Cześć, Gawronie!
Często o Tobie myślę. Sporo do Ciebie pisałam, ale nie przyszła żadna odpowiedź i trochę się martwię. Tłumaczę to sobie tak, że zabrakło Wam papeterii albo coś...
Zaczęły się wakacje. Mogę robić, co mi się żywnie podoba: leniuchować, kąpać się, grać na konsoli, oglądać filmy. Nawet nie masz pojęcia, jak mi dobrze. Dni przelatują migiem jeden za drugim, ani się obejrzę, a znów przyjdzie jesień. Pamiętasz jeszcze budkę z lodami na Drottninggatan? Codziennie dostaję od mamy pieniądze, żebym mogła sobie coś kupić, więc chodzę do tej budki i prawie za każdym razem kupuję lody gruszkowo-czekoladowo-jagodowe. Ty wziąłbyś pewnie malinowo-malinowo-malinowe, jak zawsze, prawda? A może tam, gdzie mieszkasz, nie ma lodów malinowych?
Tak w ogóle to bardzo bym się cieszyła, gdybyś jednak do mnie napisał. Chciałabym po prostu wiedzieć, że o mnie nie zapomniałeś. Każdego dnia sprawdzam, czy był już listonosz. Tak z siedem razy dziennie, na wszelki wypadek.
Ściskam Cię mocno
Ebba
Lato. Najlepsza pora roku. Można się cieszyć życiem i wszelkie problemy tego świata znikają jak ręką odjął. Nawet pasztetowa na kolację nie wydaje się aż taka straszna, a siniaki na nogach i rękach dodają człowiekowi uroku. Tak właśnie jest latem. Humor wszystkim dopisuje.
Wszystkim z wyjątkiem mnie. Jak zaległam na kanapie, tak na niej leżę i tylko wzdycham od czasu do czasu. Za oknem świeci słońce, a mama zagląda do mnie średnio co sekundę.
- A mooożeee... wyszłabyś na dwór? - podsunęła ostatnim razem. - Od siedzenia w domu przez całe lato nabawisz się tylko niedoboru witamin. I wypadną ci zęby!
Pokręciłam głową.
- Już od tygodnia tak tu gnijesz! - ciągnęła. - Poszłabyś chociaż na lody!
Znów pokręciłam głową.
Mama zamilkła.
- Gawron nic nie odpisał? - spytała po chwili.
Przełknęłam twardą gulę, która utkwiła mi w gardle.
- Nie.
Mama, obgryzając skórkę przy paznokciu, starała się wymyślić, jak mnie pocieszyć. Nic nie przyszło jej do głowy i po cichu wyszła.
Mój najlepszy przyjaciel Gawron przeprowadził się rok temu do Norwegii, w swoje rodzinne strony, i bardzo mi go brakuje. Do tego stopnia, że z tęsknoty boli mnie brzuch. W wakacje zawsze mieliśmy mnóstwo superpomysłów. Szliśmy popływać, włóczyliśmy się po mieście, przesiadywaliśmy godzinami na stryszku u Gawrona, graliśmy w uno i tak dalej. Bez niego nie czuję, że naprawdę przyszło lato.
Zajrzał do mnie tata.
- Co jemy dziś na kolację? Jakieś specjalne życzenia? - spytał dziarskim tonem.
- Nie - odparłam.
- Możesz wybrać, co tylko chcesz! - przekonywał. - Może zupa cytrynowa?
- Nie, dzięki - powtórzyłam, choć zupa cytrynowa to moje ulubione danie. Nie miałam ochoty kompletnie na nic.
Tata nie poddawał się jeszcze przez chwilę.
- Gawron dalej milczy?
Nie dałam rady odpowiedzieć. Schowałam tylko głowę pod poduszkę i tak leżałam, aż sobie poszedł. Całe moje życie przypominało jedną wielką czarną dziurę.
Na kolację była ostatecznie pasztetowa.
- No, wcinaj! - zachęcał tata, kiedy postawił talerz na stole.
Jeśli nie wiecie, pasztetowa to taka różowoszara kiełbasa o papkowatej konsystencji. Są w niej małe czarne kropki - grubo mielony pieprz. Jeśli się go rozgryzie, wypala język.
Nałożyłam sobie odrobinę, po czym siedziałam nad talerzem i przełykałam kawałki bez gryzienia, popijając je litrami mleka. Tata uważał, że nie ma nic lepszego niż dobra pasztetowa. Delektował się nią, a sos ściekał mu po brodzie. Pochłonął cały stos smażonych plasterków i tak się najadł, że ledwie mógł się ruszyć z miejsca. Przypomniało mi się ubiegłoroczne lato, gdy Gawron i ja zakradliśmy się nocą do restauracji i usmażyliśmy burgery i stripsy. Gawrona mdliło potem z przejedzenia i przez całą noc śniły mu się koszmary o stripsach z kurczaka.
Nawet się nie zorientowałam, kiedy po policzkach popłynęły mi łzy. Tamte stripsy były ostatnią rzeczą, którą Gawron i ja wspólnie upichciliśmy. A jeśli już nigdy nie będziemy siedzieć naprzeciwko siebie z nogami na kokardkę i opychać się wielgachnymi burgerami z serem i ogórkiem? Dlaczego on nie odpisuje? A jeśli naprawdę o mnie zapomniał?
Zerwałam się z krzesła i wybiegłam z kuchni.
- Ależ skarbie, co się stało? - zawołała za mną mama.
- Wydawało mi się, że Ebba lubi pasztetową... - odezwał się tata.
Trzasnęłam drzwiami do swojego pokoju i rzuciłam się na łóżko. Poduszka zrobiła się mokra od łez.
Leżałam tak przez cały ciągnący się w nieskończoność wieczór. Mama skradała się pod drzwiami na palcach jak skrzat. Raz je otworzyła i powiedziała:
- Zobaczysz, Gawron napisze lada dzień. Może nawet jutro dostaniesz od niego list.
- Aha, jasne - mruknęłam, chociaż wcale w to nie wierzyłam.
O dziesiątej w telewizji leciał film. Tata chciał go obejrzeć i otworzył paczkę chipsów, chociaż był dopiero czwartek, a my niezdrowe rzeczy jemy tylko w soboty. Mniej więcej w połowie filmu w przedpokoju rozdzwonił się telefon - szary, z kablem skręconym w sprężynkę. Mama leżała właśnie w wannie.
- Odbierzcie! - zawołała.
- Oglądam film! - odkrzyknął tata. - Co za dureń w ogóle dzwoni o tej porze?
- Nie dowiesz się, dopóki nie odbierzesz! - zauważyła mama. - Kąpię się!
- Masz bliżej!
- Nie wygłupiaj się!
- Nie, nie zamierzam odbierać - wymamrotał tata. - Nie w środku nocy.
Telefon dzwonił raz za razem. Osiem sygnałów, dziewięć, dziesięć. Leżałam w łóżku i się w nie wsłuchiwałam. Jedenaście, dwanaście, trzynaście...
- Odbierz wreszcie! - wydarła się mama.
- Nie - odmówił kategorycznie tata i pogłośnił telewizor.
Czternaście, piętnaście, szesnaście... Usiadłam na łóżku. Serce zaczęło mi bić szybciej, jakby chciało dać mi coś do zrozumienia. Co, jeśli...
- JA ODBIORĘ! - Zerwałam się i przemknęłam przez duży pokój, tak szybko, że paczka z chipsami spadła na podłogę.
- Ej, ej, spokojnie - mruknął tata.
Od tego dzwonienia telefon aż się trząsł. Podniosłam słuchawkę.
- Halo! Tu Ebba!
- No wreszcie, ile można czekać! - prychnął Gawron. - Co się tak wlokłaś?
Przełknęłam ślinę. Zrobiło mi się ciepło i błogo na sercu. To naprawdę on! Miałam wrażenie, że śnię.
- Nic, oglądałam telewizję - odparłam. - Leci film i nie mogłam się oderwać. - Odchrząknęłam. - A co u ciebie? Zacząłeś już wakacje?
- Nie mam czasu gadać! - rzucił. - Dzwonię z budki i zaraz skończą mi się drobniaki!
- Ojej - wyrwało mi się. Zaraz się jednak usztywniłam, jakbym była z betonu. - Jasne. Ale i tak fajnie, że się odezwałeś.
- No. Przyjdź na stację kolejową!
- Co?!
- Odbierz mnie ze stacji! - wydarł się Gawron. - Nie zamierzam chodzić po mieście sam o tej porze! Siedzę w poczekalni!
Potrzebowałam kilku sekund, żeby dotarło do mnie, co właśnie usłyszałam. Zakręciło mi się w głowie.
- Jesteś tutaj? - wyszeptałam. - W Örebro?
- Taaak! - potwierdził Gawron, jakby rozmawiał z kimś wyjątkowo mało rozgarniętym. - Ale zaraz skończą mi się pie...
- Pip-pip-pip - odezwał się telefon, po czym nastała cisza.