Dziwowisko - Tola Charak

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (25,75 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Kilka zdań wstępu

Abyś kogoś zrozumieć, trzeba postawić się na jego miejscu. Stawiam, więc, pierwsze kroki w kierunku zrozumienia miejsca, w którym aktualnie przebywam. I w żaden sposób nie przypomina mi ono wciąż doznawanej formy bez formy normalności tego świata. Wciąż słyszę głosy, że świat zwariował.

Bo zwariował.

Pandemia, wojna, a wszystko to postawione na głowie, jakbyśmy zderzali się z tym doświadczeniem po raz pierwszy.

Pamięć stała się magazynem ograniczonym.

Pędzimy każdego dnia, gubiąc minuty, godziny, dni, tygodnie, miesiące i lata. Jak najszybciej wejść głową w niepamięć, która kreuje teraźniejszość.

Po co?

Niepamięć przeszłości prawdopodobnie doprowadzi do tego, że będę mogła zrzucić z siebie wszystkie epizody szarpania się pomiędzy tym, co obniżone w nastroju, a tym, co podwyższone do rangi euforycznych uniesień.

A może uderzyć głową w ścianę i z cichym pomrukiem niezadowolenia skulić się w kłębek własnych refleksji?

Przebijając się przez kolejne meandry fizycznego bólu, to głowa najbardziej cierpi. Proste czynności dnia codziennego wyskoczyły z rutyny.

Przyszły długie dni ćpania leku o nazwie Tramal i długie bezsenne noce z pauzą na odlot. W głowie buszuje nicość.

Co będę dziś robiła? Nic.

Gdzie pójdę? Nigdzie.

O czym myślę? O niczym.

Przygnębiająca wizja mojego jestestwa złapanego w sidła już dawno temu pochylonej w moją stronę depresji.

Resztkami sił odrzucam od siebie marne myśli, które zalewają moją głowę. Na odległość wskazującego palca i słowa, wskazującego na miejsce mojego przeznaczenia.

To wręcz nieprawdopodobne, że stałam się tym, kim teraz jestem.

Pochylona depresja, pochylona głowa.

Samotność tak bardzo wypielęgnowana, że zamiast otwartej głowy czuję wrośnięte we mnie drzewo niezrozumienia otaczających mnie, tylko od czasu do czasu, ludzi.

Do serca wlała się powierzchowność dnia pierwszego i siódmego.

Tylko czasami o tym, że właśnie obchodzimy jakieś święto, przypomina mi postawiony przede mną talerz z rosołem. Czy można nie lubić rosołu? Można.

Zdałam sobie sprawę, że wszystko to, co o mnie stanowi, jest przeraźliwie przewidywalne. Jak rosół, który gotuję w wielkim garze, jakim jest moja własna rzeczywistość.

Przyprawiam ją, niczym pieprzem i solą, już wcale nieincydentalnymi urojeniami, przez pryzmat których widzę świat oczyma wielorakiej osobowości.

Od czasu do czasu wyciągam z niej emocje tak silne, jak silny potrafi być zapach czosnku. I płaczę cebulą, która stanowi reakcję na otaczające mnie realia.

Marchewka wbija się we mnie ostrzem kompulsywnych czynności, którym trudno jest mi się oprzeć.

Pietruszka nastraja mnie lękiem, niepokojem, napięciem w momencie, gdy seler dochodzi do głosu przeżytym cierpieniem.

I tylko lubczyk sprowadza mnie w bezpieczne ramiona męża, który już zdaje się żyć

w zupełnie innym świecie.

Paranoja.

I choć w lustrze widzę twarz kobiety z poukładaną strukturą osobowości i z wybitnym intelektem, to wszystko mówi mi o tym, jak bardzo w tym świecie stałam się nienormalna.

Samokrzywdzenie

Pójść o krok dalej i przedstawić się światu, jako ta najbardziej przez ten świat skrzywdzona?

Dlaczego nie?

A może ja już tak mam? A może to wszystko, co przydarza się w moim życiu, nikomu nie przynosi pożytku, a służy jedynie temu, abym mogła siebie samą dowartościować?

I tutaj zgodzę się z analizą mojej osobowości, dokonaną przez ludzi, którym rzygnęło się po bliższym kontakcie ze mną.

Zaskakujące, jak brak umiejętności jazdy figurowej na łyżwach - podczas zaprezentowanego na cmentarzu piruetu - zmienił mój pogląd na wszelkie życiowe wartości.

Kiedy moje obie nogi pożegnały się z przyczepnością, a ręce wyprostowały się na znak mającego odbyć się powitania z ziemią, zdałam sobie sprawę z tego, że po raz kolejny nie posłuchałam dobrej rady, dotyczącej uruchomienia jednego ze zmysłów, jakim jest uważność. Słowa męża: "uważaj, bo ślisko", dotarły do mnie już w momencie lotu.

I wylądowałam. Głową dziesięć centymetrów od marmuru, co stanowiło potwierdzenie powiedzenia "szczęście w nieszczęściu". Zakłamać prawdę i powiedzieć, że to wina zmarłego dziesięć lat temu dziadka, przy grobie którego wylądowałam? Zakłamać prawdę i powiedzieć, że to wina matki, która, z uporem maniaka, obstawała przy swoim, wybierając ten grób, jako pierwszy do przystrojenia?

Zakłamać prawdę i powiedzieć, że to wina zarządcy cmentarza, który ma w dupie, czym ludzie obkładają pomniki?

Zakłamać prawdę i powiedzieć, że to wina zarażonych wirusem, bo trzeba było zadbać o ich wigilijną wieczerzę?

Prawda jest taka, że doprowadziłam do samoskrzywdzenia. Nie posłuchałam ani zmarłego dziadka, który ukazał mi się we śnie w noc poprzedzającą wypadek, ani męża, który prosił o to, bym przestała rozglądać się na boki i patrzyła pod nogi. Nie posłuchałam zdrowego rozsądku, zakładając na nogi śniegowce, zamiast wygodnego i nieprzemakalnego obuwia.

Tragikomedia wykonana w słusznie nam panującej aurze migocących zniczy niczym rozpalonych pragnień.

A moim pragnieniem, w tejże chwili, było nie tylko uniknięcie spotkania z rodziną, która przestała nią nagle być, ale przede wszystkim szybki powrót do domu.

I jeszcze ten chichot, który przemknął przez moje uszy, a który miał być w zamierzeniu jedynie niedosłyszalną reakcją w pierwszych sekundach zdarzenia.

Odwróciłam głowę. Złamana ręka z automatu przykleiła się do tułowia i tak już pozostało. Dokładnie jak pozostało wrażenie bezsilności wyryte na twarzach męża i matki.

W tyle głowy szmer, że już nic od teraz nie będzie mi dane i o, Panie, pomóż. Dlaczego człowiek w chwilach zwątpienia zaczyna wznosić modły ku niebu?

Ostatnia deska ratunku? O, Panie! Pomóż!

Twarz męża przybrała wyraz przerażenia. Dokładnie to samo wyrażała twarz matki.

Pytany teraz mąż odpowiada, że nie było z mojej strony przeraźliwego krzyku ani też panicznego szlochu. Płakałam bez łez i szeptałam coś pod nosem.

Już dawno temu wypłukałam się z negatywnych emocji. Widocznie żadne nieszczęście nie jest w stanie wycisnąć ze mnie kolejnych słonych kropel, świadczących o właśnie doznawanym bólu. Widocznie.

Bo to, co niewidoczne, wyje we mnie i zaciąga deszczem. Pociągam nosem raz za razem, kiedy ból jest już nie do zniesienia. I tylko nikt tego nie widzi lub nikt nie chce tego dostrzec.

A ja już nie mam siły, aby stawiać ludziom kolejny drogowskaz na mapie moich depresyjnych akcentów. Nie mam już sił tłumaczyć się z nieprzewidywalnych zachowań i zaskakiwać wszystkich tym, co nie powinno zaskakiwać.

Dlatego chowam się w ramionach męża, poszukując bliskości, a następnie otulam się samotnością.

Czy w tamtym momencie było mi bliżej do bezpiecznej przystani, czy do odrzucenia wszelakiej, niesionej na przekór moim prośbom, pomocy?

Sama wyrywam do odpowiedzi nasuwający się dysonans poznawczy. Wtedy ludzie zamierają, a ja mam święty spokój. Pragnęłam czasu. Pragnęłam czasu, aby się pozbierać. Życiowo też.

Przecież nic nie dzieje się bez przyczyny.

Spojrzałam na lewą rękę, na skórze której atramentową igłą wyryto powyższe zdanie. Tak. To było swojego rodzaju zaproszenie jej do większego współudziału w realizacji codziennych czynności.

Lewa stała się prawą, prawa stała się szmatą.

Na już. Na jutro.

Może w perspektywie na zawsze.

A nadzieja umiera ostatnia.

W końcu znajduję się na cmentarzu.

I tak złożyłam na grobie ojca życzenia "wesołego Alleluja", choć to nie te święta. Nie wiem, czy zrozumiał i czy chociażby zechciał zrozumieć.

Nie mogę od ludzi, tych żyjących i już nie, wiecznie wymagać daleko idącej wyrozumiałości. To zupełnie nie ma sensu. Prosić o wyrozumiałość, to jak narzucić komuś, aby to on sam ubrał na swoje stopy moje przemoczone futrzane śniegowce i pokochał zmarznięte stopy. Jednak trzeba przyznać, że poświęcenie - dane przez najbliższych memu sercu - zasługuje na uhonorowanie.

Poświęcenie i olbrzymie pokłady cierpliwości.

I jeszcze walka z wciąż piętrzącymi się przeciwnościami losu.

I to, że Wigilia i kilometry dróg przed nami. I brat męża, który na swoją głowę ubrał perukę, też zasługuje na uznanie.

Takiego pokładu kreatywności w jego wykonaniu nigdy dotąd nie doświadczyłam.

I choć peruka niczego praktycznie w jego wyglądzie nie zmieniła, to odwróciła moją uwagę od targającego bólu.

Mąż połączył się telefonicznie z Olsztynem, zamiast z Katowicami, więc szybko zakończył rozmowę. W Piekarach Śląskich nowy przypadek Covid-19, więc zamknięto przed nami drzwi. W Tarnowskich Górach nie mają ortopedy i stąd, zapewne, brak jakiejkolwiek doraźnej pomocy. Szpital w Bytomiu zamknięty na cztery spusty i cieć wskazujący na coraz to dalsze miasta aglomeracji śląskiej.

Śmiech przez łzy.

Złamany nadgarstek? - zapytała recepcjonistka na dobry wieczór.

Ręka. Złamana ręka - odburknęłam dosyć ostrym tonem.

Proszę usiąść i poczekać.

Z racji ograniczonej przez pandemię możliwości przygarnięcia pod dach szpitala większej ilości osób, czas oczekiwania na konsultację medyczną dłużył się niemiłosiernie. Matka trzymała mnie za rękę, wymyślając na głos plan, w jaki sposób poinformuje tych, mogących być zainteresowanych moją sytuacją i tych może mniej zainteresowanych też. Wiem, że stałam się atrakcją Wigilii. To trochę tak, jakbym była niechcianym prezentem. Takie skarpety w prezencie pod choinką lub czerwone majtki kupione na targu i wręczone w dniu czterdziestych urodzin.

Wiadomą rzeczą jest, że w konsekwencji wyląduję w koszu niepamięci.

Ale matka już tak ma. Oglądając te wszystkie tureckie seriale, tak weszła w ich klimat, że teraz praktycznie ze wszystkiego robi tragedię. Przyznaję, że byłam w dramatycznym położeniu, ale rozgłos w tej sytuacji nie był mi do niczego potrzebny. Jest Wigilia i tylko to się liczy. I dajmy już spokój z tym całym nawoływaniem, ukierunkowanym do całego świata, aby był łaskaw nade mną się pochylić.

Weszłam.

I wyszłam.

Z unieruchomioną ręką i bolącym od zastrzyku pośladkiem, o który musiałam zabiegać, bo lekarz nie był łaskaw wpaść na pomysł ograniczenia mojego bólu.

I wyszłam jeszcze z informacją, że staw barkowy nadaje się do operacji, ale z racji tego, że są święta, urlopy i Covid, nikt nie podejmie się grzebania w kości.

Osamotniona ręka, osamotniona ja.

Za to wszyscy, którym się należała wiedza o moim stanie zdrowia, otrzymali przekaz dnia. Dobiegała osiemnasta. Czas powrotu.

Na całe szczęście zdążyłam przed wyjazdem przygotować stół. Porozkładane talerze, ozdoby bożonarodzeniowe, świeczka, opłatek, siano. Pomiędzy szklankami rybie łuski na szczęście i kilka drobnych monet na pomyślność finansową.

Goście od progu weszli w rolę gospodarzy.

Po raz pierwszy karp nie smakował jak karp, a prezenty przypadły wszystkim do gustu. Po raz pierwszy wstaliśmy od stołu już po Pasterce, jakby nikt nie chciał pożegnać tego dnia, który na zawsze już zapadnie w naszej pamięci.

Już nie kocham Świąt Bożego Narodzenia.

Już nie połechcę kubków smakowych karpiem ani zupą grzybową. Już nie zależy mi na zdobnej choince ani na opłatku w dłoni.

Już nie będę udawała, że pięknie śpiewam kolędy i tęsknię za tymi, których tu nie ma. Już nigdy zimą nie przekroczę cmentarnej bramy ani nie zapalę znicza.

Już nigdy nie stworzę wieńca nagrobnego ze złoconymi szyszkami i nie złożę życzeń "wesołego Alleluja!" w Święta Bożego Narodzenia.

Już nie.

Ale jest środek lata, więc, zapewne, i ta perspektywa się zmieni w chwili, kiedy w sklepach pojawią się pierwsze oznaki ducha grudniowych zakupów.

Schizofrenia. Początek

Głosy, które pojawiły się w mojej głowie bez zaproszenia, tak po prostu, rozwalają system.

Moich wartości. Mojego świata.

Jej i jego świata też.

Dopadają mnie chwile szczęścia, a - za dosłownie kilka sekund - za tym szczęściem podąża nieszczęście. Jakby diabły tego świata inwigilowały mojego Anioła Stróża.

A gdyby tak dla nieczystej mocy stworzyć świat alternatywny do tego, w którym żyję? Skopiowałabym dokładnie mapę swojego umysłu z zamysłem wprowadzenia urojonych, wydumanych, iluzorycznych, wyimaginowanych, fikcyjnych, nonsensownych zdarzeń.

Nikt nie byłby w stanie odróżnić mocy od niemocy. To byłoby całkiem zabawne - łzy zamienić w szaleńczy śmiech, oznaczający wszechogarniającą radość. Już teraz jestem w stanie wyobrazić sobie niezwykłą podmianę złych emocji na te dobre. Zbolałe od nienawiści twarze na pełne miłości oblicza.

Podniesiony do rangi krzyku głos na ten, dający ulgę zbolałym uszom.

Mogę stworzyć taki świat, w którym przekonam niemoc do tego, by stała się siłą samą w sobie. Mogę stworzyć taki świat, w którym przekonam porozbijane o kant kłamstwa głowy do tego, by otoczyły się prawdą niczym puchowymi poduszkami.

Mogę.

Ja wszystko mogę.

Mogę stać się alternatywą dla tych, którym nie jest ze mną po drodze. Jest tylko jeden problem.

Właśnie. Ludzie.

Stojąc przy ścianie, która przede wszystkim ma na zadanie ochładzać moje plecy, zastanawiam się, czy już nadszedł ten moment, kiedy powinnam tak po prostu zacząć w nią uderzać głową.

Przecież ja dzisiaj cechuję się zachowaniami schizofrenicznymi i daleko posuniętą chorobą sierocą. Przecież to wszystko, co wydarza się w moim życiu, podyktowane jest obraniem jednego tylko kierunku. Udręczenia.

To nie jest mój plan na życie. To ich plan na moje życie.

Zrozumiałam.

Zaakceptowałam.

Wchodzę w to.

Łapię się za włosy. Nie ciągnę, bo i bez tego wypadają garściami. Cholerna przyspieszona menopauza niszczy praktycznie wszystko po kolei.

Wiecznie pojawiające się dylematy.

Wiecznie pojawiające się głosy w mojej głowie.

Pielęgnowana od dzieciństwa sztuka rozmowy z samą sobą doprowadziła do tego, że zahaczam o świat zbudowany na niby. I nawet pojawiają się w nim dawno już nieobecni, ale niezapomniani ludzie.

Widzę, jak obdarzają mnie uśmiechem, dobrym i złym słowem, krzywdzącym gestem lub poklepywaniem po ramieniu. Widzę, bo tego nie czuję, ale słyszę i nawet łapię się na tym, że słucham. Stąd diagnoza, że ja tylko o ten świat zahaczam. Wychodzi na to, że zawiesiłam siebie pomiędzy dwoma światami. Ani mi tu wygodnie, ani mi tam komfortowo. I jeszcze te wszystkie pojawiające się złośliwości, które wychodzą w momencie pieczołowicie realizowanej przeze mnie błędnej decyzji.

Już kiedyś wspominałam o tym, że ani nie potrafię stworzyć drzewa decyzyjnego, ani posłuchać dobrej rady. Impulsywność, z którą podchodzę do świata, kiedyś mnie tak po prostu zgubi.

Choć i tak jestem już życiowo pogubiona.

Impuls i zapalam się do realizacji tego, co właśnie podpowiedziała mi głowa. Impuls i schodzę ze sceny, póki jeszcze ludzie nie dostrzegli, że całe to moje podniecenie nowym wydarzeniem zdążyło we mnie już zgasnąć.

Pozostaje mi jedynie poudawać, jeszcze przez moment, że na czymś mi jednak w życiu zależy. Nie umiem przyznać się do błędu, ale już do obłędu potrafię.

Obłędem stało się poszukiwanie własnej tożsamości.

Obłędem stało się udowadnianie innym, że szczęście mnie nie opuszcza. Obłędem stało się unikanie tego, co nieuniknione.

Obłędem stało się farbowanie włosów co drugi dzień. Tak mówi mąż.

A ja wciąż i wciąż. Taka ja poszukująca.

Obłędem jest również posłuchać jednego z moich głosów i udać się trzydzieści kilometrów poza naszą wieś, aby rzutem na taśmę zasiąść na fryzjerskim fotelu.

To się nie może udać.

Tak teraz nie działają fryzjerskie salony.

Zadzwoń.

Nie dzwoń.

Może będziesz miała szczęście?

Wpadniesz w nieszczęście.

Za daleko.

We wsi też jest przecież fryzjerski salon.

To przecież niedaleko.

To bardzo daleko.

A jak ci się coś po drodze stanie?

A jak zadzwoni mąż?

Nie masz pieniędzy.

Masz pieniądze. Zrób coś dla siebie.

Zrób coś ze swoją głową.

Zapewne cię naciągną.

Nie spodziewaj się dobrego efektu.

Nie spodziewaj się żadnego efektu.

Dochodzi południe. Masz za mało czasu.

A gdzie obiad dla męża?

Matka chodzi do fryzjera co dwa tygodnie.

Masz jeszcze dużo czasu, aby przygotować się do imprezy.

Zrób sobie włosy sama.

Rossmann jest bliżej.

Zawróć.

Może, lepiej, kupiłabyś nową sukienkę.