Dziwni - Stefan Bachmann

-
Proszę czekać

 

Popiół spadł jak czarny śnieg tego dnia, kiedy feyry przybyły do Anglii. Pokrywał spiczaste dachy małego miasteczka Bath, zbierał się w zaułkach i sprawiał, że wszystko wydawało się miękkie i ciche jak w zimie. Mieszkańcy uznali to za dziwne. Niektórzy pozamykali się w piwnicach, inni pobiegli do kościoła, ale większość zajmowała się tym, co zwykle, i tylko niepokój zwalniał ich kroki. O czwartej po południu grupa ptaszników skręciła na drogę do Kentish Town, ciągnąc na wózku klatki ze złapanym ptactwem. Byli ostatnimi, którzy widzieli Bath takie, jak zawsze. W nocy - 23 września 1788 roku - rozległ się przerażający huk, jakby pękło czarne szkło, a potem w okamgnieniu Bath zniknęło. Pozostały po nim jedynie szare ruiny, puste i milczące w poświacie gwiazd.

Nie było żadnych płomieni. Żadnych krzyków. A ponieważ każdy w promieniu pięciu lig umarł, nie było żadnych świadków, którzy mogliby opowiedzieć, co zaszło. Następnego ranka przyjechał tam rządca królewski na swojej krzywonogiej kobyle. Wiele godzin później znalazł go wieśniak - rządca stał w zrytym polu. Koń zniknął, a buty urzędnika były zdarte do cna, jakby mężczyzna wędrował wiele dni.

- Zimno - powiedział, wpatrując się w dal. - Zimne usta i zimne ręce. I tak dziwnie.

I od tego właśnie zaczęły się plotki.

Miejscowi mówili o dziwnych stworzeniach tańczących wśród ruin Bath, o smukłych jak topole istotach i małych długopalcych diablikach z bladą skórą i oczami ciemnymi jak najczarniejsza noc. Ludzie zaczęli po zmroku ryglować się w domach. Trzy dni po zniszczeniu miasteczka przybyła grupa naukowców z Londynu, żeby przyjrzeć się miejscu zdarzenia. Znaleziono ich następnego ranka w koronie starego dębu - bez kropli krwi w ciałach, z ubraniami podziurawionymi przez gałęzie. Po tym incydencie okoliczni mieszkańcy nie kładli się spać bez żelaza pod poduszką.

Minęły trzy tygodnie, a pogłoski zmieniły się w gorzką prawdę. Dzieci były porywane z kołysek, psy i inwentarz zaczęły chorować, a z lasu nocą niosła się niesamowita, lecz urzekająca muzyka.

Podejrzewając, że to może być robota któregoś z wielu wrogów Anglii, parlament zdecydował, że do Bath zostanie wysłany oddział żołnierzy. Zbrojni przybyli w odpowiednim czasie, lecz chociaż nie znaleźli ani buntowników, ani francuskich szpiegów między rozrzuconymi kamieniami, jednak natrafili na stary notes naukowca z grupy, która zginęła na dębie. Tylko kilka stron skreślonych w ogromnym pośpiechu, pokrytych kleksami - ale to wystarczyło, aby wywołać sensację, gdy opublikowano je w całym kraju na ulotkach i w gazetach. Pierwsza część zapisków składała się z diagramów i równań przerywanych sentymentalnymi wzmiankami o jakiejś Nellie. Ale im dalej, tym obserwacje badacza stawały się bardziej intrygujące. Napisał, że popiół, który spadł na Bath, wcale nie był popiołem, lecz maleńkimi czarnymi piórkami, które nie należały do żadnego znanego mu ptaka. Wspomniał o tajemniczych śladach, bruzdach w ziemi. Na koniec opisał szeroką drogę, która zmienia się w pasmo siarki, oraz rasy istot znanych jedynie z baśni. I właśnie wtedy ludzie zrozumieli, z czym mają do czynienia: z Małymi Ludkami, z Ukrytym Ludem, z Sidhe, którzy przeszli ze swojej krainy do naszej. Do Anglii przybyły feyry.

Podeszły do żołnierzy w nocy - chochliki i fauny, gnomy, wróżki oraz małe eleganckie istoty z oczyma jak onyksy. Brytyjczycy powiedzieli im wprost, że są podejrzane o ciężkie zbrodnie i muszą stawić się w Londynie na przesłuchanie. Było to śmieszne - jakby nakazać morzu, aby stawiło się w sądzie, żeby odpowiadać za wszystkie statki, jakie pochłonęło. Feyry nie miały najmniejszej ochoty słuchać poleceń tych niezdarnych, ubranych na czerwono stworzeń. Sycząc i drażniąc, zaczęły krążyć wokół żołnierzy. Ich blade dłonie szarpały za poły czerwonych mundurów. W ciemności padły strzały. I tak zaczęła się wojna.

Nazwano ją później wojną uśmiechów, ponieważ pozostało po niej na polach mnóstwo czaszek, białych i wyszczerzonych w ostatnim uśmiechu. Należy zrozumieć, że feyry różnią się od ludzi. Nie uznają praw, tylko siłę. Nie mają poczucia czasu, rozumieją jedynie początek i koniec zdarzeń, a jeżeli chodzi o naszą ludzką troskę o moralność i własność - nigdy nie dostrzegały w tym sensu. Obecnie mądrzy ludzie twierdzą, że teoretycznie, gdyby Brytyjczycy nie zaczęli strzelać tamtej nocy, a feyry ich nie prowokowały, gdyby wszystko potoczyło się trochę inaczej, obie rasy mogłyby zawrzeć pokój. Ale to mało prawdopodobne. Aby zawrzeć pokój, należy zgodzić się przynajmniej w kilku kwestiach, a ludzie i feyry dzielili tylko jedno jedyne przekonanie: że nienawidzą się wzajemnie i bezgranicznie.

Feyry wzywały ptaki z nieba, aby wydziobywały żołnierzom oczy. Sprowadzały deszcz, aby zmoczyć proch strzelniczy. Skłaniały lasy, aby wyciągały korzenie drzew z ziemi i przesuwały się w inne miejsca - w ten sposób potrafiły zafałszować ludzkie mapy. Ale w ostatecznym rozrachunku magia nie mogła sprostać artylerii i zbrojnej konnicy oraz zwyczajnej przewadze liczebnej niekończących się szeregów żołnierzy, którzy zajmowali miejsce poległych towarzyszy. Na niewielkim wzgórzu Tar armia brytyjska starła się z feyrami i rozgromiła przeciwnika. Istoty, które próbowały uciekać, zastrzelono. Reszta (a nadal było ich wiele) została otoczona, policzona, ochrzczona i posłana do pracy w fabrykach.

Bath stało się siedzibą feyrów w tym nowym kraju. Powoli miasteczko zaczęło rosnąć i dźwigać się z ruin. Część, w której pojawiła się droga, została całkowicie zniszczona i odbudowana potem jako Nowe Bath - wielkie zbiorowisko uliczek i domów wysokich na pięćset stóp, z poczerniałymi od sadzy kominami i ażurowymi mostami. Przypominało to plątaninę śmierdzącej i dymiącej włóczki.

Anglicy zdecydowali też, że magii, którą przyniosły ze sobą feyry, trzeba się pozbyć za wszelką cenę. Mleczarka w Trowbridge odkryła, że kiedy tylko zadzwonił dzwonek, wszystkie zaklęcia wokół niej przestawały działać, żywopłoty już nie szeptały, a drogi wiodły tylko tam, gdzie powinny. Dlatego ustanowiono prawo, które nakazywało, aby wszystkie kościelne dzwony w kraju biły co pięć minut, a nie co kwadrans. Żelazo znane było od dawna jako pewna ochrona przed czarami, więc teraz jego drobiny dodawano wszędzie, gdzie się dało - od guzików po tartą bułkę. W wielkich miastach trawniki zostały pokryte kamieniami, a drzewa powycinane, ponieważ podejrzewano, że feyry mogą czerpać moc z liści i kropel rosy. Sławny Abraham Darby postawił hipotezę w swoim opracowaniu naukowym pod tytułem "Własności powietrza", że mechaniczna praca działa jako swoiste antidotum na nieposkromioną naturę feyrów. I dlatego ówczesne wielkie umysły skupiły wysiłki na mechanice i przemyśle. I tak oto nastała Epoka Dymu.

Z czasem feyry stały się po prostu elementem Anglii, nierozerwalnie z nią związanym, jak wrzosy na zamglonych szarych wrzosowiskach albo jak pudding śliwkowy w Boże Narodzenie. Chochliki i gnomy oraz pomniejsze feyry szybko przystosowały się do życia w Anglii. Mieszkały w miastach z ludźmi, dusiły się jak oni od angielskiego smogu, piły angielskie piwo i wkrótce stały się nie gorsze od tysięcy ludzkich biedaków, ciułających pens do pensa. Ale wysoko urodzone feyry - blade, ciche Sidhe o szelmowskim wyglądzie, w doskonale skrojonych kamizelkach - one nie poddały się tak łatwo. Nie zapomniały, że ongiś były paniami i panami w swoich wielkich pałacach. Nie potrafiły wybaczyć. Anglia może i wygrała wojnę uśmiechów, ale istniały inne sposoby walki niż tylko przy pomocy szabel i muszkietów. Szeptem można wywołać zamieszki, piórem skazać człowieka na śmierć, a Sidhe posługiwały się tą bronią lepiej niż niejeden asasyn nożem.

Piętnaście lat później Jego Wysokość wpadł na genialny, jak sądził, pomysł. Dwudziestego trzeciego września, w rocznicę przybycia feyrów, wydał dekret ogłaszający, że wszystkie stworzenia, które magicznie pojawiły się w Anglii, jak również ich potomstwo, stały się w efekcie poddanymi Korony i Imperium Brytyjskiego. Teraz są jak każdy obywatel Anglii - oznajmił król. Feyry miały odtąd prawa i obowiązki. Miały także przywileje. Po czym w dwa tygodnie później król posłał je do Francji na wojnę z Napoleonem.

COPYRIGHT ? BY Stefan BachmannCOPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., 2013 COPYRIGHT ? FOR TRANSLATION BY Małgorzata Koczańska

TYTUŁ ORYGINAŁU The Peculiar

WYDANIE I

ISBN 978-83-7574-936-6

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

COVER ART ? Thierry Lafontaine

ILUSTRACJE I GRAFIKA NA OKŁADCE Maciej Dębski

PROJEKT OKŁADKI NA PODSTAWIE ORYGINAŁU Konrad Kućmiński

REDAKCJA Ewa Białołęcka

KOREKTA Agnieszka Pawlikowska

SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ Dariusz Nowakowski

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWEFirma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl

 

Bartholomew Kettle dostrzegł ją, gdy weszła w cienie Old Crow Alley - dama odziana w śliwkowe aksamity, krocząca po zabłoconej ulicy z wyniosłością królowej. Nie mógł się powstrzymać od rozmyślań, czy w ogóle zdąży dojść do końca uliczki. Może w ludzkiej trumnie albo w worku, ale na pewno nie na własnych nogach.

Slums feyrów w Bath niechętnie witał obcych. Przechodziło się po zatłoczonej magistrali, uskakując przed kołami tramwaju lub omijając sterty nawozu, czy też unikając pożarcia przez wilka ciągnącego dorożkę, a zaraz potem można było zabłądzić w labiryncie zaułków między starymi posępnymi domami, stykającymi się w górze piętrami i zasłaniającymi niebo. Jeżeli przypadkiem się kogoś spotkało w takich dzielnicach, to z pewnością był złodziejem. I bynajmniej nie kieszonkowcem o zręcznych palcach, jak te duszki z kominków w Londynie. Raczej kimś, kto jeśli uzna, że warto, nie zawaha się poderżnąć ci gardła.

A zdaniem Bartholomew owa dama w aksamitach skłaniała do uznania, że WARTO. Miejscowi zabijali za mniej, jak wiedział. Jeżeli wychudzone zwłoki wyciągane z rynsztoka miałyby o czymś świadczyć, to właśnie o tym, że miejscowi zabijali za o wiele mniej.

Przycisnął nos do brudnej szyby, obserwując nieznajomą. Była tak wysoka, tak dziwna i obca w swojej elegancji, że wydawała się wypełniać każdy załom mrocznej uliczki. Długie rękawiczki, ciemne jak noc, otulały dłonie przybyłej. Na szyi migotały klejnoty. Niewielki kapelusik z ogromnym fioletowym kwiatem zdobił jej głowę. Został włożony na bakier, przez co oczy damy tonęły w cieniu ronda.

- Hettie! - syknął Bartholomew, nie odwracając się od okna. - Hettie, chodź tu i zobacz!

Z głębi pomieszczenia zabrzmiał tupot nóg. Obok Bartholomew stanęła mała dziewczynka. Była niewyobrażalnie brzydkim dzieckiem. Bartholomew też był brzydki, ale lubił myśleć, że siostra jest jeszcze paskudniejsza. Była chuda jak szkielet, a rysy jej twarzy bardziej przypominały nagą czaszkę aniżeli buzię dziecka. Miała bladą skórę, niemal siną z braku dostępu do słońca. Jej oczy, wielkie i okrągłe, wyglądały jak kałuże czerni w głębi oczodołów. Uszy miała spiczaste. W pierwszej chwili Bartholomew mógł jeszcze ujść za ludzkie dziecko, ale nie Hettie. Nie można było nie zauważyć, że w żyłach dziewczynki płynie krew feyrów. Choćby dlatego, że Bartholomew miał rozczochraną czuprynę koloru orzecha, a głowę Hettie wieńczyły gładkie, nagie gałązki młodego drzewa.

Dziewczynka odsunęła niesforną witkę z czoła i westchnęła zaskoczona.

- Och, Barty... - Ścisnęła go za rękę. - To najpiękniejszy widok, jaki widziałam w całym swoim ŻYCIU.

Bartholomew przykucnął obok niej i teraz twarze ich obojga ledwie wychylały się znad przeżartego przez korniki drewnianego parapetu.

Piękny widok, ale było w nim - w tej pani idącej ulicą - coś niedobrego. Coś mrocznego i nieprzyjemnego. Nieznajoma nie niosła żadnego koszyka ani sakiewki, ani nawet parasolki, żeby chronić się przed upałem lata. Jakby z miękkich aksamitów salonu wyszła prosto w środek dzielnicy feyrów w Bath. Stawiała jednak kroki sztywno i ostro, jakby nie do końca wiedziała, jak używać własnych kończyn.

- Jak myślisz, co ona tutaj robi? - Bartholomew zaczął obgryzać paznokieć na kciuku, nie odrywając oczu od postaci na ulicy.

Hettie zmarszczyła brwi.

- Nie wiem. Może to złodziejka. Mama mówi, że one ubierają się zwyczajnie. Ale ta chyba jest za dobrze ubrana, jak na złodziejkę? Czy nie wygląda jak... - Dziewczynka zerknęła na brata, a w jej oczach zdawał się migotać lęk. - Jakby czegoś szukała?

Bartholomew przestał obgryzać paznokieć. Popatrzył na siostrę. Uścisnął jej rękę.

- Ona nie nas szuka, Het.

Jednak nawet kiedy to mówił, czuł niepokój skręcający się w żołądku jak korzenie. Nieznajoma CZEGOŚ szukała. Albo kogoś. Te oczy skryte w cieniu kapelusza szukały, przyglądały się każdemu budynkowi. A kiedy wzrok nieznajomej spoczął na ich domu, Bartholomew umknął pod parapet. Hettie już tam była. Nie daj się zauważyć, a nie trafisz na stryczek. Dobra rada. Była to chyba najlepsza rada dla podmieńców, potomstwa feyrów.

Dama w śliwkowej sukni przeszła przez całą długość ulicy, aż do skrzyżowania z Black Candle Lane. Długie fałdy jej spódnicy sunęły po kocich łbach i robiły się ciężkie od oleistego brudu, który pokrywał tutaj wszystko. Nieznajoma nie zwracała na to jednak uwagi. Obróciła się powoli i ruszyła z powrotem ulicą, tym razem przyglądając się fasadom po drugiej stronie.

Musiała przejść Old Crow Alley tam i nazad sześć lub siedem razy, zanim znalazła to, czego szukała, i zatrzymała się przed budynkiem dokładnie naprzeciwko domu, skąd przyglądali się jej podmieńcy. Był to wysoki budynek pokryty spękanym tynkiem, z oknami i drzwiami wybitymi w dziwacznych miejscach. Po obu stronach wznosiły się większe domy, jakby go ściskając. Stary budynek znajdował się nieco głębiej niż sąsiednie i otoczony był wysokim kamiennym murem z niskim łukiem przecinającym ogrodzenie na środku. Powyginane pozostałości metalowej bramy leżały w przejściu. Pani ominęła je i wkroczyła na podwórko.

Bartholomew wiedział, kto mieszka w tamtym domu. Rodzina Buddelbinsterów, półkrwi feyrów - matka pochodziła z feyrów, a ojciec był szeregowym robotnikiem zatrudnionym w odlewni dział na Maycraft Street. Kiedyś mieli siedmioro dzieci - Bartholomew widywał je, gdy się bawiły, w oknach i w drzwiach. Ale inni ludzie też je zobaczyli. Pewnej nocy pod domem zebrał się tłum i je wywlókł. Teraz było tam tylko jedno dziecko, kruchy podmieniec, o którym Bartholomew lubił myśleć jak o swoim przyjacielu. A przynajmniej Bartholomew uważał chłopca za kogoś, kto najbardziej przypomina przyjaciela. Czasami, gdy Old Crow Alley była wyjątkowo cicha, chłopiec wymykał się na zewnątrz, aby walczyć z niewidzialnymi zbójami przy pomocy kawałka kija. Dostrzegał też Bartholomew obserwującego to przez okno. Chłopiec machał do niego ręką. Bartholomew w odpowiedzi też machał. Potem Bartholomew czuł się głupio, jednak nie zamieniłby tych krótkich gestów na nic innego na świecie.

Dama w śliwkowej sukni przeszła przez zaniedbane podwórze i zapukała do drzwi. Minęły chyba wieki, a potem nareszcie drzwi się otworzyły na tyle, na ile pozwolił łańcuch, i przez szparę wyjrzała chuda, surowa kobieta. Była to siostra odlewnika, stara panna. Mieszkała z Buddelbinsterami i pomagała im w gospodarstwie. W co włączyć należało otwieranie drzwi i rozmowy z przybyłymi. Bartholomew przyglądał się, jak oczy kobiety zrobiły się wielkie jak spodki, gdy ujrzała elegancką nieznajomą. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć. Zaraz jednak wpadła na mądrzejszy pomysł i zatrzasnęła pięknej pani drzwi przed nosem.

Pani w śliwkowej sukni znieruchomiała, jakby nie rozumiała, co się stało. Po czym podniosła dłoń i zapukała ponownie - tak głośno, że echo poniosło się po podwórku i po całej ulicy. W oknach domów stojących dalej drgnęły zasłony.

Zanim Bartholomew i Hettie przekonali się, co będzie dalej, schody do ich mieszkania zatrzeszczały głośno, gdy ktoś pośpiesznie po nich wbiegał. Do izby wpadła zarumieniona kobieta, prychając i wycierając ręce w fartuch. Gdy zobaczyła rodzeństwo na podłodze, zaskrzeczała:

- Wynocha od okna, małe głupki!

W trzech susach pokonała szerokość pokoju i chwyciła dzieci za ramiona.

- Co ty sobie myślisz, Bart? Co robisz? Prosiłam, żebyś wysprzątał palenisko. Prosiłam, żebyś wykręcił pranie. Prosiłam, żebyś dał Hettie coś do jedzenia. A ty nic...

W tej chwili Bartholomew niemal zapomniał o pani w śliwkowej sukni.

- Mamo, to dlatego, że muszę ci coś wyjaśnić. Mam po prostu zdumiewającą propozycję dla ciebie...

- Nie chcę tego słuchać, Bartholomew - westchnęła matka ze znużeniem. - Chcę, żebyś zrobił, o co prosiłam.

- Ale właśnie o to chodzi, mamo. Nie będę musiał! - Odchrząknął i wyprostował się na swoje bardzo typowe dla krwi feyrów trzy i pół stopy. - Mamo, proszę, proszę, PROSZĘ, czy mogę wezwać udomowionego skrzata?

- Niby co? O czym ty mówisz, dzieciaku? I kto jest na podwórzu Buddelbinsterów?

- U-do-mo-wionego. To znaczy wyszkolonego do życia w domu. Chcę zaprosić tu skrzata sługę. Czytałem o tym tu i tam, a tu jest wyjaśnienie, jak to zrobić. - Bartholomew wyciągnął stertę podniszczonych książek zza paleniska i podsunął matce pod nos. - PROSZĘ, mamo?

- Na litość, niech no spojrzę na tę suknię. Bart, opuść te książki, bo nic nie widzę.

- Matko, skrzat! Do domu!

- Musi być warta ze dwadzieścia funtów, a co głupia gęś robi? Szlaja się po tym całym błocie na ulicy. No, to już wszystko jasne. Pstro ma w głowie i tyle.

- Jak trafię na dobrego i będę dla niego miły, to zrobi za nas wszystkie prace i pomoże ci w obowiązkach, i...

Matka już nie patrzyła w okno. Jej oczy stały się twarde, zmrużyła je, gdy spojrzała na Bartholomew.

- ...wykręci pranie - dokończył chłopak ciszej.

- A co, jeśli trafisz na ZŁEGO. - To nie było pytanie. Głos matki przeniknął mu przez żebra niczym kawałek wstrętnego żelaza. - Powiem ci, Bartholomew Kettle. Powiem ci! Jeśli będziemy mieli szczęście, taki skrzat tylko zwarzy mleko, wyje wszystko ze spiżarki i ucieknie z każdą błyskotką, jaka wpadnie mu w chciwe łapska. W najgorszym zaś wypadku udusi nas we śnie. Nie, dziecko. Nie. Nie waż się NIGDY nawet pomyśleć o wpuszczeniu skrzata za nasz próg. Dość mamy magicznych stworzeń nad nami, pod nami i za każdą ścianą. I wszędzie wokół na wiele mil stąd. Ale żadnego nie będzie tutaj. Nigdy, zrozumiałeś?

Nagle wydała się stara i zmęczona. Ręce jej zadrżały, a w kącikach oczu zabłysły łzy. Hettie, poważna i cicha jak mały duch, wycofała się do odległego kąta, gdzie w schowku stało jej łóżko. Wspięła się na posłanie, po czym zatrzasnęła drzwi z nieskrywanym wyrzutem. Bartholomew tylko popatrzył na matkę. A ona na niego. Po czym odwrócił się i wybiegł z pokoju.

Jego bose stopy plaskały po deskach podłogi, gdy mknął przez dom. CHCIAŁ skrzata. Bardziej niż czegokolwiek na świecie. Wyobraził już sobie dokładnie, jak powinno się to odbyć. Bartholomew wypowie formułę zaproszenia i następnego dnia u wezgłowia łóżka pojawi się skrzydlaty duszek z szerokim głupkowatym uśmiechem i wielkimi uszami. I skrzat nie będzie się przejmował, że Bartholomew jest brzydki, mały i tak bardzo różni się od innych.

Ale nie. Matka wszystko zepsuła.

Na samej górze zniszczonego domu, który rodzina Bartholomew dzieliła z feyrami wszelkiego autoramentu i jednym czy dwoma ludźmi-dziwakami, znajdował się wielki i skomplikowany strych. Ciągnął się tu i tam pod wygiętym dachem, a kiedy Bartholomew był jeszcze mały, przestrzeń wypełniały połamane meble i różne interesujące lub wręcz ekscytujące śmieci. Jednak wszystko interesujące i ekscytujące już dawno znikło - mebli użyto jako opału podczas mroźnych zimowych miesięcy lub wymieniono na bardziej użyteczne drobiazgi u domokrążców. Czasami któraś z kobiet wdrapywała się tu, aby powiesić pranie bez obawy, że zostanie skradzione, zanim jeszcze wyschnie. Poza tym strych pozostawiono na pastwę kurzu i pleśni.

I dla Bartholomew. Wystarczyło przejść trochę dalej, bardzo ostrożnie przecisnąć się przez szparę między nadłamaną belką a obtłuczonymi cegłami komina, i wtedy - po wierceniu się i wykręcaniu - można się było dostać do zapomnianej wnęki tuż pod spadzistym dachem. Zabudowano ją wiele lat temu, a jeżeli istniał ku temu dobry powód, to i tak nikt go już nie pamiętał. Ale Bartholomew się z tego cieszył. To było jego schronienie, azyl, gdzie nikt nie mógł ani go skrzywdzić, ani na niego nakrzyczeć.

Wypełnił tę niewielką przestrzeń wszystkim, co udało mu się ocalić - kilkoma bardzo starymi książkami, stertą słomy, suchymi gałązkami i pędami bluszczu oraz kolekcją kolorowych butelkowych szkiełek, które ułożył w żałosną kopię bożonarodzeniowego wianka, jaki kiedyś widział. Ale chłopcu najbardziej podobało się małe okrągłe okienko, jak to na statku. Mógł przez nie patrzeć na Old Crow Alley i morze dachów. Wydawało się urzekające, jak z baśni, i Bartholomew lubił z ukrycia obserwować szeroki świat.

Teraz też ukrył się we wnęce, przecisnąwszy się przez szczelinę. Dysząc, upadł na podłogę. Pod dachówkami było bardzo gorąco. Wpadające przez okno promienie słońca sprawiały, że wszystko wyglądało ostro i jasno. Co gorsza, Bartholomew był zły na matkę i właśnie pokonał w szalonym pędzie siedemdziesiąt dziewięć rozchybotanych stopni. Czuł się zupełnie wykończony.

Gdy tylko złapał oddech, podczołgał się do okna i zerknął na wąską uliczkę. Wyglądało na to, że Old Crow Alley znowu pogrążyła się w uśpieniu, brudna i cicha jak zawsze. Ze swojego punktu obserwacyjnego chłopiec mógł też zajrzeć za wysoki mur, na podwórze domu Buddelbinsterów. Nieznajoma nadal tam stała - lśniąca kropla fioletu między brązowymi dachami i martwymi, brudnymi podwórkami. Surowa kobieta znowu otworzyła drzwi. Chyba słuchała, choć czujnie, co mówi przybyła, a jej pomarszczone ręce zaciskały się raz po raz na siwym warkoczu przerzuconym przez ramię. Bartholomew widział, jak na twarzy starej kobiety maluje się najpierw podejrzliwość, potem zainteresowanie, aż wreszcie coś, co można by uznać za uprzejmość. A potem pani w fioletowym aksamicie podała odźwiernej jakiś przedmiot. Małą sakiewkę? Chłopiec nie widział dobrze. Kobieta cofnęła się, garbiąc chciwie, jak szczur, który właśnie znalazł coś do jedzenia i za nic nie zamierza się tym podzielić.

Gdy tylko drzwi się zatrzasnęły, dama ukucnęła, a spódnica wokół niej rozłożyła się szeroko. Nieznajoma wyjęła coś spod kapelusza. Kryształowa fiolka błysnęła w promieniach słońca. Dama w fioletach złamała woskową pieczęć, odkorkowała naczynie i zaczęła pryskać dokoła zawartością, tworząc krąg na ziemi.

Co ona robi?

Bartholomew pochylił się, aby lepiej przyjrzeć się przez grubą szybę dziwnej scenie, rozgrywającej się przed domem Buddelbinsterów. Uświadomił sobie raptem, że chyba tylko on może to zobaczyć. Inne oczy śledziły nieznajomą, gdy tylko weszła w uliczkę - tego Bartholomew był pewien. Puste, przebiegłe oczy, za którymi kryły się umysły bez wątpienia zastanawiające się, jak najlepiej dopaść elegancką obcą i ile beczek ginu można kupić za najmniejszy kamień z kolii błyszczącej na jej białej szyi. Ale teraz ona znajdowała się na podwórzu i obserwatorzy z ulicy nie widzieli nic przez gruby, stary mur. A dama w śliwkowej sukni wybrała dom Buddelbinsterów nieprzypadkowo. Nie chciała być widziana.

Kiedy buteleczka była już pusta, nieznajoma uniosła ją i zgniotła w palcach na drobne okruchy, które strząsnęła na ziemię. A potem szybko wstała i obróciła się przodem do domu. Znowu wyglądała elegancko i była całkowicie opanowana.

Minęło parę chwil. Drzwi znowu się otworzyły, trochę niepewnie. Tym razem przez szparę wyjrzało dziecko. Podmieniec, przyjaciel Bartholomew. Podobnie jak u Hettie, domieszki krwi feyrów nie dałoby się ukryć - miał bardzo białą skórę, a zamiast włosów splątane gałęzie głogu, jak małe ognisko, oraz spiczaste uszy odstające od wąskiej, ostrej i chudej twarzy. Chłopca ktoś pewnie pchnął w plecy, ponieważ zatoczył się, potknął o próg i upadł pod stopy damy. Podniósł na nią wielkie, ciemne oczy. Wyglądał na śmiertelnie przerażonego.

Dama była odwrócona do Bartholomew plecami, ale wiedział, że coś mówiła, ponieważ chłopiec kręcił głową, choć nieznacznie, ze strachem. Po czym podmieniec zerknął na swój dom. Pani zbliżyła się doń o krok.

I wtedy coś się stało. Bartholomew przyglądał się z takim napięciem, że pochylił się i nosem dotknął szyby. A gdy tylko jego skóra musnęła szkło, przez podwórze coś przemknęło, a dama sięgnęła do głowy i szarpnęła za swój kok. Bartholomew krew ścięła się w żyłach. Tam, patrząc wprost na niego, znajdowała się druga twarz - mała, brązowa i brzydka, jak powyginany korzeń, pomarszczona i z ostrymi zębami.

Ze stłumionym piskiem Bartholomew cofnął się od okna, nie zwracając uwagi na wbijające mu się w dłonie drzazgi. Nie, nie, nie. Na pewno go nie widziała. Nikt nie mógł wiedzieć, że Bartholomew tu jest.

Ale ktoś wiedział. Te wilgotne czarne oczy patrzyły prosto na niego. I wypełniał je straszliwy gniew. A potem usta stworzenia wykrzywiły się w uśmiechu.

Bartholomew leżał na podłodze, oddychając płytko. Sekundy mijały, krew łomotała mu w skroniach. To niemożliwe. Przecież nie wyglądał jak podmieniec, prawda? Z podwórka można go było wziąć za zwykłego małego chłopca. Zacisnął powieki. Zwyczajny mały chłopiec szpiegujący panią w śliwkowej sukni.

Bardzo powoli Bartholomew uniósł głowę, aby znowu spojrzeć przez okno, ale tym razem trzymał się w cieniu strychu. Dama oddaliła się trochę od chłopca Buddelbinsterów. Jej druga, szkaradna twarz znikła za zasłoną kruczoczarnych włosów jak magik za kurtyną. Nieznajoma wyciągnęła rękę w długiej aksamitnej rękawiczce do podmieńca na podwórku. Zachęcała go. Dziecko spojrzało na nią, potem znowu na dom za plecami. Bartholomew wydało się, że w jednym z wyższych okien mignęła jakaś sylwetka, zgarbiony cień z uniesioną w złowrogim pożegnaniu ręką. W okamgnieniu jednak zniknął i okno znowu było puste.

Chłopiec na podwórku zadrżał. Odwrócił się do nieznajomej. Ta skinęła głową i chłopiec podszedł, ująwszy jej wyciągniętą dłoń. Pani przyciągnęła go bliżej. Potem buchnęła ciemność, jak burza łopoczących czarnych skrzydeł, i rozpadła się, mknąc w niebo. Powietrze zadrżało. A potem dama i chłopiec zniknęli, a Old Crow Alley znowu zrobiła się cicha i senna.