Lat temu trzysta czterdzieści
osiem, miesięcy sześć i dni dziewiętnaście, Paryżanie obudzili się
przy dźwiękach dzwonów, w potrójnym obwodzie Grodu, Wszechnicy i
Nowego Miasta.
Szósty stycznia 1482 r. nie był jednak dniem historycznym.
Zdarzeniem, które tego dnia "dodawało tak ducha motłochowi
paryskiemu", że użyjemy wyrażeń Jehana z Troyes, było po prostu
święto Trzech Króli.
Dnia tego miały mieć miejsce ognie na placu Greve, sadzenie
różdżki zielonej w kaplicy Braque i misterium w Pałacu
Sprawiedliwości.
Tłumy mieszczan i mieszczek dążyły ze wszech stron od samego
rana, przy pozamykanych domach i kramach, ku jednemu z trzech
wymienionych punktów.
Lud zapełniał szczególnie wejścia do Pałacu Sprawiedliwości;
wiedziano bowiem, że ambasadorowie flamandzcy przybyli przed dwoma
dniami i będą na przedstawieniu misterium w wielkiej sali.
Nie było rzeczą łatwą docisnąć się tego dnia do owej wielkiej
sali, mającej sławę najobszerniejszego na świecie krytego
pomieszczenia.
Jeżeli czytelnik pozwoli, postaramy się odtworzyć wrażenie,
jakiego byśmy doznali przestępując progi tej wielkiej sali.
Pod naszymi stopami posadzka marmurowa o płytach białych i
czarnych. O kilka kroków od nas potężny słup, dalej drugi i trzeci;
razem siedem słupów wzdłuż sali, podtrzymujących w jej środku
dwoiste sklepienie. Wokoło pierwszych czterech słupów kramy
handlarzy, błyszczące od szkieł i brzękadeł; wokoło trzech
ostatnich - ławki dębowe, wyślizgane i wypolerowane siedzeniami
oskarżonych i togami obrońców. W obwodzie sali, wzdłuż wysokiej
ściany między podwojami, między oknami, między słupami -
nieskończony szereg posągów wszystkich królów Francji. W długich
ostrołukowych oknach - szyby o tysiącznych kolorach. To wszystko
razem ze sklepieniami, słupami, ścianami, framugami, stropami,
oknami, posągami, podmalowane od góry do dołu przepysznym kolorem
błękitnym i złotym.
Wyobraźmy sobie teraz podłużną salę w przyćmionym świetle
styczniowego dnia, a w niej pstry, krzykliwy tłum, sunący wzdłuż
ścian i wokół siedmiu słupów, a będziemy mieli pewne wyobrażenie o
całości obrazu.
Gdyby Ravaillac nie był zamordował Henryka IV-go, nie byłoby
dokumentów procesu ravaillakowskiego w kancelarii trybunalskiej
Pałacu Sprawiedliwości, ani też wspólników zbrodni,
zainteresowanych w zniszczeniu tych dokumentów, co za tym idzie,
nie byłoby również podpalaczy, którzy, żeby zniszczyć, kancelarię,
musieli podpalić cały Trybunał, a wreszcie nie byłoby i pożaru w
roku 1618. Stary Pałac Sprawiedliwości stałby po dziś dzień.
Ale wróćmy do naszej wielkiej sali.
Na dwu krańcach tego olbrzymiego równoległoboku stały po jednej
stronie - sławny stół marmurowy z jednego bloku, o tak długi,
szeroki i gruby "że nigdy jeszcze - jak powiadają stare papiery
stylem, którego by im pozazdrościł Gargantua - nigdy jeszcze jak
świat światem nie widziano podobnej pajdy marmuru"; po drugiej
stronie - kaplica, gdzie Ludwik XI kazał się rzeźbić na klęczkach
przed Matką Boską.
W środku sali, naprzeciw głównego Wejścia, wzniesiono estradę
krytą złotogłowiem, opartą o mur, z osobnymi podwojami.
Podwyższenie to przeznaczone było dla posłów flamandzkich i innych
wysokich gości zaproszonych na przedstawienie.
Samo przedstawienie miało się odbyć na stole marmurowym, na
którym stało rusztowanie w rodzaju drewnianej klatki. Dach klatki,
widoczny ze wszystkich stron, służyć miał za posadzkę sceny
teatralnej, wnętrze zaś rusztowania przeznaczone było na szatnię
dla osób biorących udział w sztuce. Drabina na zewnątrz łączyła
scenę z szatnią. Każdy wychodzący na scenę musiał przedtem ukazać
się na drabinie.
Sztuka miała się zacząć dopiero o dwunastej w południe. Było to
bez wątpienia późno jak na przedstawienie teatralne, ale wypadało
zastosować się do ambasadorów.
Tymczasem tłum czekał już od rana.
- Na moją duszę, to ty, Joannes Frollo de Molendino! -
wrzeszczał ktoś ze zgrai do jasnowłosego chłopca o pięknej, choć
napiętnowanej złośliwością twarzy, siedzącego na akantowych
liściach jednej z kolumn. - Od dawna tu jesteś?
- Od czterech już blisko godzin - odparł Jan Frollo - i sądzę,
że mi to będzie policzone w rachunku czyśćcowym.
Ale zegar właśnie wydzwonił południe.
- Aa! - odetchnął tłum.
Czekano minutę, dwie, trzy, pięć, dziesięć. Nikt nie
przybywał.
- Misterium! misterium! - podniosły się znów głosy i sala
wypełniła się wrzawą.
Lecz w tej chwili zasłona szatni uchyliła się i ukazał się
człowiek w zbroi, w kołpaku na głowie i z pękiem blaszanych grotów
w ręku. Strój ten miał wyobrażać osobę Jupitera, a blaszane groty -
pioruny.
- Cisza! cisza! - rozległy się nawoływania.
- Sławetni obywatele - odezwał się Jupiter - i czcigodne
obywatelki! Mamy wygłosić wobec jego ekscelencji kardynała wielce
pouczający dialog pod tytułem: Sprawiedliwy wyrok Świętej Marii
Dziewicy. Jego przewielebność towarzyszy w tej chwili poselstwu
księcia Rakuskiego, które to poselstwo zatrzymane zostało przez
dyskurs rektora Akademii. Skoro tylko najprzewielebniejszy kardynał
raczy przybyć, rozpoczniemy przedstawienie...
Zadowolenie i podziw wywołane strojem mówcy ustępowały stopniowo
miejsca oburzeniu.
- Zaczynać natychmiast! Misterium! Misterium! - huczał tłum. A
nad wszystkimi górował głos brata archidiakona, Jana Frollo.
- Zaczynać natychmiast - ryczał.
- Precz z Jupiterem i kardynałem Burbonem! - wołali inni.
- Zaczynać! - powtarzało pospólstwo. - Co to za korowody...
Stryczka na komediantów i na kardynała!
Biedny Jupiter osłupiały, wylękły i blady, opuścił na ziemię
pęki gromowładne, zdjął z głowy kołpak i cały drżący począł się
kłaniać i bełkotać:
- Jego przewielebność... posły... Małgorzata najjaśniejsza
Flandr... - sam nie wiedział co plótł.
Na szczęście nadbiegł mu ktoś z pomocą.
- Jupiterze - rzekł nowoprzybyły. Jupiter nie słyszał.
Wysoki blondyn zniecierpliwiony, wrzasnął mu prawie pod
nosem:
- Michale Giborne!
- Woła mnie kto? - spytał wtedy Jupiter jakby zbudzony.
- Ja wołam - odrzekł młodzieniec ubrany na czarno.
- A! - powiedział Jupiter.
- Zaczynajcie natychmiast - mówił tamten. - Uczyńcie zadość
ludowi; zobowiązuję się przekonać marszałka Pałacu, a ten przebłaga
jego miłość kardynała.
Jupiter odetchnął.
- Jaśnie wielmożni obywatele!.- wrzasnął do tłumu. - Jaśnie
wielmożni obywatele! Oto w tej chwili zaczynamy. Rozległy się
ogłuszające oklaski. Tymczasem nieznajomy schował się za słupem,
gdzie by stał po dawnemu, nieruchomy i milczący, gdyby go z ukrycia
nie wyciągnęły dwie niewiasty z pierwszego szeregu widzów.
- Mości panie - odezwała się jedna z nich, Gisquetta. - Waszmość
zna tedy rycerza, który ma grać rolę Świętej Dziewicy?
- Rolę Jupitera? - podchwycił nieznajomy.
- Ano tak - poprawiła druga, Lienarda - ą to głupiał Waszmość
znasz tedy Jupitera?
- Michała Giborne... Tak, pani!
- Czy to będzie ładne, co tam grać mają? - spytała lękliwie
Gisquetta.
- Tak jest, bardzo ładne - zapewnił mężczyzna bez wahania.
- Przyrzeka waszmość, że dialog będzie ładny? - dopytywała się
Gisquetta.
- Rozumie się - zapewnił tamten.
I dodał nie bez pewnej dumy:
- To ja jestem autorem!
- Doprawdy? - powiedziały dziewczęta zdumione.
- Doprawdy! - odrzekł poeta chrząkając lekko. - To ja sam tę
sztukę ułożyłem. Nazywam się Piotr Gringoire.
Lecz właśnie spod rusztowania teatralnego rozległa się muzyka.
Spoza zasłon wyszły cztery osoby i wdrapały się po stromej drabince
na pomost. Tu stanęły w jednym szeregu przed publicznością, którą
powitały pokłonami. Wtedy muzyka zamilkła. Zaczynało się
misterium.
Z czterech alegorycznych postaci pierwsza trzymała szpadę, druga
- dwa złote klucze, trzecia - wagi, czwarta - rydel. Pierwsza
postać była więc symbolem szlachty, druga - stanu duchownego,
trzecia - kupiectwa, czwarta - pracy.
Obszedłszy całą ziemię osoby te przybyły na odpoczynek aż do
Pałacu Sprawiedliwości i wykładają obecnie przed prześwietnym
zebraniem całą litanię maksym i sentencyj.
Było to w rzeczy samej nadzwyczaj piękne.
Łaskawe oklaski, jakimi przyjęto początek prologu, uszczęśliwiły
autora, Piotra Gringoire. Ale to szczęście trwało krótko.
Oto jakiś żebrak wdrapał się na estradę przeznaczoną dla posłów
flamandzkich i wyciągał stąd skaleczoną rękę, w której trzymał
czapkę, z prośbą o jałmużnę.
- Ależ bo... na moją duszę - podchwycił Jan Frollo - toż to
Clopin Trouillefou! Hejże tam, przyjacielu, czy ci ta rana na nodze
przeszkadzała, że ją dziś nosisz na ręku?
To mówiąc cisnął groszak do zatłuszczonej czapki.
- Co łaska, wielmożni! - jęczał żebrak.
Ten dialog o mało nie spowodował przerwy w przedstawieniu.
Gringoire był bardzo niezadowolony.
- Dalej! Cóż u licha! Grajcie dalej! - wołał ku czterem
postaciom na scenie.
Lecz w tej chwili drzwi uprzywilejowanego balkonu otworzyły się,
a gromki głos woźnego oznajmił: - Jego eminencja kardynał
Burbon.
Wejście kardynała od razu wzburzyło całe audytorium. Wszystkie
głowy odwróciły się ku trybunie honorowej. - Kardynał! Kardynał! -
powtarzały wszystkie usta. Nieszczęśliwy prolog utknął po raz
drugi.
Kardynał zatrzymał się chwilę na progu estrady. I kiedy
obojętnym wzrokiem wiódł po zgromadzeniu, zamieszanie rosło.
Wszyscy chcieli mu się przyjrzeć.
Był to istotnie dygnitarz nie lada.
Zresztą był to miły człowiek. Pędził wesoło życie kardynalskie,
na frasunek szukał lekarstwa w królewskiej winnicy Chaillot, z tych
względów bardzo się podobał ludowi paryskiemu.
Oprócz tego kardynał Burbon był przystojnym mężczyzną, ubranym
we wspaniały płaszcz karmazynowy, który nosił z wdziękiem i
godnością. Po swojej stronie miał wszystkie kobiety, czyli, co na
jedno wychodzi, lepszą połowę zgromadzenia. I zaprawdę, byłoby to
niesprawiedliwością i dowodem najoczywistszego złego smaku gwizdać
na takiego dygnitarza.
Wszedł więc, pozdrowił obecnych zwykłym uśmiechem potentatów i
wolnym krokiem przeszedł do krzesła obitego I oto w tej chwili
woźny oznajmił: - Panowie posły imci księcia austriackiego.
Po czym ambasadorowie Maksymiliana austriackiego w okrągłej
liczbie czterdziestu ośmiu wkroczyli do sali z wielebnym ojcem
Janem, opatem z Saint-Bertin i Jakubem de Goy wysokim dostojnikiem
sądowym z Gandawy, na czele.
Zgromadzenie słuchało dziwacznych nazwisk wymienianych przez
woźnego. Byli to: mistrz Loys Roelof, ławnik miasta Louvain; Clays
d'Etuelde, ławnik brukselski; imci Paweł de Baeust, pan na
Voirmizeille, prezydent Flandrii; mistrz Jehan Colegiens, burmistrz
miasta Antwerpii; mistrz Jerzy van Moere, pierwszy starosta miasta
Gandawy; mistrz Gheldolf van der Hage, pierwszy ławnik tegoż
miasta; i pan z Bierbecque, i Jehan Dymaerzelle itd. itd. -
starostowie, ławnicy, burmistrze i znów burmistrze, ławnicy i
starostowie; a wszyscy sztywni, napuszeni, wykrochmaleni,
przyodziani odświętnie w aksamity i adamaszki, w kapeluszach z
czarnego aksamitu.
Kardynał przywitał się tylko z jednym z nich, a mianowicie z
radcą miasta Gandawy, Wilhelmem Rym.
W chwili gdy radca gandawski i jego eminencja wymieniali ukłony,
ukazał się człowiek olbrzymiego wzrostu, o szerokich ramionach, w
skórzanej kurcie. Woźny zatrzymał go.
- Hej przyjacielu, nie tędy !
Człowiek w skórzanej kurcie odepchnął go.
- Czego on chce, ten dureń? - ryknął. - Czy nie widzisz kim
jestem?
- Imię waszmości? - spytał woźny.
- Jakub Coppenole.
- A godność?
- Pończosznik spod "Trzech Łańcuchów", z Gandawy. Woźny cofnął
się zdumiony.
Ale w tej chwili zbliżył się do niego Wilhelm Rym i szepnął
nieznacznie szkarłatnym aksamitem. Jego otoczenie złożone z
biskupów i opatów, wkroczyło za nim na trybunę.
- Oznajmij mistrza Jakuba Coppenole, pisarza ławników miasta
Gandawy.
Kardynał podchwycił głośno:
- Woźny, oznajmij mistrza Jakuba Coppenole, pisarza sądowego
prześwietnego miasta Gandawy.
Był to błąd. Wypadało już Rymowi samemu zostawić załatwienie
sprawy. Coppenole właśnie posłyszał polecenie kardynała.
- Tam do licha! - wrzasnął piorunującym głosem. - Nie! powiadam,
nie! Jakub Coppenole, pończosznik i basta! Słyszysz, Woźny. Ni
krzty więcej, ni krzty mniej. Pończosznik, alboż to mało?
Wybuchły śmiechy i oklaski.
Dodajmy, że Coppenole był z ludu, znajomość i poufałość więc
między nim a publicznością dopełniła się szybko.
Coppenole skłonił się dumnie jego eminencji, kardynał zaś ze
swojej strony pozdrowił możnego mieszczucha. Następnie obaj zajęli
swe miejsca, kardynał nieco zmieszany i zakłopotany, Coppenole
spokojny i wyniosły. Jakkolwiekbądź - mówił sobie w duchu ten
ostatni - równie dobry mój tytuł pończosznika jak i wszelki
inny.
Co do żebraka dopina, przybycie znakomitych gości nie skłoniło
go bynajmniej do opuszczenia raz zdobytego miejsca; przeciwnie,
rozsiadł się on jeszcze wygodniej na brzegu estrady, przeznaczonej
dla posłów flamandzkich.
Otóż przypadek zrządził, że pończosznik gandawski zasiadł akurat
w pierwszym szeregu ławek, tuż nad samym żebrakiem; niemałe też
było zdziwienie zgromadzonych, gdy ujrzano, jak ambasador
flamandzki spojrzał na umieszczonego przed nim obdartusa i poklepał
go poufale po ramieniu. Żebrak się odwrócił. Po czym - uśmiech
zawartej nagle znajomości - i pończosznik z żebrakiem poczęli
rozmawiać półgłosem.
Nie mogło to ujść w końcu uwagi kardynała, który wyobraził sobie
naturalnie, że żebrak błaga o jałmużnę, i wzburzony taką
bezczelnością zawołał:
- Mości starosto Pałacu, do rzeki mi tego huncwota!
- Ależ nie! - zawołał Coppenole. - Toż jeden
z moich przyjaciół, ekscelencjo!
- Dobrze! Niech żyje! - huknęły tłumy.
Od tej chwili mistrz Coppenole w Paryżu zarówno jak poprzednio w
Gandawie "wielkie zachowanie w tłumie posiadł".
Kardynał przygryzł wargi i zwróciwszy się ku swemu sąsiadowi,
opatowi od Świętej Genowefy, rzekł doń z cicha:
- Przedziwnych ambasadorów przysyła nam jego miłość
arcyksiążę!
A tymczasem zapomnieliśmy o prologu i jego autorze.
Od chwili kiedy wszedł kardynał, Gringoire ani na sekundę nie
ustał w usiłowaniach podtrzymania swej sztuki. Rozkazał najprzód
aktorom, by na nic nie zważając recytowali dalej; następnie,
widząc, że nikt ani myśli słuchać, zatrzymał bieg akcji; a oto
teraz już od kwadransa blisko tupie nogami, rzuca się, podmawia
Gisquettę, podmawia Lienardę, zachęca swych sąsiadów do zwrócenia
uwagi na prolog; wszystko na próżno. Nikt nie odrywał oczu od
kardynała, poselstwa i estrady.
Lecz cóż to? Majster Coppenole, pończosznik, wstaje naraz. I
czego chce? Gringoire nie wierzy uszom. Wśród powszechnej uwagi
niedźwiedzisko gandawskie ni z tego ni z owego występuje z mową do
tłumu:
- Sławetni mieszczanie i wielmożni obywatele paryscy! Nie wiem
co my, u licha, tutaj robimy. Nie wiem, azali one to rzeczy
nazywacie misteria, ale w tym nie ma krzty uciechy; kłótnia na
języki, nic więcej! Oto już od kwadransa czekam na pierwszy kułak,
i ani Boże daj! To są tchórze, powiadam wam, którzy się obrzucają
samymi jeno połajankami. Należało sprowadzić zapaśników z Londynu
lub Rotterdamu, ot wtedy to co innego; mielibyście takie
szturchańce, że z placu można by je było słyszeć; ale co do tych,
to litość bierze. Powinniby przynajmniej wystąpić z tańcem arabskim
lub z inną jaką krotochwilą. Wcale co innego mi powiedziano;
obiecano weselisko błaznów i wybór ich królika. W Gandawie my
również mamy swego króla trefnisiów i pod tym względem wcaleśmy w
tyle nie pozostali! Ale u nas dzieje się to inaczej! Zbieramy się
jak tutaj, po czym każdy z kolei wysadza głowę z umyślnego otworu i
tak gębę zebranym pokazuje; ten, który najohydniej wykrzywi gębę,
bywa ogłoszony królem przy okrzykach całego zebrania. Ot tak!
Zabawa jest niezmiernie pocieszna. Czy chcecie, żebyśmy wybrali
królika sposobem naszym, gandawskim? Będzie to w każdym razie rzecz
mniej nudna, niż słuchać tych tam gadanin. Cóż o tym powiadacie,
sławetni panowie? Moim zdaniem, znajdą się tu dostatecznie
grubiańskie okazy tak z płci jednej jak i drugiej, byśmy się
pośmiać mogli z flamandzka, a i twarze nasze dość są brzydkie,
byśmy nie mieli liczyć na najlepszy grymas.
Gringoire zamierzał odpowiedzieć na przemówienie, ale mu słowa
uwięzły w gardle z osłupienia, gniewu i oburzenia. A przy tym
wniosek popularnego już pończosznika przyjęty został z takim
zapałem przez tych mieszczuchów, którym schlebił tytuł wielmożnych,
że wszelki opór okazałby się bezskuteczny. Nie było innej rady,
tylko się poddać, Gringoire zakrył twarz obiema rękami.
W mgnieniu oka wszystko było gotowe do wykonania pomysłu
Coppenola. Mieszczanie, żacy, palestranci wzięli się do roboty.
Mała kapliczka naprzeciw marmurowego stołu wybrana została jako
scena. Z szyby wybitej w ślicznej rozetce ponad drzwiami pozostał
wolny otwór w kamieniu, który przeznaczono na głowy współzawodników
o najpiękniejszy grymas. Żeby dosięgnąć otworu dość było wleźć na
dwie beczki wydobyte nie wiem już skąd i naprędce ustawione jedna
na drugiej. Postanowiono przy tym, że każdy kandydat płci męskiej
lub żeńskiej, aż do chwili wystąpienia swego na scenie, to jest na
beczkach, przejdzie do kaplicy z zakrytą twarzą. W jednej sekundzie
kaplica zapełniła się współzawodnikami, za którymi natychmiast
zamknięto drzwi.
Coppenole nadawał wszystkiemu ład i kierunek. Kardynał nie mniej
od Gringoire'a dotknięty tym, co się stało, usunął się z
podwyższenia wraz z orszakiem po pierwszych zaraz objawach radości
ludowej, z jakimi propozycję Flamanda przyjęto, a to pod pozorem
licznych zajęć i nieszporów.
Wyjściu temu towarzyszyła równie głęboka obojętność tłumów jak
głębokie było wrażenie wywołane przybyciem kardynała.
Zaczęły się popisy wyszczerzania. Pierwsza figura, jaka się
ukazała w otworze, ze źrenicami wywróconymi, z gębą rozdartą jak
paszcza krokodyla, z czołem pomarszczonym niby cholewy, wywołała
śmiech siarczysty i niepowstrzymany.
Następnie grymas szedł za grymasem wywołując śmiech i radosne
tupanie nogami.
Wyobraźmy sobie szereg twarzy, przedstawiających kolejno formy
geometryczne, od trójkąta do trapezu, od stożka do wielokąta, oraz
wszelkie możliwe wyrazy namiętności ludzkich, od gniewu do
rozwiązłości. Wyobraźmy sobie, że wszystkie rzeźbione poczwary
Nowego Mostu, te skamieniałe pod dłutem Hermana Pilona upiory,
ożyły naraz, nabrały oddechu i przyszły spojrzeć nam w oczy
pałającymi ślepiami; że wszystkie maski karnawału weneckiego
zaczęły się podsuwać jedna po drugiej przed nasze oczy. To by
dopiero może uprzytomniło żywe obrazy w otworze kapliczki! Istny
kalejdoskop potworności ludzkich!
Co do Gringoire'a, to ów po chwilowym upadku ducha odzyskał
pewność siebie.
- No i cóż, róbcie swoje! - zawołał po raz dziesiąty na
komediantów.
- Walczmy do ostatka, władza poezji nad ludem jest wielka.
Poprawię tych prostaków. Zobaczymy kto weźmie górę: grymas czy
literatura.
Niestety, był jedynym widzem swej sztuki.
Nagle rozległ się grzmot oklasków i okrzyki podziwu.
Grymas w otworze rozetki był w tej chwili niezwykły. Po
wszystkich figurach wielokątnych trzeba było w istocie dla
pozyskania głosów publiczności takiego tylko monstrualnego grymasu,
jaki w obecnej chwili olśnił zgromadzenie. Sam mistrz Coppenole bił
brawa, a Clopin Trouillefou, również należący do konkursu (Bóg zaś
widzi, że miał ku temu wszelkie prawo) otwarcie wyznał, że jest
zwyciężony. I nam też nic innego nie pozostaje.
Nie będziemy się przed czytelnikiem silili na opis tego nosa
czterościennego, tych ust zgiętych na pół w podkowę; tych oczu
małych, z których jedno, lewe, zasłaniała ruda krzaczasta brew, a
drugie, prawe, pokryte było prawie całkowicie ogromną brodawką;
tych zębów, tu i ówdzie powykręcanych i powyłamywanych; tych warg
spiekłych i popryszczonych, na które zachodził jeden z zębów jak
kieł dzika lub słonia; tego rozdartego podbródka; nade wszystko zaś
tego ogólnego wyrazu, rozlanego po całej twarzy - wyrazu złożonego
ze złośliwości, zdziwienia i smutku. Wyśnijcie, jeśli zdołacie,
podobną całość!
Zachwyt był jednomyślny. Rzucono się ku kaplicy, z której
wyprowadzono po chwili w triumfie szczęśliwego króla śmieszków. I
tu dopiero podziw i uwielbienie doszły do szczytu. Grymas
nowowybranego nie był bowiem wcale grymasem, lecz zwykłym wyrazem
jego twarzy.
Albo raczej postać jego była cała jednym grymasem. Wielka głowa
najeżona ryżymi włosami, na miejscu pleców potężny garb; golenie i
łydki tak dziwnie poskręcane, że się z sobą mogły stykać tylko
kolanami; widziane zaś z przodu wyglądały jak dwie pary sierpów
rogato z sobą powiązanych; stopy szerokie, ręce potworne, a przy
całym kalectwie jakaś szczególna zamaszystość i zręczność. Taki był
królik, którego trefnisie powołali na tron.
Rzekłbyś olbrzym potrzaskany i niezręcznie sklecony na nowo.
- To Quasimodo! - rozległy się krzyki. - Dzwonnik katedralny!
Quasimodo, garbus notre-damski! Quasimodo jednooki! Quasimodo
koślawy! Brawo! Wybornie! Brawo!
Widzimy, że jeżeli czego, to przydomków biedakowi nie
brakło.
- Na bok, niewiasty zamężne! - krzyczeli żaki.
- Lub które nimi być pragną! - podchwycił Jan Frollo.
Kobiety istotnie zakrywały sobie twarze.
- Ach, obrzydliwa małpa! - wołały niektóre.
- Nie mniej złośliwa jak brzydka! - dodawały inne.
- To szatan! - mówiła jedna.
- Ja mieszkam koło Panny Marii - opowiadała druga. - W nocy
słyszę jak to brzydactwo po dachach się grzebie.
- Z kotami.
- Ciągle łazi po naszych ściekach.
- A nam paskudztwa rozmaite przez kominy ciska.
- Któregoś wieczora monstrum to przyszło zerknąć do mego okna.
Myślałam zrazu, że to jakiś psotnik mężczyzna. Zlękłam się
okropnie!
- Przysięgłabym, że ta ropucha chodzi na wieczornice wiedźm.
Pewnego razu zostawił miotłę na mojej przyzbie.
- Ach, obrzydliwe stworzenie!
- O, szkaradzieństwo!
- Tfu!
Mężczyźni przeciwnie, byli zachwyceni i sypali oklaskami.
Quasimodo, przedmiot powszechnego zaciekawienia, stał drzwi
kaplicy chmurny i poważny. Pozwalał się podziwiać.
Jakiś żak podbiegł i parsknął mu śmiechem w twarz, lecz zanadto
się zbliżył.
Quasimodo wziął go za pas i rzucił w tłum nie rzekłszy ani
słowa.
Mistrz Coppenole zachwycony zbliżył się do niego.
- A bodaj cię! Klnę się na wszystko, że doskonalszej brzydoty w
życiu swym nie widziałem. Nie ma co! W Paryżu, w Gandawie czy w
Rzymie słusznie ci się korona błazeńska należy.
To mówiąc położył mu rękę na ramieniu. Quasimodo się nie
poruszył. Coppenole prawił dalej:
- Jesteś zuch co się zowie i, dalipan, że mam chęć wypić z tobą
butelczynę i jak przystoi zakąsić, bodajby to mnie kosztować miało
okrągły tuzin nowych dydek królewskich... Jak ci się zdaje, hę?
Quasimodo nic nie odrzekł.
- Cóż to, u licha! Czyżeś głuchy? - wołał pończosznik. Garbus
był istotnie głuchy.
Coppenole jednak zaczynał go widocznie nudzić, zwrócił się
bowiem nagle ku Flamandczykowii tak przeraźliwie zgrzytnął zębami,
że olbrzym gandawski cofnął się jak buldog przed kotem.
Staruszka jakaś wytłumaczyła mistrzowi Coppenole, że Quasimodo
jest głuchy.
- I głuchy na dodatek! - zawołał pończosznik śmiejąc się na całe
gardło. - Ależ u licha, to król nad króle!
- Aha, poznaję go - zawołał Jan Frollo, który zlazł nareszcie ze
swego kapitelu, by się z bliska przyjrzeć nowemu panu hałastry. -
Poznaję go: jest to dzwonnik mojego brata archidiakona. Dzień
dobry, Quasimodo!
- Mówi gdy chce - odrzekła staruszka - ogłuchł od ustawicznego
dzwonienia. Niemy nie jest.
- To wada - zauważył Jan Frollo.
- Jest i druga - dodał ktoś z tłumu - ma o jedno oko za
wiele.
- A nie, przepraszam - odparł Frollo. - Jednooki bardziej jest
ograniczony niż ślepy. Wie czego mu nie dostaje.
Tymczasem kilku żaków odnalazło w szafach koronę papierową i
ornat dla nowoobranego króla. Quasimodo dał się w to ubrać z
pewnego rodzaju królewską powolnością i dumą. Wsadzono go następnie
na nosze upstrzone cackami, niby na stolec królewski. Dwunastu z
bractwa błaznów porwało go z całym tym aparatem na barki. Quosimodo
ani mruknął; szczególni tylko radość, wzgardliwa a gorzka, rozlała
się po całej jego twarzy w chwili, gdy ujrzał u swych nóg głowy
mężczyzn urodziwych, tęgich, zdrowych. Po czym wyjąc i skacząc
gromada oberwańców ruszyła, aby obejść najprzód wedle zwyczaju
wewnętrzne galerie pałacu sprawiedliwości, a następnie wyjść na
ulice i place miejskie.
Z zadowoleniem stwierdzamy tym razem, że podczas całe opisanej
powyżej sceny Gringoire ze swą sztuką nie ustąpi Zachęcani przez
autora aktorzy nie przestali wygłaszać jego dialogu, a on nie
przestał go słuchać. Nie dając za wygraną stanowił wytrwale
prowadzić rzecz aż do końca.
Promyk nadziei ożywił się jeszcze, kiedy poeta ujrzał, że
Quasimodo, Coppenole wraz z hałaśliwą czeredą króla błaznów udali
się ku wyjściu. Tłum rzucił się w ślad za pochodem.
- Chwała Bogu - rzekł Gringoire.
Na nieszczęście, na sali zrobiło się pusto jak wymiótł. Mówiąc
bez przesady, zostało jeszcze kilku widzów.
- A no, to i wszystko co trzeba - pomyślał sobie Gringoire - by
dialog mój z honorem dociągnąć do końca. Zgromadzenie wprawdzie
nieliczne, lecz jest to publiczność wyborowa, śmietanka literacka
najoczywiściej.
W tej chwili właśnie miała się zacząć piękna symfonia na cześć
Panny Marii. Ale i symfonii zabrakło. Gringoire spostrzegł, że
przeklęta kawalkada i muzykę za sobą pociągnęła.
- Proszę na to nie zważać - rzekł do aktorów.
Nagle rozległy się głosy żaków w oknach. - Bywajcie co tchu!
Esmeralda na placu!
Na okrzyk malców i te nawet resztki, które się po kątach sali
zatrzymały, rzuciły się z pośpiechem do okien. - Esmeralda!
Esmeralda!
Zarazem też rozległy się na placu grzmoty oklasków.
- Esmeralda! - zawołał Gringoire załamując ręce. - A niech mnie
piorun trzaśnie, jeśli rozumiem, co by to znaczyć miało. Ach, Boże!
mój Boże!
Zwrócił się ku scenie i ujrzał, że przedstawienie znów utknęło.
Był to właśnie moment, kiedy Jupiter z gromami zjawić się miał na
scenie. Otóż Jupiter stał u podnóża teatralnej budki.
- Michale Giborne! - krzyknął poeta ze złością. - Co robisz
najlepszego! A twoja rola? Leźże!
- To ławo powiedzieć - odparł Jupiter. - Jakiś żak tylko co
zabrał drabinę.
- Szelma - mruknął Gringoire. - Po cóż on to zrobił?
- Po to, by popatrzeć na Esmeraldę! - odpowiedział Jupiter.
Był to ostatni cios.
- Pal was diabli! - powiedział Gringoire komediantom. -
Zapłaceni będziecie, jak mnie zapłacą.
Dopiero wtedy zabrał się do odwrotu, z głową opuszczoną, ale
ostatni, jak wódz, który się dzielnie trzymał usque ad finem.
Schodząc powoli po stromych krużgankach pałacu mruczał:
- Ani słowa, stado osłów i urwisów ci Paryżanie; zbierają się na
misterium i nie słuchają go! Zajmowali się wszystkim, o czymkolwiek
byś pomyślałClopinem Trouillefou, kardynałem, Coppenolem,
Quasimodem, czortem rogatym, a sztuką, a dialogiem, a Najświętszą
Panną Marią ani trochę. O, dałbym ja wam! Z tym wszystkim
powtarzam, niech mnie diabli żywcem porwą, jeżeli wiem, co oni
chcieli powiedzieć przez to: Esmeralda!