Rozdział drugi
Dotarcie na miejsce było nie lada wyzwaniem. Nasze miasteczko Christmas, z populacją liczącą ponad siedemdziesiąt pięć tysięcy osób, leży na przedmieściach Ottawy, około trzydziestu minut na zachód od centrum, w prowincji Ontario. I chociaż dojazd do nowo otwartej siłowni, zlokalizowanej tuż przy autostradzie, zajął mi zaledwie dziesięć minut, nienawidziłam jeździć samochodem w dni powszednie, tym bardziej z rana. Nikt już nie przestrzega zasad ruchu drogowego, a zwykła uprzejmość znikła wraz z rozmowami, od kiedy to wszyscy zaczęli esemesować.
Znalezienie miejsca parkingowego było koszmarem, ale rozebranie się w szatni przypominało taniec nad paleniskiem na cześć Ledusy - mojej wyimaginowanej bogini samobiczowania. "Jaka szkoda, że nie ma tu luster na ścianie naprzeciwko szafek" - szepnęła mi do ucha Ledusa. Gdy zdjęłam T-shirt, odwróciłam się, aby usiąść na ławce i zdjąć spodnie, i kątem oka uchwyciłam swoje odbicie w lustrze na drzwiach szafki. Długie kasztanowe włosy zasłaniały mi ramiona, ale nie dosięgały piersi, które wylewały się z przyciasnego stanika. Niebieskoszare oczy były jak niebo pokryte chmurami - wyglądały na samotne i zrozpaczone. Skierowałam wzrok na moje nogi. Fu! Istna fabryka serka wiejskiego. Zrobiłabym z niego lepszy pożytek, siedząc w czyjejś lodówce. Głęboko westchnęłam, po czym szybko narzuciłam na siebie T-shirt w rozmiarze XL, dresowe spodnie, skarpetki i buty do biegania. Ech! Nienawidzę nosić tego rozmiaru. Nienawidzę tego, jak społeczeństwo sprawia, że czuję się jak ciuchy, które mam na sobie. Nienawidzę cię, przemyśle modowy, z tymi twoimi maleńkimi T-shirtami pasującymi wyłącznie na niskich głodujących chłopców.
Musiałam teraz wspiąć się po wysokich schodach ku sali treningowej, zgotowując przy tym mięśniom nóg atak skurczów. Ludzie i sprzęty na siłowni wydzielali zapach zużytych ręczników upchanych na dnie kosza z brudną bielizną. Ale co gorsza, był to też zapach sukcesu. Przyprawiony szczyptą pogardy. Oczywiście w stosunku do mnie. Czułam to w ich spojrzeniach. Nie potrafiłam jednak popatrzeć im w oczy.
Jestem przekonana, że niektórzy z nich wyglądali kiedyś tak jak ja teraz, ale skanując wzrokiem pomieszczenie, nie mogłam znaleźć nikogo, kto przejawiałby nadwagę większą niż dwa kilogramy. Tu i ówdzie dostrzegłam osoby trzymające w dłoni kubki z latte. Te ze Starbucksa, z czekoladową posypką na wierzchu. Zdecydowanie nie liczyły kalorii. Może były tu tylko dlatego, że po prostu weszło im to w rutynę. Zupełnie jak codzienne mycie zębów. A może to taki ich klub towarzyski? Musi być miło. Ale co ja tu w ogóle robię? Nie dam rady!
Poczułam, jak gardło ściska mi się jeszcze bardziej i łzy napływają mi do oczu. Odwróciłam się, żeby uciec po tych pieprzonych schodach, i stanęłam twarzą w twarz z energiczną, rozpromienioną dwudziestolatką.
- Już idziesz? Może mogłabym ci jakoś pomóc?
- Nie, to nie dla mnie.
- Och, co to, to nie! Masz już swojego trenera?
- Nie, nie potrzebuję trenera.
- Och, myślę, że jednak potrzebujesz. Na serio. Serio go potrzebujesz.
W dłoniach trzymała podkładkę do pisania i pewnie uznała to za urocze, gdy klepnęła mnie nią w tyłek. Powinnam ją pozwać za molestowanie seksualne, ale po uporaniu się z tymi schodami nie miałam na to już siły.
- Nie, dzięki. Na serio. Serio go nie potrzebuję. A tak poza tym... to twoja siłownia śmierdzi.
Dwadzieścia minut później byłam z powrotem przy drive-thru Tima Hortonsa, gdzie zamówiłam pudełko małych pączków Timbits tłumacząc sobie, że Babuńcia i dziewczynki pomogą mi je zjeść.
Odbierając czek z wypłatą w biurze kierownika Walmartu, cieszyłam się, że nie natknęłam się na żadnego ze współpracowników. Tom, mój przełożony, uśmiechnął się, wręczając mi kopertę, i powiedział, że jest zadowolony z mojej pracy w tym miesiącu. Jeśli sądził, że powiększenie mojego zdjęcia i przypięcie go na tablicy ogłoszeń pod hasłem "Pracownik miesiąca" w pokoju socjalnym spełni moje marzenia, to, o rany, jak można aż tak się pomylić?! Nie chciałam, by oznaczał mnie na Facebooku, a w szczególności nie chciałam, żeby moje zdjęcie wisiało w miejscu publicznym. Mimo to uśmiechnęłam się i odparłam, że zobaczymy się jutro.
Kosztownym błędem, często przeze mnie popełnianym po odebraniu wypłaty, było skierowanie się ku sklepowym alejkom zamiast od razu do samochodu i domu. Teraz też nie było inaczej. Chciałam tylko choć troszkę uszczęśliwić się zakupami. To wszystko. Przecież samo patrzenie nic nie kosztuje, co nie?
Cathy Hollows... Oto najwredniejsza zdzira, z jaką miałam do czynienia w liceum.
Kiedy podeszła, najprawdopodobniej nadal miałam cukier puder na górnej wardze. Stałam w dziale z bielizną, trzymając w dłoniach największe i najbrzydsze fioletowe majtki z koronką, jakie można sobie wyobrazić. Szybko, niech ktoś znajdzie mi jakąś dziurę, w której mogłabym się ukryć.
- Cat? Czy to ty? Och, prawie cię nie poznałam!
Cios numer jeden.
Czułam, jak jej ciemnobrązowe oczy rozkładają mnie na atomy kawałek po kawałku. Wyobraziłam ją sobie na wieczornym przyjęciu koktajlowym dla bogaczy, ubraną w idealną małą czarną i szpilki, przerzucającą długie, proste, czarne włosy przez ramię i niczym dziecko rozbawione własnym żartem marszczącą piegowaty nosek podczas wybuchów histerycznego śmiechu, kiedy wspomina nasze spotkanie w Walmarcie. Tylko że to ja byłam tym żartem, a ona bawiła się przednio, powtarzając go tak często, jak tylko było to możliwe.
Przypomniałam sobie, kiedy po raz pierwszy poczułam pogardliwe spojrzenia osób szczupłych. Miałam wtedy czternaście lat i zaproszono mnie na licealną imprezę przy basenie. Uszczęśliwił mnie sam fakt, że mogłam się tam pojawić, bo daleko mi było do tych odjazdowych dziewczyny ze szkoły. Nie należałam też do żadnej grupy głównie z powodu sadełka na moim tyłku i udach. Byłam pulchną dziewczyną. Chłopcy, Jake Hampton i Jimmy Fink, zaplanowali imprezę na czas, gdy rodzice Jimmy'ego byli na Bermudach. Nie miałam pojęcia, że zaproszono mnie tam w roli maskotki. A wiem to dlatego, że pięć lat później (zupełnie bezmyślnie) poślubiłam Jimmy'ego Finka i pewnego dnia w przypływie pijackiego szału mi o tym opowiedział: "Rusz wreszcie ten swój tłusty tyłek i tu ogarnij. Gruba Cat. Och tak! Gruba Cat. Pamiętasz, jak zaczęliśmy cię tak nazywać?". "My?" - zapytałam, powstrzymując łzy. "Tak, my! To było w liceum. Pamiętasz tamtą imprezę? Chcieliśmy Grubą Cat, by było się z kogo ponabijać. Założyliśmy się o to, czy odważysz się skoczyć do basenu na bombę. I zrobiłaś to. Szkoda, że tego nie nagraliśmy. A nie, czekaj. Nagraliśmy to! "Historia o fali"". Tak bardzo go to rozbawiło, że zapomniał o swojej złości i o tym, że chwilę wcześniej zamierzał się, by mnie uderzyć. Zamiast tego jego dłoń powędrowała w kierunku stolika do w połowie opróżnionej butelki piwa. Wziął kilka łyków i wyszedł z pokoju.
Leżałam na kanapie, dopijając colę i dokańczając paczkę czipsów po wyjątkowo stresującym dniu. Nie byłam w stanie podnieść się po tym, jak usłyszałam, że mój mąż stworzył przezwisko, które towarzyszyło mi aż do pierwszego roku szkoły biznesowej, kiedy to porzuciłam uczelnię, by za niego wyjść. Udawałam, że śpię, dopóki nie wyszedł z domu, by spędzić resztę wieczoru w barze, a potem płakałam tak długo, aż naprawdę zmógł mnie sen.
Na tamtej imprezie poznałam Bena Coverdrive'a. Cudownego, kochającego Bena. Stanął w mojej obronie, gdy wszyscy śmiali się z mojego skoku do wody. Myślałam, że te fajne dzieciaki uznają mój wygłup za coś zabawnego, coś odjechanego. Ale one to wszystko zaplanowały. Zaplanowały, że będą oglądać, jak - przygotowując się do skoku z trampoliny - mój brzuch będzie falował. Zaplanowały to spotkanie przy basenie, by nagrać mnie na wideo. Dzięki Bogu było to przed erą telefonów komórkowych stale gotowych do użycia. Ale i tak okazało się, że ten film odtwarzały na wszystkich kolejnych imprezach. Tak dla zabawy.
- Och, fioletowe koronki.
Cathy ściągnęła mnie z powrotem do rzeczywistości. O mój Boże! Zauważyła te majtki. Szybko wrzuciłam je do stojącego obok kosza, po czym odgarnęłam włosy z twarzy, by lepiej się prezentować. Czemu, do cholery, cię to obchodzi, Cat? Ona zawsze będzie patrzeć na ciebie z góry bez względu na to, co zrobisz. Zawsze.
- Hej, Cathy. Jak się masz?
- Och, wyśśśmienicie... - Delektowała się pierwszą sylabą, jakby rozsmakowywała się w przystawce, a dźwięczne "ś" przeciągnęła, jakby rozsmarowywała na języku wyborne czekoladki.
Cała Cathy. Zarówno jej wielkiemu wejściu, jak i wyjściu musiał towarzyszyć splendor, sprawiający, że każdy przy niej czuł się gorszy.
- Byłam właśnie w drodze na zajęcia ze spinningu i pomyślałam, że wskoczę jeszcze po butelkę wody - zaczęła niewinnie, by zaraz zrzucić konkretną bombę: - Och, a tak w ogóle to masz jakiś kontakt z rodzicami Bena? A może z rodzicami Logana?
Dlaczego o tym wspomniała? Co chciała osiągnąć? Z pewnością zdawała sobie sprawę, że ten temat jest dla mnie bolesny. To coś w moim gardle przypominało kulę z łańcuchem wciągającym mnie coraz głębiej w piekielne czeluście, w których przebywałam przez ostatnie dwadzieścia lat.
- Nie. Nie sądzę, by chcieli się ze mną kontaktować.
- Och, prawda, to była przecież taka tragedia. Istny dramat... Miłość twojego życia... Taka tragedia.
Pokręciła głową jak nauczyciel strofujący ucznia i wydała z siebie dźwięk przypominający "nu, nu", po czym zaczęła przyglądać się niebieskiemu lakierowi do paznokci na wyprzedaży po drugiej stronie alejki. Dlaczego w ogóle ze mną rozmawia? No tak! Zjazd absolwentów...
- Och, zjazd już jutro! Jestem taka podekscytowana. Oczywiście będziesz tam, prawda?
Hm... Niech pomyślę... Nazywaliście mnie Grubą Cat, nikt z was mnie nie lubił, współczujecie mi, że w liceum straciłam miłość swojego życia, ale chcecie się upewnić, że wezmę udział w zjeździe, żebyście mogli skrytykować to, jak wyglądam w sukience?
Tkwiłam tam w dziale z majtkami w Walmarcie i już otworzyłam usta, żeby powiedzieć, że prędzej mi kaktus wyrośnie na dłoni, nim pokażę się im wszystkim z moją tuszą i nieszczęściem wymalowanym na twarzy, lecz zamiast tego powiedziałam, że tak, że przyjadę.
- Kto nie jest z nami, jest przeciwko nam...! - Zaśmiałam się nerwowo. O raju. Ale to było słabe.
Jej twarz przybrała dziwny wyraz.
- Hm... tak, prawda. W takim razie chyba do zobaczenia!
Podeszła do stoiska z niebieskimi lakierami, chwyciła buteleczkę i się uśmiechnęła.
- Teraz muszę tylko znaleźć sukienkę, by pasowała do lakieru. - Puściła do mnie oko. - Od miesięcy przeszukuję sklepy, by skompletować idealną kreację, ale biorąc pod uwagę, że zostało tylko kilka godzin, będę musiała zadzwonić do mojej przyjaciółki, projektantki, i poprosić ją o uszycie sukienki na miarę. Powodzenia z twoją kreacją!
Zdzira.
Powstrzymałam łzy. Nie miałam zamiaru być tą kobietą, która płacze w dziale bieliźnianym w Walmarcie. O nie. Byłam ponad to. Wolałam udać się do działu ze słodyczami i tam się rozpłakać.
Stałam przed niekończącymi się rzędami pięknych jaskrawych żelków marki Jujubes i Mike and Ikes, najzwyczajniej w świecie pozwalając łzom płynąć po mojej twarzy niczym wodospad, kiedy przypomniałam sobie, że muszę kupić chleb, mleko i kilka warzyw, by spróbować dziś wieczorem przyrządzić zdrowe danie na patelni. Jeśli nie dałam rady z siłownią, muszę przynajmniej spróbować ze zdrowymi posiłkami.
Gdy wyszłam ze sklepu na parking z wózkiem pełnym świeżych produktów w płóciennych torbach, zaczęło padać. Tak właśnie wygląda moje szczęście. Przynajmniej deszcz był letni i chłodził skórę. Postanowiłam nie biec, wiedząc, że nie dam rady zrobić tego bez utraty tchu i godności, i wykorzystałam okazję najlepiej jak umiałam - szłam, nucąc Deszczową piosenkę. Byłam podekscytowana myślą, że oto rozpoczyna się nowy etap mojego życia, a świat raczy mnie deszczem, by uczcić tę chwilę.
Potem dostrzegłam ludzi wpatrujących się we mnie, gdy biegli ze swoich samochodów do sklepu. Gapili się i marszczyli brwi. Nie patrzyli mi w oczy, ale bardziej w jakiś punkt pomiędzy moim brzuchem a udami. Jakiś chłopczyk wskazał na mnie palcem, a jego matka zakryła mu usta. Biegli, gapili się i wskazywali. Po prostu to zignoruj, Cat, po prostu przejdź obok tego obojętnie. Nie możesz pozwolić, żeby ich osąd cię powstrzymał. Zamierzasz zrzucić te kilogramy. Więc idź przed siebie. Zostaw przeszłość za sobą.
Nie byłam pewna, czy krople, które zlizywałam z kącików ust, były w rzeczywistości deszczem czy łzami. Próbowałam głęboko oddychać, ale kiedy dotarłam do auta i włożyłam torby do bagażnika, opuściłam głowę, a łzy wypłynęły ze mnie jak woda przerywająca tamę. Jechałam w stronę domu i ledwo co widziałam przez nie i deszcz. Im większe miałam problemy ze skupieniem wzroku, tym bardziej się stresowałam, że mogę kogoś potrącić. Ostatnie, czego w tej chwili potrzebowałam, to wściekłego kierowcy mogącego mnie zabić w drogowym szale. Zaczynam nowe życie. Już niedługo poczuję się wspaniale. Nikt mnie nie zabije. Nie dzisiaj!
Rozejrzałam się dookoła i stwierdziłam, że nie widzę już absolutnie nic za oknem. Zrobiło się zbyt niebezpiecznie, by prowadzić, więc musiałam zjechać na pobocze. Gdy zwalniałam, moją uwagę przykuły dwa limonkowe neonowe znaki informujące o wyprzedaży garażowej, znajdujące się po prawej. Były mokre, rozerwane przez wiatr i praktycznie nieczytelne, lecz spełniły swoje zadanie, pomagając mi w znalezieniu podjazdu, na który mogłam wjechać. Zgasiłam silnik, wytarłam twarz T-shirtem i wysiadłam z auta. Musiałam sprawdzić, dokąd zajechałam.
Spoglądając na ulicę, próbowałam ustalić, w którym momencie źle skręciłam, kiedy mężczyzna wyglądający na sześćdziesięciolatka podszedł z parasolem i osłonił nim moją głowę. Był wysoki i szczupły, miał na sobie czerwoną flanelową koszulę w kratę i ciemne dżinsy.
- Ależ fatalna pogoda, co nie? Chyba wybrałem nie najlepsze popołudnie na wyprzedaż.
- Na to wygląda.
Uśmiechnęłam się uprzejmie, marząc tylko o tym, by wrócić do samochodu.
- Może wyschnij trochę, rozglądając się po moim garażu, co?
Wskazał pomieszczenie na dwa pojazdy, gdzie mogłam się schować, a w nim trzy stoły pełne rzeczy, które mogłyby być dla jakieś kobiety skarbem. Nie były jednak skarbem dla mnie. Nie dzisiaj. Choć czekaj, czekaj... Czy to przypadkiem nie konsola Wii Fit? Za dwadzieścia dolców?
Podeszłam do stolika po prawej i przyjrzałam się obudowie. Wygląda na to, że to Wii kosztuje tylko dwadzieścia dolarów, choć raczej poza tym, że pokrywała je warstwa kurzu, wydawało się w porządku.
- Co jest nie tak z tą konsolą? - od razu przeszłam do sedna.
Nie wyglądał na zaniepokojonego moją bezpośredniością.
- Nigdy jej nie włączyłem. Córka przywiozła ją, gdy przeprowadzała się tu z Los Angeles, ale o niej zapomniała, a teraz się wyprowadziła i nie mamy co z tym ustrojstwem zrobić.
Nie wahałam się ani chwili.
- Wezmę ją - powiedziałam, wręczając mu ostatnią dwudziestodolarówkę.
Wpadłam na pomysł, że będę ćwiczyć w domowym zaciszu. Cici powiedziała mi kiedyś, że nowe Wii Fit to świetna zabawa. Można je nawet podłączyć do internetu i oglądać filmy na Netfliksie. Zostawiła mi też swoją nową płytę. Mogłabym tego spróbować. Och tak. To brzmi świetnie. Mogłabym to zrobić.
Mężczyzna zaniósł Wii do mojego bagażnika, ku mojemu zaskoczeniu jednocześnie trzymając w drugiej ręce parasol nad moją głową. Ach, czyli są jeszcze na tym świecie prawdziwi dżentelmeni.
- Dziękuję - odparłam, wsiadając do samochodu. - Mam nadzieję, że będzie działać.
- Będzie działać jak marzenia. Istna magia. Zobaczysz.
Uśmiechnął się i pomachał mi na pożegnanie.
Wciąż padało, ale udało mi się bezpiecznie dotrzeć na miejsce i wjechać do garażu. Następnie siedziałam tam chwilę w bezruchu. Nie wiedziałam nawet, od czego zacząć. Wykonując ćwiczenia z Wii, będę pewnie wyglądała jak wariatka. Ale Babuńci nie było teraz w domu, co oznaczało, że mogłam ten jeden raz zrobić z siebie bałwana i nie musieć wysłuchiwać jej docinków. Nawet jeśli chciała dobrze, nawet jeśli chciała mnie tylko rozśmieszyć, to nie był do tego najlepszy dzień. Nie po tym, jak wpadłam na Cathy, która raczyła przypomnieć mi o Benie.
Zgodnie z instrukcją podłączyłam konsolę do telewizora, włożyłam płytę Cici, nalałam sobie szklankę wody i stanęłam przed dużym ekranem, gotowa przez godzinę walczyć ze światem, a przynajmniej z Wii.
Pojawiła się strona główna z pytaniem <GOTOWA?>. Wcisnęłam <TAK>. Na ekranie wyświetliły się sylwetki komputerowo wygenerowanego mężczyzny i kobiety - moim zdaniem wyglądające na dość kreskówkowe - ubranych w białe T-shirty i czerwone szorty.
<WYBIERZ TRENERA>
Dobra, ten gość wygląda nieziemsko. Te jego mięśnie... Z pewnością mnie zmotywuje. Nie zaufałabym mu w życiu, ale podczas treningu powinien się sprawdzić.
Najechałam kursorem na mężczyznę i wcisnęłam <WYBIERZ>. Nic się nie stało. Potrząsnęłam kontrolerem. Nadal nic. Potrząsnęłam ponownie. Zero reakcji. Zaczęło mnie to już męczyć. Kucnęłam i zrobiłam to, co zrobiłaby każda rozsądna kobieta w mojej sytuacji. Walnęłam dłonią w obudowę konsoli.
- Działaj, ty głupia maszyno! Działaj, jak ci każę! - wrzeszczałam.
Nie byłam przygotowana na to, co nastąpiło.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem! - usłyszałam męski głos trenera, ale niedobiegający z telewizora. Słyszałam go tuż za sobą, a echo tego dźwięku wypełniło cały salon.
Poderwałam się z podłogi i spojrzałam na to, co stało przede mną. Nie, to nie była zjawa. To był prawdziwy mężczyzna, z krwi i kości, ubrany w najprawdziwszy strój do ćwiczeń. Powoli lustrowałam go wzrokiem. Sześciopak jak ze stali, odrobina zarostu na brodzie, uroczy chłopięcy uśmiech... Szczerzył się, a to nie mogło zwiastować niczego dobrego.
- Wynoś się z mojego domu, świrze! Wyjdź albo zadzwonię na policję! - krzyknęłam.
- Nie bój się, nie chcę cię skrzywdzić. Jestem tu, aby ci pomóc - odpowiedział mężczyzna z mojego Wii.
- Wynoś się! Wynoś!
Wtem pokój zaczął wirować mi przed oczami i wszystko pochłonął mrok.