Dziwnowiecze - Marcelina Langowska

Kup ebooka

48.46 zł
40.22 zł (41,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Arior było niezwykłą planetą. Dobro, jakim emanowało, potrafiło rozświetlić najciemniejsze serca okrutników. Nie dało się oprzeć takiej magii. Magii miłości...

Raz dziennie, około szóstej rano, padał tu promień gefezu znad Sabriny. Sabrina to najmniejsza i najjaśniejsza ze wszystkich gwiazd. Jej promienne spojrzenie zwiastowało szczęście i pomyślność.

Prócz słodko-słonych wód na Ariorze znajdowało się jezioro kawy z mlekiem. Ziarna kawy, rosnące na dnie, zaparzały się w cieple sadzawki. Tuż przy brzegu można było dostrzec mlecznorusy, czyli białe kwiaty, z których pąków do jeziora skapywało mleko. Legenda głosiła, że gdy się weszło do tego zbiornika, uczucie ulgi i spokoju ogarniało kąpiącą się istotę.

Arior zamieszkiwały przeróżne stworzenia od syren, cyklopów, minotaurów, wszelkiego rodzaju hybryd aż po elfy i jednorożce. Jednak sporą część mieszkańców stanowiły owce. Wełna tych istot miała perłoworóżową barwę, a ich nienaturalnie duże oczy oplatały długie i gęste rzęsy, czarne jak smoła. Owce poruszały się w pozycji wyprostowanej. Wszystkie istoty z Arioru tworzyły rodzinę. Ta planeta stanowiła ich królestwo oraz dom. Mieszkańcy tego nadzwyczajnego miejsca mieli swoją królową - Celine. Była naprawdę piękna i nieco inna od pozostałych owiec. Jako jedyna posiadała krystalicznie białą wełnę i turkusowe oczy (tęczówki pozostałych cechowały jedynie różne odcienie brązu). U Celine dało się dostrzec brak lewego ucha. Jednak jej odmienność nie wynikała wyłącznie z wyglądu, ale także z jej wyjątkowego serca. Nikt się nigdy na niej nie zawiódł. Zawsze emanowała dobrą energią, ale przede wszystkim kochała tak, jak żadna inna istota kochać nie potrafiła. Nazywano ją często Angeliną, z połączenia imienia Celine i słowa angel.

Angelina została założycielką szkoły licealnej i policealnej o nazwie Lavender House. Oprócz stworzeń Arioru uczyli się w niej również ludzie. Do tej pory przybyła ich tu zaledwie garstka. Trafiali na nią samodzielnie, lecz nie wszystkim się to udawało. Na Arior docierali tylko ci, w których duszach pozostało jeszcze choć trochę dobra, empatii oraz wiary. Jednak przybywali. I... tak, to trochę dziwne i zwariowane, że ktoś mógłby ot tak przenieść się do innego świata. Ale dokładnie w ten sposób to działało. Podczas pobytu na Ziemi czy na jakiejś innej planecie wzywane istoty zaczynały odczuwać coś w rodzaju końca i równocześnie nowego początku. Miewały też niecodzienne objawy, jak np. wybuchanie niekontrolowanym śmiechem albo przewracanie się, mimo że tak naprawdę o nic się nie potknęły. Po jakimś czasie wiedziały, że już czas...

Rozdział IApsik!

- Jeszcze ciemno - pomyślała Klara, po czym dodała: - Och, jakby tak mogło być zawsze!

- A psik! - kichnęła Stella. - Ała!

Przyjaciółka rzuciła w nią poduszką.

- Kiedyś Ci za to oddam. Zobaczysz.

Gdyby nie to, że dziewczyny znały się praktycznie od zawsze, Klara po gniewnym spojrzeniu Stelli mogłaby uznać to za groźbę. Wiedziała jednak, że to żart.

- Ej, która godzina? - mina kichaczki stała się już bardziej łagodna.

- Dochodzi piąta.

- To niech nie dochodzi. Jest idealnie.

- Wiem. W ogóle to od kilku dni budzę się o tej samej godzinie i... cholera, znowu! - krzyknęła Klara.

- Co jest?

- Ciarki! Na całym ciele. Nie rozumiem - zastanawiała się.

- A psik! A psik! A psik! Kurde!

- Pierdziele, my jesteśmy jakieś inne. Ja mam ciarki, a ty kichasz.

- Ale dokucza mi to dopiero od niedawna. Chora nie będę, bo czuję się okej - stwierdziła Stella.

- Hm, to nie wiem, co z nami jest nie tak, ale w takiej sytuacji możemy zrobić tylko jedno! - rzekła entuzjastycznie Klara.

- Masz na myśli kawę, prawda?

- Pewnie, że tak! No, rusz tyłek! Szybko! Idziemy!

- O rany, nie chce mi się - westchnęła Stella, ale widząc nakręcone spojrzenie przyjaciółki, po chwili dodała: - Dobra, chodź.

Dziewczyny wyszły z pokoju Klary i skierowały się do kuchni, znajdującej się na parterze, tak samo jak pokój dziewczyny. Klara zrobiła kawę w dwóch wyjątkowych kubkach. Jeden z nich był ciemnozielony, w kształcie Yody[1], a drugi czarno-biały z wizerunkiem poszukiwaczki przygód Lary Croft[2]. Stella ją po prostu ubóstwiała. A Klara kochała wygląd zielonego stwora z "Gwiezdnych wojen", jego sposób bycia i mówienia. Podobało jej się, jak przestawiał kolejność wyrazów.

- A cukier?!?! I gdzie mleko?!?!

- Nie drzyj się tak, bo ci usta wybuchną! - odburknęła Klara, stawiając na blacie karton mleka i słodzik, bo cukru nie było.

- Kiedy wracają twoi rodzice? - spytała Stella, biorąc od przyjaciółki ciepły napój.

- Ugm... - Klara przełknęła łyk tego niebiańsko pysznego napoju. - A kto to wie? Nie no, pewnie jakoś wieczorem. Znaczy, tak myślę.

- Często zostawiają cię samą, nie?

- No, ale mi to pasuje.

Rodzice Klary nazywali się Łucja i Lucjan. Nie należeli do przeciętnych rodziców. Byli raczej szaleni, chaotyczni, czasem wybuchowi, sporo przeklinali i lubili poimprezować. Mama zdawała się nieco spokojniejsza od taty, ale też potrafiła się nieźle zabawić. Często robili sobie wypady poza miasto. Chcieli, by córka jeździła z nimi, ale Klara miała swoje powody, by jednak zostawać w domu.

- Jezu, podziwiam cię. Serio. Ja bym oszalała w tak ogromnym domu. Jeszcze te duże okna, zawsze odsłonięte.

Dom dziewczyny był naprawdę spory. Liczył pięć pokoi, dwie łazienki, dużą kuchnię, a nawet salę kinową. Na zewnątrz znajdował się basen. Jak na takie małe miasteczko, w którym mieszkali, robił on spore wrażenie. Rodzice Klary byli po prostu przy kasie, a właściwie to Lucjan był przy kasie jako szef firmy budowlanej. Zajmował się głównie budową mostów i dróg. Mama dziewczyny od wielu lat pracowała w opiece społecznej.

Klara jakoś nie czuła z tego powodu zadowolenia... W sensie cieszyła się, że ma materialnie wszystko zapewnione, ale nigdy nie czuła się przez to lepsza. Po pierwsze, to przecież nie ona zarabiała te pieniądze, a jej rodzice. Po drugie, pieniądze nie są wyznacznikiem wartości człowieka, tylko jego serce. Tak uważała.

- Ha, ha, weź! Jestem przyzwyczajona. Poza tym lubię swoje towarzystwo, a na zewnątrz jest Tango.

Tango to przepiękny, krótkowłosy owczarek niemiecki. Wcześniej był szkolony na psa policyjnego, ale zaczęło mu opadać uszko, więc właściciele postanowili znaleźć dla niego nowy, dobry dom. Rodzice Klary akurat szukali dużego psa na podwórko. Tango szybko się u nich zadomowił, a teraz jest częścią rodziny.

- Aaa! Szlag! Widziałaś to?!

- Yyy, no. Czemu eksplodował ci kubek? - odezwała się trochę osłupiała Stella, trzymająca w ręku słodzik, z którego nagle zaczęły wylatywać białe pastylki. Unosiły się aż do sufitu i jakby... tańczyły?

- Przywal mi z paczki najtwardszych krówek świata, jeśli to, co widzę, jest prawdą - wydusiła z siebie właścicielka już nieistniejącego kubka o kształcie mistrza jedi.

- Hm, a mogę z tego krzesła? - zapytała niemo dziewczyna, wskazując na siedzenie obok.

Przyjaciółki wpatrywały się w rozbrykane kapsułki, które zaczęły uciekać na zewnątrz przez uchylone okno. Chwilę potem zauważyły, że zbliża się do nich ogromna, jasna kula. Robiła się coraz większa i większa.

- Uciekajmy! - krzyknęły obie, po czym wybiegły z domu. Skręciły w przeciwną stronę dziwnego zjawiska i gdy obejrzały się za siebie... to coś już zniknęło.

- Cholera! Co to było?!

- Goniło nas! - stwierdziła Klara.

- Wracajmy.

Dziewczyny znalazły się z powrotem w domu. Stella zabrała się za dopijanie swojej i tak już zimnej kawy, a Klara nalała sobie wody do szklanki.

- Myślisz, że ktoś oprócz nas zdążył to jeszcze zobaczyć? - zastanawiała się dziewczyna siedząca na krześle obok swojej przyjaciółki.

- No... jeśli tak, to jutro będzie o tym głośno.

- A co, jeśli tylko my to widziałyśmy? Ej? - Stella szturchnęła nieco zamyśloną Klarę w ramię.

- To mamy przesrane w tym gównianym świecie - odparła miłośniczka kawy.

[1] Ariana Grande-Butera, amerykańska piosenkarka, kompozytorka, aktorka pochodzenia włoskiego.

[2] Whitney Elizabeth Houston, amerykańska piosenkarka muzyki pop i R&B, aktorka, producentka filmowa i muzyczna.

[3] Świstl - określenie wymyślone przez Stellę.

[4] Harry Potter, ekranizacja serii książek J.K. Rowling. Akcja rozgrywa się w świecie czarodziejów.

[5] Hogwart, Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, fikcyjna uczelnia kształcąca młodych czarodziejów, stworzona przez J.K. Rowling na potrzeby serii książek pod tytułem Harry Potter.

[6] Luna Lovegood, fikcyjna postać występująca w serii książek J.K. Rowling o Harrym Potterze.

[7] Hagrid, fikcyjna postać występująca w serii książek J.K. Rowling o Harrym Potterze.

[8] Zgredek, skrzat domowy, fikcyjna postać występująca w serii książek J.K. Rowling o Harrym Potterze.

[9] Gryffindor, jeden z czterech domów w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.

[10] http://pottermore.com

[11] Slytherine, jeden z czterech domów w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.

Rozdział IIIStary świerk i parę niezwykłych dźwięków

Miesiąc później, koniec kwietnia

Klara i Stella stały na dziedzińcu szkolnym i udawały, że słuchają przemówienia dyrektora. Mówił i mówił bez końca. Wreszcie, po prawie czterdziestu minutach monologu, postanowił pożyczyć uczniom bezpiecznych wakacji i wspomnieć oczywiście o tym, jak ważna jest edukacja.

- Tsa... akurat - pomyślały obie dziewczyny. Nauczyciele zawsze to powtarzają, aż na samą myśl o tym tekście chciało im się wymiotować.

I nagle zrobiło się zimno. Tak po prostu.

- Stella? - szepnęła dyskretnie Klara i spojrzała pytająco. Ta w odpowiedzi tylko kiwnęła głową i zamknęła oczy, a przyjaciółka poszła w jej ślady, robiąc dokładnie to samo. Chłód, który ogarnął ich ciała, był nie do zniesienia. Chciały krzyczeć, ale nie miały na to sił.

- Niech to się już skończy. Proszę... - błagała w myślach Klara. Zerknęła na Stellę, która zrobiła się już cała sina. Trzeba coś zrobić. Pustka. Jakby zmroziło jej mózg. - Myśl, ciemnoto! - skarciła się w duchu. Widok przyjaciółki zmieniającej barwy na twarzy nie pomagał jej wcale w skupieniu. Przemówienie potrwa jeszcze jakiś dobry kwadrans. Potem wszyscy opuszczą teren szkoły i ruszą oblewać najdłuższe wakacje życia, no pomijając fakt, że przed nimi były jeszcze do napisania matury. - Dawaj - ponaglała się.

Zaczęła już dygotać, ale Stella... z nią było dużo gorzej. Cała zesztywniała. Na szczęście obie stały na tyłach grona ludzi ze swojej klasy i z brzegu boiska szkolnego, więc nikt nie widział, co się z nimi dzieje. Obok boiska znajdował się mały park, gdzie uczniowie mogli sobie pospacerować w czasie przerwy między lekcjami. Klara, której siły już się kończyły, po cichu zaciągnęła swoją przyjaciółkę za stary świerk, rosnący przy wejściu na skwer. Był on na tyle duży, że spokojnie zasłonił obie dziewczyny. Gdy tylko się za nim ukryły, Stella padła na kolana i zaczęła ciężko oddychać. Klarze też się pogorszyło. Po chwili obie leżały już na suchej i trochę wypalonej od słońca trawie. Nie wiedziały, ile tkwiły za drzewem. Zimno przejmowało całe ich ciała.

Coś mignęło Klarze przed oczami. Coś białego. I ten śpiew. To śpiewało. Tak inaczej i wyjątkowo. Jeszcze nigdy nie słyszała takich dźwięków. Niezwykłe. Po prostu nie do opisania. Jakby melodia wydobywająca się z tego niezwykłego zjawiska wysysała chłód z ciał dziewczyn. Obie równocześnie otworzyły oczy i się podniosły. Nie było teraz czasu na myślenie o tym ani na rozmowę.

- Dyrektor już się chyba zamknął - odezwała się Stella, bardziej świadoma tego, co się wokół niej dzieje.

- Szybko - syknęła Klara, chwytając przyjaciółkę za rękę i pomagając jej wstać.

Obie wróciły więc ze swojej kryjówki tak samo, jak się oddaliły - niezauważone. Powoli podeszły do swojej grupy, jakby nigdy nic się nie stało. I chyba nikt nie zauważył w ich zachowaniu niczego dziwnego. Były nieco spięte, ale dobrze ukrywały przerażenie niedawno zaistniałą sytuacją.

Wszyscy z klasy żegnali już wychowawczynię. Dziewczyny wymieniły z nią kilka zdań i mocno ją przytuliły. To bardzo miła i ciepła kobieta. Niestety, tak jak kończy się każdy rozdział książki, tak i tutaj - nadszedł koniec ich nauki w liceum.

Powoli ludzie z ich grupy, a także inni uczniowie i nauczyciele zaczynali się rozchodzić. Przyjaciółki zrobiły podobnie. Skierowały się w stronę tłumu nastolatków zmierzających ku wyjściu poza teren szkoły.

Dziewczyny odwróciły się jeszcze do wychowawczyni i pomachały jej na pożegnanie. Klara odniosła wrażenie, że Pani Róża się wzruszyła. Mimo że dzieliła je już spora odległość, dziewczyna czuła, jakby kobiecie popłynęły łzy.

- Dziwne - pomyślała.

- Jeśli nadal tak będzie, to skończymy w wariatkowie! - rozgniewana Stella wytrąciła ją z zadumy.

- Zamkną nas i będą traktować jak króliki doświadczalne, testując leki przeczyszczające? - wyrzuciła Klara, nie zastanawiając się do końca nad tym, co za słowa wyszły z jej ust.

Stella tylko uderzyła się teatralnie w głowę i zaśmiała.

- Nie, to chyba tak nie działa - dodała po chwili z utrzymującym się bananem na twarzy.

- Może to dziwnie zabrzmi, ale mam dobre przeczucia. Wiesz, jeśli chodzi o to, co ostatnio się z nami dzieje... - wyznała wreszcie przyjaciółce, na co ta...

- Ała! - wrzasnęła.

Stella rzuciła szyszką (którą wytrzasnęła nie wiadomo skąd) w nogę Klary.

- No dzięki! - oburzyła się.

- Posłuchaj, ja się po prostu boję. Rozumiesz? Wcześniej zdarzały się już dziwne rzeczy. Pamiętasz? Jeszcze w drugiej klasie. Ale potem to ucichło. No więc... żyłyśmy normalnie, chodziłyśmy do szkoły. A teraz, za niedługo czekają nas matury- ciągnęła zrezygnowana, gdy nagle Klara wtrąciła się w jej wypowiedź:

- Wiem. Miałaś nadzieję, że to nie wróci. Ale jest trochę inaczej. Ja też się boję, Stell, jednak wiem, bo naprawdę... Mam w środku taką dziwną pewność, że poradzimy sobie z tym. Nie martw się - mówiła, starając się, by jej słowa brzmiały przekonująco. - A teraz muszę ci oddać za pieprzoną szyszkę! - krzyknęła, po czym odwróciła się do Stelli i wyjęła zza ucha maleńką tubkę brokatu, którą zawsze przy sobie nosiła, właśnie w tym miejscu. Wysypała całą jej zawartość na dłoń i dmuchnęła ślicznym pyłkiem prosto w zbrodniarkę szyszkową.

- No kurde! Dzięki! - darła się, jednocześnie próbując strzepnąć z siebie to coś, na punkcie czego Klara miała niestety obsesję. - Teraz będę musiała umyć głowę! Co za debil! Kurczę! - wściekła Stella jeszcze przez co najmniej dziesięć najbliższych minut drążyła temat swoich włosów. - Super odwet! Świiiiistl!

Dziewczyny zaczęły się śmiać. To wszystko, co się im niedawno przytrafiło, wydawało się w tej krótkiej chwili tak odległe, gdy żartowały i dokuczały sobie. Jak to one miały w zwyczaju.

Rozdział IVDwa nietypowe charaktery

Czas matur minął dziewczynom, jak z bicza strzelił i nic niepokojącego się nie wydarzyło. Czerwiec również okazał się spokojnym okresem. O dziwo.

Klara spojrzała w górę.

- Słońce to bezlitosna suka - pomyślała. Na zewnątrz grzało ono tak mocno, że wyjście z domu bez jakiegokolwiek nakrycia na głowę byłoby czystym samobójstwem.

- Zaaa cooo - odezwała się Stella głosem pełnym żalu. Leżała niczym płaszczka na bladozielonym, wiklinowym fotelu znajdującym się na jej balkonie.

Natomiast Klara zajęła się podpatrywaniem dwóch osób pracujących na sąsiedniej działce. Z ganku obserwowała, co takiego robią jej dziadkowie. Co chwila zmieniali wizję ogrodu, więc przesadzanie u nich kwiatów, krzewów i drzew stanowiło normę. Nie raz, nie dwa zdarzało się, że gdy wpadała do nich na kawę, w miejscu, gdzie udało jej się wcześniej zapamiętać jakąś roślinę, rosło coś innego.

- Za to, że po prostu jesteś. Człowiek ma przecież mózg! Potrafi myśleć, a i tak krzywdzi innych. Jesteśmy przereklamowaną, samolubną i niezasługującą na nic rasą potworów - odparła Klara ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy, poprawiając zalotnie swoje długie, gęste i falowane włosy w kolorze jasnego brązu.

Przyjaciółka zerknęła tylko w jej stronę ze znużoną miną, po czym stwierdziła:

- Jesteś porąbana, ale to, co mówisz, ma sens. - Stella poprawiła się nieco na fotelu i założyła ręce za głowę, biorąc przy tym głęboki wdech.

Klara się zaśmiała, patrząc jeszcze przez chwilę na Stellę. Bardzo ją kochała. Była dla niej jak siostra, której nigdy nie miała. Zresztą, nie miała żadnego rodzeństwa. A jej równie dziwna towarzyszka doskonale wypełniała tę pustkę. Klara mogła powiedzieć przyjaciółce wszystko - dziewczyny łączyła naprawdę wyjątkowa więź. Ta przyjaźń przeżywała wzloty i upadki, jednak przetrwała. Obie wciąż uczyły się wzajemnie akceptować, co nie było wcale takie łatwe, bo miały dość nietypowe charaktery.

Stella na przykład to nietypowa osobowość. Nie brała do siebie tego, co myślą na jej temat inni ludzie. Miała to gdzieś. Jej podstawowa zasada brzmiała: "Walić to". Co nie oznaczało jednak, że nic się dla niej nie liczyło. Wręcz przeciwnie. Zależało jej na wielu rzeczach. Była też nieco gorliwą katoliczką. W każdą niedzielę i święta chodziła do kościoła. I nie rozumiała, gdy ktoś postępował inaczej, a robiła tak właśnie Klara. Ona nie przepadała za kościołem. Odwiedzała to miejsce, gdy musiała, np. kiedy nadeszła pora bierzmowania i dziewczyna potrzebowała wyrobić w parafii normę wizyt, za co Stella często gęsto ją opieprzała.

Raczej dystansowała sie do ludzi. Ciężko przełamywała pierwsze lody. Jeśli kogoś zbyt dobrze nie znała, to traktowała go z sympatią, ale na dystans. Jednak gdy kogoś polubiła, to okazywała to żartami - rozśmieszała tę osobę, by poczuła ona szczęście. Stella miała naprawdę ogromne serce, tylko na pierwszy rzut oka nie było tego po niej widać. Prawie zawsze wyglądała na zmęczoną, ale to dlatego, że ciągle ćwiczyła grę na klarnecie i nie tryskała niepotrzebnie energią. Z tego względu też rzadko wychodziła z domu. Ale wracając do jej psot, to nie wszyscy niestety je rozumieli. Jednak Klara rozumiała. Najbardziej.

Kiedyś podczas lekcji Klara rysowała babeczki w swoim zeszycie od chemii. Boże, jaką ona miała wtedy na nie ogromną ochotę! W tym samym czasie Stella podkradała jej kredki i wkładała w dziurki piórnika przyjaciółki, do czasu aż wyglądał on jak wściekły jeż. Jak wyciągnęła go z pod ławki... Klara, nie mogąc się wtedy powstrzymać, parsknęła głośnym śmiechem na całą klasę, a Stella poszła w jej ślady. Nauczycielka wtedy tak się poirytowała, że chyba ją zatkało i nawet nie zwróciła dziewczynom uwagi. I tak wyglądały właśnie psikusy tej mającej fioła, niesamowitej istoty. Ale jak każdy - posiadała też wady. Gdy Klara ją do siebie zapraszała, ta mówiła: "Nie, bo mi się nie chce". Klarze trochę zajęło zaakceptowanie tego, że Stella często jej odmawiała, i zrozumienie, że przyjaciółka jej nie olewa. Ona po prostu taka była i zamiast szukać głupich wymówek, waliła prosto z mostu. Jednak mimo szkoły muzycznej i długich ćwiczeń znajdywała czas dla najbliższych.

Natomiast Klara... to kompletny chaos. Miała swój świat. Czasem myślała, że jej mózg funkcjonuje na opak. Była zagubiona i sama siebie nie rozumiała. Kochała przebywać w lesie, nad morzem czy po prostu w ogrodzie. Wolała towarzystwo zwierząt, roślin czy magicznych kryształów dużo bardziej niż ludzi. Wyjątkiem stała się tutaj właśnie Stella. Jedyna osoba, z którą potrafiła spędzić tak długi czas i nadal nie chcieć uciekać od niej na drugi koniec świata.

Klara nienawidziła wywyższania się. Gardziła nietolerancją. Uważała, że każdy ma prawo do własnych poglądów, o ile nie robi tym krzywdy drugiemu człowiekowi. Nie lubiła też nachalności. Od razu ulatniała się z towarzystwa takich osób.

Była indywidualistką i potrzebowała dużo przestrzeni, wręcz wolności. Robiła wszystko po swojemu, np. kiedy pisała test i znała poprawną odpowiedź, powiedzmy z internetu, a nie zgadzała się z nią, to dawała własną lub całkowicie omijała pytanie.

Jeżeli kogoś polubiła, to podobnie jak Stella okazywała to w dość nietypowy sposób, np. wrzucając tej osobie własnoręcznie wykonany rysunek do plecaka.

Ludzie zazwyczaj myśleli, że ich nie słucha. Często zdarzało jej się wyłączać podczas rozmowy z kimś. Po prostu myślała wtedy o tym, jakiej piosenki się dziś nauczy bądź czy wieczorem będzie ciepło i czy zdąży popływać. Kochała muzykę, ale równie mocno, a może nawet i mocniej, kochała świat natury i wodę. Bo odgłosy przyrody i dźwięk fal uderzających o brzeg stanowiły melodie jej serca.

Stella od czasu do czasu wkurzała się na Klarę, ponieważ gdy ta druga się nudziła, uważała, że inni też się nudzą i mają dla niej czas. Oczywiście pretensje dotyczyły głównie Stelli, bo była jej jedyną przyjaciółką. Ta z kolei nie miała takich problemów, tylko czasami wolała sobie pospać w dzień, na przykład w weekend, żeby trochę odespać szkołę muzyczną. Stella musiała być stale w gotowości, bo czasami Klara wpadała niespodziewanie do jej domu i wyjadała wszystkie orzechy z szafki. Chyba że znalazła tam masło orzechowe i marchewki w lodówce. Te produkty szybko znikały z kuchni Stelli po wizycie przyjaciółki, która była nieco nieokrzesana i zbyt nakręcona na niektóre rzeczy.

Jednak mimo swoich wad dziewczyny bardzo się lubiły, a czasu, jaki spędzały razem, nie dało się zastąpić. Obie stanowiły jakby rodzeństwo małych i ciągle gryzących się, lecz mocno kochających lwiątek.

Rozdział VIJeden krok

Przyjaciółki stały na balkonie. Ich wzrok utkwiony był w bańce, która powoli się do nich zbliżała. Klara wzięła Stellę za rękę i mocno ścisnęła.

Bały się, a strach w tej sytuacji wcale im nie pomagał.

- A psik! A psik! - kichała Stella.

- Ssss... - Klara wzdrygnęła się, gdy dreszcz ponownie postanowił zaskoczyć ją swoją obecnością. Znów poczuła dobrze jej znany chłód.

Dziewczyny nieco lepiej przyjrzały się tajemniczej kuli, która sprawiała wrażenie, jakby została wykonana ze szkła, ale wcześniej stłuczonego, a potem - na nowo posklejanego. Przedtem przyjaciółki tego nie dostrzegły, jednak z takiej niewielkiej odległości mogły dostrzec więcej szczegółów. Teraz dziwne zjawisko znajdowało się zaledwie sto metrów od nich.

- Dlaczego nikt tego nie widzi?! Dlaczego nikt nie reaguje?! - zaczęła krzyczeć Stella, najwyraźniej wyrwana z wcześniejszego osłupienia. Nie otrzymała niestety żadnej odpowiedzi.

Z balkonu - oprócz dziadków Klary, którzy już pewnie spali i śnili o przesadzaniu drzew w swoim ogrodzie - dostrzec można było zarysy jeszcze kilku postaci. Sąsiedzi z naprzeciwka rozpalili grilla, a ich goście bawili się w najlepsze. Nikogo nie obchodziła tajemnicza kula, unosząca się w powietrzu, która powoli zbliżała się w stronę dziewczyn. Zupełnie jakby nie istniała.

Jednak w pewnym momencie zatrzymała się, a powietrze wokół przyjaciółek zgęstniało. Nastała grobowa cisza.

Słychać było tylko, jak Stella głośno przełknęła ślinę. Nawet Klara zaczęła się bać.

- Spieprzajmy stąd - zasugerowała szeptem nastolatka, na której twarzy wyraźnie malowało się napięcie.

- Ani mi się waż. Sprawdzimy to - sprzeciwiła się Klara, też nieco przerażona.

Trzask. Coś pękło. Okropny dźwięk.

A Stella doskonale go rozpoznała.

Czy to nie było to samo, co usłyszałam, spadając jakiś czas temu z kanapy? - zastanawiała się. Ale nie mogła pogłówkować nad tym dłużej, ponieważ...

Nagle kula zaczęła rozsypywać się na kawałki, które zdawały się fruwać po całej ich ulicy. Dziewczyny nie były w stanie stwierdzić, ile dokładnie to trwało. Po jakimś czasie zauważyły jednak, że kryształki łączą się i formują w przeogromne schody, mieniące się w blasku księżyca, wiszącego wysoko na niebie.

Klara znów usłyszała tajemniczą melodię, która niedawno uratowała ją i Stellę z totalnego wyziębienia na szkolnym boisku.

- To ona! Słyszysz?!

Przyjaciółka kiwnęła tylko potwierdzająco głową. Melodii nie musiały się bać, miała ona bardzo dobrą energię. Nawet Stella to czuła.

Obie wpatrywały się w stopnie, które piętrzyły się aż do gwiazd i które znajdowały się zaledwie kilka kroków od nich.

Tego się nie da wyjaśnić, ale w tej samej chwili obie spojrzały sobie w oczy.

I wiedziały, co powinny zrobić.

A mianowicie... wejść po schodach.

Teraz.

- Raz pokręconym "mam wszystko gdzieś" dziewczynom śmierć, co? - odezwała się na zachętę Klara, chcąc tym samym trochę rozśmieszyć swoją przyjaciółkę.

- No, zrobimy to teraz albo nigdy nie napiję się w kosmosie tego czekoladowego mleka. To... razem.

Wdrapały się na poręcz balkonu i ponownie chwyciły za ręce. Miały wątpliwości co do tego, co właściwie robiły, ale jednocześnie czuły, że to jedyne rozwiązanie.

- Nie wahaj się - przekonywała samą siebie Klara, mająca niestety lęk wysokości.

- Po prosu to zróbmy. Jak mówiłaś. Na trzy, dobra? Raz...

Klara ni stąd, ni zowąd nagle pociągnęła za sobą Stellę, nie czekając nawet, aż ta skończy odliczać do trzech. Zrobiła to, ponieważ wiedziała, że jak będzie się za długo zastanawiać, to stchórzy. Zadziałała więc po swojemu.

***

Dziewczyny stały na pierwszym stopniu, znajdującym się zaledwie metr od poręczy balkonu, wciąż trzymając się za ręce i przysłuchując cudownie brzmiącej melodii. Coś ciągnęło je w górę. Jakaś dziwna siła, o której nie miały zielonego pojęcia.

Ruszyły.

Wspinały się po kryształowych schodach, zmierzając ku nieznanemu. Pod ich stopami widoczne były światła samochodów i sąsiadujące ze sobą małe budynki. Ale one nie patrzyły w dół. Ich oczy skierowane były ku górze, ku czemuś, czego nawet nie potrafiły sobie wyobrazić...

Rozdział VIIKryształowe schody

Dziewczyny znajdowały się już tak wysoko nad ziemią, że gdy patrzyły w dół, były w stanie dostrzec zaledwie małe, mieniące się kropki. Znak, że ich miasto żyje.

Obie odczuwały przerażenie obecną sytuacją.

Czy to sen? Czy naprawdę idą po magicznej ścieżce? O co w tym wszystkim chodzi? Do ich głów napływało sporo pytań.

Ale szły dalej.

Temperatura wciąż spadała i robiło się coraz zimniej. Po około godzinie wspinania się po stopniach Klara dostała okropnie mocnych drgawek i zemdlała.

Stella, która szła jako pierwsza, z początku nie zauważyła złego stanu przyjaciółki. Gdy się obejrzała, w mgnieniu oka znalazła się tuż przy leżącej Klarze, gorączkowo próbując przywrócić ją do przytomności.

- Obudź się! Proszę! Nie teraz! Nie tutaj! - krzyczała, już zrozpaczona. Podjęła się nawet udzielenia przyjaciółce pierwszej pomocy, ale nic to nie dało. Sprawdziła jej czoło, było zimne. Aż za zimne, policzki także. Stella wiedziała, że musi się uspokoić, ale w tej sytuacji okazało się to nadzwyczaj trudne. Nie mogła pozwolić, by Klarze coś się stało. Chwilę później zauważyła, że wrócił jej oddech. Nie miała pojęcia, jakim cudem, ale dobrze, że tak się stało. - Co jest? - powiedziała nagle do siebie, zdziwiona.

Ku jej zdumieniu ciało Klary zaczynał pokrywać delikatny puch. A może bardziej meszek? I było go coraz to więcej. Stopniowo pojawiał się on na dłoniach, ramionach, szyi, karku i twarzy dziewczyny. Uszy śpiącej nastolatki powoli zmieniały kształt, do momentu, aż stały się podobne do kocich.

Niezależnie, co działo się Klarze, Stella po prostu ją przytulała.

- Nie zostawię cię - powiedziała przez łzy.

Stella martwiła się, że jej przyjaciółka nadal nie otwierała oczu. Jeszcze przez dobrą godzinę trzymała ją w objęciach, nie wiedząc, co dokładnie dzieje się wokół nich. Miała wrażenie, że to po prostu jakiś dziwny sen. Dziewczyna płakała, jednak gdy jej zmęczenie w końcu sięgnęło zenitu, zasnęła.

A po prawie dwóch godzinach...

- Jezu!!! - krzyknęła Stella i zerwała się na równe nogi tak szybko, jak tylko potrafiła. Serce waliło jej jak oszalałe. Pociła się. Czuła, że plecy ma już całe mokre. Zobaczyła przed sobą ogromnego kota, a raczej... geparda. Tak, zdecydowanie to był gepard.

Jednak najbardziej zastanawiało ją to, jakim cudem mogła leżeć obok tego drapieżnika i nadal żyć?

Dopiero teraz dostrzegła jego delikatnie muskularną i jednocześnie smukłą budowę ciała oraz zaskakująco długie łapy. Sprawiał wrażenie zabójcy jednocześnie silnego, jak i lekkiego. Odstawał on jednak od klasycznego wyglądu geparda, głównie przez futro, które nie posiadało charakterystycznych dla tego kota czarnych plamek. Jego sierść mieniła się na złoto niczym piasek pustyni. A samo zwierzę było po prostu przepiękne. Nieziemskie.

Stella po dokładniejszym przyjrzeniu się śpiącemu drapieżnikowi dostrzegła również jego jasnobrązowe i grube rzęsy. Zupełnie jak u Klary.

- Chwila moment! - już wiedziała. To dlatego ciało jej przyjaciółki porastały wcześniej złote włoski. To ona! Ale jak ją obudzić? Czy ona wciąż jest sobą? Czy myśli jak człowiek? Nie... bardziej: czy myśli jak Klara?

Stella uśmiechnęła się pod nosem, ale też równie szybko zdążyła się opanować. Przed nią spało dzikie zwierzę. Nie pora teraz na żarty.

- Co, jeśli mnie zaatakuje? - wizja wkurzonego kota rozszarpującego jej ciało niezbyt przemawiała do dziewczyny. Nie, to niemożliwe. Przyjaciółka nigdy by jej nie skrzywdziła.

Gepard poruszył się i rozciągnął z jeszcze zamkniętymi oczami, jednak po krótkiej chwili podniósł swoje powieki, a jego wzrok powędrował wprost na Stellę. Drapieżnik przez moment wpatrywał się w nią intensywnie, po czym przemówił, a właściwie to... ona przemówiła. Zupełnie tak, jak to podejrzewała Stella.

- Co jest? Gapisz się jakbyś... - Klara nagle urwała, gdy zobaczyła swoje łapy, ogon i całą resztę. - Cholera! Czy to jest jakiś pieprzony żart?!

Stella odetchnęła z ulgą. Klara na szczęście ogarnia rzeczywistość, a ona sama nie zostanie obiadem. Ucieszyła się z tej chorej wiadomości. Postanowiła teraz wyjaśnić jej co nieco.

- Straciłaś przytomność. Nie mogłam cię dobudzić. Później wrócił ci oddech. Spałyśmy. Jak się obudziłam, ty już byłaś... no, tym... - Stella szukała odpowiedniego słowa - tym kotem. - dokończyła.

Klara westchnęła. Już zaczynała mieć wątpliwości, czy to wszystko nie jest przypadkiem głupim wymysłem jej dziwnego mózgu. Czy nie walnęła się gdzieś na mieście w głowę i nie leży teraz w szpitalu, słuchając myśli, które płatają jej figle?

Dziewczyna milczała jeszcze przez chwilę, po czym podniosła się z kryształowego stopnia i znów przeciągnęła leniwie w swoim nowym ciele.

- No trudno. Chodźmy dalej - powiedziała bez większej ekscytacji.

- Co?!?! Przecież zmieniłaś się w zwierzę!! Ziemia do Klary!! Nic cię to nie obchodzi?! - darła się Stella. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego Klara z tak dużym spokojem i obojętnością podeszła do aktualnej sytuacji, która rzekomo nigdy nie powinna mieć miejsca. Dobrze, że były daleko od ludzi, bo nastolatka dosłownie wpadła w szał, a widok wnerwionej Stelli, która drze się na geparda, mógłby przestraszyć niejedną osobę.

- Ej! Uspokój się, bo cię zagryzę! Obchodzi mnie! Ale co możemy teraz i tutaj z tym zrobić?! Co nam da zadawanie pytań?! NIC! Dlatego nie wydzieraj się na mnie łaskawie, dobra?! Nie możemy tkwić ciągle na tych schodach! Mogą zniknąć w każdej chwili! Nie pomyślałaś o tym?! Musimy się pospieszyć. - Ostatnie zdanie gepardzica wypowiedziała już nieco spokojniej.

- Jesteś porąbana - burknęła Stella, która czasami nie mogła zrozumieć dziwnego pojmowania świata (a w tym momencie też i wszechświata) przez Klarę. Ale wiedziała, że jej przyjaciółka miała rację. Trzeba iść naprzód. W górę.

Wkurzona, patrzyła więc, jak drapieżnik powoli zaczyna wspinać się po schodach. Mimo swojego zdenerwowania podążyła za nim.

***

Jeden dzień później Klara i Stella ledwo żyły. Wciąż szły (z przerwami na krótkie drzemki) i - jakby to ująć - opuściły już Ziemię. Minęły atmosferę. Dziewczyny były totalnie wyczerpane, a droga zdawała się nie mieć końca. Klara zaczęła śpiewać refren piosenki "Lean On" Majora Lazera i DJ-a Snake'a[1]. Często żartowały ze Stellą, że jest to "ich" piosenka. Zawsze, gdy leciała w radiu, przyjaciółki tańczyły do niej i robiły głupie miny.

Stella dołączyła do Klary i obie wspólnie nuciły ten kawałek, mimo tego że już dawno temu zaschło im w ustach.

Po jakimś czasie postanowiły zrobić sobie przerwę. Szły już około doby, oczywiście przysiadały co jakiś czas, by odetchnąć. Ale tym razem coś znów miało je zaskoczyć.

Stella dostrzegła w oddali jakiś przedmiot. Ostatkiem sił podbiegła bliżej, by lepiej się temu przyjrzeć.

- Hej! Zaczekaj! Błagam, powiedz, że to coś do jedzenia! - krzyczała za nią Klara, która już umierała z głodu, i z pragnienia zresztą też. Oddałaby naprawdę dużo za choćby jedną szklankę soku grejpfrutowego, którego nie cierpiała.

- To nie jest żadne jedzenie, ale chyba lód. Ale czarny lód? - zastanawiała się Stella, po czym spojrzała na gepardzicę, która raz-dwa i znalazła się przy niej.

- A sprawdzałaś, czy to w ogóle jest zimne? - spytała Klara i wysunęła łapę w stronę tego czegoś.

Stella błyskawicznie się na nią rzuciła. Obie wylądowały o parę stopni niżej.

- Co ty odwalasz?! Nie wiemy, co to jest! Chcesz nas pozabijać?! Musimy pomyśleć, co z tym dalej zrobić!

- Okej, okej. Czaję już i nie krzycz. - Klara przyznała jej rację, po czym dodała: - Odpocznijmy i prześpijmy się z tym. Padam na pysk. Dosłownieeeee.

Stella kiwnęła głową. Obie położyły się kilka metrów od "czarnego lodu" i podziwiały kosmos.

- Tu jest naprawdę bajecznie - stwierdziła Klara. - Nawet nie obchodzi mnie, jakim cudem jeszcze oddychamy i że jestem w ciele kota. To wszystko jest takie magiczne...

- No - wydukała Stella, która również była oszołomiona całą sytuacją, a także otaczającym je pięknem wszechświata. To nie przypominało widoków z filmów czy zdjęć umieszczonych w książkach. To coś więcej. Czarnogranatowa przestrzeń z gwiazdami zdawała się nie mieć końca.

- Ludzki umysł chyba nie jest w stanie tego ogarnąć - pomyślała Klara.

- NIESKOŃCZONOŚĆ - odezwały się równocześnie przyjaciółki, po czym na ich twarzach zagościły uśmiechy pełne zmęczenia, ale i radości.

- Jesteśmy jak Harry i Ron![2] - stwierdziła nagle gepardzica.

- Serio? Nawet w kosmosie musisz gadać o Harrym Potterze? Hm, nie. Jesteśmy raczej jak Mulan i Mushu![3] Ja jestem, rzecz jasna, Mulan! - powiedziała Stella z pełnym zadowoleniem w głosie.

- Ha, ha, ha, skoro tak mówisz!

- Masz jakieś wątpliwości?

- Ależ skąd, Mulan - dodała Klara, przezywając żartobliwie przyjaciółkę.

Tej nocy dziewczyny nie czuły strachu. Miały siebie nawzajem i były za to bardzo wdzięczne losowi.

Rozdział VIIIŻyletka

Klara otworzyła oczy. Przespała chyba parę dobrych godzin. Przeciągnęła się leniwie i po chwili spojrzała na swoją przyjaciółkę, którą też powoli opuszczał sen.

Wreszcie odpoczęły.

Od dawna, a właściwie to nigdy nie widziały piękniejszego miejsca niż to, w którym się obecnie znajdowały. Atmosfera w kosmosie była niesamowita, zupełnie inna niż na Ziemi. W końcu dreszcze i innego typu dolegliwości przestały męczyć przyjaciółki.

Teraz czuły się już dobrze i były gotowe wyruszyć w dalszą drogę.

Brakowało im tylko jedzenia i wody. W ustach miały już totalnie sucho.

Nie wiedziały, jakim cudem jeszcze żyją i jak wytrzymały tak długo bez picia. Ale tutaj wszystko okazywało się dziwne.

- Lecimy dalej? - spytała nieco ochryple Klara, na co Stella przytaknęła i podniosła się z kryształowego stopnia.

Nagle wzrok dziewczyn utknął w miejscu, gdzie wcześniej znajdowała się czarna bryłka. Teraz leżała tam duża żyletka tego samego koloru.

- Czyżby jakaś pieprzona aluzja do tego, że mamy się pociąć? - zażartowała Klara, którą i tak już chyba nic nie mogło zaskoczyć.

- Nie wiem - zaśmiała się Stella, po czym szybko spoważniała. - Dobra, weźmy to ogarnijmy, bo serio zaczynam mieć dosyć - stwierdziła, po czym schyliła się i sięgnęła ręką po żyletę. Zauważyła przypiętą do niej małą karteczkę. Wcześniej jej nie widziała, ponieważ podobnie jak ostre narzędzie, była czarna. Rozwinęła ją.

- To wskazówka - odezwała się ponownie.

- Czytaj, no! - pospieszała ją gepardzica.

- Zamknij się i słuchaj! - krzyknęła i już normalnym tonem głosu odczytała słowa zapisane na ciemnym świstku. - "Przetniecie, co się kończy, i wejdziecie do świata, który Was wyczekuje. Wtedy odmienicie WSZYSTKO".

- Wielbiciele?

- Klara, kurde!

- Żartuję.

Stella ukucnęła.

- Nie teraz! Ogarnij się, to nie jest śmieszne - zirytowała się. - Co to w ogóle znaczy? - myślała, na darmo próbując rozwikłać tę zagadkę.

- Słowa są proste. Mają głęboki sens, ale myślę, że mówią bez ogródek.

- Ech, nie wiem. Może masz rację. Ale co przeciąć? Jaki świat? Odmienić wszystko? Jakie wszystko? Przecież to nie ma najmniejszego sensu.

- Więc teraz musimy tylko dojść do końca i... wyciąć drzwi? Tak mi się wydaje.

- Jezu, dobra. Ja i tak już nic nie wiem. Ale jak się mylisz, to obetnę ci tym czymś ogon - zagroziła Stella.

- Ha! Tsa, jak mnie złapiesz! Powodzenia! - Klara błyskawicznie się odwróciła i zaczęła uciekać. Skąd miała jeszcze siły na taki bieg? Na to pytanie nie znała niestety odpowiedzi.

- Ej! Nie wygłupiaj się! Debil! - Stella biegła co sił, jednak w gonitwie z gepardem nie miała żadnych szans. Poza tym była osłabiona.

Klara znajdowała się już bardzo daleko. Na szczęście złotawa sierść zwierzęcia zdradzała Stelli jego położenie.

- Chyba się zatrzymała. No, wreszcie - powiedziała do siebie, ledwie dysząc. Po paru minutach zmęczona dziewczyna znalazła się w końcu obok drapieżnika.

- To tu - stwierdziła Klara.

- Yyy, skąd wiesz?

- Czuję.

- Czujesz? AAAAA! - sarkastycznie droczyła się Stella. - Ale droga się nie kończy! Halo!

- Ja wiem, ale to tutaj.

Tak dużej pewności w głosie Klary Stella nie słyszała naprawdę długo. Poza tym była na maksa wyczerpana i nie chciało jej się tracić resztek energii oraz czasu na kolejną sprzeczkę. Wyciągnęła więc żyletkę z prawej kieszeni spodni.

Usiadła, a jej przyjaciółka zrobiła to samo. Obie patrzyły na siebie. Stella podała Klarze kawałek ostrego narzędzia, a ta złapała je na tyle, na ile mogła swoją kocią łapką. Nie musiały nawet szukać miejsca, w którym wytną drzwi. Wiedziały już, gdzie się znajdowało. Tak po prostu. I nawet Stella to poczuła. Dokładnie w momencie, gdy swoją dłonią musnęła niechcący sierść Klary. Poczuła tę niezachwianą pewność, bezpieczeństwo i... przyciąganie.

Dziewczyny przecięły więc kawałek wszechświata znajdujący się między nimi. Chwilę po tym fioletowy dym zaczął wydobywać się z kawałka przeciętej przestrzeni i pochłonął dwie postacie, będące połączone niewidzialną nicią przyjaźni, której poza nimi nikt nie pojmował.

Nie można jednak powiedzieć, że przyjaciółki się nie bały. Były wręcz przerażone. Ale czy miały inne wyjście niż poddanie się temu szaleństwu? Poza tym czuły coś dziwnego w związku z tym, co im się ostatnio przydarzyło. Zupełnie, jakby tak właśnie miało być.

Powoli obie stawały się magicznym pyłem. Ciała dziewczyn zmieniły stan skupienia. Teraz materia zmieniała się w gaz...

Leciały i leciały. Przed siebie. Aż w końcu straciły poczucie czasu. Bo tak właściwie, to znajdowały się już poza czasem. Najbardziej niesamowitym uczuciem była ogarniająca je w tym całym szaleństwie błogość. I ciekawość. Ciekawość, która dotyczyła tego, gdzie dolecą, a także tego... co to wszystko dokładnie oznacza.

Rozdział IXArior

Były prawie na miejscu. Zaczęły się materializować i wracać do swojej naturalnej postaci. No... tak jakby, bo Klara nadal była gepardzicą. Bardzo wolno zbliżały się do niedużego kawałka łąki. Stopy Stelli i łapki Klary delikatnie dotknęły trawniczka. Dziewczyny nawet nie zdążyły dobrze złapać równowagi, gdy ten uniósł się niczym zielony, latający dywan. Obie dostrzegły, że na jego końcu rósł przepiękny, jasnoróżowy tulipan. Przyjaciółki w miarę możliwości trzymały się magicznego trawnika, by nie zlecieć w przepaść, ponieważ z każdej strony otaczała je srebrna poświata. Nie wiedziały, co może się za nią znajdować, i wolały raczej nie ryzykować sprawdzeniem tego.

Ich wzrok skupiony był jednak na kwiecie. Wpatrywały się w niego z oczekiwaniem. Po paru minutach roślinka poruszyła się lekko, a jej płatki zaczęły się rozwijać w niebywale finezyjny sposób. W końcu blade światełko wydobyło się z niej na zewnątrz, a prócz blasku przyjaciółkom ukazała się również pewna bardzo nietypowa postać, a mianowicie: duch jednorożca. Posiadał on lekko przezroczystą głowę i szyję, a za jego mały tułów robił dymek. Stworzenie postanowiło wreszcie przemówić do dziewczyn swoim spokojnym głosem.

- Witajcie, gotowe?

- Czy to jest jakiś bajkowy hipis? - szepnęła dyskretnie gepardzica do swojej przyjaciółki, a ta w odpowiedzi dała jej już niedyskretnego kuksańca w brzuch.

- Przecież cię słyszy! - syknęła do Klary z lekkim poirytowaniem w głosie.

Obie jednak dostrzegły cień rozbawienia w spojrzeniu, no właśnie... kogo?

- Cześć, jestem Klara, a to jest Stella. Wiesz, nie bardzo do nas dochodzi, co się tutaj dzieje. Jesteśmy totalnie zjechane. Czy mogłabyś... ym, mógłbyś nam cokolwiek wyjaśnić?

- Ani mogłabyś, ani mógłbyś. Tak. Jestem Atlanta. Jestem dżinnem. Zaprowadzę was do domu. Ona wam wyjaśni - odpowiedziało tajemnicze stworzenie, po czym odwróciło od nich głowę.

Stella wyczuła jednak w głosie Atlanty, choć z pozoru spokojnym, nutę irytacji.

- Ani mogłabyś, ani mógłbyś? - zapytała po cichu Klarę, na co ta tylko wzruszyła swoimi kocimi ramionami. Niespecjalnie się tym przejęła, ponieważ była zachwycona wyglądem tej ślicznej istoty.

- Jest po prostu przeeeemajestatyczne! - wykrzyknęła podekscytowana gepardzica.

- Trudno się nie zgodzić - dodała sarkastycznie Stella.

***

Obie siedziały teraz na dywanopolance w milczeniu. Nie było sensu dopytywać Atlanty o cokolwiek. Zresztą i tak wydawała się nieobecna.

Leciały tak już z dobrą godzinę, gdy duch wreszcie się odezwał.

- Przygotujcie się.

- Na co? - odezwały się jednocześnie Klara i Stella.

Przeleciały przez okrągły otwór w kolorze błękitu. Okazało się, że znajdowały się w tunelu, składającym się z różnokolorowych wiązek światła, które szaleńczo tańczyły wokół siebie. Tam poczuły się troszkę nieswojo, zupełnie jakby przenosiły się do nowego wymiaru.

Po chwili opuściły tunel. Nie był zbyt długi. Albo tylko tak im się wydawało. I nagle ujrzały najpiękniejsze niebo w swoim życiu. Gwiazdy znajdowały się jakby bliżej niż te otaczające Ziemię. Zdawały się bardziej widoczne. Wyraźniejsze.

- Z lewej strony, ta jasna, to jest Sabrina - rzekł zamyślony duch.

Bajeczna. Biała. Czysta. Świeciła tak mocnym światłem, że można by oślepnąć, gdyby dłużej się jej poprzyglądać. Jednak mimo swojego blasku Sabrina nie posiadała dużych rozmiarów, wręcz przeciwnie, była dość małą gwiazdą.

Dziewczyny wpadły w ogromny zachwyt. Wokół nich mieniła się zorza polarna. Panowała tu cisza, a nocna aura nadawała spokoju atmosferze.

Pierwszy raz w życiu obie czuły się... na miejscu.

Czuły, że pasują.

***

Przyjaciółki stały na niewielkiej wysepce, która wypełniona była biało-różowymi kryształami. Emanowała od nich dobra energia.

Klara od razu rozpoznała, co to za magiczne kamienie, a mianowicie: kryształy górskie oraz kwarce różowe. Te kryształy należały do jednej z jej obsesji, zaraz po brokacie i Arianie Grande. Uwielbiała o nich czytać. U siebie na Ziemi miała ich sporo. Po jej pokoju co rusz walały się tego typu bryłki.

- A właśnie - szepnęła do siebie Klara i dotknęła łapką swojego kociego ucha. - Cholera jasna! - jej tubka brokatu najwyraźniej dryfowała aktualnie gdzieś w galaktyce. - Tak zmarnować dobry proszek - pomyślała, zawiedziona. Potem z zadumy wyrwało ją Atlanta, które poderwało się w górę i zaczęło odlatywać. Bez słowa.

- Najwyraźniej postanowiło się stąd zmyć - podejrzewała Klara.

Niespodziewanie przed dziewczynami ukazały się trzy ogromne i otwarte muszle naśladujące fotele. Wszystkie ustawione zostały w trójkącie, przodem do siebie.

Szczególną uwagę dziewcząt przykuło jednak to siedzenie, na którym zaczęła materializować się jakaś postać.

Złote światło rozbłysło tak mocno, że Klarę i Stellę odrzuciło do tyłu.

Po chwili oczom przyjaciółek ukazała się najpiękniejsza istota, jaką kiedykolwiek widziały.

Była to owca o wyprostowanej postawie, lśniącym i białym futerku, bardzo smukła. Klara i Stella wpatrywały się w jej duże i hipnotyzujące, turkusowe oczy. Uśmiechała się.

- Jak dobrze was widzieć. Kochane, proszę, usiądźcie - odezwała się melodyjnym głosem tajemnicza postać, wskazując na dwa pozostałe, puste fotele. Dziewczyny w milczeniu wykonały prośbę.

- My... nie za bardzo rozumiemy. To... - tym razem o wyjaśnienia zaczęła walczyć Stella, której dziwnie minęła senność.

- Tak, kochane, wiem. Pozwólcie, że wszystko wam wytłumaczę. Potem odpoczniecie. Musicie nabrać sił - mówiąc to, owca odwróciła się i podniosła swoją racicę. Dwie nieco inne istoty niż pani, która wreszcie postanowiła im cokolwiek o tym wszystkim powiedzieć, postawiły na stoliczku znajdującym się pomiędzy siedzeniami dwa talerze gorącej zupy oraz dwie szklanki z wodą. I oddaliły się. Dziewczyny podejrzewały, że były to stworzenia tego samego gatunku, jednak różniły się nieco od białej owcy.

Nowo przybyłe zaczęły jeść. Polewka smakowała trochę jak zupa cebulowa, ale z jakimś dziwnym i jednocześnie smacznym dodatkiem.

Gdy obie skończyły i odstawiły talerze, owca kontynuowała swoją wypowiedź.

- Przybyłyście na planetę zwaną Arior. Żyją na niej przeróżne i, jak to się mówi u was na Ziemi, fantastyczne stworzenia. Mieszkańcy Arioru przybywają na nią sami, ponieważ są wzywani nie tylko przez samą planetę, ale także i Siły Wyższe. Możecie nazwać je Bogiem. Jak według siebie uważacie. I właśnie ta oto siła was tu ściągnęła.

- Ale dlaczego? - zapytała Stella, na której twarzy widniało lekkie napięcie.

- Ponieważ wszechświat was potrzebuje.

Stella opadła na oparcie fotela. Westchnęła i spojrzała na Klarę.

- Mówiłam ci przecież wiele razy, że jesteśmy wyjątkowe - przemówiła dumnie Klara.

- Nadal nie wiem, o co tu chodzi - drążyła temat, nie zwracając uwagi na przyjaciółkę, której żarty najwyraźniej trzymały się doskonale.

- Wszyscy tworzymy tu rodzinę - ciągnęła owca. - Wszystkie rasy. Uczymy się wspólnoty, dobra i wiary. Ale przede wszystkim uczymy się odczuwania prawdziwej miłości, ponieważ właśnie takowa jest Kluczem Wielkiego Planu.

- Co to za plan?? - spytały obie w tym samym momencie.

- Nie teraz, skarby. Na to przyjdzie odpowiedni czas. Teraz musicie skupić się na poznawaniu siebie, swojej własnej głębi. To bardzo ważne. Każda istota obdarzona jest darami. I wy te dary musicie odkryć, rozwijać i nauczyć się z nich właściwie korzystać.

- To my mamy jakiś dar?

- Co ty się taka rozmowna zrobiłaś? - zaśmiała się Klara, zarzucając swoimi długimi włosami, gdy odwróciła się w stronę przyjaciółki. Nawet nie zauważyła, kiedy z powrotem stała się człowiekiem, tyle się wokół nich działo.

Stella przewróciła oczami.

- Tak, posiadacie dary. I akurat wy, moje kochane, macie ich wiele. Ja na przykład jestem trydionorfirą. Oznacza to, że czuję, wiem i widzę to, co niedostrzegalne. Param się również białą magią, chociaż według mnie magia tak naprawdę jest neutralna. Jestem w znacznym stopniu połączona z Wyższą Mocą. Chcę, byście tutaj zamieszkały, uczyły się, trenowały i spełniały.

- Do czego niby trenować?

- Do obrony i walki, Stello. W galaktyce żyje rasa wilkarych. Są złem w najczystszej postaci. Niszczą wszystko, w czym wyczują dobro. Nie znamy dokładnie powodu, dla którego to robią. Więc musimy się bronić. I nie tylko siebie. Pomagamy też innym światom. Chronimy między innymi waszą Ziemię już od setek lat. Od jakiegoś czasu potrzebujemy pomocy. Inne planety i inne światy potrzebują pomocy. Przybyłyście jako ostatnie. Dziękuję, że jesteście. I muszę was zapytać, czy chcecie przyłączyć się do nas i stanąć w obronie wielu światów, w tym też i waszego? Czy chcecie chronić to, co kochamy, i to, co wy kochacie? Czy zgadzacie się rozwijać w sobie miłość i poznawać siebie w sposób, jakiego wcześniej nie znałyście? I czy zgadzacie się na ryzyko z tym wszystkim związane? - spytała owca bez zbędnych ogródek.

Wystarczyło, że przyjaciółki na siebie popatrzyły. To, co im się ostatnio przytrafiło... Tego... tego nie da się po prostu wytłumaczyć. Czyste szaleństwo. Ale czym jest prawdziwe szaleństwo? Stało się coś, czego się nie spodziewały. I to w tak krótkim czasie. Nie wiedziały, czy robią dobrze.

- Zgadzamy się - odezwały się obie. Czuły, że tak trzeba. Miały wątpliwości, ale równocześnie chciały tego.

- Bardzo się cieszę - zadowolona owca klasnęła racicami. - Jestem Celine, królowa Arioru. Witajcie w domu.

Rozdział XIZakamarek i herbata z czerwonokrzewu

- Jutro do szkoły. Nieee, ja pierdziele - jęczała Stella, opierając się o krzesło stojące w kuchni. Można powiedzieć, że była to raczej wnęka znajdująca się pomiędzy pokojami dziewczyn. Pomieszczenie przypominało trochę zakamarek z lodówką, zlewem, kawałkiem blatu (z tylko jednym podgrzewaczem na garnek) oraz małym stoliczkiem. Nad blatem wisiały dwie szafeczki, którymi przyjaciółki postanowiły się podzielić. W rogu zakamarka stał minitaboret z elektrycznym czajniczkiem. - Na samą myśl o szkole chcę zapaść się pod ziemię.

- Ha, ha, ha, no tak. W końcu to szkoła. Ale w tej chyba będzie inaczej niż u nas, na Ziemi.

- Oby tak było! Ej, co to? - dziwne odgłosy dotarły do uszu jednej z dziewczyn.

- Mój brzuch. Nic jeszcze nie jadłam.

- To przez twoje dawne wybryki, wiesz o tym - Stella zwróciła przyjaciółce uwagę. - Ale nieważne. Kolacja? - zaproponowała, śmiejąc się z numerów, jakie odwalał żołądek jej współlokatorki.

- Byłoby czadowo!

O dziwo, w kuchni znalazło się trochę jedzenia. Celine najwyraźniej pomyślała o wszystkim.

Klara wyciągnęła z lodówki avocado, obrała je, podziabała, po czym włożyła do miseczki i zaczęła przeżuwać.

- Serio, ty to zjesz? - Stella wcale nie ukrywała swojego zdziwienia tym, co właśnie odwalała jej przyjaciółka. - Przecież to nie ma smaku.

- Dla mnie ma! A jak posolisz, to już w ogóle pycha!

- O matko - zaśmiała się po raz kolejny. - Najciekawsze jest to, że ty jesz zdrowo, bo ci to naprawdę smakuje. I ten twój wegetarianizm! Kto tak robi?

- Ej! Odwal się od moich warzywnych upodobań! - Klara również się rozweseliła. Przywykła do żartów przyjaciółki z jej diety. Jadła w ten sposób już trzy lata i nie czuła potrzeby, by sięgnąć na przykład po schabowego. Wolała płatki z mlekiem. To było jej ulubione danie. Ale uwielbiała też sałatki, szpinak, łososia, tofu i takie tam.

- A ty? Co będziesz jadła?

- Jaaa, to co zawsze jem.

- Haha! Niech zgadnę, tosty z dżemem!

- Jak ty mnie dobrze znasz.

Dziewczyny zjadły razem kolację. Klara zaparzyła też dla nich herbatę z czerwonokrzewu, którą znalazła w szafce, i gdy obie rozgrzały się już tym ciepłym napojem, dopadła je senność.

- Idziemy spać? - mówiąc to, Stella ziewnęła, a Klara poszła w jej ślady.

- Jak ty mnie dobrze znasz - dokończyła zadziornie fanka avocado.

Rozdział XIIDiamentowa piwnica

Klara kierowała się w stronę diamentowej piwnicy. Była trochę zdenerwowana, a może raczej zestresowana pierwszym dniem w szkole. Chciała odebrać swój nowy plan zajęć. Celine na ich ostatnim spotkaniu wspomniała, że dziewczyna ma się stawić w sekretariacie jeszcze przed lekcjami..

Pomieszczenie znajdowało się pod budynkiem Uniwersytetu Lavender House. Prowadziły do niego kręte, niedługie, ale za to dość strome schody. Dziewczyna musiała trzymać się poręczy, bo zaczęło jej się kręcić w głowie.

Klara zastanawiała się również, co dziś rano stało się z jej przyjaciółką. Gdy wstała, Stelli nie było już w internacie i nie zostawiła też żadnej wiadomości.

Gdy dotarła na miejsce, poczuła zapach perfum swojej mamy. Jak dobrze pamiętała, woda nazywała się "Angel"[1], a buteleczka miała kształt gwiazdy.

- Dziwne - wyszeptała do siebie, schodząc z ostatniego stopnia. Podziemie, w jakim się znalazła, było niesamowite. Jego ściany i wszelakie meble wypełniały kryształy o wielorakich rozmiarach (od drobnych bryłek po giganty sięgające aż do sufitu). Jednak to nie kamienie, jakie znała Klara i jakie widziała tu wcześniej. Nie sposób było określić ich koloru, ponieważ przybierały różne barwy, w zależności od nastroju osoby znajdującej się w ich pobliżu. Teraz przybrały barwę niebiesko-zieloną.

Dziewczyna rozejrzała się po piwnicy, ale nie dostrzegła w niej żywej duszy.

- Dzień dobry! - przywitała się głośno, mając nadzieję, że ktoś zaraz się tu pojawi. - Przyszłam po plan. Ym, plan zajęć. Jestem tu nowa.

Nagle...

Ten dziwny i dobrze znajomy Klarze dźwięk.

Jakby pękające szkło.

Już to słyszała.

Po chwili z lewej strony dziewczyna dostrzegła jakiś ruch. Ze ściany zaczął odrywać się i formować pewien kształt.

- Uwielbiam to miejsce - pomyślała, jakoś nie bojąc się nietypowego zachowania kryształów, które wykreowały postać baletnicy.

Kobieta odczepiła się od ściany.

- Witaj. Jestem Diada - przemówiła śpiewnym głosem. Była bardzo wysoka, smukła i przezroczysta, jej kości policzkowe zostały idealnie podkreślone. Na czubku jej głowy widniał słodki koczek z kokardką. Wykonując jakikolwiek ruch, trochę skrzypiała. Jej spódniczka zdawała się doskonale połączona z ciałem, tak samo jak i baletki.

Balerina splotła dłonie razem, po czym znów je otworzyła.

- Proszę. Oto twój plan i Perła Duszna - dokończyła brylantowa pani, podając rzeczy dziewczynie.

- Celine mówiła, że mam odebrać plan. Nie wspominała nic o...

I znów ten dźwięk.

Gdy Klara podniosła wzrok, Diady już nie było.

- Cholera. No nic. Dziękuję, pani balerino! Do widzenia! - Dziewczyna pożegnała się i popędziła na swoje pierwsze zajęcia.

***

- Medytacja: ogród pyłkowy. Super!

Klara była mocno podekscytowana dzisiejszym dniem. Po wyjściu z piwnicy przyglądała się budynkowi Lavender House, wokół którego rozchodził się przepiękny (rzecz jasna) zapach lawendy. Wyglądem przypominał on trochę dom szalonego elfa, ale w rozmiarze XXL. Miał duże okna, zrobione z szarego drewna. Tak samo drzwi wejściowe. Dopiero teraz Klara dostrzegła, że wszystkie ściany i zadaszenie to tak naprawdę fioletowe korzenie, przeplatające się ze sobą na różnorakie strony. Zupełnie jakby nikt tego nie budował. Jakby uniwersytet sam...

Dziewczyna zastanawiała się nad tym przez chwilę.

Po paru minutach siedziała już w pyłgrodzie i, czekając na nauczyciela, czytała ulotkę dołączoną do planu jej zajęć. Dotyczyła ona szczegółów tego, na jakiej podstawie został ułożony plan. Klara dowiedziała się, że kryształy wyczuwały najgłębsze pragnienia serca i na ich podstawie dopasowywały zajęcia do określonej istoty. Wiedziały o talentach, zdolnościach i słabych stronach danego osobnika.

Dziewczynę mocno ciekawił plan Stelli. Miała pewne przypuszczenia dotyczące walki, pracy z bronią i tym podobnych rzeczy Ale najpierw musi ogarnąć swój plan. Patrzyła na niego, uśmiechając się przy tym od ucha do ucha.

- Jest fenomenalny - rzekła do siebie.

Wcześniej (jeszcze na Ziemi) ciężko było Klarze odnaleźć się w liceum. Zawsze czuła się taka "odrębna", może nawet i odizolowana. Próbowała zapisywać się na różne dodatkowe zajęcia typu aikido, jazda konna i tak dalej. I wszystko zawsze szlag trafiał.

Jednak tutaj widziała szansę na coś więcej. Na coś, czego jeszcze nie potrafiła nazwać. Teraz była ciekawa swoich zajęć.

A plan, z którego Klara tak bardzo się cieszyła, wyglądał następująco:

Plan Klary:

Poniedziałek i Środa

8:00-10:00 Medytacja (ogród pyłkowy)

10:30-12:00 Biologia wodna (sala nr 5)

12:15-13:00 Wodoznawstwo (sala numer 8)

13:15-14:00 Legendy Mórz i Oceanów (ogród pyłkowy)

14:15-15:00 Zioła lecznicze (sala numer 5)

Wtorek i Czwartek

8:00-10:00 Żywioły - Woda, Ziemia (sala numer 3)

10:15-12:00 Napary (sala numer 5)

12:15-13:00 Czarownictwo - teoria (sala numer 10)

13:30-15:00 Pływanie (we własnym zakresie, co 2-3 tygodnie pod okiem trenera) (basen lavenderski)

Piątek

8:00-10:00 Czarownictwo - praktyka (ogród pyłkowy)

10:15-12:00 Uzdrawianie: teoria - I semestr, praktyka - II semestr (sala numer 3)

12:15-13:00 Magia i emisja głosu (sala numer 3)

13:15-15:00 Wolontariat

Rozdział XIVNieudana przemiana i Jarmark Dusz

Zapadł zmrok. Niebo zrobiło się granatowe, a ciemność rozświetlały jedynie gwiazdy. Tego wieczoru księżyc, który zadziwiająco przypominał ziemskiego satelitę, pozostał na niebie niewidoczny.

Celine siedziała przy ognisku niedaleko plaży, na której Klara próbowała opanować przemianę w geparda. Owca nic nie mówiła. Obserwowała dziewczynę z bezpiecznej odległości tak, by ta się nie zorientowała, a na ogień rzuciła czar niewidzialności.

Królowa zauważyła, że gdy Klara zaczynała wchodzić w "stan zwierzęcia", a w jej przypadku w stan tego niezwykłego, dzikiego kota, przemiana się cofała. Zupełnie, jakby jej ciało ją odrzucało i nie chciało tego.

Było w tym coś nienaturalnego, czego owca jeszcze nie potrafiła nazwać.

Bo według Celine gepard wcale nie pasował do Klary. Czuła, że jest tu coś na rzeczy. Miała nawet pewną teorię, ale na to jeszcze za wcześnie. Najpierw musi się upewnić. Wtedy wiedziałaby, jak jej pomóc.

Królowej podobała się niebywała zawziętość nastolatki co do ćwiczeń. Mimo ogromnego stresu, jaki odczuwała i jaki Celine odbierała aż tutaj, przy ognisku, ta nie dawała za wygraną. Co prawda do ucha owcy dochodziły przekleństwa, jakimi od czasu do czasu rzucała nowo przybyła, ale bardziej ją to bawiło, niż martwiło.

Minęły już dwa tygodnie odkąd ostatni dotarli na Arior. Ostatni, ale i jakże potrzebni.

Klara była wyjątkowa.

Stella także.

One obie.

Celine rozpoznawała potęgę ich mocy. Silnie nią emanowały. Dlatego wiedziała, kiedy się zjawią. Jeszcze nigdy wcześniej nie miała do czynienia z tak czystą mocą. Nigdy. Najciekawsze jednak w tym wszystkim było to, że oddzielnie są słabsze. Razem - silniejsze. A to dzięki więzi, jaką tworzą. Dzięki miłości, jaką darzą siebie nawzajem.

***

W tym samym czasie Stella wdrapywała się na swój balkon. Robiła to już niestety ostatkiem sił, ponieważ po szkole podjęła się jeszcze ostrego, dodatkowego treningu, co dało jej mocno w kość.

Postawiła plecak na krześle biurowym i wyciągnęła z niego plan zajęć, by sprawdzić, co ją jutro czeka i o której godzinie zaczynają się lekcje.

- Zbyt rano. Ech, dobra. Idę spać - stwierdziła i gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki, od razu odleciała w krainę snów.

Godzinę później wróciła Klara, która postanowiła natychmiast wskoczyć pod prysznic. Łazienka dziewczyn nie robiła szału. Pomieszczenie było jeszcze mniejsze niż kuchnia. W środku znajdowała się ubikacja, obok niej zlew, a nad nim przymocowane nieduże lusterko. W rogu wisiała rura robiąca za brauzę, a nad nią zawieszona została kotara, mająca na celu osłonić resztę łazienki od zachlapania. Pranie przyjaciółki musiały robić na korytarzu, ponieważ całe piętro internatu, na którym znajdowało się ich lokum, posiadało wspólną pralkę.

Dziewczyna opłukiwała się gorącą wodą. Wróciła niedawno z plaży i musiała zmyć z siebie cały piasek. Nie, żeby jej to przeszkadzało. Po prostu chyba tak trzeba. Poza tym nie chciała, by Stelli chrupało coś pod nogami, gdy będzie robiła sobie śniadaniowy wjazd na kuchnię, do której Klara miała zamiar zaraz zawitać.

Podczas kąpieli myślała o przemianie. Ćwiczyła i ćwiczyła, a rezultatów wciąż nie było widać. Nie mogła tego poczuć, a jedyne, co czuła, to nacisk, sprzeczność i rozczarowanie.

Coś robię źle, ale nie wiem co - myślała, mocno zagryzając przy tym zęby.

- Dobra, nie. Nie martw się i nie bądź taką cipą. To dopiero początek. Dopiero początek. Daj sobie czas. Spoko. Wyluzuj - próbowała się jakoś pocieszyć i uspokoić. Wiedziała, że musi być twarda i że zadanie dotyczące przekształcenia ciała nie należy do najłatwiejszych. Szczególnie na starcie.

Kiedy skończyła się myć, usłyszała ciche chrapanie. Szybko pobiegła do miejsca, z którego dochodziły dźwięki. Jej serce zalała ciepła fala, gdy tylko przekroczyła próg pokoju Stelli. Leżała cała i zdrowa w łóżku.

- Jest bezpieczna - wyszeptała Klara, lekko przymykając oczy. - Niepotrzebnie się martwiłam.

Podeszła bliżej swojej śpiącej współlokatorki. Na jej twarzy widać było zmęczenie. Klara dała jej buziaka w policzek i okryła kocem, bo w sumie przyjaciółka zasnęła w ubraniach, nie mając zapewne sił na zrobienie czegokolwiek wokół siebie.

- Cieszę się, że cię mam - dodała jeszcze cicho.

Przed opuszczeniem pokoju Stelli, Klara rozejrzała się po nim uważniej niż wcześniej. Również był niezwykły i tak odmienny od jej lokum.

Ściany miały granatowy kolor, a łóżko - ciemnoszary. Na tym legowisku spokojnie mogły się zmieścić dwie osoby. Wszystkie meble wykonane zostały z białej płyty wiórowej. Biurko stało tuż przy oknie, szafa i komoda - kawałek dalej, na pustej ścianie. Łóżko umieszczone było niedaleko szafy. Na środku pokoju postawiono jeszcze dwa czarne fotele i mały stoliczek. Jednak najbardziej spodobało się Klarze krzesło biurowe, czerwone, z symbolem ognia na tylnym oparciu. Robiło wrażenie. Ciekawy był również dywan w kształcie pandy.

***

Klara, siedząc w swoim pokoju po długim i relaksującym prysznicu oraz po małej kolacji, zajęła się czytaniem niedawno zakupionej książki. Zaraz po zajęciach dziewczyna postanowiła wybrać się na Jarmark Dusz, nazywany czasem przez mieszkańców tej planety Dobrodusznym. Była to specjalna uroczystość odbywająca się raz do roku na Ariorze. Dusze, które błąkały się po świecie, by odpłacić za swoje winy, gromadziły rzeczy znalezione, by potem sprzedać je za uśmiechy. A dlaczego właśnie za nie? Ponieważ stanowiły dobro i dawały ukojenie. Z każdym nowo zdobytym uśmiechem dusze zbliżały się do Nieba czy Źródła. Do samego Boga. Jednak takiego wyzwania podejmowały się tylko niektóre dusze. To nie było łatwe. Większość duchów przerażała perspektywa pójścia "dalej". Bały się chyba, że nic tam nie ma. Bały się pustki. Ten ich pewnego rodzaju zastój pomiędzy światem żywych a nieznanym nie stanowił kary. Dostali oni po prostu dodatkowy czas, by zrozumieć coś, czego nie zdążyli pojąć wcześniej jako żywe istoty. Czasami chodziło o poczucie miłości i akceptacji, ale częściej o wybaczenie, nie tylko komuś, ale przede wszystkim sobie.

Dziewczyna nie mogła napatrzeć się na nową książkę. Miała czarny kolor i dziwne plamki oraz rysy na okładce, jakby została wcześniej zaatakowana przez jakiegoś drapacza okładek. Jednak plamki te, jak przed chwilą odkryła, czytając przy oknie, rozbłyskiwały niczym gwiazdy.

Klara czuła, że to nie jest zwyczajna lektura, a na dodatek nie posiadała ona ani tytułu, ani autora. Zawarte w niej były legendy dotyczące oceanów, syrenie pieśni i zaklęcia. Księga ta posiadała również wiele zagadek. Jedną z nich była ogromna kula, zajmująca całą stronę A4. Pod nią umieszczono napis: "Przemiana jest częścią ewolucji. Otwarcie jest częścią przemiany. Ale by nastąpiło, potrzebne jest czyste serce".

Nie rozumiała tylko kuli, albo może raczej koła, które - narysowane na całej stronie cienką linią - nie miało w środku niczego.

- Dziwne - wyszeptała. Ale coś w tej lekturze ją poruszyło, dlatego ją wzięła. Kiedy ujrzała ten egzemplarz na jednym ze straganów, od razu wiedziała, że musi go zdobyć. Podeszła wtedy do ducha dorosłego mężczyzny i spytała o ocenę tajemniczej rzeczy, uśmiechając się przy tym.

- Jeden uśmiech - wydukał pod nosem i podał jej książkę do ręki. - Czyli już jest twoja, dziewczyno.

Klara nawet nie zauważyła, kiedy duch rozpłynął się w powietrzu. Zrobił to błyskawicznie. I nie tylko mężczyzna się ulotnił, ale całe jego stoisko także zniknęło.

Wrzuciła więc swój nowy nabytek do plecaka i - widząc, że się ściemnia - pobiegła na plażę, gdzie trenowała przemianę w geparda. Później trochę popływała i postanowiła wrócić do internatu.

Kiedy siedziała tak na łóżku, znajdującym się tuż przy oknie, zaczął ją ogarniać sen. To był długi dzień i przyszła najwyższa pora na odpoczynek. Dziewczyna zasnęła.

Rozdział XVBaśniowe Salamandry

Ten tydzień zleciał Klarze i Stelli bardzo szybko. Uczęszczały na zajęcia, jadły razem posiłki i uczyły się w swoich pokojach. Wieczorami zwykle ćwiczyły. Klara pracowała nad magią wody, którą właśnie przerabiali na czarownictwie, oraz starała się opanować przemianę w geparda. Stella z kolei skupiała się głównie na samoobronie, żywiołach i lataniu.

W weekend udało im się oderwać trochę od książek i ćwiczeń. W sobotę obie poszły do klubu barowego o nazwie "Baśniowe Salamandry". Przypominał on bardziej karczmę i znajdował się nad pięknym jeziorem. W środku na ścianach wisiało pełno najdziwniejszych obrazów salamander. Na zewnątrz wystawione zostały stoliki dla osób nieprzepadających za muzyką pop, połączoną z odgłosami natury.

Dziewczyny uznały jednak, że wewnątrz będzie ciekawiej. Siedziały razem przy barze, pijąc korsykańskiego płaza.

- Niezły ten drink - powiedziała Stella. - Smakuje jak coś z miodem. Ale co?

- Orzech?

- Niee, kurde - zaprzeczyła zamyślona.

- Kasztankiiiii, drogieee panieee! Kasztankiii! - odezwał się zza lady duży jaszczur obsługujący klientów.

- Nigdy nie jadłam kasztanów. Może faktycznie. Najlepsze jest to, że nawet nie dopiłam do końca, a już mam ochotę na kolejnego!

- Przecież ty nie przepadasz za miodem.

- Ej! Akurat to mi smakuje! Kufa!

Klara roześmiała się, słysząc odpowiedź przyjaciółki. Bawiło ją, jak przekręcała wulgarne słowo "kurwa" w tak zwaną "kufę".

Dziewczyny spędziły w Baśniowych Salamandrach jeszcze dobre dwie godziny i cały ten czas rozmawiały. Tematy nigdy im się nie kończyły. Kiedy w lokalu zrobiło się luźniej, przyłączył się do nich pan Salamander barista. Przyciągały go do dwóch istot niebywałe otwartość i dobro.

Okazało się, że właściciel lokalu był bardzo radosnym stworzeniem. Resztę wieczoru rozśmieszał on przyjaciółki do łez, opowiadając zabawne historię ze swojego nastoletniego życia. Na przykład jak spalił sąsiadowi stodołę, mając zaledwie 12 lat, podpuszczony przez swojego starszego kuzyna. Rodzice za karę kazali mu sprzątać kurniki w całej wiosce przez tydzień. Historia ta nie byłaby tak ciekawa, gdyby nie rzeczy, jakie miał szczęście w tych kurnikach znaleźć. Jedną z nich była, dajmy na to, złota podkowa, którą później sprzedał i zrobił sobie za to studium baristowe. Po kilku latach postanowił otworzyć swój własny bar. Tutaj, na Ariorze. Bar, w którym aktualnie zabawa szła w najlepsze.

***

Piątkowy wieczór był zdecydowanie jednym z najlepszych wypadów w ich życiu. Wróciły bezpiecznie do internatu gdzieś około trzeciej nad ranem. Kiedy zasypiały, czuły na policzkach zakwasy, spowodowane wesołością właściciela dość nietypowego klubu.

Klara przebudziła się dopiero około godziny jedenastej. Zerwała się z łóżka jak najszybciej, by (rzecz jasna) szybko wypić kawę. Ale tym razem nie ze zwykłym mlekiem, a z biowaniliową śmietanką! Dla Stelli oczywiście też przygotowała kubek tego niezwykłego płynu. Jednak najpierw musiała ją obudzić. Skierowała się więc z tacą do jej pokoju i uchyliła delikatnie drzwi.

Ta jednak nie spała, tylko wpatrywała się nieprzytomnie w sufit. Klarę trochę to zaniepokoiło i postanowiła zapytać, co jest grane.

- O czym myślisz? Wszystko w porządku? - zagadnęła, siadając obok na łóżku.

Stella od razu sięgnęła po gorący napój.

- Mmm, ale pycha. Robisz najlepszą kawę. Naprawdę, zawsze ci wychodzi.

- Dzięki - odpowiedziała zadowolona. - To o czym tak myślałaś?

- O Atlancie.

- O Atlancie? Czemu? - zdziwiła się.

- Wcześniej trochę nie kumałam, jak mam się do tej istoty zwracać. No przecież ma żeńskie imię. Jak poszłaś wczoraj do łazienki, zapytałam o to Sala. Wszystko mi wytłumaczył.

- I?

- Dżinny nie mają płci. W sumie to on i ona w jednym. Albo równocześnie ani on, ani ona. Najlepiej zwracać się do nich po prostu po imieniu. Czaisz?

- No, czaję. To chociaż to jest już jasne. Coś jeszcze?

Stella chwilę milczała. Chyba zastanawiała się, czy na pewno chce to powiedzieć.

- Podoba mi się tu, wiesz? - wyznała wreszcie. - A ostatni tydzień to najfajniejszy tydzień w szkole, jaki kiedykolwiek miałam.

- O rany, to ekstra! - ucieszyła się Klara. - Co ci się najbardziej podobało? No, mów!

- Yyy, no chyba latanie. Czuję się w tym dobrze. Znaczy wiesz, to dopiero początek, ale na pierwszych zajęciach uniosłam się już na parę centymetrów! Ogarniasz? Jestem super! - cieszyła się.

- Ha, ha, tak, to prawda! - przyznała Klara, która nie miała co do tego żadnych wątpliwości. Lubiła, jak jej przyjaciółka tak o sobie myślała, bo nie było w jej słowach pychy, a czysta radość.

- Głodna jestem - stwierdziła. - Zamawiamy jakiś obiad? Może łososia?

- Albo...

- Kurka! Co może być lepsze niż osoś?! - zażartowała Stella, bawiąc się słowem.

- Albo naleśniki ze szpinakiem? - zaproponowała Klara.

- Ooo, dobra, to jest myśl!

Rozdział XVILatarnia i dzwony

Niedziela mijała dość spokojnie. Przyjaciółki uczyły się i ćwiczyły, bo wczoraj po śniadaniowym obiedzie zrobiły sobie maraton ulubionych filmów, więc trochę się poobijały.

Dziś postanowiły zafundować sobie trening na świeżym powietrzu, niedaleko internatu. Niestety nie zdążyły się nawet dobrze rozgrzać, ponieważ dziwnie szybko niebo zaczęło ciemnieć i mrocznieć. Wiatr stał się silniejszy, a fale mocniej uderzały o brzeg. I zupełnie niespodziewanie... grzmot, huk i trzask.

Gdzieś walnęło.

Po uderzeniu w całej okolicy rozległ się jeszcze jeden dźwięk.

Alarm ogłaszający zebranie.

Dziewczyny spojrzały na siebie nawzajem. Były trochę przestraszone i zaniepokojone.

- Ruszajmy - powiedziała z powagą Klara.

Po chwili razem ze Stellą skierowały się w stronę latarni. Bijące z niej dzwony usłyszały już chyba wszystkie stworzenia tej planety.

Biegły chyba z pół godziny, a kiedy wreszcie dotarły na miejsce (oczywiście jako jedne z ostatnich), nie miały nawet gdzie usiąść. Cały plac pod latarnią się zapełnił. Niektóre zwierzęta i hybrydy zajęły skały, wiele owiec rozwaliło się na dość sporym kawałku plaży, z której miały całkiem niezły widok. Wodne stworzenia, stada syren, delfinów, żółwi i tym podobnych oraz ich przywódca trzymali się blisko pomostu, na którym stała...

Ona.

- Celine - szepnęła Klara.

Usiadły pod dużym dębem, rosnącym kilka metrów od zapchanej innymi istotami plaży. Po kwadransie, kiedy usłyszeć można było już tylko i wyłącznie szum fal, królowa Arioru się odezwała.

Jej głos unosił się wszędzie. Sprawiało to wrażenie, jakby wydobywał się on z jakiegoś magicznego i niewidzialnego głośnika.

- Kochani, mam dla was niezbyt dobre wieści. Zanim jednak przejdę do rzeczy, chciałabym, żebyście pamiętali, że jestem dumna z każdego, bez wyjątku. Zwołałam was tu, ponieważ dotarła do mnie wiadomość od naszego szpiega. Prawdopodobnie wróg zaatakuje szybciej, niż przewidywaliśmy.

- Ile czasu zostało?! - wyrwał się ktoś z tłumu, nie ukrywając swojego przerażenia, które poznać można było po jego mocno drgającym głosie.

- Rok, a przy odrobinie szczęścia może dwa - odpowiedziała szczerze i ze smutkiem owca. - Wiem, co myślicie. Ale ja w was wierzę. Pamiętajcie, że nie ma rzeczy niemożliwych. Po prostu nie ma. Dlatego proszę, moi kochani, wykorzystajcie ten czas, jak najlepiej możecie. Skupcie się. To bardzo ważne. Pierwszy rok nie ma jeszcze doświadczenia, ale nie martwcie się tym. Wszystko da się zrobić, jeśli uwierzycie i użyjecie do tego waszej wewnętrznej mocy. Ciężka praca, nauka i starania, połączone z odpoczynkiem oraz dbaniem o siebie, przyniosą efekty. Zaufajcie temu, czego chcą wasze serca, i temu, w którą stronę popchnęły was kryształy. Dziękuję za uwagę.

Dziwny zgrzyt dotarł do każdego ucha Arioru, jakby ktoś przerwał połączenie, wyciągając wtyczkę z gniazdka.

***

Kolejny tydzień okazał się dla dziewczyn dość wyczerpujący. Prawie cały czas trenowały. Klara pływała kilka godzin dziennie, do tego dochodziły praca nad przemianą w geparda i - oczywiście - zajęcia.

Stella natomiast poświęciła się samoobronie i lataniu w takim stopniu, że przysypiała na prawie każdej lekcji.

Obie ledwo co miały czas na jakikolwiek odpoczynek w ciągu dnia. Klara była tak zmęczona pod koniec tygodnia, że mimo wypicia trzech mocnych kaw nadal czuła senność. I jeszcze jakby tego było mało, dorzucili wszystkim lavenderom dodatkowe ćwiczenia z samoobrony w piątek po południu. Dziewczyny wróciły więc do internatu bardzo późno i nawet olały prysznic, mimo że były mocno spocone. Po prostu wyczerpanie organizmu wzięło górę.

W piątkową noc księżyc znajdował się w pełni, a Klara niestety od zawsze miała problemy ze snem, gdy ich satelita osiągał swoją kulminacyjną fazę. Obudziła się jednak dopiero po czwartej rano, pospała więc kilka dobrych godzin. Podniosła się lekko z materaca, odsłoniła zasłonę i wyjrzała przez okno.

Na zewnątrz było jeszcze szarawo, a w oddali blady księżyc zaczął już powoli zanikać.

- Ciekawe, czy to ten sam, co na Ziemi. Wygląda prawie identycznie, ale jak to możliwe? - głowiła się dziewczyna.

Woda wyglądała obłędnie, a Klara nie mogła oderwać od niej wzroku. To było jak hipnoza.

Postanowiła zrobić dziś to, co potrzebne, a potem ruszyć ku oceanowi.

Usiadła więc w siadzie skrzyżnym i rozpoczęła medytację. Uwielbiała to uczucie. Uwielbiała wchodzenie w odmienny stan świadomości. Była bardzo wdzięczna za uczucie błogości i bezpieczeństwa, jakie dzięki temu odczuwała.

Po godzinie, kiedy już wróciła do rzeczywistości, postanowiła pouczyć się z wodoznawstwa. Niedługo czekał ją duży sprawdzian z całego działu. Jednak najbardziej interesujące dla Klary było poznawanie nowych gatunków zwierząt wodnych oraz sposobów porozumiewania się z nimi.

Nagle zaburczało jej w brzuchu. Wrzuciła książki za łóżko, wzięła szybki prysznic i ubrała się. Dziś miała na sobie jasne, lekko podarte, jeansowe spodenki. Dobrała do nich jedną ze swoich ulubionych bluzek. Był to delikatny, bladoróżowy, lejący się pięknie top na ramiączka z koronką przy dekolcie. Do całej kreacji dodała ciemnobrązowe sandałki w stylu boho. Nałożyła też kolczyki z pereł morskich oraz wisiorek z tak zwanym kamieniem piasku pustyni. Swoje długie, falowane włosy rozczesała i splotła w pięknego kłosa. Dziewczyna spojrzała w lustro i dostrzegła w nim, a raczej w sobie, coś dziwnego.

Włosy.

Ich kolor.

Jakby nieco ściemniały.

- Ach, nieważne! - pomyślała. - Pewnie to wina światła, chociaż przeważnie na lato jaśniały.

Bardzo podobał się Klarze jej dzisiejszy outfit. Dobrze się w nim czuła. A nawet bardzo dobrze.

- Okej, pora na śniadanie, bo umrę z głodu!

Dziewczyna chciała zrobić sobie tosty z avocado i cytryną, do tego rzecz jasna - kawę. Gdy jednak sięgała po toster znajdujący się na szafce, zrzuciła z niej przy okazji wszystkie garnki.

- Kurde! - krzyknęła właśnie obudzona Stella. Na szczęście nie była zła, a raczej roześmiana. - Wisisz mi dobre śniadanie, ty świstlu! - dodała.

- Jasne! - odparła z dumą Klara, ciesząc się również, że udało jej się sprytnie wybrnąć z sytuacji.

Przyjaciółki zjadły razem na balkonie. Obie miały dobry humor. Zapowiadał się piękny i bardzo słoneczny dzień, który miały zamiar dobrze wykorzystać.

Klara chwilę po posiłku zerwała się na równe nogi i pobiegła prosto nad ocean.

- Nareszcie! - krzyknęła na cały głos. Aż ją roznosiło z radości. Tak bardzo pragnęła poczuć wodę na swojej skórze. Pod ubraniem miała już nawet założony strój kąpielowy. Kiedy dotarła na plażę, od razu zrzuciła z siebie ciuchy.

Bez znalezienia się pod taflą wody dla Klary pływania nie było.

Kochała nurkować i w kilka sekund przenosić się do głębi.

Odczuwała tam niebywały spokój.

Oddech potrafiła wstrzymać na długo jak na kogoś, kto od zawsze pływał amatorsko. Dobijała przeważnie do dwóch i pół minuty. Bywało, że od czasu do czasu zapominała o zaczerpnięciu powietrza i tak naprawdę nie myślała o tym, by zmierzyć sobie czas. A szkoda.

Pływała przy dnie, oglądając tęczowe koralowce i podziwiając nieznane jej jeszcze gatunki zwierząt wodnych. Najbardziej zaskoczył ją złoty żółw z brązowymi oczami.

Żółwie od zawsze były ulubionymi stworzeniami dziewczyny. Fascynowała się nimi już jako mała dziewczynka. Pamiętała, że do przedszkola przynosiła ze sobą maskotkę tego zwierzaka, a w domu z nią spała. Teraz pluszak siedzi na jej nocnym stoliczku, tak jak zresztą jej breloczek z rybką, wypełniony wodą. Klara przypomniała sobie, jak bawiła się kiedyś, że to jej magiczny medalion. Wyobrażała sobie wtedy, że jest Melodią[1] - córką Arielki, która znalazła go w oceanie. Oczywiście w tej zabawie jej najlepszym przyjacielem był żółw.

W podstawówce, na koniec szóstej klasy każdy musiał przygotować projekt. Dziewczyna wymyśliła, że napisze referat na temat żółwia szylkretowego. Do tego trzeba było własnoręcznie zrobić zwierzę z dowolnych materiałów. Klara z pomocą dziadka skonstruowała przepięknego żółwia z kolorowej modeliny i różnych części, jakie udało się im znaleźć w garażu. Jako mała dziewczynka bardzo dużo czasu spędzała ze swoim dziadkiem. Był on zaskakującym człowiekiem, bardzo mądrym, oczytanym, zawsze pomagał jej w lekcjach i czytał piękne baśnie. Dziewczyna uwielbiała spędzać z nim czas. Jak tak sobie to wszystko przypomniała, poczuła w środku dziwne ukłucie.

- Ciekawe, jak on się teraz ma - zastanawiała się przez chwilę.

Klara jeszcze przez moment wpatrywała się w odpływającego nowego kolegę ze skorupką na grzbiecie, próbującego zapewne znaleźć jakąś kryjówkę w "koralach".

Nie goniła go. Wiedziała, że gdyby chciał, to towarzyszyłby jej z własnej woli.

Po kilku godzinach "oceanowania" dziewczyna postanowiła wrócić do internatu. Była trochę roztrzęsiona, kiedy szła wzdłuż plaży. Miała dziwne wrażenie, jakby ktoś na nią patrzył.

Rozdział XVIINajwiększa słabość

Klara spojrzała w górę. Niebo ściemniało.

Rozejrzała się po plaży.

Nigdzie nie było żywej duszy.

- Gdzie wszyscy zniknęli? - ciekawiło ją. - Musiało się coś stać. Na bank - podejrzewała. Ale wcześniej nie słyszała nic niepokojącego.

Żadnych hałasów.

Żadnych krzyków.

Nic.

Zero.

- Za dziwnie - stwierdziła.

I nagle poczuła, że musi jak najszybciej coś sprawdzić.

Gdy spojrzała w dół, zobaczyła swoje kocie łapy. Nie mogła sobie niestety przypomnieć, kiedy zmieniła się w geparda. Wiedziała jednak, że nie ma czasu, by w tej chwili się nad tym zastanawiać.

Ruszyła.

Po paru minutach dotarła do internatu. Wdrapała się na balkon i wpadła do środka.

Zamurowało ją.

Jej pokój i kuchnia zostały totalnie zdezelowane.

Wbiegła do lokum Stelli. To, co zobaczyła, było najgorszym, co tylko mogła sobie wyobrazić. Na podłodze ujrzała dużą plamę krwi.

Jej łapy ugięły się, a z gepardzich oczu poleciały łzy.

Wodospad nieopisanego smutku.

Czuła, że pęka jej serce.

Upadła na podłogę, łkając i warcząc na przemian.

- Boże, Stella! Stella! - miała wrażenie, jakby jej kocie ciało płonęło z bólu.

Wewnętrzne piekło.

Dusiło ją i nie mogła oddychać.

Znów ujrzała krew, ale tym razem... swoją własną.

Sączyła się jej po łapach i najwyraźniej spływała też z ogona, i chyba z oczu.

Gasła.

Albo gorzej.

***

Zimno.

Zimno i mokro.

Klara podniosła powieki. Przed sobą zobaczyła dwie twarze. A jedna z nich była jej ulubioną twarzą.

Stella i Salamander.

Oboje byli wyraźnie zmartwieni i trochę przestraszeni.

Jej przyjaciółka trzymała w dłoni wiaderko.

Klara podniosła się z łóżka i mimo całego rozdygotania, które odczuwała, przytuliła siedzącą przy niej Stellę.

Najmocniej, jak tylko potrafiła.

Rozdział XXIIIGość

Stuk-puk, stuk-puk.

Puk.

Stuk.

Klara otworzyła oczy i powoli zaczęła wygrzebywać się spod kołdry. Robiła to z bólem, ponieważ gdy zrzuciła z siebie pierzynę, poczuła chłód wkradający się z zewnątrz przez uchylone okno. Chciała trochę odpocząć po nocnej pobudce zafundowanej przez Stellę i rozrośniętym po całej kuchni krzewie jagody.

A teraz coś waliło jej w okno.

Podeszła więc bliżej i odsłoniła zasłonę.

Z początku myślała, że to Atlanta, ale...

Jej oczom ukazał się ogromny kruk.

O dziwo, nie czarny.

Czerwony.

Jak krew.

Nie zastanawiając się zbyt wiele, postanowiła szybko wpuścić stworzenie do środka.

Otworzyła okno, a ptak wleciał do jej pokoju, wariacko przy tym kracząc.

Rozumiała go.

- Pokaż - szepnęła, gdy usiadł na jej szafce nocnej.

Ptak podniósł lewe skrzydło i odsłonił ranę, znajdującą się tuż pod jego małym serduszkiem. Coś go zaatakowało. Coś wstrętnego.

Kiedy go o to zapytała, spuścił głowę.

- Nie powiesz - stwierdziła Klara. - Dasz sobie chociaż pomóc?

Kruk wydał z siebie krótki dźwięk, który dziewczyna odczytała jako "tak". Zrobiło jej się żal stworzenia. Czuła jego ból. Wiedziała, że mógł latać, ale niestety wiązało się to z cierpieniem. Zauważyła też, że w miejscu rany brakuje paru piór.

Klara pobiegła do łazienki i dokładnie umyła ręce.

- Dlaczego to robię? - Nawet nie zauważyła, kiedy znalazła się przy zlewie. - Ach, nieważne - wymamrotała do siebie i po wytarciu dłoni szybko wróciła do potrzebującego jej zwierzęcia.

Kruk siedział grzecznie na stoliczku nocnym i czekał. Klara uklękła przed nim. Prawą ręką dotknęła rany, a lewą podniosła i zaczęła zataczać dziwne kółka.

Co jak co, ale ona naprawdę potrafiła się skupić.

Rozpoczęła uzdrawianie.

I po raz kolejny...

Udało się.

***

Klara obserwowała odlatującego ptaka. Cieszyła się w duchu, że mogła mu pomóc i że wreszcie się na coś przydała.

Kruk chwilę przed rozłożeniem swoich skrzydeł spojrzał jeszcze raz na dziewczynę i lekko skinął głową w jej stronę.

Podejrzewała, że nowy przyjaciel podziękował jej za pomoc swoim własnym sposobem. Czyli po "krukowsku".

Po wszystkim Klara pobiegła do kuchni. Czuła, że musi coś zjeść. Ostatnio zaczęła się trochę zaniedbywać. I to naumyślnie.

Nie chciała źle. Po prostu bała się, że jak zje za dużo, to skończy się na wymiotach.

Często miała dość tych myśli. Ciągłego zastanawiania się, czy rzeczywiście jest taka, jaką widziała się w lustrze. Nieraz wydawało jej się, że jest okej, a nieraz ten obraz ją przerażał.

Czuła się już tym zmęczona, a wręcz wykończona, wycieńczona.

Chciałaby wyrzucić z siebie te myśli, ale wiedziała, że nie jest w stanie. Tak bardzo bała się, że przytyje. Wyciągnęła z szafki paczkę wafli ryżowych, które niedawno kupiła, wracając z zajęć, i schowała je z powrotem.

- Nie, błagam. Tylko nie to.

Już jakiś czas temu dziewczyna zauważała u siebie oznaki powrotu jej... przypadłości? Jej choroby? Nie wiedziała nawet, jak to nazwać. Miała wrażenie, że to ją więzi, osacza, dusi. I nie potrafiła od tego uciec.

Bo to było w niej.

Było...

Nią.

***

Klara jeszcze przez pół godziny siedziała w kuchni, popijając zieloną herbatę. Było jej smutno. Myślała o Stelli, którą ostatnio rzadko widywała.

Może jest u siebie - zastanawiała się.

Jednak jej głowy nie zajmowała jedynie najlepsza przyjaciółka. Dziewczyna wspominała też ostatni wypad z Amaro. Od tamtej pory chłopak się nie odzywał. Nie wiedziała dlaczego. Czyżby nie chciał? Podejrzewała, że mogła go sobą wystraszyć. Miała świadomość, że jest trochę specyficzna. Albo - nazywając rzeczy po imieniu - że jest po prostu totalną dziwaczką.

Może tylko Klarze wydawało się, że ich spotkanie w Porcelanowym Duchu wypadło dość spoko.

- Przestań! - oburzyła się na siebie. - Nie będę jedną z tych dziewczyn obsesyjnie analizujących każdy szczegół randki z chłopakiem. O nieee, ani mi się śni! - postanowiła.

Wkurzona, wstała z krzesła i ruszyła na zajęcia. Dzień zleciał jej dość szybko. Prawie na każdej przerwie latała do szkolnej biblioteki, olewając dziwne miny pani siedzącej za ladą. W sumie niepokojącym widokiem było, jak nastolatka któryś raz z kolei buszuje po wszystkich regałach. Ale Klara musiała coś sprawdzić.

Po szkole skierowała się na plażę. Miała zamiar coś z sobą zrobić. Postanowiła więc pobiegać. Skoro nie mogła pływać i nurkować, stwierdziła, że zastąpi to innym sportem w pobliżu wody.

***

Wciąż czuła niedosyt.

Wiedziała, że woda jest zimna. I to bardzo.

Zatrzymała się i spojrzała na błękitną taflę.

Jej powieki opadły, a spokój objął wszystkie komórki ciała dziewczyny.

Nagle poczuła przyjemne przyciąganie.

Dobre.

I nawet nie zauważyła, co robi.

Nie spostrzegła, jak zaczęła wchodzić do oceanu.

Coraz głębiej się w nim zanurzając.

Aż po pas.

Łokcie.

Piersi.

Szyję.

- Klaro.

Kiedy dziewczyna usłyszała ten dobrze jej znany, melodyjny głos, niemal od razu się ocknęła.

Jakby dzięki tej istocie została wyrwana z hipnozy.

Odwróciła się.

- Wróciłaś - wyszeptała lekko zachrypnięta nastolatka, stojąca w zimnym oceanie.

Rozdział XXIVDolina Księżycowego Blasku

Klara i Celine rozmawiały ze sobą od dobrych dwóch godzin.

Dziewczyna była w dużym szoku. I to nie z powodu niewyjaśnionej hipnozy, o której Celine nie pisnęła jeszcze ani słowa, ale bardziej dlatego, że nie spodziewała się, że owca wróci tak szybko.

Gdy jakiś czas temu Klara wyszła z wody, Angelina zabrała ją chyba do swojego domu. Do malutkiej chatki położonej w środku lasu. Miejsce to nosiło nazwę Dolina Księżycowego Blasku. I było oszałamiające.

Wszędzie znajdowało się pełno drzew o błękitnych pniach i o srebrnych liściach. Czerpały one energię i światło z księżyca. Tak samo trawa, śnieżnobiała, również żywiła się poświatą tego satelity.

Jednak większe wrażenie na Klarze zrobiła chatka owcy. To chyba jedno z najbardziej uroczych miejsc, jakie kiedykolwiek miała okazję odwiedzić.

Wszystko urządzone zostało skromnie, a jednocześnie elegancko i z klasą.

Salon, w którym siedziały, jedząc jabłecznik z cynamonem i popijając ziołową herbatę, urządzony był w stylu vintage. Stare, drewniane meble, toaletka do makijażu, na której stało multum flakoników perfum. Na ścianach ciekawie prezentowały się porozwieszane kowbojskie kapelusze.

Uwagę dziewczyny przykuła też piękna, antyczna (jak podejrzewała) zastawa, umieszczona na kredensie w rogu pomieszczenia. Podejrzewała, że używana jest bardzo rzadko, a wręcz tylko na wyjątkowe okazje.

Klarze zrobiło się już cieplej. Celine od razu, gdy ta usiadła na fotelu, jednym stuknięciem racicy rozpaliła w kominku. Ogień pomógł dziewczynie wyschnąć i pozbyć się dreszczy.

- To ciasto jest po prostu niebiańskie! - krzyknęła zachwycona nastolatka. Jednak najdziwniejsze w całym dzisiejszym dniu było dla niej to, że jedząc coś tak słodkiego, czuła się dobrze. Nie chciało jej się nawet biec do łazienki, by zwymiotować zawartość swojego żołądka. Nie miała też żadnych wyrzutów sumienia, a wsuwała już drugi kawałek, i to taki sporej wielkości! Zupełnie jakby wszystkie złe głosy w jej głowie miały dzisiaj wolne. - Hmm, dziwne - pomyślała w duchu.

- Smakuje ci, złotko? - zapytała Celine, uśmiechając się przy tym.

- Jest megapyszne! - przyznała dziewczyna. - Sama piekłaś?

- Tak, kochanie. To moje dyskretne hobby. Od dziecka lubiłam pichcić - mówiąc to, puściła oko do Klary, co odrobinę poprawiło jej humor. Jednak mimo przyjemnego nastroju dziewczyna postanowiła wrócić do przerwanej rozmowy.

- Co to właściwie oznacza?

- Ach, tak. Więc, skarbie, nie miałam nigdy wcześniej do czynienia z czymś podobnym. Krystalicy wysłali mi wiadomość o zmianie dotyczącej twojego planu. Szczerze mówiąc, zdziwiłam się, kiedy odczytałam treść tego, co chcieli mi przekazać. By to wyjaśnić, udałam się niezwłocznie do Stone-noble-sphere.

- Gdzie? - przerwała jej Klara, która nigdy nie słyszała o tym miejscu.

- To, moja malutka, jest siedziba najinteligentniejszych kryształów. Wracając więc... musiałam to wyjaśnić. Rozmawiałam z nimi właśnie o tobie.

Klara obserwowała owce i uważnie przysłuchiwała się jej słowom.

Czy serio jestem aż tak beznadziejna w zmienianiu się w geparda, że narobiłam takich problemów samej królowej Arioru? Totalne dno - myślała, a owca mówiła dalej.

- Mogę zdradzić ci tylko tyle, że powinnaś być ostrożna. Szczególnie w tym czasie. Twoje moce się budzą, a to trudny okres dla ich posiadacza. Ważne jest, byś nauczyła się z nich korzystać najlepiej, jak potrafisz. Mamy coraz mniej czasu do bitwy z wilkarymi. A ty i Stella... Wy...

Chyba pierwszy raz od pobytu na tej pięknej planecie Klara miała okazje zobaczyć zatroskaną Celine i mieszającą się lekko w wypowiedzi. Czuła, że królowa chciałaby powiedzieć więcej. Ale chyba nie mogła.

- Wiem, Cel - odezwała się dziewczyna, kiwając przy tym głową.

Przez chwilę owca intensywnie wpatrywała się w oczy Klary.

- Zmieniły kolor. Zaczyna się reverium.

- Jakie reverium? Celine, ja już nic nie rozumiem.

Dziewczyna czuła wiele. A wręcz za wiele. Potrafiła porozumiewać się z naturą i uzdrawiać. Jej serce charakteryzowała czystość. Stelli również. Ta druga była wojowniczką. To jasne. No a Klara? Kim ona była?

Spojrzała pytająco na owcę.

- Czarownica? Wodna wróżka? - próbowała sama sobie odpowiedzieć, a raczej zgadnąć, nie wytrzymując do końca ciszy panującej w salonie. Jednak trochę się bała.

Prawdy.

Że jest nikim.

Celine, czując dokładnie przerażenie nastolatki, delikatnie chwyciła jej dłonie swoimi ciepłymi i pełnymi miłości racicami, po czym jeszcze raz spojrzała dziewczynie głęboko w oczy.

- Nie, skarbie. Jesteś czarofilią - rzekła królowa Arioru.

A Klara zaniemówiła.

***

- Co jeszcze ci powiedziała? - dopytywała z zaciekawieniem Stella, siedząc na swoim dywanie w kształcie pandy i pijąc gorącą czekoladę, którą przed chwilą sobie zrobiła.

Klara opierała się o ścianę przy drzwiach.

- Sporo tego było. Mówiła też o mamie, na początku, gdy usiadłyśmy do herbaty - Klarze łzy napłynęły do oczu. - Stello, moja mama mnie nie pamięta - wyksztusiła.

- Że jak? - zdziwiła się.

- Cel, ona uzgodniła to razem z tatą, zaraz po tym, jak mama zapakowała dla mnie paczkę. Ponoć nie dawała rady. Według nich mogłaby nie wytrzymać tej tęsknoty.

- Ale na jak długo ona ma cię, no... nie znać? - starała się delikatnie zadać pytanie, lecz było to bardzo trudne. W odpowiedzi jej przyjaciółka załkała, więc Stella spróbowała ją nieco pocieszyć. - Ej, twój tata cię pamięta. Może za jakich czas przywrócą pamięć też twojej mamie.

- Oby. Nieważne. Znaczy, nie mam siły o tym rozmawiać. Jedyne, co w tym dobrego, to że chyba odkryła, kim jestem.

- To gadaj! - krzyknęła z podekscytowania.

Klara wzięła głęboki oddech i opowiedziała jej o tym, czego dowiedziała się na swój temat od samej królowej Arioru.

- Ale czarofilią? Grubo!

- Nie. Ja nic z tego nie czaję. Przecież ta zmiana w geparda... Ach! Sama już nie wiem, co o tym myśleć... - Klara już się pogubiła. Kiedy to mówiła, głos lekko się jej łamał, a po policzku dziewczyny spłynęła jedna łza.

Stella, doskonale to dostrzegając, podeszła do przyjaciółki. Ale nie po to, by ją przytulić.

- Widzisz? Dlatego NIM jesteś. Zawsze się upierasz i dążysz do celu. Masz bardzo dobre serce. Ja się tak wszystkim nie przejmuję, ale ty owszem. To dar. Kurde, nie pozwoliłabyś umrzeć nawet najmniejszej roślinie, gdybyś przechodziła obok niej. Zawsze zabraniasz mi kogoś wyzywać i ciągle powtarzasz, że w każdym jest choć trochę dobra. A co najlepsze, wierzysz w to!

Klara nigdy by nie pomyślała, że Stella ma o niej aż tak dobre zdanie. Była trochę zaskoczona. A serio, akurat ją zaskoczyć to spore wyzwanie.

- Kocham cię, Stello. Dzięki, że mogę na ciebie liczyć - odezwała się czarofilia i przytuliła swoją przyjaciółkę.

- Ja ciebie też - Stella odwzajemniła uścisk. - Od tego jestem - dodała jeszcze.

***

Amaro obserwował całą tę scenę z gałęzi ogromnego drzewa, rosnącego blisko balkonu dziewczyn. Nie dostrzegły go. Było ciemno.

Chłopak już wcześniej podejrzewał, że dziewczyna jest inna. Że jest kimś wyjątkowym.

Sam nie mógł uwierzyć w to, że aż tak bardzo spodobała mu się Klarissa. Nie chodziło tylko o jej wygląd, choć jej piękno dosłownie go powalało i sprawiało, że nie mógł się skupić na innych rzeczach. Będąc przy tak olśniewającej oraz młodej kobiecie, czuł się zaszczycony.

Te jej gęste i falujące włosy, te hipnotyzujące spojrzenie. I zapach. Pachniała jagodami. Podejrzewał, że to zasługa jakiegoś ziemskiego specyfiku do ciała, którego regularnie używała. O ile dobrze pamiętał, ludzie nazywali to chyba migiełami... czy magiłkami? Nie dałby sobie jednak za to ręki uciąć.

Po prostu tak wiele mu się w niej podobało.

Była dzika.

Ale dobra.

Najbardziej zaintrygowała go swoim (choć to banalne) odmiennym charakterem.

I nie wiedział, jak to dokładnie opisać, ale dostrzegł ogromny smutek, jaki w sobie nosiła. A mimo to... tak dużo starała się śmiać.

Amaro pragnął się z nią jak najszybciej zobaczyć. Zaplanował już nawet niespodziankę.

Musiał teraz tylko chwilę zaczekać, aż dziewczyna wyjdzie na zewnątrz, by posiedzieć na skałach, posłuchać szumu fal i pomedytować. Chłopak podejrzewał, że gdy zamykała oczy, wpadała w jakiś trans, który z tego, co udało mu się zaobserwować, najwyraźniej kochała. Zdradzały ją przy tym lekko uniesione kąciki ust.

Czasami, siedząc cicho w ukryciu, podpatrywał, jak to robiła. Miał nadzieję, że dziś również postanowi wyjść na dwór, bo inaczej jego plan może się nie powieść.

Chłopak poprawił swoją pozycję na drzewie.

I czekał, aż Klarissa wreszcie się zjawi.

Rozdział XXVITadeusz i biała sowa

- Otwórz się! - krzyczała Klara, wściekła na dużą skrzynkę, do której wszystkie stworzenia Arioru mogły wrzucać paczki. Te różnego rodzaju pakunki były później wysyłane na inne światy.

Gdy z całych sił kopnęła w gigantyczne pudło, klapa wreszcie się podniosła. Dziewczyna spojrzała jeszcze raz na bezpiecznie zapakowany prezent urodzinowy dla swojej mamy. Miała go wysłać dużo wcześniej, jednak przez to wszystko, co ostatnio się działo, trochę wypadło jej to z głowy. Poza tym, do tej pory nie mogła pogodzić się z myślą, że Łucja jej nie pamięta.

Wiedziała, że mama nie zgadnie, od kogo przyjdzie paczka. Ale przynajmniej tata będzie wiedział. A ona z pewnością ucieszy się z takiego prezentu. Przecież uwielbiała sowy.

Dobrych parę lat temu zmarł pradziadek Klary, a dziadek mamy dziewczyny. Łucja bardzo mocno to przeżyła. Była przy nim w chwili, gdy umierał. Z tego, co mówiła, dostrzegła, jak z ostatnim oddechem z ust dziadka wydobył się mały, biały dymek.

Dusza.

Tak podejrzewały. Klara i jej mama.

A raczej były tego pewne.

Dziadek Łucji zawsze chciał odwiedzić dom swojej wnuczki i jej męża, Lucjana. Jeszcze wtedy mieszkali oni na wsi, kawałek za Delonią.

Ale zdrowie mu na to nie pozwoliło.

Odszedł.

Tadeusz był bardzo wysokim i dobrze zbudowanym mężczyzną. W młodości dużo pracował i zajmował się hodowlą lisów. Nigdy nie narzekał. Mama i tata zawsze wypowiadali się o nim w pięknych słowach. Gdy wspólnie wspominali pradziadka, tata często powtarzał: "To dopiero był gość! Lubił mnie, o tak. Zawsze mówił: Czeladnik, podejdź!". Wtedy zazwyczaj dziewczyna się śmiała.

Trochę go pamiętała. Jak odwiedzała pradziadków, to Tadeusz zawsze częstował ją cukierkami, które chował w swoim stoliczku nocnym. Miała też w głowie wspomnienie, jak jadł zupę mleczną w dużym pokoju. Zawsze jadł sam. Pamiętała jego lupę, którą pomagał sobie w czytaniu, i brązową laskę, jakiej używał do podpierania się podczas chodzenia.

Gdy umarł i leżał w trumnie - Klara nawet nie pamiętała, ile dokładnie miała wtedy lat - ale nie bała się go. A właściwie to uważała, że był naprawdę piękny. Przepiękny.

Włożyła mu wtedy list pod poduszkę.

Niestety, za nic w świecie nie mogła sobie przypomnieć, co w nim napisała.

Ale w tym wszystkim najbardziej zdumiewające było to, że Łucji od zawsze kojarzył się on z białą, śnieżną sową. Gdy niedługo po śmierci Tadeusza siedziała z Lucjanem na tarasie, niespodziewanie coś nad nimi przeleciało. I usiadło na słupie.

- Widziałeś? - zagadnęła męża.

- Jakiś ptak, ale gołąb? Taki, kurwa, wielki? - mówił zdziwiony.

- Niee... - Mama podeszła na koniec tarasu, by lepiej przyjrzeć się stworzeniu.

I... zobaczyła ją.

A raczej jego.

Była tak pewna.

Popłakała się.

Był tutaj.

Wierzyła w to, a gdy pierwszy raz Klara usłyszała tę historię, również nie miała co do tego żadnych wątpliwości.

Potem dziewczyna nieco o tym czytała. O tym, co dzieje się z duszami, jak już opuszczą swoje ciało. I rzeczywiście, znalazła w internecie fragment artykułu mówiący o tym, że sowy były dawniej posłańcami, którzy mieli za zadanie poprowadzić duszę do świata zmarłych.

Dlatego właśnie Klara wybrała dla mamy taki prezent. Białą, porcelanową figurkę sowy. Do tego po drodze dokupiła jej jeszcze woreczek mocno kakaowych trufli i zapakowała to wszystko w różowe pudełeczko z czarną kokardką, które również wytrzasnęła ze sklepu papierniczego. Odwiedziła go chwilę temu podczas spaceru na pocztę. W środku znajdowała się słoma, mająca za zadanie uchronić przedmiot od wszelkich uszkodzeń i stłuczeń, na które mógł on zostać narażony podczas transportu.

Dziewczyna wrzuciła prezent do skrzyni.

I zamknęła ją.

Przez chwilę wyobrażała sobie mamę rozpakowującą zawartość pudełka i cieszącą się z tego, co dostała.

- Szkoda, że nie będziesz wiedziała, od kogo to. Spóźnione wszystkiego najlepszego, mamo.

Rozdział XXXIKrystalicy

Przylecieli.

Na skrzydłach.

Krystaliczni ludzie.

Piękni.

Zupełnie jak ze szkła.

Przy poruszaniu wydawali trochę zbyt donośne piski, czasami przypominające dźwięki pęknięcia. Prezentowali się natomiast idealnie. Wręcz z gracją. Ich wzrost dobijał nawet do dwóch metrów. Szczupłe i wyprostowane sylwetki sprawiały, że nowi znajomi wydawali się nawet jeszcze wyżsi. Ich usta się nie otwierały. Oni jakby nic nie mówili. Dziewczyny odniosły jednak dziwne wrażenie, że Celine porozumiewała się z tymi niespotykanymi istotami bez większego problemu.

***

- Za chwilę zabiorą Skarego. Dołączy do brata. Bernandten już ich wyczekuje.

- Co? Jakiego brata? - Stella odniosła wrażenie, że coś ją ominęło.

- Mag, z którym walczyłam, nazywa się Derron. Jest on bratem bliźniakiem naszego kochanego księcia. To bliźnięta dwujajowe, kochanie.

- Ale mówiliście, że Skary był najstarszy.

- Właściwie to prawda. Pierwszy wyszedł na świat, a zaraz po nim...

- Derron.

- Tak, skarbie. Klaro, złotko, wszystko w porządku? - zapytała owca, dostrzegając i czując, że dziewczyna bardzo chciała z nią o czymś porozmawiać.

- Nie, Celine. Po prostu widziałam, jak odbierasz mu magię. To przecież... niedozwolone. To zbrodnia.

- Kochanie, chodź. Usiądź obok mnie. Stello, ty również podejdź - poprosiła obie przyjaciółki.

Wszystkie usiadły na polanie, a owca zaczęła mówić:

- Odbieranie wrodzonych zdolności istotą magicznym to czarna magia. Ale wilkare nie są i nigdy nie były nimi obdarowane. Okradają innych z darów, jakie posiadają. A potem zabijają. To, co im zabrałam, od razu zwróciłam wszechświatowi. Nie przejmuję tego w swoje ciało. Magia, którą Derron ukradł, powędrowała dalej. Dla porządku. W miejsce, gdzie powinna się znaleźć po opuszczeniu swoich prawowitych właścicieli. Już dawno temu. W miejsce zupełnie mi nieznane.

Klarze zrobiło się bardzo głupio. Przeczesała ręką swoje prawie czarne i poszarpane po bitwie włosy, po czym spojrzała na owcę swoimi wiśniowymi oczami.

- Przepraszam, że w ciebie zwątpiłam, Cel... Nie powinnam. To się już więcej nie powtórzy. Obiecuję.

Rozdział XXXIIPierwsza wspólna Wigilia

Amaro pędził na Archaniele po dzikich stepach planety Wenilu. Wiatr smagał go ostro po szyi i policzkach. Chłopak był rozgrzany z wysiłku i emocji, jakie nim targały.

Tęsknił za nią. Cały czas miał przed oczami tę piękną twarz. Twarz Klarissy, jego dziewczyny.

Tak dobrej i kochającej istoty jak ona nigdy wcześniej nie poznał. Pragnął być teraz obok niej. Widzieć ją, dotykać i czuć. Wiele by oddał, by móc w tym momencie chociaż potrzymać ją za rękę.

- Wytrzymam - powtarzał sobie w kółko. - Wytrzymam dla niej.

Ale dopadło go zmęczenie. Harfale zaatakowały do tej pory już trzy razy. Bezlitosne, głupie stworzenia, zwane przez większość piratami galaktyki. Charakteryzowali się rozszarpanymi, ludzkimi ciałami, cuchnącymi zgnilizną. Żywili się głównie padliną. Dziwne było to, że zjadali ofiarę dopiero po zepsuciu się ciała. A właściwie to pochłaniały. Ohydztwo i okropność.

Chłopak poradził sobie z nimi bez żadnych zarzutów. Nigdzie nie miał nawet małego draśnięcia. Zupełnie jakby łut szczęścia? Nie wiedział. Chciał tylko dotrzeć tam, gdzie wysłała go Celine, i wrócić do domu. Na Arior.

Ale walki połączone z prawie kilkudniową bezsennością dawały się młodemu mężczyźnie we znaki.

Brakowało mu jeszcze tylko jednego dnia, by dotarł na miejsce. Nie był tam od jakichś paru lat. Dziwnie się z tym czuł. Co mu powie? Co powie... im?

***

Śnieg zasypał prawie każdy centymetr Arioru. Temperatura spadła oszałamiająco nisko. Jeszcze nigdy nie było tu tak srogiej zimy jak ta.

Natura wyczuwała zło. Dawała znać nie tylko mrozem, ale również silnymi wichurami oraz zamieciami, że czas dobiega końca.

Wszędzie czuć było napięcie, nerwy i osłabienie. Strach został zasiany w sercach każdego stworzenia zamieszkującego tę nadzwyczajną planetę.

Niepokój wzrósł jeszcze bardziej po tym, jak Ariorczycy dowiedzieli się, że wataha grasowała sobie swobodnie po ich planecie. Niezauważona.

Ale tego dnia wszyscy potrzebowali przerwy od otaczającej ich negatywności. Gdy wreszcie nadeszła długo wyczekiwana Wigilia, osłabło poczucie bólu, nienawiści i przerażenia. Na ich miejsce przyszły miłość, radość i spokój, a ostatnio bardzo tego brakowało.

Tutaj.

Na planecie dobra.

Klara, Stella, Żółty, Salamander i Galamatena spotkali się tego wieczoru w karczmie jaszczura. Ubrali wspólnie choinkę, pograli w karty, gdy w tle leciały ariorskie kolędy. Każdy z nich przyniósł też coś na ząb.

Klara i Stella razem przygotowały świąteczną sałatkę oraz rybę po grecku. Salamander zajął się oczywiście (prócz przystawek, jakimi były przepyszne grzanki czosnkowe z suszonymi pomidorkami) alkoholem. Mimo że nie wypadało w święta spożywać takich rzeczy, i tak jednogłośnie wszyscy postawili na gin z tonikiem.

- Proste i klasyczne - stwierdził jaszczur, niosąc tacę ze szklankami oraz dużą butelką, której zawartość wszyscy znali. - Żółty, dla ciebie sok bananowy. Jeszcze kiedyś przyjdzie czas, że wypijesz z nami szota, ale sam rozumiesz... - pocieszył małego, podając duży karton napoju do jego małych dłoni.

Galamatena i mały krasnal upiekli za to bajeczny piernik z polewą czekoladową i pomarańczowe babeczki z goździkami. Żółty już na samym początku spotkania zdążył pochłonąć trzy największe babeczki i jeden duży kawałek ciasta.

Po wypiciu pierwszego drinka Klara nabrała wreszcie odwagi, by zaśpiewać im piosenkę, jakiej ostatnio się nauczyła. Był to (rzecz jasna) jeden z kawałków Ariany Grande pod tytułem "Santa Tell Me"[1]. Po skończonym występie dziewczyny grupa obdarzyła ją głośnymi okrzykami oraz brawami.

Ale cała ekipa najbardziej wyczekiwała prezentów. Kilka dni wcześniej umówili się na losowanie paczek. Najgorzej wytrzymać było Klarze, która ze wszystkich sił próbowała nie wygadać nic Stelli. Mówiła jej przecież wszystko! Chyba że zwyczajnie o czymś zapomniała, ale to okazało się trudniejsze, niż myślała. Na szczęście udało jej się.

Wylosowała więc Sala, a ten z kolei Żółtego. Malec dostał Klarę, a Stella i Gala - siebie nawzajem.

Kiedy ułożyli już wszystkie prezenty pod choinką, czekali z niecierpliwością do godziny dwudziestej czwartej, by szybko je rozpakować. Ciekawość dosłownie zżerała ich od środka.

Starali się też nie myśleć o domu, ponieważ nie mogli pozwolić sobie (w tym ciężkim dla Ariorczyków czasie) na powrót do swojego świata. Wiązało się to ze zbyt dużym ryzykiem.

Więc zostali.

Mieli nadzieję, że uda im się odwiedzić rodzinę w ferie zimowe czy może chociaż na Wielkanoc. Ale tego niestety nie wiedzieli.

- O kur, Gala! - krzyknęła Stella, która właśnie odpakowała podarunek od motylicy. Wpatrywała się w niego z ogromnym zachwytem, trzymając przed sobą duży, kolorowy obraz z postacią Katniss Everdeen. Była to główna bohaterka jej ulubionej książki pod tytułem "Igrzyska Śmierci"[2]. Nie mogła się mu nadziwić. - Ten obraz to ideał. Po prostu - stwierdziła.

Od razu wiedziała, od kogo go dostała i kto go namalował. Wszyscy zresztą wiedzieli, że Gala ma talent nie tylko muzyczny, ale również i plastyczny. Prócz grania na fortepianie potrafiła również doskonale posługiwać się farbami olejnymi i akrylowymi.

Dlatego właśnie Stella kupiła jej koc z nutkami i klawiaturą pianina. Obie dziewczyny doskonale trafiły w swoje gusta.

Natomiast Klara wymyśliła dla jaszczura coś nieco bardziej... innego.

A mianowicie?

Wykupiła mu czterotygodniowy kurs na ogrodnika.

Wspominał kiedyś, że interesuje się roślinami. Niestety, zawsze brakowało mu czasu i odwagi, by zacząć robić z tym coś na poważnie. A gdy odpakował kopertę, oczy zaszły mu łzami.

Łzami szczęścia.

- Co za genialne stworzenie wpadło na tak rewelacyjny pomysł?! - zapytał głośno Sal, ale reszta grupy tylko się zaśmiała, nie chcąc, by odgadł swojego magicznego Mikołaja.

Wreszcie przyszła kolej na Klarę. Dostała karton żółtych świeczek. Niektóre pachniały jakimś (jak podejrzewała) drzewem iglastym, a inne - cytryną.

- Łaał - odezwała się, będąc pod wrażeniem, że chyba trochę ją znają. Co prawda nie przepadała za żółtym kolorem, ale te zapachy bardzo jej się spodobały. Nietrudno było też zgadnąć, kto jej podarował ten świąteczny prezent.- Dziękuję, mały. Są najcudowniejsze.

Dla Żółtego Salamander wybrał kostkę Rubika oraz szachy, ponieważ mały uwielbiał wszelkiego rodzaju gry czy zagadki, które zmuszały do myślenia.

Leopedroid z podekscytowania nowymi rzeczami zaczął się śmiać i skakać w górę. Widocznie zawartość jego pakunku była bardzo dobrze trafiona.

***

Siedzieli do drugiej w nocy. Księżyc, a raczej jego połowa, świecił jasno na niebie. To była wspaniała Wigilia. Po wszystkim przyjaciele pomogli Salamandrowi w pozbieraniu talerzy i szklanek po pysznościach tego (na pewno nigdy niezapomnianego) wieczoru.

Takiego właśnie oderwania potrzebowali - pewnego rodzaju odskoczni od ciągle otaczających ich problemów.

Dziewczyny (już w sumie dziś) wyruszają na Pomalaronię. Przed podróżą powinny się więc trochę zdrzemnąć i oczywiście spakować niezbędne rzeczy, potrzebne na wyprawę.

Celine zarządziła, że odlatujący mają stawić się dzisiejszego dnia o piętnastej trzydzieści na placu przed latarnią. Ich wylot zaplanowany jest równo o szesnastej, tak by każde stworzenie spokojnie zdążyło wejść na statek.

Dziewczyny co prawda nie wiedziały jeszcze, co je czeka.

Wiedziały tylko tyle, że będą w tym razem.

Jak zawsze zresztą.

Jak zawsze.

Rozdział XXXIIIWenil i dom

Słońce już zachodziło. Planeta Wenilu mieniła się w złocie, niczym skamieniała żywica drzew iglastych. Nie bez powodu przez wielu nazywana była bursztynową planetą - nie można by się nie zachwycić jej urokiem. Według legendy wenilskich wikingów na tym świecie żyły wszystkie rasy koni. Hodowli nie było tu jednak dużo, może ze cztery albo pięć. Nie więcej. Wenilczycy stawiali raczej na domowe uchowanie bądź typowo wolnościowe dokarmianie tych uroczych zwierząt, dlatego każda rodzina zamieszkująca ten zakamarek świata posiadała co najmniej niewielką stajnię obok domu. To jak na Ziemi, w każdej rodzinie musiał być minimum jeden telefon komórkowy.

Jeżeli chodzi o atmosferę...

W tym miejscu panował spokój. W powietrzu unosił się zapach świeżo skoszonej trawy.

Tu aktualnie była wiosna i wszystko budziło się do życia.

Pewien starszy mężczyzna siedział na tarasie w swoim wygodnym i już dość zużytym wiklinowym fotelu. Popijał gorzką herbatę i wpatrywał się w powoli znikającą gwiazdę...

...gdy raptem coś przykuło jego uwagę. W oddali dostrzegł małą, ciemną plamę, która zbliżała się powoli w jego kierunku. Dopiero z czasem swoim kształtem zaczęła ona przypominać sylwetkę człowieka na koniu. Starzec mógł pochwalić się wcale nie najgorszym wzrokiem, a wszystko przez magię drzemiącą (odkąd właściwie pamiętał) w jego wnętrzu.

Niestety mimo wytężenia wzroku zbyt duży dystans dzielił starszego mężczyznę i tajemniczą postać. Więc, by ten mógł wywnioskować nieco więcej na temat przybysza, mrucząc coś pod nosem, sięgnął po lornetkę, którą zawsze trzymał pod krzesłem. Właśnie na takie sytuacje...

- Hmm, kogo my tu mamy? - zastanawiał się.

Jego oczy najpierw objęły ogromnego zwierza, na jakim wędrował nieznajomy.

- Piękny achał. Zaraz - później swoje oczy starzec skierował na twarz przybysza, która już nie stanowiła dla niego żadnej zagadki. - Przecież to jest... To jest... mój Amo. O Boże drogi.

Wyrzucił lornetkę za siebie. Zwinnym ruchem wywalił trzy koce, jakimi wcześniej przykrył swoje nogi i "w miarę" szybkim tempem pobiegł do stajni znajdującej się przy domu.

Chwilę potem galopował już w kierunku chłopaka. Na oklep. Nie miał czasu zakładać siodła na swoją wierną klacz, którą ciągle popędzał. Chciał być bliżej niego. Najszybciej, jak to możliwe.

Kiedy znalazł się już wystarczająco blisko przybysza, zsiadł ze zwierzęcia.

A chłopak postąpił podobnie.

Obydwaj bez zastanowienia padli sobie w ramiona.

Stali tak przez kilka minut.

- Wróciłeś - rzekł lekko drżącym głosem.

- W interesach. Celine mnie przysłała.

Starszy mężczyzna się zamyślił.

Musiał tęsknić - myślał, ale dostrzegając powagę na twarzy chłopaka, po chwili odezwał się do niego:

- Coś się wydarzyło. Chodź, chodź do domu. Wszystko mi tam opowiesz.

***

Dom. Miejsce, gdzie się wychowywał i gdzie dorastał, pozostało wciąż takie samo. Nic się nie zmieniło. Zapach drewna, antyczne meble, mroczne obrazy prezentujące historię rodu Derenwerów. I wszystkie spod ręki babci Jerry, już świętej pamięci.

Umarła na skutek zatrucia, gdy jej męża nie było w domu. Ponoć zjadła jagodę cy-u, potrafiącą uśmiercać stworzenia na miejscu nawet przez sam zapach. To wyjaśnienie miałoby sens... Niestety, takie owoce nie występowały na Wenilu. Dlatego nikt w to nie wierzył, ale też i nikt o tym nie mówił.

- Gdzie on jest? - spytał trochę zbyt ostro Amaro, rozglądając się po pomieszczeniach.

- Amo, on...

- Nie zaprzestał nawet po moim odejściu - mówił chłopak z nutą poirytowania i rozbawienia w głosie.

- Bardzo ograniczył - odparł spokojnie starszy mężczyzna. Rozumiał złość, jaka targała młodzieńcem.

- To kłamstwo, dziadku - stwierdził nerwowo i w tym samym momencie uświadomił sobie, jak dawno nie wymawiał tego słowa. I jak dawno się nie widzieli.

Dziadek chłopaka, słysząc pretensjonalny ton, jakim posługiwał się jego wnuk, spuścił tylko głowę i posmutniał lekko.

Nagle w pokoju zrobiło się ciemniej, ale twarz starca nadal była widoczna. Światło lampy naftowej padało na jego fizjonomię, podkreślając zmarszczki, dziwne blizny i podkrążone oczy, wyrażające tęsknotę.

- Trzy i pół roku, Amo.

Chłopak milczał. Nie wiedział, co powiedzieć. Było mu wstyd.

- Przygotuję nam coś do picia. Lepiej się wtedy gada - przerwał ciszę dziadek.

- Nie, ja zrobię - zaoferował się wnuk i po paru minutach podał starszemu mężczyźnie termos z gorącym kakao. Swój (który nadal znajdował się w tym samym miejscu, gdzie wcześniej go zostawił) trzymał w drugiej ręce. - Idziemy? - dodał.

Usiedli na tarasie jak za dawnych lat.

Dziadek odpalił cygaro.

- Myślałem, że wróciłeś. Do mnie i ojca.

- Nie po tym wszystkim - odparł krótko.

- Amo - dziadek, mówiąc to, nachylił się bliżej w stronę chłopaka i spojrzał mu głęboko w oczy. - Każdy, naprawdę każdy popełnia błędy. Każdy błądzi. Trzeba nauczyć się wybaczać, zwłaszcza swojej rodzinie. Ojciec cię kocha. Ciągle o tobie mówi. I często płacze wieczorami.

- Ale nie przestaje.

- To nie do końca tak.

- Nie było mnie, tak jak powiedziałeś, ponad trzy lata, dziadku.

- On się zmienił. I zmienia się cały czas. Wierzę w niego. W końcu to mój syn.

- Nie chcę już o tym rozmawiać.

- Ech - westchnął starzec. - Dobrze, mój chłopaku, powiedz mi w takim razie, gdzieś ty się podziewał przez ten czas, co?

- Podróżowałem. Od jakiegoś czasu przebywam na Ariorze. Pomagam ciotce w bibliotekoczytelni, ćwiczę - opowiadał chłopak samymi ogólnikami. Nie było go tyle czasu, że w sumie sam nie umiał zdecydować, od czego zacząć.

- Masz tam jakichś przyjaciół? Zawsze z dużym trudem przychodziło ci nawiązywanie nowych znajomości.

- Mam.

Dziadek uśmiechnął się, a chłopak dobrze znał ten uśmiech.

- Amo, a jak ona się nazywa?

Młody mężczyzna oparł się o krzesło. Nigdy nie mógł ukryć niczego przed Szarpenem. Nigdy. Jakby ten czytał mu w myślach. Nic nie odpowiedział, a dziadek kontynuował, doskonale dostrzegając zmieszanie i równocześnie zdziwienie na twarzy wnuka.

- Nie wydaje mi się, by byle kto nakłonił cię bądź w jakiś sposób był powodem do...

- Nie przyjechałem tu przez dziewczynę. Ja... - przerwał Amaro, ale dziadek znów odbił piłeczkę.

- Jazdy i jeszcze...

- Do? - chłopak już się pogubił.

- Do uczuć, otwarcia.

- Skąd ty...

- Tak samo jak znam twojego ojca, tak samo znam i ciebie. Wychowałem praktycznie was obydwu, tyle że po kolei - zaśmiał się Szarpen. - Masz głębsze spojrzenie. To też znam. Najsilniejsza siła to miłość, mój kochany Amo. Miał takie same oczy, gdy...

- Nie. Już wystarczy, dziadku - poprosił chłopak, już o wiele delikatniej.

- A więc? - Szarpen nie odpuszczał.

- Klarissa, dziadku. Tak jej na imię.

Rozdział XXXVICiemne miejsce

- Nie dotarli.

- Niemożliwe. Powinni już być. Sprawdziłeś dobrze?

- Tak, królowo. Ominąłem tylko tamto miejsce. To złe rejony. Nikt się tam nie zapuszczał od wieków - mówił Pomalaronin, czarnoskóry człowiek z rogiem na środku czoła, ze skrzydłami przypominającymi skrzydła orła. Duże, ciężkie i ciemnobrązowe skrzydła mężczyzny robiły wrażenie. Kiedy nimi poruszał, czuć było emanującą z nich szlachetność i godność.

Mężczyzna stał wyprostowany. Klatkę piersiową miał wyraźnie wypiętą do przodu, aż przesadnie. Jego ręce mocno przylegały do tułowia. Ale Pomalarończycy tacy już byli - bardzo zasadniczy, jeżeli chodziło o ich zachowanie i o postawę.

Wysłannik króla wpatrywał się w Celine swoimi, można by rzec, trochę ptasimi oczami w kolorze butelkowej zieleni.

- Luma, muszę mieć pewność.

- Rozumiem. Twoje obawy są uzasadnione, królowo Angelino. Lecz król zabronił mi zbliżać się... tam. Jeżeli twoi stworzeńcy[1] rzeczywiście zbłądzili w tę czeluść, są już martwi - orzekł wysłannik bez nawet krzty smutku.

Słysząc takie słowa, owca uśmiechnęła się, bardziej jednak do siebie niż do swojego rozmówcy.

- Zadziwia mnie twój brak wiary w siłę moich oddziałów. Nie wysłałabym do królestwa Pomalii byle kogo. Jeśli - na to słowo Celine położyła wyraźny nacisk - jakimś cudem znaleźli się w tym nieprzyjemnym miejscu, żyją. Wyczuwam to, mój drogi Luma.

- A mnie wciąż zaskakuje twoja wiara, zwłaszcza ta w rzeczy niemożliwe. Przysięga posłuszeństwa, jaką niegdyś miałem przyjemność złożyć królowi, jak z pewnością wiesz, nadal obowiązuje. Jestem więc zmuszony wiernie się do niej stosować - Pomalaronin wypowiadał to wszystko trochę niepewnie, jakby wątpił w słuszność idei wierności swojemu władcy. Celine to wiedziała.

- We wszechświecie istnieją rzeczy ważniejsze od reguł i zasad stworzonych przez kogoś bądź przeważnie przez nas samych. Dawniej to rozumiałeś. Co się zmieniło?

Młody mężczyzna spuścił wzrok. Myślał. Doskonale było po nim widać, jak bije się ze swoimi myślami.

- Zostanę wygnany - stwierdził z żalem. - Nie mam nikogo poza...

- Królestwem - dokończyła za niego owca.

Pomalaronin pokiwał głową.

- Czasami wiara w słuszność naszych czynów potrafi sama nas wybronić. Mimo że umysł nie jest w stanie pojąć tej logiki. Zawsze znajdzie się tu dla ciebie miejsce, ale pamiętaj, że prawdziwa rodzina nigdy cię nie odrzuci, a tym bardziej za pomoc i dobro, jakie okażesz innym. To trudne, Luma. Rzeczy ważne zazwyczaj są trudne. Jednak zrozumiem i zaakceptuję każdą twoją decyzję. Wybierz więc tak, byś mógł potem żyć w zgodzie z samym sobą.

Pomalaronin nic już nie powiedział. Po chwili odwrócił się od owcy, rozkładając przy tym swoje kilkumetrowe skrzydła, odbił się od ziemi i wzbił wysoko w powietrze. Odleciał bez słowa pożegnania, co dla jego gatunku stanowiło zachowanie nie do przyjęcia.

Celine dostrzegła spadające brązowe pióro. Zrobiła kilka kroków naprzód, wyciągnęła racicę i złapała je w locie. Nową zdobycz włożyła sobie za jedyne ucho, jakie posiadała. Spojrzała w górę i obserwowała, jak Pomalaronin powoli znika w przestworzach.

- Bądź silny, Luma. Już niedługo - rzekła prawie niesłyszalnie.

***

- Oni wrócą. Musimy wyruszyć jak najszybciej.

- Nie da się z tym nic zrobić?! - krzyknęła zielonowłosa elfka w długiej, luźno puszczonej, czarnej sukience na długi rękaw i martensach w tym samym kolorze. Jej uszy były wyjątkowo duże, ale jednocześnie też smukłe i szpiczaste. Na twarzy dziewczyny malowała się frustracja. Tupnęła ze złości, gdy Klara próbowała wytłumaczyć jej - a właściwie to całej ich grupie - obecną sytuację i plan, jaki mają ze Stellą, by ich stąd wydostać. Niestety Zaara (bo tak właśnie miała na imię istota uprzykrzająca wypowiedź czarofilii) była doskonałym przykładem klasycznego elfa. Jej zbyt duża emocjonalność, burzliwość, arogancja, wyniosłość i dobijająca innych złośliwość sprawiały, że wszyscy mieli jej dosyć.

- Nie, do cholery! Silnik padł, a skrzydła są totalnie rozwalone! Rozsadziło też zapasowy zbiornik z paliwem! - krzyczała już wnerwiona Klara.- Wszystkie turbiny padły na amen! - Teraz to ona musiała się uspokoić. Wzięła kilka głębokich wdechów, co i tak za wiele nie pomogło. Ale przynajmniej mogła mówić dalej, bo Zaara najwyraźniej postanowiła się wreszcie zamknąć. Tym razem dziewczyna zwróciła się już do wszystkich. - Musimy ruszać w drogę i znaleźć pomoc. Pozostanie w tym miejscu nic nam nie da. Spakujcie niezbędne rzeczy. Weźcie tyle jedzenia i picia, ile będziecie w stanie udźwignąć. Ja i Stella staniemy na czatach. Pośpieszcie się.

Klara i jej najlepsza przyjaciółka, która cały ten czas stała obok, czuły się dziwnie w roli przywódczyń grupy. Ale musiały podjąć się tego zadania, bo miały jakieś dziwne poczucie odpowiedzialności za tych Ariorczyków.

Zginął ich pilot. Jedno stworzenie. Jedno życie. A wcześniej na Ariorze - dziesiątki istot. Za dużo. Nie mogą dopuścić, by zabrakło kogoś jeszcze. Nie mogą pozwolić na to, by ta liczba wzrosła.

Po prostu nie mogą.

Muszą wyprowadzić ich z tego piekielnego miejsca. Nigdy nie wiadomo, co może czaić się za najbliższą skałą i czy nawet w tym momencie coś na nich nie poluje. Trzeba ruszać i nie tracić już więcej czasu.

- Gotowi?! - wydarła się Stella.

***

Po godzinie wszyscy wędrowali już po ciemnych ścieżkach dziwnego miejsca, którego nazwy niestety nie znali. Każdy niósł swój bagaż, z wyjątkiem niedźwiedzi pastelnych. One zajęły się dźwiganiem zapasów wody.

Były to niesamowite zwierzęta, bardzo silne, obdarzone ostrymi pazurami, zdolnymi przeciąć każdy rodzaj tworzywa. Te stwory (choć czasami mogłyby wydać się komuś groźne) w środku były delikatne i kochające. Pragnęły towarzystwa. Posiadały dar wielocieplności, polegający na kontrolowaniu temperatury własnego ciała. W sytuacji, w jakiej wszyscy się aktualnie znajdowali, okazał się on niebywale przydatny. Noce tutaj potrafiły być naprawdę zimne, a niedźwiedzie mogły śmiało temu zaradzić, nagrzewając siebie do takiego stopnia, by odczuli to pozostali członkowie grupy.

Na Arior przybyło czworo pastelnych, a troje z nich kroczyło teraz dumnie, razem. Szli z najróżniejszymi istotami przy boku, szukając wyjścia z tej piekielnej czeluści.

Szukali czegokolwiek. Klara próbowała połączyć się z ziemią, ale była na to jeszcze za słaba. Czuła się ciężka. Jakby coś ciągnęło ją w dół. Od czasu do czasu kręciło jej się w głowie i nie potrafiła nawet skleić do końca sensownego zdania.

Stella, unosząca się w powietrzu, rozglądała się po otoczeniu, wskazując jednocześnie kierunek, jakim ich grupa powinna podążać. Chcieli znaleźć odpowiednie miejsce na nocleg, co tutaj okazało się okropnie trudne. Musieli odpocząć. Chociaż kilka godzin.

Po długim czasie udało im się wreszcie dotrzeć do w miarę bezpiecznej okolicy. A przynajmniej tak im się wydawało.

Wspięli się na niedużą górę, na której szczycie znajdowała się grota o idealnej wielkości, by pomieścić w środku ponad połowę ekipy. Jaskinia była bardzo ciemna. Stella rozpaliła w jej wnętrzu małe ognisko, by móc cokolwiek zobaczyć.

Pozostali rozłożyli gdzieniegdzie swoje manatki. Część z nich od razu położyła się spać, inni woleli jednak najpierw coś zjeść.

Niedźwiedzie zaczęły wydzielać teraz nieco więcej ciepła, ponieważ temperatura na zewnątrz spadła do minus pięciu stopni. Aż dziwne, że nic tu nie zamarzało.

- Idę na zwiady. Obiegnę las.

- Hej, Klaro. Jesteś pewna? Jeszcze parę godzin temu wydawałaś się nie do życia. Może odpocznij albo zjedz coś. Spakowałam trochę jedzenia dla ciebie i Stell, jak szłam po bagaże do statku. - Twarz motylicy wyrażała duże zatroskanie, gdy przyglądała się koleżance.

- Dziękuję, Gala, ale nie. Nie mam na to czasu. Poza tym czuję się już lepiej. Dam radę - powiedziała. Co prawda nie była w pełni sił, ale przynajmniej jej samopoczucie się poprawiło, odkąd Zaara postanowiła się wreszcie zamknąć.

- Ja zajmę się górą - rzekła Stella i spojrzała jeszcze szybko na Klarę, by upewnić się, czy nie kłamała, mówiąc do motylicy, że wszystko z nią w porządku. Po lekko opuchniętych oczach czarofilii wojowniczka nie była tego do końca pewna. - Gala, ty czuwaj nad resztą.

I nie czekając na odpowiedź, obie zniknęły z zasięgu wzroku swojej grupy. Jedna z przyjaciółek poleciała w górę, a druga skoczyła w dół.

Rozdział XLSłaby punkt

Klara wdrapała się na dziób najwyższej wieży. Chciała dojrzeć jakiekolwiek źródło wody. Szukała wzrokiem rzeki, morza, oceanu, ale ciężko jej się myślało. Próbowała więc nie myśleć, a szczególnie nie o odległości dzielącej ją od ziemi.

Stella, która unosiła się obok niej, potrafiła na szczęście dostrzec dużo więcej i po raz kolejny wskazała dobry kierunek.

- Tam! - krzyknęła, nie mając żadnych wątpliwości co do niezawodności swojego superwzroku.

Klara zauważyła, że już ściemniało. Właściwie to była teraz noc, a Garpage, czyli księżyc Pomalaronii osiągnął nów, co bardzo ucieszyło czarofilię. Wiedziała, że to jej pomoże, ponieważ ta faza satelity oznaczała czas energii, kontroli i wzrostu.

- Idealnie - szepnęła do siebie Klara. - Dobra, gotowa?! - zwróciła się jeszcze do swojej latającej przyjaciółki, na co ta w odpowiedzi skinęła głową z nieco chytrym uśmieszkiem.

***

Stella wzbiła się jeszcze wyżej - na tyle, by widzieć wystarczająco dużo i by sama być niedostrzegalna.

***

- Pard! Uważaj!

Niedźwiedź w porę zdążył uchylić się przed ciosem wilkarego, gdy Zaara, wykorzystując chwilę nieuwagi wroga, ukręciła kolejny łeb.

- Dzięki wielkie - powiedział pastelny, patrząc elfce w oczy. Ta mała zadziora zaskakiwała go z dnia na dzień coraz bardziej. Była taka drobna, a jednocześnie tak silna i zwinna, że Pardeon nie mógł wyjść z podziwu, gdy obserwował ją w akcji. - Nie wytrzymamy długo - dodał lekko zasapanym głosem.

- Gdzie są te dwie?! - krzyknęła zielonowłosa, już ostro wkurzona, przywalając w tym samym momencie w twarz jednemu z harfali, któremu tym razem Pard odgryzł głowę.

- Klara jest tam! - darła się z niedaleka Galamatena, próbując załatwić wilkarego pyłkiem kwiatowym. O dziwo całkiem nieźle jej to wychodziło, bo ten przestał widzieć przez proszek, jaki motylica wdmuchała mu do oczu. Następnie wbiła mu sztylet w pierś. Nie minęła nawet chwila, a zwierzę upadło na ziemię.

Galamatena, wskazując miejsce, w które wyruszyła wcześniej czarofilia, dostrzegła że w tym samym momencie trzech wilkarych, wyjąc wniebogłosy, wbiegło do środkowej wieży królewskiej.

Motylica, elfka i niedźwiedź nawet nie musieli na siebie patrzeć. Od razu ruszyli w stronę minarety.

***

- Na pewno ma plan!

- No ja mam taką nadzieję! - odburknęła Gali Zaara.

I tak trzy istoty różnego pochodzenia zniknęły w drzwiach wieży, podążając śladami pewnej czarofilii.

Rozdział XLVIBez, muszelki i nowy tatuaż

Chłopak stał na środku sali.

Oczywiście z kwiatami.

I to nie byle jakimi kwiatami.

Amaro trzymał w dłoniach bukiet bzu.

Fioletowego.

Jej ulubionego.

Kiedy dziewczyna weszła do środka, widział po niej, że zaniemówiła.

Jednak kwiaty nie były jedyną niespodzianką dzisiejszego wieczoru.

Wszędzie porozkładane zostały muszelki. Wczoraj w nocy, kiedy położył Szarpena do łóżka w jego pokoju, znajdującym się na tyłach bibliotekoczytelni, Amaro od razu wyruszył nad ocean. Pod wodą spędził dobre trzy godziny, szukając najpiękniejszych okazów.

I nadal to nie wszystko, co dla niej przygotował.

Muzyka.

W tle leciała piosenka Amy Winehouse "Back To Black".

Ta sama, przy której się poznali.

Denerwował się.

Bardzo.

I bał.

Że nie wyjdzie.

Że ona wyjdzie.

I że znowu tak na niego spojrzy.

Tak pusto.

Bez miłości.

- Amaro - zdziwiła się.

- Witaj, Klarisso - jego poważny ton głosu sprawił, że dziewczyna wyprostowała się i lekko cofnęła.

- Nie, proszę. Nie musisz się mnie bać.

- Nie boję.

Była taka stanowcza.

Niewzruszona.

Zimna.

Jak nie ona.

Jakby coś się w niej zmieniło.

Chłopak zauważył też coś dziwnego na jej lewym ramieniu.

A ona spostrzegła ten jego zaciekawiony wzrok.

- Gala.

- Nie wiedziałem, że robi tatuaże. Pasuje ci.

- Dzięki - odparła, przyglądając się (po raz setny dziś) fazom księżyca widniejącym na jej skórze.

Amaro podszedł w tym czasie do gramofonu i podkręcił nieco muzykę.

- Mogę prosić? - odezwał się, jednocześnie odwracając się do niej przodem.

Westchnęła ciężko, ale po chwili podeszła do chłopaka i podała mu dłoń.

***

Dziewczyna czuła, jak przyciągnął ją do siebie.

Tańczyli bardzo blisko.

Przytuleni.

Wokół była tylko muzyka i nieco rozwalony bukiet bzu, aktualnie leżącego na podłodze. Zapach kwiatów rozniósł się już chyba po całym pomieszczeniu.

- Tęsknię, Klarisso. I przepraszam. Ostatnio zachowuję się idiotycznie. Nie jestem w stanie poskromić swojego gniewu. Ja...

- Pochodzisz z mroku. Mówiłeś to już.

- To mnie nie usprawiedliwia.

- Wcale.

- Nie chcę cię stracić.

- Przestań! Nie o to chodzi! - odepchnęła go. - Tu nie wystarczy "przepraszam" ani kwiaty czy muszle. Ja nie chcę być z kimś, kto cały czas jest niedostępny. Jestem zła też na to, jak go traktujesz, ale właściwie to nie wiem, dlaczego go tak traktujesz. To wszystko jest chore.

- Zmienię się. Obiecuję. Zrobię, co w mojej mocy. Tylko proszę, nie odchodź - błagał ją, doskonale zdając sobie sprawę ze swojej żałosności.

- Nie odchodź?! My już prawie nie rozmawiamy. W sumie, nie licząc teraz, to w ogóle nie rozmawiamy.

- Próbowałem...

- Kiedy ludzie tworzą parę, to się poznają. Nie chcę, byś poznawał tylko mnie. Ja też chcę poznać ciebie. Ale ty nie jesteś chyba na to gotowy. Nie chcę, byś robił coś wbrew sobie. Jeśli tego nie czujesz... Może nie jestem tą... tą, przed którą otworzyłbyś swoje serce. Może to po prostu nie ja.

Amaro znów zbliżył się do niej. Mocno chwycił jej dłoń, po czym przyłożył ją sobie do klatki piersiowej tak, by poczuła bicie jego serca.

- Nie ty? - zapytał, już nieco roztrzęsiony. - A co teraz czujesz? Zawsze kierujesz się tym, co czujesz, Klarisso. Czemu w tej chwili nie? Jesteś... jesteś tym, kim zawsze chciałem być. Jesteś moim przeciwieństwem, dobrem w najczystszej postaci. I choćbym nie wiem jak chciał, nie będę potrafił powstrzymać przyciągania, jakie do ciebie czuję. I przepraszam cię. Przepraszam, że zawiodłem.

- Złamałeś dane mi słowo. Pamiętasz? Nie wiem, czy potrafię ci jeszcze zaufać. Nie chcę cię zmieniać.

- Ale ja tego potrzebuję.

Czarofilia pokręciła głową. W tym momencie sama nie wiedziała już, co myśleć. Chciał, żeby go zmieniła? Dlaczego wcześniej tego nie zauważyła? Czy mówił prawdę?

- To przestań topić się w przeszłości. Pozwalając na to, tracisz mnie. Tracisz to, co jest teraz - powiedziała przez łzy. - Tracisz nas - podsumowała.

- Zauważyłem to za późno, wiem.

Amaro zaczął ciężko oddychać, a jego skóra zrobiła się ciepła. Kotłowało się w nim dużo emocji, które dziewczyna doskonale odbierała.

- To, co się z tobą dzieje... ja... pomogę ci. Ale musisz chcieć.

- Chcę. Ale nie wiem, czy to zniesiesz.

- Mówisz do kogoś, kto rzucił ci się do gardła. To ja nie wiem, czy to zniesiesz.

Chłopak, już bardziej spokojny, roześmiał się.

- I... Amaro...

- Tak, Klarisso?

- Tym razem postaraj się tego nie spieprzyć - powiedziała stanowczo czarofilia. - Masz ostatnią szansę.

I w tym momencie stało się coś niezwykłego.

Spojrzała mu w oczy.

Ale już z mniejszym dystansem.

Choć w jej spojrzeniu chłopak dostrzegł coś jeszcze.

Jakby iskrę.

Iskrę pożądania?

Nie widział tego wcześniej.

Delikatnie przyciągnęła chłopaka do siebie. Zbliżyła swoje usta do jego szyi i zaczęła namiętnie i powoli go po niej całować.

Drapiąc mu plecy jedną ręką, poczuła dreszcz, jaki przeszedł chłopaka po całym ciele.

Dreszcz podniecenia.

Amaro chwycił Klarissę za biodra i posadził na blacie baru.

Jego ruchy z początku były spokojne.

Ale potem...

Rozdział XLVIIZewy

Jak co roku dwudziestego trzeciego, czwartego i piątego maja odbywały się na Ariorze tak zwane Zewy. Trwały one trzy noce i trzy dni. Wtedy Mikjuana świeciła najmocniej w ciągu całych dwunastu miesięcy. Jej blask dodawał więc niesamowicie dużo energii mieszkańcom tej wyjątkowej planety.

Był to czas totalnego odpuszczenia i regeneracji. Dawka szczęścia, której wszyscy potrzebowali, a także i dobrej zabawy.

To święto odbywało się na placu przy latarni, gdzie Celine zazwyczaj prowadziła apele. Teraz rozstawiono tam dość dużą scenę i parę budek z tanim jedzeniem i piciem. Co jakiś czas można było przysiąść na ławkach, które wcześniej specjalnie przynieśli tu organizatorzy imprezy. Plac był ogromny, ale o to właśnie chodziło. Trzeba przecież zmieścić w tym miejscu większość mieszkańców.

Wiadomo, wiele stworzeń pójdzie pewnie na wzgórza, z których wszystko doskonale usłyszą, bądź do lasu czy na plażę.

Przez pierwsze trzy godziny Arior rozbrzmiewał muzyką country. Potem była zmiana na techno.

Klara nigdy nie lubiła takich imprez. Wydawały się jej przeładowane. Ale to wydarzenie było nieco inne. Chociaż może nie chodziło tu o samą imprezę, ale o stworzenia, jakie obecnie ją otaczały. Chodziło o Stellę, Galamatenę, Zaarę, Salamandra, Żółtego i Pardeona, który dzisiejszego dnia przybył, by ich odwiedzić.

Przed wylotem przyjaciółek z królestwa Pomalii niedźwiedź oznajmił, że postanowił zostać w swoim domu i służyć królowi razem z Lumą, na co władca zgodził się oczywiście z wielką radością.

No i oczywiście Amaro.

Szarpen także.

Ale Grego...

Niestety nie.

Dziewczyna nie chciała na razie dopytywać chłopaka o nieobecność jego ojca na tak ważnym wydarzeniu jak Zewy. Obiecała sobie, że da Amaro czas. Tyle, ile będzie trzeba. Nie zmienia to jednak faktu, że bardzo ciekawiło i martwiło ją to, co dzieje się pomiędzy tymi dwoma człowosmokami. Czarofilia miała jednak nadzieję, że Grego wkrótce się pojawi.

- Jak się pan czuje? - zapytała Szarpena.

- Ha! Znakomicie! Coś długo wracałem do siebie, co trochę mnie zaniepokoiło. Ale już dobrze, a Celine już nie pierwszy raz uratowała mi tyłek. Jak zwykle zresztą ta biała owca spisała się na medal. A ja...

- Zawsze w nią wierzył - dokończył za dziadka chłopak, który właśnie usiadł obok Klary, obejmując ją jedną ręką w pasie. Nie chciał przeszkadzać im w rozmowie, ale Żółty cały czas go zagadywał. Najwyraźniej ten mały stwór bardzo polubił Amaro.

Ogólnie wszyscy mieli dobry humor, ale też czuli, że kogoś brakuje.

***

Stella i Gala bawiły się w najlepsze. Piły szota za szotem, rzecz jasna w przerwach od tańca. Były prawdziwymi królowymi parkietu, a ten wieczór zdecydowanie należał do nich.

Zaara natomiast rozmawiała dość długo z Pardeonem przy stole, gdzie wcześniej siedziała cała ich grupa. Później oboje gdzieś zniknęli.

Nikomu nie było wiadomo, kiedy dokładnie udało się wymknąć tej dwójce i gdzie.

Salamander postanowił udać się do jednej z budek jedzeniowych i pomóc jej właścicielowi z robieniem napojów i potraw. Najwięcej oczywiście szło "procentów", na które klientów nie brakowało. Właściciel był mu niezmiernie wdzięczny i obiecał, że na pewno mu to jakoś wynagrodzi, czego jaszczur wcale od niego nie oczekiwał.

Jeśli chodzi o małego, żółtego stworka, to po jakimś czasie również jego nie było nigdzie widać.

A Klara i Amaro tego dnia nie mogli się sobą nacieszyć. Wciąż tańczyli, mocno do siebie przytuleni, aż Stella postanowiła bez ogródek przypomnieć (szczególnie czarofilii) o swojej obecności:

- Ej! Klara! A ja?!

Roześmiana, czarnowłosa dziewczyna wzięła chłopaka za rękę i pociągnęła go w stronę swojej najlepszej przyjaciółki.

Teraz bawili się razem.

A Klara, mając przy sobie zarówno Stellę, jak i Amaro, czuła się najszczęśliwsza na świecie.

***

Celine siedziała nad brzegiem oceanu z pochyloną głową.

- Nie ma tu tego - rzekł ze smutkiem.

- Bernandtenie, jesteś pewien, że przeszukałeś każdy centymetr? W głębinach...

- Tak, Gregorianie.

- Nie możemy dłużej zwlekać - stwierdził człowosmok, nie mogąc uwierzyć, że im się nie udało.

- Masz rację - przyznała biała owca, patrząc w oczy swojemu przyjacielowi. - Wiesz, co robić.

- Muszę się z nim pożegnać.

Jednak Celine stanowczo pokręciła głową, po czym wstała i podeszła do Gregoriana. Mocno go przytuliła.

- Jeżeli nie chcesz stracić ich obojga, musisz wyruszyć natychmiast.

Człowosmok wzmocnił uścisk.

A po chwili nie było już po nim śladu na Ariorze.

Rozdział XLVIIIWzruszenie

Zajęcia i treningi odbywały się zgodnie z planem. Maj tego roku był wyjątkowo ciepły. Natura ożyła. Kwiaty zachwycały swoją kolorystyką, a drzewa chwaliły się gęstością liści.

Nawet powietrze stało się jakby czystsze, podobnie jak energia emanująca od stworzeń Arioru.

Obraz straty, jaką ponieśli... i krwi, którą prócz wroga również i oni przelali, na długo pozostanie jeszcze w ich pamięci.

I smutek.

Ale nie dziś.

Teraz było dobrze. Każdy wzbogacony został o bezcenne doświadczenia i ważne lekcje życiowe. Każdy się czegoś nauczył.

Czegoś ważnego, czego uczy się właśnie na Ariorze.

Siły miłości i siły ducha.

Mieszkańcy w ostatnich dniach zaczęli silniej odczuwać radość. Śmiech znów stał się melodią tego świata.

Zaczęli oni także doceniać czas i spędzać go na umacnianiu więzów przyjaźni.

***

Celine przyglądała się z daleka niezwykłej gromadce istot.

I chyba wszyscy doskonale się domyślamy, w kogo dokładnie królowa wlepiała wzrok.

Klara, Stella, Amaro, Gala, Zaara, Salamander, Żółty i Pardeon.

- Kto by pomyślał? - zapytała samą siebie owca. - Ośmiu... moich małych wybawców - szepnęła przez łzy.

Kiedy widziała, jak Klara przytula mocno Stellę, robiącą głupie miny, jak Żółty próbuje uczesać w warkocz włosy Zaary, będące od niego dłuższe, a nawet i cięższe, jak Salamander klepie Amaro po plecach, a Gala śmieje się do elfki, widząc grymas na jej twarzy, jak niedźwiedź próbuje namówić Żółtego malca, by zajął się czesaniem jego futra, by Zaara przypadkiem nie kopnęła go ze złości...

Wszyscy siedzieli przy ognisku. Smażyli sobie pianki i pili whisky z colą.

Bawili się w najlepsze.

A więź, jaką stworzyli.

Widziała ją.

Coś pięknego.

Angelina aż drżała ze wzruszenia.

Ze szczęścia.

Z dumy.

Była przeogromnie wdzięczna wszechświatowi, że wreszcie jej wysłuchał.

Nie pamiętała też, kiedy ostatnio tak płakała.

Królowa zdawała sobie jednak doskonale sprawę z tego, że to jeszcze nie koniec.

I że za jakiś czas ta niesamowita gromadka będzie musiała po raz kolejny zmierzyć się z siłami zła, które z pewnością nadejdą.

A trudności, jakim przyjdzie stawić czoła przyjaciołom, mogą ich przerosnąć.

Mimo to... ta biała owca wierzyła, że sprostają zadaniu.

Wierzyła w nich.

Tak, jak przez cały ten czas wierzyła w Gregoriana.

Wiedziała, że wszystko będzie dobrze, a wszechświat odzyska poczucie bezpieczeństwa i dobroci, jakie dawniej mu odebrano.

Jej największe marzenie, którego niegdyś nikt nie pojmował.

Jej rola w tej tajemniczej całości.

Ona zawsze czuła większy sens swoich czynów.

Ale bardzo się też bała.

Tak. Celine się bała.

Tylko że strach u tej istoty wywoływał w niej jeszcze większą determinację.

Wierzyła, że miłość i dobro jako najjaśniejsze światłości dadzą radę rozświetlić mroczne serca.

I tak samo, jak przed chwilą tu przyszła...

Teraz oddaliła się.

Niezauważona.

Rozdział XLIXWstrząs

Klara i Amaro siedzieli razem na górze w bibliotekoczytelni. Czarofilia zakuwała czarownictwo, a chłopak głaskał Czerluka, który spoczywał mu na ramieniu i skrzeczał co chwila, nie pozwalając Klarze skupić się na lekturze.

- Zachowuj się, bo będę musiał zrobić z tobą porządek, dzikusie - ostrzegł zwierzaka człowosmok, na co ten tylko dziobnął go delikatnie w ucho.

- Ale cię słucha - zażartowała dziewczyna, śmiejąc się głośno i opierając głowę o fotel. - W ogóle to bardzo pomysłowe imię mu dałeś - droczyła się.

- Ha, ha, ha, też tak uważam. Ale tak szczerze, to po prostu nie miałem pomysłu. Mój czerluk to Czerluk i niech tak zostanie, moja miła - sprostował humorystycznie chłopak.

Od dawna nie było pomiędzy nimi tak dobrze. Dużo rozmawiali i starali się spędzać ze sobą każdą wolną chwilę. Amaro czuł, że niedługo będzie gotowy zdradzić Klarze swój... najczarniejszy sekret. I tym razem już się nie bał. Doceniał też, że dziewczyna dała mu czas. Wiedział, że to dla niej trudne. Niewiedza męczy, a on nie zamierzał dłużej trzymać jej w tym stanie.

Zbliżały się wakacje i chłopak zdawał sobie sprawę z tego, że czarofilia będzie chciała odwiedzić rodziców albo chociaż tatę i dziadków. Amaro będzie mógł wyruszyć z nią, o ile nie będzie potrzebny na Ariorze i o ile Celine się zgodzi. Od paru miesięcy razem z dziadkiem pełnili funkcję stróży. Codziennie po kilka razy patrolowali teren ziemi ariorskiej, sprawdzając, czy przypadkiem gdzieś nie kręcą się na niej wilkare.

- Amaro - odezwała się trochę niepewnie.

- Tak, Klarisso? - zapytał chłopak, jak zwykle jej pełnym imieniem.

- Muszę z tobą o czymś porozmawiać, bo siedzi to we mnie już od dłuższego czasu.

- Oczywiście, mów. Możesz mi wszystko powiedzieć, przecież wiesz - zachęcił ją.

- Chodzi o twojego ojca. I nie, nie wymagam żadnych informacji od ciebie. Po prostu... już nie mogę tego w sobie dusić. Nie mogę.

Chłopak spiął się, ale widział po dziewczynie, że to, co chce mu przekazać, jest ważne. Postanowił wysłuchać jej cierpliwie i w spokoju, mimo że temat ojca był dla niego bardzo ciężkim tematem.

- Zamieniam się w słuch - wyszeptał i chwycił ją za rękę, którą położyła na już zamkniętej książce.

- Pamiętasz bitwę pomalarońską? Ten moment, jak musiałeś polecieć po Celine? I to, co było potem?

- Tak, zabrali was, ciebie i Stellę. Celine was zabrała i uratowała.

- Nie, Amaro. Celine nas zabrała, ale... to ktoś inny nas uratował.

- Klarisso, nie, jestem pewien, że to była ona. Co ty mówisz? W takim razie kto? Pardeon? Solmin? Nikt nie ma takiej mocy, żeby...

- Am - powiedziała cicho czarofilia. - Stellę i mnie uratował twój ojciec. To był Gregorian.

Chłopak patrzył swojej dziewczynie prosto w oczy i cały się przy tym trząsł. Nie mógł wykrzesać z siebie ani jednego słowa. Był w szoku.

Jego ojciec, osoba, której nienawidził najbardziej na świecie... uratował ją.

- To nie wszystko - dodała po chwili Klara i, dostrzegając to, że Amaro nie ma siły pytać o więcej, kontynuowała swoją wypowiedź. - Nie znam przeszłości twojego taty, ale czuję, że jest on, powiedziałabym, wszechpotężny. Am, on jest potężniejszy nawet od Celine.

- Żeby być silniejszym niż Angelina, Klarisso, musiałby mieć czyste serce, a uwierz mi... nie ma - wybełkotał chłopak. - Nic z tego nie rozumiem.

- Ma, Am. Ma czystsze serce ode mnie, od Stelli i od Celine także.

- Klarisso, mylisz się. Robił kiedyś straszne rzeczy. Niewybaczalne. Zabijał - próbował ją przekonać.

- Co jak co, ale akurat w tej kwestii się nie mylę. Przysięgam ci na życie Stelli, że twój ojciec nigdy nikogo nie zabił - mówiła szeptem i, przyciągając jego dłoń do swojego serca, przekazała mu to, co dotarło do niej, gdy słyszała głos Grego, ratującego ją i Stellę. - Ja to czuję - dokończyła.

I on też to poczuł.

I zrozumiał, że popełnił ogromny błąd.

***

Koniec tomu I