Dźwięki z Ha'Tun - Jan Bliźniak

Kup ebooka

34.00 zł
28.90 zł (23,58 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Se­ria pro­za­tor­ska pod re­dak­cją Pio­tra Ma­rec­kiego

Je­rzy Fran­czak, Trzy hi­sto­rye

Sła­wo­mir Shuty, Beł­kot

Łu­kasz Or­bi­tow­ski, Sze­roki, głę­boki, wy­ma­lo­wać wszystko

Piotr Ce­giełka, San­dacz w bursz­ty­nie

Sła­wo­mir Shuty, Cu­kier w nor­mie

Mi­chał Pal­mow­ski, Przy­gody Hisz­pana Dete

Mi­chał Wit­kow­ski, Lu­biewo

Marta Dzido, Małż

Ma­rian Pan­kow­ski, Ru­dolf

Ma­ciek Mil­ler, Po­zy­tywni

Ewa Schil­ling, Głu­piec

Adam Wie­de­mann, Sceny łóż­kowe

Jan Dzban, Den­tro

Piotr Szul­kin, So­cjo­pa­tia

Ma­rian Pan­kow­ski, Bal wdów i wdow­ców

Je­rzy Na­sie­row­ski, Zbrod­nia i...

Piotr Czer­ski, Oj­ciec od­cho­dzi

Ma­ciek Mil­ler, Za­kręt hi­po­kampa

Łu­kasz Or­bi­tow­ski, Hor­ror Show

Jo­anna Paw­luś­kie­wicz, Pani na dom­kach

Jo­anna Wi­len­gow­ska, Zęby

Marta Dzido, Ślad po ma­mie

Jan Kra­sno­wol­ski, Klatka

Ma­rian Pan­kow­ski, Pąt­nicy z Ma­cie­rzy­zny

Hu­bert Klimko-Do­brza­niecki, Raz. Dwa. Trzy

Mi­chał Zyg­munt, New Ro­man­tic

Jo­anna Paw­luś­kie­wicz, Te­le­no­wela

Je­rzy Fran­czak, Przy­mie­rzal­nia

Woj­ciech Bru­szew­ski, Fo­to­graf

Krzysz­tof Niem­czyk, Kur­ty­zana i pi­sklęta

Syl­wia Chut­nik, Kie­szon­kowy atlas ko­biet

Ju­liusz Stra­chota, Cień pod blo­kiem Mi­rona Bia­ło­szew­skiego

Na­ta­lia Rol­le­czek, Drew­niany ró­ża­niec

Ma­rian Pan­kow­ski, Nie­wola i dola Adama Po­remby

Ma­ciek Mil­ler, Coc­kring

Do­mi­nika Oża­row­ska, Nie ude­rzy ża­den pio­run

Ewa Schil­ling, Co­dzien­ność

Ma­rian Pan­kow­ski, Tra­twa nas czeka

Piotr Szul­kin, Epi­kryza

Je­rzy Fran­czak, NN

Sła­wo­mir Shuty, Jasz­czur

Da­rek Foks, Ke­bab Me­ister

To­masz Pułka, Vida Lo­cal

Zie­mo­wit Szcze­rek, Przyj­dzie Mor­dor i nas zje, czyli tajna hi­sto­ria Sło­wian

Woj­ciech Bru­szew­ski, Big Dick. Fik­cja do­ku­men­talna

Jan Kra­sno­wol­ski,Afry­kań­ska elek­tro­nika

Da­niel Kot, Kie­run­kowy 22

Ma­rian Pan­kow­ski, Na­stka, śmiej się! Opo­wia­da­nia

Sła­wo­mir Shuty, Dzie­więć­dzie­siąte

Łu­kasz Or­bi­tow­ski, Hor­ror Show [wyd. II popr.]

Jo­anna Dzi­wak, Gry lo­sowe

S?ren Gau­ger, Nie to / nie tamto

Ma­ciej Bo­bula, Ka­ta­rzyna Gon­dek, Adam Mi­klasz, Alek­san­der Przy­byl­ski, Mi­chał Zant­man, Bę­karty Wołgi. Klechdy miej­skie

Zie­mo­wit Szcze­rek, Sió­demka

Ju­liusz Stra­chota, Re­laks ame­ry­kań­ski

Flash fic­tion. An­to­lo­gia

Da­riusz Or­szu­lew­ski, Zjed­no­czone Siły Kró­le­stwa Uto­pii

Sta­ni­sław Czycz, Nie wierz ni­komu. Baza

Kon­rad Jan­czura, Prze­myt­nicy

Ma­ciej Piotr Prus, Przy­du­cha

Marta Dzido, Frajda

Olga Hund, Psy ras drob­nych

Ju­liusz Stra­chota, Tu­ry­sta pol­ski w ZSRR

Ja­kub Mi­chal­cze­nia, Gi­gu­sie

Anna Ma­zu­rek, Dziwka

Na­talka Susz­czyń­ska, Dro­pie

An­to­nina Kar­daś, Czer­nu­cha

Alek­san­dra Wstecz, Kwiaty roz­łączki

Ja­rek Sku­rzyń­ski, Zro­lo­wany wrze­śniowy Vo­gue

Ze­non Sak­son, Za­cza­ro­wany uber

Sła­wo­mir Shuty, Hi­sto­rie o lu­dziach z wol­nego wy­biegu. Pa­sty i skity

Ma­ciej To­pol­ski, Niż

Ja­kub Mi­chal­cze­nia, Kor­sza­kowo [wyd. II popr. i uzu­peł.]

Ma­ciej Piotr Prus, Wy­spa i inni lu­dzie

Jan Dzban, Den­tro De Luxe

Anna Su­doł, Pro­jekt

Sła­wo­mir Shuty, Beł­kot [wyd. II popr.]

Jaga Sło­wiń­ska, Czar­no­las

Sła­wo­mir Shuty, Cu­kier w nor­mie [wyd. III popr.]

Sła­wo­mir Shuty, Nowy wspa­niały smak

Ma­rian Pi­lot, Dzi­kie mieso

So­ren Gau­ger, Imi­ta­cja ży­cia

Ma­te­usz Gór­niak, Trash Story

Gaba Krzy­ża­now­ska, Jedna czwarta wró­bla

Marta Ko­złow­ska, Ber­dy­czów

Z. Szcze­rek, Przyj­dzie Mor­dor i nas zje, czyli tajna hi­sto­ria Sło­wian [wyd. II]

M. Pi­lot, Za­kaz zwałki

M. Czub, Ob­ja­wie­nie Bo­gini-Świni

A. Ka­cza­now­ski, Ze Sło­wac­kiego

J. Bliź­niak, Dźwięki z Ha'Tun

Część I

Wy­so­kie trawy ugi­nają się od po­dmu­chów wia­tru. Skła­dają po­kłon po­spiesz­nemu niebu, po któ­rym bie­gną po­dłużne, białe chmury. Na wzgó­rzach pa­nuje ci­sza.

Młody męż­czy­zna o smu­kłej syl­wetce do­ciera na miękko za­okrą­glony szczyt. Wiatr wy­dyma jego ko­szulę, mierzwi czarne włosy. Po­dobne do ka­mieni oczy spo­glą­dają ze spo­ko­jem i me­lan­cho­lią. Na­gle prze­biega przez nie cień. Usta się wy­krzy­wiają. Drgają nie­kon­tro­lo­wa­nie. Po po­licz­kach płyną łzy. Męż­czy­zna pada na ko­lana z bladą twa­rzą ukrytą w dło­niach. Przez chwilę tkwi nie­ru­chomo w mo­dli­tew­nej po­zie, aż opada ni­żej. Łok­ciami ude­rza w zie­mię. Z jego piersi do­bywa się ża­ło­sny sko­wyt, który prze­ta­cza się echem po wzgó­rzach.

Bu­dzi się gwał­tow­nie. W uszach wciąż sły­szy szept. Wy­daje się tak wy­raźny, jakby ktoś stał tuż obok: "Czy też je wi­dzisz? Patrz! Patrz!". W na­glą­cym gło­sie wy­czuwa pre­ten­sję. Coś prze­oczył, cze­muś nie po­świę­cił uwagi. Te­raz pa­trzy, ale przez okno sy­pialni wi­dzi tylko białe iskry na noc­nym nie­bie. Opada na wy­miętą po­duszkę. Po raz pierw­szy od dawna udało mu się nor­mal­nie za­snąć, a te­raz znów bę­dzie się prze­wra­cał z boku na bok. O ni­czym in­nym nie ma­rzy, tylko o ko­ją­cym śnie.

Prze­sy­pia chwilę. Może tylko tak mu się zdaje. Wska­zówki ze­gara nie po­ru­szają się, mimo że czas upływa w gę­stym znie­cier­pli­wie­niu. Za­myka oczy, lecz wtedy czuje nie­zno­śny ucisk u na­sady nosa. Znów je otwiera. W końcu wstaje. Ko­rzy­sta z to­a­lety i idzie do kuchni za­pa­rzyć kawę.

Mieszka w ma­łym par­te­ro­wym domku, w któ­rym kie­dyś mie­ścił się sklep jego stryja. Na­dal wisi szyld: "Pierw­szo­rzędne na­rzę­dzia", a przy drzwiach znaj­duje się mały dzwo­nek, który sy­gna­li­zo­wał wej­ście klienta. Dawna część han­dlowa służy te­raz za sa­lon po­łą­czony z przed­po­ko­jem. Na za­ple­czu urzą­dził kuch­nię. Czę­ści miesz­kal­nej na pię­trze pra­wie nie zmie­niał, choć kie­dyś nie­mal dał się na­mó­wić na po­więk­sze­nie ła­zienki.

Me­ble w po­ko­jach stoją w dość przy­pad­ko­wych miej­scach. Ko­rzy­sta tylko z łóżka - które chce wy­mie­nić na mniej­sze - cięż­kiego, po­nu­rego kre­densu, ze stołu i z krze­sła. Bez reszty może się obyć, ale czułby się głu­pio w pra­wie pu­stym miesz­ka­niu. Musi mieć rze­czy. Tak na­leży.

Po­woli są­czy kawę, gorzką z po­sma­kiem zgry­zoty. Po każ­dym łyku krzywi się z da­ją­cym cierpką sa­tys­fak­cję obrzy­dze­niem. Bez emo­cji spo­gląda na pierw­sze, nie­śmiałe pro­mie­nie słońca. Sza­rość po­ranka ko­ja­rzy mu się z chło­dem i wil­go­cią, choć wie, że dzień bę­dzie cie­pły i wietrzny.

Wkłada do skó­rza­nej torby ro­ga­lika, dwa jabłka i jo­gurt. Wraca do sy­pialni. Za­kłada brą­zowe spodnie i ja­sną ko­szulę bez koł­nie­rzyka. Jest już tro­chę znisz­czona, ale lubi ją. Kie­dyś usły­szał, że do­brze w niej wy­gląda. Przed wyj­ściem na­rzuca na sie­bie cienką kurtkę. Wy­cho­dzi boso. Buty cze­kają w po­jeź­dzie.

Herb nie dziwi się na jego wi­dok, mimo że zja­wia się sporo przed cza­sem.

- Wy­glą­dasz jak gówno - mówi.

- Dzięki, Herb.

Herb jest czło­wie­kiem o nie­okre­ślo­nym wieku i okre­ślo­nej nie­chęci do rze­czy­wi­sto­ści. Przed­wcze­sne zmarszczki na­dają jego twa­rzy wy­raz bez­na­mięt­nej wro­go­ści. Mieszka z dala od lu­dzi, a fakt, że musi z nimi pra­co­wać trak­tuje jak oso­bi­stą znie­wagę. Jest też do­brym przy­ja­cie­lem.

W mil­cze­niu ła­dują paki wełny na sta­tek. Nie ma ich wiele. W oko­licy co­raz mniej osób zaj­muje się ho­dowlą.

- Le­cieć z tobą? - pyta Herb.

- Nie trzeba. Tylko na Toko?

- A po co gdzieś in­dziej?

Wzru­sza ra­mio­nami i wcho­dzi po ram­pie na po­kład. Lubi swój sta­tek. Ma ele­gancką, po­dłużną syl­wetkę, nie­ty­pową na­wet dla ma­łych trans­por­te­rów. Za kok­pi­tem jest dużo miej­sca. Ste­ruje się nim lekko, usterki pra­wie się nie zda­rzają. Star­tuje bez pro­blemu pro­sto w ja­śnie­jące niebo. Po­zo­sta­wia za sobą zie­lone wzgó­rza Enu. Wkrótce znaj­duje się w ci­chej pu­stce prze­strzeni ko­smicz­nej - je­dy­nym miej­scu, w któ­rym nie czuje się in­tru­zem.

Dwie go­dziny póź­niej do­ciera na Toko. Nie znosi tej pla­nety. Mała i brudna przy­gniata go po­czu­ciem bez­na­dziei. Na pło­wych pust­ko­wiach stoją me­ta­lowe, ni­skie han­gary. Po­rdze­wiałe ściany le­pią się od smaru i brudu. Nikt tu nie mieszka. Jedni przy­wożą to­war, inni od­wożą. Ob­skurne ja­dło­daj­nie pro­po­nują śmier­dzące je­dze­nie i mocne al­ko­hole. Na­wet ich wła­ści­ciele wolą miesz­kać na oko­licz­nych pla­ne­tach i księ­ży­cach - mało go­ścin­nych, ale nie tak brud­nych i smęt­nych jak Toko.

Lą­duje na be­to­no­wym placu przed ma­ga­zy­nem. Gdy wy­siada, przy statku już cze­kają dwaj ma­ga­zy­nie­rzy: wiecz­nie zmę­czone wy­rostki, które po­zbyły się złu­dzeń w chwili uro­dze­nia. W in­nych ma­ga­zy­nach, gdzie do­wo­żono wę­giel albo gra­nit, ob­sługą zaj­mują się ro­śli si­ła­cze z bi­cep­sami wiel­ko­ści jego głowy. Tu­taj skła­do­wane są tylko ma­te­riały i ubra­nia, więc wy­star­czą ra­chi­tyczni, smutni mło­dzieńcy o dłu­gich rę­kach.

Wcho­dzi do ma­ga­zynu. Roz­gląda się za kie­row­ni­kiem. Znaj­duje go w ką­cie z pa­pie­ro­sem w ustach i sen­nym wy­ra­zem twa­rzy.

- Wełna z Enu? - pyta. Z nosa bu­cha mu dym.

- Tak.

- Coś słabo ostat­nio scho­dzi. Droga.

Roz­gląda się wład­czo po ma­ga­zy­nie.

- Syn­te­tyki idą le­piej. Na wa­szym miej­scu dał­bym so­bie spo­kój z tą dziurą i wszystko słał na Alto, jako to­war luk­su­sowy.

- Pew­nie masz ra­cję.

Kie­row­nik wy­grze­buje ze skrzynki plik bank­no­tów i kła­dzie na brzegu sto­lika.

- To za po­przed­nie.

Za­biera pie­nią­dze i sta­ran­nie li­czy. Wszystko się zga­dza. Unosi rękę w ge­ście po­że­gna­nia. Wy­cho­dzi. Sta­tek jest już roz­ła­do­wany. Może wra­cać, ale myśl o domu wy­wo­łuje prze­ra­że­nie. Znów ma­rzy o wy­rwa­niu się z Enu, roz­po­czę­ciu no­wego ży­cia. Po chwili prze­staje. Nie jest na­iwny. Na in­nej pla­ne­cie wciąż bę­dzie sobą. Wspo­mnie­nia też po­zo­staną.

Czuje na so­bie czy­jeś spoj­rze­nie. Od­wraca się. Nie­da­leko, na skrzyni sie­dzi męż­czy­zna w brą­zo­wym skó­rza­nym płasz­czu. W ręku trzyma długą, bo­daj sta­lową la­skę za­krzy­wioną u góry w kształt ni­skiego znaku za­py­ta­nia.

- Kto to jest? - pyta jed­nego z tra­ga­rzy.

W od­po­wie­dzi otrzy­muje tylko wzru­sze­nie ra­mion. Wcho­dzi na po­kład i od­pala sil­niki. Tro­chę trzę­sie przy star­cie, ale za­raz wszystko wraca do normy. Okrąża Toko i bez po­śpie­chu kie­ruje sta­tek ku Enu. Do­piero te­raz uświa­da­mia so­bie, że nie spraw­dził luku. Na­zbyt czę­sto wy­rostki zo­sta­wiają po­je­dyn­cze pu­dła, jakby z prze­kory. Włą­cza au­to­pi­lota i idzie się ro­zej­rzeć. Po­ko­nuje krótki, wą­ski ko­ry­tarz. Śluza do czę­ści trans­por­to­wej jest otwarta. Stał się bar­dzo nie­uważny, skoro tego nie do­strzegł. W środku spo­czywa jedna paczka włókna, przy­wią­zana jesz­cze do pod­łogi.

Wzdy­cha. Nim zde­cy­duje, czy za­wra­cać, od­zywa się draż­niące dzwo­nie­nie. Na­tych­miast prze­staje my­śleć o czym­kol­wiek. Li­czą się tylko pro­ce­dury. Siada za ste­rami. Wszyst­kie lampki awa­ryjne mi­go­czą czer­wie­nią, więc w pierw­szej chwili nie ro­zu­mie, co się dzieje. Dzwo­nie­nie na­ra­sta. Za­głu­sza wszystko. Na­ci­ska czarny przy­cisk po le­wej stro­nie. Na­staje zu­pełna ci­sza. Wtedy za­czyna ro­zu­mieć. Sil­niki nie dzia­łają, ina­czej sły­szałby ich szum. Wy­gląda przez boczną szybę. Jesz­cze nie wy­szedł z pola gra­wi­ta­cyj­nego Toko. Pla­neta zbliża się szybko. Jej cienka i rzadka at­mos­fera nie po­wo­duje za­płonu, ale zde­rze­nie ze ska­li­stą po­wierzch­nią skoń­czy się ka­ta­strofą.

Co­raz bar­dziej ner­wowo pró­buje od­pa­lić sil­niki. Bez skutku. Kie­ruje skrzy­dło pro­sto­pa­dle do gruntu, by spo­wol­nić upa­dek. My­śli o spa­do­chro­nie, który przy­pad­kiem uszko­dził przed ro­kiem i do tej pory nie na­pra­wił. Roz­waża wszyst­kie opcje. Na­gle do­znaje nie­mal eks­ta­tycz­nego uczu­cia ulgi. Nie musi wal­czyć. Nie unik­nie śmierci. Już ni­gdy nie zo­ba­czy Toko, Enu i ich miesz­kań­ców. Na­wet nie za­uważą, jak znik­nie. Nie znają go. On nie zna ich. Tylko Herb... ale co z tego? Otrzą­śnie się. Więk­szość lu­dzi po­trafi się po­zbie­rać po czy­jejś śmierci.

Na­raz ude­rza go błysk świa­do­mo­ści, ukryty ślad in­stynktu prze­trwa­nia. Pod­rywa się. Wy­gląda przez szybę. Zdąży. Do­ska­kuje do ma­ga­zynu, roz­luź­nia ucisk li­nek wią­żą­cych wełnę. Wy­grze­buje część ze środka i spraw­dza, czy cały zmie­ści się w po­wsta­łym otwo­rze. Wraca za kok­pit. Wi­dzi już wy­raź­nie ma­ga­zyny na dole. Skręca gwał­tow­nie ste­rem. Sta­tek ob­raca się o 180 stopni. Czołga się po su­fi­cie do luku. Ma­szyna drży w przed­śmiert­nych kon­wul­sjach.

Wsuwa się w weł­niany ko­kon, który te­raz zwisa do góry no­gami. Pra­wie nie może od­dy­chać, ale czuje roz­kosz świa­do­mo­ści ży­cia.

Po­tem na­stę­pują huk, wstrząs i za­pada ciem­ność.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki