Echa dawnej Warszawy. 100 adresów - Ireneusz Zalewski

Reflow text when sidebars are open.
Jeśli ktoś, przechodząc Bielańską obok ruin dawnego Banku Polskiego, wyobraża sobie, że tam w środku są jakieś sale lub pokoje, myli się bardzo. Widoczny z zewnątrz wysoki mur z zarysami okien, szczególnie w lewej części dawnego gmachu, odgrywa rolę ogrodzenia. W środku, za murem, jest rozległy placyk, ciągnący się aż do przeciwległych zabudowań przy Hipotecznej, należących również do zespołu Banku.
Ten masywny gmach, w którym grubość ścian wynosiła od 0,7 do 1,5 metra, został poważnie zniszczony w Powstaniu Warszawskim, przez dywanowe naloty niemieckie. Po wojnie przez pewien czas ocalałe pomieszczenia wykorzystywał Narodowy Bank Polski. W końcu lat sześćdziesiątych resztę dzieła zniszczenia dokonali nasi "burzymurkowie". I często zastanawiam się, jak się czują i co myślą - jeśli w ogóle myślą - wszyscy ci, którzy zamiast ratować niszczyli ocalałą z wojny zabudowę. Czy czasem, podobnie jak budowniczowie, którzy z dumą mówią: "ja to budowałem", chwalą się: "ja to kazałem rozebrać!". W latach sześćdziesiątych obecnie niska, wyrównana lewa część budynku miała wysokość istniejącej jeszcze w tej chwili pozostałości przy Daniłowiczowskiej. Lecz i tutaj postępuje naturalne niszczenie ocalałych ruin. Pozbawione jakiejkolwiek opieki mury wietrzeją i sypią się. Dyrektor Zakładów Lamp Profesjonalnych, obecnie właściciela całej działki, na której stał Bank Polski, pan Krzysztof Remos, dla którego przyszłość murów jest nie mniej ważna niż zagadnienia techniczne produkcji, przypuszcza, że w przypadku jakichkolwiek prac budowlanych konieczne będzie rozebranie ich i ponowne złożenie na świeżą zaprawę.
A dlaczego jest mowa o pracach budowlanych? Plan rozwoju Warszawy przewidywał, że na tym cennym ze względów komercyjnych terenie ma stanąć budynek o przeznaczeniu handlowym lub biurowym. Powinno się tu również znaleźć miejsce na muzeum AK. Dyrektor Remos twierdzi, że sprawa jest otwarta i nic nie wiadomo jeszcze o przyszłym sposobie zagospodarowania terenu i ruin. Byli żołnierze AK, uczestnicy Powstania Warszawskiego, wiążą natomiast z tym miejscem określone plany. W pięćdziesiątą rocznicę wybuchu Powstania na terenie Banku Polskiego mała być otwarta Centralna Wystawa Powstania Warszawskiego jako zaczątek Muzeum AK i Powstania Warszawskiego. Wystawę przygotowują Fundacja "Wystawa Warszawa Walczy", Muzeum Wojska Polskiego, Muzeum Historyczne Warszawy i Zarząd Dzielnicy Śródmieście.
Budynek Banku Polskiego, Bielańska 10, przed drugą wojną światową
Wybór ruin Banku Polskiego na miejsce wystawy i muzeum wynika również z roli, jaką ta budowla odegrała w czasie Powstania. W murach Banku oraz w sąsiednich domach - a trzeba pamiętać, że w tamtym czasie był tu zupełnie inny układ ulic i gęsta zabudowa - przez kilka tygodni walczyli żołnierze Armii Krajowej zgrupowania majora "Sosny", pododcinka "Gozdawa" oraz pierwszego Batalionu Szturmowego "Nałęcz" KB-AK, dowodzonego przez kapitana Stefana Kaniewskiego pseudonim "Nałęcz". Reduta Banku Polskiego utrudniała Niemcom zdobycie Starego Miasta. W poprzek Bielańskiej, przy Daniłowiczowskiej, stała barykada. Niemcy, nie mogąc pokonać obrońców Banku, próbowali zniszczyć ich nalotami bombowymi.
W swojej historii Bank ma także inne znane zdarzenie z drugiej wojny światowej. Przygotowano tu akcję "Góral", w wyniku której 12 sierpnia 1943 roku na Senatorskiej żołnierze AK pod dowództwem majora Emila Kumora zatrzymali i uprowadzili samochód przewożący ponad 100 milionów złotych.
Budynek późniejszego Banku Polskiego powstał na miejscu zaprojektowanego w 1817 roku przez Piotra Aignera pałacu Dyrekcji Mennicy. Gmach Banku według projektu petersburskiego architekta Leontija Benoit wybudowany został w latach 1907-1911. Podobno dokumentacja budowlana znajduje się do tej pory w Petersburgu. Styl budowli był nieokreślony. Potężny gmach ówcześni warszawiacy przyjmowali tak, jak my obecnie Pałac Kultury. Z czasem ich stosunek zmienił się, budynek wrósł w pejzaż miasta, a obecnie uznany został (niestety już tylko jego ruiny) za zabytek.
1993
Od 1993 roku, kiedy pisany był ten artykuł, wiele się tu zmieniło. Na planie dawnego Banku wybudowano nowy gmach. Zapełniona została wolna przestrzeń z ruiną. Muzeum Powstania Warszawskiego znalazło zaś doskonałe obszerne lokum w dawnej zabytkowej elektrowni tramwajowej na Przyokopowej.
Współczesnemu warszawiakowi, wychowanemu w przewiewnej stolicy, gdzie jednakowe bloki są rozrzucone na szerokiej przestrzeni jak chaty na wsi, a historyczne ulice mają zmienione przebiegi lub wymazane z planu miasta istnieją tylko we wspomnieniach - trudno wyobrazić sobie prawdziwe miasto o zwartej zabudowie. Miasto z domami o niepowtarzalnych fasadach, projektowanych przez znanych i cenionych architektów, którzy nie musieli wstydzić się swoich nazwisk. A taka była przedwojenna Warszawa. Kamienice powstawały na indywidualne zamówienie właścicieli działek, którym zależało na posiadaniu eleganckich i efektownych budynków. Były to najczęściej kamienice tzw. dochodowe, przynoszące zyski z czynszów zbieranych od lokatorów.
Na początku XX wieku Towarzystwo Oszczędnościowo-Pożyczkowe "Zgoda" odkupiło od Izraela Cynamona działkę z resztkami starego domu na rogu Brackiej 13 i Alej Jerozolimskich 5 i zleciło architektowi Dawidowi Landemu z Łodzi budowę domu dochodowego. W półtora roku stanęła bardzo efektowna czteropiętrowa kamienica z dwoma zamkniętymi podwórkami i oficynami. Ten ozdobny dom w nieokreślonym stylu, z elementami modnej jeszcze wtedy secesji (choć ówcześni twierdzili, że są to formy silnie modernizowanego renesansu), z wykuszami, ryzalitami, lodżiami i balkonami miał mieszkania dwu-, trzy-, a nawet pięcio- i siedmiopokojowe. Ze względu na położenie w centrum miasta oraz na wysoki standard wykończenia - ubikacje, łazienki z oknami, windy, oświetlenie elektryczne, białe marmury na klatkach schodowych - była to kamienica dla bogatych lokatorów. Koszt budowy wyniósł 300 tysięcy rubli.
Kamienica Bracka 13, fotografia zamieszczona w "Przeglądzie Technicznym" z 1905 roku
Już w latach dwudziestych, po likwidacji Towarzystwa "Zgoda", kamienicę odkupiła Pocztowa Kasa Oszczędności, oczywiście też w celach zarobkowych. W latach trzydziestych nad attyką od strony Alej Jerozolimskich jaśniał neon reklamujący Pocztową Kasę Oszczędności. Parter od Brackiej zajmowały sklepy. E.Z. Fiedorow miał sklep i pracownię rymarsko-galanteryjną, Antoni Obryś sprzedawał mięso i drób, była także spółka włókiennicza Franciszka Nawary. Starzy warszawiacy wspominają cukiernię z kawiarnią braci Kuczyńskich, zajmującą parterową część domu od strony Alej. W lecie były przed nią ustawiane stoliki z parasolami i zawieszana markiza. Cukiernia była bardzo popularna wśród młodzieży. Bilardy i dancing z doskonałą orkiestrą cieszyły się dużym zainteresowaniem. W 1930 roku na życzenie właścicieli cukierni lokal został przebudowany: usunięto jedną ścianę, tworząc dużą salę gościnną. Prace wykonała PKO, która zaangażowała dobre firmy budowlane. W 1937 roku wykonano remont elewacji i klatek schodowych.
Ruiny kamienicy Bracka 13, pocztówka z 1945 roku, fot. Zofia Chomętowska
Dom zniszczony został w trakcie Powstania Warszawskiego. Znalazł się na pierwszej linii hitlerowskiego ostrzału z gmachu Banku Gospodarstwa Krajowego. Zdjęcia z 1945 roku ukazują stożek gruzu usypany w miejscu, gdzie był przód tej bardzo oryginalnej kamienicy.
Obecnie trudno dopatrzyć się przedwojennego układu ulicy i domów. Na miejscu opisywanej kamienicy są chodnik, parking i cofnięty w głąb budynek postawiony po wojnie.
1995
U wylotu Celnej - między Brzozową, biegnącą górą, a Bugajem, położonym nad brzegiem Wisły - przez wieki mieszkańcy Starego Miasta wysypywali swoje śmieci. Powolutku, przez kilkaset lat powstawało miejskie wysypisko, nazywane Górą Gnojną lub Gnojową. W połowie XIX wieku zabroniono wyrzucania tam odpadów, zbocze porosło trawą, a utworzona w ten sposób skarpa obudowana została różnymi drewnianymi domkami.
Dom mieszkalny PKO przy ulicy Bugaj 3, przed drugą wojną światową
Na początku lat dwudziestych Pocztowa Kasa Oszczędności, młody, ale prężnie rozwijający się bank, wykupiła ten ciekawie usytuowany skrawek skarpy nadwiślańskiej. Profesor Politechniki Marian Lalewicz, architekt znany z innych budów warszawskich, zaprojektował i wybudował w 1923 roku na skraju Góry Gnojnej oryginalny zespół domów. Na poziomie ulicy Bugaj powstał czterokondygnacyjny budynek, wcięty do połowy w stok Góry Gnojnej. Na centralnej osi znajdowała się olbrzymia brama, wewnątrz której wybudowano schody oporowe prowadzące do drugiego budynku, usytuowanego na poziomie ulicy Brzozowej. Dach domu przy Bugaj stanowił rozległy taras dla budynku na wyższym stoku Góry Gnojnej. O wielkości budowli świadczy zajmowana przez nią powierzchnia - prawie 5 tysięcy metrów kwadratowych. A wysokość zespołu, liczona od poziomu ulicy Bugaj do szczytu domu na Brzozowej, wynosiła około 40 metrów, co obecnie odpowiada dwunastopiętrowemu blokowi. W dokumentach zachowały się nazwiska rzemieślników prowadzących budowę: majstra murarskiego Aleksandra Żołądkowskiego i majstra ciesielskiego Juliana Zahtra.
Zespół domów na skraju Góry Gnojnej, po wrześniu 1939 roku
W obu budynkach znajdowały się przede wszystkim mieszkania dla pracowników PKO i urzędów skarbowych. Mieszkali tu również ludzie niezwiązani z PKO, a znani szerszemu ogółowi: pisarka Pola Gojawiczyńska, poetka i autorka tekstów piosenek Janina Gilówna, a także budowniczy Przemysław Szczekowski. Część budynku położonego niżej, przy Bugaj 3, przeznaczona była na magazyny. Obok, przy Bugaj 5, postawiono mniejszy dom, skomponowany w całość z zespołem centralnym. W tym budynku mieściła się drukarnia wykonująca różne druki specjalne na potrzeby banku.
Stok Góry Gnojnej, śmietniska narastającego przez wiele wieków, był jak gąbka. Budowanie na tak niestabilnym gruncie potężnych kamienic było dość ryzykowne. Pierwsze pęknięcia ścian górnego budynku od strony Zamku Królewskiego dały znać o sobie już w 1929 roku. Wzmocniono wtedy fundamenty i wybudowano ściany oporowe. Na skutek dalszego pękania i osuwania się ścian na początku 1939 roku firma M. Łempicki wykonała specjalne palowanie. Wbito wtedy w Górę Gnojną około 45 pali betonowych o średnicy 40 centymetrów i o długości od 3 do 8 metrów. Jeden z tych pali do niedawna można było odnaleźć w połowie stoku, przy schodkach z ulicy Celnej.
We wrześniu 1939 roku sytuacja pogorszyła się jeszcze bardziej. Gmach został trafiony dziewięcioma pociskami artyleryjskimi i dwiema lotniczymi bombami burzącymi. Spowodowało to częściowe zniszczenie budynku i osłabienie jego konstrukcji. Dolny dom - przy Bugaj 3 - został zniszczony w środkowej części. W czasie Powstania Warszawskiego, mimo nalotów i uporczywego ostrzału artyleryjskiego, gmachy PKO stanowiły dla hitlerowców niedostępną redutę. Obrona batalionu "Bończa" załamała się dopiero 25 sierpnia 1944 roku.
Po wyzwoleniu budynki PKO były potężnym gruzowiskiem i postanowiono je rozebrać. Na górze, od strony Brzozowej, wybudowano betonowy taras widokowy, który wywoływał protesty warszawiaków. Zlikwidowano więc wszystkie zbędne nadbudowy i Góra Gnojna wróciła do wyglądu sprzed wieku.
1995
Żywot gazety codziennej, dziennika, jest krótki - właśnie jeden dzień i niewiele więcej. Wiadomości bieżące stają się nieaktualne już drugiego, trzeciego dnia, artykuły natomiast, problemowe lub historyczne, czytane są tylko przez nielicznych zainteresowanych. A jak nie zdąży się ich przeczytać, odchodzą w niepamięć. Nie każdy autor ma możliwość wydania ich w jednym zbiorze, w formie książkowej. Artykuły o wydarzeniach lub historii okolicy, w której żyjemy, czytane są najchętniej, bo niemal każdy chce wiedzieć jak najwięcej o swoim miejscu zamieszkania. Dużą popularnością cieszą się gazetowe dodatki lokalne - w naszym, warszawskim przypadku są to dodatki stołeczne. Świadczą o tym choćby listy otrzymywane od czytelników przez autorów stałych cyklów tematycznych.
Dziedzicznie i rodzinnie obciążony - brzmi to patetycznie, ale jest prawdziwe - miłością do Warszawy, nigdy nie byłem obojętny na jej sprawy. Od lat gromadziłem nawet najdrobniejsze informacje o historii mojego miasta. W czasach przedkserograficznych godzinami siedziałem w Bibliotece Narodowej czy w "okrąglaku" na Hankiewicza i drobnym maczkiem, by zmieściło się jak najwięcej, sporządzałem wyciągi i wypisy z różnych książek, gazet i dokumentów. Ponieważ pisanie artykułów i felietonów było dla mnie najlepszym sposobem na dzielenie się wiedzą, już w latach sześćdziesiątych XX wieku nawiązałem kontakty z kilkoma warszawskimi czasopismami, których redaktorzy mieli podobne do moich zainteresowania. Współpracowałem ze "Stolicą" i "Życiem Warszawy". W "Życiu Codziennym" co tydzień drukowano mój felieton w cyklu "Ten sam adres", uzbierało się więc 77 artykułów. W "Trybunie" w ciągu siedmiu lat wydano ponad 370 moich tekstów w cyklu "Warszawskie adresy". W "Poradniku Klienta Oszczędnego" opisywałem przedwojenne budynki Pocztowej Kasy Oszczędności.
A kto dziś jeszcze pamięta, że kiedyś ukazywały się opracowane na podstawie wielu źródeł artykuły o warszawskich budynkach, ważnych lub zupełnie zwyczajnych, jakich stało wiele w Warszawie? Były to budynki, w których ludzie rodzili się i umierali, kochali i załatwiali najróżniejsze, ale na pewno ważne dla nich sprawy. Wielu z nich spotkał trudny los zgotowany przez najeźdźcę i okupanta. Budynki zaś ginęły tak, jak ich mieszkańcy. Dlatego chcę przypomnieć nowym warszawiakom, którzy się niedawno urodzili lub dopiero co tu przybyli, że Warszawa nie zawsze była taka, jaką teraz można oglądać. Była inna, niektórzy twierdzą, że ładniejsza, ale na pewno bliższa, sympatyczniejsza, bardziej przyjazna niż obecna - betonowa, błyszcząca szkłem i aluminium.
Większość opisanych przeze mnie budynków już nie istnieje, a ocalałe mają inny adres, dlatego artykuły drukowane kiedyś zebrałem w całość i nazwałem je 100 dawnych adresów warszawskich. Mam nadzieję, że zainteresują one czytelników, poszerzą ich wiedzę lub dadzą im nowe wiadomości o mieście, w którym żyjemy.
Ireneusz Zalewski Warszawa, marzec 2015 roku
Czy zdarzyło się Państwu późnym wieczorem, idąc z psem na spacer, przymknąć lekko oczy i usłyszeć odległe głosy naszego miasta? Dźwięki te nie są monotonnym hukiem dzisiejszych samochodów. Gdy wytężymy wyobraźnię i słuch, dojdzie do nas delikatny, pulsujący szum, przerywany od czasu do czasu dzwonieniem tramwajów i ostrym zgrzytem kół o szyny na zakrętach. Usłyszymy lekkie kląskanie kopyt konia dorożkarskiego na bruku i ciężkie człapanie w zaprzęgu wozu z węglem. A gdy w myślach zagłębimy się w ciasne podwórka, oprócz odbijającego się echem od ścian gwaru dzieciaków doleci do nas muzyka z radia lub gramofonu. Czasem w ten delikatny, pulsujący szmer podwórka wdziera się ostry krzyk druciarza reperującego garnki, nawoływanie Żyda handlującego starymi szmatami lub wysoki dźwięk metalowego płaskownika uderzanego młotkiem przez wędrownego szlifierza. Czasem z otwartego okna doleci smętny głos zakochanej kucharki, zawodzącej "... ta ostatnia niedziela...".
A czy zdarzyło się Państwu w słoneczny niedzielny poranek iść starą warszawską ulicą? Niezbyt szeroką, z popękanymi płytami chodnikowymi i jezdnią wybrukowaną "kocimi łbami"? Pootwierane okna, gdzieś gra radio. Z któregoś mieszkania dochodzą rozmowy, płacz dziecka. Ktoś nuci piosenkę. I zapachy - gotowanej kapusty, smażonej ryby lub kotleta. Przypomina się wtedy przygotowywana przez babcię zupa z zacierkami. Po chodnikach dzieciaki toczą fajerki na drucie. Starsi pędzą na hulajnogach własnej produkcji, na których zamiast kółek są hasłujące łożyska.
Dziś nie ma już takiej Warszawy. Nawet tam, gdzie zachowały się stare, niezniszczone kamienice, nie ma już tej atmosfery. Na podwórkach cuchną śmieci wysypujące się z kontenerów, a na klatkach schodowych uderza w nos odór moczu. Po dawnej Warszawie pozostały rozległe trawniki. Tam, gdzie kiedyś była zwarta zabudowa, gdzie stały domy, w których żyli ludzie, teraz jest trawa, rosną drzewa lub niedawno ułożono jezdnię. Dopiero wykopy pod nowe kable lub kanalizację odkrywają nieraz fundamenty budynków, w których kiedyś załatwiano ważne interesy, mieszkały znane osobistości, znajdowały się wspaniałe sklepy. Wąskie ulice obudowane były zwartymi szeregami kamienic. Każda z nich inna, niepowtarzalna, często zaprojektowana przez słynnego architekta.
Dla młodych i nowych warszawiaków, którzy mieszkają tu od niedawna, Warszawa to ponure "szafy" Osiedla za Żelazną Bramą, pretensjonalny socrealistyczny MDM i sztampowe bloki różnych osiedli, takie same na Woli, Mokotowie, Pradze i Żoliborzu. Pozostają pełne uroku Stare i Nowe Miasto, a także część Traktu Królewskiego. Domy z łuszczącymi się, zagrzybionymi tynkami robią wrażenie wielowiekowych, starusieńkich. W rzeczywistości mają nie więcej niż 60 lat. W sezonie letnim, w dzień powszedni, w soboty i niedziele tłumy spacerowiczów szukają tu szczególnej atmosfery i odpoczynku od codzienności, spędzanej w klatkach z betonu, szkła i aluminium. Zapewne przychodzą tu z rodzinami także projektanci supernowoczesnych, błyszczących cacuszek, jakimi obdarzają współczesną Warszawę. Szkoda, że wśród tych wspaniałych gmachów nie ma miejsca na ocalałe z pogromu dawne domy, świadczące o naszej kulturze. Rozbierane są budynki, może nie zawsze zabytkowe, ale świadczące o kształcie i wyglądzie dawnej Warszawy. W ten sposób pozbawiamy się historii.
1999
Mamy prawo uważać, że stosowana obecnie numeracja domów i przyjęte nazwy ulic wystarczają do dość precyzyjnego określenia adresu. Łatwo wszędzie trafić, mimo że w Warszawie jest kilkadziesiąt tysięcy budynków. Oczywiście nie od razu Warszawę tak wielką zbudowano. Gdy w początkach swojej miejskości otoczona była murami, jej niewielki obszar podzielony kilkoma ulicami nie wymagał zbyt dokładnego określenia miejsca. Niemal wszyscy się znali, wiadomo było, gdzie kto mieszka. A gdybyśmy zapytali przykładowo o Krakowskie Przedmieście, otrzymalibyśmy taką wskazówkę: Począwszy od ulicy Podwalskiej, zaczynającej się przeciwko bramie pałacu jaśnie wielmożnego pana Hetmana Polnego Koronnego, idąc mimo Bramę Krakowską i Zamek ku Pałacowi pod Blachą. Nazwy ulic nie powstawały w sposób przypadkowy. Często to określenia miejsc, w których skupiali się rzemieślnicy tej samej specjalności - Piekarska, Rymarska, Piwna lub Miodownicza. Wskazywały też kierunek - Krakowskie Przedmieście, Nowomiejska lub Mostowa. Czasami ulice zmieniały nazwy, np. Nowomiejska była również Gołębią.
Wprowadzenie numeracji nieruchomości nie wiązało się wcale z chęcią stworzenia łatwych i czytelnych adresów, lecz wynikało z przygotowań do uporządkowania ściągania podatków. Wysokość opłat zależna była od wielkości zabudowy - szerokości i wysokości budynku. Na tej podstawie przygotowano taryfę podatkową. W 1784 roku po raz pierwszy ukazał się spis budynków i ich właścicieli, w którym wprowadzono oznaczenia numeryczne nieruchomości. Właśnie ten spis nazwano "Taryfą". Nazwa ta utrzymała się do dzisiaj i oznacza spis ulic oraz budynków, choć nie jest już wiązana z podatkami.
Numeracja nadawana była wszystkim obiektom po kolei. Numer 1 otrzymał Zamek Królewski, dalej numery szły wzdłuż Świętojerskiej - 2 do 33, potem Rynek - numery 34 do 69, ulica Jezuicka - 70 do 74, Kanonia, Dziekania i tak dalej. Należy dodać, że w tym czasie w Warszawie zlikwidowano jurydyki, czyli prywatne miasta w mieście, cały obszar miasta został natomiast podzielony na siedem cyrkułów.
W 1819 roku Komisja Hipoteczna Województwa Mazowieckiego założyła dla nieruchomości księgi hipoteczne. Wykorzystano wtedy numerację wprowadzoną w 1784 roku. Ciekawostką jest, że najmniejsza kamienica w Warszawie, czyli murowany budynek posiadający numer hipoteczny 592b, to kiosk przy Długiej 1, przyklejony do kościoła Św. Ducha. Kiedyś biedny szewc odkupił od kościoła kawałek gruntu i postawił tam jednoizbowy domek.
Kiosk przy Długiej 1, przylegający do kościoła Św. Ducha, 1995 rok, fot. Ireneusz Zalewski
W 1868 roku stworzono nową numerację budynków, tzw. policyjną. Zasadą jest tu, że na ulicach prostopadłych do Wisły numery wzrastają od rzeki w głąb miasta, czyli po lewej stronie od wschodu na zachód, a na Pradze - z zachodu na wschód. Na ulicach równoległych do Wisły numery rosną z południa na północ. Drugą regułą jest to, że po lewej stronie ulicy są numery nieparzyste, a po prawej - parzyste. Kilka ulic ma jednak numerację niezgodną z tymi zasadami. Należą do nich m.in. Jaracza, Puławska i Czumy.
Inną numeracją - którą dla zasady należy tu odnotować - wprowadzoną na początku lat siedemdziesiątych XX wieku, nie związaną bezpośrednio z poszczególnymi budynkami, lecz przede wszystkim z ulicami i zespołami budynków (rejonami), jest pocztowa numeracja kodowa. W numerze kodowym pierwsze cyfry oznaczają okręg pocztowy (jest ich 10) i miasto lub dzielnicę, a ostatnie trzy uściślają rejon doręczeń.
1997
Określenia "parterowa stolica", "parterowa Warszawa" stały się modne i aktualne po wojnie, gdy odżywało zniszczone miasto i gdy w zburzonych kamienicach odbudowywano lokale parterowe, tworząc w nich sklepy, kawiarnie i warsztaty usługowe. Takie parterowe budownictwo, przypominające obecne pawilony między Świętokrzyską i Królewską lub na Jana Pawła II, istniało niemal przy wszystkich ulicach w Śródmieściu. Na Marszałkowskiej, Brackiej, Chmielnej, w Alejach - pulsowało życie handlowe. Te maleńkie sklepiki pękały od towarów, bogactwo wylewało się przez wystawy sklepowe. Przez moment mogło wydawać się, że nie było tu wojny. Tylko nie można było podnosić wzroku wyżej. Nad dachami pawilonów sterczały kikuty zburzonych, spalonych ścian. Zwłaszcza po zmroku czerniejące niesympatyczne i kontrastujące z rozświetlonymi witrynami sklepów. Niektóre z parterowych zabudowań wyraźnie próbowały odróżnić się od sztampowej prostoty pozostałych. Utkwił mi w pamięci "bunkier Gajewskiego" na rogu Marszałkowskiej i Wspólnej, w miejscu, gdzie teraz jest Instytut Węgierski. Mieściła się tam popularna kawiarnia, prawie zawsze zatłoczona.
W okresie międzywojennym Warszawa też nie była wolna od kontrastów. Na mniejszym niż obecnie obszarze stłoczonych było więcej budynków, zamieszkałych przez nieporównanie więcej ludzi niż teraz. Obecnie liczba mieszkańców bliska jest 1,4 miliona. W latach trzydziestych podobna liczba ludzi, bo prawie 1,2 miliona, zajmowała teren obecnego centrum. Tam, gdzie stoją teraz wysokie bloki potężnych osiedli mieszkaniowych na Grochowie, Woli, Bemowie, wtedy była wieś i pasły się krowy. Szybko rozprzestrzeniające się miasto wchłaniało wiejskie chaty i pałacyki. A że rygorystycznie przestrzegano świętego prawa własności, nie można było rozebrać parterowych budyneczków, szpecących miasto. Niektóre, drażniąc estetów, przetrwały aż do wojny i Powstania Warszawskiego w 1944 roku.
Dworek przy placu Zbawiciela, w którym przez lata mieściła się knajpa, początek XX wieku
Jednym z najbardziej zapamiętywalnych był domek przy Nowym Świecie 68, na wprost Świętokrzyskiej (w tym miejscu przebicie Świętokrzyskiej do Kopernika wykonano dopiero w latach pięćdziesiątych). Przed wojną mieściła się tu kolektura losów loteryjnych Janiny Haładejowej z hasłem: "Szukasz szczęścia? - wstąp na chwilę", a także piekarnia "Nowa", prowadzona przez Perzanowskiego i Rostkowskiego, a później Aleksandra Łapińskiego. Była także kawiarenka "Moja Maleńka". Wielu warszawiaków zapamiętało ten parterowy budyneczek z czasów wojny, gdyż w lokalu kawiarenki zainstalowało się biuro werbunkowe na wyjazdy do Niemiec. Nad nim umieszczono duży szyld z napisem "Jedźcie z nami do Niemiec", który żołnierze podziemia przemalowali na "Jedźcie sami do Niemiec".
Nie był to jedyny parterowy budynek w międzywojennej Warszawie. Na Wolskiej aż do wiaduktu kolejowego przy Bema było wiele niskich drewniaków. Także na Dobrej, Boleść, Rybakach - obok nowoczesnych kamienic tkwiły domki zmurszałe, z zapadającymi się dachami, zamieszkałe przez wielodzietne, biedne rodziny. Niemal w centrum, bo na Marszałkowskiej przy placu Zbawiciela, na wprost kościoła stał dworek, w którym przez lata mieściła się knajpa. Dwa lata przed wybuchem wojny rozebrano budynek pamiętający czasy Kościuszki - przy Marszałkowskiej 135 róg Świętokrzyskiej 44. Był to długi dom z frontem na dwie ulice, w którym mieściło się wiele sklepów. Najbardziej znana była "Linka" z linami i sznurkami. Ulica Warecka, na długim odcinku od Nowego Światu do placu Napoleona, zamiast okien i wystaw miała ślepe, tylne ściany parterowych oficyn, okalających ostatnie podwórka domów przy Świętokrzyskiej.
Ówcześni urbaniści i architekci (podobnie jak dzisiejsi) nie mieli sentymentu do staroci. Gdzie się dało, rozbierali stare budynki i stawiali "nowoczesne", modernistyczne pudełka. Mniej w nich było szkła i aluminium, bo technologia budowy jeszcze się tak nie rozwinęła, i może dlatego szybciej wtopiły się w pejzaż miasta. Nie narzucały zbyt nachalnie swoich odmiennych elewacji i dawały się lubić.
1999
Właściciele wznoszonych budynków nie zawsze liczyli się z racjami innych ludzi, a sąsiedzi budów niejednokrotnie wykorzystywali swoje prawa w sposób budzący wątpliwości. Głośnym kiedyś przykładem uporu i samowoli kamienicznika była sprawa Mariana Malinowskiego, który w 1912 roku wybudował duży dom na Nowym Świecie, przy zwężonej w tym miejscu Chmielnej. Nie reagował na żądanie zarządu miasta, by nie utrudniał poszerzenia wylotu Chmielnej. Dopiero zburzenie kamienicy w 1939 roku pozwoliło na wyrównanie przebiegu tej ulicy na całej jej szerokości.
W 1998 roku gazety doniosły, że budowany dom na Moniuszki zaczyna zasłaniać okna sąsiedniego budynku przy Sienkiewicza. Niemal w tym samym miejscu, bo po drugiej stronie Moniuszki, na początku lat trzydziestych zdarzyła się podobna historia. Dla nas - z perspektywy czasu - śmieszna. Związana była z budową wieżowca Prudential.
Obok budowanego szesnastopiętrowego gmachu przy Moniuszki 4 stała kamienica należąca do Ajzensztadtów. W księdze hipotecznej tego domu wpisana była służebność światła i widoku od strony działki, na której powstawał wysoki gmach. Ponieważ drapacz chmur zasłonił widok niektórym oknom kamienicy na Moniuszki, Ajzensztadtowie na wiosnę 1934 roku, kiedy gmach był już na ukończeniu, wystosowali rejentalne wezwanie do dyrekcji Prudentialu, żądając niezwłocznego zburzenia tego gmachu. Cel takiego działania był oczywisty - chodziło o pieniądze. Wieżowiec nie został rozebrany, a rodzina Ajzensztadtów była usatysfakcjonowana, choć nie wiadomo za jaką kwotę.
Inną interesującą sprawę opisał Józef Hen w książce Nowolipie. Najpiękniejsze lata. W ich mieszkaniu przy Nowolipiu 53 pokój dziecinny był ciemną alkową. Ojciec kazał przebić okno w murze i wtedy właściciel posesji na Lesznie, na którego podwórze wychodziło to okno, podał ojca do sądu za to, że korzysta ze światła z jego posesji. Ojciec proces przegrał, a w wyroku sąd nakazał jakieś odszkodowanie i okratowanie okna, które miało być swojego rodzaju symbolem zamurowania.
Budynek przy alei Przyjaciół, koniec lat trzydziestych XX wieku
Ciekawostką z dziedziny prawodawstwa budowlanego i sposobów omijania przepisów są domy budowane pod koniec lat trzydziestych przy nowo wytyczanych ulicach. Przykładem takim jest aleja Przyjaciół, przy której domy są niewysokie, cztero-pięciokondygnacyjne. Związane to jest z szerokością ulicy. Wydział techniczny magistratu wymagał, by ze względu na niezbyt szeroką ulicę domy były takiej wysokości, żeby wszędzie pozostał zapewniony dostęp światła. Z tej przyczyny ostatnie piętra większości gmachów były cofnięte i w dokumentacjach figurowały jako strychy. Oczywiście po odebraniu budynku przez komisję strychy te przerabiano na komfortowe mieszkania z efektownymi tarasami.
1998