Pan generał Rozłucki siedział
uroczyście na stołku składanym. Stołek ów, (własność przenośna
geometry Knopfa), mieścił się w samym środku dywanu, zdjętego z nad
łóżka mojej matki. Po drugiej stronie ogniska, na pniaku, z wzorową
starannością zasłanym pledem, w gumowym płaszczu do samej ziemi,
niby w ruchomym namiocie, kurczył się i wykrzywiał wzmiankowany
wyżej geometra Knopf. Obok niego w rosochatych gałęziach wykrota,
przyniesionego przez strzelca, niewygodnie tkwił podleśny
Guńkiewicz, piastując z pieczołowitością szklaneczkę araku z
dodanymi dla pozoru dwiema łyżeczkami herbaty. Pisarz gminny
Olszakowski i stary wójt Gała z miedziakiem "za uśmierenie
polskiego miatieża" na rudej sukmanie, siedzieli obok siebie.
Ojciec mój, przywykły na polowaniach do lasu, wpół leżał na ziemi,
a niżej podpisany, zaszczycony właśnie "promorą" z klasy drugiej do
trzeciej, był wszędzie, gdzie go nie posieli.
Dymisjonowany generał Rozłucki, plenipotent jednego z
najbardziej sowicie obdarowanych donatariuszów, zjechał był właśnie
do folwarku od dawien dawna dzierżawionego przez mego ojca, ażeby,
wskutek wynikłych z "ukazu" zamian gruntów, przyłączyć z lasów
rządowych do obszaru dworskiego znaczny płat boru. Odcięcie
trójkąta leśnego już się prawie dokonało. Geometra Knopf, który od
tygodnia "bawił" w domu naszym, ku śmiertelnemu wszystkich
udręczeniu, wyciął nareszcie "linię", a wynajęci drwale już ją
oddawna rąbali w starym, ciemnym lesie. Plenipotent, który również
gościł już od trzech dni na folwarku, miał zamiar co prędzej oddać
ojcu mojemu w obecności władz miejscowych las przyłączony. Dwie
partie chłopów rąbały linię, zbliżając się ku sobie ze stron
przeciwległych. Sądzono, że uda się sprawę załatwić przed zachodem
słońca. Tymczasem noc głucha zapadła, a linia nie była wycięta.
Generał postanowił bądź co bądź nazajutrz wyjechać. Urzędnicy
pragnęli również ukończyć czynność. Zgodzono się tedy, żeby
prowadzić robotę nocą, choćby do rana.
Tuż pod lasem rozłożono ognisko. Ze dworu, odległego o jakie
dwie wiorsty, przyniesiono kolację - i oto czekaliśmy na ścięcie
kilkudziesięciu pozostałych jodeł, bawiąc się w miarę możności.
Wszyscy byli w nienajgorszych humorach. Poczciwy Guńkiewicz
z resztą, "pożyczki" na skroniach i brodziną uczernioną tanim
czernidłem, wychlipał już był conajmniej dziewięć szklanek herbaty
z arakiem, obawiając się tkliwie, gdym mu nową podawał, czy też aby
nie będzie za wiele, "boć to zdaje się, już trzecia...". Zapewniałem
go ze stanowczością osoby, która nabyła właśnie wielkiej biegłości
w arytmetyce aż do ułamków dziesiętnych, że "bynajmniej" - więc
poddawał się, oczywiście ulegał z pokorą światłu wiedzy i
przyjmował nową porcyjkę araku. Pisarz gminny Olszakowski, znawca
wszelkiego rodzaju spraw człowieczych, osobliwie zaś
powiatowogminnych sposobów piorunującego robienia majątku, (za co
nawet "cierpiał" już był przez czas pewien w kieleckim kryminale),
geniusz niewątpliwy, który mógłby z powodzeniem piastować urząd
ministra spraw wewnętrznych, czy zewnętrznych, a nawet bez żadnego
wysiłku te obiedwie godności, notoryczny łapownik, zdzierca
chłopów, wyzyskiwacz żydów, najznakomitszy wymijacz prawa i
grassant parafialny, pił mało ze względu na obecność generała i
awansował się bardziej w kierunku jadła. Ponieważ jednak w swej
wszechwiedzy nic sobie z tego generała nie robił, nie skąpił tedy
zebranym pogodnego wesela ducha. Wójt Gała chrupał żuchwami i łykał
chyłkiem, co mu się podsunęło, pił zaś bez wstrętu, a pomrukiwał
wesoło. Widać było, że chętnym i ochotnym sercem spełnia tę służbę
państwową na pobrzeżu leśnym, oraz że chwali sobie na ogół
dzisiejszą czynność. Nawet Knopf, chodzący katar żołądka, (tudzież
kiszek), zeschły neurastenik, istota jadająca tylko rzeczy
niektóre, lekkostrawne, niekwaśne, suche i to takie właśnie, jakich
na wsi zapadłej, a osobliwie w górach świętokrzyskich nikt nigdy,
jak świat światem, nietylko nie jadał, nie widział, ale nawet nie
znał z nazwiska, - nudziarz, nie sypiający po nocach, nie znoszący
piania kogutów, szczekania psów, bełkotu indorów, gęgania gąsiorów,
a nawet gdakania kur - istna plaga egipska dla ludzi zdrowych,
silnych, gospodarujących w miejscu, gdzie się kochano w psiarni,
gdzie kundle, ogary, wyżły, jamniki, i wogóle "pieski"
najrozmaitszego wieku i gatunku nietylko szczekały i wyły po całych
nocach, ale nadto wylegiwały się po kanapach i sofach, - gdzie
koguty piały bez przerwy, a gdy nie piały, to je za to natychmiast
zarzynano, - nawet, mówię, Knopf był w niezłym tego dnia
usposobieniu. Opowiedział zebranym jakąś anegdotkę
kwaskowato-dowcipną o swej astrolabii, którą, według opinii
złośliwych, ubierał we własne kalosze, spodnie, marynarkę i
kapelusz dla ochrony przed deszczem... Puentę anegdoty zepsuł,
coprawda, podleśny Guńkiewicz przedwczesnym wybuchem śmiechu w
miejscu akurat nie zawierającem nic dowcipnego, - mimo to jednak
Knopf się uśmiechał, co było istnym fenomenem na przestrzeni trzech
gubernii i w ciągu kilku lat.
Generał, ramolcio nieźle zakonserwowany, trzymał się z
właściwą powagą. Pisarza i wójta przy tej improwizowanej wieczerzy
prawie nie dostrzegał, znosił jednak bez protestu ich obecność i
nic nie miał przeciwko temu, żeby spożywali z apetytem kurczęta,
płaty pieczeni na zimno takiej i owakiej, żeby, przymknąwszy oczy
"spuszczali" kielichy "bretnalówki", "zagryzali" rzeczone kielichy
szklanicami piwa, a "rozgrzewali się" herbatą z arakiem.
Guńkiewicza zaszczycał od czasu do czasu słowem generalskim, z
Knopfem - rozmawiał. Sam jadł zwolna i popijał herbatę. Generał był
Polakiem i ostentacyjnie mówił zawsze po polsku, nawet w urzędach.
Znać było w jego wymowie pewne zacięcie i akcent rosyjski, ale ów
akcent pasował jakoś do jego wyniosłej figury, do grubej kurty
szczególnego kroju, okrągłej czapki z czerwonym lampasem i
niebywałej wielkości daszkiem, do sukiennych kamaszów i siwych,
podkręconych wąsów.
Ogień buchał, podsycany przez strzelca. Suchy jałowiec palił
się z wesołym trzaskiem. Z lasu leciał po rosie wieczornej łoskot
siekier. Łoskot uderzał w lasy, w ogromne, swiętokrzyskie bory
jodłowe, w puszczę wilgotną, senną, głuchą. Echa ciosów mknęły od
góry do góry, od kniei do kniei, w dal czarną, w noc, we mgłę.
Odbite, wypędzone, dalekie głosy drżały kędyś za światem i z za
świata wołały. Przelękłe, niewymowne wracały z dali, z moczarów,
gdzie nikt nie chodzi, gdzie "straszy". Co pewien czas rozlegał się
wśród stuku siekier jadowity trzask lecącego drzewa, szum i łomot
obszaru jego gałęzi, potężny, głuchy grzmot upadku wielkiego pnia.
Echo porywało ten głos i niosło w ciemnonocną dalekość wieść coraz
głuchszą, o tym ciosie przejmujące zwiastowanie... Wszystek las
łamał się i rozpadł, huczał wszystkimi drzewami świadectwo
niezapomniane i żywym głosem z ciemności wzywał...
Wypłynął z zasłon leśnych olbrzymi, czerwony księżyc i wolno
szedł wśród ciemnych obłoków. Towarzystwo zebrane przy ognisku
zamilkło. Chłód powiał. Mój wierzchowiec, (siwa szkapa folwarczna,
jasnokoścista półemerytka, której po przyjeździe na wakacje
obciąłem był ogon i grzywę, którą torturowałem pogręgami starej
kulbaki i zmuszałem do zabójczych galopów), stał w pobliżu ogniska.
Widać było poczciwy łeb i przednie łopatki, kopyta na emeryturze, a
nadewszystko oczy, przedziwnie rozmyślające o płonącym ognisku i o
nas, ludziach tam zebranych...
Generał oddawna postawił szklankę na tacy i siedział
wyprostowany, z nogą zgrabnie odstawioną, a piersią wysuniętą.
Czasami oglądał się na las. Słuchał, jak echa grają, i znowu
ustawiał głowę we właściwej formie.
Rzekł, zwracając się do Guńkiewicza:
- Panie podleśny, a jak daleko z tego oto miejsca do
Suchedniowa?
Guńkiewicz postawił szklankę i z należytym pochyleniem
zamaskowanej łysiny oświadczył, że na prostaki nie będzie
dziesięciu wiorst.
- A pan tu drogi wszystkie zna? - Guńkiewicz uśmiechnął się
z dumą, czy politowaniem. Nie znajdował słowa zbyt dosadnego na
wyrażenie swej znajomości tamtejszych wertepów: od lat dwudziestu
kilku był podleśnym.
- Tak... - bąknął generał w zamyśleniu. - A pan taką drogę
zna: od Zagnańska ku Wzdołowi? Była tam przy tej drodze karczma w
szczerym lesie...
- Zagoździe - jakże! Stoi.
- Jedna korzenista droga szła stamtąd w kierunku
Suchedniowa, a druga, lepsza na Wzdół, na Bodzentyn.
- Tak jest, panie generale.
- Więc karczma, pan mówisz, stoi?
- Stoi. Najgłówniejsza złodziejska przystań i ucieczka. Z
całej korony polskiej koniokrady tam się właśnie schodzą.
- Przed tą karczmą, za drogą, po drugiej stronie był wydmuch
piasku. Duży żółty... Na tym wydmuchu rosło kilka brzóz...
- A to generał pamięta doskonale! Z tych tam brzóz tylko
jedna została. A były już brzozy - ba - ba! Karczmarz łajdak je
wyciął. Jedna z tych brzóz została i to dlatego, że o nią krzyż
oparty. Już, szelma, tej tknąć nie śmiał.
- Co za krzyż? Skąd tam krzyż? - żywo spytał Rozłucki.
- A tam krzyż stoi... w tym miejscu...
- Z jakiej racji krzyż w tym miejscu - a?
- Jak to krzyż, panie generale... Ludzie postawią, drudzy
czapki uchylają - i tak se ta stoi... Już też i spróchniał od dołu,
podparło go się tam z boku dwoma "pasierbami"...
- Prawdę powiedziawszy... - mruknął niewyraźnie Guńkiewicz,
uśmiechając się nieśmiało, - prawdę powiedziawszy, to ja ten krzyż
postawiłem... Drzewa tu mamy wbród. Wzięło się jodłę zdrową,
jędrną, wystałą. Obrobił ją do kantu, a nawet tu obecny cieśla, a
nasz teraz pan wójt...
- E, nie ma ta o czym, co ta... - opędzał śię niechętnie
wójt Gała.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.