Tę książkę dedykuję:
Marcelinie Frączek, która zawsze była i jest przy mnie, kiedy tylko jej potrzebuję i która zawsze potrafi powiedzieć lub zrobić coś, co mnie rozśmieszy. Twoje poczucie humoru, Twoja asertywność, charyzma i wyjątkowość są dla mnie nieustanną inspiracją do tworzenia tej historii. Dziękuję, że gdy zbyt mocno i zbyt długo bujam w obłokach, potrafisz sprowadzić mnie szybko na ziemię. Udało nam się stworzyć więź, której nic nie jest w stanie przerwać. Ta więź jest wieczna i jest jednym z najcudowniejszych darów życia, jakie było mi dane i nadal jest... doświadczać. Kocham Cię.
Jakubowi Pączkowskiemu, mojemu ukochanemu i mojej oazie spokoju wśród wiru nerwów, jakim często nas otaczam. Dzięki Tobie moje życie jest bardziej kolorowe. Uczysz mnie dobroci, delikatności i wytrwałości każdego dnia. Dziękuję, że wierzysz we mnie i w to, co robię. Kocham Cię.
Patrycji Makowieckiej - za bycie inspiracją do stworzenia wspaniałej postaci w II tomie "Dziwnowiecza", Błelli. Za bycie osobą, z którą czuję mocne połączenie. Od pierwszego dnia, gdy się poznałyśmy wiedziałam, że to będzie niezwykła znajomość. Jesteś dla mnie bardzo ważna i jestem pewna, że czeka nas jeszcze wiele przygód w kolejnych wcieleniach, ale też wiele jest już za nami. Czasami, gdy się kogoś poznaje, odnosi się wrażenie, że już wcześniej się tę osobę znało. Czuję i wiem, że nasza relacja nigdy nie była kwestią przypadku. Kocham Cię.
Mojej Mamie. Jesteś wspaniałą kobietą i przepraszam, że dostrzegłam to tak późno. Wiem, ile dla mnie zrobiłaś. Nauczyłaś mnie, że miłość matki do dziecka jest niezastąpiona. Dzięki Tobie rozumiem, jak ważna jest rodzina i jak wiele czasami człowiek musi dla niej poświęcić. Dziękuję, że jak wracam do domu, to zawsze robisz mi te pyszne sałatki, które pochłaniam w ekspresowym tempie! Mamo, dzięki Twojej miłości jestem dzisiaj tym, kim jestem. Kocham Cię.
Wszystkim czytelnikom "Dziwnowiecza". Dziękuję za czas poświęcony na przeczytanie moich książek. Piszę z czystej chęci tworzenia i zrobienia czegoś dobrego dla innych. Właśnie "to" mogę dać. I daję. Moja twórczość jest dla Was. Dziękuję, że jesteście.
Dziękuję
Marcelina Langowska
Rozdział IIRefizja
- Zaaro! - wrzeszczała Klara, waląc w drzwi drewnianej chatki elfki. - Wiem, że tam jesteś! Wyczuwam cię!
Elfka mieszkała kawałek za internatem przyjaciółek, w małej wiosce o nazwie Refizja. Elfy lubiły mieć prywatność, swój azyl. Stacjonowały tu właściwie wszystkie stworzenia tego gatunku, jakie przybyły na Arior. Było ich niewiele, ale wystarczająco dużo, by zająć taką okolicę.
Stało tu sporo małych domków, ale nie takich zwyczajnych. Elfy to istoty niezwykle specyficzne i lubiące inność. Ich chatki kształtem przypominały klasyczne ziemskie lody - świderki. Rzecz jasna te "zawijasy" były o wiele większe od zimnych przysmaków. Okna nie miały określonego kształtu. Gdy Klara pierwszy raz lepiej przyjrzała się otworom, skojarzyły jej się z rozlaną, lekko przezroczystą plamą. Ich rozmieszczenie również charakteryzowało się nieregularnością.
Natomiast główna droga w Refizji została wyłożona kostkami, zrobionymi (jak podejrzewała dziewczyna) z verdelitu, czyli zielonego turmalinu, pewnego rodzaju krzemianu, przyjmującego zazwyczaj barwę zieloną, zielono-niebieską bądź zielono-żółtą. Nie było to też przypadkowe, ponieważ jedna z właściwości emocjonalnych tego kamienia uczyła przezwyciężania silnej zazdrości, a elfy miały z nią dość duży problem. Więc całkiem nieźle to wykombinowały, żeby poradzić sobie z tym w naturalny sposób.
Kolejną niesamowitością tej wioski okazały się niby-lampy, umieszczone w takich samych odstępach wzdłuż drogi. Gdy czarofilia się im przyglądała, nie mogła wyjść z podziwu, jak zachowywał się wosk. Duże świece zdawały się być przyklejone do góry nogami do pochylonych delikatnie ku ziemi lamp. A wosk wcale nie kapał na drogę, ale wzbijał ku górze, owijając pokrzywiony kij lampy.
Dlatego też największe wrażenie to miejsce robiło nocą, gdy płomienie magicznych świec odbijały się w drogowych kostkach z verdelitu. Elfy uwielbiały też wywieszać wszelkiego rodzaju świecidełka na swoich podwórkach, od lampionów po coś przypominającego lampki świąteczne. Więc mimo późnej pory w Refizji zawsze panowała jasność.
Nie można też pominąć rzucanych na ogrodowe kwiaty zaklęć miętowego ognia. Paliły się, ale nie spalały, same płatki i pąki kwiatów, a dziwny ogień w kolorze miętowym wzmacniał dziesięciokrotnie zapach. Elfy miały więc wyjątkowo wyszukany gust, jeśli chodziło o aranżacje ogrodów.
Klara uwielbiała tu przychodzić, wszędzie było pełno zaskakujących i nieziemskich nowości fantastycznych.
Drzwi Zaary, w które aktualnie waliła czarofilia, porastały czerwone róże, rzecz jasna - płonące. Dlatego też dziewczyna musiała uważać, by przypadkiem nie nadziać się na ich kolce bądź nie poparzyć się ogniem. Jednak, gdy odważyła się go dotknąć, okazało się, że był chłodnawy, a gdy powąchała kwiaty, poczuła intensywny zapach mięty i oczywiście róż. Zaskoczona tym dziwem, nie ustępowała we wpraszaniu się do środka.
- Co?! - krzyknęła rozzłoszczona elfka, otwierając drzwi. - Może jeszcze użyjesz na mnie jakiegoś głupiego zaklęcia?! Nie zapominaj Wężowa, że ja też potrafię czarować!
Cała Zaara. Atak, złośliwości, przytyki. Klara tylko westchnęła. Czyli dziś jest w złym humorze. Zresztą... jak zawsze ostatnio. Od czasu bitwy pomalarońskiej była bardziej drażliwa. Ale aktualnie to już chyba osiągnęła apogeum swojej nerwowości.
Jej blada i drobna twarz wyrażała zmartwienie i tęsknotę. Tylko znając mniej więcej przeszłość Zaary, Klara nie mogła doszukać się sensu, w tym, co ta odczuwała. Bo przecież nie cierpiała swojego dawnego domu, więc za czym tu tęsknić?
- Pogadaj ze mną wreszcie! Ile razy będziesz udawać, że nic się nie dzieje?!
- Bo nic się nie dzieje! Chcę być sama, to źle?! Idź do swojego smoka, bo masz do kogo. Zostaw mnie! - nakazała.
- Nie. Nie zostawię cię. Nie w takim stanie.
Załzawione oczy Zaary aż wołały o pomoc, a Klara jako osoba parająca się magią wody, symbolizującej emocje oraz empatka, nie potrafiła tego zlekceważyć.
- Wkurza mnie, że... że zawsze musisz wszystko wiedzieć! - wydusiła wreszcie.
- Tak mówiąc szczerze, to mnie też - zgodziła się, dopiero teraz zdając sobie sprawę z dziwnego zapachu. Podejrzewała, że wydobywał się on z wnętrza chatki. Po chwili za nieco wymuszoną zgodą od Zaary, weszła do środka i usiadła razem z nią na podłodze.
- Ile jeszcze razy mam cię prosić. Powiedz, co się dzieje. Nie mogę patrzeć, jak się zamykasz. Prawie już z nami nie rozmawiasz.
- Nic nie wiesz - spuściła głowę w dół, drapiąc się po swoim prawym, dużym i szpiczastym uchu. Zielony koczek, który zrobiła sobie na czubku głowy, opadł jej delikatnie na prawą stronę. - Nie mogę nic powiedzieć. Nie mogę!
- Wiem, jakie masz o mnie zdanie, Zaaro, ale mimo tego, że ciągle mi dowalasz, ja mam o tobie bardzo dobrą... opinię. Jeśli można tak to nazwać. Nie przyszłabym tu, gdybym miała złe zamiary. Myślałam, że po tym, co razem przeszłyśmy, darzymy się nawzajem zaufaniem.
- Nie chodzi o zaufanie, Wężowa. Jeżeli pisnę chociaż słowo, zaryzykuję zbyt wiele - mówiła już spokojniej, tonem w ogóle do niej niepodobnym i całkowicie pozbawionym złowieszczej ekspresji.
Klara bardzo chciała jej pomóc. Czuła i widziała, że coś tu nie gra. Ale elfka kompletnie jej do siebie nie dopuszczała. Dziewczyna nie wiedziała już, co robić.
- Będziesz wieczorem? - zagadnęła, mając nadzieję na uzyskanie twierdzącej odpowiedzi.
Rozdział IVTajemnicza fotografia
Klara siedziała w swoim pokoju. Po raz kolejny czytała książkę, którą w zeszłym roku dostała od Amaro, a właściwie to wypożyczyła z bibliotekoczytelni jego ciotki. Napisała ją Omega Delirenum, jedna z największych czarownic pradziejów. Ta lektura pomogła dziewczynie lepiej zrozumieć siebie i swoje moce. W zasadzie to Klara znała już na pamięć wszystkie zaklęcia, jakie tylko w niej znalazła. Śmiało mogła stwierdzić, że jeżeli chodziło o magię, ta pozycja była zdecydowanie jej ulubioną.
- O której lecisz? - zapytała Stella, ubrana w białą, długą koszulę, przewiązywaną w pasie oraz srebrne botki. Makijaż również miała niczego sobie. Na powieki nałożyła srebrny cień, podkreśliła tuszem swoje długie rzęsy i dodała jeszcze trochę rozświetlacza na kości policzkowe. Jej proste włosy mieniły się w promieniach Mikjuany[1], przebijających się przez szybę w oknie pokoju Klary. Stella wyglądała jak anioł, a przynajmniej czarofilia odniosła takie wrażenie.
- Zaraz. Oby to miało jakikolwiek sens.
- Oby nie wpadła w szał, bo jak się wkurzy... Sama nie wiem, ale jak widzę wściekłą Zaarę, to mam ochotę przywalić jej w twarz. Jest taka złośliwa - mówiła, zapinając u dołu ostatni guzik koszuli. - Znaczy lubię ją, ale mogłaby czasami być nieco milsza, szczególnie, gdy ktoś chce jej pomóc.
- Nawet mi ciężko ją rozgryźć. To chodząca... emocjonalna burza. Jest coraz gorsza. Od powrotu z Pomalaronii jakby nie była sobą. Nie uważasz? - dywagowała Klara, wpinając w swoje luźno puszczone pasma włosów spinki z muszelek, które parę dni temu dostała od Galamateny.
Miała na sobie długą, zwiewną sukienkę w krwistoczerwonym kolorze. Nałożyła na rzęsy tusz i zdecydowała się podsycić cały efekt kreską na powiekach. Usta pomalowała na bladą czerwień. Czarny lakier, jaki nałożyła na swoje paznokcie, dodał jeszcze większej ostrości do całej kreacji.
- Chyba masz rację. Zmieniła się, to fakt. I to jej wymykanie się z każdej imprezy. No, ale dziś się przekonamy, co kombinuje. Mówiłaś coś Gali?
- Nic. Wie tylko Amo i ty. Gala mogłaby puścić parę z ust. Wiesz, że są z Zaarą bardzo blisko - zauważyła, podnosząc się z dywanu i pakując niezbędne rzeczy do swojego boho plecaka, który prawie zawsze ze sobą nosiła. Nie obchodziło ją to, że nie pasuje do całej kreacji. Uwielbiała plecaki. - Sal się odzywał?
- Nie. Od tamtego wieczoru nie daje znaku życia.
- Czy oni wszyscy powariowali? - rozmyślała o tym przez chwilę Klara, po czym stwierdziła, że to bez sensu. I tak nie miała za dużego wpływu na to, co ostatnio się wokół nich działo.
- Nie żebyśmy my były normalne, ale tak. Odbija im. Wszystko wzięłaś?
- Tak, o której dokładnie zaczynają się urodziny?
- O osiemnastej. Mamy jeszcze godzinę.
- No to zaczynamy. Widzimy się na miejscu.
Stella poszła spotkać się z Galamateną jeszcze przed imprezą, by razem zapakować prezent od ich całej czwórki (Klary, Stelli, Amaro i Galamateny). Klara zaś pobiegła na Starówkę po Amaro, by razem z nim pojawić się na miejscu. Chłopak chciał po nią przylecieć, ale dziś pracował do godziny siedemnastej trzydzieści, a musiał koniecznie po tym wziąć kąpiel i zwyczajnie by się nie wyrobił. Klara zaproponowała, że wpadnie po niego. Nie był to dla niej żaden problem.
Gdy się zjawiła, Amaro był już gotowy, nieziemsko przystojny, a na dodatek ubrany jeszcze w białą koszulę i skórzaną, bordową marynarkę sprawiał, że Klara nie mogła oderwać od niego wzroku. Swoje gęste loki związał w kitka z tyłu głowy, przez co jeszcze bardziej widoczne były jego mocne i zaostrzone kości policzkowe.
- Ale wyglądasz! - wykrzyknęła i niemal od razu rzuciła się w jego ramiona. Nie widziała go jedynie dwa dni i już bardzo się za nim stęskniła. Amaro udając poważnego, odsunął się na moment i poprawił marynarkę.
- Ej! - oburzyła się.
Zaraz potem posłał Klarze zalotny uśmiech, zbliżył się i złożył na jej ustach namiętny pocałunek.
- Tak tylko się droczę. I tak nigdy nie dorównam ci wyglądem. Jesteś olśniewająca - wyznał, równocześnie muskając swoją dłonią jej podbródek. Za każdym razem, gdy się widzieli, cieszył się coraz bardziej. Uwielbiał spędzać z nią czas, patrzeć jak czyta albo pływa. Obserwować to, z jaką precyzją i skupieniem ćwiczy magię i pracuje nad zaklęciami. Intrygowała go pod każdym względem.
- Dzięki - powiedziała lekko zawstydzona. - Amo, czy to dobry pomysł? Może trochę przesadzamy? - zaczęła powątpiewać, stojąc w mieszkaniu człowosmoka, które znajdowało się na tyłach Cieni, czyli bibliotekoczytelni jego ciotki.
Pokój chłopaka był dość ciemny. Jedno okno o niewielkim rozmiarze wpuszczało do środka bardzo mało światła. Wnętrze jednak miało swój klimat. Ściany z cegieł, duże i wygodne łóżko wodne, na którym Klara uwielbiała się wylegiwać, włochaty, pomarańczowy dywan zakrywający prawie w całości drewnianą podłogę, na ścianach powywieszane stare zdjęcia rodzinne, głównie z Szarpenem. Jednak jedna z fotografii bardzo ciekawiła czarofilię, ponieważ prócz Amaro, jego ojca i dziadka, znajdował się tam jeszcze jeden chłopak, starszy od najmłodszego człowosmoka. Na pewno był już nastolatkiem. Ale dziewczyna bała się o to zapytać i tę rozmowę notorycznie przekładała na kiedy indziej. Mężczyzna nie miał też w pomieszczeniu prądu, więc korzystał ze świec, porozstawianych na półkach oraz na stole, przy którym umieszczone zostały dwa stare, ciemnobrązowe krzesła. Po podłodze walały się książki, głównie kucharskie i historyczne, z tego, co Klara zdążyła dojrzeć po ich tytułach: "Dania dla łuskowatych" Goerta Wala, "Rzeź i krew. Wspomnienia." Suzanne Mariotii albo "Struktura zemsty" Kawaletiego Perikato".
- Według mnie postępujecie ze Stellą jak prawdziwe przyjaciółki. Chcecie dalej przyglądać się, jak ona cierpi? Wiesz przecież, że niepokojąco to wygląda.
- Wiem. Dobra, zróbmy to. Gala i Stella pewnie już są w drodze. Idziemy? - Klara podała rękę swojemu ukochanemu.
- Idziemy - ten posłał jej szarmancki uśmiech, po czym w szybkim tempie zbiegli po schodach bibliotekoczytelni na dół. Mężczyzna zamknął główne drzwi na klucz. - Fajnie tak czasem dla odmiany pochodzić.
- To ona! Bohaterka, która załatwiła wilkarych na Pomalii! Babciu patrz! - usłyszeli za plecami cieniutki głos.
- Mówiłam ci, że to ona - odparła staruszka, pakując ze straganu ręcznie robioną biżuterię z kamieni i sznurków, jednocześnie nie spuszczając wzroku z Klary.
Jednak czarofilia nie wiedziała, jak powinna się w tej sytuacji zachować. Udała, że tego nie słyszała i razem z Amaro ruszyli w drogę.
Rozdział VZielone łzy
- Myślisz, że się ucieszy? - zapytał Amaro, idąc po Grającej Łące, gdzie kwiaty wydawały niezwykłe dźwięki, naśladujące instrumenty smyczkowe.
- Pewnie. Uwielbia to miejsce, a Indianie nie mieli nic przeciwko. Oni zresztą kochają Żółtego, mimo tego, że nazywa ich w ten sposób. Gdy kiedyś pokazywał nam Arior, też tak się o nich wyraził. Potem dowiedziałam się, że za tym nie przepadają. W sumie wolę mówić na nich Łąkownicy, a wracając do Żółtego, ha! Kto go nie kocha?
- Masz rację. Nie sposób oprzeć się urokowi tego malca - przyznał. - Nawet Zaara czasem ma przebłysk dobroci w jego obecności. W sensie... nie krzyczy - zauważył.
- Bywa i tak. Zaraz powinni być. Fajnie, że Pardeon się pojawi. Trochę się obawiałam, że król Solmin go nie puści. Wiesz, jacy są Pomalarończycy i te ich zasady.
- Ja byłem pewien, że pastelny nie przybędzie. Widać Solmin ma do niego słabość. I do Lumy. Tak myślę.
- Idą! Chodź, schowajmy się! - krzyknęła Klara, gdy zobaczyła nadchodzącego malca wraz z niedźwiedziem pastelnym, którego futro w pastelowych kolorach od razu rzucało się w oczy. Był to ten sam pastelny, który został zaklęty w dziwnego stwora bez kształtu i którego Klara odczarowała w Mrokodołach.
Pociągnęła Amaro za rękę. Ukryli się za pagórkiem, razem z resztą gości, którzy zostali zaproszeni na imprezę niespodziankę z okazji ósmych urodzin Żółtego. Klara i Amaro przyszli na styk, więc nawet nie zdążyli się z nimi przywitać.
Rozstawiono na trawie duży stół, na którym znajdowały się dzbanki z ulubionym sokiem krasnala - bananowym oraz pełno przekąsek typu: chipsy, żelki, ciastka i tak dalej. Oczywiście nie zapomniano o torcie cytrynowym w kształcie kostki Rubika, bo tak się składa, że Żółty uwielbiał ją układać. No i też prezenty umieszczone obok stołu na drewnianej ławce, którą podobnie jak stół i krzesła zgodzili się pożyczyć Łąkownicy. Poprosili wcześniej gości, by wyrzucili po sobie wszystkie śmieci. Nie było to żadne zaskoczenie, ponieważ Łąkownicy byli znani z dbania o łąki, więc zależało im na ich czystości. Łąka jak zwykle rozbrzmiewała niesamowitymi dźwiękami muzyki klasycznej. Nastrój był wręcz idealny. Teraz wystarczyło tylko zaskoczyć Żółtego.
- Niespodzianka! - wykrzyknęli wszyscy chórem, wyskakując z kryjówki.
Krasnal wpatrywał się przez dłuższą chwilę w grupę swoich przyjaciół, po czym, gdy już dotarło do niego, co się dzieje, zaczął skakać i wydobywać z siebie najróżniejsze okrzyki radości, jakie tylko był w stanie wykrzesać ze swojego małego ciałka.
- Ojej! To ja się nie spodziewałem! Ja cię kręcę! Jupi! Łi! Juhu! - cieszył się Żółty, zaczynając po kolei przytulać każdego z paczki. - Wiedziałeś o tym? - rzekł jeszcze do Pardeona, na co niedźwiedź tylko zarechotał, widząc, w jak ogromne wzruszenie wpadł malec.
Wszyscy zasiedli do stołu i rozpoczęli ucztę. Każdy dostał po dużym kawałku tortu. Był bardzo słodki, aż za bardzo. Ale Żółty uwielbiał słodkości. Połączenie cytryny, cukru i śmietankowej warstwy, która dosłownie rozpływała się w buzi, budząc kubki smakowe, sprawiało, że poziom endorfin u każdego wzrastał niebywale szybko.
- Gdzie jest Zaara? Może odłożymy dla niej kawałek, zanim nic nie zostanie - zagadnął po chwili Żółty, szturchając Klarę w łokieć. Zauważył, że kawałek tortu dziewczyny jest cały rozmemłany na talerzu, a ona jakby w nim dłubała. - Nie smakuje ci? - przejął się.
- Och, nie! Jest przepyszny! Po prostu trochę się zamyśliłam. Yyy, Zaara? Powinna już tu być... - nienawidziła kłamać, a zwłaszcza swoim przyjaciołom, ale nie chciała sprawić zawodu krasnalowi. Wiedziała, jak mocno przepadał on za elfką i jak ważna była dla niego jej obecność. - Wiesz co, Żółty? Proszę, zjedz jeszcze jeden kawałek, a ja do niej zadzwonię. Na pewno coś ją zatrzymało. - Klara wybrnęła jakoś z sytuacji, nakładając malcowi kolejną porcję "cukru" na talerz, z której najwyraźniej był bardzo zadowolony. Chwycił swoimi małymi rączkami papierowy talerzyk z tortem i zaczął szybko ładować kęsy ciacha do buzi. Dziewczyna oddaliła się od stołu, prędzej wyciągając komórkę z plecaka. Wybrała numer do Zaary. O dziwo odebrała.
- Halo?
- Hej. Będziesz dziś?
- Ja...
- Słuchaj, Żółty pyta o ciebie, a ja nie wiem, co mam mu powiedzieć. Wiesz dobrze, jak ważna jest twoja obecność dla niego. Uwielbia cię. Proszę, nie rób mu tego i wpadnij chociaż na piętnaście minut. Kazał nawet schować dla ciebie kawałek tortu.
- Wiem. Dobra, Wężowa, ale piętnaście minut i ani minuty dłużej.
- Jasne, Amo zaraz...
- Nie potrzebuję transportu! Jestem elfką, inteligencie - zirytowała się. - Powinnaś to rozumieć.
Klara westchnęła. Uszczypliwość Zaary była jej dobrze znana, jak i też jej dziwne poczucie humoru, które z czasem zaczęła rozumieć. Czasami, gdy dziewczyny razem gadały, Klara zupełnie zapominała, że elfka jest złośliwa. Jakby jej uszy od czasu do czasu wyciszały te dogryzki.
- Zaraz będzie - szepnęła Żółtemu do ucha, gdy wróciła do stołu, na co ten w reakcji wytrzeszczył swoje białe zęby. - Tylko jej nie zagadaj, bo szybko nam ucieknie - uprzedziła go.
***
- Nie będzie chciała rozmawiać - wypaliła Stella. - Miałyśmy ją dziś ostro przycisnąć do gadania, ale sama wiesz, jaka jest. No... trudna - nieco ściszyła głos, by nikt, kto siedział z nimi przy stole jej nie usłyszał.
- Nie sposób nie zauważyć - zgodziła się Klara. - Mam wrażenie, jakby coś przed nami ukrywała. Coś, co definitywnie zżera ją od środka.
Klara siedziała obok Amaro, a z jego drugiej strony siedziała Stella.
- Ja bym odpuścił - wyznał Pardeon, wychylając się zza Stelli, którego przed chwilą dziewczyna zapoznała z całą sytuacją. - Słuchajcie, ja wiem, że chcecie dla niej jak najlepiej, ale może ona nie potrzebuje, by ktokolwiek wtrącał się w jej sprawy. Może musi sobie poukładać pewne rzeczy, a wy wywieracie na niej presję.
- Wywieramy presję?! Nie widziałeś ostatnio jej twarzy. Coś jest nie tak! - Klara dotknęła ręką czoła. Zrobiło jej się słabo. Podejrzewała, że to od tych wszystkich nerwów.
- Klarisso, jadłaś coś? - zapytał delikatnie Amaro, obejmujący ją w pasie.
- Tort i kawę - odparła nieco zamroczona.
- Tortu nie zjadła, widziałam. A kawa i to na dodatek czarna, to nie jest jedzenie - sprostowała Stella, która najwyraźniej była zła. - Miałaś nie zaczynać znowu. Mówiłam ci to już milion razy - zwróciła uwagę przyjaciółce i popiła sokiem już zjedzony kawałek tortu.
- Zjem w domu. O! Zaara! Widzieliście, jak przyszła? - zdziwiła się. - Muszę z nią porozmawiać - dodała, zupełnie lekceważąc uwagę dotyczącą jedzenia, a może bardziej niejedzenia. Poczuła się już trochę lepiej. Szturchnęła więc elfkę, omijając ręką Żółtego. Ten układał swoją kostkę Rubika, którą od ostatniej Wigilii zawsze przy sobie nosił. Zaara, która nie wiedzieć kiedy i jak się tu znalazła, czując ukłucie w plecy, wychyliła się.
- Czego?
- Nie "czego", tylko za mną elfia złośnico - wyszeptała Klara i bez czekania na odpowiedź, pociągnęła ją za sobą. - Zaraz wracamy, Żółty. Babskie sprawy, sam rozumiesz - dodała do malca.
Zaara wyglądała dziś ślicznie. Swoje długie włosy związała w ciasnego kitka, ale nie miała makijażu. Mimo to jej blada twarz była urocza. Duże, zielone oczy i brzoskwiniowy odcień warg dodawały słodkości do niezbyt miłego usposobienia elfki. Dziewczyna zarzuciła na siebie ręcznie robioną, jasnobrązową sukienkę ze sznurka. Klara podejrzewała, że Zaara zrobiła ją sama. W końcu umiała świetnie szyć. Kiedy mieszkała na Nirynie, po liceum pracowała jakiś czas w szwalni. Trafiła tu przed Klarą i Stellą, ale była od nich nieco starsza.
- Puszczaj mnie! - wyrwała swoją dłoń z uścisku Klary, gdy obie znalazły się już wystarczająco daleko od reszty. - Co ty sobie myślisz?! - Zaara była wściekła. Tupnęła nawet nogą, co dla jej złoszczenia się było bardzo charakterystyczne. - Nudzi ci się, że tak mnie prześladujesz?!
- Nie działają na mnie twoje gierki, Zaaro, więc skończ ten cyrk! - Klara była już na skraju wytrzymałości. Chciała jej pomóc i nie mogła zrozumieć, dlaczego ta w ostatnim czasie odsunęła się od nich wszystkich. - I mów, co jest grane.
- Nie zrozumiesz! Żadne z was nie zrozumie! - krzyknęła i nie wytrzymała. Z jej oczu zaczęły kapać zielone łzy, które starała się ukryć za przegubem dłoni, ocierając nim policzki.
- A co, jeśli zrozumiem? - podeszła bliżej i delikatnie dotykając jej ramienia, spojrzała Zaarze w jej szkliste i zaczerwienione oczy. I wtedy...
Obie znalazły się w chatce elfki.
Plan śledzenia i "przyciśnięcia" Zaary najwyraźniej się nie powiedzie. Klara podejrzewała, że ta zjawi się i zaraz ucieknie. Miała zamiar za nią pójść i sprawdzić, co kombinuje. Jednak sprawa rozwiązała się sama.
- Jak to zrobiłaś?! - Klara była zdumiona. Nigdy by się nie spodziewała po elfce takiego "skoku" magicznego. - Nie wiedziałam, że potrafisz się teleportować!
- Dużo rzeczy jeszcze o mnie nie wiesz, Wężowa. Siadaj - poprosiła z mieszanką smutku i irytacji w głosie, a może bardziej i rezygnacji?
- Dlaczego w Mrokodołach nie użyłaś tego czaru? I podczas bitwy pomalarońskiej?
- W Mrokodołach byłam jeszcze za słaba, a bitwa... tyle się działo, że nie mogłabym się skupić na teleportacji. Poza tym, dopiero od niedawna zaczęło mi to w pełni wychodzić. Ale nieważne, siadaj wreszcie.
Klara wykonała prośbę albo rozkaz, ciężko było wyczuć. Usiadła na dywanie, a Zaara przyniosła jej gorącą, zieloną herbatę w starym, glinianym kubeczku. Dopiero teraz dostrzegła dużą torbę podróżną, stojąca tuż przy drzwiach wejściowych.
- Powiesz mi wreszcie, o co chodzi? - zachęciła ją, biorąc łyk napoju. Zrobiła to niestety zbyt gwałtownie, bo poparzyła sobie przy tym czubek języka.
- Dziś odchodzę. Opuszczam na stałe Arior.
- Co?
Dźwięk tłuczonego kubka rozniósł się po całym pomieszczeniu.
Rozdział VIIChwilowa kryjówka
Część Ariorczyków przeniosła się na Pomalaronię, część do krystalików, niektórzy na stałe opuścili świat Celine, powracając do swoich rodzinnych stron. Jednak wiele istot zostało we wszechświecie, za wszelką cenę będąc w gotowości na wezwanie Celine i nie chcąc zostawiać jej samej z całym bałaganem.
Do portalu nie weszli (nawet mimo usilnych próśb Zaary) Klara, Stella i Amaro. Galamatena i Elpi zdecydowali się na krystalików, oferujących ponoć dobrą ochronę. Przed ich zniknięciem wszyscy próbowali znaleźć Salamandra, ale nie było po nim ani śladu. Zaara wcześniej zawitała do Baśniowych Salamander, ale nikogo w lokalu nie zastała. Dopiero później zrozumiała coś bardzo ważnego, ale jak na razie wolała sprawę przemilczeć.
Po nieudanych namowach, by przyjaciele jednak opuścili Arior, Zaara przeniosła całą czwórkę do swojej chatki, by tam opracować nowy plan działania. Na szczęście Refizja (na razie) została oszczędzona. Jednak wszyscy wiedzieli, że to tylko kwestia czasu aż wróg tutaj zawita.
Celine nie dawała znaku życia, a Atlanta zniknęło zaraz po wejściu do portalu "ostatniego" stworzenia i zamknęło przejście. Nie wiadomo też, gdzie zawędrował Żółty, ale wszyscy podejrzewali, że prawdopodobnie jest z Galą. Celine była na Mikjuanie, próbując nadal powstrzymać ją od samozniszczenia, co potwierdzały blade, lekko szarawe światła, jakimi jeszcze dzieliła się z Ariorem Mikja. Jednak były one bardzo dziwnie rozmieszczone po ariorskim niebie, kawałki smug, pętle, jakby oderwane od gwiazdy za pomocą czarów...
W tle słychać było wybuchy, walące się drzewa i świszczący wiatr za oknem. Po wszystkim, co już przeszli, zwłaszcza na Pomalaronii, te dźwięki ich nie przerażały. Ale odgłosy wyjących wilkarych owszem. Pozostawiały po sobie coś, co jakby wchodziło w ciała grupy Ariorczyków, sprawiając, że niepokój wśród nich wzrastał.
Przerażenie, śmierć, cierpienie, podłość - z tym kojarzyli dochodzące do ich uszu, okropne odgłosy.
Zamiast rozmawiać o tym, co się działo, wszyscy dziwnie milczeli. Dopiero Klara wreszcie wybuchła, bo miała już serdecznie dość. Dość czekania, aż wróg zrobi z nich miazgę i zabierze wszystko, co kochają i na czym im zależy.
- Dobra - zaczęła niepewnie, ale z nutą determinacji w głosie. Wstała, po czym otrzepała swoją już poszarpaną sukienkę z prochu. Podeszła do okna i po chwili milczenia wylała z siebie to, o czym od dawna myślała. - Nie możemy dłużej czekać. War nie przestanie nas niszczyć, a jeżeli mu się to uda, zajmie się innymi światami. Nigdy nie będzie końca jego mordów. I wiem, że Celine coś robi i ma plan. Wiem, że nie powinnam go w żaden sposób podważać, ale... ja nie mogę czekać, aż wilkare rozerwą nas na strzępy. War chce Celine, to pewne. Możliwe, że zna też szczegóły bitwy pomalarońskiej, co dla mnie i Stelli nie wróży niczego dobrego. - W tym momencie spojrzała na swoją przyjaciółkę. Nie chcąc się jednak rozkleić, szybko odwróciła wzrok.
- Do czego zmierzasz, Klarisso? - zapytał Amaro. Czuł, co chce powiedzieć, ale nie mógł uwierzyć, że jest na to gotowa. Że oni wszyscy są.
- Myślę, że powinniśmy złożyć wizytę Warowi i zakończyć to raz na zawsze. Król przeważnie nie opuszcza zamku, to jego twierdza chroniona czarnymi zaklęciami. Wiele razy tłumaczyli nam to na zajęciach. Moja magia może nie wystarczyć, żeby je złamać, ale magia kogoś, kto włada powietrzem i ogniem, elfki, potrafiącej posługiwać się czarem teleportu oraz światła i smoka, zionącego ogniem, który pochłania wszystko, co stanie mu na drodze, może pomóc w przedostaniu się do jego komnaty. Tylko - tu zrobiła krótką przerwę - Zaaro, kiedy odzyskamy nasze moce?
- Po opuszczeniu Arioru wasze zdolności magiczne powinny wrócić.
- Chcesz go zabić? - wtrąciła się zdziwiona Stella. Przecież to do Klary niepodobne, a właśnie w tym momencie planowała zamach na najsilniejszego potwora galaktyki.
- Nie. Chcę go schwytać. Resztą zajmie się Celine, gdy dostarczymy jej Wara pod same drzwi. Ale to nie jest takie proste. Musimy się dobrze do tego przygotować i dowiedzieć się, czego szukają z Bernem oraz odnaleźć Grego.
- Ja... Wężowa, ja chyba coś wiem - przyznała wreszcie elfka. I widząc jednocześnie zaciekawione i spięte miny przyjaciół, stojących w napięciu naprzeciwko siebie na środku jej pokoju, postanowiła im co nieco wyjaśnić. - Gdy ostatnim razem wybrałam się do Celine... był tam Szarpen i najwyraźniej na kogoś czekał. Siedział w kuchni, a my w salonie. Cel za pomocą jakiejś tajemniczej runy, którą no, wypaliła mi na ramieniu, zwiększyła moją odporność na magię, jaką parają się czarnosierscy. Tym samym pozwoliła mi czerpać z siebie siłę, by moja moc działała, jak trzeba.
Zaara, siadając na dywanie, wyciągnęła do przodu rękę i pokazała im runę. To nie były dawne draśnięcia, jak podejrzewała Klara, tylko coś w rodzaju amuletu ochronnego na ciele.
Klara przyjrzała się bliżej tajemniczemu skryptowi. W połowie ramienia Zaary został umieszczony prostokąt, a w środku niego coś w rodzaju zawijasa. We wnętrzu prostokąta, nad, pod oraz z prawej i lewej strony symbolu wyraźnie dostrzegalne były kropki.
- Gdy Celine kończyła wypalać znak, do jej domu ktoś zapukał. Otworzyła dopiero, gdy odesłała mnie na górę. Musiałam siedzieć tam przez jakieś pół godziny, by potem mogła sprawdzić, czy runa przyjęła się do ciała. Jak wychodziłam z salonu, dyskretnie położyłam na komodzie swoją spinkę. Wiedziałam, że z poddasza wiele nie usłyszę. Przecież Cel wie, że mam świetny słuch. Utworzyła barierę, bym nie mogła usłyszeć, co mówią. Ale dzięki mojej magicznej spince, złapałam połączenie. Słyszałam wszystko. Była mowa o jakiejś muszli. Bernandten został wysłany przez Celine do krainy o nazwie... - tu zrobiła przerwę, gdyż na moment nazwa miejsca gdzieś jej umknęła. - Cirikja. Ponoć nie ma tam lądów, kiedyś o niej czytałam, tylko woda i niebezpieczne głębiny. Ponoć żyją tam największe oceaniczne potwory w całej galaktyce. Takie, o jakich nigdy nam się nie śniło.
- Po co Celine miałaby wysyłać tam Bernandtena? - zastanawiała się Klara. - Czyli wiemy, że to coś, możliwe, że muszla, może być ukryte w wodzie.
- Może tak być, Wężowa. Ale to nie wszystko - w tym momencie wzrok Zaary padł na Amaro, który wcześniej cofnął się od nich, by móc chyba coś ważnego przemyśleć. Jednak teraz mężczyzna opierał się o ścianę i wsłuchiwał uważnie w każde jej słowo. - Twój dziadek wspominał coś o tym, że "ona zniszczyła mu życie".
- Co? - mężczyzna aż się zaśmiał, doskonale wiedząc o kim mowa. - Jeżeli ktokolwiek komuś zniszczył życie, to on mnie i Szarpenowi.
- Amo - upomniała go Klara z niezadowoloną miną.
- Tak. Chodziło o Grego. Ale ta osoba czy coś tam innego, która przyszła... nic nie mówiła, tylko skrzypiała, a ja jej w ogóle nie rozumiałam. Odczułam, może i mylnie, że jest zła. Celine starała się ją albo jego uspokoić. Tłumaczyła, że niebawem załatwi sprawę z wilkarymi. Szarpen dodał też, że to nie jej wina, ale gość był niezadowolony. Najgorsze jednak w tym wszystkim było to, że War chce... - tu przerwała. Nie mogło jej to przejść przez gardło. Zakryła twarz jedną ręką, po czym szybko ją opuściła, lekko uderzając o swoje udo. Musiała dokończyć wypowiedź. - War chce dorwać Stellę.
Wśród przyjaciół zapadła głęboka cisza, która trwała z dobrą minutę, nie licząc oczywiście tego, co działo się aktualnie na zewnątrz. Nikt się tego nie spodziewał. Każdy z nich żywił nadzieję, że jakimś cudem król nie dowie się o tym, co zaszło na Pomalaronii i w jej mrocznym miejscu - Mrokodołach. Naiwnie myśleli, że dojdzie do niego plotka o odwadze Ariorczyków, którzy stanęli twarzą w twarz z oddziałami zła, ale... niestety. Klara i Stella zbyt mocno się wyróżniły, pokazując, na co je stać. Teraz wszystko stało się jasne.
War wie.
Już wie.
O nich.
- Po moim trupie - powiedziała stanowczo Klara.