ELIZA
Od powrotu z Mazur jeszcze przez kilka tygodni dręczyły mnie obawy. Miałam przeczucie, że stanie się coś złego, coś, co zburzy moje szczęście. Jednak czas płynął i nic się nie działo, więc powoli zaczęłam się uspokajać. Poza tym uznałam, że już pora poświęcić się pracy. Wymagała tego moja sytuacja rodzinna.
Na wiosnę tata spędził kilka dni w szpitalu z powodu kłopotów z sercem, a podczas rozmowy przy wypisie lekarz kazał mu się oszczędzać. W rezultacie podjęłam decyzję o zakończeniu studiów. Uznałam, że spokojnie wystarczy mi licencjat, magisterkę zaś mogę sobie odpuścić. I tak więcej dowiedziałam się o zarządzaniu, praktykując w firmie taty, niż słuchając wykładów. Teraz postanowiłam mu zaoferować pełnoetatową pomoc. Początkowo trochę się bronił i powtarzał, że nie chce mnie pozbawiać przyjemności studiowania. Jednak kiedy mu szczerze powiedziałam, jak bardzo wynudziłam się przez te trzy lata, dał spokój. Czułam, że w gruncie rzeczy jest zadowolony z mojej obecności u swego boku. Zawsze marzył o tym, aby przekazać mi firmę, a teraz jego marzenie zaczęło się spełniać.
Niestety wspólne przebywanie w biurze miało jeden mankament: tata prędko domyślił się, że jestem zakochana. Nie robił żadnych uwag na ten temat, ale często w charakterystyczny sposób marszczył brwi i przyglądał mi się spod oka. Jako bystry obserwator był w stanie zauważyć wszystko: szybkość, z jaką odbierałam telefon, kiedy na ekranie pojawiał się numer Kuby, radosne nuty w moim głosie, rumieńce na twarzy... Chyba tylko przyspieszone bicie serca zdołałam przed nim ukryć.
Musiał o tym rozmawiać z mamą, ponieważ ona też zaczęła uważniej mi się przyglądać. Czasami nawet uśmiechała się znacząco, zupełnie jakby chciała powiedzieć: "Wiedziałam, że to się kiedyś zdarzy". Nie dziwiło mnie specjalnie jej zachowanie. Wcześniej lekceważyłam chłopaków, którzy próbowali mnie podrywać. Wszyscy wydawali mi się niepoważni i niedojrzali. Żaden nie dorastał do pięt mojemu tacie, którego uważałam za ideał mężczyzny. Być może zwróciłam uwagę na Kubę, bo był o cztery lata starszy ode mnie. W każdym razie to na pewno stanowiło jego atut.
- Moi rodzice zaczynają się czegoś domyślać - powiedziałam podczas naszego kolejnego spotkania.
- To źle? - zapytał, uśmiechając się do mnie.
- Nie, tylko pewnie niedługo zaczną zadawać pytania.
- To im odpowiesz. Ja nie mam nic do ukrycia.
- Nie jesteś rozwiedziony, nie płacisz alimentów, nie figurujesz w rejestrze skazanych...?
- Nie. Możesz mnie nawet przedstawić rodzicom, jeśli chcesz.
Byłam trochę zaskoczona tą propozycją. Słyszałam od koleżanek, że namówienie chłopaka na wizytę w rodzinnym domu graniczy z cudem. Tymczasem Kuba najwyraźniej nie miał nic przeciwko temu. To bez wątpienia znaczyło, że traktował mnie poważnie.
Jego spokojne podejście do sprawy dodało mi odwagi. Coraz częściej wspominałam o nim w rodzinnym gronie. "Mój chłopak to...", "Mój chłopak tamto...".
- Jak on właściwie ma na imię? - zapytała mama, kiedy piłyśmy razem kawę w pewien sobotni poranek. Tata nie przyszedł jeszcze na śniadanie.
- Kuba.
- A czym się zajmuje?
- Pracuje w banku na Mokotowie. Wynajmuje tam kawalerkę, bo jego rodzice mieszkają pod Warszawą. Musiałby tracić trzy godziny dziennie na dojazdy.
Na twarzy mamy pojawił się lekki uśmiech.
- Przystojny...? - zapytała konspiracyjnym szeptem.
- No pewnie! Spodoba ci się, zobaczysz.
- Mnie tak - odparła, poważniejąc. - Ale za twojego ojca nie ręczę... Czasami mam wrażenie, że już jest zazdrosny.
Te słowa podziałały na mnie jak zimny prysznic. Kurczę, jak mogłam tego nie wziąć pod uwagę? Przecież zawsze byłam córeczką tatusia. On uważał mnie za ósmy cud świata i żywił głębokie przekonanie, że tylko książę z bajki zasługuje na moją rękę. Poza tym przez te wszystkie lata przyzwyczaił się do bycia najważniejszym mężczyzną w moim życiu. Miałby go teraz zdetronizować jakiś Kuba?
Co prawda zawsze znałam ojca jako spokojnego, rozsądnego człowieka, ale nie byłam pewna, czy to coś znaczy. Podobno najrozsądniejsi mężczyźni przestają być obiektywni, gdy w grę wchodzi facet ich córki. Zawsze doszukują się w nim ukrytych wad, mogących stanowić dowód na to, że nie jest jej wart.
- Myślisz, że tata nie zaakceptuje Kuby? - zapytałam wprost.
- Sama nie wiem. Zaproś go do nas, to zobaczymy. Ale musisz być przygotowana na wszystko. Mojemu ojcu zaakceptowanie twojego zajęło kilka lat.
Kilka lat...? No to ładnie! A swoją drogą nie wiedziałam, że dziadek miał taki trudny charakter. Zapamiętałam go jako miłego starszego pana...
- O czym tak plotkujecie? - zapytał nagle tata, wchodząc do kuchni.
- Mama sugeruje, żebym zaprosiła Kubę na kolację - wyjaśniłam niepewnie.
- Jakiego Kubę?
- Mojego chłopaka...
- To go zaproś. Postaram się zachowywać lepiej niż mój świętej pamięci teść.
Poderwałam się z krzesła i ucałowałam tatę w oba policzki. Wiedziałam, że okaże się rozsądnym mężczyzną - w końcu znam go od dwudziestu lat!
- Co się stało? - zapytał, patrząc na mnie ze zdziwieniem. - Bałaś się, że nie zechcę go poznać?
Skinęłam głową, ponieważ nie odzyskałam jeszcze głosu.
- Ja też nie byłam tego pewna - przyznała mama.
Tata roześmiał się swobodnie.
- W takim razie obydwie się myliłyście. Od dawna jestem ciekawy, komu udało się zdobyć serce mojej córki.
Po tej rozmowie pozbyłam się wszelkich obaw. Powiedziałam Kubie, że rodzice zapraszają go na kolację, co przyjął spokojnym skinieniem głowy.
- Kiedy? - zapytał tylko.
- W tę sobotę.
- Dobrze.
- Czasami mam wrażenie, że ty byś chciał ich poznać - powiedziałam niepewnie.
- To takie oczywiste?
- Poniekąd...
Kuba nagle chwycił mnie w ramiona i zaczął całować.
- Chcę mieć to już za sobą - powiedział między jednym pocałunkiem a drugim. - Zawsze tak reaguję, gdy wiem, że coś jest nieuniknione. Na przykład gdy muszę połknąć gorzkie lekarstwo. Wolę to zrobić, niż ciągle myśleć o tym, jak będzie smakowało.
W głębi duszy przyznałam mu rację. Niech pozna wreszcie moich rodziców. Po co mamy się zastanawiać, czy go zaakceptują? Lepiej mieć sprawę z głowy!
Na sobotnią kolację przygotowałyśmy z mamą kilka sałatek, zupę szparagową i risotto. Uznałyśmy, że i tak nikt nie będzie się tego wieczoru koncentrował na jedzeniu. Tata doniósł dwie butelki wina, ponieważ do przygotowanych dań pasowało białe, a jemu lekarz pozwalał pić tylko czerwone i to w umiarkowanych ilościach. O siódmej byliśmy gotowi na przyjęcie gościa.
Każde z rodziców zachowywało się w inny sposób. Mama wcale nie ukrywała podekscytowania.
- Bardzo jestem ciekawa tego twojego przystojniaka - szepnęła, gdy przygotowywałyśmy sałatki.
Z kolei tata wyglądał jak człowiek, który niczym się nie przejmuje, ponieważ postanowił zaakceptować nieuchronny bieg wydarzeń. Najwyraźniej zdawał sobie sprawę, że w życiu jego "małej dziewczynki" musiał się w końcu pojawić inny facet.
Mój ukochany przyjechał punktualnie. Ubrany w czarne dżinsy, ciemnopopielatą marynarkę i błękitną koszulę, która podkreślała kolor jego oczu, prezentował się oszałamiająco.
W głębi duszy podziwiałam jego wyczucie: wyglądał elegancko, lecz nie robił wrażenia kogoś, kto specjalnie się o to stara. Świadczył też o tym... brak krawata, wyraźnie wskazujący na styl casual.
Mama była zdecydowanie pod wrażeniem, zwłaszcza kiedy wręczył jej piękny bukiet kwiatów. Spojrzenie, które ukradkiem mi rzuciła, mówiło samo za siebie - mogłam być pewna, że zyskał jej wstępną aprobatę. Co do taty nadal miałam wątpliwości, ponieważ taksował go wzrokiem, zupełnie jakby się zastanawiał, czy w tym przypadku charakter dorównuje prezencji. Pomyślałam jednak, że o tym przekona się dopiero w czasie rozmowy, więc muszę cierpliwie czekać. Tak czy inaczej, pod koniec wieczoru będę wiedziała wszystko.
- Mamo, tato, to jest właśnie Kuba - powiedziałam z dumą.
- Jakub Niwiński - potwierdził, wyciągając rękę na powitanie.
Tata, który też już wyciągał rękę, zbladł nagle i utkwił w nim zdumione spojrzenie.
- Syn Anny i Zbigniewa...? - zapytał przyciszonym głosem.
- Tak - odparł Kuba, nie kryjąc zaskoczenia. - Skąd pan zna imiona moich rodziców?
Niestety nie było nam dane się tego dowiedzieć. Tata nagle zachwiał się na nogach i musieliśmy go podtrzymać, aby nie upadł.
- Adam, co ci jest? - zapytała mama. - Źle się czujesz?
- Tak. Muszę się położyć...
Zaprowadziłyśmy go do sypialni i pomogłyśmy mu zdjąć marynarkę.
- Zaraz dam ci krople.
Mama podeszła do stolika z lekarstwami i poleciła mi, abym przyniosła trochę wody. W drodze do kuchni minęłam Kubę, który wciąż stał w przedpokoju jak człowiek, który doznał szoku i jeszcze się z niego nie otrząsnął.
- Zaczekaj chwilę - poprosiłam. - Idę po wodę do popicia lekarstwa.
Po zażyciu kropli tata poprosił nas, abyśmy wróciły do gościa.
- Ja na razie zostanę w sypialni - dodał. - Chyba powinienem jeszcze poleżeć.
- Oczywiście - odpowiedziała mama. - Ale gdybyś poczuł się gorzej, to wołaj. Zadzwonimy po lekarza.
Wychodząc, zostawiłyśmy otwarte drzwi. Mama zaprosiła Kubę do stołu, ale żadne z nas nie miało ochoty na jedzenie ani picie. Ja też nie otrząsnęłam się jeszcze z wrażenia. Różne scenariusze brałam pod uwagę, ale to, że tata zasłabnie, nawet mi do głowy nie przyszło!
- Przepraszam, czy pani może wie dlaczego...? - Kuba nie miał odwagi dokończyć.
Mama pokręciła głową.
- Nie mam pojęcia - odpowiedziała. - Nie kojarzę ani pańskiego nazwiska, ani imion pańskich rodziców.
- Proszę mi mówić po imieniu.
- Dobrze.
- Wychodzi na to, że tata musiał ich znać bardzo dawno - wtrąciłam. - Jeszcze zanim poznał mamę.
- Najwyraźniej.
Wszyscy troje myśleliśmy o tym samym: czemu to wspomnienie wywołało u niego taką reakcję? Owszem, miał kłopoty z sercem, ale nie na tyle poważne, aby denerwować się byle czym...
- A ty nigdy nie słyszałeś naszego nazwiska? - zapytała mama, spoglądając na Kubę.
- Nie przypominam sobie.
- To rzeczywiście dziwna sprawa.
Ku naszemu zdumieniu tata pojawił się w drzwiach salonu kilka minut później.
- Kochani, zjedzcie kolację i nie martwcie się o mnie. Wprawdzie straciłem apetyt, ale czuję się lepiej.
Poszliśmy za jego radą, chociaż też straciliśmy apetyt. Nie wracaliśmy już w rozmowie do incydentu, który miał miejsce przy powitaniu. Skoncentrowaliśmy się na sprawach bieżących: Kuba opowiadał o swojej pracy, o naszym spotkaniu na kursie hiszpańskiego, o wyjeździe na Mazury... Na pewno jednak myślał o czymś innym.
Dopiero po jego wyjściu poszłam do sypialni, by sprawdzić, czy tata naprawdę czuje się na tyle dobrze, aby porozmawiać ze mną o przeszłości. Chyba wiedział, o co chodzi, bo od razu zaprosił mnie, żebym usiadła na fotelu obok łóżka.
- Ojciec Kuby był kiedyś moim wspólnikiem - powiedział. - Prowadziliśmy razem firmę na początku lat dziewięćdziesiątych. Rozdzieliły nas pewne nieporozumienia. Chodziło głównie o sprawy finansowe i sposób zarządzania. Ostatecznie rozwiązaliśmy spółkę i każdy z nas poszedł swoją drogą.
Nie czułam się usatysfakcjonowana tym wyjaśnieniem. Moim zdaniem wcale nie tłumaczyło jego zasłabnięcia.
Tata chyba to odgadł, ponieważ po chwili dodał:
- Wybacz, że tak zareagowałem, ale nie byłem przygotowany na podobny zbieg okoliczności. Tylu chłopaków mieszka w Warszawie, a ty musiałaś spotkać właśnie jego...
- Masz coś przeciwko temu? - zapytałam cicho.
- Oczywiście, że nie!
To gwałtowne zaprzeczenie wydało mi się podejrzane. On z pewnością miał poważny konflikt z ojcem Kuby. Słowo "nieporozumienia" musiało w tym wypadku być eufemizmem. Nie zrywa się przecież współpracy z błahych powodów, zwłaszcza jeśli biznes idzie dobrze.
Jednak mimo tego dawnego konfliktu tata nie protestował w żaden sposób przeciw obecności Kuby w moim życiu. Uznał ją tylko za niebywały zbieg okoliczności, z czym w sumie trudno było się nie zgodzić. Mieszkając w tak dużym mieście jak Warszawa, miałam teoretycznie niewielkie szanse na spotkanie syna jego dawnego wspólnika. Fakt, że natknęliśmy się na siebie, mógł oznaczać złośliwy chichot losu.
Mógł, ale nie musiał...
- Rozumiem, że to, co się kiedyś stało, nie będzie miało wpływu na mój związek z Kubą? - zapytałam dla pewności.
Tata zamyślił się na chwilę.
- Mam nadzieję - powiedział wreszcie.
Odetchnęłam z ulgą i opuściłam sypialnię, nie chcąc mu więcej przeszkadzać. Dopiero gdy weszłam do swojego pokoju, zaczęłam się zastanawiać nad sensem tego ostatniego zdania. Dlaczego tata "ma nadzieję", że przeszłość nie wpłynie na nasz związek? I dlaczego nie wyjaśnił mi dokładnie, na czym polegały te "nieporozumienia"? Czyżby to on ponosił za nie odpowiedzialność, a ojciec Kuby był tym, który miał prawo mieć do niego pretensje?
W pierwszej chwili wydało mi się to niewiarygodne, ale jego gwałtowna reakcja i niespodziewane zasłabnięcie mogły sugerować, że faktycznie ma coś na sumieniu...