Edzio Płoza i śnieżne binokle - Marcin Malec

Kup ebooka

22.99 zł
19.54 zł (16,05 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ I

Przed świę­tami Bo­żego Na­ro­dze­nia oczy miesz­kań­ców De­li­cjowa były zwró­cone w kie­runku po­sia­dło­ści ro­dziny Pło­zów.

Trzy­pię­trowy czer­wono-zie­lony drew­niany dom stał na wzgó­rzu po­ro­śnię­tym gę­stym la­sem i był naj­wyż­szym punk­tem w ca­łym mia­steczku. Wy­glą­dał tak, jakby ktoś go kop­nął i już ni­gdy nie wy­pro­sto­wał, co jesz­cze bar­dziej wy­róż­niało bu­dy­nek na tle sza­rych, iden­tycz­nych dom­ków De­li­cjowa. To wła­śnie tam mie­ścił się słynny warsz­tat An­cy­mony & Spółka, w któ­rym pra­co­wali Ni­ko­las Płoza i jego żona He­lena. Tam mał­żeń­stwo do­ko­ny­wało rze­czy nie­moż­li­wych - w do­datku od ręki! - a jak ktoś szu­kał cudu, to pro­sili o chwilkę cier­pli­wo­ści i za­bie­rali się do pracy.

Ro­dzina Pło­zów od po­ko­leń sły­nęła z pro­duk­cji naj­lep­szych w ca­łym mie­ście za­ba­wek. Dzieci już na kilka mie­sięcy przed Bo­żym Na­ro­dze­niem pi­sały li­sty do Świę­tego Mi­ko­łaja, li­cząc na to, że cho­ciaż je­den z pre­zen­tów pod cho­inką bę­dzie za­bawką z warsz­tatu An­cy­mo­nów. Warsz­tatu, któ­rego nikt ni­gdy nie wi­dział, cho­ciaż od wielu po­ko­leń krą­żyły o nim le­gendy.

Nie­któ­rzy uwa­żali, że wzgó­rze, na któ­rym stał dom, było da­chem wiel­kiego han­garu, w któ­rym pro­du­ko­wano za­bawki. Inni szep­tali mię­dzy sobą, że pan Ni­ko­las ko­rzy­sta z po­mocy el­fów sły­ną­cych z ma­gicz­nych sztu­czek. Jed­nak żad­nego z nich ni­gdy nie wi­dziano, tak jak i le­gen­dar­nego warsz­tatu. Elfy w De­li­cjo­wie? Na­wet naj­starsi miesz­kańcy mia­sta, pa­mię­ta­jący jesz­cze we­so­łego pra­dziadka pana Ni­ko­lasa, Fran­ciszka, ni­gdy nie do­wie­dzieli się, jaka była prawda. Zresztą nie tylko oni.

Edward Płoza, naj­młod­szy syn pana Ni­ko­lasa i pani He­leny, choć od dawna już sam od­ra­biał lek­cje, ukła­dał ubra­nia w sza­fie, a na­wet sam cho­dził do szkoły i z niej wra­cał, dla ro­dzi­ców na­dal był za mały, żeby wejść do warsz­tatu i prze­ko­nać się, ile wspól­nego z rze­czy­wi­sto­ścią mają plotki, któ­rymi żyło całe mia­sto.

- Prze­cież umiem już na­wet zro­bić so­bie ko­la­cję! - Chło­piec wy­kłó­cał się z ro­dzi­cami, lecz na próżno, bo oni jak za­cięta płyta po­wta­rzali, że to jesz­cze nie ten mo­ment, ale za rok na pewno we­zmą go ze sobą do warsz­tatu.

Lata mi­jały, a oni da­lej po­wta­rzali to samo.

Tuż przed Wi­gi­lią w domu Pło­zów pa­no­wało za­mie­sza­nie jak na nie­dziel­nym targu, ro­dzice co chwilę wy­bie­gali raz z kuchni, raz z po­koju, wbie­gali po­tem do ła­zienki i zni­kali na dłu­gie go­dziny w piw­nicy. Po ko­ry­ta­rzach krę­cili się lu­dzie, któ­rych Edward nie znał, choć wi­dy­wał ich każ­dego roku pod­czas świą­tecz­nego za­mie­sza­nia.

Kiedy w końcu póź­nym wie­czo­rem w domu za­pa­dła ci­sza, chło­piec wy­sko­czył spod koł­dry i ci­chutko po­drep­tał na ko­ry­tarz. Szedł na pa­lusz­kach, nie chcąc obu­dzić ro­dzi­ców. Miał bar­dzo ważną mi­sję do wy­ko­na­nia. Co roku za­kra­dał się do kuchni i pod­ja­dał cia­sta zro­bione przez Ger­trudę - opie­kunkę, go­spo­się i przy­ja­ciółkę ro­dziny, którą wszy­scy na­zy­wali Ger­cią.

Jed­nak w po­ło­wie drogi mię­dzy swoim po­ko­jem a sy­pial­nią ro­dzi­ców Edward usły­szał przy­tłu­mione głosy do­cho­dzące jakby ze ściany. Ro­zej­rzał się ostroż­nie i do­piero po chwili, kiedy jego oczy przy­zwy­cza­iły się do ciem­no­ści, za­uwa­żył smugę świa­tła wy­pły­wa­jącą spod drzwi do ga­bi­netu taty. Tam nie­stety rów­nież ni­gdy nie miał wstępu, ale nie­raz ku­siło go, by zaj­rzeć do środka choć na chwilę. Kilka razy na­wet pró­bo­wał, ale drzwi za­wsze były za­mknięte na klucz.

- Co oni tam ro­bią o tej po­rze? - wy­szep­tał pod no­sem.

Kiedy miał już ru­szyć da­lej, na­gle usły­szał swoje imię. Serce pod­sko­czyło mu do gar­dła. Prze­stra­szył się, że ktoś go na­krył i już ni­gdy wię­cej nie skrad­nie świe­żut­kiego placka z ma­li­nami i kru­szonką. Na szczę­ście nic ta­kiego się nie wy­da­rzyło, ale to, co usły­szał, na tyle go za­cie­ka­wiło, że pod­szedł do drzwi i de­li­kat­nie przy­ło­żył do nich ucho.

- Ko­cha­nie, do­brze wiesz, że on nie jest jesz­cze go­towy... - Ni­ski głos taty po­niósł się po po­koju. - Edzio jest za bar­dzo roz­trze­pany, cza­sem mam wra­że­nie, że za­raz zgubi głowę - do­dał męż­czy­zna, tym sa­mym spra­wia­jąc, że chło­piec sto­jący pod drzwiami za­stygł w nie­na­tu­ral­nej po­zie, przy­po­mi­na­jąc po­wy­krę­caną rzeźbę.

- Wiem, wiem, Edzio jest cu­dow­nym chłop­cem, je­dy­nym w swoim ro­dzaju, ale dla­czego musi być taki nie­po­radny? O ile by­łoby nam te­raz ła­twiej, gdy­by­śmy mo­gli mu za­ufać. - De­li­katny głos mamy prze­bił się przez grube drzwi ga­bi­netu. - Dajmy so­bie jesz­cze chwilę na pod­ję­cie osta­tecz­nej de­cy­zji, ale oba­wiam się, że nie mamy wy­boru. Wi­gi­lia jest już ju­tro - do­dała.

Za­pa­dła ci­sza. Edzio w ostat­niej chwili od­sko­czył od drzwi, sły­sząc zbli­ża­jące się kroki ro­dzi­ców. Scho­wał się za ogrom­nym kwia­tem w ką­cie i wstrzy­mał od­dech.

Po chwili na ko­ry­ta­rzu po­ja­wiła się mama. Jej czarne włosy, za­zwy­czaj spięte w kok, były te­raz roz­pusz­czone. Tuż za nią wy­sko­czył tata - miał na no­sie dru­ciane oku­lary, któ­rych chło­piec jesz­cze ni­gdy wcze­śniej nie wi­dział. Edzio mógłby przy­siąc, że oku­lary co ja­kiś czas za­pa­lały się i po chwili ga­sły. Jed­nak rów­nie do­brze mo­gło to być świa­tło księ­życa, wpa­da­jące na ko­ry­tarz przez wy­so­kie bal­ko­nowe okna, a co ja­kiś czas za­sła­niane przez chmury.

Chło­piec nie mógł już dłu­żej trzy­mać w płu­cach po­wie­trza, więc po­woli wy­pu­ścił je no­sem, mo­dląc się, żeby ro­dzice go nie usły­szeli. Jed­nak w tym mo­men­cie tata od­wró­cił głowę w stronę do­nicy z wiel­kim kwia­tem i przez kilka se­kund świ­dro­wał go wzro­kiem, czego Edzio o mały włos nie przy­pła­cił za­wa­łem serca. Na szczę­ście po chwili mama zła­pała tatę za rękę i od­da­lili się. Chło­piec od­cze­kał jesz­cze kilka mi­nut i ci­chutko wy­szedł z ukry­cia.

W jego gło­wie sza­lał hu­ra­gan my­śli. Pró­bo­wał prze­ana­li­zo­wać to, o czym roz­ma­wiali ro­dzice, ale im dłu­żej o tym my­ślał, tym bar­dziej się w tym wszyst­kim gu­bił. Z czym ro­dzice nie mają wy­boru? Dla­czego cały czas uwa­żają go za fajt­łapę?

Młody Płoza tak się za­my­ślił, że na­wet nie za­uwa­żył uchy­lo­nych drzwi do ga­bi­netu. Do­piero po chwili zdał so­bie sprawę, że po raz pierw­szy ma szansę zo­ba­czyć, czego tata tak pil­nie strzeże.

- Cia­sto po­czeka, a taka oka­zja może się już nie po­wtó­rzyć - wy­szep­tał do sie­bie i ru­szył w kie­runku drzwi, nie za­sta­na­wia­jąc się zbyt długo, co tak na­prawdę za­mie­rza zro­bić.

Chło­piec wie­dział, że pa­kuje się w po­ważne kło­poty, ale chęć od­kry­cia tego, co ro­dzice przed nim ukry­wają, była znacz­nie sil­niej­sza niż strach. Czuł, że ga­bi­net taty skrywa od­po­wie­dzi na py­ta­nia, które od dłuż­szego czasu nie da­wały mu spo­koju.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki