Echo przeszłości - Cecilia Sjögren

Kup ebooka

34.99 zł
27.99 zł (8,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1942 

– Lars widział niemieckie łodzie, kiedy pływał wczoraj w Simpnäs. – Hedda biegła za Siri przez teren fabryki. Szarobiała para z suszarki wokół ich stóp przypominała opary z bagien i miała trudny do zniesienia smród. Siri przyspieszyła kroku, nic nie odpowiadając. Chciała uciec od ostrego zapachu rozgrzanych wnętrzności i rybich łusek. Zejść nad morze, by pooddychać świeżym powietrzem, teraz gdy wieczorna zmiana dobiegła końca. Nawet po roku pracy w fabryce konserw wciąż nie przyzwyczaiła się do zapachu suszarki.

– Słyszałam, jak Erbert i Mats też o tym rozmawiali – kontynuowała Hedda, podrzucając swój gruby blond warkocz.

– Co powiedział Erbert? – Siri zatrzymała się przed bramą fabryki i odwróciła do Heddy.

Była to nie tylko jej koleżanka przy taśmie, ale także największa plotkara. Z tą cechą wiązała się umiejętność wyłapywania różnych rzeczy. Teraz najwyraźniej coś ciekawego dotarło do jej uszu.

– Słyszałam, jak rozmawiał z Matsem przy pakowaniu.

– Tak?

Siri westchnęła i z tęsknotą spojrzała na zatokę, gdzie srebrzyło się morze.

– Powiedział, że Szwecja idzie na rękę Niemcom. Że wpuszcza niemieckie łodzie na nasze wody – ekscytowała się Hedda.

– A dlaczego miałoby to być prawdą?

– Dokładnie to samo powiedział mu Mats. Ale Lars widział łodzie na własne oczy. Na pokładzie byli żołnierze. Krążyli blisko wybrzeża, śpiewając niemieckie pieśni bojowe.

– Hedda, nie jestem pewna – skomentowała Siri. – Nie wiem, co jest prawdą.

Ruch łodzi był jedną z rzeczy omawianych na spotkaniach ruchu oporu. Cóż, nie tylko omawianą. Dzięki podróżom promem i prowadzeniu zwiadu z lądu zidentyfikowali łodzie z oznaczeniami i wszystko inne. Sprawdzili trasę z Landsort przez archipelag sztokholmski, wybrzeże Väddö aż do latarni Svartklubben. Na własne oczy widzieli, jak z pomocą szwedzkich pilotów Niemcy przedostawali się przez pola minowe nad Morzem Alandzkim do Finlandii.

– Pomyślałam, że może o tym rozmawialiście na spotkaniach – powiedziała Hedda, przybierając minę życzliwego spowiednika.

– Co masz na myśli?

– Klub. Wszyscy wiedzą, że się spotykacie.

– Kim są wszyscy?

– Mieszkańcy okolicy.

– Nie wierz w każdą bzdurę, którą usłyszysz.

Hedda zacisnęła usta i obrażona uniosła głowę do góry.

– Daj spokój – powiedziała niezadowolona. – Wiem, że to prawda.

Wyprzedziła Siri, przeszła przez bramę i pospieszyła w kierunku wioski.

Siri stała chwilę bez ruchu. Czy ktoś w klubie mógł powiedzieć Heddzie? Nie było takiej możliwości. Kopnęła kamień i zaczęła kierować się do wyjścia. Ta sprawa nie dawała jej spokoju. Heddzie udało się zasiać ziarno niepokoju.

Sten był założycielem klubu. Na stoliku z książkami, w niepozornym miejscu na targu w Norrtälje, znalazł kilka starych numerów „Arbetaren”2 . Było to zeszłego lata, kiedy byli jeszcze parą. Zauroczony gazetą, przekonał Siri do obowiązku podjęcia walki o godne warunki pracy.

– Założymy klub – powiedział, i tak się stało.

Ich grupa szybko powiększyła się o Jana, Barbro i Ernę. W ciągu pierwszych kilku miesięcy ich dyskusje skupiały się na artykułach z zużytych czasopism. Wiosną, po okresie spędzonym na morzu, dołączył do nich Elon. Na spotkaniach opowiadał dużo o zbrojnej obronie Republiki Hiszpańskiej przez syndykalistów. O tym, jak w Katalonii przeprowadzili całkowitą transformację ustroju społecznego w kierunku libertariańskiego socjalizmu. To Elon wprowadził temat wojny do porządku obrad.

Siri tak naprawdę nie wiedziała, co sądzić o tych wszystkich pomysłach, ale zbiegło się to w czasie z rosnącą liczbą swastyk pojawiających się na murach i skałach w okolicy. Nazistowskie wiece i marsze nasiliły się, a hitlerowcy coraz częściej byli widywani na ulicach i placach w swoich jasnobrązowych mundurach z charakterystycznymi pasami i wysokimi butami. Animozje po bójce przed fabryką silników Pythagoras kilka lat wcześniej wciąż trwały. Jeden z robotników musiał nieść głowę psa po tym, jak nazista został popchnięty na górę lodu w pobliżu wesołego miasteczka Folkets Park. Siri nagle poczuła, że powinna zaprotestować przeciwko nazistom. Nie wiedziała, co będzie dalej. Jan i Sten otrzymali rozkazy powołania do wojska i wkrótce, jak wielu innych, mieli opuścić Grisslehamn.

– Dzień dobry. Widzę, że panna Mattsson gra w piłkę nożną.

Siri się wzdrygnęła. Nie słyszała nadejścia Matsa Petterssona, który był odpowiedzialny za dział pakowania w fabryce; część produkcji, w której konserwy umieszczano na drewnianych tackach i zamykano nitowanymi pokrywkami.

Uśmiechnął się tępo i spojrzał na nią z półotwartymi ustami. Zaspane oczy błyszczały. Jak letni szczupak w trzcinach – pomyślała.

– Dzień dobry – odpowiedziała, odruchowo się kłaniając.

Nigdy nie czuła się komfortowo w jego towarzystwie, mimo że był niewiele starszy od niej. Było w nim coś drapieżnego. Spojrzenie, które zawsze skupiało się na piersiach i talii dziewcząt, gdy kontrolował ich pracę.

Ale zważając na jego pozycję, wiedziała, że lepiej go nie lekceważyć.

– Jeśli panna Mattsson jest w drodze do domu, może będę mógł do niej dołączyć?

To była ostatnia rzecz, jakiej chciała, ale nie było sposobu, by grzecznie odmówić. Szli obok siebie w milczeniu, z dala od śmierdzącej fabryki. Szereg chmur przecinał czerwone wieczorne niebo. Po chwili Mats się odezwał:

– A jak matka panienki radzi sobie sama?

– Dziękuję, dobrze – odpowiedziała.

– To było straszne, co się stało z panienki ojcem. Wszyscy byliśmy tego zdania.

Siri skinęła głową.

Morze, sztorm. Jedna z najgwałtowniejszych burz, jakie nawiedziły wybrzeże Roslagen zeszłej jesieni. Czarne chmury zasłoniły całe niebo. Spienione fale, wysokie na metr, rozbijały się o klify. To ciemne, grzmiące piekło porwało łódź ojca.

– Był dobrym człowiekiem.

– Tak – odpowiedziała Siri, zastanawiając się, dokąd zmierza Mats.

Była pewna, że jej ojciec nigdy nie spędzał czasu z tym chłopakiem. Mats, w przeciwieństwie do jej taty, był przychylnie nastawiony do Niemców i cała społeczność o tym wiedziała. Krążyły nawet plotki, że ojciec chłopaka, który miał sklep w Norrtälje, sprzedawał niektóre trudno dostępne towary spod lady i przekazywał pieniądze partii nazistowskiej.

– Musi być wam teraz ciężko bez jego dochodów z rybołówstwa.

– Damy sobie radę. Mamy moją pensję.

Różnica była jednak kolosalna. Ojciec Siri dobrze zarabiał. Regularnie sprzedawał połowy do fabryki, która odbierała gotowe skrzynki z dorszem w porcie.

– A właśnie… – zaczął powoli. – Może mógłbym pomóc?

Spojrzała na niego pytająco. Pomimo mniejszych dochodów ona i jej matka odkładały co miesiąc niewielką kwotę na pocztowym koncie oszczędnościowym Siri. Nie było to wiele, ale cieszyły się, widząc, jak kwota powoli, lecz systematycznie rośnie.

– Pracuje panienka z nami już od roku i bardzo dobrze wykonuje swoje obowiązki. Może panna Mattsson byłaby zainteresowana awansem?

– Dziękuję – odpowiedziała, czując, jak jej policzki oblewa rumieniec. Wypełniała ją radość. Już widziała oczami wyobraźni wyraz twarzy Heddy, gdy mówi jej, że dostała awans i nie będzie już zwijać śledzi.

– Oczywiście możemy to przedyskutować – powiedział, biorąc ją w objęcia. Wpadła w pułapkę. Poczuła ciepło jego ciała, a wraz z tym dyskomfort. Była sama na drodze w letni wieczór. Nie mogła się ruszyć, czuła się jak w imadle.

– Będę musiała to przemyśleć – powiedziała. Udawała głupią. Zdawała się nie pojmować, o co mu chodzi.

– Takie oferty nie trwają wiecznie, panno Mattsson.

– Rozumiem.

Znajdowali się blisko rozdroża.

Zwolnił uścisk i dotknął jej talii.

– Dziękuję za towarzystwo – wyjąkała. – Muszę się pospieszyć, żeby mama się nie martwiła.

Zanim zdążył coś powiedzieć, uciekła. Biegła jak zając na polowaniu. W stronę Byholmy i chaty matki. Wokół migały niewyraźne kontury drzew wzdłuż opustoszałej drogi. Myśli w jej głowie przypominały zgrzytający żwir. Nie zatrzymała się, dopóki nie dotarła do bramki przy chacie. Wstyd pojawił się jak plama na sukience. Przeklinała siebie za to, że dała się złapać w jego misterną pułapkę.

 

Veronika delikatnie odwróciła głowę i spojrzała na budzik. Jedenasta. Słaba smuga światła przenikała przez cienką koronkową zasłonę. W ustach czuła gorycz alkoholu. Na podłodze obok łóżka leżał stos róż w celofanowym opakowaniu. Podciągnęła kołdrę pod brodę, by zapomnieć o wczorajszym dniu. Nie pomogło.

Brudne stopy mocno kontrastowały z białym prześcieradłem. Spacer przez Norrtälje bez butów, spodnie lepkie od słodkiego napoju. Ciepło kostki brukowej pod stopami. Księżyc mały jak orzeszek nad nią i Jonnym. Jego nasycony whisky oddech trochę za blisko. Dlaczego zadała sobie tyle trudu, by pomóc mu wrócić do domu? Kupił dla niej całe wiadro róż od sprzedawcy, który liczył na zarobek w tę pogodną noc.

Kołdra otulała przyjemnie jej nagie ciało. Cały czas przed oczami majaczył jej Jonny. Skuliła się w wygodnej pozycji. Postanowiła zostać w łóżku i rozpamiętywać zdarzenia wczorajszego dnia, gdy nagle przypomniała sobie o artykule.

Jej ciało ożyło i od razu wstała z łóżka. Wciągnęła na siebie starą koszulkę i założyła szorty, które leżały na krześle. Na chwiejnych nogach zeszła po schodach, trzymając róże. Drzwi frontowe były uchylone.

Musiałam zapomnieć je wczoraj zamknąć – pomyślała z roztargnieniem, po czym poszła do kuchni i wrzuciła kwiaty do zlewu. Następnie wróciła do przedpokoju i założyła stare gumowe buty dziadka. Jej wzrok padł na skrzynkę pocztową przy końcu uliczki. Wyszła na drewniany taras i z hukiem zatrzasnęła frontowe drzwi. Stąpała niepewnie w wielkich butach po nieskoszonej trawie, kierując się w stronę drogi. Podeszwy chrzęściły na nierównym żwirze. W końcu dotarła do skrzynki pocztowej i wyciągnęła gazetę z wąskiej szczeliny. Pulsowało jej w skroniach. Niebo nagle pociemniało.

Prolog

Majorka, miesiąc wcześniej

Przeczuwała, że tak się stanie. Że prawda w końcu wyjdzie na jaw i zatruje jej codzienność. Mimo to żyła w kłamstwie, mając nadzieję, że nikt się nie dowie. Z upływem kolejnych lat jej sekret zdawał się coraz lepiej ukryty. To dawało jej mylne poczucie bezpieczeństwa. Jego wczorajsza wizyta zmieniła jednak wszystko.

Señora Orjeda zgasiła papierosa na parapecie i owinęła się ciaśniej poplamionym fartuchem malarskim. Spojrzała z niepokojem na ogród. Za ręcznie wykonanym murem z suchego kamienia, porośniętym bugenwillą, sosny rozpościerały swoje ogromne korony. Dumne, proste drzewa otaczały modną ulicę Avinguda de la Rossegada. Wyraźnie kontrastowały z niskimi kosodrzewinami, które znała z dzieciństwa.

Na myśl o domu zadrżała jej ręka. Palce przejechały mechanicznym ruchem po siwych włosach. Jej dłonie były poplamione czerwoną i żółtą farbą, co świadczyło o tym, że rano malowała. Wzrok błądził.

Po drugiej stronie ulicy wznosiły się i opadały fale Morza Śródziemnego. W ten wiosenny wieczór powietrze przesycone było solą i zapachem pinii. Uwielbiała tu stać i patrzeć na to, co stało się dla niej wszystkim: drzewa cytrusowe i migdałowce pośrodku ogrodu; hibiskus i lawenda pnące się po wapiennej krawędzi klombu; pomalowana na biało willa z przestronnym patio, gdzie dziś zamknęła okiennice wielkich, łukowatych okien, aby uchronić się przed upałem.

Señora Orjeda stłumiła ziewnięcie. Wstała wcześnie rano, jeszcze zanim słońce pojawiło się nad skalistym grzbietem gór Sierra de Tramuntana. Nie mogąc zasnąć, stanęła w drzwiach patio i czekała. Zdecydowała się zostać. Nadszedł czas, by w końcu wszystko opowiedzieć. Nie widziała innego wyjścia z tej sytuacji.

Był już wieczór, a on wciąż nie przyjeżdżał. Może jednak zmienił zdanie?

Señora Orjeda popatrzyła na ulicę. Okolica była całkowicie opuszczona, ale oszałamiająco piękna.

Nie widziała dziś swoich sąsiadów. Być może skrywali się przed upałem, a może po prostu wyjechali. Zamożni obcokrajowcy, którzy udali się do domu, gdy upał i turyści wzięli wyspę we władanie. Była to możliwość ucieczki od tego, co niewygodne.

W ciągu dnia nie widziała nawet Sergia, który pomagał jej we wszystkich praktycznych sprawach dotyczących domu. Obiecał, że dokończy prace związane z odsłonięciem cegieł ściany patio, ale najwyraźniej coś mu wypadło.

Cholerny Hiszpan – pomyślała.

Pomimo prawie siedemdziesięciu lat spędzonych na wyspie wciąż miała trudności ze zrozumieniem, że umówiony czas spotkania nie był żadnym zobowiązaniem. Potrzebowała dziś jego obecności, by nie skupiać się na nerwach, które trawiły ją od środka.

Powoli przesunęła dłonią po wytartej okładce, poplamionej sadzą i zniszczonej przez samo życie. To była historia, którą w końcu musiała opowiedzieć.

Ostrożnie położyła zeszyt na delikatnie reliefowanym blacie ławy stojącej przy oknie. Cienkie palce jej dłoni gładziły mozaikę, lazurowy błękit na tle piaskowej terakoty. Na stoliku stała do połowy pełna butelka cavy, której etykietę zdobiła jedna z jej zeszłorocznych prac. Lokalne wino, lokalna artystka. Wykwinty trunek we wspaniałej szacie. W wieku 85 lat wciąż była w stanie utrzymać się z malowania. Ale to, co stworzyła tego ranka, nie nadawało się do sprzedaży.

Drżącymi rękami pozwoliła kolorowi płynąć po bielonej ścianie. Osoba postronna uznałaby to za plagiat wielkiego Miró; ale ktoś, kto ją rozumiał, wiedział, że dała gwałtowny upust stłumionym uczuciom, które, jak sądziła, dzieliła tylko z martwymi i morzem.

Czy kiedykolwiek ponownie poczuję, że mam prawo żyć? Czy to, z czego zrezygnowałam, może być uznane za zadośćuczynienie? Może jednak jest to możliwe – pomyślała, pozwalając swojemu spojrzeniu ponownie błądzić po okolicy.

Po drugiej stronie ulicy zadbane kwietniki zdobiły wejście do połączonych ze sobą budynków hotelu Bendinat. W dali słychać było słaby odgłos silnika. Powoli, ale zdecydowanie przybierał on na sile. Morze Śródziemne zdawało się mirażem w drżącym od upału powietrzu. Zapach lawendy stawał się coraz bardziej duszący.

Samochód zwolnił przy bramie. Do środka wdarł się uporczywy dźwięk silnika. Señora Orjeda zbliżyła się szybko do okna, przewracając butelkę wina. Bąbelki cavy spieniły się na powierzchni stołu, trunek płynął po mozaice, aż dotarł do zeszytu. Przerażona podniosła go i wytarła woskowaną okładkę fartuchem malarskim.

Wino zaczęło skapywać z krawędzi stołu na kamienną podłogę. Po chwili utworzyło małą kałużę u jej stóp. Zapach gruszek i cytryn wypełnił patio.

Przez okno widziała, jak samochód wjeżdża na hotelowy parking naprzeciwko. Silnik został wyłączony. Mężczyzna, na którego czekała cały dzień, wysiadł. Stał na parkingu, a jego wodniste, niebieskie oczy wpatrywały się w budynek. Poirytowany, przeczesał dłonią włosy, które opadły mu na czoło.

Daleko na horyzoncie słońce tonęło w bezruchu morza.

Señora Orjeda chwyciła mocniej zeszyt. Prawda była dla niej zbyt trudna. Kroczenie drogą kłamstwa było o wiele łatwiejsze. Mogłaby tak dalej żyć, gdyby nie przyjechał. Zaschło jej w ustach na myśl o zmierzeniu się z rzeczywistością.

Jej gość spojrzał na ulicę i zaczął iść w kierunku jej domu. Podążała wzrokiem za jego ruchami. Widziała, jak przechodzi przez bramę i zmierza w górę wydeptaną ścieżką. Ogród przyjął go spokojnie w promieniach zachodzącego słońca.

Mężczyzna zapukał do drzwi.

Señora Orjeda stała, nie mogąc zrobić kroku, w kałuży wina. Straciła całą swą odwagę i nie była w stanie otworzyć drzwi.

Rozległo się kolejne pukanie, a potem rygiel ustąpił pod naporem. Zobaczyła go przekraczającego próg w słabo oświetlonym patio.

– Halo? Jesteś w domu? – Jego wzrok przykuło jej poranne malowidło.

Głośno przełknęła ślinę.

– Więc wróciłeś – powiedziała. Zaczęła się mocno pocić, aż pod jej pachami pojawiły się plamy.

Rozejrzał się.

– Tak, przecież tak zdecydowaliśmy.

– Tak zdecydowaliśmy – powtórzyła.

Stał bez ruchu w cieniu.

– Chodźmy do salonu, zrobię ci kawę – zaproponowała z lekkim drżeniem w głosie.

– Nie, dziękuję. – Jego twarz była całkowicie pozbawiona wyrazu.

– To długa historia – zaczęła niepewnie. – Nie da się jej tak szybko opowiedzieć.

– Nie przyszedłem wysłuchiwać twoich kłamstw. – Podszedł krok bliżej.

– Więc po co? – zapytała, ściskając zeszyt.

– Aby zobaczyć twój strach.

– Przyszedłeś wyrównać rachunki?

– Nazywaj to, jak chcesz.

Zrobiła krok do tyłu, jednak zbyt późno zdała sobie sprawę, że ten ruch zamknął jej drogę ucieczki. Bielony ceglany mur za nią był gruby i pozbawiony otworów.

– Naprawdę myślałaś, że ujdzie ci to na sucho? – powiedział, a ona zauważyła, że jego usta po raz pierwszy wykrzywiły się w uśmiechu.

– Kiedyś musi nadejść czas, gdy przebaczenie będzie możliwe – stwierdziła, czując ucisk w piersi.

– Czas – prychnął. – Jego upływ pokazał tylko twoją lekkomyślność. Zaczęłaś zostawiać ślady. Nie mogłaś kontynuować swojej strategii na taką skalę, jak wcześniej. Nic dziwnego, że tak się stało, bo zawsze chciałaś czegoś więcej niż to, co oferowało ci życie.

– Nic o mnie nie wiesz – powiedziała niepewnie. Jej głos brzmiał obco.

– Wiem więcej, niż myślisz – odparł. – Twoje prace rozprzestrzeniają się wraz z turystami. W dzisiejszych czasach nie można się przed nikim ukryć. Obraz z Majorki nagle pojawia się na ścianie w Roslagen. To, co ukryte i zapomniane, ożywa.

Roslagen. Przed jej oczami pojawiły się gęste korony sosen. Widziała siebie biegnącą krętą ścieżką. Z dala od błyszczącego horyzontu, gdzie promienie słońca spotykały się z taflą morza. W rozkładające się igliwie czarnego lasu.

Szła naprzód, nie oglądając się za siebie. Wiedziała, że spojrzenie za siebie sprawiłoby, że zachwiałaby się. Strach pulsował jej w skroniach, nie nadążając za tętnem. Krzaki raniły jej ręce i nogi. Torebkę przyciskała mocno do siebie. Trzymała w niej bilety, klucz do nowego życia. Okropną przeszłość ukryła głęboko na dnie morza.

Przez te wszystkie lata wmawiała sobie, że tak właśnie jest. Dopóki nie zaczęły przychodzić listy. Teraz już wie, że powinna była działać bardziej stanowczo.

Wspomnienia wyssały z niej wszystkie siły, strach zaczął jej ogromnie ciążyć. Była już zmęczona oszukiwaniem wszystkich dookoła. Miała dość życia w kłamstwie, niezliczonych sekretów i niedopowiedzeń.

– Czy kiedykolwiek myślałaś o tym, co za sobą zostawiłaś? – zapytał, podchodząc krok bliżej.

– Każdego dnia – powiedziała. – Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak często.

– A jednak nic z tym nie zrobiłaś?

– Nie – wyszeptała, ściskając drżące dłonie. Słabym, monotonnym głosem zaczęła odmawiać różaniec. – Panie, zmiłuj się. Chryste, zmiłuj się. Panie, zmiłuj się. Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas…

– Trochę za późno na modlitwę – przerwał jej. – Nie możesz już uciekać przed prawdą. Przeszłość wróciła.

Jej wzrok powędrował w stronę krótszego boku patio i odsłoniętego muru. Przez jej ciało przeszedł dreszcz.

– W ścianie nie mieszkają żadne duchy – wyszeptała, by przekonać zarówno siebie, jak i jego. – To tylko stare hiszpańskie wierzenia.

– Możliwe. Mimo wszystko zmarli sprawiają, że nie możesz spać w nocy, prawda?

Jego czoło lśniło od potu. Ich spojrzenia znów się spotkały i wtedy to zobaczyła – wielki upór osoby gotowej zabić. Wyraźnie przypomniała sobie, kiedy widziała podobny wyraz twarzy po raz ostatni.

Pociemniało jej w oczach. Słyszała szum w uszach, ale też coś innego. Gdzieś w oddali słychać było znajomy warkot. To stary ford Sergio, wgnieciony z przodu i z tyłu po nieostrożnych manewrach parkingowych. Nadzieja zapłonęła, ale równie szybko zgasła. Kątem oka dostrzegła uniesiony nóż. Sergio nie był w stanie zdążyć.

Poczuła ból od ciosu nożem. Raz, dwa, odpłynęła. Tunel, ciemność. Powoli wypełniał ją pusty śmiech. Niezdrowa satysfakcja, że nie musi się już bać, że wszystko wkrótce się skończy. Z góry widziała swoje ciało i mężczyznę znikającego za drzwiami budynku.

Cisza.

Potem coś się zmieniło. Ze smutkiem obserwowała Sergio, który pochylał się nad nią, całując jej czoło.

– Kto ci to zrobił? – szeptał.

Jego przerażenie sprawiło, że znów zapragnęła powiedzieć mu, jak było naprawdę.

Na sekundę opuściła swoje miejsce na górze i znalazła się w jego ramionach, czując dotyk i łzy na swojej skórze.

– Señora Orjeda, kto? – szlochał.

Ostatkiem sił szepnęła mu do ucha. Skupił się i próbował połączyć rozproszone fragmenty układanki.

Qué?

Uśmiechnęła się do niego po raz ostatni. Jutro zamuruje ścianę i wszystko wróci do normy. Fale uniosą się wysoko i uderzą w spiczastą skałę. Gołębie jak zawsze będą szukać ochłody pod koronami sosen.

Strach w końcu ją opuścił. Rozluźniła się i pozwoliła, by wiatr niósł ją przez lśniące morze.

 

Zaspany Tore Lindahl otworzył oczy i poprawił siwiejący kosmyk włosów. Przez małe otwory w tkaninie żaluzji sączyło się słabe światło. Drobne punkciki na ciemnoniebieskim tle. Brzęk zegara podłogowego w salonie przerwał ciszę. Tore leżał bez ruchu w łóżku i nasłuchiwał. Dziwny dźwięk wyrwał go z krainy snu. Był tego pewien.

Każdego ranka budził się tuż przed szóstym uderzeniem zegara. Leżał nieruchomo i patrzył, jak pierwsze promienie słońca wpadają do ciemnego przedpokoju z sąsiedniego pokoju. Ponownie wytężył słuch. Mieszkanie było pogrążone w ciszy.

Tore z trudem wstał. Łóżko zaskrzypiało pod jego ciężarem, gdy sięgał, by włączyć małą lampkę na stoliku nocnym. Zrobił to nieuważnie, przez co radio z zegarem spadło na ziemię. Neonowe cyfry migały drażniąco w ciemności. 4:30. Zirytowany oparł zdrową rękę o krawędź łóżka, postawił zdrętwiałe nogi na podłodze i chwycił kulę. Otaczała go ciemność.

Nie powinno się mieszkać w domu spokojnej starości w wieku siedemdziesięciu pięciu lat – pomyślał, wspominając z niechęcią decyzję swojej córki Anny. Nie miało znaczenia, że placówka „Troskliwa opieka” była ładna i znajdowała się w centrum Norrtälje. Chciał wrócić do domu na Singö.

Powoli, opierając się na kuli, podszedł do okna i podciągnął roletę. Na zewnątrz świtało. Drobny deszcz padał z zachmurzonego nieba i jedynie pojedyncze promienie przedostawały się przez drzewa w sąsiednim zagajniku. Otworzył okno i poczuł chłodne powietrze wpadające do pokoju. Z oddali dobiegło pohukiwanie sowy. Coś poruszyło się w gęstwinie. W miejscu, gdzie nie sięgał wzrokiem. Żółta poświata.

Chwycił okulary leżące na parapecie. Teraz widział wyraźnie parę skośnych, żółtawych oczu i spiczaste uszy. Do sosny na skraju lasu przywiązany był owczarek niemiecki. Tuż za brzozą, w którą zaledwie tydzień wcześniej strzelił piorun. Zwierzę przykucnęło na mokrej trawie, jego sierść była wilgotna.

Przez chwilę Tore zastanawiał się, czy nie ruszyć mu na ratunek, ale w końcu postanowił tego nie robić. Nie było sensu narażać się na takie ryzyko. Może pies należał do miejscowego ćpuna? W dzisiejszych czasach nie można mieć co do niczego pewności.

Tore poczuł chłód od podłogi. Zamknął okno i podszedł do szafki, gdzie starannie ułożono filcowe kapcie. Wsunął stopy w obuwie z grubego materiału i założył kardigan na piżamę. Nie chciał się przeziębić tuż przed nocą świętojańską.

Jego spojrzenie spoczęło na odbiciu w lustrze. Jego twarz wyglądała jak maska. Usta układały się w krzywy, głupkowaty uśmiech, którego nigdy nie było widać w jego oczach. Prawa ręka zwisała bezwładnie obok tułowia.

W lepszych momentach bawiło go, że przypomina delfina. Gdy czuł się gorzej, wygląd uświadamiał mu wyraźnie powolny rozkład ciała. To był paradoks, bo nigdy w życiu nie cechowała go taka przenikliwość jak teraz.

Rozmyślania Torego przerwał hałas na korytarzu. Niewątpliwie ktoś tam teraz był. Drapanie. Brak ciszy i spokoju był jedną z najgorszych rzeczy w domu opieki.

Tore powoli podszedł do drzwi i zerknął przez judasza. Ktoś pochylał się nad zamkiem w drzwiach naprzeciwko. Jego sylwetka kołysała się w przód i w tył w świetle neonowej lampki nocnej na korytarzu.

Drzwi do mieszkania sąsiada otworzyły się, a intruz zniknął w środku. Co, do diabła? – pomyślał Tore. Chwycił przycisk alarmowy na bransoletce i nacisnął go.

 

Tore zdołał doliczyć do 573, zanim nocna pielęgniarka pojawiła się w ciemności korytarza. Widział ją już wcześniej, to Inez. Jedna z pracownic zatrudnionych przez firmę rekrutacyjną. Jej gęste, kręcone włosy sterczały na wszystkie strony.

Już po jej krokach poznał, z jakim zamiarem się zbliżała. Podeszwy uderzały o wykładzinę z linoleum. Obcasy mocno naciskały na błyszczącą podłogę. Jest bardziej wkurzona niż zwykle – pomyślał.

– O co chodzi tym razem? – zapytała. – Nie masz nic do roboty, tylko dzwonić w środku nocy?

Tore nie odpowiedział. W jego świecie takie pytanie nie wymagało odpowiedzi.

Stanęła przed nim, trzymając się pod boki. Mocno zaciskała usta. Można było powiedzieć, że miała bujne kształty. Najprawdopodobniej to określenie, by jej się nie spodobało.

– Dlaczego zadzwoniłeś? – zapytała cierpko.

– Ktoś jest w mieszkaniu Vikinga – wyszeptał.

– Nie dzwoń niepotrzebnie – mówiła dalej. Najwyraźniej wciąż była przekonana, że nadużył alarmu.

– Nie mów tak głośno. – Tore przyłożył wskazujący palec do ust. – Ktoś jest w mieszkaniu.

Demonstracyjnie nacisnęła włącznik lamp sufitowych, oświetlając cały korytarz. Podeszła do mieszkania Vikinga i otworzyła drzwi.

– Może powinnaś zadzwonić po strażnika – próbował zasugerować.

– Nie trzeba – odpowiedziała, wołając w stronę wnętrza mieszkania: – Halo, jest tam kto?

Tore stanął w drzwiach swojego mieszkania, w przygnębieniu obserwując rozgrywającą się przed nim scenę. Ostre światło lampy raziło go w oczy. Migająca świetlówka powodowała ból głowy.

– Jest tam kto? – powtórzyła Inez, nerwowo ściskając klamkę. Brak odpowiedzi.

W mieszkaniu było zupełnie ciemno, ale działo się tam coś dziwnego.

Sam mógłbym to lepiej zrobić – pomyślał Tore, spoglądając na swoje zdjęcie w ramce wiszące na ścianie przy drzwiach. Wydawało mu się, że widzi współczujące spojrzenie swojego młodszego ja, czterdziestolatka w czapce z daszkiem naciągniętej nisko na czoło.

– Widzisz? – powiedziała triumfalnie. – Nikogo tam nie ma. A teraz idź do łóżka i nie zawracaj mi więcej głowy.

Inez odwróciła się na pięcie i zaczęła odchodzić szybkim krokiem. Jej tyłek kołysał się na boki pod zbyt obcisłym fartuchem, gdy szła korytarzem w kierunku klatki schodowej.

Tore czekał, aż ucichną odgłosy jej birkenstocków. Czy naprawdę mógł popełnić taki błąd?

Światła zgasły, ale nikły blask znaków ewakuacyjnych na korytarzu rzucał bladą poświatę na drzwi sąsiada.

Chwiejnym krokiem Tore przeszedł przez wyłożony linoleum korytarz, kierując się do ciemnego mieszkania. Czuł słaby zapach starego cygara. Przez wiele lat można było palić w pokojach, więc ściany przesiąknęły dymem.

Ciemność mieszkania przełamywał prostokąt kolorowego światła z komody stojącej w korytarzu. W regularnych odstępach czasu cyfrowa ramka wyświetlała obrazy na ekranie, oświetlając leżące obok szklankę z protezą i rozpiskę leków.

Tore poczłapał dalej w filcowych kapciach. Zajrzał do salonu. Był pusty. Poszedł w kierunku kuchni. To samo. Z wahaniem skierował się do sypialni. Doznał nieprzyjemnego uczucia, że przekroczył granice intymności właściciela. Nie znali się zbyt dobrze, on i Viking.

W sypialni było cicho. Zbyt cicho. Przez zaciągnięte zasłony prześwitywało pojedyncze, wąskie pasmo światła padające na łóżko. Tore poczuł lodowaty podmuch. Chłód dochodził z łóżka. Było to aż nazbyt znajome uczucie.

Tore poszukał włącznika światła. Znalazł go i blask alabastrowej lampy zalał sypialnię, potwierdzając to, co już wiedział. Viking leżał martwy w łóżku, jego lodowatoniebieskie oczy wpatrywały się w drogo urządzony pokój. Skóra była blada.

Obok na podłodze leżała niedokończona łamigłówka sudoku. Trenował do końca – pomyślał Tore i stwierdził, że to wszystko nie ma sensu. Metodyczny wysiłek, by utrzymać mózg w ruchu. Po co była ta cała ciężka praca? Obok sudoku leżał amulet na skórzanym pasku i ramka. Szkło, które chroniło zdjęcie, pękło.

Tore podniósł wzrok i ponownie spojrzał na martwego sąsiada. Wydawało się, że się skurczył, gdy tak leżał bez życia pod kocem na łóżku. Nadal był ubrany w brązową flanelową koszulę, którą miał na sobie zeszłego wieczora, kiedy grali w brydża. Spod wełnianego koca wystawał kawałek spodni od piżamy. Miękki dżersej. Strój daleki od tego, co były dyrektor Holbach kiedykolwiek by założył, zanim jego eleganckie koszule Harvie & Hudson zmieszały się z ciuchami innych mieszkańców domu opieki we wspólnej pralni. Białe włosy zwisały zmierzwione na czole.

– Jeśli dopadnie mnie demencja, chcę, żebyś mnie wykończył. Słyszysz? – zwierzył mu się kiedyś Viking. Tore ani się nie zgodził, ani nie odmówił spełnienia tego życzenia. Po prostu stwierdził, że to kolejny z szalonych pomysłów Vikinga.

Mężczyzna miał swoją rutynę. Każdego ranka rozwiązywał krzyżówkę we „Frankfurter Allgemeine”, a następnie spędzał resztę poranka, studiując literaturę francuską. Jedynym wyjątkiem była krótka przerwa na poranną herbatę na patio. Popijał tam specjalnie zamówioną herbatę earl grey z Harrodsa i obserwował świat analitycznym okiem znad okularów. Każdego dnia – przynajmniej w miesiącach, kiedy znali się z Torem.

Zapach śmierci już się pojawił. Viking musiał umrzeć wkrótce po powrocie do mieszkania. Rozwiązał ostatnie sudoku i zasnął. Tore wytarł nos. Ile osób zmarło w ostatnim czasie? Co najmniej trzy. Clark na tym samym piętrze, zaledwie kilka tygodni temu. Tore słyszał, że w takich miejscach śmierć przychodzi falami. Podszedł do stolika nocnego, podniósł telefon i wybrał numer alarmowy.

– Viking Holbach nie żyje – powiedział, nie zadając sobie trudu, by się przedstawić.

– Czy nie kazałam ci iść spać? – Ponownie odebrała Inez.

– Zrozumiałaś, co powiedziałem? Masz martwego lokatora w apartamencie 3:12 – wypluł z siebie.

Po drugiej stronie zapanowała cisza. Deszcz przybrał na sile i uderzał coraz głośniej w szybę.

– Zaraz kogoś przyślę – odpowiedziała niechętnie.

– Dobrze.

Tore poszedł do kuchni poszukać świeczki. Znalazł ją i zapalił, a następnie położył na stoliku nocnym obok Vikinga. Zbliżył się do okna i zaciągnął zasłony. Spojrzał na podwórko i przez chwilę wydawało mu się, że widzi wznoszącą się ziemię. Zobaczył wschodzące słońce. Niech będzie przewodnikiem dla unoszącej się duszy Vikinga.

Ponownie skierował wzrok na kolegę. Płomień świecy migotał powoli. Rzucał cienie na zmarszczki i fałdy jego szyi, na opuchliznę, która ciążyła mu na powiekach. Czy były jakieś oznaki zbliżającej się śmierci w zwykle tak przenikliwym spojrzeniu Vikinga? Nieobecny wzrok. Zapowiedź?

Tore zmrużył oczy, próbując wyobrazić sobie młodego Vikinga, człowieka, którego nigdy nie znał. Pewnie miał mocne rysy: wystający podbródek i prosty nos. Może jasne włosy, platynowy blond lub popielate.

Tore spojrzał na podłogę. Wyraźny ślad obuwia obok rozbitego zdjęcia. Odcisk buta. Może ze skórzaną podeszwą – pomyślał i podniósł połamaną ramkę.

W tym samym momencie usłyszał kroki na korytarzu. Błyskawicznie wsunął zdjęcie do kieszeni swetra. Następnie wstał i powoli wyszedł z mieszkania, by porozmawiać ze strażnikiem na nocnym dyżurze.

 

– Zakład opieki zdrowotnej odpowiada na zarzuty w piśmie do gminy. – Örjan Svanberg, redaktor działu ekonomicznego „Norrtelje Dagblad”,zdjąłokulary do czytania.

Na drugim końcu stołu konferencyjnego siedziała Veronika Wiklund. Jej blond włosy opadały równo wokół lekko kanciastej twarzy, na której zbyt często pojawiały się czerwone plamy, jakby się podrapała.

Daj mi to zlecenie – pomyślała, czując, jak zaczyna się czerwienić. Odgarnęła z twarzy kosmyk i próbowała złapać wzrok przełożonego, ale on patrzył na nią jak na powietrze, skupiając się na prawie pustej sali. Przez chwilę spoglądał na jasne, brzozowe krzesła, po czym zwrócił się w stronę koleżanki Veroniki o kruczoczarnych, sterczących włosach.

– Mówią, że problem nie leży w prowadzeniu ośrodka przez Caring, ale we współpracy z firmą medyczną odpowiedzialną za opiekę nad pacjentami – powiedział, odchylając się w fotelu.

– Domyślam się, że chcesz, abyśmy podrążyli ten temat? – rzuciła Carina, punkowa koleżanka Veroniki. Ostrożnie umieściła porcję snusu pod wargą, która tego dnia była grubo pomalowana śliwkową pomadką.

My. Promyk nadziei. Może jednak była szansa, że dostanie to zlecenie.

– Mam czas – powiedziała Veronika, próbując włączyć się do rozmowy, ale jej słowa pozostały bez odpowiedzi.

W takich chwilach zastanawiała się, co tu robi i dlaczego on nalegał, by brała udział w spotkaniach organizacyjnych. Zdawało jej się, że już zdecydowano, że nie będzie się zajmować żadnymi istotnymi sprawami.

Jej praca miała polegać na przeprowadzaniu ankiet z mieszkańcami Norrtälje na temat najlepszej lodziarni w mieście i spędzaniu czasu w przyczepie za traktorem w celu sporządzenia szczegółowego raportu na temat pierwszego w tym roku krowiego safari w mleczarni Väddö. Była w redakcji na stażu, ale stać ją było na więcej. Gdyby tylko Örjan dał jej szansę.

Veronika spojrzała w stronę wejścia, gdzie błękitna ściana nad koszami do recyklingu była wypełniona oprawionymi wycinkami z ich artykułów. To były najlepsze tytuły – coś w rodzaju hall of fame.

Redaktor naczelny opierał się o jeden z kontenerów i rozmawiał z kolegą. Jak zwykle miał puste spojrzenie i niezapalonego papierosa zwisającego z kącika ust. Jego pomarszczona marynarka leżała niezgrabnie na zgarbionych ramionach, zbyt mała, by ukryć wystający brzuch. Kiwnął do niej zachęcająco głową. Czy zauważył grę Örjana? Prawdopodobnie nie, ponieważ była subtelna. Czasami zastanawiała się, czy te działania dotyczyły tylko jej.

Te myśli nie dawały Veronice spokoju i za każdym razem tak samo ją drażniły. Zadaniem Örjana było jej pomagać, a nie przeszkadzać. Cały czas słyszała słowa redaktora naczelnego, kiedy przedstawiał ich sobie nieco ponad miesiąc wcześniej: Będzie twoim przełożonym i mentorem, pomoże ci zapoznać się z życiem redakcyjnym, abyś jak najszybciej wdrożyła się w pracę. Jak dotąd raczej jej przeszkadzał. Gdyby tylko mogła zrozumieć dlaczego.

– Więc co robimy? – zapytała, ignorując milczenie reszty zespołu.

– Konfrontację – odpowiedział Örjan. – Chcę, żebyśmy wybadali tych, którzy są za to odpowiedzialni. Zarówno dom spokojnej starości „Troskliwa opieka”, jak i właściciela zakładu opieki zdrowotnej Caring. Trzeba ich pociągnąć do odpowiedzialności. Grzebać tak głęboko, jak się tylko da. Nie zdziwiłbym się, gdybyśmy znaleźli coś więcej. Dużo gówna może wypłynąć na powierzchnię.

Zebrała się na odwagę.

– A firma medyczna?

Potrząsnął głową, a łupież opadł mu na ramiona. Tłusta skóra prześwitywała przez przerzedzone włosy.

– Ale… – zaczęła. Nagle przyszło jej do głowy, że sprzeczanie się z Örjanem nie przyniesie jej niczego dobrego, zwłaszcza jeśli chciała przełamać redakcyjny impas. – Co chcesz, żebyśmy zrobili? – spytała więc z wymuszoną wesołością.

– Ty będziesz kontynuować swoją serię artykułów na temat osobistości z regionu Väddö.

Poczuła, że kręci jej się w głowie. Co ona sobie myślała? Że początkujący pracownik dostanie temat miesiąca? A jednak było to duże rozczarowanie. Jej wzrok spochmurniał. Chciała mu wygarnąć, ale opanowała złość.

– Będziemy musieli podzielić się zadaniami – powiedział, jakby po raz pierwszy zauważył jej niezadowolenie.

Przytaknęła i wstała. Miała nadzieję, że nie widzi, iż jest bliska łez.

– Jeszcze nie skończyliśmy.

Udawała, że nie słyszy. Wychodząc z pokoju, demonstracyjnie stukała obcasami o podłogę. Nie pomogło jej to rozładować negatywnych emocji, ponieważ cały jej gniew został wygłuszony przez puchaty dywan. W oddali słyszała Örjana omawiającego ustalenia dotyczące wywiadu, który tak bardzo pragnęła przeprowadzić. Ignorując słowa przełożonego, podeszła do małego aneksu kuchennego na drugim końcu pokoju.

Kim ty jesteś, Örjanie Svanberg – myślała z wściekłością. Nic nieznaczącym gówniarzem, który jest zmuszony wyładowywać swoje frustracje na stażystce.

Przygotowała kawę i wzięła kilka herbatników z paczki, którą ktoś zostawił na blacie. Odwróciła się i wróciła na swoje stanowisko. Nieco dalej sprzątaczka ścierała kurz z jednej z wielu stojących w biurze plastikowych palm. Światło wpadające przez okna sprawiało, że pyłek wyglądał jak cukier.

Veronika dmuchnęła na gorącą kawę i spojrzała w stronę stołu konferencyjnego. Örjan nadal siedział tam z Cariną. Zastanawiała się, co robić. Właściwie nie miała dziś nic pilnego. Wzięła kęs herbatnika i otworzyła Facebooka. Jako pierwszy wyświetlił się nowy post od Marteli Escobar, jej najlepszej przyjaciółki.

Poranne spotkanie Veroniki zakończyło się fiaskiem.

Postanowiła przejrzeć zdjęcia na profilu przyjaciółki. Martela popijająca mojito w ciemnym barze. Ściany pokryte pocztówkami i graffiti. Przyjaciółka uśmiechająca się do aparatu, z ciemnymi włosami w nieładzie wokół twarzy w kształcie serca. Głęboki dekolt jej czarnej sukienki odsłaniał opaloną skórę i grubo ciosaną srebrno-skórzaną biżuterię. Znały się jak łyse konie. Były nierozłączne przez całe studia na wydziale dziennikarskim. Przyjaźniły się mimo znacznych różnic zarówno w temperamencie, jak i wyglądzie.

Martela dostała pracę w „Mallorca Daily Bulletin”. Niewątpliwie sprawiło to, że tymczasowa praca Veroniki w Norrtälje stała się dla niej mniej atrakcyjna.

– Jak się masz?

Veronika wzdrygnęła się i wyłączyła Facebooka. Tak bardzo skupiła się na wspominkach, że nie usłyszała nadchodzącej Cariny.

– Dobrze – odpowiedziała z rezygnacją.

Carina skinęła głową.

– Wiesz – powiedziała. – On nie ma złych zamiarów.

A więc ona również to zauważyła.

– Nie?

– On cię testuje, nie widzisz tego? – Warstwa szminki na jej ustach nie była już taka gruba i zmieniła kolor na nieco jaśniejszy.

– Testuje? Wyżywa się na mnie. Nie wiem, czym sobie na to zasłużyłam. – W jej oczach pojawiły się łzy. Nie mogła ich powstrzymać.

Odwróciła głowę. Popatrzyła na okna, których nie można było otworzyć, a światło wpadało jedynie przez szare zasłony.

– Prawdopodobnie niczym – powiedziała spokojnie Carina. – Taki już jest. Musisz się do tego przyzwyczaić, jeśli myślisz o przyszłości tutaj.

Przyszłość? Tutaj? Nie było mowy, żeby została w tej norze.

– Masz dziś dużo roboty? Może wybrałabyś się ze mną do domu opieki?

– Osobowości w regionie Väddö – powiedziała, wzdychając.

– Ośrodek spokojnej starości wydaje się doskonałym miejscem do takich badań.

– Ale…

– On tego nie zauważy, a ja potrzebuję pomocy.

Veronika spojrzała na gabinet Örjana. Odchylał się na fotelu. Całkowicie pochłonięty własnymi myślami, z rękami głęboko wciśniętymi w kieszenie ciemnozielonej marynarki. Zawsze tej samej. Miała wytarte mankiety i małe przetarcia na całej długości materiału.

Wzruszyła ramionami.

– Nie dostaniesz żadnych punktów za użalanie się nad sobą. – Poczuła na sobie wzrok szaro-zielonych oczu Cariny. – Poza tym, jeśli wyruszysz na prawdziwą misję, zobaczysz, że ta nora nie jest taka zła, jak ci się wydaje.

– Co…

– Wyciekło to, o czym myślisz – powiedziała, wskazując na notatnik.

Veronika nabazgrała „pieprzona dziura” na kartce, ale niestety było to w pełni czytelne. Poczuła, jak na jej policzkach pojawiają się czerwone plamy.

– Nie miałam na myśli…

– Nie musisz się tłumaczyć. Ja też nie jestem stąd. Norrtälje nie było częścią mojego planu życiowego. Przyjechałam tu tymczasowo, tak jak ty. – Uśmiechnęła się z przekąsem.

Veronika wyrwała kartkę z notesu i zgniotła ją.

– Jedźmy – powiedziała, wstając.

 

Pierwszy patrol policji dotarł na miejsce zdarzenia dopiero po dwóch godzinach. Cholernie długo, ale niczego innego nie można się było spodziewać – pomyślał Tore, kopiąc nogą w żwir. Przynajmniej on dobrze wykorzystał to przedłużające się oczekiwanie. Podsumował swoje obserwacje, dzięki czemu mógł szybko i zwięźle przekazać policji relację: dokładny czas włamania, rysopis sprawcy i przedział czasowy, w którym Viking opuścił ten ziemski padół. Zabezpieczył też ślady stóp przy łóżku i znalazł inne na parapecie w salonie. Ten fakt go zastanawiał. Dlatego zbadał również kwietnik poniżej, gdzie znaleziono odciski butów sportowych, podczas gdy te przy łóżku widoczne były tylko w mieszkaniu. Na tej podstawie doszedł do wniosku, że włamywacz miał na sobie adidasy i właśnie jego widział przez wizjer. Intruz, chcąc się chronić, uciekł przez okno.

Tore zamierzał też pokazać policji ramkę, ale kiedy się pojawili, a on chciał opisać im sytuację, tylko poklepali go delikatnie po ramieniu, a następnie wtargnęli do mieszkania, niszcząc część dowodów. Wtedy poczuł, że to wszystko nie ma znaczenia. Przepełniała go złość, że nie został potraktowany poważnie.

Spojrzał na chmury, które spowijały Norrtälje przez cały dzień. Miał dosyć tego gówna. Dostał już dziś reprymendę za zadzwonienie pod 112 i zaangażowanie policji.

W tym kraju panuje cholerna dyskryminacja wiekowa – pomyślał, zmieniając pozycję na ławce na podwórku, gdzie siedział bezpośrednio pod oknem Vikinga na terenie ogrodzonym taśmą. Ale on pokaże policji, że nie można go tak po prostu ignorować.

Dotknął kieszeni na piersi swetra, gdzie włożył małą srebrną ramkę na zdjęcia. Mógłby im ją przekazać, gdyby chcieli posłuchać starego kolegi po fachu.

Ławka była mokra od deszczu, który spadł w nocy. Tore poczuł, że przemoczył bawełniane spodnie. Slipy też zrobiły się wilgotne. Teraz na pewno się przeziębię – pomyślał, grzebiąc stopami w błotnistym żwirze. Chmury zaczęły ustępować i się przejaśniało.

Brzoza przy zagajniku poruszyła się delikatnie. Dziwne. Z pewnością drzewo nie mogło samo z siebie zmieniać pozycji?

Tore wstał i opierając się na kuli, zaczął iść w kierunku zagajnika. Że też wcześniej nie przyszło mi to do głowy. Może jednak się starzeję – pomyślał, drepcząc przez podwórko.

Pod drzewem leżało kilka połamanych gałązek, a ziemia wokół była zadeptana. Znalazł też dwa niedopałki. Dotarł do niego zapach organicznego rozkładu, wokół panowała złowroga cisza.

– Cholerne partactwo – mruknął. Czy ci policjanci w ogóle znają się na robocie?

W zagajniku rozległ się słaby dźwięk. Zakłócenie panującej tu ciszy. Najostrożniej, jak potrafił, Tore podkradł się w kierunku dobiegającej muzyki. Usłyszał nieznaną melodię. Z minuty na minutę stawała się coraz głośniejsza. Przybywajcie, lilie i orliki, przybywajcie

Kula zawadziła o kamień. Sroka na pobliskiej brzozie przeleciała i z piskiem zniknęła w wodzie. Muzyka ucichła i teraz tylko dochodziły odgłosy oddalających się kroków. Delikatne ostrzeżenie lasu. Tore kopnął kulę, przeklinając chorobę, która zrobiła z niego kalekę. Gaj znów spoczął w ciszy.

Rozczarowany, odwrócił się w stronę podwórka, gdzie kierowniczka domu opieki, Anita Lindberg, wyszła z budynku administracyjnego, aby spotkać się z kimś, kto właśnie przyjechał.

Tore myślał o usłyszanej melodii. Już kiedyś słyszał grę tych skrzypiec, ale dziś jego pamięć szwankowała. Podniósł niebiesko-białą taśmę policyjną i ponownie usiadł na wilgotnej ławce.

Anita dotarła do samochodu na podjeździe i otworzyła drzwi od strony pasażera.

– Nie było łatwo cię tu dziś sprowadzić – powiedziała przenikliwym, wysokim głosem. Jej słowa odbiły się echem między budynkami domu opieki. Słychać było, że jest zirytowana.

Tore wiercił się na wilgotnej ławce w oczekiwaniu na ciąg dalszy.

Anita zbliżała się do sześćdziesiątki. Jej krótko ścięte włosy po trwałej miały ciemnoczerwony kolor. Twarz pełna była drobnych zmarszczek mimicznych. Widział, jak pracują jej szczęki, gdy zaciskała usta.

Wyłączono silnik, a Sissela Franzén, lekarka domu spokojnej starości, wysiadła z samochodu.

– Musiałam opatrzyć odleżyny. To był priorytet – odpowiedziała chłodno. Była sporo wyższa od Anity. Ostre rysy, ciemne, ładnie falujące włosy, wyraźne zmarszczki, wszystko to emanowało pewnością siebie. Patrzyła na innych z góry, co sprawiało, że kurczyli się w sobie w jej obecności.

Anita zacisnęła usta.

– Gdzie on jest? – Sissela kontynuowała, ignorując lekceważące przyjęcie.

– W mieszkaniu 3:12 na parterze – odpowiedziała chłodno Anita.

– Czy to nie obok Clarka, który niedawno zmarł?

– Tak. Policja powinna już skończyć. Prawdopodobnie możesz tam wejść – kontynuowała.

– Policja? – Informacja ta wywołała szczery uśmiech lekarki. Za elegancko pomalowanymi na czerwono ustami krył się nieskazitelny rząd białych zębów.

– Tak, jeden z mieszkańców po nich zadzwonił.

– Dlaczego?

– To dawny policjant z mieszkania naprzeciwko. Wciąż myśli, że jest na służbie, biedak. Jest przekonany, że ktoś się włamał. Inez była na dyżurze, gdy wczoraj wieczorem po raz pierwszy włączył alarm, ale nic nie widziała.

Tore poczuł się jak nikomu niepotrzebny głupiec. Ponownie stwierdził, że bardzo nienawidzi starości.

– To Viking Holbach nie żyje, prawda?

– Tak.

– Wiesz, że jest wujkiem dyrektora generalnego Cura.

– Tak.

– Kiedy umarł?

– Myślałam, że ty mi to powiesz.

– Jasne, jak chcesz…

– W środku nocy.

– Być może należało działać nieco bardziej zdecydowanie, biorąc pod uwagę relacje rodzinne.

Anita wzięła głęboki oddech i spojrzała na lekarkę.

– Sissela – powiedziała – muszę ci przypomnieć, że to ty, a nie ja, nadałaś tej sprawie priorytet. Poza tym więzy krwi z zarządem i właścicielami firmy medycznej nie dają nikomu taryfy ulgowej.

– Teoretycznie masz rację, ale Viking był kiedyś biznesmenem, a jego bratanek jest nim teraz. Ta sprawa może spowodować niekorzystny rozgłos związany z placówką.

– Co ty insynuujesz?

– Nic.

– Viking umarł, bo był stary, kropka. Nikomu nie posłuży wyolbrzymianie tego faktu. Nawet tobie.

Sissela Franzén uśmiechnęła się, pokazując równy rząd zębów.

– Zobaczymy – powiedziała, krzyżując ręce na piersi i całkowicie się dystansując.

Cicha walka o władzę. Viking bezapelacyjnie był w jej epicentrum. A może to wokół niego kręcił się teraz świat? Zaniepokojony Tore podrapał się po głowie, ale nie zdążył spokojnie się nad tym zastanowić, bo nagle rozległ się głośny sygnał telefonu. Anita szybko wyciągnęła komórkę z kieszeni płaszcza. Odeszła kilka kroków od lekarki, zbliżając się do ławki Torego. Była pogrążona w rozmowie i go nie zauważyła. Utkwiła wzrok w żwirze na drodze, stojąc zaledwie parę metrów od niego. Promienie słońca uwydatniły zmarszczki na jej twarzy. Ich kształt się zmieniał, podążając za mimiką.

Ona też się starzeje – pomyślał Tore. Skóra na jej szyi luźno zwisała nad kwiecistym uniformem, ale w przeciwieństwie do mieszkańców domu w jej rysach wciąż można było dostrzec ślady piękna.

Powoli podniosła głowę i odgarnęła włosy do tyłu.

– Tylko garstka ludzi wie – powiedziała. – Rozmawiałam z wszystkimi. Nie będzie żadnych oświadczeń dla prasy. Są tego świadomi.

Nikt ze mną nie rozmawiał – pomyślał Tore. Ale ja nie istnieję przecież w ich świecie.

– Drzwi są zawsze zamknięte, ale w nocy można dostać się do środka za pomocą klucza, nie ma wtedy żadnego personelu w recepcji – kontynuowała Anita, prawie szepcząc do telefonu komórkowego.

Jestem przezroczysty – pomyślał. Przezroczysty jak folia, którą owijam swój ser każdego ranka.

– Oczywiście, że mogą to tak przedstawić. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by ich w to nie mieszać – powiedziała Anita i zakończyła połączenie. Powoli podeszła do Sisseli. Dyrektorka była przygarbiona, prawie zgięta wpół.

Trzeba było coś chronić. Zdobytą władzę? Może nawet własną skórę?

– Jak już mówiłam, mam nadzieję, że będziemy współpracować – powiedziała do Sisseli. – Ani słowa mediom. – Wyprostowała się, jakby zdała sobie sprawę ze swojej funkcji i oczekiwania, że uporządkuje obecną sytuację.

– Już tu są. Widziałam samochód „Norrtelje Dagblad”zaparkowany koło wejścia. – Sissela wyciągnęła długi, smukły palec, wskazując drogę. – Jeśli wie o tym tylko garstka osób, znalezienie mężczyzny, który zawiadomił policję, powinno być łatwe.

Anita milczała. Czy zauważył strach na jej twarzy?

– Nie przyszło ci do głowy, że współpraca wymaga wzajemności? Dlaczego oni tu są? – spytała lekarka.

– Wraz z urzędnikiem do spraw bezpieczeństwa odpowiedziałam na twoje zarzuty w piśmie do gminy. „Norrtelje Dagblad” czeka na mój komentarz.

– Może powinnaś przerwać tę szopkę.

– Rozumiem, że to by ci odpowiadało. Rozmowa była planowana od dłuższego czasu.

Odwołanie wywiadu w tym momencie wywołałoby lawinę pytań. – Głos Anity stał się bardziej zdecydowany. – Jeśli ty zajmiesz się swoimi sprawami – kontynuowała – ja skupię się na tym, co do mnie należy. Myślę, że nie muszę cię odprowadzać.

Dyrektorka domu opieki odwróciła się i poszła w kierunku budynku administracyjnego, ściskając mocno telefon. Sissela Franzén wzruszyła ramionami. Przeszła przez korty do gry w bule, a potem zniknęła we wnętrzu bloku mieszkalnego.

Kobieta z autorytetem – pomyślał Tore z nieskrywanym podziwem. Niewielu osobom udawało się wyprowadzić Anitę z równowagi.

Zdawał sobie sprawę, że istnieją różne poglądy na temat tego, w jaki sposób należy zapewniać opiekę. Tak diametralnie różne stanowiska, że lekarka w końcu wykorzystała media jako broń. Napisała list otwarty na temat tego, co postrzegała jako niedociągnięcia w organizacji domu. Skrytykowała fakt, że zmniejszano liczbę personelu, zwłaszcza w opiece nad pacjentami z demencją. Sam był zaskoczony, gdy przeczytał ten list w gazecie. Żadnego z tych zarzutów nie mógł potwierdzić. Co prawda nie należał do grupy pacjentów, którzy potrzebowali faktycznego nadzoru, a jednak chyba by coś zauważył.

Tuż nad jego głową gwałtownie otworzono okno. Ktoś wychylił się i splunął na trawę, ślina o mało nie trafiła Torego. To wada bycia niewidzialnym – pomyślał i już miał ponownie pogrążyć się w rozmyślaniach, gdy usłyszał z pokoju wyraźny głos Sisseli:

– Wygląda na to, że byłeś ostatnią osobą, która widziała go żywego.

– Dlaczego tak myślisz?

– Sprawdziłam w rejestrze, że tu byłeś.

– Tak, dzwonił. Bolała go noga. Dostał Alvedon. Siedziałem tu przez chwilę i rozmawiałem z nim. Kiedy wychodziłem, wszystko było w porządku. Dlaczego pytasz?

– To rutynowe pytania.

– Gówno prawda. Coś tu nie gra?

To ten nowy chłopak – pomyślał Tore, gdy oddalił się od okna i przestał ich słyszeć. Kopnął kamień i przeklął swój los. Starannie wybierał to miejsce, ale na próżno.

Policjanci, którzy zabezpieczali teren, próbowali zmusić go do odejścia stąd, ale on tylko kręcił głową, zachowywał się zniedołężniale i siedział dalej. Tupał w papciach po żwirze, aby utwierdzić ich w przekonaniu, że jest nieobliczalnym starcem. W końcu poddali się i rozciągnęli niebiesko-białe taśmy wokół ławki. W ten sposób był teraz praktycznie rzecz biorąc częścią miejsca zbrodni.

Wszechobecna śmierć i niezauważalnie kończące się życie. Mój koniec może być bliski. Czy ktokolwiek z personelu wierzy mi na słowo? Odrzucił tę myśl tak szybko, jak się pojawiła.

– Słyszałem, co się stało.

Tore przerwał swoje ponure przemyślenia i spojrzał w górę. Josef, złota rączka domu opieki, stał na żwirowej drodze i patrzył na niego swoimi brązowymi oczami. Jego siwe włosy kręciły się na skroniach.

– Jezu, przestraszyłeś mnie. – Tore złapał się za klatkę piersiową i poczuł krawędzie srebrnej ramki.

– Przepraszam. – Josef zrobił kilka kroków do przodu. – Co tu robisz?

Tore wzruszył ramionami.

– Przesiaduję na tej ławce od rana – powiedział.

– Czy policja nie ma nic przeciwko temu, że znajdujesz się na zabezpieczonym terenie?

– To przywilej, z którego korzystam jako były funkcjonariusz. Nawet na emeryturze przysługują określone uprawnienia.

Josef się roześmiał.

– Dlaczego nie przyjdziesz się napić kawy, zamiast siedzieć tu i marznąć?

– Dzięki, ale dobrze mi tu, gdzie jestem.

– Rób, jak chcesz, ale oferta jest aktualna, jeśli zmienisz zdanie.

– Dziękuję.

Josef zamrugał. Stał jeszcze chwilę, jakby czekał na ciąg dalszy, głaszcząc swój orli nos.

– Nie ma sensu, byś próbował mnie przekonać.

– Dobrze, ale chcę, żebyś wiedział, że w tych kapciach wyglądasz jak dziwak. Jest szansa, że cię zamkną – powiedział, odwracając się na pięcie i idąc w kierunku wejścia.

– Josef…

– Tak?

– Dziękuję za troskę.

– Nie ma za co. Wiesz, gdzie mnie znaleźć.

Josef to była dobra dusza domu „Troskliwa opieka”. Ktoś, kto naprawdę troszczył się o starszych ludzi. Był odpowiedzialny za codzienne zajęcia w placówce, jak to ładnie nazywano: czytanie na głos, krzyżówki i gry salonowe, grillowanie kiełbasek w noc Walpurgi czy obchody świąt Bożego Narodzenia. Aktywności, które Tore wyśmiewał, gdy jego córka Anna czytała mu błyszczącą broszurę reklamową, aby przekonać go do zamieszkania w ośrodku. Brzmiało to dla niego jak reklama przedszkola, ale dzięki Josefowi wszystko nabierało dorosłej godności. Wyróżniał się wiekiem na tle pozostałych pracowników. Zbliżał się do sześćdziesiątki. Nie był tak zestresowany jak oni, zawsze znajdował czas na rozmowę. Ale było w nim coś jeszcze; głębia i spokój w jego smutnych oczach. Jakby trudy życia były nieodłączną częścią jego losu.

Żwir na podwórku znów zachrzęścił, a samochód z logo „Norrtelje Dagblad”na boku zwolnił przed wejściem. Żadnych mediów – pomyślał z zadowoleniem.

Z pojazdu wysiadły dwie młode kobiety. Tore natychmiast rozpoznał jedną z nich. Jej czarne włosy sterczały we wszystkich kierunkach, jak po źle przespanej nocy. Druga była młodsza. Ładna blondynka, której wcześniej nie widział.

Dziennikarki rozejrzały się, po czym szybko poszły w kierunku budynku administracyjnego, nie zauważając go. Gdybyście tylko dostrzegły moje istnienie, mógłbym wam powiedzieć kilka ciekawych rzeczy – pomyślał Tore. Przez chwilę czuł, że dobrze jest być niewidzialnym. Potem przypomniał sobie rozmowę Sisseli i Anity. Trzeba było wybrać wroga. Ta myśl sprawiła, że się uśmiechnął. Z pewnością pokaże im jeszcze, na co go stać. Przeprowadzanie wywiadów z emerytami okazało się naprawdę gównianą robotą. Było na tym samym poziomie intelektualnym co poprzednie zadania Veroniki.

Uzyskanie relacji ze źródła na temat zarówno zaniedbań w opiece, jak i ograniczonych funduszy, było niestety pobożnym życzeniem. Veronika niewiele zdołała się dowiedzieć w ciągu ostatnich kilku godzin. Głębokie poszukiwania w zakamarkach pamięci, z bardzo zmarszczonym czołem, nie zaowocowały niczym więcej niż kilkoma skargami na godziny otwarcia centrum pielęgnacji stóp i wyrażeniem rozczarowania posiłkami podawanymi w stołówce, a dokładniej brakiem gołąbków na obiad. To były błahostki, choć naprawdę się starała.

Kartę pamięci jej telefonu wypełniały zawiłe historie z przeszłości. Opowiadania pełne były szczegółów, których nie zatarł upływ czasu ani demencja związana z teraźniejszością.

Veronika westchnęła i przekroczyła próg świetlicy domu opieki. Deszcz znów zaczął padać i uderzał o szyby, tworząc strużki na brudnym szkle. Rozejrzała się po jasno oświetlonym pomieszczeniu. Przy jednym ze stolików mężczyzna w znoszonym szlafroku przesuwał po blacie ogromną liczbę małych, niebieskich elementów układanki. Cierpliwie dociskał do siebie krawędzie puzzli. Rzadkie, siwe włosy odsłaniały nierówności szorstkiej skóry głowy. Jego czoło było mocno pomarszczone.

– Tore Lindahl? – zapytała ostrożnie.

Mężczyzna podniósł wzrok i potrząsnął głową. Wrócił do swojego bezpiecznego azylu. Veronika usiadła na sofie i czekała.

Ostatni wywiad. Nieplanowany i bez czujnego oka przełożonych. Przynajmniej tak o tym myślała. Ostatni promyk nadziei. Staruszek nalegał na spotkanie z nią. Wysłał człowieka o imieniu Josef, by to załatwił. Poprosił, by zaczekała w świetlicy.

Rozejrzała się po sali. Było czysto, przy ścianach stały regały z IKEA, pełne starych książek. Z okien widać było plac, na którym emeryci pili popołudniową kawę, gdy pogoda na to pozwalała. Przynajmniej tak mówiono.

W jednym rogu świetlicy był włączony telewizor, którego nikt nie słuchał. Trwała właśnie debata na temat opieki zdrowotnej i społecznej. Temat na czasie – pomyślała, zerkając na ekran.

– Bezpośrednim skutkiem nagłego zwrócenia uwagi na nadużycia w prywatnych domach opieki…

Nie mogła tego słuchać, wiedziała, co zaraz powiedzą. Zbyt rzadkie zmienianie pieluch i zaniedbania. Skutecznie prowadzona retoryczna propaganda. Same ogólniki. Wszystko pokazane w czarno-białych kolorach.

Nie jestem lepsza – pomyślała, zamykając oczy, by zebrać myśli.

W pokoju unosił się delikatny zapach sosnowych igieł. Szczypał ją w nos. Pragnęła za wszelką cenę znaleźć jego źródło. Zastanawiała się nad tym, co widziała w ciągu ostatnich kilku godzin w domu opieki. Tablice ogłoszeń reklamujące tajskie chi i warsztaty z zapraszanymi gośćmi. Personel w kapciach, wzorzystych tunikach i z imionami na małych metalowych tabliczkach przyczepionych na piersiach. Örjan nie byłby z tego zadowolony. Muszę znaleźć coś innego – pomyślała. W przeciwnym razie już nigdy tu nie przyjadę.

Ostatni wywiad. Josef mówił, że ten mężczyzna był czymś zaniepokojony. Tore Lindahl. Mam nadzieję, że jesteś przynajmniej zdrowy na umyśle – pomyślała, zakładając włosy za ucho.

W drugim końcu pokoju na krześle siedziała zgarbiona kobieta, robiła coś na drutach. Jej zdeformowane dłonie powoli przesuwały włóczkę. Przy każdym ruchu druty uderzały o siebie. Trzy pojedyncze oczka ześlizgnęły się z narzędzia, prując materiał. Milimetr po milimetrze zsuwały się kolejne, aż w końcu drut spadł na podłogę.

Kobieta wstała z trudem. Piersi, które były widoczne przez białą koszulkę, zwisały ciężko, tworząc kolejne wybrzuszenie na brzuchu. Zaskakująco szybko pochyliła się do przodu, by sięgnąć po drut.

Veronika rzuciła się w jej stronę.

– Proszę poczekać, pomogę.

Pomarszczona twarz kobiety rozjaśniła się w uśmiechu.

– Dziękuję, moja droga – powiedziała, a jej żylasta dłoń dotknęła ręki Veroniki. – Czy to mnie przyszłaś odwiedzić?

– Nie, Barbro, to ktoś do Torego. – Josef, który właśnie wszedł do pokoju, pomógł kobiecie wrócić na krzesło. – Tore wkrótce tu będzie – zwrócił się do Veroniki.

– Nigdy nikt mnie nie odwiedza – mruknęła Barbro. Jej włosy były siwe, zniszczone i źle obcięte.

Veronika odwróciła wzrok. Wstydziła się, że zrobiła jej nadzieję, rozpoczynając rozmowę.

– Przy okazji, kim jesteś? – kontynuowała Barbro. – Nie odwiedzałaś go wcześniej, prawda? – Łagodność w jej głosie zniknęła. Było oczywiste, że teraz zacznie się szczegółowe przepytywanie.

– Jestem z gazety „Norrtelje Dagblad”.

– Prawdopodobnie Tore nie ma zbyt wiele do powiedzenia. Jeśli chcesz odkryć ekscytujące historie do opisania, powinnaś przeprowadzić wywiad ze mną.

Veronika skrzywiła się, główkując, jak może wykręcić się z rozmowy, nie będąc niegrzeczną.

– Teraz pamiętam – powiedziała triumfalnie Barbro. – Jesteś z „Norrtelje Dagblad”, prawda?

Veronika skinęła głową i obdarzyła kobietę słabym uśmiechem. Jej pamięć była delikatna i krucha jak porcelana.

– Pamiętam wszystko. Nikt nie wierzy, że Barbro pamięta – mruknęła kobieta, jakby czytała w myślach Veroniki.

– Barbro… – wtrącił się Josef. – Veronika ma zadanie do wykonania.

Kobieta zacisnęła usta.

– Dobrze, nie będę przeszkadzać.

– Może innym razem – powiedziała Veronika, próbując załagodzić sytuację. Ale Barbro nie odpowiedziała. Ponownie zajęła się robieniem na drutach i z wielkim skupieniem liczyła oczka.

– W dzisiejszych czasach rozmawia się tylko o gównie, ale niech tak będzie – mruknął mężczyzna z układanką, dokładając kolejny niebieski element do wyłaniającego się nieba.

– Zamknij się – odpowiedziała Barbro, nie odrywając wzroku od robótki.

– O, jest i Tore – powiedział Josef z ulgą.

Do pokoju wszedł chudy mężczyzna, opierając się na kuli. Jedna strona jego twarzy była nieruchoma. Jego spodnie były mokre. Nietrzymanie moczu – pomyślała – a może to tylko deszcz?

– Chyba poradzisz sobie sama – powiedział Josef. – Jestem pod telefonem komórkowym, jeśli będziesz czegoś potrzebować – dodał.

Tore stał bez ruchu.

– To ty jesteś dziennikarką? – zapytał z niedowierzaniem w głosie, podnosząc okulary i przecierając oczy wierzchem dłoni. Jego bystre spojrzenie świdrowało ją od góry do dołu.

– Myślałem, że przyślą Eklunda – kontynuował rozczarowanym tonem.

– Nie, wysłali mnie.

Dziwne – pomyślała, wszyscy w domu opieki chcą być przesłuchiwani przez reportera kryminalnego z ich gazety. Tego kobieciarza z zamiłowaniem do butelki, którego lukratywne romanse zdawały się napędzać jego skądinąd raczej mierną pracę dziennikarską.

– Poznaję cię – kontynuował.

– Nie sądzę. – Veronika poczuła narastającą irytację. Nie miała ochoty odbywać rozmowy kwalifikacyjnej, by móc porozmawiać z tym starcem.

– Wnuczka Märty i Einara – powiedział, wyciągając chusteczkę, by przygładzić resztki włosów dłonią. Przyjeżdżałaś do Grisslehamn, kiedy byłaś mała. – Jego druga ręka cały czas zwisała bezwładnie u boku.

Złagodniała. Pomyślała o wszystkich spotkaniach przy kawie, na które zabierała ją babcia. Najwyraźniej także do domu tego staruszka.

– Jak udało ci się mnie rozpoznać? To musiało być bardzo dawno temu.

– To chyba nieźle o mnie świadczy, prawda? – powiedział, uśmiechając się zawadiacko swoją delfinią twarzą.

– Dziadek zmarł zeszłej jesieni – wyznała Veronika.

– Przykro mi. Jak się trzyma Märta? – zapytał troskliwie.

– Nie przyzwyczaiła się jeszcze do samotności. Nie jeździ już do chatki.

Märta zostawiła Berta – zanuciła Barbro ze swojego kąta, łowiąc puszczone oczko.

– Wiem, to wymaga czasu. Bóg jeden wie, jak dużo – powiedział Tore, ignorując piosenkę Barbro. – Moja żona zmarła kilka miesięcy temu.

Jego spojrzenie powędrowało do okna, gdzie deszcz uderzał o szybę z coraz większą intensywnością. Spojrzał na ciężkie chmury.

Märta Berta

– Lepiej się zamknij – krzyknął starzec w szlafroku, rzucając w Barbro garścią elementów układanki.

Tore spojrzał na Veronikę.

– Chodź – powiedział. – Przejdźmy do mojego mieszkania, gdzie będziemy sami.

– Czy powinniśmy zostawić tych dwoje razem?

– Jana i Barbro? Są najlepszymi przyjaciółmi. Właściwie od dzieciństwa.

– Nie widać.

– Nie zawsze wszystko jest takie, na jakie wygląda.

– Faktycznie – powiedziała w zamyśleniu.

Opuścili świetlicę i poszli w kierunku klatki schodowej. Tore poprowadził ją przez długi korytarz, którego żółto-beżowe ściany łączyły się z linoleum. Na wytartej wykładzinie już dawno nie było widać żadnych wzorów. Szedł przed nią w filcowych kapciach. Ich podeszwy skrzypiały od wilgoci. Kula uderzała o podłogę. Veronika się uśmiechnęła. Było w nim coś sympatycznego.

Po pewnym czasie zatrzymali się przed jednymi z wielu drzwi. Tore włożył klucz do zamka i weszli do mieszkania. Wskazał jej drogę do kuchni.

Okno wychodzące na niewielki zalesiony teren było uchylone, wypełniając mieszkanie nasyconym tlenem powietrzem. Meble były stare, ale dobrze utrzymane. Stół z laminowanym blatem z tworzywa sztucznego nie pasował do nowoczesnego wnętrza kuchni. Zlew ze stali nierdzewnej, błyszczący i pusty.

– Usiądź – powiedział, wskazując na pomalowane na niebiesko krzesło. On zajął miejsce przy zlewie i wyjął z szafki paczkę kawy.

– Długo tu mieszkasz? – zapytała ostrożnie.

Potrząsnął głową.

– Od śmierci żony – powiedział, dotykając zdrową ręką ekspresu do kawy. Udar mózgu – kontynuował, wskazując na bezwładną część swego ciała. – Kiedy zmarła Margaret, nie mogłem mieszkać sam.

– Ale lubisz tu być?

– Nie – odparł, odmierzając nerwowo porcję kawy do filtra, tak że część rozsypała się po zlewie. – Tęsknię za domkiem na Singö jak cholera, przepraszam za wyrażenie. Odkąd tu jestem, coraz częściej się zastanawiam, jaki sens ma siedzenie w tym zakładzie i czekanie, aż dołączę do przyjaciół na cmentarzu Väddö.

Co można na to odpowiedzieć – pomyślała. Zobaczyła w myślach rzędy grobów. Pod każdym kamieniem inna historia. I wciąż żywi w pamięci swych bliskich, którzy ubolewają nad ich stratą.

– Nasz czas dobiegł końca, ale trudno to zrozumieć, gdy jest się tak młodym jak ty.

Podał jej filiżanki i spodki. Śnieżnobiała porcelana z klasycznym zdobieniem w kolorze kobaltowego błękitu. Z małymi kiśćmi winogron. Zupełnie jak na zastawie u babci. Małe ozdobne łyżeczki do kawy też były. Brakuje tylko kieliszków do likieru – pomyślała, nakrywając do stołu.

Tore napełnił filiżanki i usiadł naprzeciwko Veroniki. Otworzył słoik wypełniony malinowymi ciastkami i położył je na talerzu.

– Musisz zanurzyć je w kawie – powiedział, podsuwając słodycze w stronę Veroniki.

– Dziękuję. To ty je upiekłeś?

– Nie, nie z tym. – Wskazał na bezużyteczną rękę i zanurzył ciastko w kawie. – Mój zięć przyniósł je wczoraj. Są od Very z Grisslehamn.

Veronika wzięła duży kęs i pozwoliła, by dżem wypełnił jej usta.

– Bardzo dobre – stwierdziła, wycierając się serwetką. – Muszę tam pojechać i kupić te pyszności. Zaczniemy?

Przytaknął, a ona wyjęła notatnik oraz telefon z plecaka i położyła je na stole przed sobą.

– Zadam kilka pytań dotyczących obsługi i komfortu w domu.

– Nie – powiedział.

– Nie?

Pokój był skąpany w charakterystycznej poświacie. Tore zniżył głos.

– Powiem ci coś. – Jego wiewiórcze oczy zrobiły się wąskie, sprawiając, że na wpół sparaliżowana twarz wyglądała na mocno ożywioną. Rozejrzał się po kuchni, jakby chciał się upewnić, że nikt nie podsłuchuje.

– Czy mogę ci zaufać, tak jak Eklundowi?

Jakby temu pijakowi można było ufać – pomyślała.

– Tak, możesz mi zaufać.

– Ktoś pomógł mojemu sąsiadowi.

– Pomógł?

– Został zabity. – Widziała, jak bardzo żałował, że nie siedzi teraz przed nim Eklund. – Rozumiem – powiedziała, przesuwając delikatnie palcem po ekranie telefonu komórkowego i naciskając czerwony przycisk nagrywania. – Opowiedz mi o tym – powiedziała.

I zrobił to. Przedstawił szczegółowo wydarzenia z nocy, a także rozmowę Sisseli z Anitą.

– Skąd pewność, że został zamordowany? – zapytała, gdy skończył opowiadać. – Był dość wiekowy, prawda? Może po prostu umarł we śnie?

– Coś ukrywają, wiem to. Nazwij to intuicją starego policjanta, jeśli chcesz.

– Więc byłeś policjantem – powiedziała.

– Stróżem prawa.

Pomagając sobie kulą, wstał i wyszedł do przedpokoju. Przyniósł zdjęcie i położył je na stole przed nią. Młody mężczyzna w dwurzędowym mundurze. Ciemny materiał z błyszczącymi guzikami i czapka z herbem hrabstwa.

– Jaki byłeś przystojny.

– Tak. – Na jego ustach pojawił się uśmiech. – Były takie chwile.

– Może opowiesz mi o tym innym razem? – powiedziała szybko.

W głębi duszy przeklinała siebie, że po raz kolejny dała się wciągnąć w rozmowę o przeszłości. Dawne wspomnienia były ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowała.

Przytaknął i zamknął oczy. Przejrzał mnie na wylot – pomyślała i poczuła się zawstydzona. Natychmiast postanowiła wrócić innego dnia i poprosić go, by jej o sobie więcej opowiedział. Była mu to winna. Historia, którą właśnie usłyszała, mogła wyrwać ją z nudy panującej w jej pracy. Włamanie, a może nawet morderstwo. Tak czy inaczej, świadczyło to o braku bezpieczeństwa w domu opieki. Dostosowała się do zaleceń Örjana, pogrzebała i znalazła. To mogło być ważne.

– Oczywiście będę musiała skontaktować się z kierownictwem, aby poznać ich opinię na temat tego, co się stało – powiedziała, wracając z powrotem do głównego tematu rozmowy.

– Dopóki nie podasz mnie jako źródło, możesz robić to, co trzeba – odparł. – Chcę tylko, aby prawda wyszła na jaw.

– List od lekarki i oświadczenie Caring dementujące zarzuty – powiedziała. – Czy myślisz, że to może mieć jakiś związek z tym, co się stało?

Żylasta dłoń szybko przejechała po łysinie i zobaczyła, że starzec na coś wpadł.

– O czym myślisz? – zapytała.

– To nic takiego. – Oczy Tore powędrowały w górę, jakby szukał czegoś w pamięci.

Veronika wstała i podeszła do okna. Próbowała zrozumieć, o co właściwie chodziło. Deszcz uderzał o szybę. Spojrzała na samotną brzozę na szarym podwórku. Drzewo było pochylone, jego liście skleiły się ze sobą. Pod nim coś było. Zwinięte, przypominało ciemne zawiniątko.

– Pod brzozą coś jest – powiedziała, przesuwając dłonią po parapecie, gdzie w równych odstępach stały zdjęcia. Wspomnienia. Ramka z rozbitym szkłem, a w niej młoda para. Zdjęcie było lekko uszkodzone przez szkło.

– W deszczu? – Tore oparł się na kuli i wstał. Filcowe kapcie szurały po podłodze.

Veronika próbowała dojrzeć, co jest pod drzewem.

– Pies. Jestem prawie pewna, że to owczarek niemiecki. Biedactwo.

– Będzie dobrze – mruknął.

Zaskoczona odwróciła się do niego.

– Jest w tej historii coś, co nie pasuje – powiedziała.

Zatrzymał się i uniósł brwi.

– Czegoś tu brakuje – wyjaśniła.

– Więc zrób wszystko, żeby znaleźć brakujące elementy.

Czy wyczuła irytację w jego głosie?

Był teraz przy oknie. Oparł się o parapet i popatrzył na zewnątrz.

– Nie ma tu żadnego psa – powiedział.

Znów spojrzała przez zalane deszczem okno. W stronę brzozy, która drżała od wilgoci. Pod drzewem było pusto.

 

Veronika nuciła, gdy wysiadała z autobusu przy kościele w Väddö. Kto mógł przewidzieć, że ten dzień będzie tak ciekawy. Wróciła w myślach do popołudniowych wydarzeń w redakcji. Podekscytowane spojrzenie Örjana. Łupież tańczący na jego znoszonej marynarce. Nagle znalazła się w jego polu zainteresowania. Do tego stopnia, że podsunął jej nowy materiał śledczy na temat Caring.

– Możesz jutro pojechać z Cariną do Sztokholmu – powiedział. – Przeprowadzicie razem wywiad z dyrektorem generalnym Caring.

Deszcz prawie ustał, a przez szczeliny w ciemnej pokrywie chmur słońce wysyłało swoje promienie prosto w pryzmaty pojedynczych kropel. Światło załamywało się i tworzyło kalejdoskopową paletę barw nad otaczającym krajobrazem.

Veronika przeszła kilka metrów od przystanku autobusowego w stronę kościoła i spojrzała na żółty budynek świątyni. Na poboczu znajdowały się rabatki z jeżówką, piwoniami i wiciokrzewem. Nad nimi zwisały duże kwiatostany róży pnącej. Szła w kierunku ożywionego świata, który miała teraz w zasięgu ręki. Nie miała zamiaru dać się już zranić.

Plastikowa torba z doniczkami z kwiaciarni Blomsterlandet obijała się o jej nogę. Nie przepadała za cmentarzami, ale musiała dotrzymać obietnicy. Przyrzekła babci, że pójdzie na grób. Ułamała jedną gałązkę z krzaku róż przy murze i przeszła przez czarną żelazną bramę.

Kruk zaskrzeczał złowieszczo z dachu. Uśmiechnęła się do niego. To był jej dzień. W kieszeni zabrzęczał jej telefon komórkowy. Odłożyła torbę na ziemię i odebrała.

– Veronika.

– Cześć, to ja – powiedział ciepły głos.

Zawahała się, myśląc o kłótniach w ostatnich kilku tygodniach.

– Nie mogę teraz rozmawiać – odparła. – Mogę oddzwonić później?

– Oczywiście – powiedział, ale z tonu jego głosu można było wyczuć, że jest urażony.

– Dobrze. Do usłyszenia. Trzymaj się. – Odłożyła słuchawkę.

Calle – widziała go oczami wyobraźni w ich wspólnym mieszkaniu. Może to była próba przeprosin. Wyraźnie to słyszała, ale nie wiedziała, czy chce je przyjąć. Jeszcze nie teraz.

Spojrzała w stronę kościoła i zobaczyła, jak ciężkie drzwi się otwierają. Na schody wyszła para. Wzięli się za ręce i zaczęli schodzić. Zatrzymali się i pocałowali. Poczuła ukłucie w sercu, gdy na nich patrzyła.

Delikatny wiatr szumiał w koronach drzew. Patrzyła na niebo i szybko rozwiewające się chmury.

Znów wróciła w myślach do Callego. Przypomniała sobie jego irytację, gdy przyjęła ten staż. To nie jest decyzja, którą możesz podejmować samodzielnie. W tym związku jest dwoje ludzi, prawda? Ze złością odłożył sztućce. Jego oczy zrobiły się ciemne. Zostawił ją samą przy stole z kolacją, którą tak starannie przygotowała.

Ich pierwszy test: jej kariera kontra ich wspólne życie. Tak jakby kilka miesięcy rozłąki miało wszystko zmienić. Poruszył drażliwą kwestię. Pragnął, by dostosowała się do jego burżuazyjnego snu. Ona wiedziała, że tego nie chce.

Podniosła torbę i ruszyła alejką. Jej buty grzęzły w mocno wydeptanym żwirze. Ta rozmowa zepsuła jej humor. Spojrzała na cmentarz. Surowo ociosane kamienie stały w rzędzie. Jak sznur pereł zakopanych jedna za drugą. Powoli podeszła do grobu dziadka. Uklękła na małym trawniku.

– Cześć, dziadku – wyszeptała. – Tu Veronika.

Wokół kamienia leżało trochę zwiędłych liści, które ostrożnie odgarnęła, a następnie wyjęła z torby kwiaty. Rozwinęła biały papier i spojrzała na smukłe łodygi cyklamenów kołyszące się na wietrze. Dostała dokładne instrukcje od babci. Dlaczego właśnie te kwiaty? – pomyślała. Dziadek nigdy nie lubił cyklamenów, prawda? Kochał to, co nieokiełznane. Czarne morze. Fale, które lizały kadłub i obmywały reling.

– Nie wiem, czy ci się spodobają – powiedziała przepraszająco, wpychając rośliny w czarną ziemię. – Przyniosłam też tę, na wszelki wypadek – kontynuowała, umieszczając pnącą różę w pustym plastikowym wazonie na środku grobu.

– Veronika?

Wzdrygnęła się i ukłuła się różą.

– Aua.

– Jasna cholera, to naprawdę ty. – Szeroki uśmiech. – Przepraszam, przestraszyłem cię?

Postać na żwirowej ścieżce potrząsnęła głową w znajomy sposób. Rozpoznała też jego dobrze zbudowaną sylwetkę pod obcisłą skórzaną kurtką.

– Jonny?

Postarzał się, ale wciąż był taki, jakim go zapamiętała. Długie włosy zebrane na czubku głowy w kok samuraja. Jak długo tu stoi? – pomyślała nieśmiało.

– Co tu robisz? – zapytał.

Promienie słońca przebiły się przez chmury i dodatkowo rozjaśniły jego blond włosy.

– Pracuję w „Norrtelje Dagblad”.

Zachmurzył się.

– Pismaczka – powiedział sucho.

– Daj spokój. – Zaśmiała się. – A co z tobą? Czym się ostatnio zajmujesz?

– Opieką nad starszymi – odpowiedział, nonszalancko odgarniając włosy z twarzy.

– Żartujesz?

– Nie.

Ile czasu mogło minąć od ich ostatniego spotkania? Dziesięć lat?

– Nie chciałeś być gwiazdą rocka? – Uśmiechnęła się do niego z rozbawieniem.

– Pracuję w niepełnym wymiarze godzin i tylko na kilka miesięcy – powiedział – nic konkretnego. Żeby inne rzeczy miały czas się ułożyć.

– Brzmi ekscytująco.

Przytaknął, ale szerzej tego nie skomentował.

– Dlaczego wróciłaś? – zapytał zamiast tego. – Dlaczego akurat Norrtälje ze wszystkich miejsc na ziemi?

Kopnęła nogą żwir.

– A dlaczego nie? To dobre miejsce na tymczasowy pobyt, dopóki wszystko się nie ułoży – powiedziała, mrugając.

Być może rzeczywiście była to prawda. Na horyzoncie pojawiła się już pierwsza szansa na spełnienie marzenia, by być widzianą i docenianą.

Spojrzała na niego.

– Nadal mieszkasz w Grisslehamn? – zapytała.

Przytaknął.

– Tak, zostałem w tej dziurze.

Chciałeś tu zostać – pomyślała. Zawsze jest jakiś wybór.

Zapadła cisza. Zapach bzu był wszechobecny. Gałęzie drzew kołysały się delikatnie na wietrze.

– Dziadek – powiedziała, głównie po to, by przerwać niezręczne milczenie. Kiwnęła głową w stronę nagrobka.

– Kiedy umarł?

– Zeszłej jesieni.

– Wiem, jakie to uczucie. Babcia też tu jest. – Wskazał inny rząd grobów. – Tak wiele dla mnie znaczyła, zresztą wiesz. – Uśmiechnął się krzywo.

Tak, wiedziała. Jego mama często sięgała po butelkę, więc to babcia się nim opiekowała. Była jego kołem ratunkowym w trudnym okresie dojrzewania.

Babcia Veroniki nie uważała, by Jonny był dla niej dobrym towarzystwem. Robiła wszystko, co w jej mocy, aby wnuczka spędzała czas z dziewczynami od koni w stajni. Veronika kiedyś ją jednak okłamała. Chciała tylko pojeździć z Jonnym na skuterze, bez kasku i z włosami powiewającymi na wietrze.

– Kiedy umarła?

– Tej wiosny.

– Rozumiem, że za nią tęsknisz.

Wspomnienia zaczęły do niej napływać. Veronika była wtedy tak oszołomiona jasnymi promieniami lata.

– O co chodzi?

– O nic, tak sobie tylko pomyślałam… Dobrze cię znowu widzieć, naprawdę. – Uśmiechnęła się.

– Domyślam się, że mieszkasz w chatce swojej babci?

– Tak.

– Mogę cię zawieźć do Grisslehamn, jeśli chcesz. Motor jest przy bramie. Będę gotowy za minutę.

Zanim zdążyła odpowiedzieć, zniknął za kolczastym żywopłotem cmentarza. Tak jak wtedy. Tak pewny, że tego chciała, że nie musiał czekać na jej odpowiedź. Nic się nie zmieniło – pomyślała. Jestem jak glina w jego rękach.

Zaczęła chodzić po wygrabionych ścieżkach i w zamyśleniu patrzeć na napisy na grobach. Anders Pettersson, Wästernäs, Johan Mattssons, Tomta, Väino Åvik, Grisslehamn. Towarzyszył jej zapach rześkiego wczesnego lata. Ludzie, którzy mieli długie życie. I ci, którzy nie zdążyli się nim nacieszyć: Urodzona w 1925, zmarła w 1943 . Zatrzymała się. Grób samotnej kobiety. Żadnej rodziny, która by do niej dołączyła. Potężne białe morze kwiatów zostało starannie ułożone przed kamieniem nagrobnym. Słodki zapach goździków przyprawiał ją o zawrót głowy. Poczuła ludzką obecność. Usłyszała trzask łamanej gałązki. Odwróciła się.

– Jonny?

Cmentarz był pusty, tylko wiatr szeleścił w cmentarnych drzewach.

– Jonny, daj spokój. Wiesz, że nie lubię takich miejsc.

Brak odpowiedzi.

– Jonny, to nie jest śmieszne.

Spojrzała w stronę drzew. Starsza kobieta stała przyciśnięta do pnia, opierając się na kuli. Zwisające gałęzie otaczały ją niczym ciemne sklepienie, zasłaniając jej twarz.

– Powinnaś zostawić ją w spokoju. – Kula uderzyła o ziemię.

Veronika z przerażeniem skinęła głową. Odwróciła się i zaczęła biec, ale śliski żwir wyskakiwał spod jej stóp, tak że straciła równowagę i upadła. Wiatr się wzmógł. Gałęzie cmentarnych drzew uderzały o siebie. Tak jakby groby i ich mieszkańcy połączyli się, pędząc teraz ku niej.

– Jonny! – krzyknęła.

Nagle stanął przed nią.

– Veronika, co ty robisz?

Jego głos przywrócił jej zmysły.

– Co się stało? – spytał.

Usiadła na żwirze i spojrzała na drzewa. Jej ciało drżało, a ubranie było pokryte drobnym pyłem.

– Tam była kobieta – powiedziała. – Starsza kobieta. Tam. Wskazała na miejsce pod drzewem.

Jonny potrząsnął głową.

– Nikogo tu nie ma. Chodź. – Pomógł jej wstać i objął ją ramieniem. Jego serce biło tak blisko, że wyraźnie czuła jego puls. Oparła się o jego ramię. Na szyi miał amulet na skórzanym rzemieniu.

– To było takie dziwne – opowiadała Veronika. – Czułam się, jakby zmarli zbliżali się do mnie.

– Jesteś szalona – powiedział, śmiejąc się. Zwolnił uścisk wokół jej talii. Napotkała jego spojrzenie i też się roześmiała.

– Nie, chyba nie jestem.

Jego skóra była mocno opalona, mimo że lato dopiero się zaczęło. Biała koszulka była poplamiona ziemią z grobu babci.

– Chodźmy, zanim umarli nas zjedzą – zaproponował.

Wszystkie chmury zniknęły. Za kościołem rozpościerały się falujące pola rzepaku. Intensywnie żółte na tle błękitnego nieba.

Zaczęli iść w kierunku motocykla, który stał przy bramie.

– Widziałem cię dzisiaj w „Troskliwej opiece” – zaczął, przerywając ciszę.

– Co?

Żwir chrzęścił pod ich stopami.

– Jesteś jak wszyscy inni, prawda? Szukasz gówna, żeby zdyskredytować naszą pracę. Dotarli do bramy.

– Co masz na myśli? – zapytała.

Podszedł do motocykla. Poruszał się trochę niepewnie, był jak dziecko między dużymi cieniami ostrych gałęzi świerków. Widziała po jego ruchach, że jest zdenerwowany.

– Więc powiedz mi, jak jest – drążyła temat.

– W tym domu opieki nie dochodzi do żadnych zaniedbań. Niczego tam nie znajdziesz – odpowiedział, ścierając niewidoczny brud z motocykla.

– A co z mężczyzną, który zginął?

– Veronika, tam mieszkają starzy i chorzy ludzie. Byłoby dziwne, gdyby nie umierali.

– Ale nie on.

Podszedł krok bliżej. Było widać, że jest wściekły.

– Więc to właśnie dzisiaj robiłaś? Szukałaś sensacji dzięki plotkom Torego?

– To, co robiłam, to moja sprawa – powiedziała, spoglądając na groby.

– Nigdy nie przypuszczałem, że akurat ty upadniesz tak nisko.

Veronika przełknęła głośno ślinę.

– Jonny – zaczęła, kopiąc nogą żwir. – Chcę, żebyś szczerze odpowiedział na moje pytanie.

– Jasne.

– Czy pozwoliłbyś swojej babci mieszkać w domu spokojnej starości „Troskliwa opieka”?

Wcisnął ręce w ciasne kieszenie dżinsów i spojrzał na rząd nagrobków. W stronę drzew o dziwnych kształtach.

– Nigdy nie dałaby się tam zamknąć.

– Więc nie pozwoliłbyś jej tam mieszkać?

– Nie o to chodzi. Umarłaby na samą myśl o tym, że nie jest blisko morza. Zmarniałaby, gdybyśmy pozbawili ją jej ukochanych stron – powiedział, przekręcając kluczyk w stacyjce.

Podobnie jak Tore – pomyślała Veronika, mając przed oczami twarz staruszka.

– Może masz rację – powiedziała ze znużeniem, zakładając kask. Niech ma ostatnie słowo, tak jak wtedy.

– Mówiłaś coś? – Odwrócił się w jej stronę w ogłuszającym hałasie.

Potrząsnęła głową. Uśmiechnął się i mrugnął. Jej złość minęła. Wskoczyła na motocykl i dała się pochłonąć dźwiękom silnika, gdy wyjechali na drogę. Rozkoszowała się wiatrem łaskoczącym jej twarz, nie myśląc już o pracy. Prędkość wzrosła, a ona przylgnęła do ciała Jonny’ego. Byli w symbiozie, pędząc po brudnym, szarym asfalcie. Otaczający drogę las stanowił zielone tło. Przypomniała sobie beztroskie lato wiele lat temu.

 

Dźwięk telefonu stacjonarnego przerwał ciszę panującą w mieszkaniu. Najszybciej, jak potrafił, Tore podszedł do stolika w przedpokoju i podniósł słuchawkę.

– Oszalałeś, tato. Jak mogłeś rozmawiać z prasą?

Usiadł na krześle obok telefonu. Naprzeciwko niego wisiało owalne lustro.

– Dzień dobry, Anno – powiedział. – Cieszę się, że dzwonisz.

– Nie żartuj sobie – warknęła ostrzegawczo.

– Wcale nie żartuję. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, o czym mówisz.

– Gazeta, nie czytałeś dzisiejszej gazety?

– Nie. – Spojrzał na siebie w lustrze. Jego siwe włosy zwisały smętnie wokół łysej głowy. Twarz była bardziej wykrzywiona niż zwykle.

– Ty… – usłyszał, jak coraz bardziej się denerwowała – …ponieważ domyślam się, że to ty dostarczyłeś informacji do artykułu o śmierci w domu opieki.

– Dlaczego sądzisz, że to ja? – zapytał niewinnie.

– Ponieważ artykuł jest pełen szczegółów, które może znać tylko policja i ewentualnie ty.

– Możliwe. Ale jak możesz tak po prostu oskarżać swojego ojca, nie mając pewności? Wszyscy wiedzą, że z policji wycieka masa informacji.

– Dlaczego to zrobiłeś?

– Twoi koledzy nie słuchali tego, co miałem do powiedzenia – powiedział, ustępując.

– Chcesz, żeby dziennikarka prowadziła śledztwo? Czy to nie jest trochę dziecinne, biorąc pod uwagę twoje doświadczenie?

– Może ci się tak wydawać, ale poczekaj, aż sama znajdziesz się w mojej sytuacji – stwierdził, spoglądając w lustro.

– Sytuacja się nie zmieni, jeśli się tak zachowujesz. Całe życie w służbie policyjnej i takie coś.

– Moje wnioski są oczywiście uzasadnione, biorąc pod uwagę, jak bardzo się wkurzyłaś.

– Tato, wykazałeś się bystrością w analizie tej sprawy, a moi koledzy nie dopilnowali swoich obowiązków. Z tego właśnie powodu powinieneś był siedzieć cicho.

– Jak to obecnie wygląda? – zapytał, wyczuwając, że córka w końcu się uśmiecha.

– Obecnie prowadzimy dochodzenie w sprawie włamania.

– A coś więcej?

– Nie przeginaj.

Tym razem nie udało mu się uzyskać dodatkowych informacji.

– Mam nadzieję, że nie masz nic więcej do powiedzenia w tej sprawie, prawda? – kontynuowała.

– Nie, powiedziałem już swoje – skłamał, spoglądając na ramkę ze zdjęciem. Byłaby strasznie zła. Przycisnął słuchawkę do ucha i próbował wyobrazić sobie, co dzieje się po drugiej stronie.

– Wiesz – zaczęła po ciszy trwającej wieczność. – Właściwie to jest coś, w czym mógłbyś mi pomóc. Powinnam była zapytać cię o to wcześniej, ale odłożyłam to na później.

– Czy nie powiedziałeś mi przed chwilą, żebym przestał wtykać nos w nie swoje sprawy?

– Istnieje cienka granica między pomaganiem a przeszkadzaniem.

– Rozumiem. Więc o co chodzi?

– To zadanie dla kogoś, kto zna Väddö na wylot.

– Nie brzmi to zbyt dobrze.

– Tato, nie zamierzam tracić czasu na przekonywanie cię.

– O co chodzi?

– Stara, dobra policyjna robota. Prośba od Guardia Civil.

– Hiszpania?

– Tak, identyfikacja starszej kobiety.

– Martwej?

– Skąd wiedziałeś?

– Dlaczego inaczej mieliby o to pytać?

– Jakiś czas temu została zamordowana w swoim domu na Majorce.

– I nie wiedzą, kim była?

– Nie, nie była osobą, za którą się podawała.

Gdyby zapytano go o to wprost, nigdy by się do tego nie przyznał, ale w jego chorym ciele pojawiło się wyraźne mrowienie, przyjemne podniecenie przepływające przez żyły.

– A połączenie ze Szwecją?

– Sfałszowane szwedzkie dokumenty tożsamości.

Tore zagwizdał.

– Policja przesłuchała kilku przyjaciół, których miała na wyspie. Ich zeznania wskazują na związek z Roslagen.

– Nierozważnie jest mówić o swoim pochodzeniu, jeśli przebywa się w kraju na takich warunkach.

– Przyjechała do Hiszpanii w latach 40. lub 50. Przestępstwo można prawdopodobnie uznać za przedawnione. Była lokalną artystką żyjącą w odosobnieniu.

– A sam czyn?

– Nie znam szczegółów śledztwa. Chodzi tylko o identyfikację, w której potrzebują pomocy.

– Nie jeździło się do Hiszpanii w latach 40. Trwała wojna – powiedział w zamyśleniu. Przed oczami stanęły mu obrazy z dzieciństwa. Zapach papierosów. Umundurowani mężczyźni w zajezdni autobusowej w Grisslehamn, wydmuchujący nonszalancko dym przez nos. Naprzeciwko był sklep. Kobiety z ciężkimi koszykami pełnymi jedzenia. Czasami musiał towarzyszyć matce.

– Słuszna uwaga. To pomoże zawęzić przedział czasowy.

– Co?

– Mądra myśl. Powinnam porozmawiać z tobą dużo wcześniej.

Nigdy byś tego nie zrobiła – pomyślał – gdyby nie fakt, że chcesz mnie trzymać z dala od śledztwa w sprawie Vikinga. Zirytowany tym, że na chwilę dał się wyprowadzić w pole, powiedział:

– Prawdopodobnie byłem małym chłopcem, kiedy opuszczała Szwecję. Wątpię, że ją znałem.

– Mam zdjęcie. Wyślę ci e-mailem.

– Jasne, ale nie sądzę, żebym był zbyt pomocny.

Mieszkanie było skąpane w delikatnym świetle. Pierwsze letnie promienie słońca wpadały przez brudną szybę kuchennego okna. Już niedługo noc świętojańska – pomyślał. Przybywajcie, lilie i orliki, przybywajcie… Przez uchylone okno słychać było ciche dźwięki skrzypiec. Letnie niebo pełne było małych, pierzastych chmur. Wspomnienia nie chciały odejść.

– Swoją drogą, kiedy zobaczę moje wnuki? – zapytał, zmieniając temat.

– Zamierzaliśmy pojechać do chatki w środku lata, oczywiście jesteś również bardzo mile widziany.

– Zapraszasz mnie do mojego domu?

Słońce zniknęło za chmurami.

– Przestań, tato, wiesz, że nie to miałam na myśli.

– Zobaczę, co da się zrobić – powiedział. – Może lepiej, żebym tu został.

– Dobrze – powiedziała. – Pomyśl o tym. Teraz muszę kończyć. – Rozłączyła się.

Siedział jeszcze chwilę ze słuchawką w ręku. Nawet nie nalegała, by przyjechał.

Słońce znów wyjrzało zza chmur, wysyłając swoje promienie prosto na ciemny przedpokój. Nie były jednak w stanie ogrzać Torego, ale wystarczyły, by wszystko stało się jasne. Obudzona po zimie mucha bzyczała koło jego głowy. Odczuwał spokój umysłu. Gdyby tylko wiedział, co zrobić, by jego relacje z córką wróciły na właściwe tory. Odgonił dłonią muchę, a potem patrzył, jak owad szybko leci do kuchni.

To Margareta była zawsze blisko Anny. Świadomość, że nie ma zażyłej relacji z własną córką, przyszła niestety dopiero teraz, po śmierci żony.

Wstał i poszedł do kuchni. Mucha znajdowała się po wewnętrznej strony szyby. Przez chwilę chodziła po zasłonie, a potem usiadła i pocierała nóżki. Tore odczepił packę na muchy wiszącą na haczyku nad zlewem i ostrożnie podszedł do muchy. Wycelował i uderzył. Zasłona kuchenna się poruszyła, a na białej bawełnianej tkaninie pojawiła się czerwona plamka.

Margareta miała 73 lata i była całkowicie zdrowa, jeśli nie liczyć cukrzycy, z którą żyła od tylu lat, że nikt z nich nie uważał jej już za chorobę. Kto mógł przypuszczać, że będzie pierwsza? Pojechała do Grisslehamn na zakupy. Nic w tym dziwnego. Zawsze to ona je robiła po tym, jak dostał tego przeklętego udaru. Upadła przy wejściu do sklepu Ica. Umarła, nawet nie wchodząc do środka.

Tore odłożył packę na muchy i usiadł przy kuchennym stole. Jego wzrok padł na rozbitą ramkę ze zdjęciem. Poczuł wyrzuty sumienia. Zataił to przed Anną. Ale co miał powiedzieć? Jeśli fotografia ma jakieś znaczenie w tej sprawie, to on wkrótce się o tym dowie.

Podszedł do zdjęcia i wziął je do ręki. Następnie wyjął je z ramki. Przejechał palcem po motywie archipelagu. Ciąg wysp w tle. Łagodne, nagie skały. Niepozorne, ale jednocześnie bajecznie piękne. Żadnego punktu orientacyjnego, który wskazywałby miejsce zrobienia zdjęcia. Trzymał je w pewnej odległości od siebie, aby uzyskać lepszą ostrość. Może to było w pobliżu Viggskären. Losowo rozmieszczone wysepki jak ziarenka wrzucone na chybił trafił do wody. Sam kilka razy wypływał tam łodzią. Mocne prądy utrudniały dokowanie, jeśli wiał silny wiatr z północnego wschodu.

Wziął szkło powiększające z szuflady obok kuchenki. Usiadł ponownie i dokładnie przyjrzał się zdjęciu. Na pierwszym planie była dziewczyna, ubrana w strój kąpielowy z drapowanej tkaniny. Skrzyżowała ręce w talii. Wiatr rozwiewał jej fryzurę pomimo szerokiej opaski na włosach. Usta miała ściągnięte, jakby nie czuła się komfortowo. Tore przesunął szkło powiększające na chłopca. Uśmiechał się szeroko. Duże kąpielówki były ściągnięte sznurkiem w pasie. Mała czapeczka zsunięta na kark. Jego ręka spoczywała wokół jej talii. Zdjęcie, które spadło ze stolika nocnego w chwili śmierci. Czy to w ogóle miało jakieś znaczenie dla tego, co się później wydarzyło? Być może powinien zwrócić to zdjęcie, skąd je zabrał.

Odłożył fotografię i pospieszył do drzwi wejściowych. Podreptał do mieszkania Vikinga. Drzwi były uchylone. Co to za zwyczaje? – pomyślał, chwytając za klamkę i wchodząc do środka. Cyfrowa ramka na zdjęcia wciąż odtwarzała pokaz slajdów w ciemnym korytarzu.

– Halo – zawołał.

Brak odpowiedzi. Natrętny zapach detergentu. Pod wieszakiem na płaszcze, na półce stały starannie ułożone buty Vikinga. Wykonane na miarę specjalnie dla niego. Luksus, na który Tore w żadnym wypadku nie mógłby sobie pozwolić, biorąc pod uwagę niską emeryturę. A tam stały aż trzy pary. Viking miał w zwyczaju zmieniać je według określonego systemu. W regularnych odstępach czasu obuwie wysyłano do naprawy do Johna Lobba na St. James Street w Londynie. Teraz stały tam, lśniące i w dobrym stanie. Wszystkie przeżyły swojego właściciela.

Tore spojrzał w dół na własne stopy. Jego pantofle w niczym nie przypominały tych eleganckich z półki.

Przedpokój przylegał do salonu, tak jak w jego własnym mieszkaniu. Grube zasłony frmy Svenskt Tenn tworzyły półmrok, nadając wrażenie ciężkości w połączeniu z ekskluzywnymi meblami. Pomimo swojej elegancji całkowicie nie pasowały do nowoczesnego mieszkania.

Z kuchni dobiegł go odgłos skrobania. Tore ostrożnie przeszedł kilka metrów do drzwi. Jadalnia z dużym oknem była po lewej. Zobaczył tam przezroczystą koronkową zasłonę i pelargonię tulipanową, która już powoli zaczynała więdnąć. Dwie ciemnozielone podstawki z motywami myśliwskimi leżały na masywnym kuchennym stole, jakby przygotowane do śniadania. Poduszki na krzesłach miały ten sam zielony odcień co podstawki.

Tuż przed nim przy zlewie stał lekko pochylony Josef. Zawartość kuchennej szuflady była rozrzucona na blacie. Wszystkie szafki były otwarte. Tore stał w drzwiach. Josef go nie zauważył.

– Cześć – powiedział.

Josef obrócił się, zrzucając szklankę z wodą, która spadła na podłogę. Rozległ się trzask i tysiąc małych kawałków rozsypało się po linoleum.

– Boże, ale mnie przestraszyłeś. – Josef był zaskoczony i jakby zdenerwowany. Amulet, który wczoraj leżał przy łóżku Vikinga, wypadł mu z ręki i wylądował w szklance.

– Przepraszam – powiedział Tore, patrząc na mężczyznę, którego siwe włosy byly wilgotne od potu i kręciły się wokół uszu.

Josef nie ruszył się z miejsca. Nie chciał teraz sprzątać stłuczonego szkła.

– Co robisz?

– Zabieram jedzenie – powiedział, wskazując na plastikową tacę przy zlewie, gdzie mleko, jogurt i pikantne kiełbaski leżały obok dwóch butelek szampana.

– Trzymał jedzenie w szufladach kuchennych?

– Nie, Tore, nie robił tego. Jego bratanek zadzwonił i poprosił, bym zaczął pakować jego rzeczy. – Nic nie dało się wyczytać z jego twarzy.

– Maurice?

– Tak.

– Niezwykłe imię.

– Jego ojciec pasjonował się językiem francuskim.

– Naprawdę?

Josef wzruszył ramionami.

– W każdym razie trochę niezręcznie jest pakować czyjeś rzeczy – powiedział – więc zacząłem od kuchni. Wydawało mi się to najmniej osobiste pomieszczenie. – Pogłaskał swój lekko zakrzywiony nos.

O ile Tore pamiętał, Vikinga nikt nigdy nie odwiedzał. Był sam przez całe życie. Bliscy najwyraźniej przestali się z nim kontaktować. Czy Anna też tego chciała?

Amulet leżał wśród kawałków szkła u stóp Josefa. Mężczyzna pochylił się i podniósł go. Nawinął mały młot Thora na skórzany pasek, który trzymał w rękach.

– Niechlubna przeszłość – powiedział. – Wiesz, co symbolizuje młot?

– Tak.

– Wiedziałeś, że zajmuje się takimi rzeczami?

Tore potrząsnął głową.

– Zaczynam podejrzewać, że jest wiele spraw, o których nie wiedziałem.

– Tworzymy iluzję, wymazując prawdziwą historię. – Josef na chwilę umilkł. – Potem nagle, kiedy najmniej się tego spodziewasz, ona powraca – kontynuował, spoglądając na Torego. – Co ty tu właściwie robisz?

– Usłyszałem ruch na korytarzu i poszedłem zobaczyć, kto tu jest – skłamał Tore, ściskając ramkę w kieszeni.

– Powinienem był to przewidzieć. Wy, starzy gliniarze, nigdy nie wychodzicie ze swojej roli, prawda?

– Prawdopodobnie nie. – Tore spojrzał na promienie słońca odbijające się w zlewie. – Czy ta iluzja była czymś, o czym rozmawiałeś z Vikingiem?

Jest jeszcze wiele do okrycia. Zawsze jest jakaś zatajona informacja – pomyślał.

– Tak… – odpowiedział niepewnie Josef.

– Powiadomiłeś o tym policję?

W kieszeni na piersi Josefa zabrzęczał dzwonek. Drgnął i spojrzał na numer nadawcy. Nagle zaczął się zbierać.

– Muszę iść – powiedział i pospiesznie wyszedł.

Tore nie otrzymał odpowiedzi. Będę musiał zapytać go jeszcze raz, o co chodziło – pomyślał i wrócił do salonu.

 

Pokój był pełen półek z książkami – od podłogi aż po sufit. Z grubych zasłon unosił się ostry zapach kurzu. Na podłodze pod regałem leżał stos albumów ze zdjęciami. Czy Josef też tu był i grzebał? Tore wyjrzał na korytarz. Było cicho. Zdecydowanym krokiem podszedł do stosu i podniósł pierwszy z brzegu album. Usiadł w fotelu i zaczął przeglądać losowo wybrane strony.

Czarno-białe fotografie. Stare zdjęcia studyjne wymieszane z amatorskimi. Dziwni ludzie, dziwne miejsca. Życie, które właśnie się skończyło.

Za oknem wierzchołki drzew mieniły się w promieniach dopiero co przebudzonego słońca. Obrazy nic mu nie mówiły Toremu, dawały jedynie nieprzyjemne uczucie wnikania we wspomnienia zmarłego.

Położył album z powrotem na stos na podłodze. Zrobił to nieostrożnie i cała sterta się przewróciła. Skórzany klaser, który przed chwilą trzymał, otworzył się i wypadło z niego zdjęcie. Podniósł je z podłogi i westchnął. Zdał sobie sprawę, że będzie musiał ponownie przejrzeć cały album, aby znaleźć miejsce, z którego wypadła fotografia. Chciał już wracać do siebie.

Spojrzał na zdjęcie. Nie mógł sobie przypomnieć, czy widział je wcześniej. Młoda kobieta próbowała na nim zakryć swoją nagość futrzanym boa. Zawstydzona, spoglądała w dół na powierzchnię wody, aby uniknąć patrzenia w obiektyw fotografa. W tle lustrzana tafla morza.

Tore wyjął z kieszeni ramkę i porównał zdjęcia. Oczywiście, na każdym z nich była ta sama dziewczyna. Odwrócił zdjęcie z albumu. Na odwrocie wyraźnie napisano ołówkiem: „Siri latem 1942 roku”.

Podekscytowany swoim odkryciem przejrzał resztę albumów ze stosu. Potem kontynuował przeglądanie klaserów z półki. Strona po stronie wypełnione nieznanymi twarzami i krajobrazami. Sam był zbyt młody, by pamiętać te czasy. Wtedy nie znał jeszcze Vikinga, który przejeżdżał do Grisslehamn tylko w lecie. Sam mu to kiedyś powiedział. Być może podobnie było z tą młodą kobietą.

Tore poddał się po kolejnych pięciu albumach. Po dziewczynie nie było śladu. Rozczarowany, zaczął je zbierać i odkładać z powrotem na półkę. Kiedy wsunął ostatni z grubych skórzanych klaserów, zwrócił uwagę na dziwną budowę regału. Środkowa półka była niezwykle płytka. Ostrożnie wyciągnął jeden album i pomacał tylną ściankę. Coś się za nią znajdowało.

– Niech mnie diabli – mruknął i spróbował docisnąć drewno. Tylna ścianka ustąpiła, ukazując wnękę.

Podpierając się kulą, Tore szybko udał się do kuchni. Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Znalazł rękawicę do mycia naczyń w jednej z kuchennych szuflad i pospieszył z powrotem do półki.

Jak policja mogła to przegapić? – pomyślał, zakładając rękawicę na sprawną dłoń. Włożył rękę do środka i wyciągnął plastikową torbę. Drżąc z ekscytacji, otworzył ją. Zobaczył dwa tuziny identycznych opakowań tabletek. Włożył rękę z powrotem do wnęki i chwycił kolejną torbę.

– Leki – mruknął do siebie rozczarowany. Podrapał się po głowie. Nie rozumiał, co to mogło znaczyć. Dlaczego Viking miał taki zapas tabletek?

Rozległo się pukanie do drzwi. Cholera – pomyślał i po raz ostatni włożył zdrową rękę do tajnego schowka. Kroki powoli się zbliżały. Rękawica do zmywania naczyń chwyciła mały przedmiot. Jego dłoń zrobiła się wilgotna od gumowego materiału. Pendrive. Muszę z tym skończyć – pomyślał i szybko wsunął przedmiot do kieszeni kurtki. Usiadł na podłodze otoczony opakowaniami leków. Próbował udawać zdezorientowanego.

– Tore? Co ty tu robisz?

Pytanie było całkowicie uzasadnione. Czas stanął w miejscu.

– Miał tajny schowek. Policja musiała go przeoczyć – powiedział, ignorując pytanie, na które nie znał odpowiedzi. Odwrócił się do Inez, która trzymała się pod boki i patrzyła na niego. – Tak, do cholery – mruknął. – Cały zapas narkotyków.

Za oknem niebo się zachmurzyło.

– Dzwonię na policję – powiedziała poważnie. – Niczego nie dotykaj.

 

– Sądziłam, że uzgodniliśmy, że będziesz trzymał się z dala od wszystkiego, co ma związek z Vikingiem. Co ty tu, do cholery, robiłeś?

Oczywiście wysłali Annę. Stała przed nim w drzwiach mieszkania. Ton jej głosu nie zwiastował niczego dobrego, więc Tore nie zadał sobie trudu, by odpowiadać.

Przy regale współpracownik Anny, mężczyzna w średnim wieku z siwą brodą i ogoloną głową, pochylał się nad znaleziskiem Torego. Wyciągał pudełko po pudełku i wkładał narkotyki do małych przezroczystych plastikowych torebek. Skąd, u licha, Viking je wytrzasnął?

– Może i tak zamierzał się zabić.

– Co powiedziałeś? – Anna odwróciła się, by spojrzeć mu w oczy.

– Zabić się. Wspomniał o tym kiedyś.

– W takim razie nie tylko siebie. To wystarczyłoby, aby załatwić wszystkich na tym piętrze. – Zacisnęła usta. – Powiedziałeś to moim kolegom, którzy byli tu wcześniej?

– Co?

– To, co właśnie mi powiedziałeś.

– Nie.

– Dlaczego?

– Już ci mówiłem, że nie byli zainteresowani niczym, co miałem do powiedzenia.

– Więc jeśli dam ci szansę, podzielisz się ze mną swoimi odkryciami?

Za oknem słońce zniknęło za chmurą. W pokoju zrobiło się jeszcze ciemniej. Sekunda wahania. Obawiał się kolejnych pretensji ze strony córki. Podjął jednak to wyzwanie.

– Na skraju lasu leżą dwa niedopałki papierosów. Trawa wokół nich jest zadeptana. Dokładnie tam widziałem kogoś zeszłej nocy.

– Dotykałeś petów?

– Nie jestem głupi.

Z daleka dało się słyszeć bicie kościelnych dzwonów. Jego serce zabiło w tym samym rytmie. Oczywiście powinien był coś powiedzieć, kiedy zadzwoniła. Zastanawiał się, czy na jego sparaliżowanej twarzy widać teraz wstyd. Szczerze mówiąc, sam byłby tak samo zirytowany na miejscu Anny.

– Może Krajowe Centrum Ekspertyz Kryminalistycznych coś znajdzie – powiedział, próbując załagodzić sytuację.

Zrobiła krok w jego stronę.

– Być może, ale prawdopodobnie znaleźlibyśmy więcej, gdybyśmy od razu mieli te informacje, a pety nie leżałyby tak długo na mokrej ziemi.

Wzruszył ramionami. On sam przeciwko wszystkim. Przecież to jej koledzy przeoczyli te niedopałki papierosów.

Drugi policjant, który wciąż klęczał przed regałem, mrugnął ze współczuciem do Torego.

Stary mężczyzna powoli ściągnął rękawicę, którą nadal miał na dłoni, i spojrzał Annie w oczy. Wciąż była zła. Na jej czole pojawiła się głęboka zmarszczka. Jeśli było coś, za co czuł się nieco winny, to fakt, że postawił ją w niezręcznej sytuacji. Ale też nie musiała się tak cholernie ociągać. Mogli rozwiązać to sami.

Spuściła wzrok i odwróciła się. Jej kręcone rude włosy falowały na ramionach, gdy podchodziła do Anity Lindberg, która również została wezwana.

– Chcę, żebyście od teraz lepiej pilnowali taty. Nie możemy pozwolić, by biegał tu i tam, bawiąc się w policjanta.

Nie zadała sobie trudu, by zniżyć głos. Najwyraźniej chciała, żeby to usłyszał. Pragnęła go publicznie upokorzyć.

– Zrobimy, co w naszej mocy, ale nie mamy zasobów, aby stale monitorować naszych mieszkańców. Nie jest to również naszym zamiarem.

– Tak, tak, rozumiem. Ale w miarę waszych możliwości.

Tore zobaczył, jak Anita kiwa głową na znak zgody i chciał podejść do nich obu.

Powiedzieć dyrektorce, że córka go oszukała, wmawiając mu, że wymaga więcej opieki, niż faktycznie potrzebował. Tak naprawdę był w pełni zdolny do zadbania o siebie w domu na Singö.

– Te wszystkie lekarstwa, które znalazł tata… – Anna zniżyła głos.

Tore podszedł kilka kroków bliżej.

– Tak?

– Czy domyśla się pani, skąd mogą pochodzić?

Widział, jak Anita przez chwilę nad czymś rozmyślała.

– Ostatnio brakowało nam pewnej ilości produktów farmaceutycznych.

– Jak długo to trwało?

– Dwa miesiące.

Tore zobaczył, jak Anita przygląda się swoim sandałom.

– I nie zostało to zgłoszone na policję?

– Nie. Z perspektywy czasu zdaję sobie sprawę, że powinnam była to zrobić, ale myślałam, że sami sobie z tym poradzimy.

Tore odwrócił wzrok i spojrzał w stronę okna. Na zewnątrz chmury przejmowały kontrolę nad jasnoniebieskim niebem.

Wiele myśli przelatywało mu przez głowę. Niewyraźne fragmenty wątków bez logiki i kontekstu. Kradzieże narkotyków. Nie mógł tak po prostu siedzieć i mieć nadzieję, że Anna i jej koledzy dobrze wykonają swoją pracę. Spojrzał na policjanta, którzy właśnie skończył zbierać materiał i podrapał się po ogolonej głowie. Tore uśmiechnął się do siebie i ścisnął mocno swoje trofeum w kieszeni swetra. Wiedział, że pewnego dnia mu podziękują.

Grisslehamn, 1942 

Jeśli była jedna rzecz, której Siri Mattsson nie lubiła, to było to stanie samej jak palec przy parkiecie na wolnym powietrzu. Zirytowana spojrzała w dół. Jej świeżo wypolerowane buty były zakurzone po spacerze z Byholmy. Próbowała trochę je oczyścić w kępce przydrożnych chwastów. Uniosła wzrok, patrząc na tłum i próbując znaleźć Ernę oraz Barbro, ale widziała tylko morze nieznanych twarzy i ciał poruszających się w rytm muzyki na parkiecie. Jednostajny stukot stóp wykonujących tradycyjny taniec hambo.

W niedalekiej odległości stał słup przystrajany na noc świętojańską mający przypominać o najdłuższym dniu w roku. Zapach rosy i letnich kwiatów mieszał się z ciepłem ciał tańczących par.

Siri liczyła tempo i po cichu zapamiętywała kroki: lewa przód, prawa przód, jeden, dwa, trzy, lewa i prawa… Tańczące pary wirowały obok niej, spódnice kołysały się na wietrze. Lato było krótkie, a intensywny taniec świadczył o tym, że wszyscy mieli tego świadomość. Pragnęli także na chwilę odsunąć od siebie codzienne zmartwienia, nie zważając na te okropne czasy, w których żyli. Europa płonęła. Wielu chłopców z wioski zostało powołanych do wojska, na zabawie zamiast nich byli żołnierze z pułku piechoty stacjonujący w Utkiksberget.

Siri westchnęła. Rytm tańca nie wprawiał jej w dobry nastrój. Chciała po prostu wrócić do domu. Wtedy dostrzegła Barbro. Usłyszała jej śmiech, który przebijał się przez muzykę. Zobaczyła, jak jej przyjaciółka odgarnia niesforne loki, które uparcie opadały na jej piegowatą twarz. Uśmiechała się do swojego towarzysza.

Siri kopnęła żwir. Poprawiła fryzurę, zaczesała jeden kosmyk do tyłu i spięła go małą spinką. Spała w warkoczach, aby jej popielate włosy się pofalowały. Starannie wyszorowała się w wannie na podwórzu, aby pozbyć się ostrego zapachu ryb, który zawsze towarzyszył jej, odkąd zaczęła pracę w nowej fabryce Konsum w Orneviken.

Erna zmusiła ją do pójścia na potańcówkę, chociaż tak naprawdę wcale tego nie chciała. Przyszła głównie dlatego, że nie potrafiła odmówić, gdy ktoś ją o coś prosił. Ale kiedy już się zgodziła, zaczęła wiązać z tym wieczorem pewne nadzieje. Nie tańczyła od zerwania ze Stenem zeszłej wiosny.

Matka dostała kawałek kwiecistej bawełny w zamian za paczki żywnościowe, które wysłała do swojej przyjaciółki w Sztokholmie. Z materiału uszyły nową letnią sukienkę z bufiastymi rękawami. Nadawała szczupłemu ciału Siri miękkości, sprawiała, że czuła się niemal piękna.

Erna minęła Siri, tańcząc w ramionach nowego kawalera. Zawołała do przyjaciółki, by przekrzyczeć muzykę:

– Nie zamierzasz dziś tańczyć?

Siri potrząsnęła głową.

Wielu uważało ją i Ernę za podobne jak siostry, ale w przeciwieństwie do niej przyjaciółka miała dar wysławiania się i zdolności artystyczne. Potrafiła oczarować gości w cukierni Dagavara w Köpmanholmen, gdzie z gracją doradzała im, jakie ciastka lub czekoladki kupić. Dla Erny wszystko było takie proste. Zawsze wiedziała, jak się zachować i co mówić. Taka właśnie była. Używała swoich kobiecych zdolności, których pozbawiona była Siri.

– Chodź – zawołała Erna, gdy ponownie mijała przyjaciółkę.

– Nie potrafię zbyt dobrze tańczyć. – Siri zawstydzona odwróciła się, prosto w ramiona nieznajomego młodego mężczyzny. Jego twarz była tak blisko, że poczuła jego oddech. Uśmiechnął się do niej z rozbawieniem.

– Nieważne – powiedział. – Ja umiem i mogę panienkę nauczyć.

Siri z prawdziwym zaskoczeniem spojrzała na stojącego przed nią mężczyznę. Jego głos brzmiał przyjaźnie.

– Proszę – odpowiedziała bez zastanowienia. Poczuła ulgę, że nie będzie musiała tańczyć na doczepkę z Erną i jej kawalerem. Poszła więc na parkiet, dołączyła do innych par i dała się ponieść walcowi, który właśnie grano.

– Raz-dwa-trzy, raz-dwa-trzy – powtarzała sobie, poruszając niepewnie swoim smukłym ciałem w rytm muzyki.

Muzykanci dawali z siebie wszystko i grali pięknie.

– Panienka umie tańczyć – stwierdził i mrugnął do niej.

– Trochę – odpowiedziała, czując zapach potu i stęchłej wody kolońskiej dochodzący od otaczających ich par.

– Pracuje panienka w Dagavarze, prawda?

Był wysokim, dobrze zbudowanym blondynem o klasycznych rysach twarzy.

Potrząsnęła głową. Zastanawiała się, jak mógł tak pomyśleć. Jej dłonie były szorstkie od ciągłego kontaktu ze śledziami.

– Chyba panienkę stamtąd pamiętam – powiedział.

– Musiał się pan pomylić.

– Trudno mi w to uwierzyć. Zazwyczaj mam dobrą pamięć.

– Pracuję w nowej fabryce konserw Konsum.

– Nigdy bym nie pomyślał. Wcale panienka na to nie wygląda.

– A jak powinnam wyglądać? – zapytała, zastanawiając się, czy potraktować to jako obrazę.

– Nie tak jak panienka w każdym razie.

W pewien sposób sprawiło jej przyjemność, że nie spodziewał się, że całymi dniami zwijała śledzie. Myślał, że chodziła jak Erna po cukierni, odcinając odpowiednie części kartek żywnościowych gości.

– A pan nie wygląda na takiego, który przychodzi na takie zabawy – odparła zachęcona jego szczerością.

Uśmiechnął się do niej.

– Racja. Matka i ojciec wynajmują na lato żółtą willę przy porcie.

– U Ingmarssonów?

Przytaknął.

– Mieszkam tu od urodzenia – powiedziała, czując, jak opuszcza ją zdenerwowanie.

– Musi być fantastycznie żyć tak przez cały rok.

– Nie zawsze – odpowiedziała zgodnie z prawdą. – Nie tęskniłabym za sztormami, które przychodzą jesienią i sprawiają, że morze uderza o skały na wysokość metra. Albo dryfujący lód, który zalega grubą warstwą i wraz z zimnem przez długi czas trzyma w uścisku całą wioskę.

Roześmiał się.

Jej nieśmiałość zniknęła i nagle mogła już mówić bez skrępowania.

Opowiadała o rybołówstwie, które dla Grisslehamn i jego mieszkańców było jak złoto. O tym, jak wzdłuż wybrzeża Väddökusten roiło się od śledzi, a w miesiącach letnich łodzie zamieniały się w lśniące góry. O pracowitych czasach w fabryce dostarczającej wszelkiego rodzaju konserwy. Kulki rybne, sardynki, gotowany łosoś i węgorz we wszystkich postaciach. I o tym, jak zręczna była przy taśmie produkcyjnej, zwijając filety śledziowe przed włożeniem ich do słoików i zalaniem sosem pomidorowym.

– Och! – zawołał. Nie wiedziała, czy to była reakcja na jej paplaninę, czy faktycznie to, co opowiadała, sprawiło, że się zdziwił.

Walc dobiegł końca, a ona uświadomiła sobie, że prowadził ją tak zręcznie po szorstkiej drewnianej podłodze parkietu, że nie musiała nawet liczyć kroków. Nieco zakłopotany spojrzał na nią, gdy muzyka przestała grać, dzięki czemu poczuła dużą radość.

Kątem oka dostrzegła Ernę i Barbro, które opierały się o poręcz parkietu i rzucały jej wymowne spojrzenia. Widziała, jak jedna poprawia drugiej włosy, szepcząc coś do ucha.

Muzykanci nastroili ponownie instrumenty. Wziął ją za rękę, a ona dała się poprowadzić w tańcu. Muzyka była pięknym tłem dla ich rozmowy, która znów płynęła z łatwością.

Teraz on opowiadał o sobie. Na imię miał Folke i właśnie skończył studia. Tego lata spędzał tu wakacje. Jesienią czekała na niego służba wojskowa, studia i praca w firmie ojca. Przyszłość była już dokładnie zaplanowana.

– Ale gdybym mógł wybierać, zostałbym pisarzem – powiedział. – Wystarczyłaby mi kawalerka w Paryżu.

– Nie możesz się tam przenieść? – zapytała, zdając sobie z przerażeniem sprawę, że jego otwartość sprawiła, że porzuciła oficjalne tytuły.

Nie wyglądało na to, żeby mu to przeszkadzało. Zamiast tego potrząsnął smutno głową.

– Ojciec nigdy by na to nie pozwolił – stwierdził, spoglądając w stronę zalanego słońcem horyzontu. – Nie wyobrażasz sobie, jakie to szczęście móc oddać się pisaniu – kontynuował.

– Nie – powiedziała zgodnie z prawdą.

W domu zawsze walczyli, aby jakoś przetrwać. Nigdy nie było miejsca na wielkie marzenia. Tęsknoty Siri były tak blisko, że mogła ich dotknąć opuszkami palców. Szybko zrozumiała, że Folke nigdy nie zaznał biedy. Nie wiedział nic o spierzchniętych dłoniach i zapachu ryb. Miała jednak nadzieję, że zauważył, że jej buty, choć pokryte warstwą kurzu, były zadbane, a sukienka nowa.

Zostali na parkiecie przez resztę wieczoru. Taniec po tańcu. Żadne z nich nie chciało przestać. Zapomniała o Ernie i Barbro. Tańczyła, dopóki muzycy nie spakowali swoich instrumentów, a jego dłonie nie pozostawiły wilgotnych odcisków na materiale sukienki w jej talii.

– Chodźmy w stronę portu – zaproponował.

Przytaknęła, wbijając obcasy w ziemi.

Szli obok siebie drogą. Zatrzymali się, a ona pozwoliła mu pocałować się w policzek. Poczuła przyciąganie, za którym tęskniła od czasu rozstania ze Stenem zeszłego lata. Ale kiedy zbliżył się do jej ust, ogarnęło ją skrępowanie. Spojrzał na nią ze zdziwieniem, ale nic nie powiedział.

Minęli czerwone i szare domki rybackie oraz łodzie na nabrzeżu. W porcie było cicho i spokojnie o tak późnej porze. Za dużo myślisz – powiedziała do siebie. Dlaczego po prostu nie pozwolić, by to się wydarzyło, bez zbędnego zastanawiania się? Bo rzeczywiście była nim zauroczona.

Chłodny wiatr nadciągał od morza w tę jasną letnią noc. Mieszał się z mocnym, słodkim zapachem ciemnofioletowych bzów, które rosły przy drodze. Spojrzała na miejsce, w którym stała łódź jej ojca, zanim zeszłej jesieni zabrało go morze. Przeszył ją dreszcz na to wspomnienie.

– Zimno ci? – Folke objął ją ramieniem i przytulił do siebie. – Chodź, odprowadzę cię do domu.

– Nie, nie trzeba.

– Dlaczego nie? – Wypuścił ją z ramion.

– Poradzę sobie, nie powinieneś tak nadkładać drogi – wyjaśniła. Martwiła się, że on odbierze to jako odrzucenie.

– Jesteś pewna? – spytał nieco zdziwiony.

– Tak, oczywiście. – Nie chciała, by zobaczył ich skromną chatkę w lesie.

– W takim razie żegnaj, Siri, i dzięki za dzisiejszy wieczór – powiedział, patrząc w ziemię.

Pomyślała, że tak się to skończy, jeśli nic nie zrobi. Nie bardzo rozumiejąc, skąd wzięła się w niej ta odwaga, zarzuciła mu ramiona na szyję i pocałowała go prosto w usta. Przez chwilę stał nieruchomo, a ona zaczęła myśleć, że zmienił zdanie i nie chce mieć nic wspólnego z taką biedną dziewczyną jak ona. Ale wtedy jego język spotkał się z jej językiem. Jego dłonie pieściły jej ciało, gdy przyciskał ją mocno do siebie, tak że ogarniało ją ciepło.

Pełna szczęścia wyszeptała: „Tak”, gdy poprosił ją o to, by towarzyszyła mu w Folkets Park w następną sobotę.

Uśmiechnął się i ponownie pocałował ją w usta, po czym odwrócił się i zniknął za pomalowaną na biało bramą. Szedł w stronę żółtego domu z białymi drewnianymi rzeźbami pięknie wyciętymi niczym ażurowe serwetki. Stała przez chwilę, patrząc za nim, odurzona zapachem dzikich róż rosnących za ogrodzeniem. Zerwała gałązkę i postanowiła, że w tym roku to będzie jej świętojański kwiat. Była przekonana, że będzie śnić o ukochanym, nawet jeśli włoży pod poduszkę tylko jedną roślinę, a nie siedem.

 

Veronika siedziała ze stopami w pustym brodziku. Nad jej głową pierzaste chmury przecinały czyste, błękitne niebo. W zamyśleniu popijała poranną kawę. Odgłosy godziny szczytu na Sveavägen docierały znad szarego asfaltu do pączkującej zieleni w parku Observatorielunden.

Na kolanach Veroniki leżała teczka z materiałami przekazanymi jej przez Örjana. Zawierała ona informacje dotyczące pogłosek z zeszłego tygodnia o prawdopodobnej przyszłej współpracy strukturalnej między Caring a fińską firmą Vaalia specjalizującą się w zapewnianiu opieki, a także dementi ze strony zarządu Caring.

Veronika odstawiła kawę i się przeciągnęła. Znała te papiery na pamięć. Całą podróż z Norrtälje do Sztokholmu spędziła na zaznajamianiu się z zawartością teczki. Tego ranka, gdy Veronika wsiadała do autobusu, Carina zadzwoniła, że jest chora. Nadeszła jej długo wyczekiwana szansa.

Kamienna krawędź basenu pozostawiła czerwone ślady na udach Veroniki. Dziewczyna powoli zaczynała czuć zdenerwowanie. Ponownie otworzyła teczkę. Bardziej interesowała ją plotka niż oświadczenie firmy. Zbliżająca się fuzja przedsiębiorstw nadawała nowy wymiar wydarzeniom w „Troskliwej opiece”. Veronika odłożyła papiery i wzięła łyk letniej kawy. Nijaki smak wypełnił jej usta. Miała niejasne przeczucie, że coś przeoczyła. Odwróciła kubek do góry dnem, wylewając kawę do brodzika. Na betonowym dnie utworzyła się brązowa kałuża, którą szybko wchłonęły suche liście z zeszłego roku.

Veronika powoli wstała i zaczęła iść w kierunku Hötorget, zostawiając za sobą zieleń Observatorielunden. Pierwsze dziennikarskie doświadczenia w znajomych okolicach jej rodzinnej dzielnicy. Niedaleko mieszkania, które dzieliła z Callem. Zapomniała wczoraj do niego oddzwonić. Nic go bardziej nie irytowało niż takie zachowanie.

Powietrze było pełne duszących spalin pomimo wczesnego poranka. Hałas uliczny wzmagał się, tworząc jedną szczelną ścianę dźwięku. Przyśpieszyła kroku. Dotknęła czarnego żelaznego ogrodzenia przy kościele Adolfa Fredrika. Siedziba Caring znajdowała się na rogu naprzeciwko świątyni. Rdzawobrązowy otynkowany dom z początku ubiegłego wieku.

Przeszła ostatni kawałek do bramy i spojrzała na zegarek. Powoli, podobnie jak korki, czas płynął do przodu. Czubki jej palców były czarne od brudnego ogrodzenia. Wytarła je o spodnie i usiadła na schodach, by poczekać.

Ludzie mijali się na chodnikach, poranne godziny szczytu powoli się kończyły. Mieszkańcy miasta, zmierzający do określonego celu, mieszali się z pierwszymi turystami w tym sezonie. Ci drudzy pewnie zmierzali w stronę kościoła i grobu Olofa Palmego. Veronika zmieniła pozycję na schodach, zaczęło jej się robić chłodno.

Chodnikiem szła grupa mężczyzn w prążkowanych garniturach. Wyglądali dziwnie, choć robili wrażenie zdecydowanych. Co sprawia, że ktoś się wyróżnia? – pomyślała. Tuż za nimi szła kobieta pchająca wózek z dokumentami. Zatrzymali się przy bramie.

Veronika wstała z miejsca, by umożliwić im wejście. Zerknęła na zegar. Już czas.

Jeden z mężczyzn pochylił się nad domofonem i wprowadził kod. Głośnik trzasnął, a niski kobiecy głos powiedział: „Caring”. Jeden z mężczyzn przedstawił się z pięknym akcentem:

– Peter Callahan, Protheus Equity.

Veronika zaczęła się zastanawiać, czy kojarzy tę osobę. Nazwisko jednak nie pojawiło się w materiałach, które otrzymała od Örjana.

Po chwili zamek zabrzęczał. Kobieta z wózkiem spojrzała z wahaniem na Veronikę.

– Także zmierzam do Caring – odpowiedziała dziennikarka po angielsku, starając się zachować jak najlepszy akcent.

Kobieta skinęła głową. Poprawiła spódnicę do kolan z syntetycznego materiału i otworzyła Veronice drzwi. Ruch ten sprawił, że widać było kropelki potu na jej bluzce.

Wszyscy wcisnęli się do małej windy i pojechali na szóste piętro. Ruszyli z impetem w górę szybu. Wnętrze windy lśniło jak blaszana puszka.

Veronika skierowała wzrok na błyszczącą ścianę i zatraciła się we wszechobecnej ciszy, która wypełniała przestrzeń. Poczuła zapach obcych ciał i nadmiernie ilości wody po goleniu. Zamknęła oczy.

Po chwili, która wydawała się wiecznością, winda zatrzymała się ze skrzypieniem na szóstym piętrze. Na tym poziomie było troje masywnych drzwi z ciemnego drewna. Jedne z nich zdobiła wypolerowana mosiężna tabliczka z logo Caring. Kobieta, która szła jako pierwsza, nacisnęła klamkę i weszła do korytarza, kierując się w stronę recepcji. Grupka mężczyzn przywitała się z recepcjonistką i zniknęła w korytarzu.

– W czym mogę pomóc?

Kobieta za kontuarem spojrzała na nią bez zainteresowania. Jej głos był neutralny, a twarz ukryta za grubą warstwą pudru.

– Szukam Raymonda Malména.

– Czy jest pani umówiona?

– Tak. „Norrtelje Dagblad”.

– Spóźniła się pani – stwierdziła kwaśno. – Zobaczę, co da się zrobić.

Veronika spojrzała na zegarek. Do umówionej godziny pozostało pięć minut. Przypomniała sobie swój niezwykle długi poranek i ponownie spojrzała na zegarek. Zdała sobie sprawę, że się zatrzymał. Ogarnęła ją panika. Czy wszystko zepsuła, zanim jeszcze się zaczęło?

– Dziękuję, poczekam tam – powiedziała. Starała się wyglądać na spokojną, ale jej głos brzmiał dziwnie i piskliwie.

Podeszła do czarnej sofy w recepcji i usiadła. Jej stopy zapadły się głęboko w orientalny dywan. Recepcjonistka zignorowała ją.

Veronika rozejrzała się dookoła. Obok kontuaru znajdował się stojak z broszurami reklamowymi różnych działań Caring. Ściany ozdobione były dziełami sztuki. Wydawało jej się, że to były raczej drogie obrazy. Kojarzyła podobne dzieła z domu potencjalnych teściów, a ciągłe rozmowy o sztuce sprawiły, że trochę się wyedukowała w tej materii.

Najnowszy numer „Dagens Industri”leżał na dużym stoliku z litego drewna. Veronika podniosła telefon komórkowy i otworzyła przeglądarkę. Wpisała hasło „Protheus Equity”, a ekran wypełnił się informacjami. Brytyjska spółka kapitałowa podwyższonego ryzyka. Przewinęła tekst w dół i znalazła sekcję dotyczącą ich portfolio. Najnowsze przejęcie dotyczyło cyfrowych usług medycznych.

Podniosła wzrok i napotkała skupione na niej spojrzenie recepcjonistki. Jakby nagle uświadomiła sobie, że ma intruza w recepcji.

– Spróbuję przełożyć pani spotkanie – powiedziała. Jej głos wciąż był kwaśny.

– Dziękuję. I przepraszam.

– Raymond musiał wziąć udział w innym spotkaniu. – Przejrzała kalendarz komputera. – Zobaczę, czy uda mi się panią jakoś wcisnąć. Musi być krótko. – Następnie wyjęła z pudełka czarny kamień i wrzuciła go do szklanej miski na blacie.

– Co pani robi? – zapytała Veronika, spoglądając w stronę naczynia, które było już w połowie wypełnione kamieniami. Większość z nich była czarna jak ten, który recepcjonistka właśnie tam włożyła.

– Statystyki – powiedziała.

– Czy mogę spytać jakie?

– Tak, może pani – mruknęła recepcjonistka. – Za każdą osobę, której nie skłonię do uśmiechu, gdy wchodzi do recepcji, wkładam do miski czarny kamień. Jeśli pojawi się ktoś radosny, wrzucam biały. Ale to nie zdarza się zbyt często. Przychodzą tu głównie bardzo poważni ludzie.

– A co z osobami takimi jak ja?

Wzdrygnęła się.

– Mogę wrzucić biały kamień, jeśli pani chce – powiedziała z ulgą, a jej oczy na chwilę zalśniły.

Veronika nie mogła powstrzymać się od uśmiechu.

– Zdecydowanie biały kamień – powiedziała. Wyjęła czarny i pozwoliła białemu wylądować w szklanej misce. Pochyliła się w stonę ekranu komputera i zsunęła okulary na nos.

– Może się z panią spotkać za 15 minut. Jak się pani nazywa?

– Przepraszam, nie przedstawiłam się. Veronika Wiklund.

– Proszę się tymczasem poczęstować kawą.

– Dziękuję – odpowiedziała Veronika i wstała.

Ekspres do kawy znajdował się na drugim końcu recepcji. Obok stały brązowe plastikowe kubki i mleko w małych kartonikach. Za maszyną zaczynał się korytarz z salami konferencyjnymi. Ściany ze szkła. Wyglądało to zabawnie, jak małe akwaria ustawione jedno za drugim. Veronika uruchomiła ekspres i weszła w głąb korytarza. Drzwi do pierwszej sali były uchylone. Ze środka słychać było głosy. Zaciekawiona podeszła bliżej i zajrzała przez szparę w zasuniętej zasłonie.

Pomieszczenie było wypełniony segregatorami – były wszędzie – na podłodze, na krzesłach i rozrzucone po całym stole konferencyjnym. Czterech facetów w garniturach siedziało pochylonych nad laptopami, stukając w skupieniu. Czuła zapach stęchlizny. Jej wzrok padł na rozczochranego typa. Znajomy. Zdecydowanie go kojarzyła. Andreas, kolega Callego. Instynktownie cofnęła się o krok, chowając się za zasłoną.

Szukała w pamięci, próbując uporządkować myśli. Andreas był prawnikiem biznesowym. Próbowała sobie przypomnieć, co powiedział jej o swoim zajęciu. Nietypowe godziny pracy. Nigdy nie wracał do domu przed jedenastą wieczorem, praca w weekendy. Przyjaciele i dziewczyna, którzy nieustannie musieli dostosowywać się do wymagań biura. Życie na samym dole prawniczego łańcucha pokarmowego.

To dziwne – pomyślała – że tak utalentowany facet jak on znalazł się w takim kieracie. Zeszłego lata nie wziął ani jednego dnia urlopu. Brudna robota – tak to już jest – wyjaśniał. Każdy musiał wspinać się po szczeblach hierarchii, aby odgrywać bardziej znaczącą rolę w firmie. Fakt, że Andreas tu był, mógł oznaczać tylko jedno.

Ktoś się poruszył wewnątrz pokoju. Veronika usłyszała szuranie krzeseł. Szybko skręciła za róg. Ledwo zdążyła, zanim drzwi do sali konferencyjnej się otworzyły.

– Musisz się upewnić, że rano da ci porządne śniadanie. Nie możemy ciągle jeść kanapek dla budowlańców, Andreas.

Pozostali się roześmiali.

Ostatni bastion szowinizmu – pomyślała Veronika.

Mała grupa się zbliżyła. Ich garnitury były pogniecione, jakby w nich spali. Veronika wstrzymała oddech. Miała nadzieję, że jest niewidoczna, stojąc za rogiem. Minęli ją, pogrążeni w rozmowie.

Szybko wślizgnęła się do sali konferencyjnej. Wiedziała, że nie ma zbyt wiele czasu. Wkrótce recepcjonistka zacznie jej szukać. Veronika spojrzała zdezorientowana na duży dębowy stół. Wszędzie walały się papiery i foldery. Nie mogła się zdecydować, gdzie szukać informacji. Komputery były ustawione na środku stołu. Losowo nacisnęła jeden z nich. Ekran mignął. Blokada ekranu jeszcze się nie włączyła. Co za nieostrożność – pomyślała i uśmiechnęła się do siebie. Na białym tle pojawił się tekst: Protheus Equity kupuje szwedzką firmę Caring AB za pośrednictwem funduszu Protheus Mid Market wraz z brytyjskim funduszem emerytalnym True Invest. Zarząd Caring AB zostanie uzupełniony o ekspertów w dziedzinie opieki zdrowotnej z sieci Protheus Equity.

Sala nagle jakby się zmniejszyła. Veronika stała przed komputerem, bezpośrednio pod białym światłem jarzeniówek. Jej dłoń zaciskała się konwulsyjnie wokół telefonu. Serce biło jej gwałtownie. Drżącą ręką podniosła komórkę. Skierowała aparat w stronę ekranu komputera i zrobiła zdjęcie.

Na korytarzu słychać było zbliżające się kroki. Szybko wsunęła telefon do kieszeni i wycofała się z pomieszczenia.

– Tutaj pani jest.

Veronika się odwróciła. Poczuła suchość w ustach.

Recepcjonistka stała na środku korytarza z zapomnianym kubkiem kawy w dłoni.

– Szukałam toalety – wyjąkała Veronika.

– Jest przy recepcji – powiedziała sucho recepcjonistka. – Ale proszę szybko, Raymond ma teraz czas.

– To może poczekać – powiedziała Veronika, posłusznie idąc za recepcjonistką.

 

Biuro Raymonda Malména miało nowoczesny wystrój. Stonowane kolory, różne odcienie szarości i czerni z akcentami fioletu i lawendy. Ciemne drewno. Drogie materiały.

– Tak? – powiedział, podnosząc wzrok znad stosu papierów na biurku.

Veronika chrząknęła.

– Pracuję w „Norrtelje Dagblad” –zaczęła.

Raymond Malmén zmarszczył brwi.

– Zagubiona dziennikarka – powiedział z krzywym uśmiechem. Odchylił się na fotelu, krzyżując nogi tak, że jego dobrze wypolerowane skórzane buty lśniły w świetle promieni wpadających do środka.

– Przepraszam – powiedziała. Sama nie była pewna, czy ma na myśli swoje spóźnienie, czy przestępstwo, które właśnie popełniła.

– Proszę usiąść. Czekamy jeszcze na Johannę, rzeczniczkę firmy. – Postukał ołówkiem w krawędź stołu. Był trochę zniecierpliwiony, jakby nie wiedział, co zrobić z czasem, który nagle pojawił się w jego napiętym grafiku.

Zajęła szare krzesło obite wełnianym materiałem.

– Jest pani stażystką? – zapytał.

Przytaknęła, a jego twarz się wypogodziła.

Veronika zdusiła w sobie irytację, nie chcąc, żeby jej wygląd zdradzał prawdziwe uczucia. Opuściła gardę. To mogło zadziałać na jej korzyść.

Właśnie wtedy do pokoju weszła kobieta w średnim wieku. Ubrana była w luźne spodnie i bluzkę opinającą biust. Była smukła jak wierzba i miała zaciśnięte wąskie usta. Sprawiała wrażenie, że jest przyzwyczajona do otrzymywania tego, czego zapragnie.

Skinęła głową Raymondowi i wyciągnęła rękę do Veroniki.

– Johanna Giessner – przedstawiła się. – Zacznijmy.

Veronika odchrząknęła.

– Został pan skrytykowany w mediach za warunki panujące w pana domach opieki. Zaprzeczył pan wszystkim zarzutom, obwiniając wspólnika. Czy może pan to skomentować?

Raymond opuścił stopę leżącą na kolanie na podłogę i pochylił się nad biurkiem. Zacisnął dłonie i przełknął ślinę. Sprawiał wrażenie spokojnego. Człowiek obyty w świecie, w dobrze dopasowanym garniturze i z koszulą rozpiętą pod szyją. Veronika z całego serca zapragnęła mieć teraz przy sobie Carinę.

– W skrócie powiedziałbym, że nasze domy opieki działają dobrze.

– W Norrtälje…

– Jeśli śledzi się doniesienia medialne, łatwo jest uzyskać zniekształcony obraz – przerwał spokojnie i kontynuował: – W Norrtälje mieliśmy odmienne zdanie niż lekarka prowadząca. Jest to godne ubolewania, ale uważamy, że fakt ten nie może pozostać niezauważony. Dlatego zakwestionowaliśmy zarzuty o niewłaściwe postępowanie w piśmie wystosowanym do władz miasta.

– Proszę o więcej szczegółów. Twierdzi pan, że to, co zostało zgłoszone, nie jest prawdą? – Veronika wyczuwała wełniane ściegi obicia krzesła na plecach.

– Zawsze istnieje możliwość usprawnienia działania i zakwestionowania jakości wykonywanej pracy. Sami systematyczne wprowadzamy ulepszenia i odnotowujemy rzeczy do poprawy.

– A w Norrtälje?

– Jak już powiedziałem, to odosobniony przypadek.

– Więc mówi pan, że lekarka pracująca w centrum nie ma podstaw do tego, o czym mówi? Czy to nie jest trochę dziwne? Z pewnością jako osoba znająca placówkę powinna mieć dobry wgląd?

– Nie należy zapominać, że w tym ośrodku mamy bardzo kompetentny personel pielęgniarski, który nie zgadza się z krytyką wysuniętą przez tę lekarkę.

– A co pan powie krewnym mieszkańców domu, którzy teraz martwią się ze względu na upublicznione informacje?

– W „Troskliwej opiece” nigdy nie doszło do zaniedbań. Naszym zdaniem to raczej sama lekarka nie gwarantuje bezpiecznej opieki medycznej, nie będąc dostępną, gdy jest potrzebna i zmieniając recepty na leki bez informowania naszego personelu. Dlatego właśnie skierowaliśmy pismo w tej sprawie do władz miasta.

– To słowo przeciwko słowu. Takie zapewnienie może być niewystarczające dla krewnych. – Veronika drążyła temat.

Zauważyła długą rysę wzdłuż dłuższego boku biurka. Szpeciła drewniany blat markowego mebla.

– Niedawno poprosiliśmy zewnętrzną firmę audytorską o przeprowadzenie niezależnego przeglądu działania organizacji. Chciałbym podkreślić, że w Caring dokładamywszelkich starań, aby skutecznie dementować plotki wywołane oświadczeniem lekarki, przedstawiając fakty. Mam nadzieję, że publikacja wyników naszych działań spotka się z takim samym zainteresowaniem, jak list lekarki.

Mam za mało materiałów od cholernego Örjana – pomyślała Veronika, spoglądając w dół na lawendowy dywan. Nie odważyła się wyciągnąć swojego asa z rękawa. Jeszcze nie teraz.

– Caring przedstawiono w mediach jako firmę, dla której zysk jest najważniejszy. Pisano też o wewnętrznej rywalizacji między placówkami – kontynuowała. – Nie sprzyja to zgłaszaniu nadużyć i przedstawianiu faktów.

– Osobiście nie uważam, żeby panowała u nas atmosfera rywalizacji, o której mówi się w mediach. Stawiamy na jakość i robimy to już od wielu lat. W naszej firmie poświęcano jednak wcześniej zbyt wiele uwagi finansom.

Słaby hałas ruchu ulicznego na Sveavägen.

– Więc jest jakieś ziarnko prawdy w tym, co zostało napisane?

Jego niebieskie oczy zwęziły się i z irytacją przeczesał dłonią blond włosy. Rzucił szybkie spojrzenie w kierunku rzeczniczki firmy.

– Powiedziałbym, że bardzo małe. Chcę podkreślić, że w Caring każdego dnia koncentrujemy się na jakości.

– Jesteście firmą nastawioną na zysk. Czy pomimo tego zamierzacie teraz zwiększyć wydatki, aby poprawić jakość?

– Nie uważamy tego za sprzeczność.

– Zamierza pan zwiększyć dochody, inwestując w placówki? – Veronika przypomniała sobie brudnożółte ściany w „Troskliwej opiece”. Wypolerowaną podłogę z linoleum.

– W ostatnich latach nasze zyski były na poziomie około sześciu procent.

– Ale zgaduję, że to się teraz zmieni, gdy w grę wchodzi spółka kapitałowa podwyższonego ryzyka?

Zauważyła zmianę w jego wyrazie twarzy. Zaskoczenie. Na sekundę zapadła cisza, zanim padła odpowiedź: „Nie”. Jego spojrzenie powędrowało do rzeczniczki. Pęknięcie w medialnie wyszkolonej fasadzie.

– Przepraszam – powiedziała Johanna, uśmiechając się niepewnie. – Nigdy nie komentujemy zmian w strukturze własnościowej firmy.

– Nie o to pytałam, ale to właściwie potwierdzenie, że pojawią się inne podmioty?

– Nie, musiała pani źle zrozumieć.

– Byłam przekona, że… – Gruby dywan pod jej stopami zdawał się teraz bardzo miękki.

– Nigdy nie komentujemy takich plotek – powtórzyła rzeczniczka.

Dyrektor generalny Caring odzyskał w końcu zdolność mówienia i kontynuował: – Jeśli spółka kapitałowa podwyższonego ryzyka byłaby zainteresowana fuzją, to tylko dlatego, że widzi możliwości rozwoju i dalszego wzrostu naszej firmy. Przynajmniej ja tak uważam. Chcę prowadzić przedsiębiorstwo, które zapewnia jakość na każdym etapie i generuje zysk, pozwalając nam inwestować w nowe działalności.

– Ten trend nie był jednak ostatnio zbyt widoczny w działaniach firmy. Dodatkowe pieniądze są przyznawane kadrze kierowniczej w ramach premii, podczas gdy zmniejszana jest ilość pracowników w placówkach.

– Możliwość wypłacania kierownictwu wynagrodzeń na zasadach rynkowych jest jednym ze sposobów na przyciągnięcie kompetentnych osób. W tym kontekście jest to koszt marginalny.

– Czy nie można by lepiej wydać tych pieniędzy, na przykład zwiększając liczbę pracowników na wieczornych i nocnych dyżurach?

– Mamy dobry poziom zatrudnienia w naszych domach.

– Ktoś włamał się do domu „Troskliwa opieka” w Norrtälje. W recepcji podobno nikt nie pracuje nocą. Następnego ranka jeden z mieszkańców domu został znaleziony martwy. Ktoś dokonał u niego włamania. Jak więc można mówić, że macie wystarczającą ilość personelu?

– Nigdy nie komentujemy poszczególnych wydarzeń.

– Sprawa włamania została przekazana policji. Jak powiedziałam wcześniej, nie będziemy tego więcej komentować – wtrąciła się ponownie rzeczniczka.

– W jaki sposób sprawcy dostali się do mieszkania?

– Dochodzeniem zajmuje się policja.

– Więc na tym etapie nie ma jasnych tropów?

– Nie możemy tego komentować.

– To znaczy, że nie można wykluczyć, że zrobił to któryś z pracowników?

– Jak już powiedziałem, to sprawa policji.

– Jak zagwarantować bezpieczeństwo mieszkańców po tym, co się stało?

– Postanowiliśmy dziś rano dokonać rewizji naszych procedur bezpieczeństwa.

– Dlaczego nie zrobili państwo tego wcześniej?

– Podjęliśmy już pewne działania jesienią ubiegłego roku, a teraz dodajemy kolejne.

– Innymi słowy, deficyt pracowników.

Rozległo się pukanie do drzwi, a potem pojawiła się w nich sekretarka. Skinieniem głowy zasygnalizowała, że nadszedł czas na kolejne spotkanie.

– Myślę, że powinniśmy na tym zakończyć. Czy ma pani jakieś ostatnie pytanie?

Kręcąc głową, Veronika wstała i poszła za sekretarką do recepcji. Zobaczyła, jak umieszcza kolejny czarny kamień w szklanej misce i spogląda z pogardą na nowego gościa czekającego na kanapie.

 

Uradowana Veronika wyszła na ulicę. Osiągnęła niemożliwe. Potwierdzenie swoich odkryć przez prezesa firmy. Udało jej się uchwycić ledwo wyczuwalne pęknięcie. W gazecie będą z niej dumni. Pełna szczęścia i pozytywnej energii chwyciła telefon komórkowy i zadzwoniła do Callego.

– Cześć, to ja.

Odpowiedział zaspanym głosem.

– Spałeś? – zapytała zaskoczona. – Jest jedenasta.

– Mhm. Wczoraj położyłem się późno.

Oczami wyobraźni widziała go w łóżku. Jego zmierzwione włosy, nagrzane ciało pod ciepłą puchową kołdrą, która czasami zsuwała się na dywan.

– Jestem w Sztokholmie – powiedziała.

– Co?

– Jestem w Sztokholmie.

Zamilkł.

– Dlaczego? – spytał w końcu.

– Praca.

– Nie oddzwoniłaś do mnie.

– Dzwonię teraz.

Zapadła cisza. Poczuła, że rozważa jej słowa, jakby decydował, czy się zezłościć.

– Tęsknię za tobą – powiedziała, robiąc pierwszy krok.

– Ja też za tobą tęsknię. – Oddychał ciężko.

Cisza.

– Anna i Henrik zaprosili mnie lub nas na imprezę po pracy. Coś niezobowiązującego. Zadzwonię i powiem im, że jesteś w mieście, bo zostajesz, prawda?

Anna i Henrik. Żołądek jej się ścisnął. Naprawdę nie chciała tam iść, ale wpadła w pułapkę. Henrik był najstarszym i najlepszym przyjacielem Callego, kolegą z klasy od początku szkoły. Annę znali prawie tak samo długo, bo chodziła do równoległej klasy w Gärdesskolan i została dziewczyną Henrika w dziewiątej klasie.

– Tak, zostanę – powiedziała bez entuzjazmu.

Znowu cisza.

– Nie powinnaś była podejmować tej tymczasowej pracy – rzucił.

Słuchała jego oddechu przez telefon. Tak, to była właściwa decyzja – pomyślała.

– Rozmawialiśmy o tym tysiące razy. To okazja, której nie mogłam przepuścić. Wiesz, że staże nie rosną na drzewach. W rzeczywistości przeprowadziłam dziś wywiad życia. Wszystko się teraz zmienia, czuję to.

– A co z nami? – Usłyszała nieprzyjemny, nieco dziecinny ton, który zawsze pojawiał się w jego głosie, gdy poruszali ten temat.

– Jedno nie wyklucza drugiego – odpowiedziała. A może tak? – pomyślała.

Teraz nadeszła jego kolej, by pomilczeć, a ona poczuła się zmuszona, by jakoś go udobruchać.

– Jestem tu teraz, prawda?

– Mhm.

– Zadzwonię do Henrika i powiem mu, że przyjdziemy razem.

– Świetnie.

– Dobrze. Uściski.

Veronika rozłączyła się i schowała telefon do torby. Radość, którą przed chwilą czuła, zniknęła. Zirytowana skierowała kroki w dół Sveavägen. Musiała znaleźć kawiarnię i napisać tam artykuł. Nie chciała wracać teraz do domu.

 

Punktualnie o siódmej Veronika i Calle stali przed mieszkaniem Anny i Henrika na Dalagatan, zaledwie rzut kamieniem od ich własnego lokum.

– Poczekajmy jeszcze chwilę – powiedziała Veronika.

– Jeśli zapraszają nas na siódmą, to mamy być o siódmej. – Calle stosował się do rygorystycznych zasad punktualności swojej apodyktycznej matki. Pięć minut spóźnienia na rodzinny obiad oznaczało, że byli automatycznie obarczani winą za rozgotowane ziemniaki i suche mięso.

– Tak, ale zwykle nie są gotowi. – Veronika spróbowała przekonać go jeszcze raz. – Możemy trochę pokrążyć po okolicy.

– Nie.

Wiedziała już, jak zapowiadała się reszta wieczoru. Jak zwykle mieli się pojawić jako pierwsi. Zaskoczyć gospodarzy, którzy właśnie wyszli spod prysznica. W ramach przeprosin zostaną zaproszeni do kuchni, aby pomóc w przygotowaniu jedzenia lub przynajmniej towarzyszyć im z drinkiem w jednej ręce i garścią orzechów w drugiej.

– Dobrze, dobrze, ale znów będziemy pierwsi. – Veronika starała się nie irytować. Nie chciała, by dobry nastrój został popsuty przez taką bzdurę.

Artykuł ukazał się po południu. Redaktorzy zapoznali się z materiałem i pochwalili jej pracę.

Calle otworzył drzwi i weszli do budynku.

– Chodźmy schodami – powiedziała Veronika, próbując opóźnić przybycie o kolejną minutę.

– Przestań, nie będziemy się wspinać na piąte piętro.

Na dole było cicho. Na klatce schodowej unosił się zapach pieczonego mięsa. Weszli do windy i wcisnęli numer pięć. Obawy Veroniki się potwierdziły, gdy kilka minut później wkroczyli do gustownie wyremontowanego dwupokojowego mieszkania z 1920 roku.

– Witamy! – Anna pocałowała ich oboje w policzek. Miała na sobie sięgającą stóp sukienkę od Filippy K. Jej blond włosy były nonszalancko ściągnięte w węzeł na czubku głowy. Henrik stał tuż za nią; wyszedł prosto spod prysznica. Kręcone, mokre włosy zaczesał do tyłu.

– Cześć, laleczko! – powiedział, wyciągając ręce do Veroniki. – Ile to już minęło od ostatniego spotkania?

Jego mokre włosy zostawiły ślady na jej nowym topie. Henrik przez chwilę się jej przyglądał, lustrując ją z góry do dołu.

– Wyglądasz wspaniale – powiedział. – Życie na wsi ci służy.

Jego jasnoniebieska koszula była rozpięta pod szyją i miała identyczny kolor jak koszula Callego. Nawet ich chinosy były takie same. Wyglądało to komicznie. Dwóch przerośniętych bliźniaków. Eleganccy nawet po pracy.

Henrik, który zdecydował się studiować ekonomię, ukończył studia i przez rok pracował jako konsultant do spraw zarządzania. Calle, który wciąż studiował prawo we Frescati, nie potrafił zaakceptować faktu, że nadal nie robią tego samego. To było trudne, ponieważ teraz jego przyjaciel dobrze zarabiał i mógł zmienić styl życia.

– Dla gospodyni – powiedział Calle, wręczając słoik soli morskiej z przyprawą chili, który Veronika kupiła w Hötorgshallen. – Jesteśmy pierwsi? – spytał, patrząc w kierunku nowo wyremontowanej kuchni.

– Tak, ale wejdźcie, na litość boską.

– Może przygotujemy jedzenie razem? – Veronika i Calle podążyli za parą gospodarzy, przechodząc przez jadalnię z oryginalnymi szafkami, by znaleźć się w dużej, przestronnej kuchni. Wszystko było białe, nawet olejowana podłoga. Wazon z białymi goździkami na stole i czerwony ceramiczny talerz z pomidorami, który był jedynym barwnym akcentem.

– Napijemy się szampana, zanim przyjdą pozostali? – Henrik wyjął butelkę z lodówki i otworzył ją z lekkim hukiem. – Co za miła niespodzianka, Veronika, myśleliśmy, że porzuciłaś Callego na całe lato.

Wyczuła sarkazm w jej głosie.

Anna podeszła do okna i zaczęła zrywać listki przypraw ze stojących tam doniczek. Podobnie jak Henrik była ekonomistką i pracowała w firmie księgowej.

Ciekawe, co powiedział im Calle – myślała Veronika i czuła, że jej dobry nastrój znika. Obcisły top zaczął przyklejać się do jej skóry.

– No to na zdrowie! – Henrik uniósł swój kieliszek i stuknął nim o kieliszek Veroniki.

Przytaknęła i wypiła łyk szampana. Musujący, wytrawny napój szczypał ją w język.

Wszystko jest doskonałe – pomyślała. Ale jakoś mnie to denerwuje, ta ciągła burżuazyjna rywalizacja.

Widziała siebie za dwadzieścia lat na jakimś zamożnym przedmieściu. Kariera i dzieci. Doświadczenie życiowe. A jeśli wszystko pójdzie dobrze, więcej drogich bąbelków w kieliszku i próżne upiększanie siebie, aby zatrzeć ślady czasu na coraz bardziej zmęczonym ciele. Calle – w czerwonych spodniach milionera. Wciąż z nawykiem śpiewania studenckich piosenek z uczelni, gdy tylko pojawiają się mocniejsze trunki. Pewnie też jakieś przedłużenie męskości zaparkowane na podjeździe. To była kusząca wizja, ale jednocześnie coś w niej nie pasowało Veronice.

Było kwadrans po ósmej, zanim ponownie zadzwonił dzwonek do drzwi i przybyli kolejni goście. Procedura całowania policzków i wręczania prezentów gospodyni została powtórzona. Kieliszki zostały napełnione, ale jedzenia nadal nie było widać. Veronika wzięła garść orzechów, aby zaspokoić pierwszy głód.

Przy oknie Henrik rozmawiał z Andreasem i jego dziewczyną Janą, która prowadziła salon pielęgnacji skóry w pobliżu Stureplan. Była urocza jak laleczka, z kasztanowobrązowymi, lekko kręconymi włosami spływającymi na ramiona jak gruby płaszcz i okrągłymi brązowymi oczami.

Veronika podeszła do nich. Wyglądało na to, że rozmawiają o pracy. Stanęła obok Andreasa. Podczas rozmowy śmiał się całym ciałem. Jego włosy były w nieładzie, a skóra pięknie opalona. Zastanawiała się, w jaki sposób udało mu się uzyskać taką opaleniznę. Może jego dziewczyna mu trochę w tym pomogła?

– Jeśli jakieś spółki mają znaczenie na giełdzie w tych czasach, to są to spółki z sektora opieki zdrowotnej. Stabilne biznesy z przychodami opartymi na długoterminowych kontraktach.

– Nie sądziłam, że można tak ogólnie mówić o notowaniach na giełdzie – stwierdziła Veronika, wtrącając się do rozmowy.

Zdziwione spojrzenie Henrika wyraźnie pokazało, że jest to rozmowa o ekonomii, w której nie powinna brać udziału.

– Niezależnie od tego, czy wejdziemy na giełdę czy nie, prawdopodobnie dobrze byłoby posiadać różne podmioty w tym sektorze – powiedział Andreas.

– Wygląda na to, że znasz się na rzeczy. – Veronika uśmiechnęła się do niego przymilnie.

– Cóż, ostatnio zajmowałem się trochę pracą w tym obszarze.

– Aha.

– A co teraz robisz? – zapytał Henrik.

– Nie mogę powiedzieć, ale jest to niesamowicie ekscytujące. Przeprowadzamy badanie due diligence dla brytyjskiego klienta.

Veronika odwróciła głowę i udawała brak zainteresowania. Patrzyła na widok z kuchennego okna mieszkania. Wpatrywała się w dachy na Odengatan, cały czas śledząc rozmowę. Ciemne, błyszczące metalowe dachy, jakby ktoś pokrył je lakierem, by nadać im piękny połysk. Po drugiej stronie ulicy rozciągał się zielony Vasa Park. Andreas mówił dalej.

– Siedzieliśmy dziś do czwartej rano. Dużo pracy, ale niezmiernie fascynującej.

Henrik tylko potakiwał.

– Wiesz, jacy są Brytyjczycy, pracują dwadzieścia cztery godziny na dobę, ale trzeba na to przystać.

Słyszała, jak pozostali byli pod wrażeniem tego, jak dużo Andreas pracował.

– Oczywiście nie mogę powiedzieć, co to jest, ale będzie o tym niebawem w gazetach. To duża transakcja.

Pomyślała o swojej dzisiejszej wizycie w Caring. Andreas pochylający się nad komputerem. Długie rzędy niebieskich segregatorów. Due diligence. Ogromne ilości informacji przetwarzanych w krótkim czasie. Wszystko musiało zostać przejrzane, od decyzji księgowych i podatkowych po najbłahszą umowę. Szukanie wszelkich możliwych słabych punktów, które mogłyby wpłynąć na niższą wycenę firmy.

– Cholernie się cieszę, że dziś skończyliśmy – powiedział, biorąc łyk wina musującego.

– Więc jak myślisz, dojdzie do fuzji? – Veronika odeszła od okna i odwróciła się do Andreasa.

– Zdecydowanie – powiedział i wziął kolejny łyk. – A jak tam na wsi, Veronika? Miałaś już swój artykuł na pierwszej stronie? – Andreas uśmiechnął się do niej.

Zręcznie manewrował rozmową, zmieniając temat. Zdał sobie sprawę, że powiedział trochę za dużo o zbliżającym się przejęciu – pomyślała.

– Jeszcze nie, ale mam nadzieję, że jutro się pojawi – odpowiedziała.

– Nieźle. O czym? Kradzieże rowerów czy włamania do lodziarni?

– Bardzo zabawne.

– Brzmi bardziej ekscytująco niż siedzenie z nosem w zakurzonych aktach i starych umowach przez cały dzień – powiedziała Jana, niespodziewanie stając w obronie Veroniki.

– Więc co będziemy mogli jutro zobaczyć na pierwszej stronie? – spytał Andreas, nie komentując słów swojej dziewczyny.

– Obawiam się, że nie mogę tego ujawnić. Jest to tak samo tajne, jak twoje zlecenie dla Protheus Equity.

Jego wyraz twarzy całkowicie się zmienił. Aż otworzył usta ze zdziwienia.

– Jak, do cholery…

– Intuicja, ale miałam rację, prawda? – powiedziała, uśmiechając się.

– Pismaczka. Cholera, szybko wcieliłaś się w swoją nową rolę. – Był teraz blady. Cała jego pewność siebie zniknęła.

– Być może tak szybko, jak ty w swoją.

– Nie piszesz przypadkiem o tym?

– Jakie to ma znaczenie? I tak nikt nie czyta małej lokalnej gazety takiej jak ta, dla której piszę.

– To był żart.

– Rozumiem.

– Veronika.

Poczuła ramię Callego ciągnące ją w głąb kuchni, wypełnionej teraz gośćmi, gdzie Anna położyła na blacie ciasta, zieloną sałatkę i czerwone wino.

– To było cholernie niepotrzebne.

– Co?

– Nie potrafisz się zachować na imprezie.

– Sam się o to prosił.

– Ale nie zamierzasz o tym pisać?

– O czym?

– O fuzji, o której opowiadał Andreas.

– Dziś po południu wysłałam artykuł. Zajmowałam się tym wcześniej.

– Czy zdajesz sobie sprawę, co to może oznaczać?

– Tak.

– Nie możesz tego zrobić.

– Mogę. Istnieją aspekty tej firmy, które należy upublicznić. Uwierz mi, ludzie muszą wiedzieć.

Wyrwała się z jego uścisku. Nie mogła dłużej znieść tego przedstawienia.

– Dokąd się wybierasz?

– Do Grisslehamn.

– O tej godzinie?

Zaczęła iść w kierunku korytarza.

– Veronika.

Odwróciła się, by spojrzeć mu w oczy.

– Nie mogę tu zostać. Jestem zmęczona. Zadzwonię jutro. – Doszła do drzwi i zamknęła je za sobą.

 

Im bardziej oddalała się od przyjaciół Callego, tym lepiej się czuła.

Wybiegła z mieszkania, minęła kawiarnię Wasahofa ze stolikami na zewnątrz i skierowała się w stronę Odengatan. Poczuła, jak chłodne wieczorne powietrze wypełnia jej płuca, a krople deszczu spadają na głowę. Pobiegła aż do stacji metra i tam wskoczyła do pociągu numer cztery jadącego w stronę Politechniki.

Miała szczęście, autobus do Norrtälje zamknął drzwi zaledwie kilka minut po tym, jak zajęła ciemnoniebieskie pluszowe siedzenie. Gdy jechała w dół Valhallavägen, zadzwoniła do redaktora strony internetowej gazety, aby upewnić się, że jej artykuł się ukaże. Otrzymała potwierdzenie. Redaktor pogratulował jej świetnej roboty. Zadowolona, schowała telefon do torby i wreszcie zaczęła się relaksować. Deszcz przybrał na sile, spływając strumieniami po szybach autobusu. Szum autostrady ukołysał ją do snu.

Spokojna, przespała całą drogę do Norrtälje. Obudziła się wypoczęta, ale w jej głowie pojawiła się jedna myśl: Piwo, potrzebuję piwa. Poszła więc Brogatan przez uśpione alejki. Czuła się niezniszczalna i niezmiernie szczęśliwa. Nuciła, idąc po bruku i mając poczucie, że cały świat jest u jej stóp.

 

Klub nocny znajdował się przy jednej z szeregu małych uliczek pełnych malowniczych drewnianych domków. Niski, otynkowany, rdzawy budynek z nazwą wypisaną na fasadzie dużymi, białymi literami z blachy. Zatrzymała się przed wejściem i po raz ostatni zadzwoniła do redakcji. Potwierdzili, że nie ma żadnych innych ważnych wiadomości, które mogłyby okazać się większym hitem niż jej doniesienia. Wszystko było tak, jak powinno. Zadowolona z siebie Veronika weszła do klubu.

Przywitały ją biesiadna atmosfera i ciepło. Postanowiła przedrzeć się przez tłum w kierunku baru. Otoczona mieszaniną przeróżnych woni, pokonywała powoli krótki odcinek drogi w głąb sali. Popychana przez obce ciała, czuła zapach piwa i potu zmieszany z nieokreślonymi perfumami.

Przy barze było tłoczno. Chciała się napić, więc zaczęła pchać się do przodu, by złożyć zamówienie. Za kontuarem barman z nonszalancką miną wypełniał kufle piwem z kranu. Nucił do odtwarzanej muzyki, napełniając szklankę Veroniki i stawiając ją na ladzie. Jego twarz zdobiły srebrne kolczyki.

Veronika skinęła mu przyjaźnie głową i pozwoliła swoim oczom błądzić po kolorowych butelkach z alkoholem, szczęśliwa, że udało jej się uciec od białych piekielnych wnętrz przy Odenplan. Hałas wprowadzał ją w pewien rodzaj odrętwienia. Poczucie winy wobec Andreasa zniknęło. Sam się o to prosił – pomyślała, popijając piwo. Piana zostawiła ślad na jej górnej wardze. Linia basu zespołu, który wszedł na scenę, wypełniła jej ciało.

– Veronika?

Odwróciła się i wytarła pianę z piwa grzbietem dłoni.

– Cholera, dobrze cię widzieć.

W tłumie stał wysoki, nieco chudy facet. Miał na sobie rozpiętą pod szyją, jaskrawozieloną neonową koszulę.

– Cześć – powiedziała, uśmiechając się do niego.

– Na zdrowie! – Podniósł butelkę piwa i pociągnął łyk. – Po tylu latach!

– Tak, rzeczywiście – powiedziała, gorączkowo przeszukując pamięć.

Jego twarz była wąska. Oczy niebieskie jak morze w pochmurny dzień, a może to tylko światło sprawiało, że tak wyglądały?

– Co ty tu robisz?

– Letnia praca w „Norrtelje Dagblad” – powiedziała. Jej mózg pracował na pełnych obrotach.

– Żartujesz.

– Nie. – Wyglądał całkiem nieźle. Był oryginalny ze swoimi kręconymi włosami odstającymi na wszystkie strony.

– Pracujemy w tym samym miejscu – kontynuował. – Jestem zatrudniony w dziale wsparcia IT. Nie mogę uwierzyć, że jeszcze się nie spotkaliśmy.

– Mhm. – Dialekt zdradzał, że pochodził z sąsiedztwa. – Masz biuro piętro niżej niż redakcja? – zapytała, by zyskać na czasie.

– Dokładnie tak. Jestem tym, do którego dzwonisz, gdy zapomnisz hasła. – Miał miły uśmiech i nie spuszczał z niej wzroku.

– Jeszcze mi się to nie przytrafiło, może dlatego się dotychczas nie spotkaliśmy – powiedziała.

Upiła łyk piwa i spojrzała na butelki whisky stojące za barem. Naprawdę nie miała pojęcia, kim on jest. Kątem oka dostrzegła, że ją obserwuje.

– Jak długo jesteś w tych stronach? – zapytał. – Pierwszy raz cię tutaj widzę.

– Od maja – odpowiedziała, podnosząc piwo. – Nie wychodzę zbyt często – dodała, patrząc na swój kufel.

Resztki piany osiadły wokół krawędzi szkła niczym wełniana chmura. Dlaczego od razu nie przyznała, że go nie rozpoznaje?

– Podoba ci się praca w IT? – zapytała, nie będąc w najmniejszym stopniu zainteresowana odpowiedzią.

– Jest w porządku, ale zajmuję się tylko wsparciem, więc nie mogę w pełni wykorzystać swojego potencjału.

– Chyba większość nie ma na to szans – powiedziała, myśląc o wszystkich zleceniach, na które Örjan jej nie pozwolił.

Uśmiechnął się.

– Tak już jest. Kiedy byłem dzieckiem, zawsze zastanawiałem się, dlaczego ludzie robią rzeczy, których nie lubią, a teraz sam tak mam. Oczywiście lepsze to niż nalewanie piwa. – Skinął w stronę faceta za barem.

– Być może – stwierdziła, zerkając na barmana, który z uśmiechem na twarzy przyjmował zamówienia. – Co w takim razie chciałbyś robić?

– Budować i rozwijać się. Mam komputer od piątego roku życia. To, czego nie wiem o IT, nie jest warte poznania.

Przytaknęła. Zdziwiła się, że można tak długo z kimś rozmawiać, nie wiedząc, kim on jest.

– A nad czym ty pracujesz? – Przechylił lekko głowę, okazując jej pełne zainteresowanie, a jego oczy cały czas skupiały się na niej.

– Nad wszystkim po trochu – odpowiedziała. – Robię to, co zleca mi szef. – Jej twarz zacisnęła się w mimowolnym grymasie.

– I to ci się nie podoba? – Podniósł butelkę piwa i wziął kolejny łyk.

– Zazwyczaj to nie jest zabawne. Ja też nie wykorzystuję w pełni swojego potencjału –powiedziała, pozwalając, by słaby uśmiech wykrzywił jej usta.

Rozmowa o gazecie dawała Veronice możliwość rozwinięcia tematu, ale jakoś teraz nic nie przychodziło jej do głowy. Na szczęście on pospieszył jej na ratunek, zanim zapadła cisza.

– Twoim szefem jest Örjan, prawda?

– Tak, skąd wiesz?

– Zazwyczaj jest przełożonym stażystów i daje im gównianą robotę.

– Czyżby?

Roześmiał się.

– Następni przyjdą po tobie.

– Dlaczego?

Wzruszył ramionami.

– Jest cholernym skurwielem – rzuciła.

– Przekażę mu to. Jest moim wujkiem.

Przekleństwo małego miasta. Powinna była uważać. Poczuła, jak czerwone plamy pojawiają się na jej szyi.

– To znaczy…

Uśmiechnął się do niej z rozbawieniem, a ona nagle w tym dorosłym facecie rozpoznała chłopca o okrągłych policzkach sprzed lat. Echo tamtych czasów: gruby marzyciel bez kolegów leżący wśród żółtych pół rzepaku i słuchający brzęczenia trzmieli w powietrzu. Bladzioch, który nigdy nawet nie próbował konkurować z chłopakami z gangu na skuterach w Grisslehamn. Teraz wydawało się, że dorósł i nauczył się radzić sobie z rzeczywistością. Mattias? Tak miał na imię, prawda?

– Nic nie powiem, obiecuję.

Spojrzała na niego zażenowana. Wzruszyła ramionami i udała obojętność.

– Nadal mieszkasz w Grisslehamn? – zapytała, zmieniając temat. Jeszcze tydzień temu widziała jego rodziców spacerujących w ogrodzie przed domem położonym nieco wyżej przy drodze.

– Nie, opuściłem dom – powiedział. Pozwolił, by rozmowa potoczyła się w innym kierunku. Jego blade oczy błyszczały w skąpym oświetleniu baru. – Mam mieszkanie w mieście.

– Więc nie tęsknisz za Grisslehamn?

Potrząsnął głową.

– Mieszkam w centrum i mam tu łódź. Łączę to, co najlepsze z dwóch światów.

– Wypijmy za to – powiedziała, biorąc duży łyk piwa.

– To nie jest jakaś wypasiona łódź, ale jest stabilna, ma rumpel i może obsługiwać narty wodne. Idealna na wypad do kumpli na piwo lub na ryby. Bezpieczna, można nią przewozić dzieci.

– Więc masz dzieci?

– Nie, nie, ale jeśli myślisz przyszłościowo.

– Oczywiście – przytaknęła i pozwoliła swojemu spojrzeniu dryfować po sali. Popatrzyła w kierunku spiralnych schodów, które wiły się jak wąż aż do sufitu. Neonowe światło wysyłało swoje tęczowe promienie z lamp zamontowanych w łukowatym suficie. Padało na tłum i tańczyło na błyszczących od potu ciałach.

– Szukasz kogoś? – Podszedł bliżej, a jego dłoń dotknęła jej biodra.

Wycofała się.

– Nie, ale… – Było jasne, że nie wstydzi się otwarcie pokazywać, czego chce.

– Nie myślałaś o przeprowadzce tutaj na stałe?

– To miasto jest za małe – powiedziała, kończąc piwo. Dała znak barmanowi, by podał jej kolejne.

– Może i tak. Trzeba znosić takich ludzi… – powiedział, kiwając głową w stronę wejścia. – Pamiętasz, jak miał na imię? – Przeczesał dłonią swoje kręcone włosy.

Veronika się odwróciła. W pewnej odległości zobaczyła Jonny’ego, który przedzierał się przez tłum, wymachując kartą kredytową.

– Jonny – powiedziała.

– Zgadza się. Piekielny nieudacznik – powiedział Mattias, ale na jego szczupłej twarzy przez sekundę pojawiła się nutka niepewności. W świetle odbijającym się od jego zielonej koszuli wyglądał, jakby cierpiał na chorobę morską.

– Co masz na myśli?

Dlaczego nigdy tak naprawdę nie pogodzimy się z ciężkimi przeżyciami z młodości? – pomyślała. Mogła niemal wyczuć, jak teraz powracają do niego szczegóły z wakacji, gdy był nastolatkiem. Pewnie nawet jako dorosłemu mężczyźnie trudno mu się odciąć od tego, co się wtedy wydarzyło. Szczerze mówiąc, nie powinien również cieszyć się na jej widok. A może w jego głowie nie było takich myśli, bo gdy tylko podano jej nowe piwo, wyciągnął kartę i zapłacił. Próbowała protestować, ale podniósł obronnie rękę.

– Nie biorę pieniędzy od pięknych kobiet.

Być może w ten sposób chciał ją ukarać za złe traktowanie w dzieciństwie.

– Cóż, myślę, że to żałosne – kontynuował, pozornie wolny od uprzedzeń z przeszłości. – Nie zmienił się ani trochę, odkąd mieliśmy po piętnaście lat. – Lekko dotknął szyjki butelki piwa.

Veronika chwyciła nowe piwo i piła je dużymi łykami. Zastanawiała się, jak się od niego uwolnić.

– Uważam, że to dość wyzwalające – powiedziała. – To nawet ciekawe, że nie wszyscy jesteśmy jak spod sztancy.

– Co?

Pochylił się w jej stronę. Jego dłoń wylądowała na jej ramieniu.

– To wyzwalające! – ryknęła mu do ucha. Alkohol zaczął pulsować w jej krwi.

Potrząsnął głową. Pozwolił, by jego wolna ręka bębniła o blat w rytm muzyki.

– Przepraszam – powiedziała, zdejmując jego dłoń z ramienia.

– Dokąd idziesz?

Nie zawracała sobie głowy odpowiedzią. Zamiast tego chwyciła piwo i skierowała się w stronę Jonny’ego, który zdołał przecisnąć się przez tłum w rekordowym czasie i był teraz przy barze nieco dalej. W oddali usłyszała jego pijany głos:

– Hej, ty – wołał do barmana, który natychmiast przestał nucić.

– Mówisz do mnie?

– Tak. Daj mi podwójną whisky.

Veronika przepchnęła się przez tłum i dotarła do kontuaru.

– Jesteś głupi czy tylko udajesz? – zawołała.

– Chcę zamówić! – krzyknął Jonny. Nie zauważył jej.

Odstawiła kufel po piwie.

– Pani była tu wcześniej – odpowiedział barman ze znużeniem, wycierając ręce o podarte dżinsy.

– W porządku – rzuciła. – Zostało mi jeszcze kilka kropel. – Podniosła szkło. – Myślę, że ten pan jest bardziej spragniony niż ja.

– Nie jestem pewien, czy powinien dalej pić – stwierdził barman, podnosząc pustą szklankę po whisky.

Veronika spojrzała na Jonny’ego. Był zbyt skupiony na alkoholu, by dostrzec cokolwiek innego w swoim otoczeniu. Włosy miał spięte w kucyk. Grzywka spadała mu na oczy, a on nonszalancko odgarnął ją do tyłu.

– Przepraszam – powiedział do barmana, skruszony mimo swojego stanu. – Jeszcze tylko jednego.

– Dobrze. – Barman zmiękł i nalał mu whisky.

Jonny znów jednak zaczął się awanturować.

– Czemu tak mało? – krzyczał, odsuwając szklankę z żółtobrązowym napojem.

– Więcej nie będzie. – Barman wziął się pod boki, a uśmiech momentalnie zniknął z jego twarzy.

Przez chwilę wyglądało na to, że Jonny zrobi prawdziwą scenę. Ale nagle doznał przebłysku świadomości i zdał sobie sprawę z tego, że się ośmiesza. Złagodniał.

– Dobrze, dobrze.

Veronika zrobiła krok do przodu i wkroczyła do akcji.

– Cześć, Jonny – powiedziała z zawadiackim uśmiechem. Nie powinna była tego robić.

– Veronika – ryknął i rzucił się na nią.

Ruch był zbyt gwałtowny i zamiast ją objąć, upadł na nią bezwładnie. Przez sekundę udało jej się utrzymać ich oboje na nogach, ale zbyt duży ciężar spowodował, że jej kolana się ugięły i wpadli na blat, przewracając kilka szklanek Caipirinha. Słodki napój wylądował na spodniach Jonny’ego.

Veronika kątem oka zobaczyła, jak Mattias odwraca wzrok z obrzydzeniem.

– Przepraszam. – Jonny nagle wydał się całkowicie trzeźwy. – Jak się czujesz?

Tępy ból przeszywał jej ciało.

– Jakoś przeżyję – odpowiedziała, podnosząc się z twardej krawędzi baru.

– Cholernie mi przykro. Mam to wytrzeć?

– Nie, szybko wyschnie.

– Veronika, do cholery. Nie bądź zła. – Załamany przejechał dłonią po włosach, wyciągając kolejne kosmyki z kucyka. Ten sam gest co wcześniej.

Słodki płyn spływał po jej nodze. Obcas zwisał z buta jak strzęp materiału. Pochyliła się i go oderwała. Położyła obcas między nimi na barze. Ich spojrzenia się spotkały.

– Jimmy Choo – powiedziała. – Dziesięć tysięcy dolarów.

– Żartujesz?

– Tak.

Uśmiech rozjaśnił jego twarz, aż pojawiły się dołeczki w policzkach, a potem równocześnie wybuchnęli śmiechem. Wyglądali jak dwoje dzieci w przedszkolu, które trzymają się za brzuchy, żeby się nie rozpłakać.

– Zwariowałeś, kurwa – wybełkotała. – Kiedy wreszcie dorośniesz?

Jego niebieskie oczy błyszczały, a kiedy zobaczyła jego radosny wyraz twarzy, różnice między nimi wydały jej się nieistotne. W tym momencie czuła tylko spokój i spełnienie.

Podniósł papierosa i zapalił. Kolorowe światła mieszały się z blaskiem butelek z alkoholem. Ale barman miał już dość:

– Żegnam pana – powiedział. – Jeśli nie wyjdziesz w ciągu trzech sekund, wezwę ochronę. I zgaś papierosa.

– Chodźmy – powiedziała Veronika, odwracając się do Jonny’ego.

Ale Jonny nie słyszał. Skierował swoją uwagę na spiralne schody, skąd patrzył na nich mężczyzna.

– Idziemy? – powtórzyła.

– Do ciebie? – zapytał, zaciągając się papierosem.

– Śnij dalej.

– Czy to znaczy: nie? – Powolnym ruchem objął jej ramiona.

– Tak.

Przechylił głowę, jakby zastanawiał się nad znaczeniem tego, co właśnie powiedziała. – Ładnie wyglądałaś na barze – podsumował po chwili milczenia.

Wyciągnęła rękę i pogłaskała go po policzku. Kątem oka zobaczyła, że mężczyzna ze schodów zniknął.

– Dobrze, poczekaj tutaj. Idę tylko do toalety.

Veronika ponownie spojrzała na morze ludzi. Zobaczyła mężczyznę ze schodów, tym razem szedł zdecydowanym krokiem w kierunku Jonny’ego. Żałosne. Może Mattias miał jednak rację. Odrzuciła tę myśl i skierowała się do wyjścia, by poczekać.