Egipt - Anna Kobus, Krzysztof Kobus

Reflow text when sidebars are open.
Samolot powoli obniża lot. Świat pod nami podzielony jest idealnie. Po prawej stronie pastelowa żółć, po horyzont spalona słońcem bezkresna pustynia. Mimo woli zaczynamy wypatrywać choćby palmy, krzaka, śladu życia. Nie ma nic, tylko piasek i skały. Po lewej głęboki granat, przechodzący w intensywny błękit, tam gdzie woda płyciznami obmywa niewielkie wyspy. Daleko w tle wznoszą się góry Synaju, znacząc horyzont nierówną linią. I nagle - cud! Pośrodku tego odwiecznego pejzażu widzimy miasto na wodzie. Lazurowe kanały obmywają wyspy z białymi domami. Egipska Wenecja - Al-Dżuna (El Gouna) to luksusowe miasto zbudowane przez twórców Euro Disneylandu. Kicz? Być może, ale za jakie pieniądze! Są tu wiecznie zielone pola golfowe, wille milionerów i luksusowe hotele. Z góry wygląda to zjawiskowo!
Jeszcze chwila lotu i pojawia się Hurghada: oczka basenów, zieleń palm, oazy wypoczynku są na wyciągnięcie ręki! Obiecaliśmy chłopcom, że zostaniemy trochę dłużej w hotelu z basenem - dla nich all inclusive to synonim wakacyjnego raju, więc zamiast samodzielnego trampingu polecieliśmy do Egiptu z biurem podróży TUI. Zaczynamy od pobytu w hotelu "Jaz Bluemarine", gdzie od razu dostajemy opaski na rękę. Bycie turystą "zaobrączkowanym" w to Hurghadzie norma. O ile na Kubie czułabym się z taką opaską idiotycznie, o tyle tutaj nie wyróżniamy się wśród przybyszów. Jest styczeń, doskonały czas na zwiedzanie zabytków i całkiem niezły na basen (są podgrzewane), ale nie wzięliśmy pod uwagę, że styczeń Anno Domini 2013 zapisze się w annałach Bliskiego Wschodu jako najzimniejszy od lat! Śnieg pokrył Jerozolimę i sparaliżował drogi w Syrii. Dobrze, że zabrałam dla chłopaków rajstopy i polary. Na szczęście pod koniec pobytu zrobiło się normalnie, czyli przyjemnie upalnie. Wymoczki miały dzień idealny: basen, lody, frytki, basen, lody...
Hurghada swą karierę zawdzięcza położeniu: nad morzem, a jednocześnie względnie blisko Kairu i Luksoru. Osada powstała na początku XX wieku, gdy szukano tu ropy naftowej, w latach osiemdziesiątych XX wieku rozpoczęto hotelowe inwestycje.
- Ta masa hoteli to efekt ostatnich kilku lat - opowiada mi podczas jazdy po mieście Magda Soliman, mieszkająca w Hurghadzie od dwunastu lat. - Zobacz, to jest hotel "Ambasador", jeden z pierwszych. Gdy go budowano, stał w szczerym polu, a teraz? Miasto się tak rozrosło, że właściwie to jest teraz kilka hotelowych miasteczek połączonych drogą wzdłuż wybrzeża. I ciągle było mało! Uwierzysz, że przed rewolucją zdarzały się w hotelach obłożenia na 120 procent? Sprzedawano więcej miejsc niż pokoi i potem się takich delikwentów woziło na prywatne kwatery na noc, a od rana przywoziło znowu do hotelu!
Te czasy nieprędko wrócą, bo teraz (o czym każdy nas informuje) turystów jest znacznie, znacznie mniej. Historia współczesnej turystyki dzieli się na "przed rewolucją" i "po rewolucji". Trzeba zacisnąć pasa i przetrwać kryzys, bo innego wyjścia nie ma.
Nieopodal naszego hotelu zaczynają się sklepy z pamiątkami. Patrzę i oczom nie wierzę: każdy z rosyjskim napisem. Do zakupów zachęca Arbat, Bieriozka i Mir Chlupka. Sprzedawcy, słysząc nasz język, od razu zapraszają:
- Zachaditie, pasmatritie! U mnie taniej niż Biedronka! U mnie za darmo! - Domorośli poligloci znają co najmniej pięć języków, w których potrafią namówić cię do zakupu.
Ciąg dalszy w wersji pełnej