Dziwny świat. Disney - Praca zbiorowa

Kup ebooka

23.00 zł
19.55 zł (18,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Roz­dział 1

Czter­na­sto­letni Oskard piął się mozol­nie gór­ską ścieżką. Ugi­na­jąc się pod cię­ża­rem ogrom­nego ple­caka, pró­bo­wał nadą­żyć za ojcem. Przy­sta­nął, żeby zła­pać oddech, pod­czas gdy Jaeger parł naprzód bez oznak zmę­cze­nia.

- Tato! - zawo­łał chło­pak, dysząc ciężko. - Wędru­jemy tak od mie­sięcy. To zna­czy... spójrz na ludzi. Są wykoń­czeni. - Wska­zał pal­cem na podą­ża­jącą za nimi grupkę odkryw­ców.

Jaeger obej­rzał się na Oskarda. Oczy świe­ciły mu pod gęstymi brwiami, nie­mal tak krza­cza­stymi i buj­nymi jak pora­sta­jące jego górną wargę wąsy.

- Oskard, pomni­ków nie buduje się ludziom, któ­rzy pra­wie prze­szli przez góry - odburk­nął.

- Ale, tato... - spró­bo­wał jesz­cze raz Oskard.

- Skończ już to maru­dze­nie, ani słowa wię­cej - prze­rwał mu Jaeger. - Ruszaj się. Ty też wle­czesz się jak żółw.

- Łatwo ci mówić - mruk­nął Oskard. - Ty nie nie­siesz ple­caka, który jest two­jego wzro­stu.

- Co powie­dzia­łeś?! - zawo­łał Jaeger.

- Nic - odburk­nął Oskard. Popra­wił szelki ple­caka i ruszył naprzód, sta­ra­jąc się dotrzy­mać kroku ojcu i resz­cie ekipy wspi­na­ją­cym się po gór­skim zbo­czu. Dookoła wył wiatr, a pada­jący śnieg spra­wiał, że kamie­nie były pod­stęp­nie śli­skie.

Minęli ostry zakręt i nagle gwał­tow­nie się zatrzy­mali. Otwo­rzyło się przed nimi wej­ście do ogrom­nej jaskini. Wewnątrz widać było coś, co przy­po­mi­nało wyra­sta­jące z ziemi gigan­tyczne lodowe sta­lag­mity, skie­ro­wane ostrymi czub­kami w dół.

Jeden z człon­ków ekipy rzu­cił się naprzód z okrzy­kiem ulgi. Wbiegł do groty, szu­ka­jąc schro­nie­nia przed ostrym, lodo­wa­tym wia­trem.

- Możemy się scho­wać! Tego nam teraz potrzeba! W tych warun­kach długo nie wytrzy­mamy! - krzyk­nął, a jego głos odbił się echem od ścian pie­czary. Zwi­sa­jący ponad jego głową olbrzymi sopel zadrżał nagle... a potem runął z trza­skiem w dół.

Wszy­scy wstrzy­mali oddech i zakryli oczy. Czy on... nie żyje?

Nie­szczę­śnik powoli wypełzł spo­mię­dzy lodo­wych odłam­ków. Jego twarz była blada z prze­ra­że­nia. Sopel minął go o włos.

- Nie kuś wię­cej losu, jeśli chcesz pozo­stać wśród żywych! - zgro­mił go Jaeger. Mówił pół­gło­sem, żeby nie zakłó­cać spo­koju pozo­sta­łych tysięcy sopli, które pobrzę­ki­wały zło­wrogo pod skle­pie­niem. - Ruszajmy! - Mach­nął ręką, gestem naka­zał ciszę i powoli skie­ro­wał się do wnę­trza roz­pa­dliny.

Oskard napo­tkał spoj­rze­nie sto­ją­cej tuż obok niego dziew­czyny. Cal­li­sto Mal była jed­nym z naj­młod­szych i naj­dziel­niej­szych człon­ków zespołu Jaegera Klana.

- Nie­zły ten twój tata, mały Kla­nie - wyszep­tała mu do ucha, a w jej oczach malo­wał się podziw.

- Nawet nie wiesz, jak bar­dzo - szep­nął w odpo­wie­dzi z lekką iry­ta­cją.

On, Cal­li­sto i reszta ekipy weszli do jaskini za Jaege­rem, sta­ra­jąc się stą­pać lekko jak śnieżny puch.

Jed­nak kiedy Oskard omi­jał wbite w pod­łoże sople, zauwa­żył coś na śniegu. Coś zie­lo­nego. Zaj­rzał za lodową kolumnę i zoba­czył kępkę dzi­wacz­nych roślin wyra­sta­ją­cych ze śnie­go­wej zaspy. Spod spo­rych liści zwi­sały pękate świe­tli­ste strączki.

- Co to ma być? - rzu­cił na głos. Ni­gdy dotąd nie widział podob­nego gatunku. Przyj­rzał się bli­żej strącz­kom, które zda­wały się pul­so­wać ener­gią. Kiedy wycią­gnął rękę w ich stronę, futro na jego kap­tu­rze naelek­try­zo­wało się i nastro­szyło.

- Jeja! - powie­dział i przy­su­nął się bli­żej. - Czym ty jesteś...?

Bzzzt! Roślina strze­liła w niego elek­tryczną skrą.

- Au! - krzyk­nął Oskard odro­binę za gło­śno.

Kiedy głos chło­paka roz­brzmiał we wnę­trzu groty, Jaeger obró­cił się na pię­cie i posłał mu ostre spoj­rze­nie. Co ten jego syn wypra­wia?

Pobrzę­ki­wa­nie nad ich gło­wami wzmo­gło się wyraź­nie.

- Ucie­kaj­cie! - krzyk­nął Jaeger.

Sople runęły w dół, a cała dru­żyna rzu­ciła się bie­giem do przodu, zyg­za­kami omi­ja­jąc ich ostre jak szty­lety czubki. Stary Klan odwró­cił się, by odszu­kać wzro­kiem syna. Chło­pak gonił za nimi, lecz nagle pod jego sto­pami otwo­rzyła się prze­paść.

- Oskard! - wrza­snął Jaeger, widząc swego potomka zni­ka­ją­cego w szcze­li­nie.

Chło­piec pró­bo­wał cze­piać się skał, ale jego ręka­wice ześli­zgi­wały się po oblo­dzo­nej powierzchni.

Jaeger w mgnie­niu oka wbił hak w lodową ścianę, obwią­zał sobie linę wokół pasa i sko­czył za synem. Wyma­chu­jąc kijami, omi­jał lecące w dół kawałki lodu. Pró­bo­wał dosię­gnąć Oskarda, który spa­dał coraz niżej i niżej. Jaeger ode­pchnął się od ostat­niej lodo­wej bryły i wycią­gnął rękę, jak mógł naj­da­lej. Udało mu się chwy­cić dłoń chłopca, a ten w ostat­niej chwili zła­pał się go mocno. Jaeger trzy­mał go tuż przy sobie, roz­bu­jał linę i wywin­do­wał ich obu w bez­pieczne miej­sce.

Oskard patrzył, jak cięż­kie lodowe bloki zni­kają pod nimi w bez­den­nej cze­lu­ści. Kiedy już wyrów­nał oddech, spoj­rzał z wdzięcz­no­ścią na ojca. Ale w jego oczach wyczy­tał tylko roz­cza­ro­wa­nie.

- Weź się w garść, Oskard, użyj głowy choć raz! - burk­nął Jaeger z iry­ta­cją. - Ośmie­szasz mnie.

- No prze­pra­szam, dobra? - rzu­cił Oskard, cho­ciaż w jego gło­sie nie było cie­nia skru­chy. Czy jego tata naprawdę nie zauwa­żył, że obaj mogli tam zgi­nąć?

Bez słowa wspięli się, by dołą­czyć do reszty dru­żyny.

Kiedy Jaeger zbli­żał się do swo­ich ludzi, tył głowy oświe­tlił mu cie­pły blask. Odwró­cił się i ujrzał zapie­ra­jącą dech w pier­siach, prze­piękną pano­ramę bez­kre­snych gór. Jego zmarsz­czoną, surową twarz roz­ja­śnił uśmiech.

- No dobrze, moi dro­dzy, już wszystko w porządku - ogło­sił. - Zbie­rajmy się. Za tym hory­zon­tem leży przy­szłość Ava­lo­nii i nasza chwała.

- Ee, tato? - zapy­tał Oskard. On też zoba­czył coś rów­nie pięk­nego. - A co z tymi rośli­nami?

Jaeger powę­dro­wał wzro­kiem za spoj­rze­niem chło­paka do świeżo odkry­tej pie­czary po brzegi wypeł­nio­nej dziw­nymi zie­lo­nymi rośli­nami, które aż żarzyły się od elek­trycz­no­ści. Prze­strzeń w jaskini zda­wała się brzę­czeć i iskrzyć od nagro­ma­dzo­nej w niej ener­gii.

Reszta ekipy patrzyła na rośliny z prze­stra­chem, lecz Jaeger nie zdra­dzał żad­nego zain­te­re­so­wa­nia.

- Jeste­śmy odkryw­cami, a nie ogrod­ni­kami, Oskard - powie­dział. - Ruszajmy wresz­cie! - Zawró­cił i zaczął odda­lać się od groty.

Oskard wciąż tkwił w miej­scu jak przy­kle­jony. Patrzył na bły­ska­jące elek­trycz­no­ścią rośliny. Czym­kol­wiek były, czuł, że są ważne i że wła­śnie doko­nał nie­zwy­kłego odkry­cia.

- Pocze­kaj! Prze­cież one ema­nują czy­stą ener­gią! - zawo­łał do ojca. - Kto wie, co to może ozna­czać dla Ava­lo­nii? Musimy zabrać je ze sobą.

Dru­żyna w mil­cze­niu cze­kała na reak­cję Jaegera. Dotąd nikt jesz­cze nie odwa­żył się prze­ciw­sta­wić sta­remu Kla­nowi. Teraz jed­nym sko­kiem zna­lazł się tuż obok syna i spoj­rzał na niego z góry.

- Ava­lo­nia nie potrze­buje bły­ska­ją­cych rośli­nek - oznaj­mił sta­now­czo. - Ava­lo­nia musi roz­prze­strze­nić się poza te góry i to wła­śnie my mamy ją tam zapro­wa­dzić!

- Tak, tato - zaczął Oskard - ale...

- Żad­nych ale - wark­nął Jaeger i tup­nął cięż­kim bucio­rem. - Do tego cię szko­li­łem. To jest nasze powo­ła­nie.

Oskard potrzą­snął głową.

- Nie, tato - odparł sta­now­czo. - To jest twoje powo­ła­nie.

Jaeger wpadł we wście­kłość.

- Dość! - ryk­nął i zła­pał Oskarda za ramię. - Jesteś moim synem!

- Ale nie jestem tobą! - nie ustę­po­wał chło­pak. I wyrwał rękę z żela­znego uści­sku ojca.

Przez twarz Jaegera prze­biegł gry­mas żalu, trwało to jed­nak uła­mek sekundy. Oskard wytrzy­mał jego cięż­kie spoj­rze­nie i nie spu­ścił wzroku.

Cal­li­sto odchrząk­nęła i wystą­piła krok naprzód.

- Ee, ja myślę, że mały Klan ma rację - powie­działa odważ­nie.

- Cal­li­sto? - Jaeger uniósł brwi.

Dziew­czyna patrzyła na pul­su­jące ener­gią rośliny w pie­cza­rze.

- Tak naprawdę nie wiemy, co jest za tymi górami - cią­gnęła. - A te rośliny tutaj... mamy je na wycią­gnię­cie ręki. One mogą być klu­czem do przy­szło­ści Ava­lo­nii. Myślę, że naszym obo­wiąz­kiem jest zanieść je do mia­sta.

Jaeger popa­trzył na twa­rze człon­ków swo­jej dru­żyny i nie mógł uwie­rzyć wła­snym oczom. Wszy­scy byli po stro­nie Oskarda!

- Co za strata i mar­no­traw­stwo! - rzu­cił drwiąco. Odwró­cił się ple­cami do syna i do reszty ekipy, po czym ruszył przed sie­bie.

- Jaeger?! - zawo­łała za nim Cal­li­sto. Wraz z innymi patrzyła, jak wkra­cza samot­nie na ścieżkę bie­gnącą gór­skim zbo­czem. - Wra­caj! Sam nie prze­ży­jesz w tych górach!

Oskar­dowi ści­snęło się serce, kiedy widział, jak ojciec znika we mgle. Czy jesz­cze kie­dy­kol­wiek go zoba­czy?

Rozdział 2

Roz­dział 2

Dwadzie­ścia pięć lat póź­niej Oskard sie­dział spo­koj­nie na weran­dzie, pił kawę i roz­ko­szo­wał się świe­żym powie­trzem.

Był teraz wła­ści­cie­lem plan­ta­cji pando - rośliny z elek­trycz­nymi strącz­kami, którą nie­gdyś zna­lazł wysoko w górach. Jej równe rzędy cią­gnęły się przez całą Farmę Kla­nów aż po hory­zont, a ze strącz­ków doby­wało się jed­no­stajne brzę­cze­nie.

W podusz­kowcu suną­cym nisko nad zie­mią nad­le­ciał gaze­ciarz.

- Dzień dobry, panie Klan! - zawo­łał i rzu­cił gazetę, która wylą­do­wała u stóp Oskarda.

Ten pod­niósł ją i otrze­pał z kurzu.

- Rory, pan Klan to był mój tata - przy­po­mniał chło­pa­kowi. - Ja jestem po pro­stu Oskard.

- Dobrze, panie Klan! - krzyk­nął w odpo­wie­dzi gaze­ciarz i ruszył z następną prze­syłką. - Pro­szę pozdro­wić ode mnie Flo­riana!

Oskard poma­chał mu na poże­gna­nie i zer­k­nął przez okno do sypialni swo­jego nasto­let­niego syna. Czas wycią­gnąć go z łóżka!

Kilka minut póź­niej otwo­rzył drzwi do pokoju Flo­riana. W dru­giej ręce trzy­mał talerz z przy­go­to­wa­nym dla niego śnia­da­niem. Pod kolo­rową, pat­chwor­kową koł­drą leżał pochra­pu­jący pagó­rek. W pokoju pano­wał bała­gan. Oskard rozej­rzał się i zoba­czył jakąś szma­tławą gazetę ze sta­rym zdję­ciem Jaegera Klana na okładce. Pod­szedł do niej na pal­cach i odwró­cił stronę, żeby nie musieć patrzeć na twarz ojca.

- Flo­rian? Hej, chło­pie... Pobudka - powie­dział z czu­ło­ścią w gło­sie. Deli­kat­nie pocią­gnął za koł­drę, lecz zamiast syna obu­dził futrza­stą bestię.

Taj­fun, ich pies, wystrze­lił spod koł­dry jak z procy. Był na swo­ich trzech łapach rów­nie szybki jak inne psy na czte­rech. W sekundę prze­je­chał rado­śnie po twa­rzy swego pana mokrym języ­kiem.

- Taj­fun, prze­stań! - zawo­łał Oskard, odpy­cha­jąc psa. - Scho­waj jęzor!

Pies prze­stał, bo coś innego przy­kuło jego uwagę: talerz ze śnia­da­niem Flo­riana.

- Taj­fun, zostaw! - wrza­snął Oskard, ale talerz był już wyli­zany do czy­sta. - Uch...

Usły­szał chi­chot i pod­niósł wzrok.

Jego żona Meri­dian i syn wyglą­dali spod koł­dry. Naj­wy­raź­niej dobrze się bawili.

- Tacy jeste­ście zabawni, co? - rzu­cił kwa­śno.

- Jeste­śmy zabawni, Flo­rian? - zapy­tała Meri­dian i objęła syna ramie­niem.

- Jeste­śmy prze­ko­miczni, mamo - zgo­dził się z nią chło­pak.

- Wie­cie co? Wobec tego sami sobie zrób­cie śnia­da­nie - dro­czył się z nimi Oskard, poka­zu­jąc im obśli­niony talerz. Bun­tow­ni­czo skrzy­żo­wał ramiona i uda­wał obra­żo­nego, choć tak naprawdę dusił się ze śmie­chu.

Kiedy cała trójka zna­la­zła się na weran­dzie, Oskard pod­su­nął żonie i synowi tale­rze ze świe­żymi por­cjami śnia­da­nia. Meri­dian zła­pała tost, dała mężowi buziaka i pobie­gła do swo­jego samo­lotu. Wystar­to­wała, zro­biła pętlę nad polem i zaczęła roz­py­lać na sadzonki śro­dek prze­ciwko szkod­ni­kom.

Tym­cza­sem na podwórku Oskard rzu­cił Flo­ria­nowi zbie­rak do strą­ków i ramię przy ramie­niu ruszyli na plan­ta­cję ku swym poran­nym obo­wiąz­kom.

Nic nie rado­wało Oskarda bar­dziej niż wspólne zbie­ra­nie z synem plo­nów. Posłu­gi­wali się zbie­ra­kami wypo­sa­żo­nymi w ostrze do odci­na­nia naj­doj­rzal­szych strą­ków pando. Wrzu­cali je do spe­cjal­nego kosza, a potem prze­su­wali się do następ­nej rośliny. Kiedy kosz robił się ciężki, dźwi­gali go razem. Kiedy był już wypeł­niony po brzegi, wspól­nie sor­to­wali i pako­wali strąki, żeby potem sprze­dać je w mie­ście.

Pod­czas pracy Oskard raz po raz spo­glą­dał na Flo­riana z dumą. Jego syn sta­wał się praw­dzi­wym rol­ni­kiem. Dzięki ich pracy Farma Kla­nów świet­nie pro­spe­ro­wała. Kie­dyś Oskard prze­każe rodzinną firmę potom­kowi.

Kiedy jed­nak przyj­rzał się zachwasz­czo­nemu rząd­kowi pando, który Flo­rian naj­wy­raź­niej pomi­nął, stwier­dził, że chło­pak musi się jesz­cze sporo nauczyć.

- Wygląda na to, że ktoś tu zapo­mniał wypie­lić te grządki - powie­dział, żar­to­bli­wie sztur­cha­jąc syna w ramię.

- Oj, tato - prze­ko­ma­rzał się Flo­rian. - A czym wła­ści­wie jest chwast, jeśli nie zwy­kłą rośliną, która po pro­stu wyro­sła aku­rat tam, gdzie ty nie chcesz jej widzieć. - Czule pogła­skał roślinki, jakby chciał je pocie­szyć.

Oskard się uśmiech­nął.

- Bar­dzo mnie cie­szy, że jesteś bystry. Ale wiesz, co cie­szyłoby mnie jesz­cze bar­dziej?

- Gdy­bym przy­kła­dał się do swo­ich obo­wiąz­ków?

- Widzi­cie? - rzu­cił Oskard z satys­fak­cją. - Taki bystry!

Kiedy przy­glą­dał się, jak Flo­rian pra­cuje, usły­szał nagle głos wzy­wa­ją­cej go Meri­dian. Spoj­rzał za sie­bie i zoba­czył jej samo­lot rol­ni­czy uno­szący się nad sąsied­nim polem. Pobiegł tam i sta­nął pod wiszącą w powie­trzu maszyną.

- Co jest?! - zawo­łał do żony.

- Sil­nik pando się zaciął! - krzyk­nęła zaafe­ro­wana. - Pomo­żesz mi?

Rzu­ciła mu linę, żeby mógł ścią­gnąć ją na zie­mię.

- Za dużo popi­sy­wa­nia się w powie­trzu?

Uśmiech­nęła się.

- A co, nie wolno?

Wysko­czyła z kabiny pilota i zaczęła oglą­dać sil­nik.

- Hmm - mruk­nął zdzi­wiony Oskard. - Zasi­la­nie pando padło.

Wska­zał na roz­ła­do­wany aku­mu­la­tor. Wyjął go i deli­kat­nie dotknął tkwią­cych wewnątrz strącz­ków pando. Żad­nego iskrze­nia.

Meri­dian zmarsz­czyła czoło.

- Ale jak to moż­liwe? Prze­cież zerwa­łam je led­wie godzinę temu.

Oskard ostroż­nie wytrzą­snął strączki z aku­mu­la­tora na dłoń.

- Jakieś szkod­niki znowu musiały dobrać się do korzeni - stwier­dził. Zerwał świeże strąki z naj­bliż­szej rośliny i wło­żył je do urzą­dze­nia.

- Dopiesz­czę nasze pole, gdy tylko mój samo­lot z powro­tem znaj­dzie się w powie­trzu - obie­cała Meri­dian.

Z oddali dobiegł dźwięk klak­sonu.

- Ha, już jest nasza paczka! - ucie­szył się Oskard.

- To paczka Flo­riana - popra­wiła męża Meri­dian i wzięła od niego napra­wiony aku­mu­la­tor. - Nie twoja.

Ale Oskard już szedł w kie­runku, z któ­rego dobie­gał odgłos klak­sonu.

- Taaa, no prze­cież wiem - rzu­cił przez ramię. - Ale jego przy­ja­ciele mnie uwiel­biają!

- Roz­ma­wia­li­śmy o tym, Oskard! - zawo­łała za nim żona. - Flo­rian jest nasto­lat­kiem! Gra­nice!

Oskard był już w poło­wie pola.

- Tak, tak - odkrzyk­nął. - Gra­nice. Wiem!

Pip, pip, piiip! Roz­kle­ko­tany, zaku­rzony podusz­ko­wiec uno­sił się chwiej­nie nad pod­jaz­dem. Kar­dez, przy­ja­ciel Flo­riana, poma­chał im z sie­dze­nia kie­rowcy. Rudo­włosa głowa Azy­mut wychy­liła się zza niego.

- Flo­rian, Flo­rian! - zawo­łał Kar­dez i wydo­był z podusz­kowca swoje potężne ciało.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki