Ludzie i rośliny
Rośliny otaczają nas przez całe życie. Są wszędzie - i na wsi, i w betonowym mieście, w polu, na łące, w parku czy lesie. Goszczą też w zdecydowanej większości domów, i chyba dlatego, iż jest ich pełno dookoła, spowszedniały do tego stopnia, że ich na ogół nie dostrzegamy.
A przecież bez roślin nie tylko że nie moglibyśmy żyć my, ale nie mogłoby żyć żadne zwierzę mieszkające na tej planecie. To one przecież dostarczają do atmosfery tlenu niezbędnego do oddychania. To one służą nam za pokarm. To one nas odziewają i one wreszcie dostarczają surowca do produkcji wielu cennych, a niekiedy wręcz niezastąpionych leków. A przecież rośliny mają jeszcze wiele innych zalet. Ale o tym niżej.
Ważnym osiągnięciem współczesnej nauki było odkrycie tak zwanego promieniowania biologicznego. Mimo iż nie wiemy zbyt wiele o tym zjawisku, niemniej dzięki posiadanej już wiedzy i tak sporo możemy zrozumieć. A rozumiemy najważniejsze, to mianowicie, iż wszystkie organizmy żywe na ziemi, wzajemnie oddziałują na siebie nie tylko fizycznie, ale również i w sposób niejako pozafizyczny.
Pierwszych - zbagatelizowanych ongiś - dowodów na występowanie owego promieniowania i związanego z nim pola biologicznego, dostarczyły eksperymentalne fotografie drą Jakuba Jodko-Narkiewicza (1848-1904). To on, a nie Siemion Kirlian (jak się powszechnie dzisiaj uważa) był odkrywcą zjawiska. Ale dopiero doniesienia rosyjskiego naukowca zwróciły uwagę świata nauki. Obydwaj fotografowali części bądź całe organizmy żywe (w tym i rośliny) w polu wysokiej częstotliwości, uzyskując przedziwne efekty. Oto bowiem na zdjęciach ujawniły się "aureole", świetliste otoczki, smugi, pęki promieni i rozbłysków emanujących z żywej materii. Martwa materia takiego promieniowania nie wysyłała.
Inne eksperymenty - o których nie będę się tu rozpisywał - dokonywane przez dra W. Kaznaczajewa udowodniły niezbicie, iż to co zarejestrowano na kliszy fotograficznej, nie pozostaje bez wpływu na otoczenie. Dowiódł on mianowicie, iż organizmy chore wysyłają pewne sygnały biologiczne emitowane przy pomocy promieni ultrafioletowych, na które znajdujące się w pobliżu osobniki zdrowe poczynają reagować tak, jakby same zostały zakażone i w końcu nawet obumierają.
Wszelako odkryciem najbardziej sensacyjnym było to, którego zupełnie przypadkowo dokonał w 1966 roku Cleve Backster, amerykański naukowiec i szef ośrodka badawczego Akademii Kryminalistyki w Nowym Jorku.
Otóż, w sposób doświadczalny, dowiódł niezbicie, iż rośliny mogą "okazywać uczucia". No, nie są to uczucia sensu stricto, niemniej przy pomocy elektronicznej aparatury pomiarowej da się u nich wykryć "reakcje lękowe", gdy są zagrożone, a co najdziwniejsze również wtedy, gdy w ich obecności zagrożone są inne organizmy żywe (w tym także zwierzęta).
Ale wykrywalne są nie tylko reakcje negatywne, lecz i pozytywne - rośliny umieją się "cieszyć". Backster w serii swych eksperymentów udowodnił, iż boją się one pewnych ludzi, zaś na obecność innych reagują "radością".
W świetle tego co przyniosły wszystkie te odkrycia naukowe chyba już nie powinno się uważać na przesąd poglądu, iż niektórzy posiadają wyjątkowo szczęśliwą rękę do uprawy roślin (chyba dzięki swemu pozytywnemu na nie wpływowi), i chociaż nie zawsze zapewniają im optymalne warunki wegetacji, ich podopieczne zawsze mają się doskonale. Inni zaś (ci o złym wpływie) mimo jak najtroskliwszej opieki, nigdy nie mogą doczekać się pięknych egzemplarzy - ich zieloni domownicy źle się czują i często marnieją.
Oczywiście to o czym piszę wyżej nie jest żadnym naukowym pewnikiem, nawet nie hipoteza, lecz tylko pewnym przypuszczeniem, na poparcie którego brak niezbitych dowodów.
Pozostawmy wszakże ów tajemniczy wpływ pozafizyczny, a zajmijmy się wpływem bardziej realnym (jeśli wolno mi użyć tego niezbyt fortunnego określenia).
Wpierw jednak chciałbym zachęcić Czytelników do mieszkaniowej uprawy roślin, bo o tym będzie między innymi mowa w tej książce.
Rośliny w mieszkaniu to nie tylko dekoracja, to również - a może nawet przede wszystkim - namiastka żywej przyrody, bez której przecież nie moglibyśmy istnieć.
O zaletach współżycia z nimi nie muszę chyba wiele pisać, bowiem każdy wie, iż najlepiej i najpełniej odpoczywa się w lesie, na łące, w nadbrzeżnych szuwarach, czy wśród pól. Taki sam dobroczynny wpływ ma również (chociaż w o wiele mniejszym stopniu) zieleń uprawiana w mieszkaniu i jakże często niedoceniana.