Edelman. Życie. Do końca - Witold Bereś, Krzysztof Burnetko

-
Proszę czekać
 
 
WSTĘP

EDELMAN:

 

O Napoleonie się mówi, że był wielki, a przecież nie był sam. Miał wielkich generałów. Tętno 44 i rytm komorowy. To co on z tym mógł sam zdziałać?

 
 

To zdanie pokazuje niesłychane połączenie, które tkwi w Edelmanie: jak lekarz ma mówić o historii tak, żeby jeszcze z tego wyniknęła jakaś lekcja?

Ano z dystansem.

Edelman był zwykle utożsamiany z powstaniem w getcie. Rzadziej - z działalnością opozycyjną w latach siedemdziesiątych i w "Solidarności". Jeszcze rzadziej - z rewolucyjnymi metodami operacyjnego leczenia beznadziejnych, jak się zdawało w latach siedemdziesiątych, przypadków chorób serca.

A tymczasem jego biografii starczyłoby dla kilkunastu osób.

Przed wojną sympatyk Bundu, lewicowej, a antykomunistycznej partii żydowskiej. Podczas okupacji - w Żydowskiej Organizacji Bojowej. Jeden z komendantów powstania w getcie warszawskim. Uczestnik powstania warszawskiego. Już od połowy lat siedemdziesiątych, kiedy podpisuje "List 101 intelektualistów" przeciwko zmianom konstytucji, działa w opozycji demokratycznej. W 1980 roku współzakłada "Solidarność". Jest delegatem na zjazd związku. W stanie wojennym zostaje internowany. Zwolniony na skutek interwencji płynących z całego świata - wychodzi i staje się jednym z liderów podziemnej łódzkiej "Solidarności". W 1988 roku organizuje niezależne obchody 45. rocznicy powstania w getcie, w których biorą udział tysiące ludzi i które stają się wielką demonstracją polityczną. W 1989 roku bierze udział w obradach Okrągłego Stołu. W latach dziewięćdziesiątych angażuje się w obronę Sarajewa (jedzie tam dwukrotnie z konwojem pomocy). Wkrótce broni Kosowa (to na jego opinię powołuje się prezydent Clinton, gdy w kwietniu 1999 roku uzasadnia konieczność zbrojnej interwencji w Kosowie, by chronić prawa człowieka). Protestuje też przeciwko czystkom etnicznym w Rwandzie i Zairze, wszelkiej dyskryminacji w RPA i Izraelu, aktom przemocy wobec Romów w państwach już demokratycznych - Polsce czy Czechach. Choć sam jest lekarzem, nie waha się potępić w Polsce strajków w służbie zdrowia, bo uważa, że sensem tego zawodu jest ratowanie życia.

Ludzie z całego świata słali do niego listy. Młodzież pisała wypracowania: "List do Marka Edelmana. Dlaczego jest dla mnie wzorem do naśladowania?".

-

To, że o Edelmanie ciężko pisać, nie wynika tylko z sytuacji fatalnej dla biografów (i - przyznajmy to od razu - sympatyków), w której główny bohater wielu spraw nie pamięta, a świadków jest coraz mniej.

Gorzej, że Marek Edelman nie pomagał dziennikarzom...

Jak trudnym był rozmówcą, widać na podstawie zapisu wywiadu udzielonego jednej ze stacji telewizyjnych w roku 2006. Rozmowa toczyła się po francusku z udziałem tłumacza, dziennikarka to Maria Reggiani, Włoszka z pochodzenia. Reggiani koncentrowała się na liście napisanym przez Edelmana do przywódców palestyńskich, w którym skrytykował między innymi inspirowane przez nich samobójcze zamachy...

"- Skąd pojawił się pomysł napisania tego listu?

- Sytuacja, która tam jest.

- Czy ktoś Pana poprosił o napisanie tego listu... Czy to wyszło od Pana?

- Jak to? A kto mnie może prosić?

- Nie wiem.

- Nie wiem. Ja też nie wiem.

- Gdy napisał Pan ten list, gdy pisał Pan ten list, czy zastanawiał się Pan nad każdym słowem, czy rozważał Pan każde słowo?

- Nie męcz. Napisałem, bo mam dobrą głowę, taką, jaką mam. To, co było w głowie, to było na papierze. (...) Piszesz list, to się myśli na pewno, nie? (...)

- Maria chciałaby się dowiedzieć, co Pan rozumie przez słowo "partyzant" (dopytuje tłumacz).

- Niech nie będzie takim językoznawcą. Che Guevara był partyzantem? Był partyzantem. Kazik [Ratajzer, przyjaciel Edelmana z getta - przyp. W.B., K.B.] był partyzantem? Był partyzantem. Cywilna ludność, która walczy z wojskiem, to partyzanci... E tam... Te językowe łamańce nie mają żadnego znaczenia.

- Więc jeszcze raz wracamy do tego słowa "partyzant"...

- Jesteś uparta i nierozumna. Partyzanci - jedni są postępowi, inni są wsteczni. Ale są partyzantami, bo to jest pewien rodzaj walki partyzanckiej. I to wszystko, nie ma o czym mówić. A dziś w Iraku to co się odbywa? Partyzantka. Więc nie ma o czym mówić. Przestań się trzymać języka, tylko trzymaj się faktów.

- Zacytuję fragment listu: "W owym pamiętnym 1943 roku walczyliśmy o życie społeczności żydowskiej w Warszawie". Czy można powiedzieć, że walczyliście, bo w pewien sposób nie mieliście wyboru? Po prostu takie były okoliczności, taka była wojna i nie mieliście wyboru?

- Tak, tak. To była wojna o życie, a partyzantka palestyńska nie walczy o życie, tylko walczy o państwo. O kształt życia. Rozumiem, że to jest bardzo ważna rzecz, ale to trzeba tak walczyć, żeby ludzie nie ginęli, bo nie ma powodu, żeby ludzie ginęli. I dlatego trzeba zawrzeć jakieś porozumienie i o to chodzi w tej całej sprawie. (...)

- Czy jeszcze ma Pan trochę cierpliwości?

- Mało. (...)

- Maria ma jeszcze dużo pytań.

- Dużo, ale pytania są te same. To jest ta sama idea. Nic się nie zmienia.

- Więc list jest bardzo ważny i Maria chciałaby o nim trochę więcej porozmawiać.

- No proszę, dawaj! No mów, co chcesz. Konkretnie.

- Nie, to nie koniec.

- A co jeszcze więcej? Nic nie wiem. Jesteś Włoszka, taka marudna.

- Tego chyba nie tłumaczę?

- Dlaczego nie? (...)

- Co Pan rozumie przez to, że życie jest jedno na świecie?

- Bo drugi raz nie będzie takiej Włoszki.

- Hm, przepraszam.

- Proszę. Dobra, kończymy, nie ma już co mówić, już wszystko powiedziałem, koniec.

- Ostatnie pytanie.

- No?

- Bon...

- Czy jesteś ładna? Tak. Powiedz jej!".

To, co widać na pierwszy rzut oka z takiej i z podobnych rozmów, to niecierpliwość, wnikliwość i poczucie humoru Edelmana. Ta pozorna szorstkość. Odrzucanie wielkich słów. I oko do atrakcyjnych kobiet. No i niechęć do rozmawiania na ważne tematy... Niechęć? Ależ to tylko pozory!

Pierwsze założenie Edelmana: nie szczegół się liczy, tylko całość.

Co jakiś czas jego rozmówcy zarzucają mu, że myli fakty. To zarzut mało nośny nie tylko z racji wieku Edelmana, ale też z racji tego, że jego życie układa się w całość, niezależnie od tego, czy każda kostka w tej układance pasuje. Jak sam mówi Ance Grupińskiej:

"A z tego wszystkiego zostanie jeden Anielewicz, bo w historii nie zostaje tych dziesięciu, z których każdy kichnął. Tylko ten jeden. Z getta zostanie Anielewicz. I on jest symbolem. I nieważne, czy robił, czy nie robił. Tych wszystkich nazwisk za kilka lat nikt nie będzie pamiętał. I słusznie, bo tak to jest - te szczegóły nie mogą mieć znaczenia".

Nie znosi też patosu i napuszonych słów. Kiedy w wywiadzie dla "Tygodnika Powszechnego" pada pierwsze pytanie:

"Co Pana trzyma przy życiu w chwilach najbardziej nieprzyjemnych?", równie szybko pada odpowiedź: "Tylko bez wzdychów", a dalej, na pytanie: "A Panu co w życiu najbardziej pomaga?", druga prosta odpowiedź:

"Pani ładne oczy".

W wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" na pytanie: "Nie męczą Pana te ciągłe rocznice?" odpowiada: "Męczą mnie państwo, bo jesteście marudni. Codziennie przychodzi tu parę takich typów, pytają o to samo. Nasila się to w okolicach kwietnia. To szczyt sezonu".

Z niżej podpisanymi rozmawiał w jeszcze prostszy sposób.

- Bo Pan zawsze mówi: Głupoty opowiadacie.

Edelman:

- Bo tak jest.

-

Ale myliłby się ten, kto by w tych bezkompromisowo wystawianych opiniach widział tylko chęć utarcia nosa rozmówcy. To, że w rozmowie z nim tak często słychać irytację ("Co wy tam rozumiecie..." - mruczy), ma głębsze przyczyny.

Bo jeśli komunizm dotknął naszych biografii tylko w swym końcowym, kabaretowym stadium, a wojnę i Zagładę znamy z książek czy filmów - to mamy niewielkie szanse na zrozumienie kontekstu biografii Edelmana.

Edelman w rozmowie z Anką Grupińską sam o swych wspomnieniach mówi, że to prawda, "... tylko nie do końca. Nie możesz wszystkiego wiedzieć. I ty, i oni. (...) Nie można obcemu człowiekowi tego wszystkiego opowiedzieć".

Więc kiedy mówi czy to nam, czy to dziesiątkom (a może już setkom?) rozmówców, by dali spokój, bo - "nic nie rozumiecie...", to trzeba pamiętać, że ta jego niechęć dotyczy rzeczywistego nierozumienia przez współczesnych sedna problemów ogniskujących się w Edelmanie i jego epoce.

Z jednej strony jest to problem Szoah.

Polacy nie pojmują asymetryczności cierpienia Polaków i Żydów podczas okupacji. "Oni cierpieli, myśmy cierpieli" - to częsty argument w dyskusjach. A warto zwrócić uwagę, że gdyby z szaleństwa drugiej wojny światowej ocalało proporcjonalnie tylu samo Polaków, ilu ocalało Żydów, to zginęłoby nas ponad trzydzieści milionów...

Z drugiej strony upływ czasu praktycznie uniemożliwia uczciwe spojrzenie na historię.

Edelman:

- Zastanówcie się: co wy wiecie o wojnach napoleońskich? Cokolwiek bym wam próbował powiedzieć, to i tak nie zrozumiecie tego i nie poczujecie naprawdę. Więc rozmowy o moim życiu to tylko taka zabawa, taka wymiana myśli...

-

Choć doświadczenie Zagłady dla biografii Edelmana jest zapewne najważniejsze, to przecież trzeba pamiętać, że nie jest ono jedynym trudnym doświadczeniem. I o tym też chcielibyśmy tą książką przypomnieć.

Bo jak być człowiekiem i przyzwoitym, i bohaterskim, i mądrym? Edelman zamienia w żart zachwyty nad jego postawą. Bo i powstaniec, i lekarz, i opozycjonista... - Bo ja miałem dobre pomysły na życie... - ironizuje, jakby wskazując, że jego wpływ na własną biografię był doprawdy niewielki. Podkreśla co najwyżej, że jak człowiek raz wykrzesze z siebie trochę odwagi i pójdzie pod prąd, to jest duża szansa, że potem też tak będzie robił: - Nie wiem, co to jest bohaterstwo i przyzwoitość. Każdy robi, co może.

Ale my wiemy, że istnieje kodeks Edelmana:

- zawsze, niezależnie od tego, kim jest bity - trzeba być po jego stronie;

- nie wolno biernie przyglądać się złu - bierny świadek jest współwinny;

- nie chodzi o to, aby iść do celu, ale aby iść po słonecznej stronie;

- najważniejsze jest życie...

a poza tym:

- ...alkohol w smaku nie jest najlepszy, bo on nie jest od smaku. Ale dobra whisky to dobra whisky. I z korkiem, nie z zakrętką. Jedzcie, jedzcie. Nie od jedzenia się tyje, a od głowy. A pić trzeba tak, żeby nie zapominać.

I jeszcze:

- Jest ogromny dysonans między tym, jaki człowiek powinien być, a tym, jaki jest. Taki dysonans jak w muzyce XX wieku. Człowiek nie jest doskonałą mutacją zwierzęcia. Żadne zwierzę nie niszczy swojego gatunku, a człowiek niszczy bezinteresownie... No, ma tylko trzy milimetry szarych komórek i bardzo dużo masy pod spodem...

To Jacek Kuroń uważał, że Edelman jest ciągle taki aktywny, dlatego że wciąż czuje się komendantem powstania w getcie. Czyżby głód władzy? Nic głupszego. Edelman całe życie walczył w getcie, bo miał własną definicję Żyda:

"Dla niego Żydem jest każdy, kto jest prześladowany - niezależnie od tego, gdzie i kiedy dotykają go represje. Patrzy na współczesność z tej właśnie perspektywy: obrony prześladowanych i słabych".

 
 
1919
PROLOG

EDELMAN:

 

Najstarszy zapamiętany obraz z dzieciństwa? Spadłem z okna, z parapetu na podłogę. Miałem cztery lata. Może pięć. Mamę pamiętam. Ojca - nie. Nawet przez mgłę.

 
 

Tak, Marek Edelman ma prawo nie pamiętać rodziców. Urodził się w Homlu (dzisiaj Białoruś), ale szybko cała rodzina przeniosła się do Warszawy. W drodze umiera jego starszy brat. Wkrótce, w 1924, może w 1926 roku, gdy Edelman ma cztery-pięć lat, umiera mu ojciec.

Nigdy się nie dowie, kim był i jaki miał zawód. W domu prawie się o tym nie mówiło: - To ciekawa rzecz, że tego nikt nie wie. To znaczy: może w domu wiedzieli, ale byłem za mały, żeby mi o tym mówić.

Wiadomo tylko, że wśród protoplastów rodu po stronie ojca można znaleźć Eliasza ben Salomona Zalmana z Wilna, osiemnastowiecznego rabina spierającego się z chasydyzmem. I że ojciec był związany z rosyjskim ruchem eserów, czyli z socjalistycznymi rewolucjonistami, śmiertelnymi wrogami bolszewików.

Także matka, która właściwie wychowywała syna samotnie, była mocno zaangażowana politycznie. Więc dla późniejszej drogi Marka decydująca była atmosfera domu - socjalizująca, ale zawsze antykomunistyczna.

Rodzinna legenda tak opowiada o ocaleniu matki Edelmana. Właśnie trwała w Rosji wojna domowa, gdy do Homla weszli bolszewicy i zaczął się czerwony terror. Lenin mawiał, że bolszewicy będą robić politykę eserów, tyle że ich samych wsadzą do więzień albo i lepiej - rozstrzelają, bo w więzieniach trzeba karmić. Tak więc komisarze wyprowadzili z więzienia dwunastu braci i jedną ich siostrę (Edelman lubi żartować, że dziadek miał tak dużo dzieci, bo czekał na córeczkę), ale sowiecki komendant popatrzył na idącą między chłopakami drobną dziewczynkę i się ulitował: "Diewuszka, udiraj".

"Dziewczynko - spieprzaj!".

Dwunastu braci rozstrzelano.

Czy to tylko legenda?

- Uratowała się tylko moja matka - potwierdza spokojnie Edelman.

To zresztą najprawdopodobniej tylko jeden z powodów ucieczki Edelmanów. W każdym razie praktycznie wszelkie kontakty z rodziną zostawioną po sowieckiej stronie się urywają - ponoć po pierwszej wojnie na chwilę pojawi się w Warszawie Tania, córka najstarszego, rozstrzelanego wuja. Potem i po niej ślad niknie...

Wątpliwości faktograficznych jest zresztą mnóstwo.

Ot, choćby w 1945 roku Edelman jako miejsce urodzenia podaje do metryki Warszawę. Żeby go nie repatriowano do Związku Radzieckiego.

Również o odpowiedź na pytanie o datę urodzenia jest trudno. W Małej Encyklopedii PWN figuruje rok 1922. W oficjalnych dokumentach PRL - 1 stycznia 1919 roku, Warszawa. W innych źródłach: 31 grudnia 1922 roku, Homel, a także 31 grudnia 1921. Nie mówiąc o oczywistych przekłamaniach wynikających z graniczności daty. Może więc być 31 grudnia 1922, ale równie dobrze 1 stycznia 1923 roku.

Marek Edelman - fotografia z legitymacji szkolnej, lata 30. XX wieku

(fot. ze zbiorów Marka Edelmana)

 

Problemy z tym związane zaczynają się w PRL. Jest rok 1983, Edelman formalnie niedługo ma skończyć 65 lat, a zatem mógłby przejść na emeryturę. Komunistyczne władze są zachwycone: widzą w tym sposób na uciszenie aktywnego w opozycji lekarza. Tyle że Edelman nie zamierza opuszczać swojego oddziału w szpitalu. Dyrekcja - a potem ministerstwo - odmawia przedłużenia mu angażu, choć za doktorem wstawiają się pacjenci.

Sprawa trafia do sądu. Podczas rozprawy Edelman niespodziewanie oznajmia, że po wojnie datę jego urodzenia spisano z fałszywych papierów z lat okupacji, i powołuje dwóch świadków - Marię Sawicką i Inkę Świdowską (podczas okupacji znaną pod panieńskim nazwiskiem Adina Blady-Szwajger). Sawicka, Sprawiedliwa wśród Narodów Świata, mówi, że "kryła mieszkanie pana doktora", i tłumaczy, że to na siebie musiała wynająć lokal dla ukrywających się po zdławieniu powstania w warszawskim getcie bojowców. Kto wie jednak, czy decydujące nie są zeznania Inki, która tłumaczy, że dokładnie pamięta, iż Edelman musiał kończyć osiemnaście lat w roku 1941, bo wtedy na urodziny zrobiła mu tort marchewkowy, co później w getcie już nie było możliwe.

A zatem, dedukowała, urodził się tak naprawdę w roku 1922...

Tak to sąd zmienił Edelmanowi metrykę i widmo odesłania go na emeryturę zostało odsunięte. Choć władze nie ustępują: prokurator generalny składa rewizję nadzwyczajną z paragrafu o "zagrożeniu dla żywotnych interesów państwa".

-

Edelman zawsze niechętnie mówił o swej dacie urodzenia. Ot, taki jego wdzięk i do dobrego tonu należy niezgłębianie tej sprawy...

W każdym razie jego urodziny przyjaciele obchodzą zawsze w Nowy Rok, co zmusza do szczególnego wysiłku, zważywszy, że zwykle mają za sobą sylwestrową noc...

Wiele niejasności wynika też z dystansu czasowego. Wiele - z charakteru Marka Edelmana, który zawsze uważał, że są ważniejsze sprawy niż układanie własnej biografii. A ci, którzy od lat patrzą na niego z podziwem, szanują ten jego dystans... A jednak czasami język świerzbił i wyrywało się zgubne:

- Więc, Panie Marku, ile ma Pan naprawdę lat?

- Tyle, ile trzeba - prychał, słysząc to niemądre pytanie.

 
 
1938
DZIECIŃSTWO I MŁODOŚĆ

EDELMAN:

 

Zawsze uczyłem się źle i zawsze mnie z tych szkół wyrzucano. W ostatniej, maturalnej klasie miałem osiem czy dziesięć niedostatecznych i już nawet przestałem chodzić do szkoły.

 
 

Matka, Cecylia Edelman, zwana Cypką, z domu Percowska, od zawsze działała w lewicowej żydowskiej partii Bund. Bundowcy byli przeciwni syjonistycznej emigracji do Palestyny, chcieli kultywować żydowską kulturę w Polsce oraz jidysz, a nie hebrajski.

Ale pierwszym językiem w domu Edelmana jest rosyjski. Polskiego i jidysz uczy się dopiero w szkole. Pani Cecylia Edelman praktycznie sama musi zarobić na swoje i syna utrzymanie. Najpierw kieruje szpitalnianą pralnią, potem jest kasjerką w restauracji Monopol. W każdym razie zawsze pracuje po południu, wraca późną nocą, nawet nad ranem, gdy chłopak już śpi.

Praktycznie cały czas zajmuje się nim tylko Frania:

Edelman:

- Frania to Frania. Taka gosposia. Chodziła w grubych barchanowych majtkach, a jej spódnica wisiała na haku. Bo spódnicę nosiła tylko w niedzielę, do kościoła. A te barchanowe majtki miały taką dużą klapę na guziki z tyłu. Dużą, bo Frania była dużą kobietą.

Szczegółów tradycji politycznej Edelman z domu rodzinnego nie pamięta. Wie, że matka była socjalistką, a pod koniec życia - sekretarzem kobiecej sekcji Bundu.

Edelman:

- Bund był taką matką dla nas wszystkich.

W Wilnie, w październiku 1897 roku, trzynastu ludzi - ośmiu robotników i pięciu intelektualistów - założyło pierwszą żydowską partię polityczną w Cesarstwie Rosyjskim i, co pewnie ważniejsze, pierwszą polityczną organizację we wschodniej Europie, która głosiła, że prawa człowieka są dla wszystkich.

Od 1898 roku Bund będzie także częścią Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej Rosji, ale gdy dojdzie do rozłamu w tej partii na mieńszewików i bolszewików, Bund bolszewików nie poprze. Od tego zaczyna się śmiertelna wrogość komunistów wobec Bundu.

Jedną z najważniejszych bundowskich idei jest walka w obronie honoru. Nawet jeśli miałaby się skończyć porażką.

Edelman już jako dziecko śpiewa więc piosenkę o walce Schutzbundu, rewolucyjnych bojówek bundowskich w 1934 w Wiedniu, gdy na ulicach skrajna prawica starła się z lewicą. Zna też hymn komunistyczny Międzynarodówkę i Bandiera rossa, pieśń włoskich komunistów. Ale najchętniej wspomina balladę opowiadającą o pierwszomajowej demonstracji w Wilnie w roku 1902, którą carscy kozacy roznieśli na szablach. Aresztowani, Żydzi i Polacy, z rozkazu gubernatora trafili pod pręgierz publicznej chłosty. Wtedy młody czeladnik szewski nazwiskiem Lekert

"poszedł w stronę cyrkułu i zaczekał chwilkę;

a kiedy gubernator wyszedł, strzelił do niego".

Gubernator został ranny, a zamachowiec pojmany i stracony.

Nic dziwnego, że ważnym punktem odniesienia jest dla bundowców także przegrana rewolucja robotnicza roku 1905. Dla Edelmana to jedno z ważniejszych wydarzeń w historii Europy i zawsze irytuje go, że w Polsce często utożsamia się rewolucję 1905 roku z późniejszą rewolucją bolszewików:

Marek Edelman (stoi pierwszy od prawej) w sanatorium im. Medema, 1936

(fot. ze zbiorów Marka Edelmana)

 

- To bzdura. To były zupełnie różne rzeczy, a myli się je, bo żaden mądrala się tym nie interesuje. Swoje zrobiła też komunistyczna propaganda, która przypisywała sobie wszystkie czyny rewolucyjne i nie wymieniała żadnych ruchów socjalistycznych, a tym bardziej Bundu.

Bo rok 1905 to bezsporny sukces Bundu. To wtedy bundowska samoobrona praktycznie przejmuje kontrolę nad całymi żydowskimi dzielnicami. To wtedy bundowcy - ateiści - bronią synagog, rozstrzygają sąsiedzkie zatargi i przeganiają z ulic alfonsów, przysięgając uroczyście na wiecach nigdy nie chodzić do burdeli, by w ten sposób nie przykładać ręki do wykorzystywania kobiet.

Socjalizm Bundu był więc inny niż ten międzywojennej zachodniej Europy, wpatrzonej z uwielbieniem w Stalina. Bundowcy zaciekle walczyli z modelem sowieckim.

Dlaczego?

Odpowiedź jest prosta: właściwie wszyscy liderzy Bundu dobrodziejstwa sowieckiego ustroju poznali na własnej skórze.

Edelman:

- Był rok 1936, jak zaczęły się procesy moskiewskie. W Bundzie wszyscy wiedzieli, że to jest bujda: ci wielcy komuniści jako niemieccy szpiedzy, wierutne kłamstwo. Ale u komunistów było już inaczej.

W szkole podstawowej w mojej klasie był taki chłopak: pionier, bo jego rodzice byli komunistami. Póki miał rodziców, wsadzaliśmy go pod katedrę i szturchali kijami. Ale kiedy jego rodzicom zaczęło grozić aresztowanie, uciekli przez granicę do Rosji. I tam od razu zniknęli. Dla nas było jasne, że wsadzono ich do więzienia. Zaczęliśmy wtedy dzielić się z nim naszymi bułkami. To było właśnie jakoś w roku 1935 lub 1936. Po latach się okazało, że rodzice tego chłopaka od razu zostali rozstrzelani. Ale komuniści ciągle w to nie wierzyli, bo tam zawsze partia wiedziała lepiej. Oni to prawie tak jak narodowcy - był w nich taki fanatyzm, który wykluczał racjonalną dyskusję.

W Warszawie młodzież aktywna politycznie zbierała się na Lesznie, wieczorami, miedzy ósmą a dziesiątą wieczorem, pod kościołem ewangelickim.

Oni, młodzi komuniści, chodzili lewą stroną, my prawą. Nie, żeby były z tego bójki, ale kłótnie - tak. I nawet jakeśmy się spotykali, to nigdy nie udawało się z nimi dogadać. W 1940 roku, gdy padł Paryż, to ta komunizująca młodzież mówiła, że to dobrze, bo to wzmacnia Rosję, która ma coraz mniej wrogów - już nie ma Francji, z Niemcami ma pakt o nieagresji, a z Finlandią pakt o pomocy. Więc nawet w getcie, z ich punktu widzenia, wygrana Niemców była dobra. A że dziesięć milionów ludzi poszło do ziemi? Tego nie przyjmowali do wiadomości.

-

Tymczasem jeszcze wojny nie ma.

Więc matka, Cywka, zabiera małego Marka na partyjne manifestacje (przynajmniej jeden taki przypadek Edelman pamięta). W końcu, naturalną koleją rzeczy, on też trafia do Bundu. A ściśle mówiąc - do jego dziecięcej przybudówki, Skifu.

Edelman, opowiadając o tym, zawsze ciepło się uśmiechał:

- Skif organizował obozy dla dzieci, wychowywał... Uczono nas, że konflikt w Polsce nie jest walką między Żydami i Polakami, lecz między dobrem i złem. Między demokracją i socjalizmem a dyktaturą. Starsi mieli swoje obowiązki - ja byłem odpowiedzialny za koło w barakach bezdomnych na warszawskiej Pradze.

Potem szło się do młodzieżowej organizacji bundowskiej - Cukunftu (Przyszłość) oraz do postępowej, jak się wtedy mawiało, szkoły, gdzie Edelman otrzymuje mocne podstawy antysyjonistycznego wychowania.

W sumie wspomnień rodzinnych wiele być nie może. Pamięta, że mieszkają w starej kamienicy przy Franciszkańskiej 14 i mają sublokatorów. Pamięta też, że gdy podejrzewano u niego gruźlicę, trafił do słynnego bundowskiego sanatorium im. Medema w Miedzeszynie, gdzie w tym czasie przyjęto na leczenie dzieci strajkujących śląskich górników.

- Była to wysepka wolności i demokracji. Do sanatorium przyjmowano około dwustu dzieci na turnusy trzy-, czteromiesięczne. Cała władza spoczywała w rękach zgromadzenia, które wybierało organa samorządowe, korzystając z pomocy dorosłych. W odróżnieniu od zakładów stworzonych przez Janusza Korczaka u nas nie było wewnętrznych sądów ani kar. To była sprawa zasadnicza: liczyły się tylko zasługi. Było wiele dyskusji, zebrań i rozmów, zabawy, piosenki i nauka.

Żydzi nie mogli mieć państwowych posad, z trudnością uzyskiwali pracę w wielkich fabrykach. Żyli w nędznych warunkach. Dla ich dzieci sanatorium Medema to był inny świat. Podczas tych trzech miesięcy można było myśleć, że ten nasz światek, sanatorium Medema, jest przyszłością świata. Dzieci żydowskie, polskie, niemieckie bawiły się razem, uczyły się, dyskutowały i śpiewały.

Abraham Brumberg (urodzony w Palestynie i mieszkający w Miedzeszynie syn dyrektora sanatorium, działacza Bundu, a po wyjeździe do USA - ceniony sowietolog) też pamięta Miedzeszyn i Edelmana, choć był od niego młodszy. Znalazł nawet siebie i jego na zdjęciach w książce opowiadającej o sanatorium i jego pensjonariuszach, wydanej w Tel Awiwie w 1971 roku: "Wśród wielu fotografii (wliczając jedną moją, pucołowatego ośmioletniego chłopca stojącego jesienią nieśmiało w sadzie sanatorium) jest jedna, pokazująca jeden z około dwóch tuzinów nastolatków, tak zwanych stałych kuracjuszy sanatorium. W wyższym rzędzie Marek Edelman, wtedy około szesnastoletni chłopak, szczęśliwie się śmiejący wraz z przyjaciółmi wprost do aparatu fotograficznego. (...) Spośród wszystkich twarzy twarz Marka wywiera najmocniejsze wrażenie".

Z matką Markowi Edelmanowi łączy się jeszcze jedno wspomnienie.

Edelman:

- W 1934 roku odbywała się w Wiedniu olimpiada robotniczej młodzieży socjalistycznej. Mama powiedziała do mnie: "Jedź ze mną, bo to ostatnia okazja, żeby zobaczyć prawdziwy socjalizm", ale ja wolałem jechać z kolegami na obóz i już nigdy nie poznałem dowódców powstania Schutzbundu, Weissa i Münichreitera, którzy, uciekając po upadku powstania, zginęli na granicy austriacko-czeskiej.

Odprowadziłem mamę na dworzec. Stała w oknie w niebieskiej bluzie i czerwonym krawacie. Została mi w pamięci jej rozpromieniona twarz. Jeden jedyny raz taką ją widziałem.

To matka wpoiła mi, że komunizm to jest normalna dyktatura, która zabija ludzi po to, żeby utrzymać władzę. Tego uczono mnie od dziecka... Socjalizm za to jest czymś wspaniałym.

W roku 1934, gdy umiera Cecylia Edelman, Marek ma piętnaście lat. Po jej śmierci zostaje sam - zaczyna sam się utrzymywać, pracować, żyć. Najprawdopodobniej jedna z koleżanek matki poprosiła w szkole, żeby zmniejszyli czesne osieroconemu chłopakowi.

Edelman:

- Nie miałem na tramwaj, ale miałem co jeść, i już.

Formalnie nikt mnie nie wychowywał. Zawsze byłem przypisany do tych organizacji bundowskich. Może trochę wychowywały mnie matki kolegów... Teoretycznie aż do wojny mieszkałem w jednym miejscu, bo tam miałem mieszkanie, właściwie jeden pokoik. Ale tak naprawdę ono było wynajęte, żeby zarabiało i żebym miał z czego żyć. Więc praktycznie mieszkałem różnie i się nie przemęczałem. Leniwy byłem. A jak się zaczęła wojna, miałem dziewiętnaście lat i nikt z rodziny już nie żył.

Wódkę zacząłem dopiero po maturze. Po pierwsze, to było drogie, nie miałem pieniędzy. Po drugie, dopiero po maturze mi nalali, więcej soku zresztą, wiśniowego, niż wódki, więc to było ohydne. Ale potem mi już dobrze szło.

Najdłużej Edelman mieszka u znajomych mamy, bundowców - małżeństwa Rosy i Salka Lichtensztajnów - o których mówi, że to oni nauczyli go radzić sobie w życiu. Dzięki nim poznaje liderów Bundu. Wika Erlich, syn legendarnego Henryka Erlicha, a po wojnie profesor Uniwersytetu Yale, udziela mu korepetycji. Bo młody Edelman uczy się fatalnie.

Edelman:

- Zawsze źle i zawsze mnie z tych szkół wyrzucano. Najpierw było tak, że chorowałem na gruźlicę, wtedy rzecz powszechna, i późno poszedłem do szkoły, dopiero od czwartej klasy szkoły powszechnej. Potem było gimnazjum - wytrzymałem tam chyba ze dwa lata, a wyrzucono mnie po 1 maja, kiedy nie wolno było chodzić na pochód, a ja poszedłem. Dyrektor powiedział, że mnie wywala za moją głupotę: bo mu się grzecznie ukłoniłem.

Gdybym się nie ukłonił, toby udał, że mnie nie widzi, i nie byłoby problemu.

Edelmanowi matkują członkinie Bundu.

- Pamiętam, że to pani Iwińska ciągle krzyczała, żebym się uczył. A bez Wiki nie zdałbym polskiego - zawsze zresztą byłem z tego słaby. I pewnie dałbym sobie spokój ze szkołą, a już na pewno nie miałbym matury. Oni też nie wierzyli, że zdam. Nikt nawet nie przyszedł pod szkołę. A tu przypadek - wykułem i się udało. Wykułem i zapomniałem.

Po maturze poszedłem na grób matki, bo uznałem, że trzeba jej o tym powiedzieć. Tylko wtedy widać było już ledwie ślad tego grobu - szosę czy ulicę tam robili... A potem cmentarz, gdzie jest pochowana, był dwukrotnie zbombardowany. Raz we wrześniu 1939 roku, a potem w powstaniu warszawskim. I już nie było śladu po jej pomniku.

- Jaki był Pana ulubiony przedmiot?

- Nudzicie. Mówię: ja się naprawdę nie uczyłem. Ledwo zdawałem. Ledwo maturę zdałem. To była państwowa szkoła. Lubiłem się nie uczyć.

Szkołę prowadziło Zgromadzenie Kupców, Żydów tam było z 10-15 procent. Matka syna koleżanki załatwiła, bo tam była zniżka. W każdym razie zdałem ledwo co, pewnie chcieli się mnie pozbyć.

W ostatniej klasie coś pół roku nie chodziłem. Przyszedłem w lutym chyba, powiedzieli mi, że nie zdam, ja - że spróbuję. Udało się, ale to było o kant dupy rozbić. Jakiś czas szkoła była zamknięta, bo były rozruchy antyżydowskie. Nieważne.

 
 
1918-1939
W II RZECZYPOSPOLITEJ

EDELMAN:

 

Te wszystkie hece pogromowe zaczynały się właśnie od mszy w kościołach. To Kościół uczył, że Żyd zabił Chrystusa.

 
 

W Polsce przed wybuchem drugiej wojny światowej Bund jest jednym z czterech nurtów żydowskich. Pierwszy to Żydzi spolonizowani. Są Żydzi skupieni w ugrupowaniach o charakterze religijnym. To znacząca grupa: współpracuje z władzą, aby wynegocjować lepsze warunki życia w Polsce. Walczy z asymilacją, ale też z syjonizmem.

Bo ten też jest wielką siłą - skupia tych, którzy pragną, by ich naród osiedlił się w Palestynie.

Wreszcie Bund - ugrupowanie najbardziej wyraziste. Choć frakcji w nim nie brakuje, to zrąb jest niezmienny - socjalistyczna partia, która walczy nie tylko o prawo do życia obywateli polskich pochodzenia żydowskiego w Polsce, ale marzy też o radykalnych zmianach całego społeczeństwa.

Jest kilka bundowskich idei społeczno-politycznych i historycznych, które są ważne dla późniejszej postawy samego Edelmana.

Sprawa kluczowa to program społeczny powiązany z antysyjonizmem.

Dla bundowców ważny jest język jidysz, którego korzenie tkwią w średniowiecznej niemczyźnie i który samym istnieniem dowodzi, że Żydzi w Europie nie są gośćmi. Tymczasem choćby dla syjonistów jidysz to tylko "żargon", symbol diaspory, a więc porażki żydostwa. Według nich jedyną szansą jest hebrajski, język Księgi, właśnie się odradzający.

Bund chce nadto działać tu i teraz, walczyć o polepszenie warunków życia konkretnych ludzi. Organizuje zatem szkoły, związki zawodowe, kluby sportowe, sanatoria dla dzieci, organizacje kulturalne i własną samoobronę - milicję.

Samoobrona akurat jest istotna i dla syjonistów, i dla bundowców. Jej historia sięga początku wieku XX, gdy Polska jest jeszcze częścią Rosji, Niemiec i Austrii. To wtedy car Aleksander III ogłasza, że Rosja ma być prawosławna, a Żydzi są wrogami państwa. Mogą żyć tylko w tzw. strefie osiedlenia, obejmującej z czasem ziemie należące później do Polski, Ukrainy, Białorusi oraz Litwy. Wkrótce zostają pozbawieni wielu praw - obejmuje ich numerus clausus w szkołach i zakaz wykonywania niektórych zawodów, choćby adwokackiego. Zaczynają się pogromy inspirowane przez władze. Apogeum przychodzi w czasie rewolucji 1905 roku, kiedy tylko w jednym tygodniu października dochodzi - głównie na Ukrainie - do stu pogromów (największy pochłania trzysta ofiar).

Wtedy powstaje zbrojna samoobrona, formacja ważna, bo kiedy w latach 1918-1920 powstają granice nowej Polski, znowu zaczynają się pogromy. Choć znaczna część żydowskiej społeczności jest neutralna, to Polacy na wschodzie walczą o niepodległość w przekonaniu, iż żydowskie bojówki wspierają jej wrogów - bolszewików i Ukraińców.

Dochodzi do tego, że prezydent USA Woodrow Wilson, zaangażowany w odbudowę państwa polskiego, wysyła specjalną komisję Henry'ego Morgenthaua do zbadania sprawy. Jej raport zawiera przerażające dane: od listopada 1918 do sierpnia 1919 roku z rąk polskich ginie w pogromach około 280 Żydów.

Pochód członków ONR w rocznicę bitwy warszawskiej, Warszawa, sierpień 1937

(fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

 

Niestety, po blisko dwudziestu latach odrodzonej Polski niewiele się zmienia. W latach 1935-1937 w pogromach ginie 97 Żydów, a kilkuset zostaje rannych...

Edelman wśród winnych widzi również Kościół katolicki.

Edelman:

- Przecież przed wojną Kościół w Polsce to była istna czarna sotnia.

Te wszystkie hece pogromowe zaczynały się właśnie od mszy w kościołach.

To Kościół uczył, że Żyd zabił Chrystusa. Taki ksiądz Trzeciak miał na placu Teatralnym w Warszawie swój kościół i stamtąd wychodziły wszystkie faszyzujące bojówki, a wraz z nimi hasła: "Nie kupuj u Żyda", "Bij Żyda", "Żydzi na Madagaskar" itp. Tam nie można było się pokazać, bo tam rządziła ONR-Falanga. Na szczęście te same bandy bały się Żydów z pobliskiego placu Bankowego, bo ci nie wahali się odpowiadać na zaczepki. A mieli takie grube dyszle... Ale jak Żyd przechodził Nowym Światem czy Krakowskim Przedmieściem, to był już koniec.

Sam się bałem. Tak. Bałem się wychodzić na Krakowskie Przedmieście, szczególnie w niedzielę, gdy wychodziły te faszystowskie demonstracje.

Ta wataha ludzi szła z tego kościoła, całym Krakowskim Przedmieściem, szła na uniwersytet, szła szeroko... I wszystkich Żydów, zresztą - wszystkich, którzy im się nie podobali, bili. Mocno i wrednie. Na kolanach zawiązane mieli takie deseczki z wystającymi żyletkami i kopali tym kolanem. Niby nic ci nie robili, ale ci rozcinali ubranie, skórę, czasem brzuch...

Wszystko te żyletki rozcinały. Tak dostałem raz czy dwa, kilka dni przeleżałem w łóżku, ale wyszedłem żywy, no i koniec.

Polska, która po pierwszej wojnie światowej odzyskuje niepodległość, nie jest państwem doskonałym. Szczególnie gdy po śmierci marszałka Piłsudskiego biorą górę tendencje autorytarne.

W 1937 roku na uniwersytetach pojawia się getto ławkowe (w salach wykładowych Żydzi mogą zajmować tylko wyznaczone ławki), a związki zawodowe lekarzy i prawników wprowadzają zapis o przyjmowaniu w swe szeregi jedynie chrześcijan. Pojawiają się projekty przesiedlenia Żydów na Madagaskar, który najpierw miałby zostać polską kolonią.

Edelman:

- Co tu dużo gadać - mówili nam, że gdyby milion Żydów z trzech i pół miliona żyjących w Polsce opuścił kraj, to Polska nareszcie żyłaby w dobrobycie.

Cały antysemityzm, wszystkie te pogromy, to sprawa czysto polityczna, która przyszła z Rosji. To car wymyślił, żeby Żydów gnoić. I na to się załapał polski nacjonalizm.

Paradoksalnie, polski nacjonalizm znajduje doskonałe wsparcie w... syjonizmie. I endecy, i syjoniści dążą do stworzenia dla swych narodów państwa czystego etnicznie. Dlatego z jednej strony: nie chcą asymilacji Żydów w Polsce, a z drugiej: przeszkadza im ich odrębność.

Sferą życia, w której Bund odnosi sukcesy, jest kultura. To głównie dzięki jidysz Żydzi wyróżniają się na tle społecznego krajobrazu przedwojennej Polski. Wprawdzie w niektórych środowiskach podejmowane są wysiłki zmierzające do używania języka hebrajskiego poza sferą religijną, lecz w żydowskich domach i dzielnicach najczęściej mówi się w jidysz. Albo po polsku, bo wielu Żydów skłania się do kultury polskiej, a przynajmniej czyta polskie (lub polskojęzyczne żydowskie) gazety.

Są więc spektakle i filmy w jidysz, jest prasa w jidysz. Oraz mnóstwo literatury, a to pisanej w jidysz, a to tłumaczonej na ten język - od Marksa do Balzaca. W pewnym sensie to dzięki Bundowi Szalom Asz, piszący zresztą właśnie w jidysz, może napisać: "Wisła mówi do mnie po żydowsku".

Edelman:

- Bund to była partia ubogiego żydowskiego proletariatu, drobnych rzemieślników, robotników ciężko pracujących za grosze w fabrykach. Ale mimo wszystko bundowcy przed wojną mówili: "W Polsce żyją trzy miliony Żydów i oni mają tutaj żyć, bo tutaj będzie państwo wolności. A tam, w Palestynie, może być tylko wojna wewnętrzna i zewnętrzna". Czy to się nie sprawdziło? Spójrzmy na Izrael dzisiaj...

Bundowcy są antykomunistami, lecz język, którym komuniści się posługują, jest dla nich atrakcyjny. Jego najważniejsze hasło - Wielka Rewolucja, która przekreśla porządek świata i daje równość wszystkim ludziom - to również element bundowskiej wiary.

Marek Edelman się złości, gdy słyszy o komunistycznych ciągotach części bundowców. Uważa, że Bundowi udało się uniknąć skrajności i znaleźć własną drogę, że od Bundu właśnie zaczęło się coś, co dziś jest standardem dojrzałych demokracji - społeczeństwo obywatelskie.

Nie zgadza się więc z opinią, że Bund przegrał.

Edelman:

- Tak, ta partia dziś już nie istnieje, ale jej program wygrał. Na całym świecie - i to jeszcze jak!

Weźmy autonomię narodowo-kulturową, której Bund domagał się dla ludności żydowskiej. To już się dzieje w całej Europie. Ma to prawo zamieszkująca tereny przygraniczne mniejszość duńska w Niemczech i ma nawet w konstytucji zapis gwarantujący Duńczykom dwa mandaty. Autonomię w Hiszpanii ma Katalonia. I tak dalej... O to właśnie chodziło Bundowi!

Albo: jak dzisiaj wygląda socjalizm? To już nie jest żywa idea. A nie jest, bo osiągnął to, czego myśmy cały czas się domagali. Albo i więcej. Ośmiogodzinny dzień pracy, BHP, umowy zbiorowe, związki zawodowe, ubezpieczenia społeczne.

Etos socjalizmu polega na tym, byś miłował bliźniego jak siebie samego: pomagał słabszym itd. I w tym sensie socjalizm jest nadal atrakcyjny. Chadecja we Francji i w Niemczech robiła rzeczy, które proponowali socjaliści; były ku temu różne powody - ekonomiczne i moralne. Zatem etos socjalizmu pozostał. W tym sensie sam jestem socjalistą. Ale nie jestem socjalistą w sensie, że tak powiem, ekonomicznym, bo okazało się, że te wszystkie teorie ekonomiczne, państwowa gospodarka itd., zawiodły.

Żydzi szli do socjalizmu, bo ich wyzwalał narodowościowo i robił z nich równych ludzi, równych obywateli.

Jeśli cechą przedwojennego Bundu w Polsce był spór z syjonizmem, to historia dopisała tu przejmującą puentę.

Edelman:

- W getcie podziały na syjonistów i bundowców nie miały sensu. Wszyscy byliśmy przyjaciółmi. Mówiliśmy czasami po polsku, czasami w jidysz. Kawały na przykład "Antek" Cukierman, zaprzysięgły przecież syjonista, opowiadał zawsze w jidysz...

 
 
1939, wrzesień
POCZĄTEK OKUPACJI

EDELMAN:

 

Po raz pierwszy widzieliśmy żołnierzy niemieckich w jakimś miasteczku w środkowej Polsce, na rynku. Było ich czterech, albo pięciu. Wszyscy się ich bali. Już wtedy było wiadomo, do czego zdolny jest Wehrmacht.

 
 

Tuż przed wybuchem wojny, w sierpniu 1939 roku, jeden z przywódców Bundu Wiktor Alter dzwoni do premiera RP Sławoja-Składkowskiego. Nikt nie ma już wątpliwości, że będzie wojna. Proponuje więc w imieniu Bundu rząd jedności narodowej. Odpowiedź premiera brzmi: "My nie potrzebujemy wspólników, sami sobie damy radę. To wokół nas zjednoczy się naród".

Dlatego nie dziwi, że we wrześniu 1939 roku wojsko odrzuca prośbę Edelmana o przyjęcie do armii.

Edelman:

- Ta cała prawica rządząca przed wojną prędzej na pępek by się przewróciła, niż skorzystała z pomocy lewicy, i to w dodatku żydowskiej.

Tymczasem 1 września 1939 roku, po ataku Niemiec hitlerowskich na Polskę, praktycznie wszystkie władze, w tym organizacji żydowskich, ogarnia chaos. Centralny Komitet Bundu podejmuje na przykład uchwałę zmuszającą działaczy do wyjazdu na wschód, co pozbawia stołeczną organizację kierownictwa.

W nocy z 6 na 7 września pułkownik Roman Umiastowski z Dowództwa Obrony Warszawy wydaje apel do wszystkich zdolnych do noszenia broni mężczyzn, by opuścili stolicę i udali się na prawy brzeg Wisły, gdzie zostaną zorganizowani i uzbrojeni. Pomysł jest idiotyczny, bo żadnych zapasów broni tam nie ma. Jednak na taki apel Edelman, wraz z tysiącami innych, wychodzi z miasta. Podróżuje ze swoją pierwszą dziewczyną Stasią.

W Warszawie zapada tymczasem inna decyzja - żeby bronić stolicy.

W odpowiedzi dwaj bundowscy działacze Abrasza Blum i Szmul Zygielbojm porozumiewają się z prezydentem miasta Stefanem Starzyńskim i organizują oddziały żydowskie.

Około 14 września powstaje także Komisja Koordynacyjna Żydowskich Instytucji Społecznych, która w maju 1940 roku przemieni się w Żydowską Samopomoc Społeczną, istotny element życia żydowskiego pod okupacją.

Miasto broni się do 28 września.

Ale wcześniej, 17 września, Polskę ze wschodu atakują Rosjanie.

Edelman:

- Usłyszałem o tym przez radio, gdy byłem jeszcze pod Warszawą. Najpierw myślałem, że chcą przyłożyć Hitlerowi. Ludzie przecież uciekali do nich przed Niemcami. Nikomu nie przychodziło do głowy, że zaczną wysiedlać na Kołymę.

Lecz gdy polski rząd uciekł do Rumunii, stało się jasne, że to druga okupacja.

Potem zaczęły przychodzić informacje o Żydach, którzy cieszyli się z wejścia bolszewików. To mnie nie dziwiło. Doszły też wieści, że Żydzi wydają Polaków. I to już było bardzo przykre. Ale dziś wiemy, że w tych wieściach wiele było niemieckiej propagandy.

Po raz pierwszy widzieliśmy żołnierzy niemieckich w jakimś miasteczku w środkowej Polsce, na rynku. Było ich czterech albo pięciu. Wszyscy się ich bali. Już wtedy było wiadomo, do czego zdolny jest Wehrmacht.

Edelman wraca do Warszawy 30 września. To wtedy przydarzyła mu się historia, którą będzie wielokrotnie wspominał:

- Na Żelaznej dwóch Niemców postawiło starego Żyda na beczce. Wielkimi nożycami zaczęli mu strzyc brodę. Wokół mały tłumek, przeważnie Żydów, przyglądający się temu widowisku z uciechą. Wielu się śmiało. Ten człowiek na beczce poddany był najgorszemu upokorzeniu, gorszemu od chłosty. Patrząc na to, postanowiłem sobie, że nigdy, przenigdy nie pozwolę postawić się na beczce.

To nie chodzi przecież o to, że człowiek, któremu obcięto pejsy - a tak naprawdę którego tak publicznie poniżono - był po takim zdarzeniu całkiem inny. Chodzi o to, że wokół stali ci, którzy spokojnie na to patrzyli, a nawet ci, których to bawiło. I oni też już nie byli tacy sami jak przedtem. I kat, i ofiara, i świadek zostali wplątani w zbrodnię.

Po powrocie idzie do swego ostatniego miejsca zamieszkania.

Ale na drzwiach Lichtensztajnów widzi kłódkę. Kieruje się zatem na Dzielną 36, gdzie ulokowała się też Stasia - Ryfka Rozensztajn. Będzie tam mieszkał aż do wielkiej akcji likwidacji getta - czyli do lipca 1942 roku.

Bo tak naprawdę to właśnie Stasia jest głównym jego napędem.

- Stasia to wielka osoba w moim życiu. Moja pierwsza kobieta. Byłem sam, bez rodziny, wszystkiego nauczyłem się od niej. Tak naprawdę dopiero od tej niemieckiej okupacji stałem się samodzielny. Wojna zmienia człowieka. Cały jestem z niej.

Edelman jest w mieście, gdy 5 października Adolf Hitler osobiście przyjmuje defiladę wojsk niemieckich w Alejach Ujazdowskich. A w III Rzeszy już od czterech lat obowiązują antysemickie ustawy norymberskie pozwalające traktować Żydów jak ludzi gorszej kategorii...

Tymczasem w Polsce żyje wtedy 3 474 000 Żydów, co stanowi około 11 procent obywateli. Aż jedna czwarta przebywa w pięciu miastach: Warszawie, Łodzi, Wilnie, Krakowie i Lwowie.

Podpisany 28 września niemiecko-sowiecki układ o granicy i przyjaźni rozdziela populację żydowską: 61,2 procent zostaje pod okupacją niemiecką, a 38,8 procent pod sowiecką.

W Warszawie pod koniec października 1939 roku jest 359 827 Żydów (więcej Żydów mieszka wtedy tylko w Nowym Jorku)...

Już trzy dni po wjeździe Hitlera do Warszawy zostaje utworzone pierwsze getto - w Piotrkowie Trybunalskim. Trafia do niego około 25 000 Żydów z miasteczka i okolic. Wkrótce powstają następne. Największe jest warszawskie. Powstaje na mocy decyzji generalnego gubernatora Hansa Franka. 16 listopada 1940 roku zostaje ostatecznie odizolowane od tzw. aryjskiej części miasta.

-

Tymczasem jesienią 1939 roku Marek Edelman zaczyna pracować jako goniec w szpitalu pediatrycznym przy Siennej, tym samym, w którym kiedyś pracowała jego matka.

- Dostawałem, pamiętam, 52 złote na miesiąc. Starczało na trzy bochenki marnego chleba.

Choć Warszawą rządzą Niemcy, życie społeczne i polityczne zarówno Polaków, jak i Żydów trwa. Tyle że przenosi się do podziemia. Działa Bund, powstaje sieć samopomocowa.

Edelman wspomina, że najprężniejszą częścią Bundu jest Skif i Cukunft, którego konspiracyjne władze powstają w pierwszych dniach października.

Szybko - już w styczniu 1940 roku - Cukunft organizuje miejsca pracy. Powstają dwa zakłady fryzjerskie oraz spółdzielnie krawiecka i szewska. Mają nie tylko przynosić dochody: są także względnie bezpiecznymi miejscami spotkań.

Rychło pojawiają się też podziemne pisma. W ich wydawanie angażuje się też Edelman. Zdobywa spirytusowy powielacz. Nielegalne drukarnie działają najpierw przy Miłej 67, potem również przy Nowolipiu.

Ryfka Rozensztajn "Stasia"

(fot. ze zbiorów Marka Edelmana)

 

Już w listopadzie 1939 roku ukazują się po polsku pierwsze numery miesięcznika "Za Naszą i Waszą Wolność". Tematy? Bundowskie projekty zjednoczonej, powojennej Europy z Polską jako jej częścią, z powszechnym ładem demokratycznym i prawami człowieka.

- Wydawanie prasy to ciężka sprawa. Na jednym starym powielaczu odbija się przez całą noc. Przeważnie nie ma światła elektrycznego, a praca przy lampach karbidowych jest męcząca.

Pewnego razu jedną z dziewczyn z transportem prasy zatrzymuje na ulicy policjant. Chciała tę sprawę załatwić jak każda szmuglerka - zaproponowała łapówkę, pięćset złotych. Zdradziła ją zbyt duża suma - policjant chciał obejrzeć towar. A tu zamiast pończoch ze spódnicy posypały się białe kartki. Sprawa stała się poważna. Aż nagle szczęśliwy zbieg okoliczności - na ulicy jakaś awantura, bójka. Policjanci tracą głowę, nie wiedzą, co wpierw robić. Na chwilę się odwracają. To Marynce wystarcza.

Rzuca policjantom przyrzeczone pięćset złotych, zbiera rozsypane gazetki i w nogi... Zamieszanie na ulicy wywołał celowo Mały Kostek obserwujący z daleka tę scenę. Naprawdę na imię miał Samuel... Taki mały, ładny chłopiec.

Niemcy szybko wprowadzają swoje porządki administracyjne - już w październiku akceptują Adama Czerniakowa jako prezesa Judenratu, czyli gminy żydowskiej. Czerniaków w przedwojennej Polsce był senatorem. Został w kraju, choć mógł wyjechać do Palestyny.

Judenraty to niemiecki sposób na zarządzanie społecznościami Żydów przy pomocy samych Żydów. W ich skład wchodzą również przedstawiciele przedwojennych sił politycznych, w tym Bundu. Jedną ze sztandarowych postaci warszawskiego Judenratu jest Szmul Zygielbojm. Bo choć zasiadają tu ludzie wysługujący się Niemcom, to są też przyzwoici, uznani działacze żydowscy.

Po powołaniu Judenratu Hans Frank ogłasza rozporządzenie o przymusowej, nieodpłatnej pracy ludności żydowskiej. Potem następują kolejne regulacje: obozy pracy dla Żydów, pozbawienie ich całego majątku powyżej 2000 złotych na rodzinę i wprowadzenie zarządu powierniczego żydowskiego mienia. Do tego cała seria zakazów: pracy w wielkim przemyśle oraz instytucjach publicznych i państwowych, wypiekania pieczywa, zarabiania powyżej 500 złotych miesięcznie, kontaktów z Aryjczykami - nie wolno z nimi handlować, leczyć się u nich ani leczyć ich.

Zabronione jest także podróżowanie pociągami i tramwajami, opuszczanie granic miasta bez zezwolenia, posiadanie złota i biżuterii.

W listopadzie północne centrum Warszawy, zamieszkane głównie przez Żydów, zostaje określone jako obszar zagrożony tyfusem. Na jego granicy pojawiają się dwujęzyczne napisy: "Teren zamknięty, dotknięty epidemią". Od tej chwili zezwala się tylko na przejazd przez ten teren - to faktyczne przygotowania do utworzenia getta.

Na razie w "dzielnicy żydowskiej zagrożonej tyfusem" żyje około 380 000 ludzi. To mniej więcej jedna trzecia populacji miasta, tyle że stłoczona na ledwie kilku procentach powierzchni Warszawy.

Na przełomie listopada i grudnia na witrynach żydowskich sklepów musi się pojawić gwiazda Dawida. Od 1 grudnia Żydzi "poza obrębem mieszkania" muszą nosić "na prawym ramieniu" białą opaskę z takąż gwiazdą. Nakaz tyczy się nie tylko członków i byłych członków żydowskiej gminy wyznaniowej, ale też osób, których co najmniej jedno z rodziców kiedykolwiek należało do gminy.

Prócz represyjnych rozporządzeń zaczyna się zwykły terror. W połowie listopada 1939 roku Niemcy aresztują 53 mężczyzn z kamienicy przy ulicy Nalewki 9 w odwecie za zastrzelenie tam polskiego policjanta przez Pinkusa Zylberynga. 21 listopada zakładnicy zostają rozstrzelani mimo wpłacenia przez gminę 300 000 złotych okupu...

Niestety, szybko się okazuje, że prócz agresji niemieckiej znowu pojawia się agresja ze strony Polaków...

 

"Za Naszą i Waszą Wolność" - po raz pierwszy publikowane ocalałe fragmenty prasy wydawanej przez Bund, a redagowanej, drukowanej i kolportowanej przez Marka Edelmana.

 

W "Strażniku" Edelman tak wspomina swoją działalność wydawniczą:

"W listopadzie [1939], używając woskowych matryc, zaczęliśmy wydawać gazetkę podziemną. Pierwsze numery pisma "Za Naszą i Waszą Wolność", po polsku, miały nakład pięciuset egzemplarzy. Publikował w nim "Artur", czyli Szmul Zygielbojm, jeden z naszych przywódców, który później, w Londynie, po upadku powstania w getcie popełnił samobójstwo. Drukowaliśmy też artykuły Maurycego Orzecha. (...) W naszej gazetce pisaliśmy o powojennej Europie i o tym, jaka będzie przyszła Polska (Orzech miał wizję Europy zjednoczonej, której Polska będzie częścią), oraz o tym, na kogo spadnie wina za ewentualną przegraną w wojnie z Hitlerem.

Były też inne gazety i pisma. Kolportowali je piętnasto-, szesnastoletni chłopcy ze Skifu. (...)

Wydawanie prasy odbywa się w bardzo ciężkich warunkach. Na jednym starym powielaczu Skifu odbija się przez całą noc. Przeważnie nie ma światła elektrycznego. Praca przy lampach karbidowych jest szalenie męcząca. Około godziny drugiej w nocy personel drukarni (a byli to nasi towarzysze: Rozowski, Zyferman, Blumka Klog, Marek) zawsze tak narzeka na ból oczu, że dalsza praca staje się prawie niemożliwa. Nie wolno jednak tracić ani chwili. O siódmej nad ranem numer, niezależnie od liczby stron, musi być gotów do kolportażu. Ludzie pracują naprawdę ponad siły. Takie bezsenne noce wypadają dwa-trzy razy w tygodniu. W dzień odespać nie można. Trzeba wszak zachować pozory, że się z drukarnią nie ma nic wspólnego. (...)

Udało nam się przeprowadzić pewnego rodzaju statystykę, z której wynikało, że przeciętnie każdy egzemplarz czyta dwadzieścia osób".

-

Nikt nigdy nie przypuszczał, że te pisemka, jedyne pisemka wydawane po polsku w getcie (500 egzemplarzy na pół miliona ludzi, druk marny, papier jeszcze gorszy), mogły ocaleć.

A jednak są!

Kiedy Emanuel Ringelblum tworzył wiosną roku 1940 Oneg Szabat (po hebrajsku "Radość soboty"), podziemną organizację, której celem było dokumentowanie losów Żydów w dobie Zagłady, nie przypuszczał, że zebrane listy, napisane raporty i odłożone dokumenty (gazetki, kartki żywnościowe, obwieszczenia) będą musiały przeżyć niemal wszystkich mieszkańców getta. Dlatego w ostatniej chwili, gdy już trwała wielka akcja likwidacyjna getta, Ringelblum, zmuszony dramatycznym rozwojem sytuacji, chował materiały pospiesznie, licząc na łut szczęścia. Archiwum zostało dla bezpieczeństwa rozdzielone: część została zakopana 3 sierpnia 1942 roku w dziesięciu metalowych pojemnikach, druga w lutym 1943 roku w dwóch bańkach na mleko w piwnicy budynku przy ulicy Nowolipki 68, trzecia - gdzieś przy Świętojerskiej. Te pierwsze zostały odkopane zaraz po wojnie (18 września 1946 roku). Drugie - przypadkowo podczas prac budowlanych w grudniu 1950 roku. Część trzecia być może znajduje się na terenie zajmowanym dziś przez ambasadę Chin, ale podjęte w 2003 roku poszukiwania okazały się bezskuteczne.

Jednak i te odzyskane materiały były odczytywane i katalogowane powoli. Właściwie dopiero lata wolnej Polski pozwoliły Żydowskiemu Instytutowi Historycznemu na zabezpieczenie i zdigitalizowanie archiwum - w tym sześciu ocalałych (i w dużej mierze dobrze czytelnych) numerów tego najważniejszego dla Marka Edelmana miesięcznika podziemnego getta warszawskiego: "Za Naszą i Waszą Wolność". Są to numery: 2, 3, 7, 8 (błędnie oznaczony jako nr 7) i 12 z roku 1941 oraz pierwszy numer z roku 1942. Dziś, dzięki życzliwości ŻIH, są tu po raz pierwszy publikowane!

To materiały nie tylko sensacyjne ze względu na swą unikalność, ale też ważne z racji zawartości. To precyzyjna kronika wydarzeń, uzupełniona reporterskimi niemal opisami ówczesnej rzeczywistości. Niektóre teksty, z racji nienagannego stylu i polszczyzny, mają walory nie tylko dokumentalne, ale wręcz literackie ("List do polskiego towarzysza"). Nie mówiąc już o przenikliwych analizach i proroczych wizjach politycznych - burzących m.in. stereotypy dotyczące stosunku Żydów do komunizmu czy też do Polaków podczas okupacji.

I jeszcze jedno: w niezliczonych wypowiedziach Edelmana widzimy nie tak dalekie echo tamtych tekstów. Można być pewnym, że wiele z nich pisał on sam...

-

NA MURACH WARSZAWY rozplakatowano afisze oznajmiające "Dni policyjne". Przed kilkoma dniami na afiszach tych na Grochowie ponalepiano drukowane w języku niemieckim ulotki. Wyliczone są tam zbrodnie policji niemieckiej popełnione na robotnikach w różnych miejscowościach przemysłowych Niemiec i w Gen. Guberni. [nr 2, marzec 1941]

WIADOMOŚCI Z TERENU. Ostatnie sukcesy angielskie oraz masowe wcielanie Niemców tutejszych do wojska ostudziły zapał do hitleryzmu. Daje się wyraźnie odczuć zmiany nastrojów wśród dotychczas wrogich Polakom sfer robotniczych niemieckich. Ujawniło się to w formie dostarczania Polakom pieczywa pszennego, pośredniczenia w urzędach (Polacy niewładający językiem niemieckim muszą z pośrednictwa korzystać) itp. drobnych świadczeń.

Żydzi - Sytuacja Żydów w łódzkim ghetto pogorszyła się znacznie. Obecnie nie otrzymują Żydzi przydziału chleba. Brak opału spowodował, że Żydzi w niektórych domach drewnianych porąbali schody, przy czym na górne piętra dostają się przy pomocy drabin lub lin. Śmiertelność wśród Żydów bardzo duża. Wobec bardzo ścisłej kontroli i całkowitej izolacji z ghetta bardzo trudno jest uzyskać szczegółowe informacje.

W Łodzi istnieje obóz przejściowy dla wysiedlonych z Poznańskiego rodzin polskich. Warunki sanitarne przewożonych tam ludzi tak straszne, że spowodowały i powodują masową śmiertelność wśród dzieci, przeciętnie umiera w obozie dziennie 9 dzieci. W dn. 22 I zmarło 17 dzieci.

SYTUACJA W PRZEMYŚLE coraz gorsza, skutek braku surowca, a przede wszystkim węgla, fabryki albo zawieszają pracę, albo redukują do minimum swoją czynność, pozbawiając ludność polską całkowicie zarobków. Redukcjami dotknięty jest również przemysł metalowy, pracujący nawet dla wojska. I tak zakład Krusche i Endera w Pabianicach, Zjednoczone Geyer i Poznański w Łodzi ograniczają pracę do 2-3 dni w tygodniu, przy czym firma Poznański wypowiedziała pracę wszystkim Polakom. Fabryki Allarta, Schweikerta i Eiserta w Łodzi pracę swą zawiesiły. Zakłady te zatrudniały większość Polaków, którym przy zwolnieniu zapowiedziano, że będą skierowani do Rzeszy.

WYSIEDLENIA. Ogółem wysiedlono z terenów objętych okupacją sowiecką 400 000 osób (polskiej i żydowskiej ludności) w głąb ZSRR. Najmniej wysiedleniami dotknięci zostali chłopi i robotnicy, zwłaszcza ci ostatni - najwięcej inteligencja. Chłopów wysiedlano z pasa granicznego bez względu na ich narodowość oraz z tych wsi, które nie chciały się zgodzić na kolektywną gospodarkę.

STAN ZATRUDNIENIA I POZIOM PŁAC W G.G. Urzędy pracy obliczają liczbę ludności pozbawionej środków utrzymania w G.G. na 3 000 000 osób. Wskaźnik kosztów utrzymania rodziny robotniczej, obliczony w stosunku do lipca 1939 r., wynosi obecnie około 400, przy prawie niezmienionym nominalnym poziomie płac. Obrazuje to stan egzystencji robotników.

WYSIEDLENIA Z POMORZA. Prawdopodobnie w związku z inkorporacją Pomorza do Rzeszy z dn. 15 lutego br. rozpoczęli Niemcy na Pomorzu nową falę wysiedleń z Bydgoszczy, Torunia, Grudziądza, Włocławka, Płocka i szeregu innych miast. W Bydgoszczy w ciągu 3 dni, od 19 do 21 lutego br., wysiedlono od 2 do 3 tysięcy osób. Między 1 a 6 w nocy zajeżdżają przed dom samochody i w ciągu kilku minut Polacy muszą opuścić mieszkanie! Niektórym nie pozwolono nic ze sobą zabierać. Aresztowano przeważnie całymi rodzinami, ale bywały wypadki, że zabierano tylko żonę i dzieci, a męża - jako zatrudnionego w jakimś niemieckim przedsiębiorstwie - pozostawiano na miejscu. Nie pozostawiano nawet obłożnie chorych i niedołężnych starców. Trzymano ich przez trzy dni bez pożywienia i wody, twierdząc, że każdy powinien był zabrać na drogę żywność. Następnie obrabowano wszystkich z wszelkich cenniejszych przedmiotów, jak: z pieniędzy, biżuterii, lepszych części odzieży oraz z bielizny i pościeli. Następnie posortowano wysiedleńców na grupy: młodzież zabrano do Niemiec, a starszych i dzieci wysłano do Guberni.

MASOWE WYSIEDLANIE POLAKÓW Z ZAGŁĘBIA DĄBROWSKIEGO. Wysiedlone osoby musiały zostawić swe mieszkania z wszystkimi ruchomościami, oddać wszystką posiadaną gotówkę i wszelką wartościową biżuterię, książeczki oszczędnościowe i papiery wartościowe. (...)

Wszyscy wysiedleni obojga płci, różnych zawodów i różnego wieku, osoby pojedyncze i całe rodziny - w hali fabrycznej nieopalonej, mając do dyspozycji w ciągu 36 godzin pobytu tamże posłanie z wilgotnej słomy, która stanowiła posłanie licznych więźniów i skazańców. W ciągu 36 godzin mimo mrozu dano im tylko po kubku ciepłej wody i kawałku chleba. Wśród lamentu kobiet i dzieci, ataków nerwowych starców w atmosferze kilku doraźnych zgonów, na tle zaszalowanego kąta dla załatwiania naturalnych potrzeb gromadnie i bez różnicy płci, wśród szyderczych uśmiechów strażników niemieckich - przeżywała półtoratysięczna gromada obrabowanych oficjalnie wysiedleńców drugi akt tragedii. Trzeci rozpoczął się w Tarnowie, dokąd ich przewieziono i skąd po udzieleniu na osobę 20 zł i legitymacji wysiedleńczej pozwolono im odjechać, dokąd się komu podoba. Następny transport wysiedleńców z Zagłębia Dąbrowskiego wyjechał do Pruszkowa, trzeci do Małkini, a dalsze transporty wyjeżdżają w niewiadomym na razie kierunku.

PRZEMYŚL. Nad brzegiem Sanu wzniesiono wysokie ogrodzenie, by nie można było obserwować ze strony sowieckiej ruchu w niemieckiej części miasta. W samym Przemyślu i w okolicy rozlepiono afisze niemieckie, zapowiadające zwycięstwo, ostrzegające przed szpiegami itd. Jednocześnie ukazały się plakaty ukraińskie, bez podpisu, wzywające społeczeństwo do walki "o wielką Ukrainę".

O nastawieniu bolszewików w stosunku do Niemców i odwrotnie świadczą, mimo poprawnych pozornie stosunków, drobne incydenty nadgraniczne, niepozbawione zresztą pewnej dozy humoru - ale mające swoistą wymowę. Oto nad Sanem władze sowieckie zainstalowały olbrzymie gigantofony, które głoszą wiadomości zakazane przez Niemców. Ponieważ słychać je i na Zasaniu (dzisiejszy "Deutsch-Przemyśl") - niemieckie władze miejscowe interweniowały u odpowiednich czynników sowieckich w sprawie zaprzestania audycji. Gdy to nie poskutkowało, ustawiono na przeciwległym brzegu rzeki niemieckie gigantofony, głuszące audycje sowieckie - muzyką. [nr 3, maj 1941]

W GRUPIE 900 OSÓB wywiezionych z Pawiaka znajdowali się czołowi przedstawiciele polskiego świata teatralnego: Jaracz i Szyller oraz Zbyszko Sawan, Kański i Dradziński.

CO TRZECI CZŁOWIEK UMIERA W OŚWIĘCIMIU? Według otrzymanych przez nas ostatnich informacyj przez obóz koncentracyjny w Oświęcimiu przeszło dotychczas 12 i pół tysiąca ludzi. Z tej liczby około 4 tysięcy zmarło. Oznacza to, że co trzeci człowiek, który dostał się do oświęcimskiej katowni, zakończył tam życie. Zasadniczą przyczyną zgonów są fatalne warunki ogólne: niezdrowe i niedostateczne odżywianie, brud, ścisk, zimno. Z tych zaś wynikają: epidemia, biegunki i śmiertelne wyczerpanie. Ponadto setki ludzi zmarło w tzw. kompanii karnej, do której przydziela się jako represję za najmniejsze naruszenie regulaminu (np. spóźnienie się na apel); z tej "karnej kompanii" nikt prawie żywy nie wraca. Wreszcie pewną liczbę (ok. 300) ludzi rozstrzelano z wyroków, które nadchodzą do Oświęcimia po zakończeniu spraw w Warszawie.

WIADOMOŚCI GOSPODARCZE. Położenie gospodarcze miast w G.G. staje się coraz trudniejsze. Jak wynika z urzędowych obliczeń, ludność miejska otrzymuje 6 razy mniej żywności, niż trzeba dla podtrzymania życia i jakiej takiej zdolności do pracy. Wobec tego musi ona korzystać z nielegalnego handlu, który rozwija się coraz bardziej i wyrabia coraz nowe metody.

Kraków jest szczególnie obstawiony przez wszelkiego rodzaju straże, odbierające wszystko, co się niesie do miasta. A jednak noszą - uciekając się do najwymyślniejszych podstępów.

Warszawa znalazła się obecnie w cięższym położeniu, gdyż w okolicach jej zgromadzono olbrzymią ilość wojska, które odbiera i wykupuje produkty żywnościowe, bynajmniej nie krępując się cennikiem oficjalnym. Do stolicy wskutek tego przychodzi bardzo mało żywności, przez co ceny poszły w górę kolosalnie. Wysokie ceny łakomią ryzykantów-dostawców, którzy korzystają nawet z kolei. Ostatnio policja otoczyła dworzec, rewidując każdą paczkę. Przemytnicy zareagowali na to w sposób swoisty, po prostu wszyscy poczęli niszczyć przywiezione zapasy. Całe kopy jaj stłuczonych zalały schody, masło rzucano na szyny, słoninę do śmietników. Zniszczyć - a nie dać Niemcom. Publiczność ochoczo pomagała.

Cierpienie uboższej ludności przechodzi wszelkie granice. Śmiertelność wzrasta. Ze statystyki niektórych cmentarzy, np. krakowskiego, wynika, że dzienna liczba pogrzebów wzrosła w stosunku do przedwojennej czterokrotnie. Gospodarka niemiecka idzie po prostu w kierunku wygubienia Polaków. Najcięższe bitwy nie zadają takich strat. Ale i gospodarka czysto wojenna idzie fatalnie. Kopalnie nafty są eksploatowane rabunkowo. Ze szkodą dla przemysłu wyciąga się maksimum gazu. Produkcja ropy natomiast, pomimo coraz nowych wierceń i budowy coraz nowych szybów, stale jest niższa od przedwojennej. Toteż w sferach giełdowych niepokój. Złoto poszło znów w górę, zarówno jak ruble sowieckie, które są obecnie zresztą skupywane przez banki dewizowe na rozkaz władz wojskowych.

METROPOLITA SZEPTYCKI odmówił podpisania deklaracji współpracy z Niemcami i depeszy do Hitlera. [nr 8, październik 1941]

NA ZIEMIACH ZACHODNICH wzmógł się nacisk na Polaków z małżeństw mieszanych o podawanie się za Niemców.

W WIĘZIENIU NA DANIŁOWICZOWSKIEJ osadzono 30 tramwajarzy oskarżonych o sabotaż. Aresztowano również kilku pasażerów przychwyconych na zwracaniu biletów. Aresztowań dokonali cywilni agenci policji niemieckiej. "Bojkot tramwajowy" trwa i trwać będzie - należy go jednak prowadzić ostrożniej.

KINA WARSZAWSKIE zostały ponownie w ubiegłą niedzielę zagazowane gazami cuchnącymi i łzawiącymi.

W WARSZAWIE szerzy się zaraza tyfusu plamistego spowodowana głodem i zimnem. Wg oficjalnych meldunków liczba dziennych zachorowań wynosi 800, z czego na dzielnicę żydowską przypada 600, a na pozostałą część miasta 200. Mimo zaniepokojenia Niemców widmem epidemii Władze Sanitarne Niemieckie nie czynią nic w kierunku stłumienia zarazy. Natomiast co kilka dni obcina się coraz więcej teren getta, sprzyjając spotęgowaniu się epidemii.

ZIEMIE ZACHODNIE. Na ziemiach przyłączonych do Rzeszy trwa wciąż wywożenie na roboty do Niemiec, szczególnie młodzieży, a nawet dzieci, do lat 12. Równocześnie odbywało się nieustannie w miastach, miasteczkach i wsiach przesiedlanie rodzin polskich z lepszych ulic i domów. Zarówno w Poznaniu i Łodzi, jak i we wszystkich miasteczkach i wsiach nie wolno wysiedlonym zabierać ze sobą swego dobytku, a do chwili znalezienia jakiegoś miejsca muszą przechodzić straszliwą gehennę punktów zbiorczych. W parze z terrorem i prześladowaniami kościoła i kleru odbywa się planowa przymusowa germanizacja ludności. Niemcy nie interesowali się dotąd nauką dzieci polskich, obecnie ukazało się obwieszczenie o przymusowym zgłaszaniu dzieci polskich do szkół z językiem niemieckim, w których nauczycielstwo jest wyłącznie niemieckie. Na porządku dziennym są w dalszym ciągu wyroki sądowe skazujące Polaków na karę śmierci za błahe przewinienia. Oprócz tego mundurowi niemieccy dokonują nieraz egzekucji doraźnych, często oddziały mundurowych, wreszcie i cywilna ludność niemiecka dopuszcza się wybryków z powodu niekłaniania się Niemcom lub przechowywania produktów. Na Kujawach obok zmieniania nazw miejscowości, ulic, imion i nazwisk polskich prowadzona jest intensywna akcja dobrowolnego zapisywania się na "Volkslistę". Szkolnictwo polskie wcale nie istnieje, a dzieci polskie, nieprzyjmowane do szkół niemieckich, pozostają bez nauki. Terror gospodarczy niczem nie odbiega od powszechnie znanych metod okupanta.

W powiecie kutnowskim wprowadzony został nowy rodzaj grabieży polskiej ziemi, polegający na zamianie gospodarstw. Niemcy zamieniają gospodarstwa gorsze na gospodarstwa polskie w dobrym stanie, przy czym nabyty majątek zaokrąglają i powiększają przez dodatkowe wysiedlenia sąsiadów. W powiecie sieradzkim celem urządzenia poligonu wysiedlono 16 wsi.

W przemyśle okręgu łódzkiego wzrasta wciąż zastój, spowodowany ogólnym brakiem surowców jako też z braku wykwalifikowanych sił, wywiezionych do Rzeszy. Zakłady włókiennicze Poznańskiego zostały zamknięte, w fabrykach Geyera szwalnie pracują tylko po 3 dni w tygodniu; w Kaliszu fabryki włókiennicze czynne są 4 dni w tygodniu, zaś olejarnia kaliska pracuje tylko na dwóch maszynach z powodu braku wełnianych podkładów.

Wysiedlenia objęły również w dużym stopniu zagłębie dąbrowskie i krakowskie jako też części województwa kieleckiego. Wysiedlenia połączone są z konfiskatą całego mienia wieśniaków.

W Generalnej Guberni stosowane są powszechne wysiedlania wraz z konfiskatą gospodarstw rolnych za niedostarczenie całości kontyngentów. Gospodarze poza tym zostają zesłani do specjalnych obozów.

W WARSZAWIE odbywa się stopniowo usuwanie Polaków z tzw. dzielnicy niemieckiej. Dzieje się to w stosunkowo wolnym tempie, naokół nie wysiedla się dzielnicami ani blokami, lecz przeciętnie zwalnia się dziennie po 40-50 mieszkań dla Niemców. Terminy wysiedleńcze są trzydniowe. Podobnież odbywa się w Krakowie. W obu tych miastach Polacy otrzymują mieszkania odebrane Żydom.

WILEŃSZCZYZNA. Ziemie litewskie splamione zostały krwią niewinnie przelaną. Litwini skwapliwie przejęli rolę katów z ręki niewdzięcznego okupanta. Część rozwiązanej armji litewskiej przeszła na służbę do milicji i z niespotykaną brutalnością przejęła zadania oczyszczenia terenu z "elementu komunistycznego". Było to hasłem do masowej rzezi Żydów na Litwie. W głębi Litwy nie ma już ani jednego Żyda, oprócz niemowląt, których od rzezi ratowali pono biskupi i księża przez masowy chrzest. W szeregu miasteczek - jak Olita, Mejszagoła - wybito wszystkich Żydów, nie oszczędzając nawet dzieci. Kowno, które przed wojną liczyło kilkadziesiąt tysięcy Żydów, posiada obecnie ghetto, w którym zamknięto 8 tys. Żydów. Liczba maleje dalej w wyniku ciągłych egzekucji. W Wilnie i miastach Wileńszczyzny odbywa się wciąż masowa rzeź Żydów. Był czas, iż w lesie ponarskim co dzień dokonywano bestialskich egzekucji, ustawiając w 8 rzędach spędzanych z Wilna i okolicy Żydów i siekąc ich z karabinów maszynowych. Ciała już zabitych i tylko rannych wrzucano do wspólnych uprzednio wykopanych dołów, tworząc olbrzymie żywe mogiły. Nienawiść polsko-litewska podsycana przez Niemców przybiera coraz więcej na sile. Tylko wyraźne zarządzenie władz niemieckich, że aryjczyków ma prawo sądzić i karać tylko władza niemiecka, ratuje miejscową ludność polską od podobnego do Żydów losu. Coraz częstsze są jednak prowokacje, donosy, skargi, napady. Policja litewska przeprowadza aresztowania na własną rękę. Pod pretekstem przynależności do tajnych organizacji niepodległościowych aresztowano w Trokach przeszło 60 osób przeważnie spośród inteligencji, z których część rozstrzelano. W okolicy trwają aresztowania młodzieży za opór litwinizacji. Aresztowania, nagłe wysiedlania, wypieranie Polaków z pracy z urzędów, z przemysłu i handlu idą w parze z terrorem gospodarczym.

W Nowogródzkim administracja jest dotąd niezorganizowana. Na polu gospodarczym zupełny chaos. Brak koordynacji zarządzeń dotyczących sprawy własności prywatnej. W niektórych wypadkach pozwolono gospodarzyć powracającym właścicielom - uchodźcom, w innych utrzymano obowiązujący w Sowietach system kołchozów i sowchozów.

Reprodukcja strony z pisemka

 

W okręgu białostockim panuje w dalszym ciągu rozgardiasz w dziedzinie administracji jako też życia gospodarczego. Wojsko i koleje nie respektują zarządzeń władz cywilnych. Nie funkcjonują: poczta, telegraf, szkolnictwo. Władze okupacyjne nie mogą sobie poradzić i opanować terenu. Postawa ludności wobec okupanta jest wroga i zdecydowana. Represje gospodarcze i polityczne są na porządku dziennym.

CHAOS W GOSPODARCE OKUPANTA powiększa się coraz bardziej. Wszystkie odnogi warszawskiego węzła kolejowego są zatarasowane transportami z uzbrojeniem dla frontu wschodniego oraz rannymi wracającymi z frontu. Olbrzymie ilości wołów zarekwirowanych na Ukrainie dla potrzeb armii zdychają po drodze z powodu braku paszy i przedłużających się transportów. W magazynach żywnościowych w Warszawie wskutek fatalnej organizacji zgniło 40 000 jaj. Zmniejszone przydziały kartofli ludność otrzymała w stanie na wpół zgniłym lub przemarznięte.

Warszawska elektrownia odczuwa od dawna ogólny brak węgla. Ostatnio miała zapas tylko na 4 dni. Oszczędności elektrowni objawiają się w pozbawieniu prądu całych dzielnic miasta w godzinach rannych i wieczornych. Często dostarczany już z trudem węgiel nie nadaje się w ogóle dla elektrowni. We wrześniu zanotowano oficjalnie w Warszawie 2486 wypadków tyfusu plamistego wśród Żydów, a około 450 wśród Polaków. Również i Niemców nie ominęła ta choroba. W październiku liczba zachorowań była znacznie większa. Poza Warszawą plamisty tyfus rozszerza się nie tylko w miastach, ale i w miasteczkach i po wsiach.

Wartość produktów spożywczych, obliczona w kaloriach, wydawanych na kartki w G.G. różnym grupom narodowym, przypadająca na jednego człowieka w ciągu jednego dnia przedstawia się następująco: Niemcy - 2602 kcal. Cudzoziemcy - 1925 kcal. Ukraińcy 631 kcal. Polacy - 273 kcal. Żydzi - 184 kcal.

W licznych miejscowościach podwarszawskich na prawym brzegu Wisły władze wojskowe zarekwirowały ostatnio wiele domów i willi, które mają być przeznaczone na zimowy odpoczynek dla żołnierzy z frontu wschodniego. Należy się spodziewać w najbliższym czasie najazdu tej szarańczy żołnierskiej na wygłodzoną G.G. Do kraju jakoś ich nie posyłają, widać byliby niepożądanymi gośćmi, lepiej ich trzymać z daleka od niemieckiej ludności cywilnej.

OBOZY JEŃCÓW SOWIECKICH POD GOŁYM NIEBEM. W Białej Podlaskiej obóz jeńców obejmuje wielkie odrutowane pole i liczył w dniu 1 października 150 tysięcy ludzi, w tym starcy i chłopcy od 13 do 15 lat. Na skutek głodu, zimna i biegunki umiera każdej doby 200-300 ludzi. Jeńcy skupieni w gęstą masę próbują często ucieczki, rzucając się bezbronnie z kamieniami w ręku na druty i wartowników, którzy granatami i strzałami karabinów starają się opanować położenie. Podczas tych ataków giną setki ludzi, a czasem udaje się uzyskać wolność. W Chełmie obóz liczył 50 tysięcy. Dziennie umiera 60-70 osób. Do 1 X zmarło tam około 6 tysięcy ludzi. Jeńcy żydowscy natychmiast po przybyciu zostają rozstrzelani. Muszą sobie sami wykopać doły, koło których ustawia się ich po kilku i rozstrzeliwuje karabinami maszynowymi. Mnożą się dowody germańskiego zdziczenia.

SĄDY P. FISCHERA. W ręce rządu polskiego w Londynie dostał się raport Fischera, gubernatora dystryktu warszawskiego. P. Fischer sądzi, że Polacy wierzą teraz więcej niż kiedykolwiek w klęskę Niemiec, i dla stępienia tej wiary proponuje wywiezienie do Niemiec jeszcze około pół miliona Polaków w wieku od 14 do 30 lat. Drugim środkiem wychowawczym ma być stworzenie jeszcze jednego obozu koncentracyjnego dla Polaków w Białymstoku. [nr 12, grudzień 1941]

EPIDEMIA TYFUSU PLAMISTEGO. Na terenie powiatów wschodnich z zastraszającą gwałtownością szerzy się tyfus plamisty. Epidemią dotknięte zostały Siedlce, Biała Podlaska, Sokołów i wiele innych miejscowości. Tyfus gnębi nie tylko ludność cywilną, ale i stacjonujące w okolicy niemieckie oddziały wojskowe.

NAZISTOWSCY ZBRODNIARZE. Urzędująca w Łodzi specjalna komisja poddaje szczegółowym badaniom młode Polki w wieku od lat 20 do 30. Niezamężne kobiety posiadające cechy "rasy nordyckiej" wysyłane są do Niemiec, gdzie dostają robotę i mają być w ciągu jednego roku przymuszone do wstąpienia w związek małżeński z wyznaczonymi przez władze niemieckie "nordykami".

ZAKAZ MÓWIENIA PO POLSKU W ŁODZI. Dnia 1.1.1942 r. wydano w Łodzi formalne zarządzenie zakazujące używania języka polskiego w miejscach publicznych, tramwajach, urzędach itd. Kilku inżynierom w elektrowni wyznaczono okres dwu tygodni na nauczenie się języka niemieckiego. Podobne terminy dano ekspedientom w sklepach i robotnikom w warsztatach.

Zarobki robotników w Łodzi są niesłychanie małe. Zwykły robotnik otrzymuje 43 fen. za godz, a wykwalifikowany od 60 do 80 fen. Potrącenia dochodzą do 30%. [nr 1, styczeń 1942]

NA DWORZEC WSCHODNI przybywają transporty zamarzniętych żołnierzy niemieckich z frontu wschodniego w zaplombowanych wagonach. Odkrycia tego dokonali złodzieje kolejowi, którzy po ciężkiej pracy przy zrywaniu plomb i wyłamywaniu drzwi doznali nieoczekiwanego rozczarowania.

 
 
1940, marzec
POGROM WIELKANOCNY

EDELMAN:

 

Samoobrona Bundu to nie były jakieś tam chłoptasie. To były silne, potężne chłopy. Tragarze, woziwody, węglarze z Ptasiej. Uzbrojeni w długie dyszle od swoich ręcznych wózków i pałki, byli już przed wojną groźnym przeciwnikiem dla narodowych bojówek.

 
 

Wielki Piątek w roku 1940 wypada 22 marca, jakiś miesiąc przed żydowską Paschą. Lekki mróz, choć słońce mocno świeci. Prezes Adam Czerniaków z okna swego mieszkania widzi watahy młodych chłopaków biegających z kijami i tłukących kamieniami wystawy żydowskich sklepów. W swoim Dzienniku pisze: "Akcje rabowania sklepów oraz bicia Żydów przez zwykłych miejskich chuliganów i bandytów trwają głównie w dzielnicy żydowskiej, lecz także w Śródmieściu. Walki trwały cały tydzień - aż do poświątecznego czwartku, a policja granatowa, nie mówiąc o niemieckiej żandarmerii, nie interweniowała w obronie prześladowanych. Wielu świadków twierdzi, że pogromy i awantury były inspirowane przez Niemców".

Edelman:

- To niemieccy lotnicy werbowali polski margines, zwożąc ich do miasta, wysadzając na placu Bankowym, praktycznie w dzielnicy żydowskiej, i płacąc im po cztery, pięć złotych, żeby bili Żydów.

Publiczne golenie brody Żyda przez niemieckich żołnierzy, Warszawa, jesień 1939

(fot. ze zbiorów Studium Polski Podziemnej w Londynie)

 

Ale czwartego dnia bundowska milicja, kierowana z ukrycia przez Bernarda Goldsteina, przeprowadza akcję odwetową. Dochodzi do dużych walk ulicznych w rejonach: Solna - Hale Mirowskie, Krochmalna - plac Grzybowski, Niska - Zamenhofa.

Edelman:

- Przepędzili ich i po dwóch dniach przestali przyjeżdżać. To pierwsza akcja pokazująca aktywność Żydów. Trzeba było tym wszystkim bitym, zgnębionym ludziom powiedzieć, trzeba im było pokazać, że przecież mimo wszystko i wbrew wszystkiemu jesteśmy jeszcze zdolni podnieść głowę.

Również Emanuel Ringelblum, historyk na bieżąco dokumentujący sytuację, odnotowuje w swych zapiskach te wydarzenia. Jego zdaniem Niemcom chodzi o podzielenie społeczności Warszawy i wzmocnienie antysemickich postaw Polaków: "Tak jakby Niemcy chcieli powiedzieć Żydom: "widzicie, nie macie spokoju, jak zrobimy dla was dzielnicę, to będziecie w niej spokojnie mieszkać i nikt wam nie będzie robił krzywdy"". Ringelblum zauważa też, że grupy samoobrony ucierpiały w tych walkach, co "wzmaga nienawiść do chrześcijan".

Jednak prawda może być bardziej skomplikowana. Znane są relacje, które wskazują, że wiosną 1940 roku zamieszki antyżydowskie trwały, z różnym nasileniem, co najmniej przez dwa tygodnie. I choć naoczni świadkowie nie wykluczają, że sterowali nimi Niemcy (dowodem jest choćby to, że cały czas filmowała je hitlerowska kronika propagandowa), to dla żadnego z nich nie ulega wątpliwości, że wielu Polaków w akcję włączyło się nadzwyczaj chętnie.

Adam Czerniaków w Dzienniku wspomina, jak skarżył się w czasie przesłuchania u Hansa Franka w Krakowie: "Opowiedziałem o pogromach w Warszawie, których nie było od 1880...".

 

"Za Naszą i Waszą Wolność" - HAŃBA ANTYSEMITYZMU

Obecnie prowadzimy odrębne żywoty. Nie wiemy dokładnie, jakim jest właściwy stosunek masy polskiej do masy żydowskiej. Jedni stwierdzają wzrost antysemityzmu, inni przytaczają setki faktów, które świadczą odwrotnie o ludzkim stosunku robotnika, chłopa, zwykłego człowieka z ulicy polskiej do żydowskiego nędzarza, do Żyda uciekającego z obozu "pracy", do żebrzących dzieci żydowskich - fragmenty konspiracyjnej gazety współtworzonej przez Marka Edelmana w getcie

 

ANTYSEMITYZM - PROPAGANDOWE NARZĘDZIE NIEMIECKIE. Twierdziliśmy stale, że antysemityzm jest narzędziem propagandy niemieckiej. Przez antysemityzm chcieli hitlerowcy odwrócić uwagę mas polskich od niebezpieczeństwa, jakim hitlerowskie Niemcy były dla Polski. Jest to publiczną tajemnicą, że hitlerowcy łożyli ogromne pieniądze na zasilenie i subsydiowanie partii antysemickich w Polsce. Mógłby niejedno o tym opowiedzieć ks. Trzeciak. Najkrzykliwsi antysemici przed wojną, ci, którzy głosili, że największym wrogiem Polski są Żydzi, że najważniejsza sprawa to walka z "zalewem żydowskim", ci się okazali przeważnie szpiegami niemieckimi, ci obecnie wiernie służą Niemcom i gestapo, deklarują się za Volksdeutschów i zdradzają na każdym kroku Polskę, której się ongiś mianowali najgorętszymi patryjotami.

Antysemityzm był szkodliwym nie tylko dlatego, że odwracał uwagę mas polskich od właściwego wroga, nie tylko dlatego, że duchowo i moralnie rozbrajał je, lecz również i dlatego, że pozbawiał Polskę sympatii tych państw, których poparcie i pomoc była dla Polski rzeczą pierwszej wagi.

To samo i obecnie się odbywa. Oto w "Głosie Polski" (22 II 1941 r.) czytamy:

"Nie ma oszustwa i oszczerstwa, którego Niemcy nie użyli w swej propagandzie, chcąc zohydzać i kompromitować Polskę. Tego rodzaju najbardziej cynicznym oszustwem jest oskarżanie społeczeństwa polskiego pod okupacją niemiecką o aktywny a barbarzyński antysemityzm. Sens tej propagandy jest taki, że Niemcy są najlepszymi opiekunami społeczeństwa żydowskiego, gdyż chronią je przed pogromami polskimi, że natomiast największymi wrogami Żydów są Polacy, o czym powinny wiedzieć Anglia i Ameryka. Sięgnięto do dawnych wzorów wyzyskiwania w okresie 1918-1926 spraw żydowskich przeciw Polsce, nie krępując się właściwie stosunkiem współczesnych Niemiec do żydostwa. Typową dla tego rodzaju cynicznej i kłamliwej propagandy niemieckiej jest wydana w Berlinie nakładem N.S.D.A.P. książka Ericha Seiferta pt. "Żyd o wschodniej granicy", w której dowodzi się tezy, jakoby Polacy upadek państwa polskiego chcieli sobie powetować zemstą na Żydach. Wiadomo, jak strasznych pogromów i rabunków dokonali Niemcy na ludności żydowskiej. W książce Seiferta pogromy te przypisano bez reszty Polakom, których mściwość została jakoby pohamowana przez władze niemieckie, które "wszędzie zdołały zaprowadzić ład i bezpieczeństwo", co przez Żydów zostało powitane z najserdeczniejszą wdzięcznością. Gdy się czyta te kłamstwa, przypominają się ponure sceny zareżyserowane wiosną 1940 roku przez Niemców w Warszawie, w których gromadki najętych uliczników napadały na Żydów, a żołnierze niemieccy występowali w ich obronie, co zostało sfilmowane jako fałszywie spreparowany corpus delicti. Trzeba się liczyć z tym, że zapobiegliwość niemiecka w kierunku stworzenia tego rodzaju dokumentów mających szkodzić Polsce w Anglii i Ameryce, czułych na sprawę żydowską, będzie rosła i z czasem doczekamy się takiego na przykład oskarżenia, że nawet tworzenie ghetta warszawskiego było wynikiem inicjatywy polskiej, która została chytrze narzucona "władzom niemieckim, tym najlepszym i najserdeczniejszym opiekunom narodu żydowskiego".

Przytaczamy specjalnie tę notatkę z "Głosu Polski" in extenso. "Głos Polski" jest jednym z najpoważniejszych pism konspiracyjnej prasy polskiej. To nie jest organ "kanapowej" partii.

Z notatką "Głosu Polskiego" zgadzamy się całkowicie. Podczas upiornych dni wiosny 1940 r., kiedy gromady nie tylko uliczników napadały na Żydów w Warszawie i grabiły sklepy żydowskie, natychmiast oświetliliśmy prawdziwy charakter tych smutnych wypadków i wskazaliśmy na rękę niemiecką, która nimi kierowała. Nikt w Ameryce i w Anglii nie uwierzy w brednie książki Seiferta. Przedstawiciele robotników żydowskich z Polski oświetlają tam należycie to wszystko, co okupant niemiecki stosuje wobec mas żydowskich w Polsce. Nie pomogą tu nawet filmy pokazujące "niezbicie", jak żołnierze niemieccy bronią Żydów przed Polakami albo jak dobrze jest Żydom w ghetcie, jakie im Niemcy dali możności pracy, jak dbają o ich wyżywienie itp.

Ale trzeba prawdzie i całej prawdzie spojrzeć w oczy. Oczywiście, że cyniczne łgarstwa hitlerowców, że to oni bronili Żydów przed Polakami i Żydzi im za to wdzięczność ukazywali - najwyżej mogą przekonać utajonych hitlerowców w Ameryce i Anglii. I nie w tych bzdurach tkwi niebezpieczeństwo dla Polski. Niebezpieczeństwo zohydzenia i kompromitowania Polski tkwi w czymś innym, a mianowicie, że Niemcy będą się powoływali na dokumenty polskie, na źródła polskie.

Oto leży przed nami broszura pt. Wielka Ideologia Narodu Polskiego wyd. Ogniw Wielkiej Polski (Warszawa, 1940), w której czytamy:

"Ideałem wewnętrznym Polski jest stworzenie geograficznej bazy - matki polskości na zachodnich i centralnych terenach Rzeczypospolitej. Z przestrzeni tej muszą być wyrugowane wszystkie elementy narodowościowo obce, ze specjalnym uwzględnieniem Żydów, których przesiedlenie poza wskazany obszar stanowić winno pierwszy etap rozwiązania zagadnienia żydowskiego".

Wiemy, że to jest pogląd Oeneru. Moglibyśmy jeszcze więcej powiedzieć o niektórych zleceniach Oeneru na "nazajutrz" po wojnie.

Ale oprócz Oeneru antysemityzm w Polsce jest nadal pilnie krzewiony. Krzewi go prasa polska wydawana przez Niemców. Znaleźć go można w prasie konspiracyjnej. Tkwi on w niezliczonych memoriałach różnych zrzeszeń gospodarczych, izb handlowo-przemysłowych, cechów, większych lub mniejszych grup obywateli, którzy je zgłaszali do władz niemieckich, aby z błogosławieństwa i namaszczenia okupanta stać się spadkobiercą majątków i placówek żydowskich, likwidowanych przez hitlerowców.

Z tego właśnie materiału Niemcy szykują na pewno już odpowiednie dokumenty, by zohydzić i oszkalować mającą powstać Polskę.

Zobowiązaniem każdego prawdziwego patrioty polskiego, każdego, który pragnie i dąży do tego, aby przyszła Wolna Polska miała maksimum warunków swobodnego i pełnego rozwoju gospodarczego i państwowego - obowiązkiem każdego jest uniemożliwić okupantom hitlerowskim korzystanie z zatrutej broni wobec Polski.

Nie tylko dlatego, że Anglia i Ameryka są "czułe na sprawę żydowską", jak twierdzi "Głos Polski". Anglia i Ameryka są wszak bardziej czułe na sprawę polską. Składają ku temu stale dowody.

I nie o czułość tu chodzi.

 

W końcu roku 1939 oświadczył gen. Sikorski:

"W tej walce, która toczy się nieubłaganie między dwoma obozami, Polska jest po stronie jasnej, bo u boku narodów, które walczą o sprawiedliwość powszechną, o odrodzenie ludzkości, i to jest naszą wielką Siłą".

Kto walczy o takie ideały, o taką Europę, ten nie może być antysemitą, ten nie może się posiłkować narzędziem propagandy hitlerowskiej, ten nie może wierzyć w ideały hitlerowskie.

I dlatego antysemityzm "polski" jest zdradą Polski, bo daje broń do ręki wrogom Polski, bo pozwala hitlerowcom zohydzić, oszkalować i zaszkodzić przyszłej Wolnej i Sprawiedliwej Polsce. [nr 2, marzec 1941]

 

ROZWAŻANIA NAD KWESTIĄ ŻYDÓW W POLSCE. W nowej, odrodzonej i Niepodległej Polsce będzie wymagała radykalnego i sprawiedliwego rozwiązania tzw. kwestia żydowska. Nazajutrz po wypędzeniu okupanta wypadnie nie tylko zburzyć mury i znieść druty kolczaste, którymi nas odgrodzono od reszty ludności. Wszystkie polskie stronnictwa, cała podziemna prasa polska potępiła wprowadzenie przez hitlerowców getta. Nawet bowiem i antysemici zdawali sobie sprawę z tego, że stawanie w obronie getta oznaczałoby przejmowanie od hitlerowców ich najgorszej broni. Nie można walczyć wraz z demokracją Europy przeciw Niemcom, nie można piętnować barbarzyństw niemieckich wobec Polaków, a jednocześnie pochwalać najjaskrawszy eksperyment Niemców wobec Żydów. I polscy antysemici pojęli, że obrona getta byłaby szkodliwa dla interesów sprawy polskiej, kłóciłaby się z polską racją stanu.

Poza zburzeniem getta, kwestią powrotu Żydów do ich poprzednich miejsc zamieszkiwania, istnieje cały szereg problemów i zagadnień tyczących się Żydów w Polsce. Zagadnienia te datują się jeszcze z czasów przedwojennych. Wojna nadała im inny charakter i znaczenie. Już najwyższa pora, aby sprawy te zacząć stopniowo omawiać i wyjaśniać. Tym artykułem rozpoczynamy te rozważania.

-

W numerze z 5 sierpnia pisma "Nowe Drogi", w artykule "Krople trucizny" czytamy:

"Propaganda niemiecka różnymi drogami dociera do najmniej odpornej części naszego społeczeństwa. Olśniewa młodych sukcesami brutalnej siły, przyciąga schlebianiem ich najniższym instynktom, atakuje wreszcie od strony ideowej. Szturm z tej strony czyni najgroźniejszy wyłom w naszym froncie walki cywilnej, bo trafia w najsłabszą pozycję. Istnieje, niestety, pomost porozumienia między pewną częścią naszego społeczeństwa i najeźdźcy. Jest nim m.in. kwestia żydowska. Na tej płaszczyźnie spotykamy się z wrogiem we wspólnym szeregu, przyjmujemy jego metody, zarażamy się jego chorą psychiką. Niedawno w Al. Jerozolimskich zebrał się tłum wokół dwóch małych zbiegów z ghetta dosłownie omdlewających z głodu. W tłumie stał chłopaczek, może 10-letni, podobnie jak i inni bezmyślnie zagapiony.

 

Jakiś przechodzień dał głodnym dzieciom 50 gr. Chłopaczek oburzył się:

"Co pan robi, przecież to Żydzi...".

A pamiętne rozruchy antysemickie w okresie Wielkiejnocy ub. roku, w których czynny udział brała młodzież polska? A te polskie dzieci, ograbiające u bram ghetta dzieci żydowskie, powracające z wyżebraną żywnością. A ci czterej chłopcy, uczniowie gimnazjum, którzy razem z gestapowcami rabowali w ghetcie żydowskie mieszkania".

"Nowe Drogi" postawiły sprawę szczerze i otwarcie. Antysemityzm jest bez wątpienia pomostem porozumienia między częścią społeczeństwa polskiego a hitlerowskim najeźdźcą: ci wszyscy, którzy korzystają z usunięcia Żydów z życia gospodarczego Polski, ci, którzy, pracując z Niemcami, zarabiają i bogacą się, ci tworzą przęsła owego pomostu. Antysemityzm jest tym właśnie kanałem, którym wróg sączy truciznę do polskiego organizmu.

Czyż nie jest zastanawiającym, że w samej Rzeszy Niemcy wobec niemieckich Żydów nie stosują ani setnej części tych prześladowań, które zastosowali wobec Żydów w Polsce? Wszak Żydzi w Niemczech to wyłącznie zawody wyzwolone i klasy posiadające, do finansjery włącznie. Nie ma wśród niemieckich Żydów ani proletariatu, ani chałupników, ani rzemieślników, tych warstw, które stanowią 60% ludności żydowskiej w Polsce. Żydów niemieckich oskarżali hitlerowcy, że stali na czele i zasilali niemieckie partie, zwalczając narodowy socjalizm, że kierowali prasą antyhitlerowską, że opanowali kluczowe pozycje w gospodarstwie Niemiec, że sztuka i literatura niemiecka podpadały pod przemożny wpływ żydowskiego ducha itp. Tym niemniej Żydom niemieckim hitlerowcy po dziś dzień nie kazali nosić opasek, nie zamknęli ich do ghetta itd., słowem - nie stosują tych jaskrawych metod eksterminacyjnych ani w Rzeszy, ani w dawnej Austryj, jakie stosują u nas. Robią to w Polsce dlatego, aby rozbroić społeczeństwo polskie, aby je osłabić, stworzyć pozory, że otwierają drogę do jego prężności, że usuwając konkurenta, pozostawiają całe życie gospodarcze Polski tylko dla Polaków. Aryjzacja, "odżydzanie" - to wszak najlepszy środek, aby skierować masy w stronę walki z Żydami, a odwrócić uwagę od walki z najeźdźcą, z hitleryzmem. Utworzyć ghetta, zaprowadzić opaski dla Żydów to najlepsza metoda, aby jak najmniej mówiono wśród społeczeństwa polskiego o tym, co się dzieje z Polakami, w Łodzi, na Górnym Śląsku, w Poznańskim, na Pomorzu itd.

I jeszcze jedno. "Dziel i panuj" - to stara zasada pruska, a obecnie hitlerowska. Podzielić, pokłócić między sobą ludność Polski i opanować całość. Przecież Niemcom bynajmniej nie chodzi o to, aby przez wtłoczenie Żydów do getta Polacy stali się wyłącznymi gospodarzami Polski. Pozwalano chwilowo Polakom zająć miejsca Żydów, po to aby rozbić wspólny opór polsko-żydowski przeciwko opanowaniu gospodarstwa Polski przez Niemców. Nie było bowiem w Polsce oddzielnego organizmu gospodarczego polskiego i żydowskiego. Wszystko było razem splecione, jedno zazębiało się o drugie, żydowski warsztat pracy uzupełniał polski. Metoda hitlerowska polegała na tym, ażeby wbić klina między Polaków a Żydów, wyeliminować z początku Żydów, aby po tym rugować i Polaków. To właśnie obecnie się odbywa: Niemcy zmierzają metodycznie do zepchnięcia Polaków w życiu gospodarczym Guberni na niższe szczeble, a sami opanowują kluczowe pozycje w przemyśle, handlu i bankowości.

-

Powiedzmy otwarcie, że polska prasa podziemna, lewicowa i demokratyczna przeważnie przemilczała zagadnienie antysemityzmu. Nie udzielała mu należytego miejsca. Nie przestrzegała społeczeństwa polskiego przed podstępnymi ideologicznymi pułapkami. Profilaktyka antysemicka, zwalczanie żydożerczej propagandy hitlerowskiej jest ważnym orężem walki z najeźdźcą, gdyż uodparnia każdego Polaka przeciwko hitleryzmowi niosącemu na swych sztandarach "śmierć i zagładę wszystkim innym narodom".

Słusznie ostatni (z połowy sierpnia) numer WNR zarzuca polskiej prasie podziemnej, że podając skrzętnie wezwania i enuncjacje rządu polskiego w Londynie, przemilcza systematycznie wszystkie stamtąd ostrzeżenia przed antysemityzmem, przed współpracą i naśladowanie w tym kierunku hitleryzmu. [nr 7, sierpień 1941]

 

KTO W POLSCE POMAGA HITLEROWI? Jesteśmy oddzieleni od społeczeństwa polskiego murami i kolczastymi drutami. Tylko nieliczni spośród nas przedostają się "za granicę"- na tamtą stronę murów. Do getta przechodzi trochę więcej Polaków. Faktycznie jednak jesteśmy od siebie ściśle izolowani. Nie oddziałujemy wzajem na siebie ani kulturalnie, ani towarzysko, ani gospodarczo, jak to miało miejsce "przed tym". Wbrew bowiem wszelkim teoriom my, Żydzi i Polacy w Polsce niepodległej, zazębialiśmy się w tysiącach punktów, przenikaliśmy się nawzajem w tysiącach miejsc i stanowiliśmy jedną całość, rządzoną wspólnym losem.

Obecnie prowadzimy odrębne żywoty. Nie wiemy dokładnie, jakim jest właściwy stosunek masy polskiej do masy żydowskiej. Jedni stwierdzają wzrost antysemityzmu, inni przytaczają setki faktów, które świadczą odwrotnie o ludzkim stosunku robotnika, chłopa, zwykłego człowieka z ulicy polskiej do żydowskiego nędzarza, do Żyda uciekającego z obozu "pracy", do żebrzących dzieci żydowskich.

W dzisiejszych warunkach trudno jest stwierdzić, gdzie płynie właściwy nurt, a co stanowi jego powierzchowną tylko pianę. Zdawać sobie jednak musimy sprawę, że właśnie te warunki najbardziej sprzyjają rozpowszechnieniu się "nienawiści niewolnika do niewolnika". Wystarczy raz przejechać się pociągiem, w którym nie ma ani jednego Żyda, aby przekonać się, jak nawet o byle głupstwo skacze Polak rodakowi do gardła, jak ludzie w jednym przedziale kolejowym ciągle się kłócą i zieją do siebie nieopisaną złością.

Nie wolno również zamykać oczu na ten fakt, że ciągła i celowo uprawiana przez hitlerowców agitacja antysemicka żłobi w mózgach i duszach Polaków niezatarte ślady. Do zasadniczych i przede wszystkim przez hitlerowców stosowanych metod ujarzmiania narodów należy wyłącznie antysemityzm. Jest on kamieniem węgielnym światopoglądu narodowosocjalistycznego i abecadłem systemu podbojów. Gdziekolwiek noga hitlerowców stanie, tam nazajutrz zaczyna się wojna przeciw Żydom i usiłowanie wprzęgnięcia miejscowego społeczeństwa do tej wojny. Kiedy przed paru tygodniami przeszła przez Czechy fala terroru, to w całej prasie niemieckiej pojawiły się artykuły z pretensjami pod adresem Czechów, że nie popierali hitlerowskich zarządzeń, że utrzymywali przyjazne stosunki z Żydami, że demonstracyjnie uczęszczali z Żydami do tych kawiarń, gdzie Żydom wolno było przebywać. I nawet do rdzennych Niemców mają hitlerowcy ostatnio pretensję, dlaczego współczują z Żydami, dlaczego utrzymują z nimi nadal stosunki, dlaczego poszczególni Niemcy twierdzą, że ich znajomi Żydzi to "przyzwoici" Żydzi.

-

Usiłowaniom hitlerowców zatrucia dusz i mózgów mas polskich jadem antysemityzmu, wpojenia w te masy głębokiego przekonania, że jedynym ich zadaniem jest walka z Żydami, którzy są ich największymi wrogami (a nie hitlerowcy, a nie okupant) - tym usiłowaniom największą pomoc daje część polskiej prasy nielegalnej.

Dla przykładu zacytujemy artykuł pt. "Sprawa żydowska w Polsce" umieszczony w jednym z ostatnich numerów "Polski". Stwierdza się tam, że Żydzi "są dla Narodu i Państwa Polskiego czynnikiem wręcz szkodliwym" i dlatego musi nastąpić "ograniczenie praw Żydów w Polsce i zmniejszenie ich ilości na naszych terenach państwowych". Oczywiście, że gazetka uważa, iż tylko Państwo Polskie ma prawo to wykonać, a nastąpi to po wojnie, "na mocy uchwał ciał ustawodawczych lub zarządzeń Władz Państwowych działających w ramach obowiązującej Konstytucji". "Polska" jest przeciwna stosowaniu gwałtów publicznych wobec Żydów. Usunięcie ich "nadmiaru" nastąpi w drodze emigracji. "Już w chwili obecnej zadaniem polskiej dyplomacji jest takie zostawienie sprawy żydowskiej na terenie międzynarodowym, by zrozumiano właściwość naszego rozwiązania sprawy żydowskiej i wyszukano odpowiednie tereny emigracyjne". Według "Polski" nie można jeszcze dziś przewidzieć szczegółów rozwiązania w przyszłej Polsce sprawy żydowskiej.

"Nie wiemy dziś, w jakich rozmiarach element żydowski zostanie w Polsce wytępiony przez okupację hitlerowską. Obywatelom polskim nie wolno czynnie współdziałać w niszczeniu Żydów przez okupantów".

Zacytowany artykulik jest typowy dla niektórych polskich gazetek. Redaktorom ich wydaje się na pewno, że ich antysemityzm, ich sposób rozwiązania kwestii żydowskiej w przyszłej niepodległej i wolnej Polsce jest o całe nieba różny od metod hitlerowskich i okupanckich.

W rzeczywistości nie ma tu żadnej różnicy: pracują oni wszyscy ad usum Hitlera, dla triumfu nazizmu wśród Polaków.

Przeciętny czytelnik wywodów, jakie cytowaliśmy z "Polski" o kwestji żydowskiej, musi logicznie następująco rozumować:

- O ile Żydzi są szkodliwi dla Polski i narodu polskiego, o ile muszą z Polski emigrować, to dlaczego ma tylko ich "nadmiar" emigrować? Powinni być wszyscy usunięci. I właściwie dlaczego z tym czekać do końca wojny? Dlaczego potępiać hitlerowskiego okupanta, który już wykonuje tę pracę, jaką w przyszłości będzie miał przeprowadzić polski rząd?

A logiczny wyznawca zasad "Polski" musi sobie pomyśleć, że fizyczne niszczenie Żydów przez hitlerowców w Polsce jest również rzeczą pożyteczną, bo zmniejsza liczbę Żydów. Zwłaszcza że "Polska" uważa, iż Polakom nie wolno tylko czynnie współdziałać z okupantem w niszczeniu Żydów. Wynika stąd, że sympatyzować wolno!

Jeżeli zaś hitlerowcy zwalczają i niszczą Żydów, którzy są szkodliwi dla polskiego narodu i państwa, to tym samym pomagają Polakom, a więc nie są wrogami Polaków i z nimi powinno się współpracować, chociażby częściowo, chociażby czasowo?

Do takich logicznych konkluzji musi dojść każdy, kto w Polsce wkracza na drogę antysemityzmu, powodując wyłącznie rozbrojenie moralne wobec hitleryzmu, wobec światopoglądu narodowosocjalistycznego.

Tak jest i inaczej być nie może. Żadne zastrzeżenia tu nie pomogą. Albo ostrą brzytwą trzeba przeciąć wszystkie najcieńsze nawet więzy łączące ze światopoglądem hitleryzmu w tym przekonaniu, że wszystko, co odeń pochodzi, wszystko, czym się oni posiłkują, to sieć do łowienia umysłów i dusz, albo udzielając najmniejszej nawet koncesji dla nazizmu, dostać się w macki potężnego polipa, który prędzej czy później omota całkowicie swą ofiarę.

Polscy antysemici szkodzą przyszłej Polsce, bo pomagają wręcz Hitlerowi. Szkodzą również i dlatego Polsce, bo pozwalają hitlerowcom powoływać się na terenie międzynarodowym, że bestialskie niszczenie Żydów w Polsce znajduje odzew i sympatię w samym społeczeństwie polskim, że Polacy widzą w Żydach wrogów, których chcą za wszelką cenę się pozbyć z Polski.

Polscy antysemici domagają się nawet od Rządu Polskiego, aby w Anglii i Ameryce już agitowali za koniecznością emigracji Żydów z przyszłej Polski. Hasła demokracji, sprawiedliwości społecznej i wolności, dostęp wszystkich narodów do bogactw światowych i... wyrzucanie Żydów z Polski. To się wedle nich nazywa zdobywanie opinii demokracji dla sprawy Niepodległej i wolnej Polski. [nr 8, październik 1941]

NIE PRZEMILCZAJMY. W październiku ubiegłego roku Rząd Polski ogłosił w Londynie "Deklarację Zasad" - krótki program ideowy Rządu Rzeczpospolitej Polskiej, który przytaczamy na innym miejscu. Deklaracja ta dotarła do kraju o wiele później. Polska prasa podziemna dopiero teraz omawia tę deklarację i się ustosunkowuje do niej.

Miedzy innymi deklaracja stwierdza, że

"Polska będzie państwem demokratycznym, opartym na równości wszystkich obywateli, bez różnicy rasy, wyznania i narodowości, wobec prawa i przed urzędami, na poszanowaniu wolności jednostki i praw obywatelskich, wreszcie na poszanowaniu praw narodowych mniejszości narodów słowiańskich, litewskiej i żydowskiej".

Musimy stwierdzić, że jeśli idzie o krótkie i lapidarne określenie praw jednostki i obywatela, o podkreślenie, że prawa obywatela Polski, niezależnie od jego rasy, wyznania i narodowości, będą równe i niezmniejszone, oraz o zaznaczenie, że oprócz równych praw obywatelskich w Polsce będą również uszanowane prawa narodowe mniejszości - formuła deklaracji nas zadawala.

Inną jest rzeczą, że same zasady nie stanowią wszystkiego. Tak samo jak nie wszystko stanowi konstytucja. Rzecz bowiem najgłówniejsza, jak te zasady bywają urzeczywistnione. (...)

Stoimy bowiem przed faktem, że już usiłuje się obejść i unieważnić słuszne i konieczne zasady głoszone przez rząd polski w jego deklaracji ideowej. W "Rzeczpospolitej Polskiej" z dnia 23 stycznia, w artykule zasadniczym omawiającym deklarację rządową, z którą pismo to zgadza się całkowicie, znajdujemy wyliczenie zagadnień, które będzie trzeba załatwić w przyszłej Polsce. A między innymi: "uregulowanie kwestii żydowskiej w sposób zgodny z chrześcijańskimi zasadami polityki polskiej, ale zarazem tak, aby przestała ona być czynnikiem czyniącym z nas naród kaleki, dotkliwie cierpiący wskutek tego, iż dyspozycja w wielu dziedzinach naszego życia gospodarczego i kulturalnego spoczywa w obcych rękach".

Aby zilustrować jeszcze wyraźniej, o jakie idee walczy obóz demokracji, "Rzeczpospolita" przytacza wynurzenia w tej sprawie wybitnych publicystów angielskich umieszczone w półoficjalnym wydawnictwie angielskim.

"Nie walczymy tylko z Niemcami hitlerowskimi - powiada jeden z polityków angielskich. - Walczymy z odwieczną niemiecką koncepcją zaborów, eksterminacji, niewoli. Obecnie wyraziła się ona w formie hitleryzmu - dlatego zniszczyć należy hitleryzm. Może ona jednak odrodzić się, jak odrodziła się w przeszłości, w innych formach.

Ta wojna ma za zadanie tym razem na najdłuższy czas uniemożliwić to. Więcej jeszcze: ta wojna ma za zadanie uniemożliwienie powstawania tego rodzaju prądów wszędzie indziej, w każdym innym kraju. (...)

Totalizm, rasizm, poganizm są wrogami ludzkości. (...) Nie pozwolimy na to, by odrodziły się one gdziekolwiek indziej po tej wojnie. Powstałe po tej krwawej kąpieli kraje Europy będą musiały o tem pamiętać. Na straży tego my, Brytyjczycy, lub jeśli opatrzność tak zechce, my, Anglosasi, będziemy stać (...)".

Sprawa jest jasno postawiona. "Rzeczpospolita" żadnych zastrzeżeń nie wysuwa dla tych nowych koncepcji angielskich polityków. Wprost przeciwnie. "Rzeczpospolita" stwierdza, że "myśl polityczna Narodu Polskiego weszła odruchowo na drogę synchronizacji swych ideologiczno-politycznych i ustrojowych dążeń z tym wielkim prądem ideowym, idącym poprzez kraje i narody naszych aliantów i nabierającym coraz bardziej charakteru jednego z głównych ideowych sztandarów tej wojny".

I w tym dążeniu do synchronizacji tkwi źródło polityczne "Deklaracji Zasad" Rządu Polskiego. Kroczy on, jak powiada "Rzeczpospolita", "mądrą i trafną drogą realnej polityki uzgadniania dążeń Polski z zasadniczymi ideologicznymi dążeniami naszych wielkich sprzymierzeńców". "Rzeczpospolita" uważa nawet, że od "osiągnięcia tej harmonii" "zależy zaufanie tych potęg" w sferze hegemonii, w których znajdzie się po wojnie cały świat i od których zależeć będą granice przyszłej Polski.

-

Począwszy od pierwszych numerów naszego pisma, podkreślaliśmy stale, że wyzwolenie Niepodległej Polski, jej przyszły trwały byt i jej wielkość są ściśle zależne od zespolenia się z ruchami wolnościowo-demokratycznymi. (...)

Jak mamy jednak rozumieć twierdzenie "Rzeczypospolitej", iż (...) z Polaków "naród kaleki, dotkliwie cierpiący wskutek tego, iż dyspozycja w wielu dziedzinach naszego życia gospodarczego i kulturalnego spoczywa w obcych rękach"?

Leży przed nami kalendarz na rok 1942. (...) Kartki tego kalendarza zawierają na odwrocie różne sentencje - wśród kartek znajdujemy sentencję zatytułowaną "Pod gwiazdą Syjonu" o następującej treści: "Czy wiesz, że Żydzi w 1939 r. stanowili dziesiątą część ludności, a trzecią część ludności miejskiej naszego kraju... Żydzi wzięli w pacht banki i prasę, handel i kulturę, wypełniali dancingi i salony, wyciskali z chłopa i robotnika ostatni grosz. Dziś Żydzi wrócili do swej właściwej roli w murach dzielnicy żydowskiej".

Nikt nie zdoła zaprzeczyć, że przytoczone sentencje polsko-hitlerowskiego wydawnictwa rozwija właściwie szerzej twierdzenie "Rzeczypospolitej" o "kalekim narodzie" i "obcych rękach". "Rzeczpospolita" nie przedstawiła nam sposoby uregulowania kwestii żydowskiej w Polsce. Inne natomiast podziemne pismo, które również uznaje konieczność utrzymywania "ideowej łączności" z narodami demokratycznymi, w artykule omawiającym "sprawę żydowską" dogadało się aż do wysiedlania Żydów z Polski i do praw specjalnych dla Żydów.

-

W odpowiedzi tym wszystkim (...) zacytujmy w odpowiedzi słuszne słowa: "(...) Świat demokracji po wojnie, świat zwycięski nad nacjonalizmem i nacjonalizmem faszystowsko-hitlerowskim nie pozwoli nikomu odwracać metod gwałtu, nie będzie nigdzie tolerować polityki bezprawia i krzywdy. Z tym faktem niech się liczy u nas cały obóz endecko-oenerowski, z tym niech się liczą ci z demokratów, którzy sądzą, że uda się na marginesie demokratycznego ustroju przemycić niedemokratyczne rozwiązania m.in. sprawy żydowskiej. Zasady demokratyczne wolności, równości obywateli będą u nas obowiązywały, chcemy czy nie chcemy, jako conditio sine qua non naszej własnej wolności, naszego własnego bytu" ("Nowe Drogi", nr 2 z dn. 21 I 1942).

W przyszłej wyzwolonej Niepodległej Polsce, która do bytu państwowego wróci tylko wówczas, gdy blok faszystowsko-hitlerowski będzie całkowicie zmyty z powierzchni ziemi, w tej nowej, demokratycznej Polsce kwestia żydowska będzie musiała znaleźć rozwiązania na gruncie pełnej równości obywateli Żydów wobec prawa oraz na uznaniu praw kulturalno-narodowych dla mniejszości żydowskiej.

(...) I tu znowu zacytujemy:

"Nie dojdziemy do rozkwitu gospodarczego, do ożywienia handlu i przemysłu, drogą wyeliminowania żydowskiego konkurenta na tym polu. Żerowanie na cudzej krzywdzie, stosowanie metod nazistowskich dla zwalczania gospodarczej supremacji Żydów, jest to polityka krótkowzroczna i zagrażająca bytowi przyszłej Polski".

My, socjaliści żydowscy, nie stajemy w połowie drogi, nie tylko żądamy i walczymy o demokratyczną Niepodległą Polskę, ale również o daleko idącą przebudowę społeczno-gospodarczą ustroju Polski, o uspołecznienie fabryk, domów, kopalń, banków, handlu, tych wszystkich dziedzin, które do tego dojrzały. To uspołecznienie pozwoli masom ludowym Polski być bezapelacyjnym dysponentem całego życia. [nr 1, styczeń 1942]

Wydanie trzecie "Marek Edelman. Życie. Po prostu"

 

Redakcja: Lidia Kośka, Elżbieta Lewczuk

Korekta: Jacek Bławdziewicz

Projekt graficzny okładki: Tomasz Majewski

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

Wybór fotografii: Agnieszka Żelazko, Witold Bereś i Krzysztof Burnetko

Przygotowanie zdjęć do druku: Anna Biała

Zdjęcie na okładce: Bogdan Krężel/PRZEKRÓJ/VISAVIS.PL/FORUM

Źródła zdjęć (odwołania do numerów stron dotyczą wydania papierowego książki): str. 8-9 archiwum Marka Edelmana, str. 750-751 Arkadiusz Ścichocki/Agencja Gazeta

Redaktor prowadzący: Magdalena Kosińska

 

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

 

Fundacja "Świat Ma Sens" Kraków - Limanowa 2019

Fundacja "Świat Ma Sens" Biuro Zarządu, ul. Nowowiejska 5/7, 30-052 Kraków, info@ŚwiatMaSens.pl, www.SwiatMaSens.pl

 

Copyright for this edition ? by Witold Bereś, Krzysztof Burnetko

Copyright for this edition ? by AGORA SA 2019

Copyright for this edition ? by Fundacja Świat Ma Sens

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2019

 

ISBN: 978-83-268-2976-5 (epub), 978-83-268-2977-2 (mobi)

Wydanie elektroniczne 2019

 
 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej