmann kiedykolwiek chciał być spokojnym, poczciwym Ricardem Klementem, to dopiero w celi więziennej w Izraelu. Jeszcze w Argentynie dedykacje na swoich fotografiach dla Kameraden podpisywał z dumą: "Adolf Eichmann - SS-Obersturmbannführer w st. spocz.".
*
Eichmann po 1945 roku to jednak znacznie więcej niż jakaś argentyńska afera. W Republice Federalnej Niemiec jego nazwisko też nie zostało zapomniane. Nawet jeśli później nikt jakoby niczego nie wiedział - istnieje mnóstwo zeznań świadków, nie brak artykułów prasowych i publikacji na temat Eichmanna, które dowodzą, jak bardzo jego nazwisko i to, czego było symbolem, interesowało Niemców jeszcze przed 1960 rokiem. Ale ten, kto udaje się na poszukiwanie "fenomenu Eichmanna", ma do dyspozycji jeszcze jedno pośrednie źródło, którego nie sposób przecenić: świadectwa ofiar i tropicieli, a przede wszystkim świadectwa byłych kolegów i współwiedzących. Oni nie mogli zapomnieć Eichmanna już choćby ze strachu, że on ich jeszcze tak samo dobrze pamięta, jak oni jego. Kto go znał albo tylko wiedział, kim on był, ten nie chciał dać się przyłapać na tym, że go pamięta. Materiały amerykańskich służb wywiadowczych, rejestry ściganych i nieliczne udostępnione akta prokuratury, Federalnego Urzędu Ochrony Konstytucji i Urzędu Spraw Zagranicznych pozwalają na sporządzenie pierwszego szkicu unaoczniającego znaczenie Adolfa Eichmanna w czasach tużpowojennych, zwłaszcza w młodej Republice Federalnej, a także w Austrii. Eichmann, czy też może jednak jego wizerunek, coraz bardziej się stawał czynnikiem politycznym. Już samo to, że kluczowy świadek zbrodni przeciwko ludzkości przeżył, groziło zniweczeniem starań, by uporać się z przeszłością, jak najgruntowniej wypierając ją z pamięci. Eichmann także w Argentynie nie chciał prowadzić życia spokojnego, nie zwracać na siebie uwagi, a nawet napisał list otwarty do kanclerza Konrada Adenauera, przez co stał się w końcu czynnikiem ryzyka. Bo czy mogliśmy rzeczywiście chcieć, żeby ktoś, kto tyle wiedział, jeszcze w Republice Federalnej zabierał głos?
Wszystko to zamienia poszukiwanie Eichmanna w historię o wiele bardziej złożoną, niż pozwalają podejrzewać przyjemne opowiadania o miłości, zdradzie i śmierci. Mamy tu bowiem do czynienia nie tylko z ofiarami i łowcami nazistów, pragnącymi bezwzględnie odnaleźć mordercę milionów, czy też z tym lub innym rządem, który zachowywał się mniej lub bardziej zręcznie. Mamy także do czynienia z ludźmi, którzy równie bezwzględnie nie chcieli dopuścić, by razem z tym człowiekiem powróciła z wychodźstwa przeszłość. Aby przełamać niepowściągliwe pragnienie milczenia, trzeba było znacznie więcej niż tylko czujnego niewidomego człowieka w Argentynie, który w przyjacielu swojej córki rozpoznał syna zbrodniarza przeciwko ludzkości. Historia Eichmanna sprzed Jerozolimy to także łańcuch zaprzepaszczonych szans na rzeczywiście nowy start, na który należało się odważyć, odprawiając sąd w Niemczech. Musimy zajmować się tą historią, jeśli chcemy zrozumieć, do jakiego stopnia po zakończeniu wojny przetrwały struktury tej niewyobrażalnej epoki, które nowe państwo chciało i musiało przezwyciężyć, a nie miało do tego nowych ludzi. To, że w niemieckich urzędach jeszcze dziś istnieją nieodtajnione akta Eichmanna, bo ich zawartość uchodzi za zagrożenie dla dobra państwa, jest skandalem. Pogodzenie się z faktem, że Adolf Eichmann, SS-Obersturmbannführer w stanie spoczynku, stanowi rozdział w historii Republiki Federalnej, to krok, który już dawno należało zrobić.
*
Od kiedy w 1963 roku ukazała się książka Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła, każda próba pisania o Adolfie Eichmannie jest też zawsze dialogiem z Hanną Arendt[8]. Żydówka z Królewca, która studiowała filozofię u Martina Heideggera i Karla Jaspersa i którą narodowy socjalizm wygnał z Niemiec, w 1961 roku pojechała do Jerozolimy na proces Eichmanna, bo chciała tego, czego zwykle chcą filozofowie: chciała zrozumieć. Żaden człowiek nie pojmuje niczego wprost, każdy wnosi zarówno swój sposób myślenia, jak i swoje doświadczenie, a więc także obraz świata wczorajszego. Hannah Arendt po raz pierwszy przeczytała o Eichmannie w gazecie może w 1943 roku, a osiemnaście lat później była niewątpliwie na bieżąco z wynikami najnowszych badań naukowych. Czego się spodziewała, sama opisuje dokładnie, i to niejeden raz: nader inteligentnego, diabolicznego masowego mordercy i zafascynowania grozą, jakie znamy z wielkiej literatury. "Był jednym z najbardziej inteligentnych w całej zgrai", uważała jeszcze w 1960 roku. Kto będzie miał dość odwagi, żeby go pojąć, pisała, posunie się w rozumieniu zbrodni nazistowskich zdecydowanie krok do przodu. "Bardzo mnie to kusi"[9].
Filozofka z darem bystrej obserwacji nie była jedyna, którą faktyczne zetknięcie z Eichmannem zirytowało. Czytając pierwsze reportaże, dochodzimy do wniosku, że niemal wszyscy obserwatorzy procesu, niezależnie od tego, skąd pochodzili, odnieśli takie samo wrażenie: Eichmann w Jerozolimie był nijaką figurą, pozbawioną charyzmatu, jaki przypisujemy naszemu ambiwalentnemu wyobrażeniu szatana. SS-Obersturmbannführer, który kiedyś siał strach i przerażenie, a przede wszystkim wysyłał miliony ludzi na śmierć, teraz nużył niemiłosiernie długimi zdaniami i gadaniną o stanie wywołanym rozkazem i o przysiędze na sztandar. Czyż już w 1961 roku nie powinno to wzbudzić podejrzeń, skoro okazał się przy tym wszystkim tak zadziwiająco skuteczny? Głosy powątpiewania były w każdym razie ciche, a już na pewno niezbyt chętnie słuchane. Co ważniejsze - wszystkie te osoby miały dostęp do informacji, jakiego obserwatorzy procesu nie mieli: znały przynajmniej częściowo materiały argentyńskie.
W 1960 roku badania nad holokaustem znajdowały się w najlepszym razie w stadium początkowym, baza źródłowa była znikoma, a chęć dowiedzenia się od oskarżonego czegoś nowego okazywała się silniejsza niż ostrożność. Hannah Arendt przyjęła wyuczoną metodę dochodzenia do zrozumienia: czytając wciąż na nowo, zdając się całkowicie na tego, który pisze i mówi, przekonana, że tylko ten pisze i mówi, kto chce, by go zrozumiano. Wnikliwie jak mało kto czytała protokoły z przesłuchań i procesu. Ale właśnie w ten sposób wpadła w pułapkę, bo Eichmann w Jerozolimie był właściwie tylko maską. Nie przejrzała go, a jednak w imponujący sposób zdawała sobie sprawę, że wciąż jeszcze nie rozumie tego fenomenu tak, jakby chciała.
Żadna książka o Adolfie Eichmannie i chyba nawet żadna o narodowym socjalizmie nie wywołała tylu dyskusji co Eichmann w Jerozolimie. Jej autorka osiągnęła więc coś, na czym filozofom od czasów Sokratesa zależy najbardziej: doprowadziła do kontrowersji, aby dojść do zrozumienia. Jednak najpóźniej od lat siedemdziesiątych polemika z Hanną Arendt spełnia już tylko funkcję debaty odwracającej uwagę od właściwego tematu. Nie można się oprzeć wrażeniu, że już od dawna nie chodzi o Eichmanna, że wolimy w tonie debaty mówić o teoriach zła, niż może wiedzieć więcej i lepiej niż myślicielka w 1961 roku. A zmiana nastąpiła zasadnicza: mamy dostęp do całkiem innych źródeł. Przynajmniej teoretycznie.
Od 1979 roku dostępna jest duża część tak zwanych wywiadów Sassena, rzucających światło na to, czego Hannah Arendt i wszyscy inni obserwatorzy procesu mieli nie widzieć - Eichmanna w czasach przed Jerozolimą, jak w salonie znajomego rozprawia w gronie dawnych kamratów, takich samych jak on nazistów w Argentynie. Ale zajmowano się tą obfitością informacji zatrważająco pobieżnie, niechętnie i z osobliwym brakiem ciekawości, i to nawet po 1998 roku, kiedy pojawiło się jeszcze kilka oryginalnych taśm z nagraniami, potwierdzających wnioski, jakie gruntowna lektura pozwalała wyciągnąć już dawno: mianowicie, że w Argentynie działo się więcej niż tylko tyle, że jakiś dziennikarz w poszukiwaniu materiału na "story" i jakiś nazista bez przydziału, za to z ochotą na butelkę whisky, odbywali spotkania, aby razem nurzać się we wspomnieniach. Kto szukał argumentów, by je przeciwstawić Hannie Arendt, ten zamiast wciąż ubolewać nad powodzeniem, jakim się cieszy jej książka, już dawno mógł znaleźć tu wszystko, co trzeba. A tymczasem powtarzamy izraelskie opowieści Eichmanna, przytaczamy podane przez niego daty, cytujemy jakąś niedającą się obronić niby-publikację tendencyjnego wydawnictwa, a nawet godzimy się na to, by pod błędnymi etykietami zalegały w archiwach całkowicie nieznane źródła dotyczące Eichmanna, choć mogłyby legendarną wręcz odporność historyków na niespodzianki wystawić na ciężką próbę. Przynajmniej tego jednego koniecznie powinniśmy się od Hanny Arendt nauczyć: aby w obliczu nieznanego znów odczuwać wielką pokusę.
*
Moja książka to przede wszystkim próba przedstawienia wszystkiego, czym dysponujemy, a także zadania, jakie nas w związku z tym czeka. Już sama historia materiałów argentyńskich, rozproszonych dziś po kilku archiwach i przypominających monstrualny puzzel nie do ułożenia, niespodziewanie daje wart każdej polemiki wgląd w "fenomen Eichmanna". Abyśmy mogli pójść dalej i dalej pytać, opis drogi do tych źródeł stanowi także część tej książki, w której po raz pierwszy zostały szczegółowo zaprezentowane.
Także Eichmann sprzed Jerozolimy jest dialogiem z Hanną Arendt, i to nie tylko dlatego, że sama przed wielu laty właśnie od Eichmanna w Jerozolimie zaczęłam zajmować się tym tematem. Nasze rozumienie historii zależy tak bardzo od czasów i okoliczności, że nie możemy zrezygnować z takiej perspektywy, jaką zaproponowała Hannah Arendt. Mam na myśli jej odwagę do klarownego osądu, nawet przy pełnym ryzyku, że mimo intensywnej pracy wciąż jeszcze wiemy za mało. W wypadku badań nad Adolfem Eichmannem dochodzi jeszcze całkiem inny aspekt. Do najbardziej brzemiennych w skutki należy bowiem wniosek, jaki można wyciągnąć z tych badań - że człowiek wcale nie musi należeć do tych najbardziej inteligentnych, aby nawet ludzi o wybitnej inteligencji przywieść do tego, że pokonają się własną bronią, jeśli pragną, by potwierdziły się ich oczekiwania. Będziemy mogli rozpoznać ten mechanizm tylko wtedy, jeśli będziemy mieć po swojej stronie myślicieli, którzy obchodzą się ze swoimi oczekiwaniami i osądami dostatecznie odważnie, aby nawet ich fiasko stało się przejrzyste.
Kto napisał taką książkę jak ta, temu na koniec pozostaje tylko jedno: od samego początku ostrzec czytelnika, najlepiej słowami, jakie Hannah Arendt napisała do przyjaciółki, zanim wsiadła do samolotu i poleciała do Jerozolimy: "Może być ciekawie - niezależnie od tego, że będzie strasznie"[10].
Byłem znany jak wytarty szeląg...
Eichmann do Sassena, 1957
Do dzisiaj nie wiemy, kiedy Eichmann zdecydował się na życie w Ameryce Południowej, ale dlaczego ciągnęło go właśnie do Argentyny, wyjaśnił sam: "Wiedziałem, że na tej "ziemi obiecanej" w Ameryce Południowej kilku dobrych przyjaciół czeka, by mi pomóc. Przyjaciół, którym otwarcie, bez skrępowania i z dumą mogłem powiedzieć, że jestem Adolfem Eichmannem, dawniej SS-Obersturmbannführerem"[11].
Otwarcie, bez skrępowania i z dumą, że jest Adolfem Eichmannem? Ależ miał oczekiwania! Wydaje się po prostu groteskowe, i to nie tylko z perspektywy czasu, że faktycznie uważał tę możliwość za realną. Nazwisko Adolf Eichmann było synonimem nazistowskiej eksterminacji Żydów, o czym akurat ten, który je nosił, wiedział aż nazbyt dobrze. Nikt nie zadaje sobie trudu, by pod fałszywym nazwiskiem żyć na obczyźnie, jeśli nie musi. Eichmann miał dobry powód, żeby zorganizować sobie ucieczkę: był po prostu zbyt znany, aby na dłuższą metę mógł pozostać nierozpoznany.
Zbyt wielu ludzi go znało i zbyt wielu wiedziało o jego udziale w deprywacji, wypędzaniu i masowym mordowaniu. Jeśli dziś nie widzimy tego tak wyraźnie, jak widział to Eichmann wtedy, to dlatego, że jego autoprezentacja w Jerozolimie okazała się zadziwiająco skuteczna. Po uprowadzeniu w 1960 roku robił wszystko, żeby przedstawić się w Izraelu jako niewiele znaczący referent pośród wielu innych, "drobny trybik w machinie" morderczej Trzeciej Rzeszy, jako człowiek w gruncie rzeczy anonimowy, którego tylko przez omyłkę, głupie przypadki i tchórzostwo innych "zrobiono kozłem ofiarnym", choć był tylko skromnym, nieznanym oficerem i na nic nie miał wpływu. Ale Eichmann sam bardzo dobrze wiedział, że to nieprawda. Ani to, że jego nazwisko było znane jedynie bardzo wąskiemu kręgowi osób, ani to, że dopiero proces sprawił, że stało się znane powszechnie. Przeciwnie - jego reputacja miała istotny wpływ na rozmiary zbrodni okrywających go po dziś dzień nieprzemijającą niesławą.
Adolf Eichmann bacznie obserwował, jak jego nazwisko staje się synonimem eksterminacji Żydów, wiedział też, że jego przełożeni wspierają taki obrót sprawy. Ostatnia rzecz, jakiej chciał, to być "człowiekiem w cieniu", choć niekiedy tym kokietował. Dopiero przed sądem w Izraelu zapragnął sprawić wrażenie uległego, tuzinkowego, drobnego urzędnika bez nazwiska i twarzy, któż jednak nie chciałby stać się niewidzialny, kiedy grozi mu kara śmierci? Mimo to wielu zdawał się przekonywać wizerunek Eichmanna jako człowieka działającego w mroku, a niektórzy tę rzekomą niewidzialność uznali nawet za klucz do jego morderczych sukcesów[12], chociaż wiele wskazuje na to, że Eichmann najpóźniej od 1938 roku ani nie był kimś nieznanym, ani sam nie był zainteresowany pozostawaniem w cieniu. Jeśli pójdziemy za tymi wskazówkami, mroczna postać nabierze konturów.
Był powszechnie lubiany i wszędzie mile widziany.
Rudolf Höß o Eichmannie
Adolf Eichmann wstąpił do NSDAP i do SS w 1932 roku w Linzu, dokąd przyjechał z Niemiec już jako dziecko, gdy przed jego ojcem otworzyły się w tym mieście widoki na mieszczańską karierę. Syn obrał inną drogę - nie zabiegał o stanowisko przewodniczącego zarządu kościoła ani o posadę w firmie ojca, wykorzystał natomiast szansę, jaką stała się dla niego delegalizacja ruchu narodowosocjalistycznego w Austrii, i w 1933 roku ruszył w ślad za wysokim linckim funkcjonariuszem partyjnym do Niemiec, centrum nowej siły politycznej. Zgodnie z własnym planem, za czyjąś dobrą radą czy też kierując się nieomylnym wyczuciem przyszłych stosunków władzy, wstąpił w 1934 roku do Służby Bezpieczeństwa SS, liczebnie jeszcze niewielkiej, ale już owianej złą sławą. Wiadomo było, że grupa kryjąca się za skrótem SD (Sicherheitsdienst) miała wydatny udział w aferze Röhma, toteż absurdalne były wszystkie późniejsze próby Eichmanna, by przedstawić swoje przeniesienie do SD jako "przeoczenie" czy "pomyłkę", w takim razie bowiem jako jedyny w swoim środowisku nie wiedziałby, jaki nimb spowija Służbę Bezpieczeństwa, jej tajemniczych pracowników i charyzmatycznego szefa, Reinharda Heydricha[13]. Kto w połowie 1934 roku wstępował do SD, ten nie mógł wprawdzie liczyć na wysoką pensję, ale za to na pewno na podszyte strachem uznanie ze strony kolegów partyjnych oraz, co nie najmniej ważne, na imponujące miejsce pracy: okazały pałac przy Wilhelmstraße 102, w samym centrum władzy, stolicy Rzeszy Berlinie. Dla kogoś niespełna trzydziestoletniego, kto jeszcze dwa lata wcześniej pracował jako wprawdzie obrotny, ale mimo wszystko tylko komiwojażer w branży paliwowej w Górnej Austrii, trudno o wyraźniejszy skok w karierze. Poczucie Eichmanna, że teraz znalazł swoje miejsce, odzwierciedla się także w jego decyzji (sprzyjającej naturalnie też karierze w SS), by się ożenić i założyć rodzinę. Poślubił młodszą o cztery lata Verę Liebl z Mladé, która tak jak obaj jej bracia pracujący dla Gestapo będzie czerpała profity z dalszej kariery męża.
Członkowie SD od samego początku zajmowali szczególną pozycję. Stanowili wywiad wewnętrzny NSDAP, określone ustawy i przepisy więc ich nie dotyczyły. Okres wojskowego drylu mieli już za sobą, a mundury SS najczęściej wisiały w szafie. Podczas gdy szeregowym członkom partii od kwietnia 1935 roku zabroniono utrzymywać jakiekolwiek osobiste stosunki z Żydami, funkcja wywiadowców pozwalała SD na swobodną wykładnię ustawy, w swoim rozumieniu byli przecież zawsze na służbie. Zbieranie informacji incognito należało do szczególnie pociągających zadań, o czym Eichmann jeszcze po kilkudziesięciu latach chętnie opowiadał - jak to chodził na żydowskie imprezy, nawiązywał kontakty, sprawiając wrażenie żądnego wiedzy i otwartego[14], zabiegał o zatrudnienie żydowskiego nauczyciela, który uczyłby go hebrajskiego (na co przełożony jednak dwukrotnie nie wyraził zgody), zgłębiał tak jak wszyscy jego koledzy literaturę żydowską, czytał zarówno sześciusetstronicowe tomiszcza, jak i gazety, utrzymywał międzynarodowe znajomości, a nawet przyjął od jakiegoś Żyda zaproszenie do Palestyny. Później będzie mówił o "studiowaniu, które bądź co bądź trwało trzy lata"[15]. O tym, że przełożony musiał go niekiedy karcić za nieporządek i niepunktualność, jednak nie wspomina[16]. Można by faktycznie ulec pokusie i uznać ten styl życia za quasi-naukowe pięknoduchostwo o lekko niedowarzonych poglądach politycznych, gdyby między kawiarnianą paplaniną, pisaniem tekstów, wygłaszaniem odczytów i wieczorami spędzanymi wspólnie z kolegami na fachowej lekturze nie pojawiały się odnotowane w aktach szczegółowe denuncjatorskie kartoteki, antysemicka propaganda, materiały dotyczące aresztowań i przesłuchań prowadzonych wspólnie z Gestapo. SD było jednym i drugim: elitą światopoglądową i narzędziem władzy, i właśnie to czyniło je tak atrakcyjne dla samozwańczego "nowego, innego pokolenia".
Pierwszy wizerunek Eichmanna w oczach szerszej opinii publicznej (w tym wypadku żydowskiej) od połowy 1937 roku wyglądał następująco: młody człowiek, "szykowny i rzutki", który jednak przestaje być uprzejmy, jeśli ktoś nie zwraca się do niego tytułem, lecz po nazwisku. "On nawet uwielbiał być anonimowy", pisze Ernst Marcus, wracając pamięcią do lat 1936/1937, "i uważał za niedpuszczalną obrazę, gdy obok służbowej formy "panie komisarzu" wymieniano jego nazwisko"[17]. Najwyraźniej Eichmann sam nie mógł się oprzeć stereotypowemu wyobrażeniu o władzy bez twarzy i w długim skórzanym płaszczu, jakie od samego początku przylgnęło zarówno do SD, jak i Gestapo, obu instytucji i tak trudnych do rozróżnienia dla swoich ofiar. Ta bardzo pożądana anonimowość długo jednak nie przetrwała. Gdy Eichmann razem ze swoim kolegą Herbertem Hagenem wybierał się na Bliski Wschód, brytyjski wywiad miał go już pod obserwacją i nie dopuścił, by wjechali na dłużej do Palestyny. Fotografia trafiła do odpowiednich akt[18]. Także w Berlinie pod koniec 1937 roku znano nazwisko "komisarza ze Służby Bezpieczeństwa", "w niepojęty sposób dokładnie zorientowanego" w sprawach, którymi naziści raczej się nie zajmowali: syjonizmu, problemów z transferem pieniędzy związanym z wymuszoną emigracją, wewnątrzżydowskich dyskusji i najrozmaitszych reprezentacji interesów, osób i stowarzyszeń.
Kiedy cichy i dyskretny obserwator Eichmann zaczął się zmieniać w krzykliwego reprezentanta rasy panów, trudno dokładnie odtworzyć. W Berlinie w każdym razie stracił reputację najpóźniej w czerwcu 1937 roku, gdy omal nie rozłożył uroczystości pożegnania rabina Joachima Prinza, tak bowiem strugał ważniaka i pchał się na pierwszy plan, że mało kto spośród prawie dwóch tysięcy zaproszonych gości mógł esesmana nie zauważyć[19]. Wiadomo więc było, do kogo odnosiły się słowa: "obrzydliwie niesympatyczny gość, po podaniu mu ręki człowiek najchętniej poszedłby umyć ręce" - co Eichmann wobec przełożonych na wszelki wypadek skwitował sprostowaniem: "Mam zwyczaj nigdy tym Żydom ręki nie podawać"[20]. Czas dyskretnego pozyskiwania informacji widocznie już minął.
Ta przemiana poszła w ślad za nowym samorozumieniem Służby Bezpieczeństwa. SD już nie chciało pozostawać w tle, domagało się dla siebie dominującej pozycji w polityce wobec Żydów, w owej prestiżowej kwestii, która tak bardzo leżała Hitlerowi na sercu i w której wraz z norymberskimi ustawami rasowymi powstały nowe możliwości[21]. Także Eichmann miał swój wkład w osiągnięcie tego celu już w następnym roku. W SD z niecierpliwością czekano na nowe czasy, kiedy wreszcie będzie można zająć stanowisko i pokazać "przeciwnikowi", że wieje już inny wiatr lub - by powtórzyć za Eichmannem jeden z jego niezrównanie chybionych obrazów językowych - "w końcu zauważą, że tutaj zaczyna uderzać bomba"[22]. Na przełomie lat 1937/1938 Eichmann był więc kimś znanym w berlińskiej gminie żydowskiej i najwidoczniej nie czyniło mu najmniejszej różnicy, że stopniowo jest zauważany "u przeciwników".
1 Hannah Arendt do Karla Jaspersa, 5 II 1961, Hannah Arendt, Karl Jaspers. Briefwechsel 1926-1969, oprac. Lotte Köhler i Hans Saner, München-Zürich 1985, s. 459.
2 Eichmann w 1962 roku w wywiadzie kwestionariuszowym dla francuskiego pisma "Paris Match", BArch Koblenz, AllProz 6/252, s. 38.
3 Nie znam ani jednej publikacji na temat Eichmanna, w której w takiej czy innej formie nie pojawiłoby się to zdanie. Ja sama jeszcze siedem lat temu z pełnym przekonaniem tak twierdziłam. Aktualnym przykładem jest tu obszerne studium poświęcone Urzędowi Spraw Zagranicznych: Eckart Conze, Norbert Frei, Peter Hayes, Moshe Zimmermann, Urząd. Niemieccy dyplomaci w III Rzeszy i w RFN, przeł. Viktor Grotowicz, Wrocław 2014, s. 466-477.
4 Zob. Jean-Jacques Rousseau, Rozprawa o pochodzeniu i podstawach nierówności między ludźmi, w: tenże, Trzy rozprawy z filozofii społecznej, Warszawa 1956, s. 186.
5 Wokół imienia Eichmanna już wkrótce po zakończeniu wojny powstało niejakie zamieszanie, które uparcie trwa do dzisiaj. Jego imię jest jednak jednoznacznie udokumentowane. Widnieje nie tylko w metryce urodzenia (BArch Koblenz, AllProz 6/236), lecz także w pismach urzędowych z okresu nazistowskiego, np. w aktach Głównego Urzędu Rasy i Osadnictwa SS (BArch Berlin, BDC, RuSH-Akte Adolf Eichmann). Imię "Karl" przypisano mu przez pomyłkę - pomylono go z jego ojcem, który nie tylko figurował w książce telefonicznej Linzu, lecz także miał legitymację partyjną NSDAP. Ponieważ również w Izraelu imię Eichmanna wymieniano razem z imieniem ojca (Adolf, syn Karla Adolfa Eichmanna), nieporozumienie się utrzymywało. Eichmannowi nadano imiona po dziadku ze strony ojca, co wcale nie było rzadką praktyką w wypadku najstarszych synów.
6 "Meine Flucht" (Moja ucieczka), s. 22, napisane w marcu 1961 roku w Izraelu. Tekst, który Eichmann chciał zatytułować "In einer Mainacht 1945" (Pewnej majowej nocy 1945 roku), cytuję z maszynopisu według odręcznej paginacji. BArch Koblenz, AllProz 6/247.
7 Kto uważa te szczegóły za literackie ozdobniki, ten znajdzie dowody na zdjęciach, które po uprowadzeniu Eichmanna 6 VI 1960 roku zostały zrobione w jego domu i opublikowane przez kilka czasopism (najpierw przez "Sterna", 26 VI-16 VII 1960). Dalsze szczegóły pochodzą z listów do rodziny pisanych przez Eichmanna w Izraelu. Kopie w Archiwum Państwa Izrael i w BArch Koblenz, AllProz 6/165 i 248.
8 Książka ukazała się w 1963 roku w wersji angielskiej w Nowym Jorku i Londynie. Niemieccy czytelnicy mogli początkowo przeczytać ledwie dwadzieścia stron, zamieszczonych w piśmie "Merkur" i zawierających skrócone przez redakcję rozdziały II i III. Pierwsza niemiecka wersja książkowa ukazała się w 1964 roku jako Piper Paperbeck Nr. 35 w Monachium. Cytaty w dalszej części tekstu pochodzą z tej wersji [tu cyt. za wyd. pol.: Hannah Arendt, Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła, przeł. Adam Szostkiewicz, Kraków 1987].
9 Hannah Arendt do Mary McCarthy, 20 VI 1960. Hannah Arendt, Mary McCarthy, Between Friends. The Correspondence of Hannah Arendt and Mary McCarthy, 1949-1975, ed. Carol Brightman, San Diego, Calif., s. 81-82.
10 Tamże.
13 Eichmann może tu korzystać z przewagi, jaką daje mu fakt, że w latach 1960-1961 bardzo niewiele wiedziano o SD. Kiedy w 1934 roku starał się o przyjęcie do SD, organizacja ta swoją wczesną fazę formacyjną miała już za sobą i poza Heydrichem liczyła 86 oficerów (według listy starszeństwa oficerów SS [Dienstaltersliste der SS], stan na dzień 1 X 1934).
14 Franz Mayer, zeznania świadka w procesie Eichmanna, posiedzenie 17.
15 Transkrypt Sassena 24,2 - cyt. wg pierwotnej numeracji: nr taśmy przepisanej na maszynie, nr strony.
16 Na naradzie kadry kierowniczej z 18 XII 1937 Hagen szczegółowo wytyka brak dyscypliny i deficyty organizacji oraz wyznacza nieprzekraczalne terminy, w jakich mają być usunięte. T/108. - Wszystkie sygnatury T/... odnoszą się do dokumentów przedłożonych przez oskarżenie podczas procesu.
17 Ernst Marcus swoje pierwsze spotkanie z Eichmannem datuje na listopad 1936 roku. Z opisanego przezeń wydarzenia można wyciągnąć tylko taki wniosek, że co najmniej to jedno spotkanie odbyło się w listopadzie 1937 roku, dokładnie w tym samym czasie, któremu odpowiada opis wyglądu i zachowania Eichmanna. Albo więc Marcus źle zapamiętał powód pierwszego spotkania, albo rok, w którym się odbyło. Prawdopodobnie Marcus spotkał Eichmanna już przed listopadem 1937 roku, jego datowanie jest więc zgodne z rzeczywistością, a błędnie podany tylko powód. Ernst Marcus, Das deutsche Auswärtige Amt und die Palästinafrage in den Jahren 1933-1939. Spisane w 1946 roku, YVA, 0-1/11. Wersja ang. w: "Yad Vashem Studies" 2 (1958), s. 179-204. Wersja niem. przedrukowana w: Kurt Jacob Ball-Kaduri, Vor der Katastrophe. Juden in Deutschland 1934-1939, Tel Aviv 1967, s. 69-72.
18 Zdjęcie wywiadowcze zostało odtajnione na proces Eichmanna, akta natomiast dotychczas jeszcze nie.
19 Uroczyste pożegnanie Joachima Prinza przed emigracją do Ameryki odbyło się 26 VI 1937 roku. Benno Cohn, "Frankfurter Rundschau", 1 VI 1960; proces Eichmanna, posiedzenie 15. Eichmann opowiada o tym zdarzeniu w swoim referacie z 1 XI 1937 roku (przedrukowanym jako dokument 16 w: Michael Wildt, Die Judenpolitik des SD 1935-1938. Eine Dokumentation, München 1995, s. 123-124) i jeszcze w Argentynie usprawiedliwia swoje zachowanie ("Die anderen sprachen...").
20 Otto von Bolschwing denuncjuje Ernsta Marcusa i Ernsta Gottlieba przed Eichmannem, podsłuchawszy ich rozmowę na jego temat. Reakcja Eichmanna w odręcznych komentarzach na liście od Bolschwinga. Zdarzenie udokumentował i skomentował Günter Schubert, "Post für Eichmann", w: Wolfgang Benz (red.), "Jahrbuch für Antisemitismusforschung" 15 (2006), s. 383-393, faksymile s. 392-393.
21 Na temat rozwoju SD i samorozumienia pracowników referatu do spraw żydowskich por. Wildt, Die Judenpolitik des SD..., dz. cyt., wstęp.
22 Odręczny komentarz Eichmanna na liście od Bolschwinga, por. faksymile w: Schubert, "Post...", dz. cyt.
23 Raporty o działalności referatu II 112, zwł. z 17 II 1937 (T/107).
24 Eichmann po 22 V 1937 roku jedzie do Wrocławia, aby czuwać nad realizacją rozporządzeń i ustaw antyżydowskich po odebraniu Żydom 15 V 1937 roku statusu mniejszości. Zbiera tam pierwsze samodzielne doświadczenia z zakładaniem kartotek tej grupie ludności i jej ewidencjonowaniem. Por. raport o działalności [Tätigkeitsbericht] w okresie od 6 VII do 5 X 1937, SD-Hauptamt, II 112, BArch Koblenz, R58/991. Na ten temat Wildt, Die Judenpolitik des SD..., dz. cyt., s. 13-64, 34-35; także David Cesarani, Eichmann, jego życie i zbrodnie, przeł. Jacek Lang, Zakrzewo b.r. [2008], s. 76.
25 Tym współpracownikiem był Paul Wurm, redaktor "Stürmera" w Berlinie. Eichmann po konsultacji ze swoim przełożonym (3 VIII 1937) przyjął zaproszenie Wurma (2 IX 1937), obiecując sobie po tym kontakcie dostęp do archiwum "Stürmera" "bez wiedzy gauleitera Streichera" (BArch Koblenz, R58/565, adnotacja II-1 Six). Eichmann w dniach 5-9 IX 1937 roku był obecny na zjeździe NSDAP i przy tej okazji spotkał także Juliusa Streichera oraz grupę amerykańskich antysemitów, która przeraziła nawet jego. T/121, raport służbowy SS-Hauptscharführera Eichmanna, II 112 z 11 IX 1937. Identyczny w BArch Koblenz, R58/623. Dyskutowany w: Magnus Brechtken, "Madagaskar für die Juden". Antisemitische Idee und politische Praxis 1885-1945, München 1997, s. 72 i nn.
26 Transkrypt Sassena 62,1.
27 Daty tego spotkania nie udało się jednoznacznie odtworzyć, tak że można tylko zawęzić przedział czasowy, mianowicie między 15 a 25 III 1938 roku. Zachowało się kilka opisów tego zajścia. Adolf Böhm przeszedł załamanie nerwowe i został umieszczony na oddziale zamkniętym kliniki psychiatrycznej. Por. Doron Rabinovici, Instanzen der Ohnmacht. Wien 1938-1945. Der Weg zum Judenrat, Frankfurt a.M. 2000, s. 70 i nn.
28 Dr Jehuda Brott w wywiadzie udzielonym Herbertowi Rosenkranzowi na temat wiedeńskiej poradni dla emigrującej młodzieży (Beratungsstelle der Jugendalijah Wien), Jerozolima, 22 III 1977, YVA, 0-3/3912. Cyt. za: Herbert Rosenkranz, Verfolgung und Selbstbehauptung. Die Juden in Österreich, 1938-1945, München 1978, s. 109-110.
29 Eichmann 14 XII 1939 roku zostaje Specjalnym Pełnomocnikiem do spraw Majątku Izraelickich Gmin Wyznaniowych w Marchii Wschodniej. ÖStA, AdR, Bürckel-Materie 1762/1,31: rozporządzenie komisarza Rzeszy do spraw Ponownego Zjednoczenia Austrii z Rzeszą Niemiecką, podp. Bürckel, 14 XII 1939. Cyt. za: Rosenkranz, Verfolgung und Selbstbehauptung..., dz. cyt., s. 221, 334.
30 Por. nieco jednostronny, ale dobitny kontrobraz z przesunięciem punktu ciężkości na rolę Gestapo: Thomas Mang, "Gestapo-Leitstelle Wien - Mein Name ist Huber." Wer trug die lokale Verantwortung für den Mord an den Juden Wiens?, Münster 2004.
31 Eichmann do Herberta Hagena, 8 V 1938. T/130. Identyczny w BArch Koblenz, R58/982, folio, s. 19 i nn. Gazeta rzeczywiście istniała od 20 V do 9 XI 1938 roku, wyszło 25 numerów (red. naczelny Emil Reich). Bezpośredni wpływ cenzury jest bezsporny.
32 Korespondencja Martina Rosenblutha (Londyn) z Georgiem Landauerem, przedruk w: Otto Dov Kulka, Deutsches Judentum unter dem Nationalsozialisms, t. 1: Dokumente zur Geschichte der Reichsvertretung der deutschen Juden 1933-1939, Tübingen 1997, s. 381. Relacja Leona Lauterbacha "The Jewish Situation in Austria. Report submitted to the Zionist Organization", ściśle tajne, 19 IV1938, cyt. za: Rosenkranz, Verfolgung und Selbstbehauptung..., dz. cyt., s. 275 i nn.; Israel Cohen, "Bericht über Wien", Praga, 28 III 1938, tamże, s. 51 i nn.
33 Cohen, "Bericht über Wien", dz. cyt.
34 Tom Segev, Szymon Wiesenthal. Życie i legenda, przeł. Michał Sobelman, Warszawa 2010, s. 23.
35 Wpis pod datą 30 XI 1939, Archiwum Ben Guriona, wskazany przez Toma Segeva, Szymon Wiesenthal..., dz. cyt., s. 24, przyp. 2 na s. 459.
36 Wezwanie z 11 XI 1938; konferencja 12 XI 1938: dokumenty oskarżenia T/114. Identyczne z: IMT, 1816-PS (por. IMT, t. 28, s. 499 i nn.).
37 Bernhard Lösener (z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Rzeszy, współpracujący przy formułowaniu "ustaw norymberskich") przyznał, że odbył taką podróż, nawet jeśli w późniejszej relacji przedstawił własną rolę w sposób zniekształcony. (Manuskrypt z 26 VI 1950, przedrukowany pt. Als Rassereferent im Reichsministerium des Innern, "Vierteljahrshefte für Zeitgeschichte" 1961, s. 264-313, tu s. 292). Wizyty Heydricha, osób z Ministerstwa Gospodarki Rzeszy i z Ministerstwa Propagandy są potwierdzone.
38 Transkrypt Sassena 32,8.
39 Transkrypt Sassena 4,3; 60,2 i częściej.
40 Transkrypt Sassena 32,8.
41 SS-Gruppenführer Hinkel wręczył przy tej okazji Eichmannowi opatrzony dedykacją egzemplarz swojej książki Einer unter 100 000 (Jeden ze 100 000), co Eichmann z dumą wspomina zarówno wobec Sassena, jak i w "Meine Memoiren".
42 Chodzi o obydwa obozy pracy: Gut Sandhof k. Waidhofenu a.d. Ybbs i Doppl w Mühltalu k. Linzu. Od maja 1939 do grudnia 1941 roku będą prowadzone jako "Obozy przyspieszonego kształcenia Żydów do zawodów rzemieślniczych bądź rolniczych" przez personel wiedeńskiego Centralnego Urzędu. Na temat tego długo przeoczanego kroku w polityce wobec Żydów por. pionierską pracę Gabriele Anderl Die "Umschulungslager" Doppl und Sandhof der Wiener Zentralstelle für jüdische Auswanderung na stronie www.doew.at/thema (dostęp: 2003 i 2004).
43 Na Eichmanna pada podejrzenie, że przy zakupie nieruchomości zapłacił zbyt wysoką cenę byłej właścicielce, będącej jego kochanką. Anderl, Die "Umschulungslager"..., dz. cyt. Por. także podrozdz. "Triumf życia".
44 Transkrypt Sassena, taśma bez numeru, s. 2. Tak samo w: 54,12.
45 Bardzo szczegółowo na ten temat Gabriele Anderl i Dirk Rupnow, Die Zentralstelle für jüdische Auswanderung als Beraubungsinstitution, Wien 2004, a zwł. Theodor Venus, Alexandra-Eileen Wenck, Die Entziehung jüdischen Vermögens im Rahmen der Aktion Gildemeester, Wien-München 2004.
46 "Völkischer Beobachter" (Wiedeń), 20 XI 1938 (wydanie niedzielne ze zdjęciami).
47 "Pester Lloyd", 11 II 1939 (artykuł Ladislausa Benesa).
48 Benno Cohn, wezwanie przedstawicieli społeczności żydowskiej w Niemczech wiosną 1939 roku do Gestapo (Eichmann), relacja na posiedzeniu Koła Syjonistów z Niemiec, spisana przez dr. Balla-Kaduriego, 2 IV 1958, YVA, 0-1/125. - Przedruk protokołu posiedzenia z 1958 roku w: Kurt Ball-Baduri, Vor der Katastrophe. Juden in Deutschland 1934-1939, Tel Aviv 1967, s. 235-239. Por. na ten temat Rabinovici, Instanzen der Ohnmacht..., dz. cyt., s. 151-152, który omyłkowo podaje sygnaturę YVA, 0-1/227 (tu znajduje się protokół z relacji Ericha Franka z wezwania przedstawicieli organizacji żydowskich do Gestapo w Berlinie w marcu 1940 roku). - Benno Cohn wyemigrował pod koniec marca 1939 roku, zeznanie na procesie Eichmanna, posiedzenie 14-15.
49 Wielokrotnie. Tak transkrypt Sassena 2,4; 6,1.
50 "Pariser Tageszeitung" była następczynią "Pariser Tageblatt", co tłumaczy pomyłki we wspomnieniach. Gazeta ukazywała się od początku w języku niemieckim, a nie w jidysz, jak czasami jest podawane.
51 BArch Berlin, ZA I, 7358, A.1 (dawne "archiwum nazistowskie" Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego NRD): 15 V (VI!) 1937, dotyczy rozmowy między SS-Hauptscharführerem Eichmannem i SS-Oberscharführerem Hagenem, cyt. w: Venus, Wenck, Die Entziehung jüdischen Vermögens..., dz. cyt., s. 48 i nn.; raport Schliego dla Eichmanna i Lischki, 5 III 1939, YVA, 0-51/0S0-41. Cyt. za: Avraham Altman, Irene Eber, Flight to Shanghai 1938-1940: The Larger Setting, w: "Yad Vashem Studies" 28 (2000), s. 58-86, tu s. 59.
52 Podczas pierwszego spotkania z judenratem w Budapeszcie. Eichmann wobec Sassena otwarcie przyznał, że tak powiedział - "w przypływie humoru połączonego z sarkazmem". Transkrypt Sassena 72,16.
53 Zeznanie Antona [!] Brunnera z 3 X 1945 - był to niespokrewniony z Aloisem Brunnerem cywilny pracownik Centralnego Urzędu, stracony w 1946 roku w Wiedniu, DÖW, dokument 19 061/2, por. Hans Safrian, Eichmann und seine Gehilfen, Frankfurt a.M. 1995.
54 Niedatowany list Josefa Weiszla do żony, Pauliny, b.m. [Doppl], proces przeciwko Josefowi Weiszlowi przed Sądem Okręgowym do spraw Karnych w Wiedniu, Vg 7c Vr 658/46, segregator 56, k. 2567-2568, cyt. za: Anderl, Die "Umschulungslager"..., dz. cyt.
55 Zeznanie świadka w filmie dokumentalnym Inheritance (Der Mördervater), reż. James Moll, USA 2006.
56 Transkrypty Sassena cytuję według oryginalnej paginacji z 1957 roku: nr taśmy, nr strony transkryptu.
57 Transkrypt Sassena 72,16: "jak kilka razy powiedziałem do ważnych Żydów, jeśli ich miałem, mniej więcej tak: "No, wiedzą panowie, gdzie panowie są? Są panowie u 'cara Żydów'. Panowie tego nie wiedzą, nie czytali panowie Pariser Tageblatt?!"".
58 Benno Cohn na procesie Eichmanna zrekonstruował po raz drugi swoje wspomnienia: "He was very upset that we had published something about him in that paper - he read out to us excerpts from this paper [...] that he was "der Bluthund Eichmann" (bloodhound Eichmann) - I am using the language used at that time - "Der Bluthund Eichmann", "blutunterlaufene Augen" (blood-shot eyes), "ein neuer Feind", "Judenfeind" (a new enemy, an enemy of the Jews). I don't remember all the expressions, but they were all very trenchant".
59 Benno Cohn, zeznanie na procesie Eichmanna, posiedzenie 14-15.
60 Transkrypt Sassena 6,1.
61 Motywowane względami służbowymi kontakty z redaktorem "Stürmera" okazały się tak nieciekawe dla referatu II 112, że Eichmannowi najwyraźniej nie zależało na ich podtrzymywaniu, tym bardziej że przybrały na sile również spory ze "Stürmerem" co do taktyki i rozumienia antysemickiego "oświecenia". W rezultacie Wurm nawiązał kontakt z Franzem Rademacherem z Urzędu Spraw Zagranicznych i walnie się przyczynił do opracowywanego tam tzw. planu madagaskarskiego. Por. Brechtken, "Madagaskar für die Juden"..., dz. cyt., s. 72-73.
62 Transkrypt Sassena 6,1.
63 Franz Novak, zeznanie do procesu Eichmanna, 3-5 IV 1961: Eichmann "wyrobił sobie wśród Żydów niejakie nazwisko". Novak przypisuje to kontaktom Eichmanna z działaczami organizacji żydowskich.
64 To, że dotychczas nikt się nie starał o rekonstrukcję tego zbioru artykułów, mogło mieć kilka przyczyn: atrakcyjność wizerunku "człowieka w cieniu", jak i zalecaną nieufność wobec Eichmannowskich przechwałek (o ile się na nich poznano) i z pewnością także zasadnicze problemy, jakich przysparza kwerenda w gazetach. Na potrzeby tego rozdziału przejrzane zostały następujące niemieckojęzyczne gazety emigracyjne w okresie od 1938 roku do czasu, gdy przestały wychodzić: "Aufbau" (Nowy Jork), "Pariser Tageszeitung" (Paryż), "Die Zeitung" (Londyn). Jeśli chodzi o "Aufbau", to istnieje wprawdzie kartoteka haseł i nazwisk, ale jest niekompletna, a także niewolna od błędów, wymaga zatem niejako kreatywnego podejścia do źródeł. W wypadku wszystkich innych gazet pozostaje badaczowi tylko ich przeglądanie. Pomijając informacje dotyczące czynności służbowych zawarte w publikacjach urzędowych, nie znalazłam dotychczas nazwiska Eichmanna w żadnej z gazet reżimu nazistowskiego. W tym celu zostały przejrzane: "Völkischer Beobachter" (wyd. berlińskie i wiedeńskie), "Das Reich", "Der Angriff" i "Das Schwarze Korps".
65 Transkrypt Sassena 6,1.
66 Generał Alois Eliáš zleca radcy ministerialnemu dr. Fahoúnowi negocjacje w "kwestii utworzenia Centralnego Urzędu do spraw Emigracji Żydów [...], jaką mu osobiście przedłożyli panowie Oberfü. [Oberführer] Stahlecker i jego przedstawiciel Hstuf. [Hauptsturmführer] Eichmann". Státní ústřední archiv Praha (SÚA), zespół Prezydium Rady Ministrów (PMR), karton 4018. Cyt. za: Jaroslava Milotová, Die Zentralstelle für jüdische Auswanderung in Prag. Genesis und Tätigkeit bis zum Anfang des Jahres 1940, "Theresienstädter Studien und Dokumente" 4 (1997), s. 7-30, tu s. 2- 3.
67 Narada w pałacu Petschka 19 VII 1939. Informacja dla ministra. Notatka z narady w pałacu Petschka 19 VII 1939, SÚA, PMR, karton 4018. Notatka na temat negocjacji z administracją okupacyjną i administracją Protektoratu z 19 VII 1939 roku dotyczących Centralnego Urzędu do spraw Emigracji Żydów, SÚA, zespół dyrekcji policji w Pradze (PP), sygn. 7/33/39, karton 1903, cyt. za: Milotová, Die Zentralstelle..., dz. cyt.
68 František Weidmann, sekretarz żydowskiej gminy wyznaniowej w Pradze, już 20 VII 1939 roku, a więc przed delegacją rządu, został wysłany do Wiednia na wizytację "z polecenia pana Hauptsturmführera Eichmanna". Jednocześnie przedstawiciel wiedeńskiej gminy wyznaniowej został odkomenderowany do Pragi - w celu "szkolenia". T/162: sprawozdanie tygodniowe żydowskiej gminy wyznaniowej w Pradze za okres 23-29 VII 1939 roku.
69 W pełni udokumentowane przez Stanislava Kokoskę, Zwei unbekannte Berichte aus dem besetzten Prag über die Lage der jüdischen Bevölkerung im Protektorat, "Theresienstädter Studien und Dokumente", 4 (1997), s. 31-49.
70 Dokument oskarżenia T/526: Stiller do Komisarza Rzeszy w Holandii, Haga, 19 IX 1941, na temat swojej rozmowy z Lösenerem z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Rzeszy z 16 IX 1941 roku. Sława tego "osiągnięcia" nie przeminęła, jak widać, mimo że w warunkach wojennych 1941 roku "centrale do spraw emigracji Żydów" nie miały już właściwie znaczenia i sam Eichmann też już nimi nie kierował, nawet jeśli do wydawania im poleceń nadal był uprawniony jego referat do spraw żydowskich w Berlinie.
71 Transkrypt Sassena 51,7.
W miarę jak SD umacniało swoją pozycję, Eichmann stawał się szerzej znany także we własnych kręgach. Początkowo raczej wśród niższych szarż, wykładał bowiem na konferencjach szkoleniowych, kontakty jednak szybko się poszerzały. Z jednej strony przyczyniała się do tego - nie zawsze gładka - współpraca z innymi urzędami, takimi jak Urząd Spraw Zagranicznych, Gestapo czy Ministerstwo Gospodarki Rzeszy, wymuszona emigracja Żydów angażowała bowiem wiele instancji. Z drugiej strony Heydrich stosował środki reklamowe, zręcznie upowszechniając wiedzę o swoim SD i referacie do spraw żydowskich II 112. W styczniu 1937 roku zwiedziło ten referat ponad trzysta osób, w tym nie tylko oficerowie Akademii Wojny i Ministerstwa Wojny Rzeszy, lecz także przyszły minister spraw zagranicznych Joachim von Ribbentrop i szef jugosłowiańskiej tajnej policji[23]. W planach referatu figurowały zarówno wykłady dla partyjnych młodzieżówek, jak i wyjazdy służbowe na Górny Śląsk[24] oraz na zjazd partii. Eichmann pojawił się tam jako gość Juliusa Streichera, którego współpracownik postarał się nawiązać z nim kontakt[25]. Po swojej wyprawie do Palestyny, chociaż z powodu brytyjskiego zakazu wjazdu skończyła się porażką, Eichmann już w 1937 roku awansował na "uznanego specjalistę" od "spraw żydowskich".
Najwyraźniej już wcześnie miał talent, by nawet nieudanymi przedsięwzięciami przysparzać sobie renomy. Jeszcze w Izraelu będzie twierdził, że zna ten kraj, bo w końcu sam tam był. Na nazistach "wiedza fachowa" Eichmanna robiła jednak wrażenie, a on sam nie krył dumy: "Uczniem byłem w latach 1934/35/36. [...] Jadąc do Palest[yny], byłem już czeladnikiem. A kiedy wróciłem, zrobiono ze mnie mistrza"[26]. Nawet jeśli nie każdy, kogo Eichmann poznał w swoich pierwszych berlińskich latach 1934-1938, będzie chciał sobie przypomnieć jego nazwisko i twarz, wielu jednak wiedziało, czym był i czym się zajmował referat SD do spraw żydowskich. Kto do tego referatu należał, ten jako jego pracownik mógł brylować. Eichmann, zważywszy na talent do bynajmniej nie powściągliwej autoinscenizacji, z pewnością obficie z tej możliwości korzystał.
W połowie marca 1938 roku Austria przeżywa tak zwany anszlus, a Eichmann - przeniesienie do Wiednia w charakterze kierownika jednostki specjalnej referatu II 112. Teraz już definitywnie staje w świetle opinii publicznej. Od samego początku nie robi tajemnicy z tego, jak sobie wyobraża swój wizerunek w historii. Na zebraniu, na które wezwał wszystkich znanych przedstawicieli wiedeńskich Żydów, ów rzekomy znawca Palestyny z autopsji pyszni się nie tylko czarnym mundurem esesmana i pejczem, lecz także swoją wiedzą o żydowskich organizacjach oraz o historii żydostwa i syjonizmu. Adolf Böhm, który właśnie ukończył drugi tom Geschichte der zionistischen Bewegung (Historii ruchu syjonistycznego), musi wysłuchiwać, jak Eichmann mówi o sobie, że jest jednym z jego najpilniejszych czytelników, i rzeczywiście zna na pamięć całe strony pierwszego tomu. Sześćdziesięciopięcioletni autor musi jednak przede wszystkim dojść do wniosku, że teraz SS wykorzysta mozolnie zgromadzoną przez niego wiedzę jako klucz do świata organizacji żydowskich i użyje jej jako oręża przeciwko Żydom. Eichmann wyjaśnia mu poza tym, czego oczekuje od trzeciego tomu: mianowicie dużego rozdziału o sobie. Adolf Eichmann jako prekursor syjonizmu? To, że Adolf Böhm nie mógł znieść tej myśli i już nigdy niczego więcej nie pisał, jest bardziej niż zrozumiałe, nawet jeśli się nie zna dalszego rozwoju wypadków[27].
Nieśmiało, powściągliwie i uniżenie - tak autoprojekcja Eichmanna już teraz nie brzmi. Miejsca dla siebie w historii powszechnej domaga się tu ktoś, kto nie może się wykazać niczym innym, jak tylko przynależnością do wciąż jeszcze niewielkiej organizacji SS - samoświadomość tej rzekomej światopoglądowej elity rasy panów trudno chyba zaprezentować z większą pewnością siebie. Można też opisać to zjawisko słowami, w jakie ubrał swoje wrażenia świadek historii[28]: "A potem wszedł Eichmann, jak młody bóg; bardzo dobrze wtedy wyglądał, wysoki, w czerni, błyszczący...". Tak też się zachowuje - jak pan, od którego woli zależą aresztowania i zwolnienia, zakazy działalności instytucji i ponowne zezwolenia, jak inicjator założenia żydowskiej gazety i jej cenzor, a nawet jak instancja decydująca o dysponowaniu kontami gminy żydowskiej[29]. Fakt, że kwestia podziału władzy między narodowymi socjalistami w Wiedniu wcale nie była tak jednoznacznie wyjaśniona i od samego początku trwały przepychanki kompetencyjne[30], niczego tu nie zmienia, bo Eichmann zdołał skutecznie zademonstrować na zewnątrz swoją silną pozycję: "Mam ich tutaj całkowicie w garści, nie ośmielają się zrobić ani kroku bez uprzedniego porozumienia ze mną", pisze do przełożonego w Berlinie. Trudno nie zauważyć, jak bardzo jest z tego dumny: "W każdym razie popędziłem owym państwu kota, możesz mi wierzyć". Z taką samą dumą opowiada o swojej kierowniczej roli w gazecie "Zionistische Rundschau" (Przegląd syjonistyczny), która wkrótce ma zacząć się ukazywać: "W pewnym sensie będzie to "moja" gazeta"[31].
Odpowiednio szybko staje się coraz szerzej znany. Już od końca marca jego nazwisko pojawia się w listach i relacjach[32] wysyłanych przez Żydów na prowincję i za granicę; upowszechnia się wizerunek niejakiego Eichmanna, który wszędzie obwieszcza, "że został wybrany do sterowania i kierowania żydowskimi sprawami w Wiedniu"[33]. Był najwyższym rangą narodowym socjalistą, który miał kontakt z przedstawicielami gmin i organizacji żydowskich. "Dla Żydów", jak pisze trafnie Tom Segev, "był jednym z dwóch Adolfów"[34]. Eichmann był - i to nie tylko dla środowisk żydowskich - "twarzą" polityki Hitlera wobec Żydów. Jego kontakt z międzynarodowymi organizacjami żydowskimi, którego sam się domagał, a których współpracę i przede wszystkim pieniądze należało pozyskać w celu zwiększenia kwot emigracyjnych, wzmacniał jeszcze ten efekt i niejeden przymusowy emigrant zabrał ze sobą na wygnanie znajomość nazwiska Eichmanna. Dawid Ben Gurion już trzy miesiące po wybuchu wojny zapisze je po raz pierwszy w swoim dzienniku[35].
Gdy w sierpniu 1938 roku Eichmann oficjalnie objął kierownictwo nowo powołanego Centralnego Urzędu do spraw Emigracji Żydów (Zentralstelle für jüdische Auswanderung) w Wiedniu, również we własnym środowisku jego nazwisko stało się błyskawicznie znane. Kiedy na polecenie Heydricha specjalnie przyjechał na posiedzenie pod przewodnictwem Göringa, aby w obecności tak wpływowych osób jak Goebbels, Frick, Funk i Stuckart móc zabłysnąć, chwaląc się "doświadczeniami [...] w celu praktycznej realizacji"[36] i wywierając wrażenie zestawieniem liczb przyszłych emigrantów, zyskał również w tych kręgach opinię mistrza niekonwencjonalnej organizacji - jedno z magicznych zaklęć w tamtych czasach. Ponadresortowa instytucja, jaką był Centralny Urząd, robiła furorę, niektóre ministerstwa i wysocy rangą naziści wysyłali swoich przedstawicieli do Wiednia, aby przyjrzeli się eksperymentowi[37], który tak znakomicie pasował do ideologii narodowego socjalizmu, bo rozbijał tradycyjną biurokrację, był nowy, możliwy do szybkiego przeprowadzenia i efektywny. "I oto nagle stałem się Eichmannem znanym nawet RF [Reichsführerowi Heinrichowi Himmlerowi] i w in[nych] ministerstwach"[38]. Idea okazała się tak atrakcyjna, że Göring chciał ją przejąć w Rzeszy. Eichmann żywił uzasadnione nadzieje, że też będzie miał przy tym coś do powiedzenia. Również Heydrich nie omieszkał skorzystać z okazji i przyjechał na wizytację do Wiednia, gdzie w typowy dla siebie, na ogół trudny do rozszyfrowania sposób połączył pochwałę, ironię i reklamę, nazywając Eichmanna swoim "premierczykiem"[39].
Eichmann bardzo dobrze zdawał sobie sprawę, w jak wielkiej mierze renoma w systemie narodowosocjalistycznym przekłada się na bezpośrednią władzę: "Dzięki temu wszystkiemu nabrałem niesamowitego rozpędu"[40]. W wieku 32 lat zdołał wejść do nazistowskiej elity, jest gościem na festiwalu filmowym w Wiedniu, uczestniczy w defiladzie uświetniającej wkroczenie do Czech i na Morawy, nazistowscy przywódcy obdarowują go prezentami z dedykacją[41]. Ma tak mocną pozycję, że otrzymuje zgodę na rozpoczęcie z własnym personelem eksperymentu: organizacji pierwszych obozów pracy dla Żydów[42] w Austrii (w miejscowościach Doppl i Sandhof). Jego zwierzchnicy są tak zadowoleni ze swojego pełnego inwencji człowieka w Wiedniu, że skwapliwie przymykają oczy nawet na to, że nadużył stanowiska dla własnej korzyści[43].
W tym okresie - jak powie w 1957 roku - "widziałem się już komisarzem Rzeszy do regulowania spraw żydowskich". "Udaremniła" to jakoby jedynie zazdrość innych o jego karierę[44]. Fakt, że wiedeńska instytucja miała też inne wzorce i również innych projektodawców[45], nie mąci Eichmannowej autoinscenizacji, tym bardziej że chodzi o Żydów, o których on sam przypomni sobie dopiero wtedy, gdy kilkadziesiąt lat później będzie musiał się tłumaczyć ze swojego udziału w mordowaniu i wypędzeniach. Przez najbliższe lata w Wiedniu nadal jednak zręcznie się sprzedaje jako mąż opatrznościowy i pod koniec 1938 roku na ilustrowanej stronie tytułowej niedzielnego wydania "Völkischer Beobachter"[46] i nawet w "Pester Loyd"[47] wysławia swoją "wyjątkową instytucję". W tych artykułach, chociaż jego nazwisko się w nich nie pojawia, roi się od sformułowań typowych dla Eichmanna, który od samego początku energicznie uprawia public relations.
Na początku marca 1939 roku przedstawiciele gminy żydowskiej w Berlinie zostali wezwani do Eichmanna. Co się tam wtedy rozegrało, możemy sobie wyobrazić na podstawie wspomnień ocalałych uczestników tego spotkania. Według Bennona Cohna[48], który obok Paula Eppsteina, Heinricha Stahla, Philippa Koczowera i przypuszczalnie także Arthura Lilienthala stanął przed obliczem Eichmanna w cywilu i wysokiego rangą esesmana w mundurze, rozmowa miała, delikatnie mówiąc, nieprzyjemny przebieg. Eichmann ostro zaatakował wezwanych, krzyczał i groził zamknięciem w kacecie, po czym zapowiedział, że w najbliższych dniach zostanie otwarta w Berlinie Centrala Rzeszy do spraw Emigracji Żydów (Reichszentrale für jüdische Auswanderung). Cohn, który zeznawał też na procesie w 1961 roku, zapamiętał początek tej rozmowy: "Zaczęło się od gwałtownej napaści Eichmanna na przedstawicieli niemieckich Żydów. Miał przed sobą teczkę z wycinkami z prasy, naturalnie zagranicznej, przedstawiających go jako psa gończego, który chce zabijać Żydów. Przeczytał nam urywki z "Pariser Tageblatt", zapytał, czy to prawda, powiedział, że ta informacja musi pochodzić z naszych kręgów. "Kto rozmawiał z Landauem z ITA? On musiał dowiedzieć się tego od was!"". Eichmannowi najwyraźniej wcale się nie spodobało, że zobaczył swoje nazwisko w "prasie emigracyjnej". Dlaczego na początku 1939 roku nagle z taką agresją zareagował na artykuł o sobie, w dodatku opublikowany przez emigracyjną gazetę "przeciwników"?
Eichmann w Argentynie i nawet jeszcze w izraelskim więzieniu opowiada nie bez dumy, jak to po raz pierwszy przeczytał swoje nazwisko w gazecie, jakoby w "artykule wstępnym zatytułowanym "Car Żydów""[49]. Jakie wrażenie wywarło na nim to wydarzenie, widać już choćby po tym, w jaki sposób rzecz zapamiętał, ani bowiem artykuł nie traktował o nim, ani tytuł się do niego nie odnosił, nie był to też artykuł wstępny, lecz ściśle biorąc ostatnia linijka artykułu pobocznego na pierwszej stronie niemieckojęzycznej gazety emigracyjnej "Pariser Tageszeitung" (następczyni "Pariser Tageblatt"), ukazującej się we Francji[50]. Piętnastego lutego 1939 roku, w rubryce "Aus dem Reich" (Z Rzeszy), można było przeczytać:
Gestapo naciska na emigrację
Berlin, 14 lutego
"Ita" donosi: W ubiegłym tygodniu 300 Żydów we Wrocławiu otrzymało nagle rozkaz od Gestapo, by niezwłocznie wyczarterowali statek i w ciągu tygodnia wyemigrowali do Szanghaju. Na oświadczenie wrocławskiej Gminy Żydowskiej, że nie ma dość pieniędzy na wynajęcie statku, Gestapo zakomunikowało, że "ta sprawa będzie uregulowana". Jeszcze tego samego dnia Gestapo skonfiskowało potrzebną sumę u trzech zamożnych Żydów Wrocławia. Plan przymusowej emigracji spełzł chwilowo na niczym, ponieważ przedsiębiorstwo żeglugowe żąda gwarancji w dewizach na rejs powrotny, w razie gdyby transport nie został wpuszczony do Szanghaju.
Presja na szybką emigrację, wywierana przez Gestapo na Żydów wypuszczanych z obozów koncentracyjnych, nie słabnie. Tysiące zwolnionych w ostatnim czasie oblegają zagraniczne konsulaty i biura organizacji żydowskich, zwłaszcza w Berlinie i Wiedniu, w nadziei, że zaproponuje się im możliwość emigracji, wszystko jedno dokąd i w jakich warunkach. Wszystkim im grozi ponowne aresztowanie i internowanie w obozie koncentracyjnym, jeśli im się nie uda opuścić Niemiec w określonym terminie, najczęściej bardzo krótkim.
Jak się dowiadujemy, organizowany w Berlinie centralny urząd emigracyjny dla Żydów ma jeszcze w tym tygodniu zostać otwarty w dużym gmachu, mieszczącym dawniej żydowskie "Bractwo wzajemnej pomocy", pod kierownictwem oficera SS Eichmanna, znanego z Wiednia pod przezwiskiem "car Żydów".
Oceniając ten artykuł pod kątem dzisiejszego stanu badań, możemy tylko stwierdzić, że "Ita" (JTA), czyli agencja prasowa Jewish Telegraphic Agency kierowana przez Jacoba Landaua i Meira Grossmanna, była rzeczywiście dobrze poinformowana. Jak dla Eichmanna - sądząc po jego reakcji w marcu 1939 roku - najwyraźniej trochę za dobrze. Prawdą było bowiem, że właśnie w tym okresie, na początku 1939 roku, trwały rozmowy z konsulatami Japonii i Chin w celu wysondowania ewentualnego oporu wobec masowej imigracji Żydów do tych krajów. Eichmann (nader niebiurokratycznie pomijając Urząd Spraw Zagranicznych) zlecił ten sondaż staremu znajomemu Heinrichowi Schliemu[51], szefowi Hanzeatyckiego Biura Podróży (Hanseatisches Reisebüro), który w nadziei na dobry interes już w lipcu 1937 roku zabiegał o nawiązanie ścisłej współpracy z referatem do spraw żydowskich. Prowadzono te konsultacje bardzo dyplomatycznie, sprawa była bowiem delikatna - nie chciano, by nowo wykoncypowana droga pozbywania się Żydów została zamknięta jeszcze przed wykorzystaniem albo odkryta przez konkurencyjne urzędy. Inne szczegóły też są prawdziwe: Żydów wypuszczano z obozów koncentracyjnych tylko po to, by mogli wykazać możliwość emigracji, a w razie przekroczenia terminu niezwłocznie aresztowano ich znowu. Również w kręgach nazistowskich nie było to tajemnicą, przeciwnie - stanowiło metodę efektywnego wypędzania. Zastraszanie i "niedawanie chwili spokoju" należały do świadomie stosowanych środków. Nikt, kto w czasach nazistowskich przypadkiem nie pracował dla Ministerstwa Propagandy, nie twierdził, że wymuszona emigracja to akcja humanitarna prowadzona za pełnym porozumieniem stron. Prawdą jest w tym artykule także to, że Eichmann faktycznie był znany z Wiednia aż za dobrze, wcale się tam bowiem nie krył.
Cóż więc go w tym artykule aż tak zirytowało? W żadnym wypadku nie mógł to być tytuł "cara Żydów", bo tego rodzaju przezwiska były w kręgach nazistów nader mile widziane. Określenie "pies gończy" ("Bluthund"), które Eichmann rzucił na spotkaniu z przedstawicielami gminy żydowskiej, należało do najbardziej rozpowszechnionych. Szczycili się nim zarówno Alois Brunner, jak i Josef Weiszl, przyjaciele Eichmanna, a od końca 1938 roku jego współpracownicy. On sam w 1944 roku na Węgrzech nawet tak się przedstawiał: "Wiedzą panowie, kim jestem? Jestem psem gończym!"[52]. Już Heydrichowi przypina się tę etykietkę, znakomicie pasującą do wizerunku SS bogatego w metafory z języka łowieckiego. Kreatywność w mnożeniu takich tytułów nie zna granic: Brunner w Wiedniu lubił też mówić o sobie "Jud Süß"[53], Josef Weiszl, który z ramienia Centralnego Urzędu w Wiedniu kierował pierwszym obozem pracy dla Żydów w Dopplu i należał do najbrutalniejszych pałkarzy w drużynie Eichmanna, pisał z rozbawieniem do swojej żony, że ostatnio nazywają go "cesarzem Żydów z Dopplu"[54], a komendanta obozu koncentracyjnego w Płaszowie, Amona Götha, jeden ze świadków określił mianem "cesarza Krakowa"[55]. Z tego punktu widzenia "car" znacznie lepiej wpisuje się w dominującą naówczas stylistykę niż "premierczyk". W latach pięćdziesiątych Eichmann wzniesie się już bez zahamowań na wyżyny metaforyki. Na sesjach u Sassena nie tylko kilkakrotnie powtórzy, że był nazywany "papieżem Żydów" (40,1)[56], lecz także powie: "Moi podkomendni mieli przede mną tego rodzaju respekt, że skłoniło to Żydów do osadzenia mnie niejako na tronie" (32,8). Kto się przyrównuje do króla żydowskiego, ten ma niewątpliwie ze sobą spore problemy. Nie należy do nich obawa (czy odraza), jaką może budzić wywyższanie się ponad wszelką miarę. "Car Żydów" spod pióra "przeciwnika" był więc w rozumieniu Eichmanna mile widzianym pochlebstwem, a nie jakimś gorszącym określeniem, z powodu którego warto byłoby się gorączkować. Przy okazji Eichmann też przyznał, że artykułem w gazecie chwalił się przed przedstawicielami społeczności żydowskiej[57].
Inaczej ma się rzecz z kolejnym szczegółem: ze wspomnianym centralnym urzędem, którego otwarcie w Berlinie Eichmann faktycznie tego dnia zapowiedział przedstawicielom gminy żydowskiej. Faktem jest, że Göring 24 stycznia 1939 roku polecił Heydrichowi powołać Centralę Rzeszy do spraw Emigracji Żydów, a następnie objąć kierownictwo tej instytucji. W sprawozdaniu kwartalnym Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy z marca 1939 roku jako oficjalna data założenia figuruje 27 lutego 1939 roku, a rozpoczęcie działalności jest datowane na początek marca. Artykuł w "Pariser Tageszeitung" ukazał się jednak już 15 lutego, i to z prawidłowym przyszłym adresem: Kurfürstenstraße 116, w dużym budynku żydowskiego "Bractwa wzajemnej pomocy", który teraz miał być miejscem urzędowania Eichmanna. Niewielki artykuł donosił ni mniej, ni więcej, tylko o awansie Eichmanna na przewidywane dla Heydricha stanowisko kierownika Centrali Rzeszy, i to w takim momencie, kiedy o planowanym przeniesieniu Eichmanna do Berlina prawdopodobnie mało kto wiedział poza bezpośrednio zainteresowanymi.
Tego rodzaju kwestie personalne były drażliwą sprawą nie tylko w środowisku nazistowskich karierowiczów. Eichmann bez wątpienia musiał się tłumaczyć przed przełożonymi, dlaczego tak nieostrożnie, w dodatku przed zdeklarowanym wrogiem, chełpił się urzędem, którego wcale jeszcze nie miał. Taka uzurpacja byłaby w każdym razie dostatecznie przykrym zarzutem, by wywołać agresję i atak, tym bardziej że podczas rozmowy Eichmanna z wezwanymi Żydami był obecny także jeden z jego przełożonych. Eichmann w swojej napaści na przedstawicieli gminy żydowskiej skupia się na pierwszej część artykułu, a więc okolicznościach towarzyszących wymuszonej emigracji, przy czym doczytuje się takich typowo nazistowskich określeń, jak "pies gończy" i "wróg Żydów", "o oczach nabiegłych krwią"[58] - sformułowań, które w artykule w ogóle nie występują, co pokazuje, że mamy tu do czynienia z kimś, kto znalazł się pod ogromną presją i dlatego reaguje z nadmierną gwałtownością. Został trafiony w czuły punkt: szło o jego opinię we własnym obozie.
Gazetowa afera każe ponadto żywić dalsze spore wątpliwości co do wersji przedstawionej przez Eichmanna w Izraelu, jakoby do przenosin do Berlina trzeba go było zmuszać, gdyż nie chciał opuszczać Wiednia, i podważa wiarygodność wszystkich opowieści (również za Eichmannem powtarzanych), jakoby okres wiedeński był w jego odczuciu pasmem największych sukcesów w życiu. Opór przed powrotem do Berlina nie mógł być znowu taki duży, skoro duma i radość z kariery przewyższały nawet wszelką dyplomatyczną ostrożność, Eichmann bowiem przechwalał się w Wiedniu swoim przeniesieniem - zatem pierwotnym źródłem informacji gazety chyba nie była berlińska gmina żydowska, lecz Izraelicka Gmina Wyznaniowa w Wiedniu. Wprawdzie Landau z JTA przebywał właśnie w tym czasie w Berlinie[59], ale "Pariser Tageszeitung", jak widać po późniejszych artykułach, miała swojego informatora w Wiedniu. Eichmann sam się wygadał, od razu zarzucając Heinrichowi Stahlowi i innym obecnym przedstawicielom gminy żydowskiej w Berlinie, że bez zezwolenia pojechali do Wiednia i rozmawiali z członkami tamtejszej Izraelickiej Gminy Wyznaniowej.
Snucia wspomnień Eichmann nigdy nie miał dość, ale zostawiał z nich sobie tylko partie pochlebne, jak to najczęściej bywa, oraz wywody antysemickie. Jako "car Żydów" trafił na stronę tytułową zagranicznej prasy, zyskując popularność, o jakiej dziś wielu jeszcze by marzyło. Co prawda, "paryskie pismaki" nie doceniły jego "pracy", tylko "pismaczyły" (13,5). Jego teczka z wycinkami prasowymi od tamtej pory stale pęczniała: "W każdym razie w tych pokojowych czasach do 1939 roku liczba artykułów, jakie ukazały się za granicą na mój temat, była tak wielka, że b[yły] nauczyciel Wurm założył w Stürmerze zbiór zagranicznych głosów prasowych i zrobił mi z nich prezent"[60]. Czy rzeczywiście Paul Wurm założył ten zbiór dla Eichmanna, można wątpić, ponieważ bliższe stosunki między nimi ustały już w 1937 roku z woli Eichmanna[61]. Eichmann też wcale nie potrzebował takiego źródła, artykuły prasowe były bowiem gromadzone w wielu urzędach, w tym także oczywiście w referacie do spraw żydowskich. Przeglądanie "żydowskiej prasy światowej" należało do codziennych zadań. Bardzo więc możliwe, że Eichmann po prostu nie chciał ściągnąć na siebie podejrzenia, że sam założył ten zbiór, który krótko przed końcem wojny jakoby zniszczył. Ale jeszcze w Argentynie nie może ukryć dumy i opowiada rozmarzony: "Nikt inny poza moją skromną osobą nie był znany jak wytarty szeląg w żydowsko-politycznym życiu w kraju i gdzie indziej w Europie"[62]. Dla współpracowników Eichmanna prominentność ich przełożonego, o której pisało się nawet w gadzinówce Rzeszy, też oczywiście nie była tajemnicą[63].
Zdaje się, że następny artykuł w gazecie[64] ukazał się dopiero w związku z praskim Centralnym Urzędem, Eichmann opowiada bowiem Sassenowi: "Gdy zostałem odkomenderowany do Prot[ektoratu], znowu jakaś zagr[aniczna] gazeta o mnie napisała"[65]. Tą "gazetą" jest tym razem "Aufbau", miesięcznik dla Żydów z German-Jewish Club w Nowym Jorku, wydanie z 1 września 1939 roku, z krótką wzmianką na 8 stronie:
Praga: Kierowana przez Sturmtruppführera Eichmanna "służba emigracyjna" rozpoczęła sprowadzanie wszystkich Żydów w Protektoracie do Pragi. 200 Żydów dziennie, obojętnie jaką drogą, musi opuścić obszar okupowany.
Eichmann był w tym czasie SS-Hauptsturmführerem. Określenie "Sturmtruppführer" - oznaczające nie rangę, tylko funkcję wojskową - mogło się wziąć z błędnego zrozumienia, co wobec fantazyjności rang specjalnych SS często się za granicą zdarzało, Eichmann jednak nigdy nie służył jako "Sturmtruppführer". Ale poza tym ten artykuł też pochodzi z wiarygodnego źródła. Do marca Eichmann poza pracą w wiedeńskim Centralnym Urzędzie zajmował się także organizowaniem Centrali Rzeszy w Berlinie, natomiast po wcieleniu Czech i Moraw jako "protektoratu" do Rzeszy Niemieckiej brał od samego początku udział w organizowaniu odpowiedniego Centralnego Urzędu w Pradze i nawet przeniósł się tam z całą rodziną. Vera Eichmann, która pod koniec 1939 roku była w zaawansowanej ciąży z drugim synem, wprowadziła się wraz z mężem do dawnego mieszkania Egona Erwina Kischa; przeniosła się tam także część jej krewnych. Bycie małżonką człowieka robiącego karierę miało zalety nie do przeoczenia. Aktywność Eichmanna w Pradze od 14 lipca 1939 roku jest udowodniona ponad wszelką wątpliwość, tego dnia bowiem pojawił się on na negocjacjach z rządem Protektoratu jako "przedstawiciel" Waltera Stahleckera[66]. Ale SS-Gruppenführer Stahlecker, zaprzyjaźniony osobiście z Eichmannem, przedstawia go również jako szefa instytucji mających posłużyć za przykład Centralnemu Urzędowi w Pradze, który należy oganizować według "modelu Rzeszy" czy też "na wzór berliński i wiedeński", i zaprasza obecnych na wizytację do Wiednia[67]. Przedstawiciele gminy żydowskiej w Pradze też wiedzą od samego początku, z kim mają do czynienia, a nakaz wymiany informacji między przyszłymi rozmówcami w Pradze i niedobrowolnymi "kolegami" w Wiedniu zapewne nie pozostawił miejsca na wątpliwości[68]. Już w sierpniu 1939 roku, niespełna miesiąc po założeniu Centralnego Urzędu do spraw Emigracji Żydów w Pradze pod oficjalnym kierownictwem Eichmanna, czechosłowackie tajne służby w Londynie otrzymują z dobrze poinformowanych źródeł szczegółowy raport o położeniu ludności żydowskiej w Protektoracie, zawierający także wyrazisty portret Eichmanna[69].
W lipcu Oberstuf. [Obersturmbannführer] Eichmann, który dotychczas był najważniejszym funkcjonariuszem do spraw kwestii żydowskiej w Wiedniu i Marchii Wschodniej, objął w Gestapo kierownictwo wydziału do spraw żydowskich. Rzeczony Eichmann został wyposażony w nadzwyczajne pełnomocnictwa i podobno podlega bezpośrednio Himmlerowi. Do Pragi przybył w celu oczyszczenia Protektoratu z Żydów.
Pan Eichmann od razu zabrał się energicznie do wypełniania tego zadania. Ponieważ, jak sam mówi, nie może pertraktować z każdym Żydem z osobna, uznaje 4 osoby za rzeczników żydostwa w Protektoracie czy też za te osoby, którym on wydaje rozkazy i udziela audiencji. Są to przewodniczący Żydowskiej Gminy Wyznaniowej w Pradze dr Emil Kafka, sekretarz tejże Gminy dr František Weidmann oraz dwaj przedstawiciele Biura Palestyny, dr Kahn i sekretarz Edelstein. Przede wszystkim wysłał dr. Weidmanna na 24 godziny do Wiednia, żeby obejrzał tam [...] organizację. Po jego powrocie wydał rozkaz natychmiastowego zorganizowania wydziału emigracyjnego w Żydowskiej Gminie Wyznaniowej w Pradze.
"Centralny Urząd", jak czytamy, jest "urzędem kierowanym przez Gestapo czy też pana Eichmanna oraz jego współpracowników Günthera, Bartla, Novaka i Fuchsa". Pracują tu także przedstawiciele poszczególnych czeskich instytucji, "ponieważ pan Eichmann zarządził, że również w przyszłości żaden inny urząd nie będzie mógł [...] wydawać Żydom jakichkolwiek zaświadczeń".
Żydowska Gmina Wyznaniowa w Pradze [...] zaręcza panu Eichmannowi, że codziennie 250 Żydów [...] stawi się w Centralnym Urzędzie z wnioskiem o zezwolenie na emigrację. Liczba ta stanowi duży problem, dlatego "Żydom grozi prawdziwa katastrofa, gdyż pan Eichmann jest pewien, że każdy Żyd, jeśli dwa-trzy razy zostanie aresztowany, tak czy inaczej wyemigruje. Pan Eichmann mianowicie zamierza wywołać tu wśród Żydów taki nastrój, że będą nawet szczęśliwi, kiedy pozwoli im się wyemigrować, i to prawie bez niczego. Stąd też popierane są osoby i "biura podróży", które zajmują się wywożeniem Żydów en gros. Pan Eichmann zezwolił rozmaitym podejrzanym osobnikom, organizującym zawodowo i za ciężkie pieniądze [...] transporty, na przeniesienie swoich siedzib do Pragi. Chodzi o te cieszące się smutną sławą nielegalne transporty do Palestyny, Ameryki Południowej itp. Prasa światowa obszernie o tym informowała [...].
Równocześnie z organizowaniem emigracji pan Eichmann podejmuje faktycznie wszystkie konieczne działania, aby oczyścić Protektorat z Żydów. Wywołuje się wśród Żydów konieczny nastrój, aby nabrali "ochoty do emigracji". Przede wszystkim zarządził, że wszyscy Żydzi muszą się przesiedlić do Pragi. [...] Oznacza to zniszczenie tym ludziom egzystencji. Pan Eichmann uważa, że nie jego sprawą jest troszczyć się o to, z czego ci ludzie będą żyć i gdzie mieszkać, a jeśli w Pradze w jednym pomieszczeniu będzie 10 do 15 Żydów, to tym bardziej będą się starać o emigrację. Pan Eichmann stosuje w odniesieniu do Protektoratu metodę, której użył w Marchii Wschodniej. [...]
Wszelkie interwencje, wszelkie tłumaczenia są bezcelowe. Przepisem prawnym jest to, co pan Eichmann ustnie zarządzi. I od razu zaczyna się to wykonywać.
Kimkolwiek był autor tego raportu, najwyraźniej znał Eichmanna osobiście. Obszerne omówienie pokazuje, jak poważnie traktował tego przedstawiciela SS, który - w odróżnieniu od późniejszego Eichmanna w Jerozolimie - bez żadnych obiekcji mówi w pierwszej osobie, gdy chodzi o rozkazy i decyzje. Praski Eichmann wysyła, zarządza, zezwala, podejmuje działania, wydaje rozkazy i udziela audiencji. Relacja w każdym razie nie pozostawia najmniejszych wątpliwości co do jego zachowania. Przesiedlenie wszystkich Żydów do Pragi, o czym donosi także artykuł w "Aufbau", dokładnie odpowiada schematowi, według którego Eichmann tak skutecznie działał już w Wiedniu: wszyscy Żydzi mieli się przenieść do stolicy, aby stamtąd jak najszybciej emigrować. W Pradze już się nie trudzi woalowaniem sensu tego posunięcia. Im trudniejsze warunki życia i im groźniejsza sytuacja, tym większa presja na emigrację.
Obrotnością w wypędzaniu i wywłaszczaniu Żydów Eichmann już późnym latem 1939 roku wyrobił sobie taką pozycję, że dla gmin żydowskich w Austrii, Czechach i na Morawach oraz w "starej Rzeszy" stał się kimś, kogo nie można było nie zauważyć. Wciąż rosnąca władza Eichmanna nie pozostała też niedostrzeżona w jego własnym środowisku, gdzie szybko stał się znany jako ten, który "rozkręcił centrale emigracyjne w Wiedniu i Pradze"[70]. Dodatkowe korzyści czerpał z kariery Heydricha, co w systemie opartym nie tyle na rangach, ile na protekcji, również nie zaskakuje. O swoim autorytecie w antyszambrach władzy opowie później, wywierając wrażenie na słuchaczach: "Nigdy też nie musiałem długo czekać w przedpokoju u Heydricha. Aczkolwiek było to bardzo interesujące, bo spotykało się tam wszelkich możliwych ludzi i jak się już raz było w przedpokoju u Heydricha [...], to jeden wiedział o drugim, obojętnie jakiej rangi, że jest to ktoś ważny"[71] - taki jak Adolf Eichmann.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.